Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

A co ciebie obchodzi, co myślą inni? - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 sierpnia 2019
Produkt chwilowo niedostępny

A co ciebie obchodzi, co myślą inni? - ebook

Richard P. Feynman – laureat Nagrody Nobla, genialny fizyk i idol dla młodych naukowców na całym świecie opowiada o swoim niezwykłym życiu. Zebrane w książce historie zaskoczą was, rozbawią i na nowo zainspirują do odkrywania tajemnic nauki.

Feynman opowiada między innymi o śledztwie w sprawie przyczyn słynnej katastrofy promu Challenger. Jako członek powołanej w tym celu prezydenckiej komisji niczym najlepszy detektyw tropił to, co NASA chciała ukryć, i ujawnił zaniedbania, które doprowadziły do tragedii. Przy okazji naukowiec w fascynujący sposób opowiada o tajnikach inżynierii kosmicznej i podstawowych prawach fizyki. Do wyjaśnienia dziennikarzom, co poszło nie tak podczas feralnego startu, wystarczyły mu kawałek gumy i szklanka wody z lodem.

„A co ciebie obchodzi, co myślą inni?” to pytanie, którym Arlene – ukochana żona Feynmana – potrafiła go przekonać do najbardziej szalonych pomysłów. Te słowa stały się dla niego mottem na całe życie – dzięki nim czuł się swobodnie zarówno na sali wykładowej, jak i podczas przyjęcia w królewskim pałacu. A kiedy trafił do hotelu w peerelowskiej Warszawie, bez zastanowienia rzucił się do rozkręcania instalacji elektrycznej w pokoju, aby znaleźć tam ukryte podsłuchy.

„Jeden z największych umysłów XX wieku. A także uparty, lekceważący, żartobliwy, niezwykle ciekawski i wybitnie oryginalny praktycznie we wszystkim, czym się zajmował”.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-7127-2
Rozmiar pliku: 761 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

W związku z pojawieniem się książki _Pan raczy żartować, panie Feynman!_ parę spraw zasługuje na wyjaśnienie.

Po pierwsze, mimo że główny bohater tej książki pozostaje ten sam, przedstawione w niej „przypadki ciekawego człowieka” mają inny charakter: niektóre są żartobliwe, a niektóre tragiczne, lecz przez większość czasu Feynman z pewnością nie żartuje – choć czasem trudno się zorientować.

Po drugie, opowieści zamieszczone w tej książce są powiązane ze sobą luźniej niż w _Pan raczy żartować…_, gdzie zostały ułożone chronologicznie po to, aby sprawić wrażenie uporządkowania (dlatego niektórzy czytelnicy sądzili, zresztą niesłusznie, że _Pan raczy żartować…_ jest autobiografią). Powód jest prosty: odkąd po raz pierwszy usłyszałem opowieści Feynmana, odczuwałem nieprzeparte pragnienie, żeby podzielić się nimi z innymi.

Wreszcie po trzecie, w odróżnieniu od poprzednich, większość z przedstawionych tutaj historii nie została opowiedziana podczas wspólnej gry na bębnach. Poniżej wyjaśnię to bardziej szczegółowo.

Część pierwsza – _Ciekawy człowiek_ – koncentruje się na osobach, które w znaczący sposób ukształtowały osobowość Feynmana: ojcu – Melville’u, i pierwszej miłości – Arlene. Pierwsza opowieść została zaadaptowana z programu BBC zatytułowanego _The Pleasure of Finding Things Out_, którego producentem był Christopher Sykes. Opowieść o Arlene, z której pochodzi tytuł tej książki, była dla Feynmana bardzo bolesną relacją. Została skompletowana na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat z fragmentów sześciu różnych historii. Gdy wreszcie została ukończona, Feynman odnosił się do niej ze szczególnym sentymentem i chętnie wszystkim ją opowiadał.

Inne opowieści Feynmana, które znalazły się w części pierwszej, choć, ogólnie rzecz biorąc, mają lżejszy charakter, zostały zamieszczone tutaj, ponieważ kontynuacja książki _Pan raczy żartować…_ nie jest przewidywana. Feynman był szczególnie dumny z opowieści _Najprostsza rzecz pod słońcem_ i co jakiś czas nachodziła go ochota, by przepisać ją w formie referatu z psychologii. Listy w ostatnim rozdziale części pierwszej zostały zamieszczone dzięki uprzejmości Gweneth Feynman, Freemana Dysona i Henry’ego Bethe’a.

Część druga – _Pan Feynman jedzie do Waszyngtonu –_ jest niestety opowieścią o ostatniej wielkiej przygodzie Feynmana. Ta część jest znacznie dłuższa, gdyż jej treść jest w dalszym ciągu aktualna (krótsze wersje pojawiły się w czasopismach „Engineering and Science” oraz „Physics Today”). Nie wydano jej wcześniej, ponieważ od czasu, gdy został członkiem Komisji Rogersa, Feynman poddał się kolejno trzeciej i czwartej poważnej operacji, jak również naświetlaniu, hipertermii i innym zabiegom.

Trwająca dekadę walka, którą Feynman stoczył z chorobą nowotworową, zakończyła się 15 lutego 1988 roku, dwa tygodnie po odbyciu ostatnich zajęć na Caltech. W charakterze epilogu postanowiłem włączyć do książki jedno z jego najbardziej sugestywnych i inspirujących przemówień, zatytułowane _Wartość nauki_.

Ralph Leighton
marzec 1988

W wolnym przekładzie: _Radość odkrywania (różności)_ (przyp. tłum.).Narodziny naukowca

Mam przyjaciela – artystę, który czasami wyraża poglądy, z jakimi się nie zgadzam. Na przykład zrywa kwiatek i mówi: „Popatrz, jaki piękny”, i ja przytakuję. Ale potem dodaje: „Jako artysta wiem, jak piękny może być kwiat. Ale ty, jako naukowiec, rozbierasz go na kawałki i wtedy kwiat staje się nijaki”. Myślę, że jest odrobinę pomylony.

Przede wszystkim piękno, które dostrzega, jest dostępne dla wszystkich – w tym, jak sądzę, także dla mnie. Chociaż być może nie mam takiego wyrobienia estetycznego jak on, to jednak jestem w stanie docenić piękno kwiatka. Ale równocześnie widzę w tym kwiatku o wiele więcej niż on. Wyobrażam sobie komórki w jego wnętrzu, które także są wyrazem piękna. Istnieje ono nie tylko w skali centymetrów: jest też obecne w mniejszym wymiarze.

Mamy tu do czynienia ze skomplikowanym działaniem komórek i innymi procesami życiowymi. Fakt, że kolory rozwinęły się po to, by przyciągnąć owady, aby te z kolei mogły kwiat zapylić, jest interesujący: oznacza, że owady rozróżniają barwy. Nasuwa się pytanie: czy poczucie estetyki, podobne do naszego, istnieje także u niższych form życia? Jest wiele ciekawych pytań biorących się ze znajomości nauki, która tylko potęguje entuzjazm, tajemniczość i podziw, jaki żywimy w stosunku do kwiatka. Tylko potęguje. Nie mieści mi się w głowie, że mogłaby osłabiać.

W sprawach naukowych zawsze byłem jednostronny, a gdy byłem młodszy, koncentrowałem na nich prawie cały wysiłek. Nie miałem wtedy ani czasu, ani cierpliwości zajmować się tym, co nazywamy naukami humanistycznymi. Mimo że na uniwersytecie były kursy humanistyczne, które musieliśmy zaliczyć przed ukończeniem studiów, robiłem wszystko, co się da, żeby ich uniknąć. Dopiero później, gdy trochę się postarzałem i stałem się spokojniejszy, cokolwiek poszerzyłem swoje horyzonty. Nauczyłem się rysować i trochę czytam, ale w dalszym ciągu jestem bardzo jednostronny i wielu rzeczy nie wiem. Mam ograniczoną inteligencję i używam jej w określonym kierunku.

Zanim przyszedłem na świat, ojciec powiedział do matki: „Jeżeli będzie chłopiec, zostanie naukowcem”. Gdy byłem małym dzieckiem, bardzo małym, sadzanym na wysokim dziecinnym krzesełku, ojciec przyniósł do domu dużo malutkich kafelków łazienkowych – odrzutów drugiej kategorii – w różnych kolorach. Bawiliśmy się nimi: ojciec ustawiał je pionowo na krzesełku, jak kostki domina, a ja popychałem z boku, tak że wszystkie się przewracały.

Po jakimś czasie zacząłem pomagać mu je ustawiać. Niedługo układaliśmy je w bardziej skomplikowany sposób: dwa kafelki białe i jeden niebieski, dwa białe i jeden niebieski i tak dalej. Gdy zobaczyła to matka, powiedziała:

– Zostaw to biedne dziecko w spokoju. Jak chce położyć niebieski, to pozwól mu położyć niebieski.

Ale ojciec odparł:

– Nie. Chcę mu pokazać, jakie z nich można ułożyć wzory i jakie są interesujące. To taki podstawowy kurs matematyki.

Jak widać, ojciec bardzo wcześnie zaczął opowiadać mi o świecie i o tym, jaki jest ciekawy.

W domu mieliśmy _Encyklopedię Britannica._ Gdy byłem mały, brał mnie na kolana i czytał. Na przykład o dinozaurach. O jednym z nich, _Tyrannosaurus rex,_ było napisane, że „mierzył dwadzieścia pięć stóp wysokości, a szerokość jego głowy wynosiła sześć stóp”.

Wtedy ojciec przestawał czytać i mówił:

– Teraz zobaczmy, co to znaczy. Gdyby stanął na naszym podwórku przed domem, mógłby tu wsadzić głowę przez okno (byliśmy na piętrze). Ale głowę miałby za szeroką i nie zmieściłaby się w oknie.

Do wszystkiego, co mi czytał, starał się znaleźć jak najlepsze odniesienie w rzeczywistości. Bardzo podniecające i bardzo, bardzo ciekawe było pomyśleć, że kiedyś istniały takie potężne zwierzęta, że wszystkie wymarły i że nikt nie wie dlaczego. Wcale się nie bałem, że po tych opowieściach taki dinozaur rzeczywiście przyjdzie pod moje okno. Ale ojciec przekazał mi umiejętność docierania do sedna sprawy: ilekroć coś czytam, próbuję się dowiedzieć, co naprawdę jest grane.

Wakacje spędzaliśmy zwykle w górach Catskill, dokąd w lecie wyjeżdżali ludzie z Nowego Jorku. Ojcowie rodzin wracali do miasta do pracy i przyjeżdżali tylko na weekendy. Mój ojciec zabierał mnie wtedy do lasu na spacery i opowiadał ciekawe rzeczy o tym, co się w nim dzieje. Gdy zobaczyły to inne matki, stwierdziły, że ich mężowie także powinni zabierać synów na spacery. Próbowały to na nich wymusić, lecz z początku nie na wiele się to zdało. Potem chciały, aby to mój ojciec zabierał wszystkie dzieci ze sobą, ale ojciec nie miał specjalnej ochoty, bo łączyła nas specjalna więź. Skończyło się na tym, że w następny weekend pozostali ojcowie byli zmuszeni zabrać własne pociechy na spacer.

W następny poniedziałek, gdy ojcowie wrócili już do pracy, my, dzieci, bawiliśmy się na zewnątrz. Któreś dziecko zagadnęło mnie:

– Widzisz tego ptaka? Co to takiego?

– Nie mam zielonego pojęcia, co to za jeden – odpowiedziałem.

– To jest drozd rdzawoboczny. Twój tata niczego cię nie uczy!

Tymczasem było odwrotnie. Nauczył mnie już wcześniej.

– Widzisz tego ptaka? – mówił. – To gajówka Spencera (wiedziałem, że nie zna prawdziwej nazwy). – Widzisz, po włosku to jest _Chutto Lapittida._ Po portugalsku – _Bom da Peida._ Po chińsku – _Chung-long-tah,_ a po japońsku – _Katano Tekeda._ Możesz poznać nazwy tego ptaka we wszystkich językach świata, ale kiedy już się ich nauczysz, nie będziesz miał o nim bladego pojęcia. Będziesz tylko wiedział, że ludzie w różnych miejscach świata tak go nazywają. Więc popatrzmy sobie na ptaszka i zobaczmy, co robi, bo to się właśnie liczy. (Bardzo wcześnie nauczyłem się, jaka jest różnica między poznaniem nazwy jakiegoś przedmiotu a wiedzą o nim).

– Zobacz – mówił na przykład – bez przerwy dziobie piórka. Widzisz, jak chodzi i dziobie?

– Tak.

– Jak myślisz, dlaczego ptaki dziobią sobie piórka?

