A co byś zrobiła… - ebook
„A co byś zrobiła…” to książka dla ludzi zmęczonych ciągłym wyścigiem, dla tych, którzy czują, że codzienność ich przytłacza, i dla tych, którzy — paradoksalnie — boją się, że mają wszystko pod kontrolą. To książka dla małżeństw, które przestały ze sobą rozmawiać, i dla tych, które rozmawiają za dużo. To wreszcie książka dla każdego, kto kiedykolwiek stanął przed ścianą i poczuł, że nie ma już siły, by próbować ją przebić. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-447-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kiedy po raz pierwszy przeczytałem rękopis „A co byś zrobiła…”, odłożyłem go po kilkunastu stronach i długo siedziałem w milczeniu. Nie dlatego, że książka była zła – przeciwnie, była niepokojąco dobra. I nie dlatego, że mnie znudziła – wciągnęła mnie bez reszty. Usiadłem w ciszy, ponieważ ta książka zadała mi pytanie, na które nie umiałem odpowiedzieć. A to, w moim zawodzie – pisarza powieści psychologicznych, który codziennie tropi ludzkie motywacje – zdarza się niezwykle rzadko.
Bo o czym właściwie jest ta książka? Na pierwszy rzut oka o grze. O małżeństwie, które wieczorami, przy lampce wina, prowadzi intelektualne pojedynki. Ona – inteligentna, twórcza, pełna życia. On – analityczny, precyzyjny, nieprzekupny w swojej logice. On zadaje pytania: „A co byś zrobiła, gdyby…”. Ona szuka odpowiedzi. I przegrywa. Za każdym razem. Ale czy na pewno?
Jako autor powieści psychologicznych od lat badam to, co w człowieku niewidoczne na pierwszy rzut oka – lęki, pragnienia, mechanizmy obronne, pozornie irracjonalne wybory. I muszę przyznać, że rzadko spotykałem się z tak przenikliwym portretem duszy jak ten, który autorka – przepraszam, autor – tej książki namalował. Nie jest to bowiem opowieść o tym, jak wygrać. Jest to opowieść o tym, jak przegrać z godnością. Jak przyjąć porażkę nie jako klęskę, ale jako wyzwolenie. Jak przestać szarpać się z rzeczywistością i wreszcie odetchnąć.
To przesłanie, choć może wydawać się przewrotne, jest głęboko terapeutyczne. Żyjemy w kulturze, która każe nam walczyć. Walczyć o pracę, o miłość, o zdrowie, o każdy kolejny dzień. Jesteśmy szkoleni, by nigdy się nie poddawać, by zawsze szukać wyjścia, by wierzyć, że nie ma sytuacji bez wyjścia. A ta książka mówi: są. Są sytuacje, w których żadne wyjście nie istnieje. I wtedy jedynym, co nam pozostaje, jest zaakceptować swój los. Nie z rezygnacją, nie ze spuszczoną głową – ale z godnością kogoś, kto wie, że nie wszystko zależy od niego.
Bohaterka tej opowieści, Beata, każdego wieczoru zmaga się z nowym, wymyślonym przez męża Marka scenariuszem. Studnia, z której nie można się wydostać. Awionetka spadająca ku ziemi. Choroby toczące ciało od środka. Lina nad przepaścią. Trumna. Tygrysy. Kontenerowiec. Komin. Amputacja. Kwas. Mrówki. Wieloryb. Gąsienica na haczyku. Parówka. Beton. Trak. Szubienica. Kocioł. Koncert. Parowóz. Psy. Borsuk. Druty. Walec. Elektrowstrząsy. Tunel. Każdy z tych scenariuszy jest inny, każdy bardziej przerażający od poprzedniego. A jednak każdy kończy się tak samo: Beata poddaje się. Nie dlatego, że jest słaba. Przeciwnie – dlatego, że jest na tyle silna, by przyznać, że nie da rady.
I tu dotykamy sedna psychologicznego geniuszu tej książki. Autor nie buduje swoich postaci na łatwych opozycjach – silny mężczyzna, słaba kobieta; racjonalny analityk, emocjonalna artystka. Wręcz przeciwnie. To Marek, zadając pytania, zdaje się być tym chłodnym, nieustępliwym, zwycięskim. To Beata, poddając się, zdaje się być tą przegraną. A jednak po każdym rozdziale czujemy, że to właśnie ona – ta, która złożyła broń – wychodzi z tej walki bogatsza. Ona zyskuje spokój. On zyskuje tylko satysfakcję z kolejnej wygranej. Kto więc jest prawdziwym zwycięzcą? Kto ma większą władzę – ten, kto zadaje pytania, czy ten, kto przestaje na nie odpowiadać?
Jako pisarz powieści psychologicznych często zastanawiam się nad naturą relacji. Co sprawia, że dwoje ludzi trwa przy sobie przez lata? Wspólne cele? Namiętność? Przyzwyczajenie? Ta książka podsuwa inną odpowiedź: wspólne pytania. Marek i Beata nie rozmawiają o rachunkach, o praniu, o tym, kto dziś odbierze dzieci ze szkoły. Oni rozmawiają o śmierci. O strachu. O granicach ludzkiej wytrzymałości. O tym, jak by się zachowali, gdyby świat w jednej chwili stanął na głowie. I w tych rozmowach – tak pozornie abstrakcyjnych, tak dalekich od codzienności – budują coś znacznie trwalszego niż wspólne konto bankowe. Budują zaufanie. Budują wiedzę o tym, kim jest ten drugi w sytuacji ostatecznej.
Bo czy jest coś bardziej intymnego niż przyznanie się przed ukochaną osobą: „Nie wiem. Nie mam pomysłu. Poddaję się”? W świecie, w którym wszyscy udajemy, że mamy wszystko pod kontrolą, takie wyznanie jest aktem najwyższej odwagi i najgłębszej bliskości. I autor tej książki wie o tym doskonale. Dlatego nie moralizuje. Nie poucza. Po prostu pokazuje – scenariusz za scenariuszem, kapitulacja za kapitulacją – że czasem największą siłą jest przyznać się do słabości.
Książka „A co byś zrobiła…” nie jest łatwa. Nie dlatego, że jest źle napisana – przeciwnie, styl jest przejrzysty, dialogi ostre jak brzytwa, a tempo narracji trzyma w napięciu do ostatniej strony. Jest trudna, ponieważ zmusza czytelnika do konfrontacji z własnymi lękami. Każde pytanie Marka to lustro, w którym musimy się przejrzeć. Co byśmy zrobili na miejscu Beaty? Czy też próbowalibyśmy się wspinać, krzyczeć, targować, uciekać? A może – jak ona – w końcu opuścilibyśmy ręce i pozwolili, żeby los się dopełnił?
Nie znam odpowiedzi. I chyba o to chodzi. Ta książka nie daje gotowych rozwiązań. Nie mówi: „poddaj się, a będzie dobrze”. Mówi coś bardziej skomplikowanego: „poddaj się, bo nie ma innego wyjścia. I w tym poddaniu się nie ma nic złego”. To orędzie, w dzisiejszych czasach tak bardzo niepopularne, jest jednocześnie najbardziej wyzwalające. Bo jeśli wolno nam się poddać, to znaczy, że nie musimy być superbohaterami. Możemy być zwyczajni. I to wystarczy.
Polecam tę książkę każdemu, kto czuje się zmęczony ciągłą walką. Każdemu, kto ma wrażenie, że życie wymaga od niego zbyt wiele. Każdemu, kto boi się, że nie sprosta. I każdemu, kto kocha — nie tylko partnera, ale też samego siebie — na tyle, by pozwolić sobie na chwilę słabości. Bo ta książka uczy, że słabość nie jest przeciwieństwem siły. Czasem jest jej najgłębszym źródłem.
A co ja bym zrobił, gdyby to mnie zadano te pytania? Szczerze? Nie wiem. I właśnie dlatego ta książka zostanie ze mną na długo.
Kraków, 2025Rozdział I: Studnia
Deszcz bębnił o szyby werandy, kiedy Marek nalał sobie kolejny kieliszek czerwonego wina. Było już po dziesiątej wieczorem, a oni, jak co piątek, siedzieli naprzeciwko siebie przy niewielkim stoliku, który Beata przykryła lnianym obrusem w kolorze ecru. To był ich rytuał — piątkowe wieczory tylko we dwoje, bez telewizora, bez telefonów, tylko oni i rozmowa. Czasem poważna, czasem błaha, ale zawsze szczera. Przynajmniej tak Beata sądziła przez ostatnie dwanaście lat małżeństwa.
Marek pokręcił winem w kieliszku, obserwując, jak czerwony płyn tworzy małe wiry przy ściankach szkła. Miał tę swoją charakterystyczną minę, którą Beata znała aż za dobrze — lekko zmrużone oczy, delikatny uśmiech w kąciku ust, głowa lekko przechylona. To oznaczało, że zaraz zacznie jedną ze swoich gier słownych, jedno z tych pytań, które uwielbiał zadawać.
— A co byś zrobiła, gdyby… — zaczął powoli, rozkoszując się każdym słowem — gdybyś nagle, z niewiadomych przyczyn, znalazła się na dnie bardzo głębokiej studni?
Beata westchnęła i odstawiła swój kieliszek. Znała te pytania. Marek mógł godzinami bawić się w takie scenariusze, budując coraz bardziej skomplikowane sytuacje, z których ona musiała się wyplątać. Zazwyczaj traktowała to jako niewinną rozrywkę, sposób na sprawdzenie jej logicznego myślenia. Czasem nawet lubiła te intelektualne pojedynki.
— Jak głębokiej studni? — zapytała, sięgając po kawałek sera z deski, którą wcześniej przygotowała.
— Bardzo głębokiej — odpowiedział Marek, popijając wino. — Powiedzmy… dwadzieścia metrów. Może trochę więcej. Tyle, że nie możesz dosięgnąć do góry, nawet gdybyś skakała. A ściany są śliskie, porośnięte mchem i glonami. Kamienne, wilgotne, zimne.
Beata zamknęła oczy, wyobrażając sobie sytuację. Czuła już ten charakterystyczny dreszcz, który zawsze towarzyszył takim rozmowom z Markiem — mieszankę ekscytacji i lekkiego niepokoju.
— Na dnie jest woda? — zapytała.
— Tak, trochę. Po kostki. Lodowata. Temperatura może pięć stopni.
— I jak tam się znalazłam?
Marek wzruszył ramionami.
— To nieistotne. Ważne jest, że tam jesteś. Całkowicie sama. Nikt nie wie, gdzie jesteś. — Nachylił się lekko do przodu. — No więc? Co byś zrobiła?
Beata przez chwilę milczała, układając w głowie plan działania. Zawsze podchodziła do tych gier systematycznie, analitycznie. To było jedną z rzeczy, które Marek w niej cenił — jej logiczny umysł.
— Najpierw sprawdziłabym, czy mam przy sobie telefon — powiedziała w końcu. — Gdybym miała, zadzwoniłabym po pomoc.
Marek pokręcił głową, uśmiechając się szerzej.
— Nie masz telefonu. Wypadł ci przy upadku do studni i rozbił się na kawałki. Całkowicie bezużyteczny.
— Dobrze — kontynuowała Beata, nie dając się zbić z tropu. — W takim razie krzyczałabym. Wzywała pomocy tak głośno, jak tylko potrafię.
— Studnia jest bardzo głęboka — przypomniał Marek spokojnie. — I znajduje się gdzieś z dala od uczęszczanych miejsc. Powiedzmy, w lesie, kilkaset metrów od najbliższej drogi. Możesz krzyczeć, ale nikt cię nie usłyszy. Poza tym — dodał po chwili — twoje krzyki odbijają się echem od kamiennych ścian i wracają do ciebie. Po pewnym czasie głos ci siada.
Beata poczuła, jak napięcie w jej ciele rośnie. To była tylko gra, przypomniała sobie. Tylko piątkowa zabawa. Ale coś w tonie głosu Marka sprawiło, że poczuła prawdziwy chłód.
— Spróbowałabym się wspiąć — powiedziała zdecydowanie. — Szukałabym punktów zaczepienia w ścianie. Szczelin między kamieniami, nierówności, czegokolwiek, czego mogłabym się złapać.
Marek pokiwał głową, jakby się tego spodziewał.
— Kamienie są bardzo gładkie — wyjaśnił cierpliwie. — Woda, która przez dziesięciolecia spływała po ścianach, wypolerował je niemal jak szkło. A tam, gdzie są jakieś szczeliny, pokrywa je śliski mech. Za każdym razem, gdy próbujesz się podciągnąć, twoje dłonie się ślizgają i spadasz z powrotem na dno. Do tej lodowatej wody. — Napił się wina. — Próbowałabyś dalej?
— Tak — odpowiedziała Beata, choć jej głos brzmiał już mniej pewnie. — Próbowałabym różnych miejsc. Może gdzieś w ścianie jest jakaś luka, jakieś wgłębienie, gdzie kamienie nie są tak śliskie.
— Obchodzisz całą studnię wokół — powiedział Marek, zamykając oczy, jakby wizualizował scenę. — Jest okrągła, średnica może trzy metry. Obmacujesz każdy fragment ściany, szukasz czegoś, czego można się złapać. Ale wszędzie to samo — gładkie, zimne, mokre kamienie. Twoje palce już marzną od ciągłego dotykania mokrych ścian. Zaczynasz tracić czucie w dłoniach.
Beata przełknęła ślinę. Mogła niemal poczuć tę wilgoć, ten chłód.
— Szukałabym wtedy czegoś, co mogłoby mi pomóc — powiedziała. — Może na dnie jest jakiś przedmiot? Jakiś kawałek drewna, kamień, cokolwiek, co mogłabym wykorzystać?
— Na dnie jest tylko woda i błoto — odpowiedział Marek. — I może kilka starych, zgniłych liści, które wpadły tam lata temu. Nic więcej. Nic, co mogłoby ci pomóc.
Beata poczuła, jak frustracja zaczyna ją ogarniać. To przecież tylko gra, przypomniała sobie po raz kolejny. Ale Marek miał tę niesamowitą zdolność sprawiania, że jego hipotetyczne scenariusze stawały się niemal realne.
— W porządku — powiedziała, prostując się na krześle. — W takim razie skupiłabym się na przetrwaniu. Szukałabym sposobu, żeby wydostać się z wody. Może jest jakiś występ w ścianie? Jakieś miejsce, gdzie mogłabym usiąść, żeby nie stać w lodowatej wodzie?
Marek zastanowił się przez moment.
— Jest jeden niewielki występ — zgodził się. — Może dwadzieścia centymetrów nad poziomem wody. Ledwo mieszczą się na nim twoje stopy, ale tak, możesz się tam podciągnąć. Oczywiście, nie możesz tam siedzieć wiecznie. Twoje nogi szybko zaczynają się trząść z wysiłku. Po piętnastu minutach mięśnie zaczynają płonąć. Po pół godzinie nie możesz już wytrzymać i spadasz z powrotem do wody.
— Odpoczęłabym wtedy — powiedziała Beata — a potem próbowała znowu. Budowałabym wytrzymałość. Za każdym razem wytrzymywałabym trochę dłużej.
— Może — przyznał Marek. — Ale każda taka próba wyczerpuje cię coraz bardziej. A jesteś już tam kilka godzin. Jest późny wieczór, robi się zimno. Temperatura spada. Twoje ubranie jest mokre, zaczynasz drżeć z zimna. Zęby ci szczękają.
Beata sięgnęła po swój kieliszek i wypiła łyk wina. Potrzebowała czegoś, co przywróci jej poczucie rzeczywistości. Za oknem deszcz przybierał na sile.
— Zdejmowałabym mokre ubrania — powiedziała w końcu. — Lepiej być w samej bieliźnie niż w mokrych ciuchach, które wysysają ciepło z ciała.
Marek pokiwał głową z uznaniem.
— Mądra decyzja — przyznał. — Ale powietrze w studni jest bardzo wilgotne. Nawet w samej bieliźnie nie możesz się rozgrzać. I co teraz?
— Ruszałabym się — odpowiedziała szybko Beata. — Biegałabym w kółko, robiła przysiady, pajace, cokolwiek, żeby utrzymać temperaturę ciała.
— Dobrze — zgodził się Marek. — To może działać przez jakiś czas. Ale jesteś już wyczerpana. Nie jadłaś od wielu godzin. A ta lodowata woda, w której musisz stać… — zawiesił głos. — Po jakimś czasie twoje stopy tracą czucie. Przestajesz je w ogóle czuć. Nogi są jak dwa kawałki drewna. Martwiejesz z zimna.
Beata poczuła, jak wzrasta w niej desperacja. A to była tylko gra. Tylko piątkowa gra z Markiem.
— Krzyczałabym znowu — powiedziała. — Może ktoś jednak przechodzi w pobliżu. Może ktoś mnie usłyszy.
— Krzyczysz — powiedział Marek spokojnie. — Krzyczysz tak głośno, jak tylko możesz. Twój głos odbija się od ścian studni, wraca do ciebie tysięcznymi echami. Ale nikt nie odpowiada. Jesteś całkowicie sama.
— To byłoby słychać — nalegała Beata. — Ktoś musiałby usłyszeć.
— Jest środek nocy — wyjaśnił Marek. — W lesie nie ma nikogo. Najbliższe domy są kilka kilometrów stąd. A nawet jeśli ktoś by usłyszał… — wzruszył ramionami — głos dochodzący z lasu w środku nocy? Większość ludzi pomyślałaby, że to wiatr albo zwierzę.
Beata milczała przez dłuższą chwilę. Czuła, jak z każdą minutą zapala się coraz bardziej w tej grze, ale jednocześnie czuła rosnącą frustrację.
— Próbowałabym zbudować coś — powiedziała w końcu. — Jakąś wieżę, stos… Gdybym miała jakieś kamienie na dnie, mogłabym je układać jeden na drugim, tworzyć platformę, która pozwoliłaby mi dosięgnąć wyżej.
Marek pokręcił głową.
— Na dnie nie ma kamieni — przypomniał. — Tylko woda i błoto. A nawet gdyby były… dwadzieścia metrów? Ile kamieni by ci było trzeba? I jak mocno musiałabyś je układać, żeby konstrukcja się nie zawaliła?
— Mogłabym… — zaczęła Beata, ale urwała. Bo co właściwie mogłaby? Marek miał rację. To byłoby niemożliwe.
— Mogłabyś próbować — dokończył za nią Marek łagodnie. — Ale czy to by miało sens?
Beata poczuła dziwne ukłucie w piersi. Była to tylko hipotetyczna sytuacja, ale Marek miał tę umiejętność sprawienia, że czuła się naprawdę uwięziona, naprawdę bezradna.
— Czekałabym do świtu — powiedziała w końcu. — Może w dzień komuś łatwiej byłoby mnie usłyszeć. Może ktoś przechodzi tamtędy rano.
— To opuszczony las — wyjaśnił Marek. — Nikt tam nie chodzi. Studnia jest zapomniana, nikt o niej nie pamięta. Została zbudowana dawno temu, może sto lat wcześniej, a potem porzucona. Zarośnięta krzakami, prawie niewidoczna z powierzchni.
— Ale ja w jakiś sposób tam wpadłam — zauważyła Beata. — Więc jeśli ja mogłam się tam dostać, inni też mogą.
— To prawda — przyznał Marek. — Ale ty wpadłaś tam przypadkiem. Przedzierałaś się przez las i nagle grunt ustąpił pod twoimi stopami. Deska, która zakrywała studnię, zmurszała i nie wytrzymała twojego ciężaru. Ale szanse, że ktoś inny pójdzie dokładnie tą samą ścieżką… — urwał znacząco. — Mikroskopijne.
Beata nalała sobie więcej wina. Potrzebowała go. Czuła, jak całe jej ciało jest napięte.
— Jest jeszcze dzień — powiedziała. — Mam jeszcze energię. Mogę próbować różnych rzeczy. Może gdybym zrobiła hak z mojego paska? Mogłabym go rzucać w górę, próbować zahaczyć o coś.
— O co? — zapytał Marek spokojnie. — Studnia jest otwarta na górze, ale nad nią nie ma żadnej konstrukcji. Żadnej krawędzi, za którą mógłbyś się zahaczać. Tylko okrągły otwór w ziemi. A twój pasek… nawet jeśli miałabyś go przy sobie, co nie jest pewne… jest zbyt krótki i zbyt elastyczny, żeby można było go wykorzystać jako narzędzie wspinaczkowe.
— Moje sznurowadła — próbowała dalej Beata. — Mogłabym je związać razem, zrobić linę…
— Dwa sznurowadła od butów — przerwał jej Marek. — Nawet związane razem dałyby ci może metr długości. A potrzebujesz dwudziestu metrów. I nawet jeśli w jakiś cudowny sposób miałabyś tyle sznura… — spojrzał na nią znacząco — co jest na górze studni? Nic. Nic, do czego mogłabyś przywiązać linę, nic, o co mogłabyś się zahaczać.
Beata milczała. Czuła, jak jej twórcze rozwiązania jeden po drugim są metodycznie obalane przez męża.
— Widzisz — powiedział Marek miękko — to jest właśnie interesujące w tej sytuacji. Bo ona wydaje się mieć rozwiązanie. Powinna mieć rozwiązanie. W filmach zawsze jest jakieś rozwiązanie. Ale w rzeczywistości… czasami po prostu nie ma wyjścia.
— Zawsze jest jakieś wyjście — upierała się Beata, choć jej głos zabrzmiał mniej przekonująco, niż chciała.
— Zawsze? — Marek uniósł brew. — Jesteś tego pewna?
Beata zastanowiła się głęboko. Musiało być coś, o czym nie pomyślała. Jakaś metoda, jakiś sposób.
— Mogłabym próbować wykopać stopnie w ścianie — powiedziała. — Moimi rękami, paznokciami, czymkolwiek. Nawet jeśli kamienie są twarde, może między nimi jest zaprawa, którą mogłabym wydłubać.
Marek zastanowił się przez moment, jakby poważnie rozważał tę propozycję.
— Kamienie są staroświeckie — powiedział w końcu. — Ułożone tak, jak robiono to sto lat temu. Są między nimi szczeliny, to prawda. Ale są wypełnione nie zaprawą, tylko gliną. Bardzo twardą gliną, zagęszczoną przez dziesięciolecia. Mogłabyś próbować ją wydłubywać, ale twoje paznokcie łamałyby się, palce krwawiłyby. A postęp byłby znikomy. Może centymetr głębokości po godzinie pracy. I co wtedy? Jedna szczelina głębsza o centymetr na dwadzieścia metrów wysokości?
— Ale gdybym robiła to systematycznie — nalegała Beata. — Krok po kroku, stopień po stopniu…
— Ile masz czasu? — zapytał Marek. — Jesteś w lodowatej wodzie. Nie jadłaś. Nie piłaś. Chociaż zaraz… — uśmiechnął się lekko — wody masz dużo. Ale czy odważyłabyś się pić wodę z dna stuletniej studni? Kim wie, co w niej jest. Jakie bakterie, jakie choroby.
— Musiałabym zaryzykować — powiedziała Beata. — Bez wody szybko bym umarła.
— To prawda — zgodził się Marek. — Więc pijesz. Woda jest lodowata, ma dziwny smak. Kto wie, może kiedyś coś do tej studni wpadło i tam umarło? Ale nie masz wyboru, więc pijesz. Zaraz potem czujesz, jak zimno rozchodzi się po twoim brzuchu. Twoja temperatura ciała spada jeszcze bardziej.
Beata wstała od stołu i podeszła do okna. Patrzyła na deszcz spływający po szybie. Czuła się dziwnie. To była tylko gra, tylko intelektualna zabawa, ale dlaczego tak bardzo ją to dotykało?
— Są jeszcze jakieś opcje — powiedziała, nie odwracając się od okna. — Musi być jakieś rozwiązanie.
— Jakie? — zapytał Marek miękko. Usłyszała, jak wstaje od stołu i podchodzi do niej. Stanął tuż za nią, niemal czując jego oddech na swoim karku. — Powiedz mi. Jestem ciekawy.
Beata zamknęła oczy. Myślała intensywnie.
— Mogłabym… mogłabym spróbować zrobić drabinę ze swojego ubrania. Związać rzeczy razem, przymocować je do ściany…
— Czym przymocować? — przerwał jej łagodnie Marek. — I do czego? Ściany są gładkie. A twoje ubrania to spodnie, bluzka, może sweter. Nawet związane razem nie dałyby ci więcej niż dwa, trzy metry. A potrzebujesz dwudziestu.
— Więc… więc mogłabym… — zająknęła się. Czemu nie mogła myśleć jasno? — Mogłabym próbować zwrócić na siebie uwagę. Może gdybym zapaliła ogień? Dym byłby widoczny z daleka.
— Czym zapalisz ogień? — zapytał Marek. — Wszystko jest mokre. Twoje ubrania, liście na dnie studni, ściany. A nawet gdybyś miała zapałki — czego nie masz — w takiej wilgoci nie zapaliłyby się.
— Mogłabym użyć szkieł od okularów — powiedziała desperacko. — Skupić promienie słońca…
— Nie nosisz okularów — przypomniał jej Marek. — A nawet gdybyś nosiła… jesteś dwadzieścia metrów pod ziemią. Słońce nie dociera tam w taki sposób, żeby można było skupić jego promienie. Przez większą część dnia na dnie jest półmrok.
Beata otworzyła oczy i spojrzała na odbicie męża w szybie. Stał za nią, obserwując ją z dziwnym, nieodgadnionym wyrazem twarzy.
— Dlaczego to robisz? — zapytała cicho.
— Co robię?
— Tę grę. Dlaczego zawsze musisz udowodnić, że jestem bezradna? Że nie ma wyjścia?
Marek położył dłonie na jej ramionach. Były ciepłe, mocne.
— Nie o to chodzi — powiedział łagodnie. — To nie jest dowodzenie twojej bezradności. To jest… eksploracja. Sprawdzanie granic. Interesuje mnie, jak dalek możesz zajść, zanim przyjmiesz prawdę.
— Jaką prawdę?
— Że czasami nie ma dobrych opcji. Że czasami jesteś całkowicie zdana na łaskę okoliczności. Że czasami… — zawiesił głos — musisz zaakceptować swoją sytuację.
Beata odwróciła się do niego.
— Nigdy bym się nie poddała — powiedziała stanowczo. — Nigdy. Wolałabym umrzeć próbując niż się poddać.
— Naprawdę? — Marek uśmiechnął się lekko. — Wróćmy więc do studni. Minął dzień. Jest noc. Jesteś wyczerpana. Twoje ręce są poranione od prób wspinaczki. Stopy całkowicie zdrętwiałe od zimna. Głos zachrypnięty od krzyków. I wiesz już, że nikt nie przyjdzie. Co wtedy? Nadal będziesz próbować?
Beata milczała. W jej głowie formowała się myśl, którą trudno było wyrazić słowami.
— Gdybym naprawdę wiedziała, że nikt nie przyjdzie… — zaczęła powoli — to… to musiałabym oszczędzać siły. Znaleźć sposób na przetrwanie jak najdłużej. Bo im dłużej przeżyję, tym większa szansa, że jednak ktoś mnie znajdzie.
— Ale nikt nie wie, gdzie jesteś — przypomniał Marek. — Nikt nie szuka. Jesteś w opuszczonym lesie, w zapomnianej studni. Mogłabyś tam być tygodniami, a nikt by nie przyszedł.
— Ale w końcu ktoś by przyszedł — upierała się Beata. — Ktoś by się w końcu zorientował, że zaginęłam. Wysłaliby poszukiwania.
— Załóżmy, że tak — zgodził się Marek. — Ale obszar poszukiwań byłby ogromny. Las ma setki kilometrów kwadratowych. A studnia jest ukryta, zarośnięta. Mogliby przejść metr od niej i nie zauważyć.
— Gdybym usłyszała ludzi w pobliżu, krzyczałabym — powiedziała Beata.
— Oczywiście — zgodził się Marek. — Ale wtedy byłoby już późno. Po tylu dniach w zimnej wodzie, bez jedzenia, ledwo przytomna… twój głos byłby słaby. Niewiele głośniejszy niż szept.
Beata poczuła, jak opanowuje ją dziwne uczucie rezygnacji. W tej hipotetycznej sytuacji naprawdę nie było wyjścia. Każda propozycja, którą przedstawiała, była logicznie i metodycznie obalana przez męża.
— Więc co… po prostu mam się poddać? — zapytała, a w jej głosie zabrzmiała nutka gniewu.
— Poddać to złe słowo — powiedział Marek, prowadząc ją z powrotem do stołu. Usiedli. Nalał im obu więcej wina. — Raczej… zaakceptować. Zaakceptować swoją sytuację. Przestać walczyć z tym, czego nie można zmienić.
— Ale to oznacza śmierć — powiedziała Beata cicho.
— W tej konkretnej sytuacji — przyznał Marek — tak, prawdopodobnie tak. Ale czy walczenie do ostatniego tchnienia coś by zmieniło? Czy nie lepiej byłoby zaakceptować to, co nieuniknione, i spędzić ostatnie chwile w spokoju, zamiast w desperackiej, beznadziejnej walce?
Beata patrzyła na niego przez długą chwilę. To była tylko gra. Tylko piątkowa rozmowa. Ale coś w sposobie, w jaki Marek to wszystko przedstawiał, sprawiło, że poczuła prawdziwy lęk.
— Nie wiem, czy potrafię się zgodzić z tą filozofią — powiedziała w końcu.
— Nie musisz się zgadzać — odpowiedział Marek łagodnie. — To tylko ćwiczenie myślowe. Tylko gra. — Uśmiechnął się ciepło. — Ale przyznajesz, że w tej konkretnej sytuacji nie ma wyjścia?
Beata westchnęła głęboko. Przeszukała swoją pamięć, próbując znaleźć coś, czego jeszcze nie spróbowała, jakiś pomysł, który nie został obalony. Ale wszystko, co przychodziło jej do głowy, już zostało przedyskutowane i zdyskredytowane.
— Mogłabym medytować — powiedziała w końcu. — Wejść w trans, spowolnić metabolizm, zredukować potrzebę ciepła i pożywienia…
Marek roześmiał się cicho.
— Jesteś mistrzem medytacji? Praktykowałaś przez lata techniki jogi dla opanowania ciała?
— Nie — przyznała Beata.
— Więc prawdopodobnie byłoby to nieskuteczne. Możesz próbować się uspokoić, kontrolować oddech, ale to nie zmieni podstawowych faktów. Jesteś w lodowatej wodzie, wyczerpana, bez jedzenia. Twoje ciało będzie się wyłączać, czy tego chcesz, czy nie.
Beata poczuła, jak wszystkie jej kontrargumenty się wyczerpują. Siedziała w milczeniu, kręcąc kieliszkiem w dłoniach.
— Nie ma wyjścia — powiedziała w końcu cicho, niemal szeptem. — Z tej studni nie ma wyjścia.
Marek uśmiechnął się szeroko, szeroko jak nigdy wcześniej tego wieczoru.
— Właśnie — powiedział z zadowoleniem. — Czasami naprawdę nie ma wyjścia. Czasami jesteś całkowicie, absolutnie bezradna. I najważniejsze, co możesz wtedy zrobić, to to zaakceptować.
— Zaakceptować swoją śmierć — powiedziała Beata, czując dziwną pustkę w brzuchu.
— Zaakceptować swoje ograniczenia — poprawił ją Marek. — Zaakceptować, że nie wszystko można kontrolować. Nie zawsze możesz się uratować. Nie zawsze siła woli i pomysłowość są wystarczające.
Beata milczała. Czuła się dziwnie wyczerpana, jakby naprawdę spędziła godziny w tej hipotetycznej studni, próbując się wydostać.
— To była dobra gra — powiedział Marek, sięgając po jej dłoń. — Bardzo się starałaś. Miałaś dużo pomysłów.
— Ale żaden nie zadziałał — powiedziała Beata.
— Bo to była sytuacja bez wyjścia — wyjaśnił Marek. — Stworzyłem ją taką celowo. To właśnie było interesujące. Obserwowanie, jak będziesz reagować, gdy każda droga będzie zablokowana.
— I jak zareagowałam?
— Wspaniale — powiedział Marek z ciepłem. — Walczyłaś do końca. Próbowałaś wszystkiego. A potem, gdy naprawdę już nie było opcji… zaakceptowałaś to. To wymaga siły. Większej siły niż wielu ludzi posiada.
Beata nie była pewna, czy to był komplement. Czuła się dziwnie, jakby przeszła jakąś próbę, której charakteru do końca nie rozumiała.
Marek wstał i sięgnął do kredensu po kolejną butelkę wina.
— Jeszcze jedną? — zapytał.
Beata skinęła głową. Potrzebowała czegoś, co zmyje z niej to uczucie. To dziwne, klaustrofobiczne uczucie bezradności, które czuła, nawet siedząc w swojej własnej, przestronnej jadalni.
Marek odkorkował butelkę i nalał im obu. Wzniesiono kieliszki.
— Za akceptację — powiedział Marek.
— Za akceptację — powtórzyła Beata, choć nie była pewna, co właściwie celebrują.
Wypili. Wino było dobre, gładkie, łagodne. Beata poczuła, jak alkohol rozgrzewa ją od środka, wypełnia pustkę, którą czuła chwilę wcześniej.
Rozmawiali jeszcze przez jakiś czas o innych rzeczach — o planach na weekend, o konieczności naprawy dachu, o zbliżających się urodzinach matki Beaty. Ale w tle, niedopowiedziana, wisiała ta rozmowa o studni. Ta lekcja bezradności.
Kiedy druga butelka była już pusta, Marek wstał i wyciągnął rękę do Beaty.
— Chodź — powiedział miękko. — Czas do łóżka.
Beata wzięła jego dłoń i pozwoliła się prowadzić. Szli przez ciemny korytarz do sypialni. Deszcz za oknem w końcu ustał. Została tylko cisza i ich kroki na drewnianej podłodze.
W sypialni Marek pomógł jej się rozebrać, z czułością zdejmując każdą część garderoby. Beata czuła się dziwnie bierna, jakby faktycznie była wyczerpana po długiej walce. Pozwalała mu kierować swoimi ruchami, układać ją w łóżku, nakrywać kołdrą.
Marek położył się obok niej i przyciągnął ją do siebie. Beata oparła głowę o jego ramię, czując ciepło jego ciała.
— Śpij — szepnął, całując ją w czoło. — To była tylko gra.
— Tylko gra — powtórzyła Beata cicho.
Ale gdy zamykała oczy, widziała ją. Tę studnię. Kamienne ściany pokryte mchem. Lodowatą wodę po kostkach. Ciemność nad głową. I to poczucie całkowitej, absolutnej bezradności.
Skuliła się bliżej Marka, szukając w jego cieple ucieczki od tych obrazów. On objął ją mocniej, jakby rozumiał.
— Wszystko dobrze — szeptał. — Jesteś bezpieczna. Jesteś tutaj, ze mną.
I powoli, bardzo powoli, Beata zaczęła odpływać w sen. Ostatnią rzeczą, którą pomyślała, zanim zasnęła, było pytanie, które nie mogła się powstrzymać od zadania samej sobie: dlaczego Marek tak bardzo chciał, żeby się poddała? Dlaczego jego uśmiech był najszerszy właśnie wtedy, gdy przyznała, że nie ma wyjścia?
Ale była już zbyt zmęczona, żeby szukać odpowiedzi. Sen wziął ją w swoje objęcia, głębokie i ciemne jak dno zapomnianej studni.Rozdział IV: Lina
Poniedziałkowy poranek przywitał Beatę szarością i zimnem. Obudziła się wcześnie, jeszcze przed budzikiem, i przez długą chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Marek już wstał — słyszała szum prysznica z łazienki. Za oknem padał drobny, uporczywy deszcz.
Weekend pozostawił w niej dziwne uczucie. Nie potrafiła nazwać go dokładnie — to nie była ani frustracja, ani złość, ani nawet strach. To było coś głębszego, bardziej fundamentalnego. Poczucie, że coś w ich związku przesunęło się, zmieniło kształt w sposób, którego nie do końca rozumiała.
Marek wszedł do sypialni, już ubrany w garnitur, pachnący świeżo po prysznicu.
— Dzień dobry — powiedział, pochylając się, by pocałować ją w czoło. — Jak się czujesz?
— Zmęczona — odpowiedziała szczerze Beata.
— Weekend był intensywny — przyznał Marek, prostując krawat przed lustrem. — Może dzisiaj powinnaś odpocząć. Weź dzień wolny w pracy.
Beata zastanowiła się przez chwilę. Może rzeczywiście powinna. Ale z drugiej strony, sama w domu, miałaby zbyt dużo czasu na myślenie. A myślenie o weekendowych rozmowach nie wydawało się dobrym pomysłem.
— Pójdę do pracy — powiedziała, siadając na łóżku. — Rozproszenie mi dobrze zrobi.
Marek skinął głową i wyszedł. Beata słyszała, jak porusza się po kuchni, przygotowując śniadanie. Przez chwilę siedziała nieruchomo, zbierając siły na rozpoczęcie kolejnego dnia.
Dzień w pracy był monotonny i wyczerpujący. Beata pracowała w kancelarii prawnej jako asystentka prawnika, i choć normalnie lubiła swoją pracę, dzisiaj każda czynność wydawała się wymagać nadludzkiego wysiłku. Jej myśli ciągle odpływały do weekendu, do tych rozmów z Markiem, do uczucia bezradności, które tak metodycznie w niej budował.
Współpracownicy zauważyli, że coś jest nie tak.
— Wszystko w porządku? — zapytała Kasia, młodsza koleżanka, podczas przerwy na kawę. — Wyglądasz na wyczerpaną.
— Trudny weekend — odpowiedziała Beata, uśmiechając się blado.
— Kłótnia z mężem? — zapytała Kasia współczująco.
— Nie, nie kłótnia — powiedziała Beata. — Po prostu… skomplikowane.
I rzeczywiście było skomplikowane. Bo to nie były kłótnie. Marek nigdy nie podnosił głosu, nigdy nie był agresywny czy wulgarny. Wręcz przeciwnie — był czuły, troskliwy, kochający. Ale te gry… te scenariusze… były czymś innym. Czymś, czego Beata nie potrafiła wyjaśnić nikomu, włącznie z samą sobą.
Wróciła do domu późnym popołudniem, przemoczona deszczem, zmęczona i wyczerpana emocjonalnie. Marek jeszcze nie wrócił — pracował dłużej w poniedziałki. Beata zrobiła sobie herbatę i usiadła w salonie, próbując czytać książkę, ale słowa rozmazywały się przed jej oczami.
Gdy Marek w końcu wrócił, było już po ósmej wieczorem. Wyglądał równie zmęczony jak ona.
— Ciężki dzień? — zapytała Beata.
— Bardzo — odpowiedział Marek, rzucając teczkę na fotel. — Ty też wyglądasz na wyczerpaną.
— Jestem — przyznała Beata.
— To może wcześnie do łóżka? — zaproponował Marek. — Jutro będzie lepiej.
Zgodzili się na to i rzeczywiście poszli spać wcześniej niż zwykle. Beata zasnęła szybko, wyczerpana, i spała ciężko, bez snów.
Wtorek i środa minęły w podobny sposób — praca, powrót do domu, kolacja, sen. Marek wydawał się zajęty swoimi sprawami i nie inicjował żadnych rozmów o „co byś zrobiła”. Beata czuła się z jednej strony ulgą, a z drugiej dziwnym rozczarowaniem. Jakby część jej, która nienawidziła tych gier, walczyła z inną częścią, która już zaczynała za nimi tęsknić.
W czwartek wieczorem Marek wrócił do domu z butelką dobrego koniaku.
— Pomyślałem, że moglibyśmy miło spędzić wieczór — powiedział z uśmiechem. — Może na tarasie? Deszcz w końcu przestał.
Beata poczuła znajome ukłucie niepokoju. Wiedziała, co oznacza „miły wieczór” z koniakiem. Kolejna gra. Kolejny scenariusz.
— Marek… — zaczęła, ale nie wiedziała, jak dokończyć. Jak powiedzieć „nie chcę” bez obrażania go? Jak wyjaśnić, że te gry ją wyczerpują, nawet jeśli część jej jest nimi zafascynowana?
— Tylko porozmawiamy — powiedział Marek łagodnie, jakby czytał w jej myślach. — Nic więcej. Jeśli będziesz chciała przestać, po prostu powiesz.
Beata skinęła głową niepewnie i poszła za nim na taras. Wieczór był chłodny, ale suchy. Niebo powoli ciemniało, pierwsze gwiazdy zaczynały się pojawiać.
Marek nalał im koniaku. Usiedli naprzeciwko siebie, tak jak co piątek, choć dzisiaj był czwartek.
— A co byś zrobiła, gdyby… — zaczął Marek, i Beata poczuła, jak jej ciało automatycznie się napina — gdybyś szła po linie rozpiętej pomiędzy dwoma wysokimi budynkami?
Beata zamknęła oczy. Kolejna niemożliwa sytuacja. Kolejny test.
— Dlaczego miałabym iść po linie między budynkami? — zapytała, otwierając oczy.
— To nieważne dlaczego — odpowiedział Marek. — Może to jakieś wyzwanie, może pokaz akrobatyczny, może szkolenie. — Wzruszył ramionami. — Ważne jest, że tam jesteś. Na linie. Sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią.
Beata wypiła łyk koniaku, czując, jak ciepło rozchodzi się po jej piersi.
— Sześćdziesiąt pięć metrów to bardzo wysoko — powiedziała.
— Bardzo — zgodził się Marek. — Mniej więcej wysokość dwudziestopiętrowego budynku. Patrzysz w dół i widzisz ulicę, samochody wyglądające jak zabawki, ludzi jak mrówki. — Nachylił się do przodu. — I czujesz wiatr. Lekki, ale wystarczający, żeby lina delikatnie się kołysała.
— Miałabym jakieś zabezpieczenia? — zapytała Beata. — Linę asekuracyjną, uprząż?
Marek pokręcił głową.
— Bez zabezpieczeń. To spacer linowy w czystej formie — tylko ty, lina i tyczka do równowagi.
— Tyczka do równowagi — powtórzyła Beata. — Więc mam przynajmniej to.
— Na razie tak — powiedział Marek z dziwnym uśmiechem. — Trzymasz długą, lekką tyczką, która pomaga ci utrzymać równowagę. Jesteś mniej więcej w połowie drogi między budynkami. Dwadzieścia metrów za tobą, dwadzieścia przed tobą.
— Więc kontynuuję — powiedziała Beata. — Ostrożnie, małymi krokami, utrzymując równowagę.
— Próbujesz — zgodził się Marek. — Ale wiatr się wzmaga. Czujesz, jak podmuch uderza cię z boku. Lina kołysze się mocniej. Musiałby skorygować pozycję, przesunąć tyczkę, żeby nie stracić równowagi.
— Więc to robię — powiedziała Beata. — Koryguję pozycję. Może nawet kucam na moment, obniżam środek ciężkości.
— Kucasz — potwierdził Marek. — To mądre. Czekasz, aż podmuch przejdzie. I rzeczywiście, po chwili wiatr słabnie. Prostujesz się powoli, ostrożnie. I wtedy… — Marek zrobił dramatyczną pauzę — twoje dłonie są spocone. Od stresu, od wysiłku koncentracji. I tyczka wyślizguje ci się z rąk.
Beata poczuła, jakby w jej żołądku opadł kamień.
— Próbuję ją złapać — powiedziała szybko.
— Próbujesz — zgodził się Marek. — Wyciągasz ręce, próbujesz schwytać spadającą tyczkę. Ale ten gwałtowny ruch burzy twoją równowagę. Zaczynasz się chwiać. Tracisz stabilność.
— Muszę się skupić na zachowaniu równowagi — powiedziała Beata. — Pozwalam tyczce spaść i koncentruję się na utrzymaniu się na linie.
— Mądra decyzja — przyznał Marek. — Rezygnujesz z tyczki i skupiasz się na równowadze. Machasz rękami, próbując się ustabilizować. Ale bez tyczki jest o wiele trudniej. Twoje ciało kołysze się niebezpiecznie. Przez moment wydaje się, że zaraz spadniesz.
— Ale nie spadam — powiedziała Beata z naciskiem. — Udaje mi się utrzymać równowagę.
— Udaje ci się — zgodził się Marek. — Po kilku przerażających sekundach stabilizujesz się. Stoisz na linie, bez tyczki, sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią. — Popijał koniak. — I wtedy zauważasz coś jeszcze. Ptaka.
— Ptaka? — powtórzyła Beata.
— Sepa — sprecyzował Marek. — Dużego, z rozpostartymi skrzydłami może dwa metry. Krąży w powietrzu, niedaleko od ciebie. I zbliża się.
— Sępy nie atakują żywych ludzi — powiedziała Beata. — Żywią się padliną.
— To prawda — zgodził się Marek. — Ale ten sęp jest głodny. Bardzo głodny. I może nie atakuje bezpośrednio, ale… — zawiesił głos — jest ciekawy. Przylatuje bliżej. Krąży wokół ciebie.
— Próbuję go odstraszyć — powiedziała Beata. — Machałam rękami, krzyczała.
— Machasz rękami — powiedział Marek — ale to znowu burzy twoją równowagę. Bez tyczki każdy ruch jest ryzykowny. Musisz wybierać — straszyć ptaka czy utrzymać równowagę.
Beata milczała, czując rosnącą frustrację.
— A sęp? — zapytała. — Co robi?
— Przylatuje jeszcze bliżej — odpowiedział Marek. — Może trzy metry od ciebie. Widzisz jego żółte oczy, zakrzywiony dziób, szpony. Krąży, obserwuje cię. I nagle… — Marek zrobił pauzę — nurkuje w twoją stronę.
— Uchylam się — powiedziała szybko Beata.
— Uchylasz się — potwierdził Marek. — Zginasz kolana, pochylasz głowę. Sęp mija cię o kilkadziesiąt centymetrów. Czujesz podmuch powietrza od jego skrzydeł. — Marek spojrzał na nią intensywnie. — Ale ten gwałtowny ruch… tracisz równowagę.
— Nie! — krzyknęła Beata, mimo że wiedziała, że to tylko historia. — Muszę się utrzymać!
— Próbujesz — powiedział Marek spokojnie. — Rozpaczliwie próbujesz. Machasz rękami, balansujesz, starasz się znaleźć stabilność. Ale lina kołysze się, twoje ciało jest przekrzywione, środek ciężkości przesunięty. I czujesz, że spadasz.
— Łapię się liny! — powiedziała Beata desperacko. — Gdy zaczynam spadać, łapię się liny rękami!
Marek skinął głową z uznaniem.
— Szybka reakcja — powiedział. — W ostatnim momencie, gdy już zaczynasz spadać z liny, udaje ci się jej złapać. Wisisz teraz, trzymając się liny obiema rękami, ciało buja się sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią.
Beata poczuła, jak jej dłonie mimowolnie zaciskają się, jakby naprawdę trzymały linę.
— Podciągam się — powiedziała. — Wciągam się z powrotem na linę.
— Próbujesz — powiedział Marek. — Ale to trudniejsze, niż myślałaś. Lina jest cienka, trudna do złapania. Twoje ręce są spocone, śliskie. A podciąganie własnego ciała na samych rękach, bez punktu oparcia dla nóg… — pokręcił głową. — To wymaga ogromnej siły.
— Jestem wystarczająco silna — upierała się Beata. — Ćwiczyłam…
— Ćwiczyłaś w siłowni, przy podciąganiu na drążku — przerwał jej Marek. — Ale to była stabilna, gruba drążek, a twoje ręce były suche, w odpowiednich rękawiczkach. To jest cienka lina, twoje dłonie śliskie od potu i strachu, a pod tobą sześćdziesiąt pięć metrów pustej przestrzeni.
Beata milczała, wiedząc, że ma rację.
— Próbujesz się podciągnąć — kontynuował Marek. — Napinasz ramiona, próbujesz unieść swoje ciało. Przez moment wydaje się, że się uda. Podnosisz się kilka centymetrów. Ale wtedy twoje mięśnie zaczynają drżeć. Ramiona płoną z wysiłku. I nie możesz dalej.
— Wiszę więc — powiedziała Beata cicho. — Trzymam się, dopóki mogę.
— Trzymasz się — zgodził się Marek. — Ale jak długo? Twoje ramiona już teraz drżą. Palce zaczynają się ślizgać. A sęp wciąż krąży w pobliżu.
— Ktoś mnie widzi — powiedziała Beata. — Na ulicy, z budynków. Ktoś woła pomoc.
— Tak — przyznał Marek. — Ludzie na dole zauważyli cię. Wskazują, krzyczą. Ktoś dzwoni po straż pożarną. Ale… — zawiesił głos — najbliższa jednostka straży jest dziesięć minut drogi stąd. Może więcej, jeśli są korki.
— Dziesięć minut — powiedziała Beata. — Muszę wytrzymać dziesięć minut.
— Możesz? — zapytał Marek. — Twoje ramiona już teraz są na granicy wytrzymałości. Czujesz, jak siła ucieka z twoich mięśni. Palce zaczynają się zsuwać z liny, milimetr po milimetrze.
— Próbuję znaleźć lepszy chwyt — powiedziała Beata. — Może owinąć linę wokół nadgarstka, używać nie tylko palców…
— Próbujesz — powiedział Marek. — Ostrożnie, bo każdy ruch niesie ryzyko, że całkowicie stracisz chwyt, próbujesz przesunąć dłoń, owinąć linę wokół nadgarstka. I udaje ci się. Z jedną ręką. — Marek zrobił pauzę. — Ale kiedy próbujesz zrobić to samo z drugą ręką, lina się kołysze. Twój chwyt słabnie. I czujesz, że zaraz puścisz.
— Nie puszczę! — krzyknęła Beata, jej głos był pełen desperacji, mimo że wiedziała, że to tylko gra.
— Nie chcesz puścić — poprawił ją Marek łagodnie. — Ale twoje ciało ma swoje granice. Mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Palce się prostują, mimo twojej woli. I czujesz, że ślizgasz się, spadasz…
— I znowu łapię się! — przerwała mu Beata. — W ostatnim momencie znowu łapię się jedną ręką!
Marek skinął głową.
— Desperacki odruch. Ostatni wyskok adrenaliny — zgodził się. — Łapiesz się jedną ręką. Wisisz teraz na jednej ręce, całe twoje ciało wisi sześćdziesiąt pięć metrów nad ziemią, utrzymywane przez palce jednej dłoni zaciśnięte na cienkiej linie.
— Druga ręka — powiedziała Beata szybko. — Podciągam drugą rękę, łapię się ponownie obiema rękami.
— Próbujesz — powiedział Marek. — Podnosisz drugą rękę, wyciągasz do liny. Ale ta ręka jest już całkowicie wyczerpana. Gdy próbujesz złapać linę, twoje palce są jak z gumy, słabe, nie chcą się zacisnąć. Trącasz linę, ale nie możesz jej złapać.
— Więc wiszę na jednej ręce — powiedziała Beata, czując łzy napływające do oczu. — I czekam na pomoc.
— Czekasz — zgodził się Marek. — Wisisz, każda sekunda to wieczność. Twoja ręka drży, płonie, pali. Czujesz, jak każdy pojedynczy mięsień krzyczy z bólu. I słyszysz w dole syreny. Straż pożarna jedzie. Ale są jeszcze kilka minut drogi stąd.
— Wytrzymam — powiedziała Beata, choć jej głos brzmiał niepewnie.
— Twoja ręka już prawie nie czuje — powiedział Marek. — Palce są zdrętwiałe. Tracisz czucie. I nie wiesz, czy wciąż trzymasz linę, czy już się zsuwasz. — Spojrzał na nią. — A sęp znowu przylatuje bliżej.
— Dlaczego? — zapytała Beata z rozpaczą. — Dlaczego ten sęp nie odlatuje?
— Jest głodny — odpowiedział Marek. — I instynktownie wie, że dzieje się coś nietypowego. Że może być okazja do jedzenia. Nie atakuje cię bezpośrednio, ale krąży, obserwuje, czeka.
— Ludzie na dole — powiedziała Beata. — Mogliby go odstraszyć? Rzucać czymś, krzyczeć?
— Próbują — powiedział Marek. — Krzyczą, machają, niektórzy rzucają kamieniami. Ale jesteś tak wysoko, że kamienie nie dosięgają. A sęp jest za daleko od nich, żeby poczuć się zagrożony. Jest na twojej wysokości, kilka metrów od ciebie, i tam się czuje bezpiecznie.
Beata poczuła falę bezsilności przepływającą przez jej ciało.
— Więc co mam zrobić? — zapytała cicho.
— Co możesz zrobić? — odpowiedział pytaniem Marek. — Wisisz na jednej, wyczerpanej ręce. Sęp krąży w pobliżu. Straż pożarna jest jeszcze kilka minut drogi stąd. Twoje palce tracą czucie, ślizgają się milimetr po milimetrze…
— Modlę się — powiedziała Beata. — Po prostu modlę się, żeby straż dotarła na czas.
— Modlisz się — zgodził się Marek. — Zamykasz oczy, próbujesz znaleźć jakąś wewnętrzną siłę, cokolwiek, co pozwoli ci wytrzymać jeszcze chwilę, jeszcze sekundę. — Popijał koniak. — I słyszysz syrenę coraz bliżej. Straż jest już prawie. Jeszcze minuta, może dwie.
— Więc jest nadzieja — powiedziała Beata, choć nie zabrzmiało to przekonująco.
— Straż pożarna przyjeżdża — powiedział Marek. — Zatrzymuje się pod budynkiem. Strażacy wyskakują z wozu, oceniają sytuację. Zaczynają przygotowywać drabinę hydrauliczną. Ale… — zawiesił głos znacząco — drabina potrzebuje czasu, żeby się rozłożyć, ustawić, podnieść do odpowiedniej wysokości. Może trzy, cztery minuty.
— Wytrzymam — powiedziała Beata, choć czuła, że to kłamstwo.
— Twoja ręka jest już całkowicie zdrętwiała — powiedział Marek spokojnie. — Nie czujesz palców. Nie czujesz liny. Tylko głęboki, pulsujący ból w ramieniu, w barku, w całej ręce. I czujesz, że ślizgasz się. Powoli, nieubłaganie, ślizgasz się w dół.
— Próbuję drugą ręką — powiedziała desperacko Beata. — Jeszcze raz, z ostatnich sił, próbuję złapać się drugą ręką.
— Podnosisz drugą rękę — powiedział Marek. — To kosztuje cię niemal wszystko, co ci zostało. Wyciągasz ją do liny. Twoje palce są tak słabe, że ledwo się poruszają. Trącasz linę, próbujesz się złapać…
— I się udaje! — krzyknęła Beata. — Musi się udać!
Marek pokręcił głową powoli.
— Palce zsuwają się — powiedział cicho. — Są zbyt słabe, zbyt wyczerpane. Nie możesz złapać. — Spojrzał jej prosto w oczy. — I wtedy twoja pierwsza ręka, ta, która cię utrzymywała przez cały ten czas… całkowicie traci czucie. Palce prostują się. I puszczasz.
Beata poczuła, jakby ktoś uderzył ją w brzuch. Wiedziała, że to nadejdzie — wiedziała, że Marek doprowadzi ją do tego punktu — ale wciąż, gdy to powiedział, poczuła prawdziwy szok.
— Spadam — wyszeptała.
— Spadasz — potwierdził Marek. — Przez ułamek sekundy wisisz w powietrzu, a potem zaczynasz opadać. Sześćdziesiąt pięć metrów w dół. W dole widzisz twarze ludzi patrzących w górę, strażaków próbujących rozłożyć sieć ratunkową, ale to wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie…
— Sieć ratunkowa! — przerwała mu Beata. — Przecież mówiłeś o sieci! Złapie mnie!