Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

A gdybyś wiedziała - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

A gdybyś wiedziała - ebook

Książka „A gdybyś wiedziała” stawia pytania, od których zwykle uciekamy. Co naprawdę chcielibyśmy ocalić, gdyby czas się skurczył? Co stanowi istotę człowieka: ciało, pamięć, głos, relacje, a może obecność w cudzym życiu? Kiedy lęk jest jeszcze rozsądkiem, a kiedy staje się formą miłości? Czy można kochać kogoś naprawdę, nie dopuszczając do siebie myśli o jego utracie? I wreszcie: czy wiedza oswaja śmierć, czy przeciwnie — czyni ją jeszcze bardziej realną? Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-798-3
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Są książki, które czyta się dla fabuły. Są takie, które czyta się dla języka. I są wreszcie takie, które czyta się z rosnącym niepokojem, bo już po kilku stronach wiadomo, że pod warstwą opowieści ukryto coś znacznie ważniejszego niż sam ciąg zdarzeń. Do tej ostatniej kategorii należy właśnie ta książka. To utwór osobny, odważny i niezwykle sugestywny — zarazem kameralny i rozległy, codzienny i metafizyczny, chłodny w opisie, a rozpalony emocjonalnie.

Na pierwszy rzut oka mamy tu sytuację niemal ascetyczną: dwoje ludzi, dom na wsi pod Bydgoszczą, wieczory, zwyczajne zajęcia, powtarzalny rytm codzienności. Ona pracuje, krząta się, dba o dom, porządek, jedzenie, rytuały dnia. On siedzi, obserwuje, pyta. I właśnie z tej prostoty wyrasta literatura najwyższej próby. Autor znakomicie rozumie, że największe napięcie nie zawsze rodzi się z pogoni, krwi i gwałtownego zwrotu akcji. Czasem wystarczy jedno pytanie zadane przy kuchennym stole, na tarasie, przy szumie pralki albo nad deską do prasowania. Czasem wystarczy, że ktoś, kto zna nas najlepiej, nagle zaczyna mówić o tym, co najbardziej niepojęte: o utracie, bólu, śmierci, przemijaniu i o tym, co pozostaje z człowieka, kiedy odejmie mu się wszystko.

Siła tej książki polega na tym, że nie daje się ona zamknąć w jednej kategorii. To nie jest jedynie powieść psychologiczna, choć portret relacji małżeńskiej został tu rozpisany z wyjątkową czułością i okrucieństwem zarazem. To nie jest też tylko proza medyczna, choć precyzja opisów ciała, choroby i biologicznych granic człowieka robi ogromne wrażenie. Nie jest to również zwykły thriller egzystencjalny, choć napięcie rośnie niemal z rozdziału na rozdział. Autor umiejętnie splata wszystkie te porządki: reportażową uważność wobec detalu, medyczną ścisłość, kryminalną dramaturgię i psychologiczną prawdę o ludziach, którzy kochają się nie zawsze pięknie, ale za to prawdziwie.

Najbardziej uderza sposób, w jaki cielesność zostaje tu potraktowana. Ciało w tej książce nie jest dekoracją ani neutralnym narzędziem. Jest polem walki, domem, archiwum wspomnień, źródłem lęku, ale też ostatnim dowodem istnienia. Autor z imponującą swobodą operuje językiem medycyny, a jednocześnie nigdy nie popada w pusty pokaz erudycji. Terminologia nie służy popisowi. Służy demaskacji złudzeń. Pokazuje, jak kruche są nasze wyobrażenia o kontroli, jak niewiele trzeba, by codzienność rozsypała się pod naporem jednego zdarzenia, jednego narządu, jednej awarii biologii. A przecież równocześnie w tej bezlitosnej anatomii człowieka ukryte jest coś poruszającego: świadomość, że wszystko, co najważniejsze, dzieje się właśnie w tej kruchości.

Równie wielką zaletą książki jest konstrukcja dwojga bohaterów. To para napisana znakomicie, bez uproszczeń i bez taniego moralizowania. Marek mógłby zostać zredukowany do roli cynicznego oprawcy intelektualnego, a Jolanta do roli ofiary jego wyrafinowanych pytań. Nic podobnego się tu nie dzieje. Im dalej w lekturę, tym wyraźniej widać, że ich rozmowy są czymś więcej niż pojedynkiem. To osobliwy, bolesny, lecz głęboko intymny rytuał. On ukrywa uczucia za wiedzą, chłodem i analizą. Ona ukrywa lęk za pracą, porządkiem i konkretnością. Oboje mówią do siebie nie wprost, ale z każdym kolejnym wieczorem stają się wobec siebie coraz bardziej odsłonięci. Właśnie to napięcie — między wypowiadanym a przemilczanym, między diagnozą a czułością, między szyderstwem a troską — sprawia, że ich relacja jest tak przekonująca.