– No, może jak lecą, to im się te piórka stroszą i potem dziobią, żeby je wygładzić.

– Dobrze – odpowiadał. – Ale gdyby tak było, dziobałyby od razu, jak wylądują. Po jakimś czasie na ziemi nie dziobałyby już tak bardzo, wiesz, o co mi chodzi?

– No.

– To popatrzmy, czy będą dziobać bardziej, jak skończą latać i wylądują.

Nietrudno było zgadnąć: nie było większej różnicy między ptakami, które już jakiś czas chodziły po ziemi, a tymi, które dopiero wylądowały. Powiedziałem:

– Poddaję się. Po co ptaki dziobią sobie piórka?

– Dlatego że dokuczają im wszy – ojciec na to. – Wszy zjadają drobinki białka, które odpadają z piórek – opowiadał dalej. – Każda wesz ma na odnóżach taką woskowatą substancję. Zjadają ją roztocza. Ale nie trawią jej całkowicie, więc z tyłu wypuszczają masę podobną do cukru, w której rozwijają się bakterie. – Na koniec dodawał: – No i widzisz, wszędzie, gdzie jest jakieś źródło pokarmu, jest też jakaś forma życia, która go znajdzie.

W porządku, wiedziałem, że to niekoniecznie były wszy i nie do końca prawdą było to, że na ich odnóżach znajdowały się roztocza. Historyjka mogła mieć braki w szczegółach, lecz zasadniczo była poprawna.

Innym razem, gdy byłem starszy, zerwał z drzewa liść. Liść miał skazę, coś, na co nigdy nie zwrócilibyśmy uwagi. Wyglądał, jakby był nadpsuty – była na nim cienka kreska w kształcie litery C. Zaczynała się gdzieś w środku i biegła zawijasem do brzegu.

– Popatrz na tę brązową kreskę – rzekł ojciec. – Z początku jest wąska, a bliżej krawędzi staje się szersza. Jest tak dlatego, że mucha – niebieska mucha z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami – przyleciała i złożyła na tym liściu jajo. Potem, gdy z jaja wykluła się larwa (coś podobnego do gąsienicy), przez całe życie jadła ten liść – swoje pożywienie. Kiedy je, zostawia za sobą właśnie taki brązowy ślad na zjadanym liściu. W miarę wzrostu larwy ślad robi się coraz szerszy, do momentu, gdy gąsienica na brzegu liścia dorasta do pełnych rozmiarów i zmienia się w muchę – niebieską, z żółtymi oczami i zielonymi skrzydłami – która odlatuje i znosi jajo na innym liściu.

I znów wiedziałem, że szczegóły nie są dokładne – równie dobrze mógł to być chrabąszcz – ale sama idea, którą próbował mi wyjaśnić, to zabawna strona życia: było to po prostu rozmnażanie. Nieważne, jak bardzo skomplikowany jest cały proces – chodzi o to, żeby zrobić to znów!

Nie mając zbyt szerokich kontaktów z innymi ojcami, nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki jest nadzwyczajny. Jak doszedł do głębokich podstaw nauki, do jej umiłowania, chęci poznania tego, co się za nią kryje i dlaczego warto się w nią bawić? Tak naprawdę nigdy go o to nie pytałem, bo zawsze zakładałem, że są to rzeczy, które ojcowie po prostu wiedzą.

Ojciec nauczył mnie zauważać różne zjawiska. Pewnego dnia bawiłem się moim „wozem ekspresowym” – takim małym wózkiem z drabinką dookoła. W środku była piłka, a kiedy ciągnąłem wózek, spostrzegłem, że jakoś dziwnie się porusza. Poszedłem do ojca i mówię:

– Wiesz, tato, coś zauważyłem. Jak ciągnę wózek, piłka toczy się do tyłu. A jak ciągnę i nagle przestanę, to piłka toczy się do przodu. Dlaczego tak jest?

– Tego nikt nie wie – odparł ojciec. – Ogólna zasada jest taka, że przedmioty, które są w ruchu, zwykle poruszają się dalej, a te, które są nieruchome, pozostają nieruchome, chyba że je silnie popchniesz. To zjawisko nazywa się bezwładnością, ale nikt nie wie, dlaczego tak jest.

I to jest właśnie zrozumienie istoty rzeczy. Podał mi nie tylko samą nazwę zjawiska.

– Jak popatrzysz z boku – mówił dalej – to zobaczysz, że tak naprawdę ciągniesz tylko wózek, a piłka stoi w tym samym miejscu względem ziemi. No, tak naprawdę z powodu tarcia przesuwa się trochę do przodu. Ale nie rusza się do tyłu.

Pobiegłem z powrotem do wózka, ustawiłem piłkę i pociągnąłem. Patrząc z boku, zobaczyłem, że rzeczywiście miał rację. W stosunku do chodnika piłka faktycznie niewiele przesunęła się do przodu.

W taki właśnie sposób uczył mnie ojciec: dawał przykłady i wciągał do rozmowy – bez żadnego przymusu; były tylko urocze, pasjonujące pogawędki. One dały mi motywację na resztę życia i spowodowały, że interesują mnie wszystkie dziedziny nauki. (Tak się tylko składa, że radzę sobie lepiej z fizyką).

Uległem fascynacji – jak ktoś, kto będąc dzieckiem, dostał coś cudownego w prezencie i dalej szuka tego samego. Jak dziecko zawsze szukam cudów i wiem, że je znajdę – może nie za każdym razem, ale co jakiś czas.

Mniej więcej w tym samym czasie mój kuzyn, który był o trzy lata starszy ode mnie, chodził do szkoły średniej. Miał spore kłopoty z algebrą, więc musiał brać korepetycje. Pozwolono mi siedzieć w kącie i przysłuchiwać się zmaganiom korepetytora próbującego wytłumaczyć kuzynowi, o co chodzi. Słyszałem, jak mówił o _x_-ie. Spytałem kuzyna:

– Co masz zrobić?

– Znaleźć wartość _x_ w 2_x_ + 7 = 15.

– To jest 4 – mówię.

– Tak, ale ty to zrobiłeś arytmetycznie. A musisz to zrobić algebraicznie.

Nauczyłem się algebry na szczęście nie dzięki temu, że chodziłem do szkoły, ale dlatego, że znalazłem na strychu stary podręcznik do arytmetyki mojej ciotki. Pojąłem, że chodzi o to, żeby znaleźć wartość _x,_ wszystko jedno, w jaki sposób. Nie istniało dla mnie podejście „arytmetyczne” ani „algebraiczne”. „Algebra” to zbiór reguł, które ślepo przestrzegane dają odpowiedź: „odejmij 7 od obu stron; jeżeli masz mnożnik, podziel przez niego obie strony”, i tak dalej – seria kroków, dzięki którym można znaleźć odpowiedzi, nawet jeżeli nie ma się pojęcia, co właściwie chce się zrobić. Reguły te wymyślono po to, żeby wszystkie dzieci, które muszą się uczyć algebry, mogły ją zdać. I dlatego właśnie mój kuzyn nigdy nie potrafił sobie z nią poradzić.

W naszej bibliotece publicznej znajdowało się wiele książek matematycznych, począwszy od _Arytmetyki w praktyce._ Potem była _Algebra w praktyce_ i _Trygonometria w praktyce_ (z niej nauczyłem się trygonometrii, którą wkrótce znów zapomniałem, ponieważ nie rozumiałem jej zbyt dobrze). Kiedy miałem jakieś trzynaście lat, biblioteka miała dostać _Rachunek różniczkowo-całkowy w praktyce._ Wtedy wiedziałem już, z encyklopedii, że rachunek różniczkowo-całkowy jest ważnym i interesującym przedmiotem i że powinienem się do niego przyłożyć.

Gdy wreszcie zobaczyłem upragnioną książkę w bibliotece, poczułem dreszcz podniecenia. Podszedłem do bibliotekarki, żeby ją wypożyczyć, lecz ona spojrzała na mnie i powiedziała:

– Jesteś przecież dzieckiem. Po co ci ta książka?

Był to jeden z nielicznych przypadków w moim życiu, gdy poczułem się nieswojo i skłamałem. Powiedziałem, że to dla ojca.

Wziąłem książkę do domu i zacząłem się z niej uczyć. Wydawała mi się stosunkowo prosta i jasna. Ojciec też zaczął ją czytać, ale stwierdził, że jest dla niego pogmatwana i niezrozumiała. Próbowałem mu wytłumaczyć, na czym polega rachunek różniczkowo-całkowy. Nie miałem pojęcia, że jest tak ograniczony, i trochę mnie to dręczyło. Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z tego, że w pewnym sensie nauczyłem się więcej niż on.

Oprócz fizyki jedną z rzeczy, których nauczył mnie ojciec – może powinien był, a może nie – był brak poszanowania dla niektórych zjawisk. Na przykład, kiedy byłem mały i brał mnie na kolana, pokazywał mi w „New York Timesie” rotograwiury – drukowane obrazki, które właśnie zaczęły pojawiać się w gazetach.

Pewnego razu oglądaliśmy zdjęcie papieża i kłaniających mu się ludzi. Ojciec powiedział:

– No i popatrz na nich. Stoi sobie jeden człowiek, a wszyscy inni mu się kłaniają. Czym się od siebie różnią? Ten jest papieżem (ojciec nie znosił papieża). Cała różnica to kapelusz, który ma na głowie (jeżeli mowa była o generale, to mówił o epoletach. Zawsze mówił o stroju, o mundurze, o stanowisku). Ale ten człowiek ma takie same problemy jak każdy inny – mówił dalej. – Musi zjeść obiad, pójść do łazienki. Jest po prostu istotą ludzką. (_À propos,_ ojciec pracował w firmie szyjącej mundury, wiedział więc, jaka jest różnica między człowiekiem bez munduru a człowiekiem w mundurze – dla niego był to jeden i ten sam człowiek).

Sądzę, że był ze mnie zadowolony. Lecz raz, gdy wróciłem z MIT (spędziłem tam parę lat), rzekł do mnie:

– Teraz, skoro zdobyłeś już wykształcenie, zadam ci jedno pytanie, które mnie gnębi i na które nie potrafię sobie odpowiedzieć.

Zapytałem, co to takiego. Odparł:

– Wiem, że kiedy atom przechodzi z jednego stanu w drugi, emituje cząstkę światła zwaną fotonem.

– Zgadza się – przytaknąłem.

– Czy wcześniej ten foton jest gdzieś w atomie?

– Nie, w atomie nie ma żadnego fotonu.

– W takim razie skąd się bierze? W jaki sposób się wydostaje?

Próbowałem mu wyjaśnić, że liczba fotonów nie jest stała, że wytwarza je po prostu ruch elektronu, lecz nie potrafiłem tego zbyt dobrze wytłumaczyć. Powiedziałem:

– Tak samo jak dźwięk, który teraz wydaję: nie było go we mnie wcześniej.

(Zupełnie inaczej niż mój mały synek, który nagle oznajmił, że dłużej nie może używać pewnego słowa – okazało się, że chodzi o wyraz „kot” – ponieważ w jego „worku ze słowami” właśnie go zabrakło. Nie ma żadnego worka ze słowami, który staje się uboższy z każdym wypowiedzianym słowem, tak samo jak nie ma żadnego „worka z fotonami” w atomie).

Pod tym względem nie był ze mnie zadowolony. Nigdy nie potrafiłem wytłumaczyć mu rzeczy, których nie rozumiał. Posłał mnie na te wszystkie uczelnie, żeby móc różne rzeczy wreszcie zrozumieć, lecz mu się nie udało.

Mimo że matka nie miała pojęcia o nauce, ona też wywarła na mnie wielki wpływ. Miała niezwykłe poczucie humoru i od niej nauczyłem się, że najwyższe formy zrozumienia, jakie możemy osiągnąć, to śmiech i współczucie.

Młodsza siostra Richarda Joan ma doktorat z fizyki, mimo powszechnej opinii, że tylko chłopcy są predestynowani do pracy naukowej.

Około 7,62 m.

Około 1,83 m.„A co ciebie obchodzi, co myślą inni?”

Gdy byłem młodym chłopcem, mogłem mieć może ze trzynaście lat, tak się jakoś złożyło, że przystałem do paczki chłopaków trochę ode mnie starszych i bardziej wyrobionych. Znali mnóstwo dziewczyn i chodzili z nimi – często na plażę.

Pewnego razu, podczas takiego spaceru, większość kumpli poszła z dziewczynami na molo. Interesowałem się trochę pewną dziewczyną i tak jakoś pomyślałem sobie na głos: „Jejku, tak chciałbym wziąć Barbarę do kina…”.

Tylko tyle, a kumplowi obok zaczyna odbijać. Biegnie na skałki i szuka jej. Ciągnie ją z powrotem i cały czas głośno gada: „Barbara, Feynman chce ci coś powiedzieć!”. To było strasznie krępujące.

Wszyscy zebrali się zaraz dookoła mnie i mówią: „No, powiedz jej, Feynman!”. Więc zaprosiłem ją do kina. To była moja pierwsza randka.

Poszedłem do domu i opowiedziałem o wszystkim matce. Dała mi mnóstwo rad na wszelkie okoliczności. Na przykład, jeżeli pojedziemy autobusem, mam pierwszy wysiąść i podać dziewczynie rękę. Albo jeżeli będziemy szli ulicą, ja mam iść po zewnętrznej stronie. Powiedziała mi nawet, co mam mówić. Przekazywała mi tradycję; kobiety uczą swoich synów, jak mają poprawnie traktować następne pokolenie kobiet.

Po obiedzie odstawiam się i idę po Barbarę do domu. Jestem zdenerwowany. Oczywiście, jeszcze nie jest gotowa (zawsze tak jest), więc jej rodzina każe mi czekać w jadalni, gdzie akurat jedzą z przyjaciółmi – w sumie dość sporo ludzi. Robią uwagi w stylu: „Czyż nie jest sympatyczny?”, i wygadują różne inne bzdury. Wcale nie czułem się sympatyczny. To było naprawdę okropne!

Pamiętam całą tę randkę. Po drodze do nowego małego kina rozmawialiśmy o grze na fortepianie. Opowiedziałem jej, jak – kiedy byłem młodszy – zmuszali mnie przez jakiś czas do nauki gry na fortepianie i jak pół roku później dalej grałem _Taniec stokrotek_, aż w końcu nie mogłem tego znieść. Nie chciałem uchodzić za maminsynka i miałem już powyżej uszu grania całymi tygodniami _Tańca stokrotek_, więc dałem sobie spokój. Byłem tak przewrażliwiony na punkcie bycia lalusiem, że krępowało mnie nawet, gdy matka posyłała mnie do sklepu, żeby kupić coś o tak niemęskiej nazwie jak paszteciki z miętką albo pieczone pysznotki.

Po filmie odprowadziłem ją do domu. Pochwaliłem jej śliczne rękawiczki. Potem na progu powiedziałem „dobranoc”. Barbara rzekła:

– Dziękuję za przemiły wieczór!

– Proszę bardzo – odparłem. Czułem się wspaniale.

Kiedy następnym razem poszedłem na randkę – z inną dziewczyną – powiedziałem jej „dobranoc” i usłyszałem: „Dziękuję za przemiły wieczór!”, nie czułem się już równie wspaniale.

Kiedy powiedziałem „dobranoc” trzeciej dziewczynie, z którą byłem na randce, a ona już otwierała usta, żeby coś odpowiedzieć, wpadłem jej w słowo: „Dziękuję za przemiły wieczór!”. Ona na to: „Dziękuję, hm… och! Tak – mnie też było bardzo miło, dziękuję!”.

Pewnego razu byłem na imprezie z moimi kumplami z plaży. Jeden ze starszych uczył nas w kuchni, jak się całować, demonstrując to na swojej dziewczynie:

– Musicie trzymać usta właśnie tak, pod kątem prostym, żeby nie zderzyć się nosami – i różne takie.

Więc idę do pokoju i znajduję sobie dziewczynę. Siadam obok niej na kanapie, obejmuję, ćwicząc nową sztukę, gdy nagle słyszę niezwykłe poruszenie: „Arlene idzie! Arlene idzie!”. Nie znam żadnej Arlene.

Ktoś mówi: „Już przyszła! Już przyszła!”. Wszyscy porzucają swoje zajęcia i zrywają się na równe nogi, żeby przywitać królewnę. Arlene była bardzo ładna i zrozumiałem, skąd bierze się ten podziw – był jak najbardziej zasłużony – ale nie pochwalałem mało demokratycznego zwyczaju porzucania wszystkiego, co się właśnie robi, tylko dlatego, że akurat weszła królewna.

Tak więc, kiedy wszyscy poszli oglądać Arlene, ja ciągle siedziałem na sofie z moją dziewczyną.

(Później, kiedy ją poznałem, Arlene powiedziała mi, że pamięta tę imprezę i to, że wszyscy byli sympatyczni – z wyjątkiem jednego takiego, który siedział w kącie na kanapie i czulił się do dziewczyny. Nie wiedziała tylko, że dwie minuty wcześniej cała reszta robiła to samo!).

Po raz pierwszy odezwałem się do Arlene na tańcach. Cieszyła się wielkim powodzeniem i każdy ją odbijał, bo chciał z nią zatańczyć. Pamiętam, jak sobie pomyślałem, że też tak bym chciał, i jak próbowałem się zdecydować, kiedy odbić. Zawsze miałem z tym kłopot: przede wszystkim, kiedy dziewczyna tańczy z jakimś facetem po drugiej stronie sali, sprawa jest zbyt skomplikowana, trzeba czekać, aż się zbliżą. W końcu, jak jest już blisko, myślisz: „Czy ja wiem, ten kawałek nie idzie mi najlepiej”. Więc czekasz, aż zagrają coś innego. Wreszcie, kiedy coś ci się spodoba, robisz krok do przodu – przynajmniej tobie wydaje się, że dałeś sygnał do odbijania – a tu jakiś inny gość wcina się tuż przed tobą. Teraz musisz znów parę minut odczekać, bo nie jest uprzejmie odbijać zaraz po poprzedniku. Tymczasem czas leci, tamci są znów po przeciwnej stronie parkietu albo zmienia się muzyka, albo jeszcze coś innego!

Po pewnym czasie takiego przeczekiwania i kręcenia się w kółko bez celu w końcu mamroczę pod nosem, że chciałbym zatańczyć z Arlene. Jeden z kumpli, z którymi się zadawałem, przypadkiem to słyszy i ogłasza pozostałym: „Hej, posłuchajcie, chłopaki, Feynman chce zatańczyć z Arlene!”. Za chwilę jeden z nich, tańcząc, prowadzi ją ku całej naszej grupie. Pozostali popychają mnie w kierunku parkietu i nareszcie mogę „odbić”. W jakim byłem stanie, łatwo ocenić po moim płynącym ze szczerego serca pytaniu: „Jak to jest, kiedy ma się takie powodzenie?”. Tańczyliśmy tylko kilka minut, dopóki ktoś inny mi jej nie odbił.

Koledzy i ja braliśmy lekcje tańca, chociaż żaden z nas nigdy by się do tego nie przyznał. W czasach kryzysu przyjaciółka matki starała się zarobić na życie, udzielając wieczorami takich lekcji w sali na piętrze. Było tam tylne wejście, a ona zorganizowała wszystko w taki sposób, że mogliśmy się tam dostać, nie rzucając się w oczy.

Od czasu do czasu organizowała potańcówki. Nie miałem dość odwagi, żeby zbadać pewne zjawisko, ale wydawało mi się, że dziewczyny mają znacznie gorzej niż chłopcy. W tamtych czasach dziewczyna nie mogła odbijać, żeby zatańczyć z chłopakiem, bo nie było to „na miejscu”. Dlatego niezbyt ładne dziewczyny całymi godzinami podpierały ściany i były smutne jak diabli.

Pomyślałem sobie: „Nam to dobrze, możemy odbijać, kiedy tylko nam się spodoba”. Ale sprawy wyglądały inaczej. Możemy, ale albo brakuje nam odwagi, albo wyczucia, albo jeszcze czegoś innego, czego potrzeba, żeby się rozluźnić i mieć z tańca przyjemność. Zamiast tego jesteśmy spięci i zamartwiamy się, czy odbić, czy może poprosić dziewczynę do tańca.

Na przykład widzisz, że dziewczyna, z którą miałbyś ochotę zatańczyć, akurat nie tańczy, i myślisz sobie: „Świetnie! Teraz przynajmniej mam okazję!”. Lecz zwykle jest to dosyć trudne, bardzo często dziewczyna odpowiada: „Nie, dziękuję, jestem zmęczona. Ten chyba sobie odpuszczę”. No więc odchodzisz trochę przybity – ale nie całkiem, bo może ona naprawdę jest zmęczona – aż tu nagle obracasz się i widzisz, że podchodzi do niej jakiś inny facet, z którym jednak ma ochotę zatańczyć! Może to jej chłopak i wiedziała,

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij