-
nowość
-
promocja
365 godzin - czy wystarczy na faceta - ebook
365 godzin - czy wystarczy na faceta - ebook
Podczas pracy nad jednym ze spektakli musiałem zapoznać się z tytułem "365 dni". Spojrzałem na opis książki i pomyślałem: „A gdyby tak wszystko odwrócić? Niech kobieta wybiera ofiarę, niech facet będzie zwierzyną…”.
Tak powstał pomysł na "365 godzin". Godzin! Kobieta potrzebuje przecież mniej czasu. Może nawet wystarczy 365 minut? A może tylko tak nam się wydaje?
Czyta się jak dobrą rolę z rosnącym niepokojem i świadomością, że ktoś tu za chwilę zapłaci za wszystko. - Michał Żurawski
Zagrałem w świetnych sztukach Jarosława Grzelki, zaśpiewałem kilka jego piosenek, ale nie przypuszczałem, że napisze tak dobrą powieść. Polecam. - Piotr Miazga
Czyta się to wręcz intuicyjnie. Kryminalna radocha, z erotycznym posmakiem. Powieść 365 godzin jest jak dobry serial, wciąga, przyspiesza, elektryzuje i pozwala się rozerwać. Wspaniale się bawiłem. - Tomasz Borkowski
Książka 365 godzin ma tylko jedną wadę, nie można się od niej oderwać. - Piotr Ligienza
Jarosław Grzelka - pisarz, scenarzysta, reżyser, satyryk, autor tekstów piosenek. Jako rysownik satyryczny debiutował w 1986 roku w dwutygodniku „Karuzela”, z którym współpracował przez wiele lat. W 1989 roku założył wraz z Andrzejem Czernym Grupę Teatralną Dziewięćsił, w której występował i pisał teksty. W 1996 roku założył kabaret Teatr Chichot 2.
Piosenki, do których pisał teksty, ukazały się na trzech płytach Przeglądu Kabaretów PAKA. Współpracował z TVP Łódź, dla której przygotowywał krótkie felietony satyryczne. W 2017 roku w Teatrze WARSawy odbyła się premiera jego sztuki "Tajna misja", która z powodzeniem była wystawiana zarówno w Polsce, jak i za granicą.
W latach 2017–2020 jego dorobek artystyczny powiększył się o współpracę scenariuszową i reżyserską przy dwóch filmach fabularnych: "Labirynt świadomości" i "Asymetria". (źródło: Film Polski)
W 2023 roku premierę miała druga sztuka autorstwa Jarosława Grzelki – "Tajemnica szesnastego piętra", grana do dziś na terenie całej Polski. W przygotowaniu jest kolejna sztuka pt." Celebryci".
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8308-882-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Kiedy to się stało?
– Tydzień temu zabrali mnie z domu.
– Dlaczego dopiero teraz mnie powiadomiłaś?
– Myślałam, że to wszystko szybko się wyjaśni i nie będziesz nawet wiedziała. Nie chciałam, żebyś wiedziała.
– Dlaczego?
– Bo to wstyd!
– Jaki wstyd?
– Siedzieć w areszcie!
– Przecież jesteśmy siostrami!
– Właśnie dlatego.
– Ewo, co ty zrobiłaś??
– Nic, naprawdę. Ktoś mnie wrobił w tę aferę!
– Jak ci pomóc?
– Nie wiem…
– Masz adwokata?
– Tak, przydzielili mi z urzędu.
– Pomoże ci?
– Nie wiem, to młoda dziewczyna, ale bardzo się zaangażowała.
– Musimy mieć dobrego adwokata!
– Nie mam pieniędzy.
– W ogóle?
– W ogóle. Zablokowali mi konto.
– Ja też nie mam. Może pożyczyć?
– Od kogo?
– No, właśnie, popytam.
– I co im powiesz, że twoja siostra to przestępca?
– Przestań! Jak mówisz, że nie jesteś winna, to nie jesteś!
– Tu wszystkie tak mówią!
– Ale one nie są moimi siostrami. Zdobędę te pieniądze!PROPOZYCJA
Nie wiem, dlaczego umówiłam się na to spotkanie. Konrada nie widziałam chyba więcej niż dwa lata. Nagle, jak gdyby nigdy nic zadzwonił i zaprosił mnie na kawę. Broniłam się, ale on nie odpuszczał: „Tyle się nie widzieliśmy! Jestem akurat przejazdem. Małe pół godzinki nikomu nie zaszkodzi”. W końcu się zgodziłam, choć coś mi mówiło, że znowu postępuję wbrew sobie. No bo co to za spotykanie się z facetem, z którym byłam cztery lata w liceum, a potem widzieliśmy się raptem kilka razy. Prawdą jest, że w klasie uważali nas za parę, ale to nie była miłość. Konrad lubił atrakcyjne dziewczyny, a ja w szkole byłam na pewno na podium, zresztą podejrzewam, że zaliczył całe to podium. Jako młody chłopak był bajkowo uroczy, ale jako mężczyzna wydaje mi się już mniej. Jakieś dziwne kontakty, towarzystwo, którego nie znosiłam. Nazywałam je „metkowe”, bo często pokazywali metki od ciuchów, chyba że napis Versace był tak duży, że nie musieli. No właśnie, co ja na siebie włożę? On pewnie będzie świecił napisami Boss nawet na skarpetkach i zegarkiem Rolex, a ja…
Może dlatego chce się spotkać, żeby mi pokazać, czego się dorobił, czym przyjechał i jaki to życiowy błąd zrobiłam, że pewnego razu przestałam od niego odbierać telefony. Jeśli już, to takich błędów popełniłam w życiu kilka, a ostatni dokładnie miesiąc temu, kiedy rozstałam się z właścicielem wypożyczalni luksusowych samochodów. Cóż, akurat bardzo mi z nim było dobrze, spędziliśmy ze sobą piękny czas, dopóki nie wyszło na jaw, że jest żonaty.
Może nawet to by mi nie przeszkadzało, bo żonaci faceci to tacy sami faceci.
Ale jednak mogłeś powiedzieć, człowieku! Teraz wiem, że perfumy, które od ciebie dostawałam, są na bank takie same, jakie dostawała twoja domowa ślubna. Wiadomo, że żonaty facet nigdy nie kupuje różnych perfum żonie i kochance, bo to kobiety wyłapują w sekundę.
Tak czy siak, nie miałam się w co ubrać! A jak nie masz co na siebie włożyć, to nie wkładaj prawie wcale. Ubiorę się w moją nieśmiertelną mini, która odkrywa wiele, a nie każda kobieta może sobie na to pozwolić. Ja tak! Każde rozstanie powoduje, że chudnę do stanu sprzed rozstania, a każdy związek powoduje, że po pewnym czasie, gdy robi się bezpiecznie, zaczynam tyć. Wtedy następuje koniec. Może ja go prowokuję, chcąc znowu schudnąć. Muszę się nad tym głębiej zastanowić i w następnym związku nie przybierać na wadze, bo może to być klucz do jego trwałości.
Kieckę mam, ale buty… Jest tych pudełek trochę, może o jakimś zapomniałam. Trzeba przejrzeć te sto dwadzieścia kartonów, niektóre jeszcze z dobrych czasów, gdy byłam w związku z importerem obuwia z Włoch. Ten to potrafił kochać, do tego był szalony w łóżku, a poza nim niestety też. Miał niespożyte siły do tych spraw. Na noc z nim powinno się przygotowywać kondycyjnie na siłowni. Preferował zmianę pozycji w trakcie jednego kochania kilka razy, przerywając, dając odpocząć, obniżając temperaturę, aby przedłużać stosunek w niesamowity i wyszukany sposób. Był mistrzem, obiecywał mi małżeństwo, a ja się wahałam.
Tu się nie popisałam, wystarczyło jeszcze pociągnąć ten związek z pół roku i miałabym zapas obuwia na trzydzieści lat, a potem by się zobaczyło. Przeszukując różne pudła, natrafiłam na czarne szpilki. Szpilki zawsze rządzą! Trochę zjechane obcasy, ale pasta zrobiła swoje.
Wskoczyłam szybko pod prysznic, po czym zrobiłam make-up. To lubię, choć zajmuje mi zawsze w cholerę czasu, ale wolę się mocno spóźnić niż być źle umalowana. Ba, wolę w ogóle nie pójść. A mało brakło, bo po ostatnich kryzysach zobaczyłam, że większość kosmetyków jest na wykończeniu, a uzupełnienie mojej kosmetyczki to nie są małe pieniądze. Pieniądze… Rachunki leżą na bufecie, w telewizorze czerwony komunikat, to oczywiście wynik małej liczby zleceń. Odkąd wszystko można zdobyć w Internecie, zainteresowanie moim projektowaniem wnętrz spadło prawie do zera. Jeszcze parę lat temu odmawiałam zleceń i wydawało mi się, że zawsze tak będzie. Teraz każdy głupek może wpisać w Internet, czat dżipiti czy ch… go wie wymiar swojego salonu i czy chce nowocześnie, czy po cygańsku – i dostaje sto propozycji, a co najważniejsze, za darmochę! Siedzi więc tydzień przed komputerem ze swoją żonką i patrzą na coś, o czym nie mają pojęcia, i wybierają sobie według własnego gustu. Wiadomo, o gustach się nie dyskutuje, ale to komputer nie dyskutuje. Dla mnie najważniejszym zadaniem było przekonać klienta do mojej estetyki. Wiadomo, że co drugi dom, do którego wchodziłam już od przedpokoju, przerażał mnie pomysłowością właścicieli. Wymagało to dużo pracy i dyplomacji, ale po zakończeniu projektu opadała im szczęka. Polecali mnie znajomym i telefon nie przestawał dzwonić. Ale teraz przeważnie milczy. Ludzie mają po dwa smartfony i nie dzwonią, tylko scrollują i oglądają filmiki.
Algorytmy rozpoznają ich upodobania i podpowiadają coraz większe gówno. No tak jest, jak słuchasz w telefonie muzyki disco polo, to nie wyświetla ci się co chwila koncert Beth Hart i Joego Bonamassy, tylko jakiś dupek, co się zakochał w panience, bo miała majtki helanco i chciała w aucie.
Wracając do bielizny, założyłam najlepszy zestaw, jaki miałam, ten od Simone Pérèle. Tak się zastanawiam, dlaczego idąc na jakieś damsko-męskie spotkanie, zakładam zawsze luksusową bieliznę. Przecież nie ma takiej możliwości, żeby ktoś ją zobaczył. Wiem, że z Konradem nie pójdę do łóżka, a już na pewno nie dzisiaj, musiałoby się wiele wydarzyć, wiele wody w Wiśle upłynąć, i to w drugą stronę. Ale podświadomie (znowu jakaś podświadomość mną kieruje?!) założyłam oczywiście majtki i stanik w krwistoczerwonym kolorze (czego oczywiście też nie widać), które są tak piękne, że nie ma takiego faceta, który by się oparł temu zestawowi na moim zgrabnym ciele. Mam też taką teorię, że jakby mi się coś stało, na przykład wybuchła bomba w metrze, to ratownicy medyczni, rozbierając mnie i widząc piękną bieliznę, bardziej by się przyłożyli. Facet to facet, jak będzie mało czasu i do wyboru będzie miał kobietę w zwykłych bawełnianych majtkach i drugą w ekskluzywnych koronkach, to raczej zacznie od tej w koronkach.
Pończochy samonośne i szpilki dopełniły całości i sukienka była już zbyteczna. Jakoś czułam się bez niej lepiej, nie mogłam się na siebie napatrzeć, raz po raz przechodząc obok lustra. Założyłam ją w ostatniej chwili. Jak zwykle przed wyjściem poszłam też sprawdzić, czy wszystko wyłączyłam, i podeszłam, aby zamknąć okno. Wtedy zobaczyłam, że się rozpadało!
No kurczę, nie mam płaszcza, który by pasował. Jedyne, co mam, to sztuczne futro, ale był lipiec! Kawiarnia, w której się umówiliśmy, była bardzo blisko, jakieś sześćset metrów, ale w deszczu to jest katastrofa, przecież nie mogę wziąć taksówki na taką odległość. Pomyślałam, nie ma wyjścia, będę przeskakiwać od bramy do bramy. Wyposażona w parasolkę zeszłam na dół. No lało jak z cebra, pomyślałam, że zaraz zmyje z moich szpilek czarną pastę, fryzura z misternie uczesanej zamieni się w bardzo mokrą włoszkę, a samochody ochlapią moją mini i będę wyglądać jak ostatnie nieszczęście, tyle że ładnie umalowane, bo make-up może uratuje parasolka.
Stojąc tak w bramie i zastanawiając się, czy nie jebnąć całej tej wyprawy i wrócić do siebie, nalać kieliszek wina i zapomnieć o koledze z epoki komputerów Atari, usłyszałam klakson. Czarne Audi A5 wyraźnie trąbiło właśnie na mnie. Lejący deszcz nie pozwalał mi zobaczyć, kto tak trąbi, ale widziałam, że ktoś macha ręką na mnie. Nie ruszałam się z miejsca, gdyż uznałam, że może być to jakiś facecik, który zobaczył laskę i chce ją wyrwać na trudne warunki atmosferyczne. I nie podeszłabym do tego auta nigdy, lecz kierowca wjechał na chodnik i przykleił się prawie do samej bramy. Teraz go poznałam. To Patryk, mój więcej niż znajomy, mężczyzna, z którym znam się od zawsze. Mogę zadzwonić do niego w nocy lub nad ranem i zawsze odbierze. Teraz byłam w związku, więc ostatnio nie dzwoniłam, a Patryk wypełniał przeważnie te okresy między związkami.
– No, wskakuj! – krzyknął do mnie.
– Skąd się tu wziąłeś?
– Przejeżdżałem i jak zawsze spojrzałem w twoją bramę, a ty stoisz i na słońce czekasz, to trąbię i trąbię.
– Zawsze się znajdziesz, gdzie trzeba! – powiedziałam prawdę.
– Dokąd cię podrzucić?
– Mam spotkanie w Coffee Fe.
– O, to niedaleko, nie pogadamy.
– Zdzwonimy się.
– Mogę poczekać i cię odwieźć.
– Nie wiem, ile to potrwa, pewnie przestanie już padać.
– Czyli jestem potrzebny tylko w deszcz.
– Nie żartuj, zadzwonię jeszcze dzisiaj.
– Zawsze do usług – zadeklarował.
Tyle w sumie zajęła droga do kawiarni, Patryk, jak na dżentelmena przystało, wjechał prawie do środka, nie przejmując się zakazem zatrzymywania, wysiadł i otworzył mi drzwi. Po szybkim „buzi, buzi” przestąpiłam próg lokalu.ZAKŁAD
Już przy wejściu zauważyłam tłum ludzi. Zapewne większość zapragnęła kawy, gdy zaczęło lać. Stanęłam, rozglądając się, czy może jest już Konrad albo chociaż wolny stolik. Chwilę wyczekiwania przerwała mi młodziutka kelnerka o twarzy dziecka, ale piersiach o dwa numery większych od moich.
– Czy pani jest umówiona?
– Tak, właśnie szukam.
– Czy z panem Konradem?
– Tak – odpowiedziałam zaskoczona.
– To proszę, tam jest zarezerwowany stolik dla państwa, pan Konrad trochę się spóźni i bardzo panią przeprasza.
Odprowadziła mnie do samego krzesła, jakby pilnowała, żebym czasem nie usiadła na innym.
– Podać coś teraz?
– Poproszę podwójne espresso – odparłam, zajmując wyznaczone miejsce.
W sumie dobrze, że się chwilę spóźni, bo ochłonę, doperfumuję się lekko, ułożę nogi, jak trzeba, i niech widzi, czego nie ma i nigdy mieć nie będzie. Żadna kobieta na spotkanie z byłym nie pójdzie zaniedbana, chyba że była żona w sprawie podniesienia alimentów. Te się nie malują, ubierają w byle co i kuleją na jedną nogę.
Ja niczyją żoną nie byłam i nigdy nie będę, choć alimenty by się bardzo przydały. Faceci powinni płacić za każdy związek do końca życia, oczywiście za krótki mniej, za długi więcej. Ale tak, powinni płacić. Sytuacja byłaby taka, my kobiety byłybyśmy bardzo otwarte nawet na krótkie związki, a oni… może nawet zdobywaliby odznaki „wierność na wieki”. Niektórzy by bankrutowali przed czterdziestką, inni ukrywali się w bieszczadzkich lasach, co może uchroniłoby ich przed kryzysem wieku średniego.
Dosyć długo czekałam na swoją kawę, a Konrada nadal nie było. Zauważyłam, że na krześle tuż obok mojego leży książka. Może ktoś zostawił, więc nie chciałam ruszać, ale z nudów wzięłam ją i zaczęłam przeglądać. To było _365 dni_ Blanki Lipińskiej. Oczywiście coś tam słyszałam o tej książce, ale nie była to literatura z kręgu moich zainteresowań.
Ja, która pochłaniałam takich autorów jak Harlan Coben, Charlotte Link, Jo Nesbo, Dan Brown, Ken Follett, miałabym się wczytywać w dzieło jakiejś Blanki?! No tak, tylko że tu nie było innej książki, a czytam szybko. Prześledziłam opis, wstęp i wyrywkowo jakieś tam rozdziały. Dużo nie potrzeba, żeby się zorientować, o co chodzi. Gdy już myślałam, że będę zmuszona przeczytać całość, Konrad wreszcie się zjawił. Minutę wcześniej zjawił się nawet jego zapach. Zanim podszedł do stolika, wyściskał się z wszystkimi kelnerkami, a z tą, co mnie obsługiwała, najbardziej. Chyba z tym, że jest akurat wyjątkowo przejazdem i rzadko tu bywa, to się raczej wyklucza.
W końcu dotarł do mnie i Baccarat Rouge 540 wypełnił moje nozdrza, a wówczas zapach tak świetnej kawy pozostał już tylko wspomnieniem.
– Przepraszam, spotkanie, które miałem wcześniej, się przedłużyło, strasznie nie lubię się spóźniać – powiedział, według mnie sztucznie skruszony.
– Nie gniewam się, to głupstwo.
– Zamówić ci kawę?
– Już wypiłam.
– To co, może jakieś ciacho? Mają tu świetne tiramisu!
– Niech będzie! I herbatę earl grey.
Nie poczekał na kelnerkę, tylko szybko poszedł zamówić do baru. Znowu mogę czytać te _365 dni_, bo przecież musi tam pobrylować.
Wyglądał świetnie, zauważyłam, że niektóre panie zawiesiły na nim wzrok. A on oczywiście musiał jakoś rozśmieszyć personel, bo przy barze kelnerki wybuchły śmiechem. Taki już był, nic się nie zmienił, w towarzystwie kobiet czuł się jak ryba w wodzie. I chyba najbardziej pragnął z tej wody nigdy nie wychodzić. Tylko po co chciał się spotkać, akurat teraz, przecież widać, że bywa tu często, nawet niektórzy klienci go przywitali machnięciem ręki.
– Co porabiasz? – zapytał, gdy już wrócił do stolika.
– Ja?
– No właśnie.
– Chyba ty masz jakąś sprawę.
– Czy trzeba mieć sprawę do przyjaciółki, żeby się spotkać?
– Do przyjaciółki może nie… – odpowiedziałam zaskoczona.
– Projektujesz cały czas?
– Raczej od czasu do czasu.
– Ale działasz? – dopytał.
– Budujesz dom i potrzebujesz architekta wnętrz?
– Może. Na pewno do nikogo innego nie zadzwonię.
– To buduj, mam teraz dużo czasu. – Może niepotrzebnie się wygadałam.
– A co, jest zastój w branży?
– Zastój to może nie, ale ludzie cały czas szukają wszystkiego za półdarmo albo najlepiej za _free_, kupią meble, to im pani w markecie wyrysuje, jak je ustawić, kupią podłogę, to pani w Castoramie czy innej francy zrobi wizualizację, jak układać. I tak chodzą, i zbierają to wszystko, a potem wygląda to jak nowoczesny barok, podświetlony ledami, obsypany tartą psią kupą.
– Widzę, że jesteś sfrustrowana.
– A nie? Niedługo sfrustrowani będą wszyscy wykształceni ludzie, bo byle burak ma w telefonie odpowiedź na każde pytanie.
– Trudno się z tobą nie zgodzić, znak nowych czasów!
– Tylko wiesz, jak jest mniej klientów, to właściwie musisz podnieść ceny, a to powoduje, że klientów jest jeszcze mniej, bo prędzej się skuszą na tańsze rozwiązanie.
– To aż tak źle?
– Tragicznie! – wypaliłam, nie wiedząc czemu. Tak chyba mnie wkurwiły ten jego zapach z flakonu za ponad tysiaka i moje niezapłacone rachunki.
– Mogę ci jakoś pomóc? – spytał jakby przestraszony.
– Wyłącz na świecie ten jebany Internet, na zawsze, _forever_! – Dalej nie mogłam się jakoś opanować. Podwójne espresso o tej porze chyba nie pomagało mi się uspokoić.
– Widzę, że czytasz książkę – zmienił nagle temat, chyba wystraszony, zauważając, że ten kierunek rozmowy nie jest dobry.
– To nie moja książka!
– A czyja? – spytał zdziwiony.
– Nie wiem! Leżała tutaj, to ją przekartkowałam.
– A wiesz, ile autorka na niej zarobiła?
– I co z tego? Przecież to jakiś z dupy pomysł, facet dał lasce trzysta sześćdziesiąt pięć dni, żeby się w nim zakochała, czy coś w tym stylu, bo nie doczytałam do końca, gdyż nagle się pojawiłeś. – Nie byłam pewna, czy ten temat okazał się lepszy, też poczułam wkurw.
– No, bo to może wcale nie takie łatwe…
– Łatwe to jest z facetem!
– Co z facetem? Jakim facetem?
– Każdym! Wystarczy nam trzysta sześćdziesiąt pięć minut, a nie rok – zaśmiałam się mu prosto w twarz. Śmiałam się i patrzyłam w jego oczy.
– Ja ci dam nawet trzysta sześćdziesiąt pięć godzin, nie minut, pokażę palcem faceta i nie dasz rady go zaczarować. Nie zostawi rodziny, dzieci.
– Zostawi wszystko, matkę, ojca, psa i swój ulubiony klub piłkarski. Tacy jesteście! – Teraz weszliśmy w spór damsko-męski, kto kogo! Ale tu to już naprawdę miałam profesurę.
– Wydaje ci się. Nie znasz mężczyzn.
– Znam, nie są skomplikowani, prości w obsłudze i każdy taki sam!
– To wy macie takie zdanie, a z facetem czasami jest trudniej niż z kobietą.
– W tych sprawach? Trzysta sześćdziesiąt pięć godzin wystarcza na każdego i jeszcze zostanie!
– Zakład?
– Jaki zakład?
– No jak jesteś taka pewna! Ja ci pokażę faceta, a ty w ciągu trzystu sześćdziesięciu pięciu godzin doprowadzisz do takiej sytuacji, która jasno pokaże, że gość odpłynął i jest twój.
– No i co? – zapytałam, bo już nie wiedziałam, czy dobrze rozumiem, że mam się uganiać za jakimś palantem, żeby wygrać zakład o butelkę wina czy czegoś bardziej oczywistego.
– No i ja płacę!
– Ile??? – Tu już mnie podkurwił maksymalnie, a dopiero co się uspokoiłam.
– W złotówkach? – zapytał i chyba już zaczął się wycofywać. Tak poczułam, że chlapnął głupstwo i będzie chciał podać jakąś śmieszną kwotę.
– W złotówkach! – prawie krzyknęłam, żeby już nie miał odwrotu, i czekałam, jaką sumę wymieni, żeby móc go obśmiać.
– Dwieście tysięcy – powiedział spokojnie i nie mrugnęła mu powieka.
– Ile???? – zatkało mnie konkretnie.
– Dwieście tysięcy złotych – doprecyzował jasno.
– Mówisz poważnie? – zagrałam trochę na czas, no bo serio zaskoczyła mnie ta suma i nie byłam pewna, czy on chce mi zaimponować tym, że wyda na kaprys tyle kasy.
– Powiedzmy, że to moja tajemnica, komu chcę to urządzić i dlaczego, pytanie jest proste. Czy w to wchodzisz?
– A jak, powiedzmy, ten koleś jest jakimś eunuchem lub nie wiem czym i nie da rady go oczarować, to co wtedy?
– Nie, to normalny mężczyzna. Żona, dwójka dzieci.
– No ale jakby co, to ja ci będę musiała oddać dwieście tysięcy złotych? Nie mam takiej kasy!
– Nie, powiedzmy, jeśli przegrasz, wypłacisz mi symboliczne dziesięć tysięcy, musisz mieć motyw.
I teraz co ja mam zrobić, łatwiejszych pieniędzy w życiu nie zarobię. Potrzebuję ich jak cholera, jak jasna cholera, nawet nie tylko dla siebie, ale najbardziej dla siostry. Przede wszystkim dla niej. Tyle że dziesięć tysięcy to nie jest dla mnie symboliczna kwota, to w mojej sytuacji jest astronomiczna suma. Natomiast ryzyko nie jest wielkie, zakręcić faceta to ja potrafię w jeden wieczór tak, że zapomina o szóstym przykazaniu. Z drugiej strony, żebym nie wyszła na dziwkę.
– Ale nie muszę się z nim przespać?
– Nie, absolutnie nie, chodzi o to, żeby doprowadzić go do jakiejś dwuznacznej sytuacji, ale to ty mówisz stop. Ty wyznaczasz granicę.
– Czyli wystarczy go ugotować? Nie musi być konsumpcji?
– W zupełności to wystarczy!
To przynajmniej nie jest to, czego bym nie zrobiła dla pieniędzy, ale poflirtować, poznęcać się na tej płci potrzebnej nam tylko od czasu do czasu, dlaczego nie! Jeśli ma za dużo pieniędzy, to nie jest mój problem, gdy je straci. Jedni tracą na motocykle, inni na fruwanie nad morzem na gaciach pod wiatr, co mnie to. Jeszcze utrę mu nosa i zobaczy, że nie ma racji!
– Zgoda!
– Zgoda!
– Jutro ci go pokażę.
Wstał i jak gdyby nigdy nic wyszedł. Właśnie stracił dwieście tysięcy, a po prostu wstał i wyszedł. Przez okno zobaczyłam, jak wsiada do BMW 7 o grafitowym kolorze i przepięknych ciemnych felgach. Takiego to sobie nie kupię za wygraną, lecz Mini Morrisa w kolorze karmin red pod moje majtki już tak.
Humor mi się tak polepszył, że do domu wracałam, nie przejmując się kałużami ani tym, że znowu zaczęło padać. Wprawdzie przypadkiem zostawiłam w kawiarni swoją parasolkę, ale to przecież drobnostka. W domu czekała na mnie butelka ulubionego wina idealna do gorącej kąpieli.CÓŻ ZA PIĘKNA NOC
Wina Belchapel po kąpieli za dużo nie zostało. Lubię kąpiel w wannie z kieliszkiem w dłoni i pianą taką, że wystaje mi tylko głowa. Szczególnie po udanym dniu, a ten dzień był wyjątkowo udany, bo czułam, że rozpoczął zmianę w moim życiu. Przerwanie marazmu i przyspieszenie.
Przypomniałam sobie, że miałam zadzwonić do Patryka, ale teraz to już trochę za późno. Nie, godzina była nawet okej, on by i tak przyjechał. Po prostu było o to jedno wino za późno.
„Zapomniałam to zapomniałam, zadzwonię jutro” – pomyślałam.
Zastanowiłam się, czy jeśli Konrad jest takim kozakiem, to może zgodziłby się podbić stawkę, gdyby udało mi się sprawę załatwić dużo szybciej. Dziwne to jego zachowanie. Może jak mu powiedziałam trochę o kłopotach finansowych, to z litości mi zaproponował ten zakład. Wiedział, że nie wzięłabym od niego pieniędzy, znał mnie, może to było jedyne jego wyjście, żeby mi pomóc.
A, co tam, sam chciał, nie ma się czym przejmować. Jutro zobaczę figuranta, pojutrze zaatakuję i do niedzieli skończę.
Kurczę, nie ustaliliśmy, w jakim terminie ma mi wypłacić, a najlepiej byłoby od razu, tak w dwadzieścia cztery godziny, żeby to nie był jakiś trzydziestodniowy korporacyjny termin. Pieniądze są mi potrzebne jak najszybciej. Światło wyłączają po drugim ostrzeżeniu, a dekoder to chyba lada dzień.
Nie wiem, czy gdzieś nie wyjechać po wszystkim, dawno nie byłam na Fuercie, a to teraz można za cztery tysiące wykupić i pofrunąć na wyspę wiatrów.
Gdy tak rozmyślałam, zadzwonił telefon. No tak, dzwonił Patryk, on przeciwnie do mnie był słowny.
– Cześć! – zaczął.
– Cześć! – odpowiedziałam.
– Dlaczego nie zadzwoniłaś?
– Tak jakoś zleciało mi… Pranie wstawiłam i się zapatrzyłam na wirujący bęben – powiedziałam, bo lubiłam wymyślać na poczekaniu niestworzone rzeczy.
– Co ty pieprzysz? Jeśli umawiasz się, że zadzwonisz, to dzwonisz. Idziesz na jakieś dziwne spotkanie, wystrojona w suknię „bierz mnie teraz”, to co, ja mam spokojnie położyć się spać?
– Nie przesadzaj, zadzwoniłabym.
– Kiedy? Jak skończyłoby się wirowanie?
– Przepraszam, kochany jesteś, że się o mnie martwiłeś.
– Wiem, co się na świecie dzieje, ludzie znikają i trzeba ich szukać.
– Przepraszam jeszcze raz – powiedziałam dużo bardziej słodko i on to wyczuł.
– Może wpadłbym do ciebie?
– Teraz?
– Pomogę ci rozwiesić pranie.
– Ja jestem już po kąpieli, po lampce wina, rozebrana.
– To pędzę.
– Nie, kochany, spotkajmy się jutro. – Słowo „kochany” zawsze musi podziałać.
– Jak chcesz, ale to dłużej potrwa.
– Co?!
– Zanim dojdziemy do tego stanu rozebrania po winie, który już teraz jest!
– Głupolu. Dzięki, do jutra.
– Trzymam cię za słowo.
Patryk to najlepszy z najlepszych chłopaków w mieście. Zawsze mogłam na niego liczyć, był moim konserwatorem, mechanikiem samochodowym, kierowcą i kochankiem. I to cudownym kochankiem. My, ludzie wolni, byliśmy wolni i zachowywaliśmy się jak ludzie wolni. Był tylko jeden mały problem – nie kochałam go. Nawet często o tym myślałam, że moglibyśmy żyć razem, ale czasami działał jeszcze na mnie jakiś facet, a wtedy bym go krzywdziła. Układ mu też pasował. Nie wiem, czy był gotów na trwały związek, chyba nie, skoro cały czas był sam. Taki trochę niedorajda, inteligentny, mądry, ale życiowo chyba mniej przebojowy. Nawet nie wiem, co robił, ale jakieś tam pieniądze miał, potrafił mnie zaprosić na weekend, i to wcale nie w prywatnych kwaterach w Muszynie, tylko zawsze wybierał hotel z pięcioma gwiazdkami.
Podejrzewam, że w szkole był najsłabszy i nie potrafił się dobrze bić. Chłopcy nie brali go do ekipy ostatnich foteli w autokarze, tylko na wycieczkach siedział gdzieś z przodu, bliżej nauczycielki. Taki grzeczny chłopiec, który urósł i nie chce nikogo skrzywdzić. A jak trzeba, pomoże. Zabrał mnie kiedyś do takich pań, co się zajmują ratowaniem zwierząt, i pokazał sarenkę, którą znalazł potrąconą na poboczu. Panie uratowały Szczękosia (tak się nazywał ten koziołek), a było ciężko, bo miał potłuczoną szczękę. Przeżuwacze z takim urazem rzadko się uda uratować, ale im się udało. Wymagało to czasu i dobrego serca, ale opiekunki z ośrodka to cudowne osoby i podołały wyzwaniu. Patryk przyjeżdżał tam jeszcze kilkanaście razy, aż zwierzę wypuszczono na wolność. To było wielkie święto. Patryk w podziękowaniu przywiózł cały bagażnik różnych karm dla pozostałych pacjentów tego ośrodka i nadal przelewa im jakiś grosz. Jak go można nie kochać. No, kurwa, można.FIGURANT
Dawno się tak nie wyspałam. Spotkanie mieliśmy umówione na siedemnastą trzydzieści, więc było jeszcze bardzo dużo czasu. Tym bardziej że Konrad postanowił po mnie podjechać. Wolałabym od razu u celu, bo tak, to co ja zrobię, jak się rozmyśli, tym bardziej, że spora kwota z mojej wygranej była już w mojej głowie zadysponowana.
Śniadanie też smakowało dzisiaj wybornie, jajko sadzone na boczku i świeżutka bagietka, którą jeszcze ciepłą przyniosłam z rodzinnej piekarni Braci Marcjanków, a nie nadmuchany papierowy wypiek z Lidla czy innej Biedronki. Co to jest, że młodzi ludzie nie znają już smaku prawdziwego chleba. Kiedyś w każdej małej dziurze wystarczyło popatrzeć na dachy i jak był duży komin, to była piekarnia. Jako mała dziewczynka przynosiłam taki chleb z piekarni, obgryzając go niepohamowanie w drodze do domu. Nie ma z czym porównać smaku tamtego chleba, wystarczył smalec albo masło i człowiek miał niebo w gębie. Teraz możesz położyć szynkę dziadziusia ze świnki karmionej bez antybiotyków, wędzoną drewnem fińskim, podpalonym ekologiczną zapałką z cedru i nic nie czujesz. Potem tych piekarni było mniej i mniej, a teraz jakieś wyjątki.
Pijąc kawę, zobaczyłam, że jest już po godzinie jedenastej, czyli nadal dużo czasu, ale zastanawiałam się, czy nie pójść do sklepu i kupić jakąś sukienkę. Wczoraj już miałam problem z wyborem stroju.
„Tak, nie ma co się zastanawiać” – pomyślałam i za godzinę byłam już w Złotych Tarasach. Następna godzina poszła na rozeznanie, potem wypiłam drugą tego dnia kawę, tym razem w Costa Coffee, i przyszła pora na przymiarki.
No kurczę, nie znalazłam nic wyjątkowego, te sukienki jakby z automatu szyte.
– Proszę pani, czy to już jest wszystko, co macie? – rzuciłam pytanie.
– Nie, mamy jeszcze na stronie internetowej. Dostawa trzy dni – usłyszałam w odpowiedzi.
– Ja pie… w Internecie mam kupić, jak przyjechałam z Piaseczna – skłamałam.
– Większość klientów tak kupuje – odburknęła zdziwiona ekspedientka.
Został mi jeszcze jeden sklep. Postawiłam, co często robię, na hasło „wchodzę do sklepu i wychodzę z sukienką”. Zabrałam do przymierzalni dziesięć sztuk.
„Niech się dzieje” – pomyślałam.
W sumie jedna mi się spodobała, była trochę bezpruderyjna, ale wyglądałam w niej świetnie. Wzięłam tę z nadzieją, że może załatwię w ten sposób faceta w trzysta sześćdziesiąt pięć sekund, jeżeli do tego się wyszykuję po swojemu. Tania nie była i tylko modliłam się przy kasie, żeby mi nie zablokowało karty. Udało się i mogłam opuścić centrum handlowe bez żalu.
Nie wiadomo kiedy na zegarze zrobiła się szesnasta trzydzieści i szybko popędziłam do domu. Trochę lipa, bo miałam zjeść na mieście obiad. Nie było co się rozczulać nad niezjedzonym kotletem, tylko należało mocniej podkręcić tempo. O siedemnastej trzydzieści stałam już gotowa. W szpilkach, o których prawie zapomniałam – prawie nowych, gdyż obcas był tak cienki i długi, że często wpadał w jakąś dziurę i ciężko było w nich chodzić. Ale do tej sukienki nadawały się idealnie. Tak popatrzyłam na siebie i zobaczyłam, że ta sukienka do mnie w ogóle nie pasowała. W przebieralni tego nie zauważyłam, ale była prawie przeźroczysta. Gdy stałam przed lustrem, światło miałam z tyłu i było wyraźnie widać, jaką mam, w sumie śliczną, dziurkę w miejscu, gdzie schodzą się uda. Do tego było widać całe nogi i bieliznę.
„No nie! Za odważna! Za bezwstydna! Muszę to zdjąć! Tylko co teraz założyć?” – myślałam w popłochu, lecz moje rozterki przerwał dźwięk klaksonu.
To Konrad i jego BMW już na mnie czekali! Nie miałam czasu na nic, nawet nie zdążyłam zrobić siku, a zawsze przed wyjściem z domu robię.
Trzystukonny silnik BMW warczał, jakby się wściekał, że musi na mnie czekać. Konrad nie otworzył mi drzwi, siedział rozwalony i grzebał coś w menu radia, w ogóle na mnie nie popatrzył. Wsiadłam i ruszyliśmy.
– Daleko to stąd? – zapytałam.
– Czterdzieści minut – odpowiedział, dalej grzebiąc w menu.
– Blisko nie jest!
– Po drugiej stronie Wisły.
– Zdążymy?
– Spokojnie – odpowiedział, spoglądając i na mnie, i na moją kreację. Poczułam się nieswojo, bo chwilę milczał. Dłuższą chwilę…
– Ale się odstrzeliłaś! – wypalił. Chyba nic gorszego nie mógł powiedzieć, jeszcze jakieś to takie było podszyte sarkazmem.
– A co ci się nie podoba? – odpowiedziałam głodna i wkurwiona, jeszcze chciało mi się siku.
– Nie, dobrze, dobrze – zabrzmiał mało przekonująco.
– Jak ci się nie podoba, zawróć, to się przebiorę! – odparowałam, oczywiście wciąż mając na myśli, że wtedy przynajmniej zrobiłabym siku.
– Nie, wyglądasz wystrzałowo – powiedział to tak, jakby powstrzymywał śmiech. Nie wiem, co to miało znaczyć, ale nie zwalniał, a raczej przyspieszył, więc zrozumiałam, że przebierki nie będzie.
A może poczuł dopiero teraz, że przegrał. Popatrzył na mnie i do niego to dotarło. Chciał zakładu, to ma. Facet myśli, że kobieta to nie wie, jak się wygrywa. Oni mają patent na zwycięstwa, a my najwyżej na trzecie miejsce. Nie na darmo jakiś wielki chłop śpiewał: „Kobiety lubią brąz”. Nie ze mną te numery, Konrad. Trzeba było się dwa razy zastanowić, a najlepiej trzy. Pomyślałam, czy nie jest to dobry moment, żeby zapytać go o termin wypłaty kasy po wygraniu zakładu. I czy czasem nie podbić stawki. Może dzisiaj już będę na prostej do wygrania tego egzotycznego zakładu, może już figurant mnie zobaczy i od razu będę wiedziała, że robi się miękki. Ale on pierwszy się odezwał:
– Jedziemy do Kościoła Świętego Ducha.
– Po co?
– Żeby ci go pokazać – odpowiedział spokojnie.
– W kościele???
– Tak, na pewno tam jest na mszy.
– Na jakiej mszy? W środku tygodnia?
– Teraz są nabożeństwa lipcowe, znajdziemy go i ci pokażę.
– Nabożeństwa to są majowe chyba?
– Lipcowe też, poświęcone Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa.
– I on tam będzie? – wydukałam.
– Tak, tym bardziej, że jest święcenie dwóch diakonów, a on jest bardzo zżyty ze swoją parafią i takich uroczystości nie opuszcza.
Nie wiedziałam, co bardziej mi się chce: jeść, sikać czy wyrzucić tę sukienkę do najbliższej puszki na śmieci. Kto to jest? Co za mężczyzna uczęszcza na nabożeństwa lipcowe? Nawet o nich nie słyszałam, a miałam maturę z religii. Ale najbardziej mnie przerażała myśl o wejściu do kościoła w tej przezroczystej sukience.
Zaparkowaliśmy blisko, nie było problemu, bo chyba mało kto wiedział o nabożeństwie lipcowym. Marzyłam, żeby wemknąć się jakimś bocznym wejściem. Otwarte było tylko główne i właśnie tym Konrad mnie poprowadził do środka, spoglądając na mnie z góry na dół kilka razy tak, że myślałam, że mu przypierdolę. Chyba to zauważył i przestał się gapić.
Kościół stał na wzgórzu, a słońce było już nisko, znaczy idealnie, żeby mnie podświetlić od tyłu. Idąc tym dywanem i środkiem kościoła, nawet nie zastanawiałam się, co myślą o mnie te panie, które tu przybyły i w rękach trzymały czarne książeczki do nabożeństwa. Nie myślałam o głodzie, o sikaniu, bo moją uwagę przykuła jasna kropka, taki zajączek na dywanie, który przesuwał się w kierunku leżących, nie wiem czemu, na podłodze, dwóch diakonów. Tak, to słońce się przebijało między moimi udami a wzgórkiem łonowym. Brak obiadu chyba spowodował powiększenie się tej dziurki. Z drugiej strony, pełny pęcherz może ją trochę pomniejszał. Kiedy już doszliśmy tam, gdzie Konrad się zatrzymał, to zajączek zaświecił się na głowie jednego z diakonów, dając mu pewnie jakiś impuls, bo się poruszył. Może doznał oświecenia jakiejś łaski, bo zadrżał kilka razy.
– Chcę usiąść! – zakomunikowałam stanowczo Konradowi.
– Nie ma sprawy, tam są miejsca. – Wskazał na wolne w trzeciej ławce.
Tylko że te miejsca były pośrodku ławki i żeby tam dojść, trzeba było się przecisnąć obok dwóch dziadków i jakiegoś młodzieńca odmawiającego różaniec. Ale jak? Dupą do nich czy dupą od nich? Tylko że ta druga strona mogła być dla młodego większym szokiem, mógł więcej w życiu takiego cudu nie doświadczyć. Stałam więc jak wryta, nie mogąc rozstrzygnąć w swojej głowie tego problemu.
– Siadamy? – niecierpliwił się Konrad.
– Wchodź pierwszy! – pomyślałam, że ustawię się tak jak Konrad.
Konrad wybrał opcję dupą do nich, więc nie kombinowałam odwrotnie, przynajmniej nie będę widziała ich gapienia się, zawsze coś.
Gdy przeciskałam się obok młodzieńca, szpilka wjebała mi się między deski, straciłam równowagę i usiadłam mu na kolanach. Jeden z dziadków ruszył mi na pomoc, chcąc podnieść moją dupę do góry. Ale nie można było podnieść mojej szanownej, kiedy szpilka była zablokowana między deskami i wykręcała mi stopę.
– Konrad, pomóż! – syknęłam z bólu, a dziad dalej pchał mi pośladki do góry.
Konrad rzucił się na pomoc dziadkowi, a ja zawyłam, co zwróciło uwagę wiernych uczestników nabożeństwa lipcowego poświęconemu Najświętszej Krwi Jezusa Chrystusa Pana.
– Nie jemu! Mnie! Noga!
Konrad kucnął i chciał mi uwolnić ten obcas, ale w tym czasie drugi dziadek zaczął pomagać pchać mój tyłek w górę, co powodowało klincz. Miałam wrażenie, że zaraz reszta facetów w tym kościele rzuci się pomagać dziadkom pchać moją dupę, bo wyszli z ławek. Groziło to już moim kalectwem, a w najlepszym wypadku skręceniem nogi.
– Stop! – krzyknęłam.
Ksiądz przerwał kazanie, dziady puściły mi tyłek, diakoni lekko podnieśli głowy, a Konrad spokojnie wyjął obcas z desek. Byłam wreszcie wolna. Wstałam i odwróciłam się już przodem do młodzieńca.
– Bardzo cię przepraszam. – Uśmiechnęłam się do chłopca.
– Nic nie szkodzi, proszę pani! – powiedział to tak wiarygodnie, że na pewno nie miał do mnie pretensji.
Usiedliśmy i poczułam ulgę. Trwała może z minutę, zanim zimna ławka pobudziła mój pęcherz. I to konkretnie. Tak konkretnie, że czułam te wszystkie mięśnie, których mężczyźni nie mają. Nie dam rady wytrzymać, to jest pewne. Ale co mam robić? Dopiero usiadłam, mam teraz przeciskać się z powrotem przez tych wiernych, którzy nie spodziewali się takich atrakcji, wybierając się na niesamowicie emocjonujące święcenia diakońskie. Z drugiej strony była ściana, czyli droga zamknięta bez wylotu. Ile to może potrwać! Ksiądz cały czas mówi, że głodnego trzeba nakarmić i tym podobne, tylko jakoś nikt przekąsek nie roznosi. Chyba nie może to trwać aż tak długo, bo tamci dwaj leżą na podłodze, a skoro ławka jest zimna, to podłoga raczej ciepła nie jest. Nie no, muszę!
– Konrad, muszę do toalety! – wyszeptałam.
– Zwariowałaś?! Po wszystkim pojedziemy gdzieś na kolację, to się załatwisz.
– Tak, ale to będzie rzeczywiście już po wszystkim.
– Dwóch godzin nie wytrzymasz?
– Nie wytrzymam minuty! – syknęłam, myśląc, że oni pewnie sobie wiążą na supeł, a z drugiej strony raczej nie, bo czasami, jak idą ulicą, to przystają i leją po murach, kiedy tylko im się zachce.
– Dobra, wytrzymaj pięć minut, ja ci pokażę gościa i nie będziemy już tu wracać, głodny się robię, dwie godziny nic nie jadłem.
– Dwie godziny? Żebyś nie zemdlał – powiedziałam przez zaciśnięte zęby, nie próbując nawet liczyć, ile godzin ja nie jadłam. Bardziej jednak interesowało mnie to upiorne pięć minut walki.
– Postaram się – odpowiedział całkiem poważnie.
– Który to? – wróciłam do sedna.
– Widzisz tego tam pod filarem w brązowej marynarce i zielonej koszuli?
Patrzę i oczom nie wierzę, stoi facet ubrany na grzyba, ma czarne buty, tak zwany trzonek, białe spodnie – nóżka, brązową marynarkę – czyli zwinięty kapelusz, jeszcze mu jakieś liście wystają, bo założył zieloną koszulę. Ja pierdolę, na święcenia diakonów i lipcowe nabożeństwo założył stylówkę Darzbór. Czyli w sumie był tu ktoś ubrany gorzej ode mnie.
– Tu masz jego wizytówkę, nazwisko, adres i telefony.
– Możemy wychodzić! – niecierpliwiłam się ja, a konkretniej mój pęcherz.
– Chwilka, wyczekajmy jakiś odpowiedni moment.
– Teraz jest odpowiedni!
Właśnie wyszło z zakrystii dwóch księży, poszli do konfesjonałów i niektórzy ludzie zaczęli wstawać. Ja podniosłam się energicznie, ale wszyscy z naszej ławki szli do spowiedzi i nie było już problemu z wychodzeniem. Może chcieli się wyspowiadać za swoje nieczyste myśli, które mieli, pomagając mi wstać. Ale pierwszy rzucił się do spowiedzi mój figurant przebrany za grzyba. Mogłam więc lepiej mu się przyjrzeć. Miał cerę różową i grube okulary. Wyglądał tak, jak powinien wyglądać facet jadący w delegację, żeby żona była pewna, że jej nie zdradzi, nawet jeśli będzie tego bardzo chciał. Nawet jeśli będzie bardzo prosił jakieś koleżanki z pracy, podlewał je winem i opowiadał, jak to był w Afryce na safari i walczył z tygrysem. Nie ma szans. Chyba że zapłaci jakiejś pani uprawiającej najstarszy zawód świata, która od tygodnia nie miała klienta, może wtedy… Chociaż pewna bym nie była, bo był tak aseksualny, że gdyby na bezludnej wyspie wśród kobiet był jedynym mężczyzną, ludność na wyspie by wyginęła.
Podczas jazdy samochodem do restauracji mało się odzywałam. Konrad coś tam tłumaczył, że to spokojny koleś, urzędnik, głowa rodziny i takie bzdury.
– A jakieś pasje ma?
– Z tego, co wiem, to lubi myć okna. Perfekcyjnie i często – odpowiedział Konrad.
Co to, kurwa, za pasja jest?! No wspólnego hobby to my na pewno nie mamy. Czy ja mam w ogóle jakąś szansę? Może to Konrad tak zarabia na życie, dzwoni do jakiejś panienki, daje jej pół miliona za zdobycie faceta, a potem pokazuje tego młota. I zgarnia śmieszne dziesięć tysięcy złotych, na które jak idiotka się zgodziłam. A czy obieca milion czy dwa, to nie ma znaczenia, bo ten gość to eunuch od mycia okien, więc można stawiać każde pieniądze. I mnie na to złapał. Może, jak się spóźnił wczoraj, też był na spotkaniu z jakąś naiwną kretynką.
Kolację zjedliśmy późno, bo na posiłek czekaliśmy wyjątkowo długo. Po interwencji Konrada kelner nam wytłumaczył, że im lepsza restauracja, tym dłużej się czeka, a wszystko jest świeże i nie przygotowują posiłków z potraw zamrożonych. Zamówiłam szarpaną wołowinę z frytkami, ale apetyt już miałam średni. Po posiłku głównym poprosiłam o deser lodowy. Na to też trzeba było poczekać, widocznie lodów także nie przygotowują z potraw zamrożonych i musieli je zamrozić. Po zjedzeniu ostatecznie jednak pysznego deseru Konrad wyjął mały pakuneczek.
– To dla ciebie.
– Prezent? – pomyślałam, że coś ze złota, może sprzedam i będę miała na rachunki.
– Nie do końca prezent – odpowiedział tajemniczo.
– Mogę rozpakować?
– Możesz, ale ja radzę, żebyś zrobiła to jutro rano.
– A mogę teraz? – powiedziałam. „Co to jest, albo coś dostaję i jest moje, albo nie” – dodałam w myślach.
– Kiedy zechcesz, to jest tylko moja dobra rada – nalegał.
– Wolę teraz! – odpowiedziałam bez namysłu, jebać wujka dobra rada.
– Twój wybór.
– Mój i tylko mój! – pokazałam palantowi, jaka jestem pewna, i zabrałam się do odwijania kolorowego papieru.
Po rozpakowaniu ukazało się małe czerwone pudełko.
„Chyba nie chce się oświadczyć?” – pomyślałam.
Zdjęłam wieczko, pudełko wypełniała czarna bransoletka z wyświetlaczem.
– Ładne – powiedziałam, choć nie byłam przekonana.
– To sobie załóż jutro na rękę.
– A mogę teraz?
– Ja tylko…
Szybko założyłam bransoletę na rękę. Rozchylenie jej uruchomiło zegarek. Nie, to nie zegarek, to zegar, który odmierzał trzysta sześćdziesiąt pięć godzin, już jest trzysta sześćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt dziewięć minut, pięćdziesiąt dwie sekundy, wciąż przemijające nieubłaganie na moich oczach. Jakby tego było mało, w ten sam sposób zaświeciła się bransoleta na ręku Konrada. Czas był zsynchronizowany.
– Pomyślałem, że będziemy precyzyjni, nie spowoduje to żadnych niedomówień.
– No pięknie! Widzę, że masz wszystko obmyślone!
– Staram się tylko pomóc.
– Chyba nie pierwszy raz to robisz! Brawo! Dzięki za kolację oraz tę bombę zegarową.
– To nie jest bomba zegarowa, tylko czasomierz, który zagwarantuje uczciwość – próbował uspokoić mnie Konrad.
Wstałam i natychmiast wyszłam. Do domu stąd nie miałam daleko, więc nie będę się prosiła. Niech sobie przemyśli w samotności, jakim jest nędznym kutasem. Mógł mi powiedzieć: „Masz trzysta sześćdziesiąt pięć godzin na poderwanie rzezańca myjącego co tydzień okna”, to bym się zastanowiła.
Może i nie było daleko do domu, ale nie w tych szpilkach. Do tego zaczęło mżyć i wyraźnie się ochłodziło. Ledwo dotarłam do celu.CÓŻ ZA STRASZNA NOC
Do domu wróciłam jak zmokła kura. Spotkałam jeszcze na klatce sąsiadkę, popatrzyła na mnie i zapytała:
– Czy pani się wyprowadza?
– Ja? Kto pani to powiedział?
– Któryś z lokatorów chyba, nie pamiętam.
– Nigdzie się nie wyprowadzam!
– Tak tylko zapytałam.
Po co mi zadała takie pytanie, nie wiedziałam jak na nie zareagować. Byłam trochę ostra i niegrzeczna, ale co to w ogóle za pomysły. Ludzie mają jakieś dziwne, niepotrzebne zainteresowania. Czy mój wygląd miał tu znaczenie? Sama już nie wiedziałam. Może to było w stylu: „Niech się pani wyprowadza, jeśli pani startuje w konkursie miss mokrego podkoszulka, nie chcemy tu takich”.
Byłam zbita i rozbita. Po wejściu do domu rozkleiłam się. Jak ja to wszystko spierdoliłam, napaliłam się od razu na ten zakład, nic nie przemyślałam. Potem wybrałam się ubrana jak Miley Cyrus na rozdanie nagród Grammy. Tylko że to nie była impreza Grammy, a święcenia diakońskie na nabożeństwie lipcowym ku czci Najświętszej Krwi Jezusa Chrystusa Pana Naszego.
I nawet nie posłuchałam rady wujka dobra rada i odpaliłam czasomierz, tracąc na wstępie co najmniej dwanaście godzin w pizdu.
„Jestem beznadziejna” – wkurzyłam się i załamałam jeszcze mocniej.
Zgodziłam się na zdobycie faceta, którego można próbować zdobyć, tylko zapisując się do kółka różańcowego i następnie uczęszczając tam systematycznie przez pięć lat. Ale ta próba może nie wypalić, bo co jeśli trzeba będzie się jakoś dodatkowo zaprzyjaźnić, myjąc co dwa dni okna na plebanii? To wtedy jakieś realne szanse istnieją, tylko okna muszą być umyte perfekcyjnie, ale w trzysta pięćdziesiąt sześć godzin nie zrobi się tego wszystkiego.
Ja w ogóle nie wiedziałam o istnieniu takich facetów, u mnie w rodzinie był wujek, który na procesjach nosił chorągiew i był bardzo wierzący. Tylko że ten wujek był babiarzem nie z tej ziemi i żadnej okazji nie przepuścił. Do tego jeździł na nartach, interesował się sportem, lubił wypić, grał w pokera, miał motocykl i łowił ryby. I nigdy go nie widziałam myjącego okna.
No tak, ale w sumie to może ja czegoś jeszcze o tym typie nie wiem. Może to coś otworzy mi szansę i ja ją wykorzystam. Może on interesuje się na przykład… Nie no, kurwa, czym może interesować się gość ubrany w leśne runo? Chyba nie trendami modowymi w Paryżu! Zaczęłam wpadać w czarną dziurę swoich destrukcyjnych myśli.
Nagle zadzwonił telefon. To Patryk! Do tego jeszcze jestem niewdzięczną, niesłowną suką. Miałam do niego zadzwonić. Tego też nie potrafię.
Patryk nie odpuszczał, widocznie martwił się o mnie. Jak nie odbiorę, to tylko pogorszę sytuację, ale co ja mam powiedzieć? Tak czy siak, musiałam odebrać.
– Zuzka?
– Przyjeżdżaj!!
– Kwadrans i jestem!
I to jest prawdziwy przyjaciel, rozczuliłam się jeszcze bardziej. Piętnaście minut wykorzystałam na powrót do normalnego ludzko-kobiecego wyglądu. Szybka gorąca kąpiel, lekki sportowy dres i poprawione oko zrobiły robotę. Przewietrzyłam pokój i zapaliłam kadzidełko, takie nasze ulubione.