Trzeba też podkreślić, jak rzadką umiejętnością wykazał się autor w budowaniu rytmu. Powtarzalność scen nie nuży — przeciwnie, hipnotyzuje. Dom, taras, kuchnia, weranda, szopa, piwnica: te miejsca wracają jak refren, ale za każdym razem znaczą coś innego. Powtarzające się otwarcie rozmowy staje się czymś na kształt dzwonu, który uruchamia nie tylko nowy temat, lecz także nowe pęknięcie w psychice bohaterów. Dzięki temu książka ma strukturę niemal muzyczną. Każdy kolejny dialog dopowiada poprzedni, każdy motyw wraca przetworzony, a codzienność — zamiast uspokajać — nabiera coraz większej grozy.

Nie sposób nie docenić także języka. Jest żywy, obrazowy, gęsty od konkretu, a przy tym bardzo zdyscyplinowany. Autor ma dar widzenia rzeczy zwykłych tak, by stawały się znaczące: ręcznik z monogramem, deska do prasowania, cieknący kran, pościel pachnąca lawendą, kompostownik, jabłoń przy płocie. Te przedmioty nie są tylko tłem. One przejmują emocje bohaterów, niosą pamięć, stają się nośnikami sensu. To właśnie dzięki takim detalom opowieść nabiera mocy literatury faktu, choć przecież porusza się chwilami na granicy przypowieści, groteski, a nawet czarnego humoru.

Książka działa również dlatego, że stawia pytania, od których zwykle uciekamy. Co naprawdę chcielibyśmy ocalić, gdyby czas się skurczył? Co stanowi istotę człowieka: ciało, pamięć, głos, relacje, a może obecność w cudzym życiu? Kiedy lęk jest jeszcze rozsądkiem, a kiedy staje się formą miłości? Czy można kochać kogoś naprawdę, nie dopuszczając do siebie myśli o jego utracie? I wreszcie: czy wiedza oswaja śmierć, czy przeciwnie — czyni ją jeszcze bardziej realną? Autor nie podaje prostych odpowiedzi, ale daje coś cenniejszego: przestrzeń do myślenia, która zostaje z czytelnikiem długo po zamknięciu książki.

To książka odważna także dlatego, że nie boi się przesady, makabry, a nawet pozornego absurdu. Tam, gdzie inny autor zatrzymałby się z obawy przed śmiesznością, tutaj następuje najciekawszy zwrot. Groteska nagle odsłania prawdę. Fantastyczny scenariusz okazuje się precyzyjniejszym narzędziem opisu niż realistyczna scena. Ostatecznie nie chodzi przecież o dosłowność zdarzeń, lecz o prawdę reakcji. A reakcje bohaterów — ich paniczne plany, racjonalizacje, opór, bunty, wzruszenia i przebłyski czułości — są zapisane z wielką wiarygodnością.

Czytelnik otrzymuje więc nie tylko historię małżeństwa, ale także przejmujący esej o ludzkiej bezradności. I jednocześnie, co najważniejsze, o ludzkiej bliskości. Bo pod całą warstwą medycznej precyzji, czarnego humoru i intelektualnej gry kryje się opowieść zaskakująco czuła. O tym, że miłość bardzo rzadko objawia się wzniosłymi deklaracjami. Częściej mieszka w herbacie postawionej po obiedzie, w wyprasowanej koszuli, w zamurowanej dziurze w piwnicy, w ręce położonej na kolanie, w wspólnym milczeniu na schodkach tarasu. Autor rozumie to doskonale i właśnie dlatego jego książka zostaje pod skórą.

Oddając tę opowieść w ręce czytelników, warto uprzedzić tylko o jednym: nie jest to lektura wygodna. Ale jest potrzebna. Porusza, niepokoi, czasem boli, czasem zaskakuje śmiechem, a czasem wzrusza do głębi. To książka mądra, świetnie skomponowana i odważnie napisana. Książka, która dowodzi, że nawet najbardziej kameralna sceneria może pomieścić sprawy ostateczne, a zwykła rozmowa między dwojgiem ludzi może stać się literaturą najwyższej próby.

I właśnie dlatego warto wejść do tego domu, usiąść na tym tarasie, wsłuchać się w te pytania i zostać z nimi do końca. Bo choć opowieść ta mówi o utracie, paradoksalnie przypomina przede wszystkim o tym, co mamy. I jak łatwo o tym zapominamy.Rozdział 1: Wzrok

Wiśnie tego roku dojrzały wcześniej niż zwykle. Może przez ten majowy upał, który nie odpuszczał ani na dzień, może przez obfite deszcze w kwietniu, które napoiły korzenie starych drzew rosnących wzdłuż płotu od strony sąsiada Krawczyka. Tak czy inaczej, pod koniec czerwca gałęzie uginały się pod ciężarem ciemnoczerwonych, prawie czarnych owoców, a trawa pod drzewami wyglądała, jakby ktoś rozlał na nią wiadro gęstej, karminowej farby. Jolanta wiedziała, że jeśli nie zbierze ich dzisiaj, jutro będą już za miękkie na konfitury, a pojutrze nadejdą szpaki i nie zostawią nic.

Stół na tarasie był duży, dębowy, pamiętający jeszcze czasy teściowej, która zmarła siedem lat temu i zostawiła im ten dom w spadku. Jolanta ustawiła na nim trzy miski: jedną z wiśniami prosto z drzewa, drugą na owoce wydrylowane i trzecią na pestki. Drylownica była stara, aluminiowa, z obłażącą czerwoną farbą na uchwycie. Kupili ją na pchlim targu w Koronowie, chyba w drugim roku małżeństwa, kiedy jeszcze jeździli razem na takie wyprawy i cieszyli się z byle jakiego znaleziska. Teraz Jolanta używała jej sama, bo Marek twierdził, że drylowanie wiśni to czynność, która obraża jego inteligencję.

Marek siedział trzy metry od niej, w wiklinowym fotelu, który wyniósł na taras zaraz po kolacji. Fotel skrzypiał przy każdym, nawet najmniejszym ruchu, co irytowało Jolantę, ale nigdy mu tego nie powiedziała, bo Marek w odpowiedzi zacząłby skrzypieć częściej i z większym entuzjazmem. Dwadzieścia lat małżeństwa nauczyło ją kilku rzeczy, a jedną z najważniejszych była ta, że pewnych bitew nie warto podejmować.

Na kolanach trzymał książkę, ale nie czytał. Jolanta wiedziała to, bo od kwadransa nie słyszała szelest przewracanej strony. Zamiast tego Marek patrzył gdzieś w kierunku sadu, na niebo, które powoli przechodziło z błękitu w odcień dojrzałej brzoskwini, a może jeszcze dalej, w miejsce, do którego ona nie miała dostępu. Znała ten wyraz twarzy. Znała go aż za dobrze. To była twarz mężczyzny, który zaraz powie coś, co sprawi, że wieczór przestanie być spokojny.

Drylownica klikała miarowo. Wiśnia, pestka, wiśnia, pestka. Sok spływał po palcach Jolanty i zbierał się w zagłębieniu dłoni, ciemny i lepki jak rozcieńczona krew. Wytarła ręce w fartuch, który i tak wyglądał już jak dowód w sprawie o morderstwo, i sięgnęła po kolejną garść owoców.

— Jolu — powiedział Marek.

Nie odpowiedziała od razu. Miała swój system. Jeśli Marek mówił „Jolu” tonem niskim, spokojnym, niemal zamyślonym, oznaczało to, że nadchodzi jedno z jego pytań. Nie tych normalnych, codziennych, w rodzaju „czy kupiłaś mleko” albo „o której jutro wstajesz”. Nie. To był ton, który zapowiadał coś zupełnie innego. Coś, co kiedyś, na początku ich związku, uważała za urocze dziwactwo inteligentnego mężczyzny, a co z biegiem lat zaczęła postrzegać jako formę wyrafinowanej tortury intelektualnej, którą Marek stosował wobec niej z regularnością i precyzją szwajcarskiego zegarmistrza.

— Jolu — powtórzył, tym razem odrobinę głośniej.

— Słyszę cię, Marku. Nie jestem głucha.

— Jeszcze nie.

To „jeszcze nie” zawisło w powietrzu jak zapach wiśniowego soku. Jolanta podniosła głowę i spojrzała na męża. Siedział z nogą założoną na nogę, książka zsunęła mu się na bok, a palce prawej ręki bębniły leniwie po podłokietniku fotela. Wyglądał jak profesor, który zaraz zada pytanie egzaminacyjne, wiedząc doskonale, że student nie zna odpowiedzi.

— Co znowu? — zapytała, wracając do drylowania.

— Mam pytanie.

— Masz zawsze pytanie. Pytanie jest, czy ja mam ochotę na nie odpowiadać?

— Masz. Zawsze masz. Udajesz, że nie masz, ale potem i tak odpowiadasz, bo nie potrafisz się powstrzymać. Jesteś nauczycielką, Jolu. Odpowiadanie na pytania masz wdrukowane w DNA.

Miał rację, co było szczególnie denerwujące. Jolanta faktycznie nie potrafiła zostawić pytania bez odpowiedzi. To był jej zawodowy nawyk, wyniesiony z dwudziestu lat stania przed tablicą i tłumaczenia dzieciom rzeczy, które większość z nich miała w nosie. Kiedy ktoś pytał, ona odpowiadała. Nawet, jeśli pytanie było głupie. Nawet, jeśli było prowokacją. Nawet, jeśli zadawał je mężczyzna, który od dwudziestu lat dzielił z nią łóżko i który, jak podejrzewała, czerpał z jej odpowiedzi przyjemność graniczącą z sadyzmem.

— No to pytaj — powiedziała, bo rzeczywiście nie potrafiła się powstrzymać.

Marek wyprostował się w fotelu. Wiklina zaprotestowała jękiem. Splótł palce na brzuchu i pochylił głowę lekko w bok, jak ptak, który obserwuje owada tuż przed atakiem.

— A gdybyś wiedziała — zaczął powoli, z namysłem ważąc każde słowo — że za dwadzieścia cztery godziny stracisz całkowicie i nieodwracalnie wzrok. Co byś zrobiła?

Drylownica zatrzymała się w połowie ruchu. Wiśnia, nabita na metalowy kolec, wyglądała jak maleńkie, ciemnoczerwone serce przebite strzałą. Jolanta patrzyła na nią przez chwilę, zanim odłożyła narzędzie na stół.

— Co to za pytanie?

— Proste pytanie. Za dwadzieścia cztery godziny. Całkowita, nieodwracalna utrata wzroku. Co robisz?

— Marek, ja tu drylują wiśnie. Mam trzy kilo do zrobienia, bo jutro rano stawiam konfitury, a ty mi zadajesz pytania rodem z jakiegoś chorego teleturnieju.

— To nie teleturniej. To eksperyment myślowy. Filozofowie stosują je od dwóch i pół tysiąca lat. Jeśli Platon mógł, to ja też mogę.

— Platon nie miał żony, która musiała zrobić konfitury na niedzielę.

— Platon nie miał żony w ogóle, co prawdopodobnie ułatwiało mu filozofowanie. Ale to nie zmienia faktu, że pytanie jest zadane i czeka na odpowiedź. Więc, Jolu. Dwadzieścia cztery godziny. Ciemność. Na zawsze. Co robisz?

Jolanta wytarła ręce w fartuch po raz kolejny, chociaż tym razem były już prawie suche. To był gest, który wykonywała, kiedy potrzebowała chwili na zebranie myśli. Marek znał ten gest. Wiedział, że wygrał, że pytanie zaszczepił, że teraz będzie rosło w jej głowie jak grzyb po deszczu i nie da jej spokoju, dopóki nie odpowie.

Przez chwilę milczała. Na niebie nad sadem pojawiły się pierwsze jaskółki, te wieczorne, szybkie jak myśli, rysujące na tle nieba wzory, których żaden matematyk nie potrafiłby opisać równaniem. Od strony kościoła, oddalonego o jakieś czterysta metrów, dobiegł pojedynczy dźwięk dzwonu. Szósta. Albo siódma. Jolanta nigdy nie potrafiła rozróżnić tych uderzeń.

— Chciałabym patrzeć — powiedziała w końcu cicho.

— Na co?

— Na wszystko. Na zdjęcia dzieci. Na twoją twarz. Chciałabym zapamiętać twoją twarz, Marku. Pojechałabym nad Brdę i obejrzała ostatni zachód słońca. Taki jak ten. — Skinęła głową w kierunku horyzontu, gdzie niebo paliło się teraz odcieniami pomarańczy i różu. — I jeszcze bym napisała. Listy. Do mamy. Do Kasi. Do Tomka. Takie listy na zapas, wiesz. Żeby mieli ode mnie coś napisanego moim pismem, bo potem już bym nie mogła.

Marek pokiwał głową. Przez moment Jolanta pomyślała, że odpowiedź go usatysfakcjonowała, że może zamilknie i pozwoli jej wrócić do wiśni. Ale zaraz zobaczyła ten drugi wyraz jego twarzy. Ten, który oznaczał, że dopiero się rozkręca.

— Piękne — powiedział. — Naprawdę piękne. I zupełnie bezużyteczne.

— Bezużyteczne?

— Napisałabyś listy, Jolu. Odręcznie, jak mówisz, swoim pismem. A potem co? Potem nigdy byś ich nie przeczytała. Nigdy byś nie zobaczyła, czy ktoś na nie odpowiedział. Stałyby się dla ciebie tym, czym jest książka dla niepiśmiennego dziecka. Prostokątem papieru, który możesz dotknąć, ale który nic ci nie powie.

— Nie pisałabym ich dla siebie. Pisałabym dla nich.

— A twarze? Mówisz, że chciałabyś zapamiętać moją twarz. Wiesz, co mówi neurologia o pamięci wzrokowej u osób, które tracą wzrok?

Jolanta nie odpowiedziała. Poczuła, że rozmowa wchodzi na teren, na którym Marek poruszał się z gracją i pewnością tancerza, podczas gdy ona mogła co najwyżej potykać się o własne nogi.

— Kora wzrokowa, Jolu. Płat potyliczny. Tutaj. — Dotknął palcem tylnej części swojej głowy. — To tam twój mózg przetwarza obrazy. Kiedy patrzysz na moją twarz, miliony neuronów w tym obszarze odpalają w precyzyjnej sekwencji. Rozpoznają kształt nosa, odległość między oczami, fakturę skóry. To nie jest fotografia, Jolu. To aktywny proces. Twój mózg nie przechowuje obrazów jak album ze zdjęciami. On je za każdym razem rekonstruuje od nowa.

— I co z tego?

— A to z tego, że kiedy utracisz wzrok, kora wzrokowa zacznie się reorganizować. Mózg jest ekonomiczny, Jolu. Nie utrzymuje pustych fabryk. Jeśli do płata potylicznego nie będą docierały bodźce wzrokowe, zacznie on obsługiwać inne zmysły. Dotyk. Słuch. To się nazywa neuroplastyczność krzyżomodalna. Brzmi pięknie, prawda? Ale konsekwencja jest brutalna. Neurony, które przechowywały moje rysy, zostaną przekonfigurowane. Za miesiąc moja twarz w twojej pamięci będzie rozmyta jak akwarela zostawiona na deszczu. Za rok zostanie z niej kontur. Za dwa, nic. Absolutnie nic.

Jolanta poczuła coś dziwnego w gardle. Nie smutek. Raczej irytację zmieszaną z niepokojem, bo Marek mówił to tonem tak spokojnym, tak pozbawionym emocji, jakby opisywał proces dojrzewania wiśni, a nie perspektywę, w której ona miałaby zapomnieć twarz własnego męża.

— Przesadzasz — powiedziała.

— Nie przesadzam. Mogę ci podać źródła. Sadato, rok dziewięćdziesiąty szósty, Nature. Badania fMRI u osób niewidomych wykazały, że płat potyliczny, ten sam, który u widzących obsługuje wzrok, u niewidomych aktywuje się podczas czytania Braille’a. Twój mózg dosłownie przejmie fabrykę wspomnień wzrokowych i zacznie w niej produkować coś zupełnie innego.

— Ja nie chcę czytać Braille’a, Marku. Ja chcę zapamiętać twarz mojego męża.

— I właśnie dlatego ci to mówię. Bo to, co planujesz, jest biologicznie niemożliwe. Twoja chęć zapamiętania mojej twarzy jest emocjonalnie zrozumiała, ale neurologicznie naiwna. Mózg nie szanuje sentymentów. Mózg szanuje funkcję.

Jolanta wstała od stołu. Miała ręce całe lepkie od soku wiśniowego i gdzieś między palcami utknęła jej pestka, którą wyciągnęła paznokciami i cisnęła w miskę ze złością, jakby pestka była osobiście odpowiedzialna za ten koszmarny przebieg wieczoru.

— No dobrze — powiedziała, stając przy balustradzie tarasu i patrząc na sad. — No dobrze, mądry jesteś, Marku. Mózg się reorganizuje, pamięć wzrokowa zanika, neuroplastyczność, krzyżo… co tam powiedziałeś. Ale ja bym jeszcze widziała przez te dwadzieścia cztery godziny. Więc przez te dwadzieścia cztery godziny bym patrzyła. Nasyciłabym się. Nakarmiłabym oczy wszystkim, czym się da. A potem, nawet jeśli pamięć wyblaknie, to przynajmniej bym wiedziała, że ostatniego dnia widziałam zachód słońca nad Brdą. I twoją twarz. I zdjęcia dzieci. Tego mi nikt nie zabierze.

Marek uśmiechnął się. Tym swoim uśmiechem, który nie był ani ciepły, ani zimny, tylko precyzyjny. Uśmiechem chirurga, który wie, gdzie ciąć.

— Zachód słońca — powtórzył. — Wiesz, czym jest zachód słońca, Jolu?

— Wiem, czym jest zachód słońca, Marku. Nie musisz mi tłumaczyć.

— Ale chcę. Bo ty widzisz piękno, a ja widzę fizykę, i w tym jest cały nasz problem. Zachód słońca to rozpraszanie Rayleigha. Krótkie fale światła, te niebieskie i fioletowe, rozpraszają się w atmosferze, a do twoich oczu docierają tylko długie fale, pomarańczowe i czerwone, bo przechodzą przez grubszą warstwę atmosfery. To nie jest piękno, Jolu. To optyka atmosferyczna. To fizyka cząstek. To rozszczepienie fal elektromagnetycznych na siatkówce twojego oka, które i tak za dwadzieścia cztery godziny przestanie funkcjonować.

— Marek! Ale ja nie widzę fal elektromagnetycznych! Ja widzę zachód słońca. I to jest różnica między nami.

— Nie, Jolu. Różnica między nami jest taka, że ja wiem, jak działa nerw wzrokowy, a ty nie. I pozwól, że ci powiem, bo to jest fascynujące w sposób, który powinien cię przerazić.

Usiadła z powrotem. Nie dlatego, że chciała słuchać, ale dlatego, że nogi odmówiły jej posłuszeństwa w ten szczególny sposób, w jaki odmawiają posłuszeństwa, kiedy ciało wyczuwa, że umysł zaraz usłyszy coś, na co nie jest gotowy.

— Nerw wzrokowy — zaczął Marek, i w jego głosie pojawiła się ta nuta, którą Jolanta rozpoznawała jako pasję. Nie pasję do niej, nie pasję do muzyki, nawet nie pasję do organów, na których grał każdej niedzieli w kościele Świętego Wojciecha. To była pasja do wiedzy. Do mechanizmów. Do rozumienia, jak rzeczy się psują. — Nervus opticus. Drugi nerw czaszkowy. Masz ich dwanaście par, Jolu, ale ten jest wyjątkowy, bo tak naprawdę nie jest nerwem. Jest wypustką mózgu. Częścią ośrodkowego układu nerwowego, owiniętą w te same osłonki, co rdzeń kręgowy. I wiesz, co to oznacza?

— Że jak się uszkodzi, to się nie regeneruje.

Marek uniósł brwi. Był zaskoczony. Jolanta poczuła krótki przypływ satysfakcji.

— No proszę — powiedział. — Dokładnie. Nerwy obwodowe mają pewną zdolność do regeneracji, choć ograniczoną. Ale nerw wzrokowy, jako część ośrodkowego układu nerwowego, nie. Akson, który obumrze, obumrze na zawsze. Nie odrośnie. Nie naprawi się. To nie jaszczurka z ogonem, Jolu. To trwałe, nieodwracalne uszkodzenie. A wiesz, ile aksonów biegnie w jednym nerwie wzrokowym? Około miliona dwustu tysięcy. I każdy z nich niesie fragment obrazu, jak pojedynczy piksel na ekranie. Kiedy te aksony obumrą, twój ekran się wyłączy. Na zawsze. Żaden serwisant nie przyjdzie. Żadna wymiana części. Koniec.

Cisza. Jaskółki nad sadem rysowały swoje nieczytelne hieroglify. Od strony drogi dojazdowej warknął silnik traktora sąsiada, tego starego Ursusa, który Krawczyk reanimował co wiosnę z uporem godnym lepszej sprawy.

Jolanta wzięła wiśnię z miski i włożyła ją do ust. Poczuła, jak owoc pęka między zębami, jak sok, słodki i lekko cierpki, zalewa język, jak pestka, twarda i gładka, uderza o podniebienie. Wypluła pestkę w dłoń i wrzuciła do miski.

— A zdjęcia? — zapytała. — Mówiłam, że obejrzałabym zdjęcia dzieci.

— Zdjęcia. — Marek skrzywił się lekko, jakby słowo to miało nieprzyjemny smak. — Zdjęcia są dwuwymiarowe, Jolu. Płaskie reprezentacje trójwymiarowej rzeczywistości. Kiedy patrzysz na zdjęcie Kasi, nie widzisz Kasi. Widzisz układ pikseli lub kryształków halogenku srebra, które twój mózg interpretuje jako twarz twojej córki. A teraz wyobraź sobie, że przez dwadzieścia cztery godziny gorączkowo przeglądasz albumy. Setki zdjęć. Tysiące. Nakładają się na siebie, mieszają, zlewają. Twój hipokamp, odpowiedzialny za konsolidację pamięci, jest zalewany informacjami jak serwer podczas ataku DDoS. Wiesz, co się wtedy dzieje?

— Pewnie mi powiesz.

— Interferencja retroaktywna. Nowe wspomnienia wzrokowe zakłócają stare. Im więcej zdjęć obejrzysz, tym bardziej rozmyte staną się poszczególne obrazy. Zamiast jednej, ostrej, wyraźnej twarzy córki, będziesz miała w głowie mozaikę z tysiąca fragmentów, które nie złożą się w całość. Gorsza strategia niż nierobienie niczego, Jolu. Znacznie gorsza.

— To co mam zrobić, twoim zdaniem? — Jolanta odwróciła się do niego, a w jej głosie po raz pierwszy tego wieczoru zabrzmiała prawdziwa złość. — Siedzieć z zamkniętymi oczami i czekać? Nic nie robić? Nic nie patrzeć? Nie próbować?

— Mogłabyś popatrzeć na jedną rzecz.

— Na co?

— Na jedną, jedyną rzecz. Bez pośpiechu. Bez gorączkowego kolekcjonowania ostatnich obrazów. Wybrać jedną jedyną rzecz i patrzeć na nią przez dwadzieścia cztery godziny. Wtedy hipokamp miałby szansę skonsolidować ten jeden obraz tak głęboko, że nawet reorganizacja kory wzrokowej nie zdołałaby go całkowicie wymazać. Jeden obraz, Jolu. Nie sto. Nie tysiąc. Jeden.

Jolanta zamarła. Wiśnia, którą właśnie nadziewała na drylownicę, wyślizgnęła jej się z palców i stoczyła ze stołu na drewniane deski tarasu, zostawiając za sobą mokry, ciemny ślad, jak maleńki krwawy trop.

— I co bym miała wybrać? — zapytała cicho.

Marek nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią, i przez jedną, ulotną chwilę Jolanta zobaczyła w jego oczach coś, co nie było ani ironią, ani intelektualną przewagą, ani chłodną pasją do mechanizmów. To było coś starszego, coś, co pamiętała z pierwszych lat ich małżeństwa, kiedy jeszcze jeździli razem na pchle targi i cieszyli się ze starych drylownic.

Ale zanim zdążyła nazwać to, co zobaczyła, wyraz jego twarzy zmienił się z powrotem, jak niebo, które na moment przebija się przez chmury i natychmiast znika.

— To jest dobre pytanie — powiedział Marek. — I właśnie na nim polega cały dramat twojej sytuacji. Bo cokolwiek wybierzesz, jednocześnie zrezygnujesz ze wszystkiego innego. Jeśli wybierzesz moją twarz, nie zobaczysz ostatniego zachodu słońca. Jeśli wybierzesz zachód słońca, zapomnisz moje rysy. Jeśli wybierzesz zdjęcie Kasi, nie zobaczysz Tomka. Dwadzieścia cztery godziny wzroku to nie jest dużo, Jola. To jest przerażająco mało. I im bardziej zdasz sobie sprawę z tego, jak mało to jest, tym bardziej będziesz sparaliżowana niemożnością wyboru. I wiesz, co się stanie?

— Co?

— Zmarnujesz te dwadzieścia cztery godziny na zastanawianie się, na co patrzeć. I kiedy ciemność w końcu nadejdzie, ostatnim obrazem, jaki zapamiętasz, będzie sufit twojej sypialni o trzeciej w nocy, kiedy leżysz z otwartymi oczami i nie możesz zasnąć, bo panikujesz.

Jolanta poczuła, jak coś w niej pęka. Nie dramatycznie, nie z hukiem, nie jak tama, która się przerywa. Raczej jak nitka, która cicho strzyka w szwie trzymającym razem dwa kawałki materiału. Maleńkie pęknięcie, prawie niesłyszalne, ale wystarczające, żeby konstrukcja zaczęła się luzować.

— Jesteś okrutny, Marku — powiedziała.

— Nie jestem okrutny. Jestem precyzyjny. To nie to samo.

— Dla mnie to jest dokładnie to samo.

— Bo jesteś nauczycielką polskiego, Jolu. Dla was synonimy to chleb powszedni. Ale w medycynie i w logice słowa mają dokładne znaczenia i nie można ich zamieniać według widzimisię.

Jolanta wstała, zebrała miskę z wydrylowanymi wiśniami i przeszła do kuchni. Przez otwarte drzwi tarasowe Marek widział, jak stawia miskę na blacie, jak odkręca kran, jak myje ręce z wiśniowego soku, energicznie, prawie agresywnie, jakby próbowała zmyć z siebie nie tylko sok, ale całą tę rozmowę.

Wrócił do niej po chwili, ale nie fizycznie. Siedział dalej w fotelu. Za nią wysłał tylko głos, ten swój spokojny, wykładowy głos, który niósł się dobrze w wieczornym powietrzu, bo Marek przez lata grania na organach nauczył się, jak pracować z akustyką pomieszczenia. Nawet tarasu.

— A wiesz, co jest najgorsze? — zawołał.

Z kuchni dobiegł odgłos szuflady otwieranej z impetem. Pewnie szukała ścierki.

— Nie chcę wiedzieć, co jest najgorsze.

— Najgorsze jest to, że atrofia nerwu wzrokowego boli. Nie w sensie fizycznym, chociaż mogą pojawić się bóle głowy, szczególnie przy zapaleniu pozagałkowym, kiedy osłonka mielinowa nerwu wzrokowego ulega degradacji, a obrzęk uciska na struktury oczodołu. Ale prawdziwy ból jest inny. To ból fantomowy, Jolu. Tak jak ludzie po amputacji czują nieistniejącą rękę, tak osoby po utracie wzroku doświadczają czegoś, co nazywa się zespołem Charlesa Bonneta.

Jolanta pojawiła się w drzwiach tarasowych ze ścierką w ręku.

— Zespół czego?

— Charlesa Bonneta. Halucynacje wzrokowe u osób, które straciły wzrok. Twój mózg, pozbawiony bodźców, zaczyna generować własne obrazy. Twarze. Wzory geometryczne. Krajobrazy. Ludzi, których nigdy nie widziałaś. To nie jest choroba psychiczna, Jolu. To jest desperacka próba kory wzrokowej, żeby się czymś zająć, kiedy nie ma już nic do przetwarzania. Wyobraź sobie to. Straciłaś wzrok. Siedzisz w ciemności. I nagle widzisz twarz. Ale to nie jest moja twarz. To nie jest twarz Kasi ani Tomka. To jest twarz obcego człowieka, wygenerowana przez twój własny mózg, i nie możesz jej wyłączyć, bo nie masz guzika.

Ścierka w dłoni Jolanty zwisała jak biała flaga.

— Skąd ty to wszystko wiesz? — zapytała, ale nie ze złością. Z czymś, co brzmiało jak autentyczne zdumienie.

— Czytam, Jola. Kiedy ty drylujesz wiśnie, ja czytam. Kiedy ty sprawdzasz wypracowania, ja czytam. Kiedy ty myjesz okna i podlewasz rabaty, ja siedzę w tym fotelu i czytam. I wiem, że to cię irytuje, bo ty pracujesz, a ja nie. Ale ja pracuję, moja droga. Pracuję tutaj. — Stuknął się palcem w skroń. — I efektem mojej pracy jest to, że mogę ci powiedzieć dokładnie, co stanie się z twoim nerwem wzrokowym, z twoją korą potyliczną, z twoim hipokampem i z twoim życiem, kiedy zgaśnie światło. I mówię ci to nie dlatego, że jestem okrutny. Mówię ci to, bo uważam, że powinna to wiedzieć.

Jolanta stała w drzwiach, oparta o framugę, ze ścierką w jednej ręce i wyrazem twarzy, którego Marek nie potrafił jednoznacznie odczytać. Było w nim zmęczenie, oczywiście, bo dwadzieścia lat życia z mężczyzną takim jak on musi być męczące. Było zaskoczenie, bo nawet po tylu latach potrafił ją jeszcze zaskoczyć. Ale było też coś jeszcze. Coś, co Jolanta sama by pewnie nazwała smutkiem, ale co Marek, gdyby był uczciwy wobec siebie, rozpoznałby jako coś głębszego i bardziej niebezpiecznego.

— Wiesz, co bym naprawdę zrobiła, Marku? — powiedziała w końcu, i jej głos był teraz zupełnie inny. Cichy, pozbawiony ironii, pozbawiony obrony. Głos kobiety, która na chwilę przestała być nauczycielką, żoną, matką, gospodynią, i stała się po prostu osobą, która wyobraziła sobie ciemność.

— Co?

— Usiadłabym w tym fotelu obok ciebie. I patrzyłabym na ciebie. Nie na zachód słońca, nie na zdjęcia, nie na Brdę. Na ciebie. Bo zachód słońca wraca każdego dnia, zdjęcia można dotykać, a Brdę można słyszeć. Ale twoja twarz, Marku, to jedyna rzecz, która jest tylko tutaj i teraz. I nawet jeśli mój hipokamp jest za mały, a kora potyliczna się zreorganizuje, i nawet jeśli zamiast ciebie zobaczę potem twarz jakiegoś obcego człowieka z zespołu tego Bonneta, to przynajmniej przez te dwadzieścia cztery godziny patrzyłabym na coś prawdziwego.

Marek milczał.

Jaskółki nad sadem zniknęły. Niebo przeszło z brzoskwini w fiolet, a z fioletu powoli w granat. Od strony kościoła Świętego Wojciecha nie dobiegał już żaden dźwięk. Krawczyk wyłączył Ursusa. Wieś zaczynała zasypiać.

Jolanta odwróciła się i weszła do kuchni. Po chwili Marek usłyszał odgłos przykrywania misek folią, stawiania ich w lodówce, zamykania szuflad. Codzienne dźwięki. Dźwięki porządku, rutyny, normalności. Dźwięki, które Marek słyszał każdego wieczoru od dwudziestu lat i które, uświadomił sobie nagle, były piękniejsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek zagrał na organach w kościele.

Podniósł książkę z podłogi, gdzie zsunęła się w trakcie rozmowy. Był to podręcznik neuroanatomii Duusa, wydanie czwarte, z zakładką na rozdziale o drogach wzrokowych. Zamknął go i położył na podłokietniku.

— Jola? — zawołał.

— Co?

— Konfitury ci jutro pomogę zrobić.

Przez chwilę cisza. Potem z kuchni dobiegł dźwięk, który mógł być krótkim śmiechem, ale mógł też być westchnieniem.

— Ty nie umiesz robić konfitur, Marku.

— To mnie nauczysz. Jeszcze widzę.

Wieczór zsunął się na podbydgoską wieś jak ciemna, ciężka zasłona. Na tarasie zostały trzy miski, drylownica z obłażącą farbą i wiklinowy fotel, który skrzypnął jeszcze raz, kiedy Marek wstał i wszedł do domu.

Na niebie, tam gdzie jeszcze przed chwilą płonął zachód słońca, migotała pierwsza gwiazda. Ktoś, kto by na nią patrzył, zobaczyłby punkt światła. Marek wiedział, że to nie punkt, tylko kula plazmy oddalona o miliardy kilometrów, której światło podróżowało latami, żeby dotrzeć do siatkówki obserwatora i zostać zamienione na impuls elektryczny w nerwie wzrokowym.

Ale tej jednej rzeczy Jolancie nie powiedział.

Niektóre prawdy, nawet organista wie, lepiej zostawić w ciemności.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij