Facebook - konwersja
A komu czasem nie odbija? - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

A komu czasem nie odbija? - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-62541-18-8
Język:
Polski
Data wydania:
27 lipca 2011
Rozmiar pliku:
1,8 MB
Zabezpieczenie:
brak
15,00
Cena w punktach Virtualo:
1500 pkt.

A komu czasem nie odbija? - opis ebooka

 

Zwolnienie z pracy każdemu może się zdarzyć, zdarzyło się również Jurkowi, filarowi firmy produkującej dewocjonalia. Życie jednak nie znosi próżni. Nasz bohater przypadkowo wygłasza mowę pogrzebową i zostaje zatrudniony w firmie zajmującej się pochówkami jako mówca. Jest jednak niedostosowany społecznie i popada w konflikt z kolegami z pracy, policja bierze go za seryjnego mordercę zwanego „Maniusiem Brzytewką” i jeszcze się nieszczęśliwie zakochuje w cudzej żonie, która ma zamiar wyjechać na stałe na Wyspy Kanaryjskie. W sumie, jedna wielka tragedia z wieloznacznym męczeniem kota w tle. Do tego dialogi bez wątpienia pretendujące do miana kultowych i postacie, w których można się od razu zakochać, jak pan Miecio – przedsiębiorca pogrzebowy z doktoratem z filozofii, fałszywy rabin Lejczower czy przestępcy–gawędziarze: Bibuła i Graf.

FRAGMENT KSIĄŻKI

.

.

Prolog

.

Sierota po Kuferku

.

Jurek był przerażony. Czuł strużki potu spływające z czoła i nieznośny ucisk w gardle. Wbijał spojrzenie zbitego psa w twarze mijanych ludzi i czekał na chwilę, kiedy zostanie zdemaskowany. Kiedy ktoś wyciągnie w jego stronę palec i zacznie krzyczeć. A może tylko ryknie pełnym szyderstwa śmiechem?

Tak, najgorsze było to oczekiwanie i towarzyszące mu napięcie. No i wstyd. Bo przecież trzydziestoletni mężczyzna spacerujący w godzinach szczytu po centrum miasta ubrany jedynie w zbyt krótki podkoszulek musi czuć wstyd. Chyba że jest ekshibicjonistą albo artystą happeningowym. A Jurek nie był ani jednym, ani drugim.

Kiedy mijał rząd budek telefonicznych zobaczył uroczą szatynkę w żółtej sukience. Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Wiedział, że to już koniec. To właśnie ta dziewczyna pierwsza dostrzeże jego nagość. Tak przynajmniej było do tej pory...

Szatynka wyciągnęła w jego stronę rękę. Jakaś kobieta zasłoniła oczy dziecku, staruszek potrząsnął groźnie parasolem i Jurek zapadł się w mrok.

Pościel była mokra od potu. Wstał z łóżka, strącając z kołdry kotkę. Popatrzyła na niego z politowaniem w oczach, ziewnęła i zeskoczyła z łóżka na podłogę. Powoli podeszła do miseczki z chrupkami i zaczęła jeść.

Jej właściciel stanął przy oknie i w milczeniu patrzył na pogrążone w szarości świtu miasto. Bał się. Ten nudystyczny sen zawsze zapowiadał jakieś nieszczęście. Oblany egzamin, wypowiedzenie umowy o wynajem mieszkania albo spotkanie z osobą, której za żadne skarby nie chciał spotkać.

Wschodziło słońce. Zapowiadał się piękny dzień. Dobry dzień na to, żeby mieć pecha.

* * *

–Jesteś leniem – oznajmił mu dyrektor Wiesław Kuferek. – Myślisz, że będę trzymał takiego pracownika, który nic nie potrafi? Nawet z hurtownikiem po ludzku pogadać nie umiesz. Za kogo ty się uważasz? Że jak ktoś ma tylko zawodówkę, to można go jak traktować jak pomietło? Tylko on ma kupę forsy, a ty ten inteligencki uśmieszek i nic poza tym. Dlatego już u mnie nie pracujesz.

Dyrektor westchnął. Klepnął przyjacielsko Jurka po plecach.

–Masz szczęście, że to się tylko tym kończy – dodał poufale. – Krzychu to cię chciał nawet po gębie obić, za to żeś poprawiał każde jego słowo. Na szczęście to ludzki gość. Wypiliśmy i dał ci jeszcze jedną szansę. Ale przecież z każdym klientem pił nie będę. I nie będę trzymał pracownika, który mi klientów odstrasza.

Dyrektor wyjął z kieszeni kilka pomiętych banknotów.

–Masz tu pensję za następny miesiąc – włożył Jurkowi pieniądze do kieszonki koszuli. – Znaj moje dobre serce, bo przecież robisz tu „na gębę”.

Jurek bez słowa odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Kiedy położył dłoń na klamce zatrzymał się i rzekł do Kuferka:

–Dziękuję panie dyrektorze.

Były szef niecierpliwie machnął ręką. Jurek zaczął się przeciskać przez mroczny korytarz zastawiony pudłami z plastikowymi butelkami w kształcie świętych, których głowy pełniły funkcję zakrętki, pachnącymi Matkami Boskimi i gipsowymi aniołkami ściskającymi w dłoniach ogniste miecze. Mijał je z obojętnością, choć sprzedaży tych arcydzieł sztuki odpustowej poświęcił niemal rok ze swego trzydziestoletniego życia.

Na zewnątrz świeciło słońce. Świat spowity w jego promienie wydawał się być urzekająco piękny, co było niezbitym dowodem na to, że naszą najbliższą gwiazdę można zaliczyć do grona największych kłamców jakich znała ludzkość. Przygnębiony radosnym widokiem roztaczającym się przed oczami, Jurek ruszył w stronę pobliskiej piwiarni, aby alkoholem etylowym zamordować kilka tysięcy szarych komórek, które były odpowiedzialne za jego permanentną depresję. Minął białe BMW wypełnione czworgiem małych Kuferków, których płci nie potrafił rozróżnić. Nie spojrzał nawet na swoją byłą pryncypałową, która, na widok jego obojętności, zastygła w bezruchu równie doskonałym jak ukarana za ciekawość żona Lota. Najwyraźniej lekceważenie okazywane przez pracowników firmy było dla niej kataklizmem porównywalnym z tym, który zniszczył z woli Boga rozpustne miasta.

W pijalni piwa miał swoją główną kwaterę okoliczny półświatek. Oprócz różnego rodzaju niebieskich ptaków zabijali tam nudę zdegenerowani inteligenci, nieszczęśliwi mężowie i notoryczni bezrobotni. Było to miejsce magiczne. W zadymionej, cuchnącej tanim tytoniem i skwaśniałym piwem sali pijacki bełkot mieszał się z artystyczną gwarą i przestępczym slangiem, tworząc metafizyczną symfonię dekadentyzmu i nihilizmu.

Były sprzedawca dewocjonaliów obrzucił klientów lokalu nieufnym spojrzeniem. Z niesmakiem stwierdził, że większość stolików obsiedli niezrealizowani twórcy, którzy godzinami rozprawiali o niesprawiedliwości świata wobec prawdziwej sztuki. Programowo unikał takich konwersacji, gdyż serce miał litościwe i jęki artystów spychały go na samo dno baudelaire’owskiej otchłani smutku, z której od miesięcy usiłował się wydostać. W kącie dostrzegł Bibułę i Grafa, dwóch cieszących się powszechnym szacunkiem bandytów. Pierwszy z nich zyskał sławę uprowadzając ciężarówkę pełną tekturowych pudeł, w których spodziewał się znaleźć papierosy z przemytu, a była tam jedynie kolorowa bibułka. Graf natomiast zyskał przydomek dzięki uprawianiu handlu filmami pornograficznymi. Kiedy zatrzymała go na jednym z miejskich bazarów policja, oznajmił funkcjonariuszom z rozbrajającym uśmiechem, że jest pornografem. Było to słowo zbyt długie, nieekonomiczne w wymowie, więc stróże prawa nobilitowali go z niemiecka, czym sprawili mu wielką przykrość. Z przekonania był bowiem bolszewikiem i arystokracja w jego mniemaniu stanowiła klasę pasożytniczą, którą trzeba ograbiać z wszelkich bogactw.

Jurek podniósł do ust kufel piwa podsunięty mu przez bez słowa przez Grubą Helkę. Wręczając jej pieniądze spostrzegł wielki nagłówek na pierwszej stronie leżącej na ladzie gazety „Seryjny morderca tnie równo”. Przez chwilę stał wpatrując się w duże czarne litery, jakby żałował, że to nie jego jakiś szaleniec pochlastał brzytwą. Nagle mruknął coś niezrozumiale pod nosem i ruszył w głąb sali.

–Mogę się dosiąść – zapytał zatrzymując się obok stolika niebieskich ptaków. Bibuła spojrzał na niego spod przymkniętych powiek.

–Pewnie Święconka – rzucił po chwili. – Cóżeś taki zmizerowany jak cieć na kacu?

Graf wyszczerzył zęby w uśmiechu.

–Ten wieprz wywalił mnie z roboty – Jurek uśmiechnął się smutno i pociągnął duży łyk piwa.

Bibuła pokiwał ze smutkiem głową.

–Dobierałeś się do Kuferkowej czy kradłeś? – zapytał poważnie.

–A co tam kraść? Gipsowe aniołki? Zresztą Kuferek wcześniej odwali kitę niż da się okraść. Przez takiego pana Krzysia. Nie mogłem się z nim dogadać, bo na trzy wypowiadane przez niego słowa dwa opisują najstarszy zawód świata. No i naskarżył, że mu zwróciłem uwagę... – Jurek zawiesił dramatycznie głos. Po chwili dodał: – To taki dupek, który przyjeżdża pod dom Kuferka czerwonym audi. To prawie nówka... Do tego facet jest tak skąpy, że zamiast alarmu zainstalował sobie migającą diodę.

–To rzeczywiście prawdziwy dupek – powiedział w zamyśleniu Bibuła. – Powinieneś mu dokopać.

–Już od dziecka wszyscy uważają, że jestem genetycznie obciążony, bo brzydzę się przemocą – Jurek pociągnął kolejny łyk piwa. – I uczciwy, cholera, jestem. Nikogo bym nie skrzywdził i nie okradł.

–Święconka, ty nic w życiu nie osiągniesz – Graf poklepał nieudacznika po plecach. – Ale od czego ma się kumpli, załatwimy ci robotę...

Do piwiarni wszedł niski, gruby mężczyzna w czarnym garniturze. Odszukał wzrokiem Grafa i Bibułę, podniósł rękę w geście pozdrowienia i szybkim krokiem zaczął zbliżać się do stolika.

–Robota sama idzie – mruknął do Jurka Graf.

–Dzięki Bogu, że tu jesteście – grubas wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął wycierać sobie czoło. – Za dwie godziny trzeba obstawić nieboszczyka. Rodzinka chce przyjaciół na zdjęciu.

–Panie Mieciu, bujaj się pan sam – Bibuła potarł palcem nos. – Znowu się impreza przeciągnie, a cmentarz miejsce święte. Nawet dymka pociągnąć nie wypada. Do tego jeszcze w gębę można zebrać.

Grubas zaczerwienił się i opadł zdenerwowany na stojące obok krzesło.

–Panowie, czy to moja wina, że wdowiec oszalał i rzucał się na trumnę? – pan Miecio nagle rozindyczył się. – A po jaką cholerę zaczęliście go podnosić? Płaciłem wam za to?

–Cóż zrobić, serce mam miękkie i zawsze chcę pomóc, kiedy ktoś cierpi – Bibuła podrapał się po głowie. – W każdym razie za te pieniądze już nie pójdziemy.

–Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – grubas rozpromienił się. – Dostaniecie dychę więcej niż ostatnim razem.

–Trzy albo szukaj pan kogo innego – Bibuła splunął w stronę ściany.

–15 złotych to maksimum i pod warunkiem, że buty sobie wypastujecie i nie będziecie rozpinać kołnierzyków – pan Miecio był już całkiem rozluźniony. – I tak daję wam to kosztem moich małych dzieci.

–Panie Mieciu, pan przecież nie masz dzieci – Graf pociągnął nosem.

Grubas zmarszczył czoło.

–Nie doceniasz mnie. Jakbym wam opowiedział jakim byłem kiedyś pistoletem, to byście nie uwierzyli – wyrzucił z siebie z przekonaniem. – Kiedy pomyślę o owocach szalonych, letnich nocy mojej młodości, to zaczynam cierpieć na bezsenność. Co ja bym zrobił, gdybym musiał wszystkim płacić alimenty?

Bandyci pokiwali w zrozumieniu głowami. Sami co miesiąc powinni przekazywać pieniądze na utrzymanie łącznie trzech dzieciaków. Bibuła nagle wskazał palcem na Jurka.

–Ten nowy idzie z nami – stwierdził.

Grubas zamyślił się. Po chwili zmrużył powieki.

–Mogę mu dać tylko połowę stawki – powiedział stanowczo. – Niedoświadczony jest.

Graf i Bibuła spojrzeli pytająco na Jurka, który uśmiechnął się nieśmiało.

–Dobrze – rzucił od niechcenia.

–Gdzieś ty chłopie tak nauczył się targować? – Graf pokręcił z dezaprobatą głową.

–Pewnie na uniwersytecie – Bibuła roześmiał się. Zawtórował mu pan Miecio i Graf. Uniwersytet jest bowiem bardzo śmiesznym miejscem..

.

Rozdział 1

.

Firma

.

Firma pana Miecia, „Święta Pamięć”, od kilku lat przeżywała prosperity. Było to niewątpliwie związane z faktem, że miasto bardzo podupadło. Dynamiczne firmy przeniosły się w inne strony, gdzie urzędnicy mieli więcej umiaru w braniu łapówek, decyzje zapadały szybko i nikt nie organizował protestów i pikiet przed siedzibami inwestorów. Mieszkańcy miasta szybko to odczuli. Ich dochody od kilku lat spadały. A brak kasy wywoływał słynny w całym kraju spleen, który określano mianem „artystycznej atmosfery”. Taka gra pozorów wywoływała stres, który niewątpliwie sprzyjał rozwojowi wszelkich chorób, podobnie jak ogrzewanie mieszkań w starych kamienicach kupowanymi za grosze od bezdomnych eksploratorów śmietników, plastikowymi butelkami i innymi łatwopalnymi śmieciami. Zimą, kiedy promienie słoneczne nie były w stanie pobudzić w organizmach produkcji hormonów optymizmu, w mieście panowały nastroje depresyjne, a w powietrzu unosiła się chmura rakotwórczych dioksyn i śmiercionośnych pyłów.

Wszystko to niezwykle korzystnie wpływało na interesy pana Miecia, który zresztą nie liczył jedynie na warunki naturalne, lecz aktywnie pomagał swojemu szczęściu, ze zrozumieniem podchodząc do rosnących z roku na rok potrzeb pracowników pobliskiego szpitala i hojnie sponsorował ich przedsięwzięcia budowlane i komunikacyjne. W zamian otrzymywał informacje o operacjach, które nie mogły skończyć się dobrze, pacjentach, których stan nie rokował wielkich nadziei i świeżo wystawionych aktach zgonu. Inwestycje w pracowników służby zdrowia były bardzo rentowne i z pewnością, gdyby nie branża, w której przyszło robić interesy panu Mieciowi, otrzymywałby tytuły najlepszego menedżera i przodownika biznesu. Właściciel „Świętej Pamięci” znał jednak naturę ludzką i wiedział, że nie należy afiszować się zarówno z własnym bogactwem, jak i z obrotami firmy. Zatajał je nie tylko przed opinią publiczną, ale także przed urzędem skarbowym. Szczególnie brzydził się podatkiem od wartości dodanej, zwanym potocznie VAT-em. Twierdził, że jego firma realizuje wszystkie najwyższe wartości i żadnej innej dodawać nie pozwala mu moralność, a tym samym nie może płacić podatku od czegoś, co nie istnieje.

Straty, jakie ponosiło społeczeństwo na jego oszustwach podatkowych, usiłował rekompensować przez przerost zatrudnienia. Dzięki niemu nie pobierało zasiłku czworo pracowników biurowych i pięciu facetów, którzy twierdzili, że potrafią ciąć i heblować drewno. Niektórym dał etat z litości, innym przez protekcję. Nie miał ani jednego pracownika, który trafił do jego firmy tylko dlatego, że był dobrym fachowcem. Specjalistów zatrudniał dorywczo i niechętnie, nadając im dumnie brzmiący tytuł stałych współpracowników. Działo się tak z prostej przyczyny. Pan Miecio należał do pierwszego pokolenia biznesmenów. Nie miał więc jeszcze zdrowego dystansu do klasy wyzyskiwanej. Wszystko chciał kontrolować i wtykał nos w sprawy, na których w ogóle się nie znał. Wpadał na przykład do stolarni i rwąc włosy na głowie krzyczał:

–Bój się Boga, panie Jasiu, ile pan tego kleju smarujesz! To się cieniutką warstewkę nakłada! Pan mnie z torbami puścisz! – chwytał za pędzel i sam maźgał po deskach. Mruczał przy tym ostentacyjnie:

–Dzisiejsi ludzie! Na niczym się nie znają, wszystko muszę sam robić! I jeszcze pensje chcą takie, jakby chcieli człowieka zrujnować!

Takiego traktowania nie zniósłby żaden szanujący się majster i pan Miecio wyleciałby z warsztatu z dłutem w głowie lub plecach, a w najlepszym razie zostałby zelżony słowami, którymi, według potocznych wyobrażeń, lubi szafować szewc. Właściciel „Świętej Pamięci” miał już podobne doświadczenia dlatego unikał fachowców jak diabeł święconej wody. Zresztą na dobrą sprawę nie byli mu oni potrzebni. Jego firma kreowała bowiem rzeczy ulotne, które po kilku godzinach mogły się po prostu rozlecieć, rozpaść na tysiące kawałków, pogrążyć w całkowitym niebycie. A do robienia takich prowizorek pracownicy pana Miecia nadawali się wyśmienicie. A skoro tworzyli nietrwale, niechlujnie i często amorficznie pryncypał miał czyste sumienie, nie szanując ich czasu i płacąc im niewiele więcej niż dostawali bezrobotni zasiłku.

Jurek nieśmiało przekroczył próg biura „Świętej Pamięci”. Czuł się nieswojo w garniturze, który otrzymał w prezencie od rodziców z okazji obrony pracy magisterskiej. Marynarka miała niemodny krój, do tego uszyta była z elektryzującego się materiału, przez co Jurek zwracał na siebie uwagę trzaskami wyładowań elektrycznych. Strój ten miał jednak wielką zaletę. Był prawie czarny, więc idealnie nadawał się na pogrzeb.

–Czego pan tu chce? – zapytała sekretarka szefa, pani Hania, mierząc go ponurym spojrzeniem.

–Pan Mieczysław kazał mi się zgłosić do obsługi pogrzebu – wyjaśnił spokojnie Jurek. Pracownicy biurowi wbili w niego pełen ciekawości wzrok.

–Pana dyrektora Wróbla nie ma teraz, ale jak panu kazał przyjść to niech pan zaczeka... Na zewnątrz – pani Hania odwróciła się do niego plecami.

Jurek wyszedł na korytarz. Kiedy zamykał za sobą drzwi, usłyszał głos sekretarki:

–Ten stary matoł znowu jakiegoś nowego kryminalistę wynalazł.

–Świetnie to pani ujęła – pochwalił ją Mareczek, prawa ręka szefowej sekretariatu.

Jurek wzruszył ramionami.

* * *

Pogrzeb zapowiadał się pięknie. Trumna błyszczała w promieniach słońca. Kwiaciarnia, której właścicielką była siostrzenica pana Miecia dostarczyła siedem wieńców z goździków, róż i lilii. Dalsza rodzina nieboszczyka dodatkowo przytaszczyła kilkanaście ogromnych wiązanek kwiatów. Nie było tylko księdza i dźwigających żałobne chorągwie ministrantów, gdyż zmarły kilka miesięcy przed śmiercią został wyznawcą jednej z importowanych z Ameryki religii, według której niejaka Abelaida Jong–Pang jest prorokiem zesłanym przez Wielkiego Ducha, aby pokazać ludziom jedyną słuszną drogę do życia po życiu. Wdowa była przekonana, że to niezwykłe nawrócenie było spowodowane nie tyle nagłym objawieniem, co słabością jej męża do drobnych brunetek ze skośnymi oczami. Umocnił jej poglądy fakt, że Abelaida wygłaszała kazania całkiem naga, gdyż, jak twierdziła, nie miała przed słuchaczami nic do ukrycia. Słowo objawione było rozprowadzane na kasetach wideo i zyskiwało zwolenników przede wszystkim wśród podstarzałych panów, którzy doszli już do tego etapu w życiu, kiedy ważniejsza staje się wyobraźnia i wspomnienia niż realne czyny. Abelaida wiedziała jak ich przyciągnąć do sekty. Swoim wyznawcom obiecywała, że Wielki Duch nagrodzi najbardziej oddanych zdolnością wiecznej prokreacji.

Wdowa obawiała się, że innowierstwo męża będzie przyczyną nikłego zainteresowania pogrzebem. Dlatego przezornie zamówiła u pana Miecia profesjonalnych żałobników, którzy mieli odgrywać rolę przyjaciół zmarłego i ronić łzy, kiedy fotograf będzie robił zdjęcia. Musiała być niezmiernie zdziwiona, widząc tłum kłębiący się wokół świeżo wykopanego grobu.

Pan Miecio zbliżył się do stojących na uboczu wynajętych żałobników.

–Panowie, widzicie, że wasze usługi nie są potrzebne – powiedział nonszalancko. – Wypłacę wam jedną czwartą za gotowość i możecie iść do domu.

Bibuła spojrzał na Grafa. Na jego twarzy wykwitł promienny uśmiech.

–Panie Mieciu... życie panu niemiłe czy co? Chcesz pan iść w ślady nieboszczyka? – wolno cedził słowa.

Policzki Pana Miecia ozdobił silny rumieniec.

–Panowie, panowie... – powtarzał z niepokojem.

–Wynająłeś nas pan, to płać – powiedział dobitnie Bibuła. – A jak nie, to zaraz z tego pogrzebu będzie wesele, takie jak w Porąbce... Święconka, kopsnij się po jakiś sztachet.

Pan Miecio nadął się jak ryba głębinowa po wyciągnięciu na powierzchnię.

–Ależ panowie... Nie róbcie jaj z pogrzebu – szeptał błagalnie. – Przecież jesteśmy wykształconymi ludźmi i możemy prowadzić dialog w sposób cywilizowany. Po pierwsze kto wam nie chce zapłacić za usługę?

–Od razu trzeba było tak mówić panie Mieciu – Bibuła westchnął głośno. – Nadszarpnąłeś pan jednak nasze zaufanie. Dlatego szefie, forsa z góry!

Właściciel „Świętej Pamięci” rozejrzał się wokoło bezradnie. Machnął zrezygnowany ręką.

–Chodźcie za ten grobowiec – wskazał wielką granitową bryłę pomnika wystawionego ku czci rodziny Ogórów w czasach, kiedy właściciele szklarni i drobni wytwórcy deficytowych dóbr byli elitą finansową kraju.

Kiedy skryli się przed wzrokiem uczestników pogrzebu, pan Miecio drżącymi rękami wyjął portfel i zaczął odliczać nowiutkie dziesięciozłotówki. Prawie ze łzami w oczach patrzył jak znikają w kieszeniach wynajętych żałobników.

–To chyba możemy już iść – ni to zapytał, ni to stwierdził Jurek.

Graf popatrzył na niego pełnym dezaprobaty wzrokiem.

–Święconka, my jesteśmy poważne ludzie. Zapłacone. Wykonane. Jak w banku. Reklamacji nie przyjmujemy – wyjaśnił i wyciągnął z kieszeni pół litra wyborowej. – Najpierw trzeba się pokrzepić...

Tymczasem większość osób zgromadzonych na pogrzebie oczekiwała, że zaraz przed nimi wystąpi jakaś skośnooka kapłanka sekty, jeśli nie rozebrana całkiem, to chociaż do pasa. Tkwili więc wśród mogił, żądni sensacji i skandalu, lecz całkowicie się zawiedli. Okolicznościowe przemówienie miał bowiem wygłosić bliski przyjaciel rodziny zmarłego Wojciech Pincher. Mężczyzna ten dumnie wypinał wydatny brzuszek, który opinała nieco staroświecka i odrobinę za ciasna marynarka. Tuszował natomiast inne felery swojej urody – łysinkę zakrył tupecikiem, a brak zębów kamuflował sztuczną szczęką. Bohatersko usiłował również powstrzymać atak swojej odwiecznej przypadłości, kataru siennego. Dyskretnie przecierał nos białą chusteczką z wyhaftowanym monogramem i kichał, a raczej parskał w rękaw. Kiedy położono obok grobu trumnę, a wdowa pochyliła się nad nią w konwencjonalnym geście żałoby, rzucił się, by podtrzymać zrozpaczoną kobietę. Pincher dbał bowiem o image gentlemana, który udało mu się zachować, mimo różnych rewolucji obyczajowych przez prawie 50 lat dorosłego życia. W momencie, kiedy ujął przyjaciółkę pod ramię, zakręciło mu w nosie potężniej niż zwykle, a winę za to ponosiły ciężkie, rozsiewające wokół woń piżma i szlachetnych przypraw korzennych perfumy, którymi wdowa skropiła się obficie przed pogrzebem. Kichnął, a potem drugi raz i trzeci.

–Niech pan przemówi – szepnęła mu na ucho na wpół omdlała wdowa. – Bo ludzie już są znudzeni.

Rzeczywiście, żałobnicy podświadomie okazywali znużenie przedłużającą się ceremonią. Niektórzy kopali dołki obcasami, inni zaczynali zbyt głośno rozmawiać, a przedstawiciele młodego pokolenia, od czasu do czasu, wybuchali tłumionym śmiechem. Pincher niepewnym krokiem wyszedł na środek. Wciągnął nosem powietrze. Nie wykrztusił jednak z siebie ani słowa. Jego oczy wypełniły się łzami, poczerwieniał na twarzy, a z gardła wydobyło się kolejne potężne kichnięcie. Krztusząc się i prychając zszedł ze sceny cmentarnych wydarzeń i schronił się za grobowcem Ogórów.

–Kompromitacja! – wydusił z siebie pomiędzy kichnięciami i sapnięciami. – Jak ja im w oczy spojrzę?

–Napij się pan, to panu przejdzie – Bibuła podsunął mu flaszkę, a pan Wojtek pociągnął z niej ostro.

–Miałem powiedzieć ostatnie słowo o zmarłym! – rozpaczał dalej Pincher.

–Też ma pan problemy – Graf splunął pod nogi. – Kiedyś miałem zeznawać w sądzie, całą noc ustalałem z papugą co powiedzieć, żeby kumpla nie posadzili. I wyobraź sobie pan stoję na tej mównicy i ani dudu. Ze łba wszystko wyleciało i nie rozumiem nawet, co do mnie mówią. Podobno oczy takie durne miałem, że sędzia chciał mnie na badania wysłać, czym nie jest naćpany. Najgorzej, że kumplowi piątkę wtedy dali. A co zrobią nieboszczykowi? Przysypią go prędzej?

–Co tam nieboszczyk! Jak ja się znajomym na oczy pokażę? Taki wstyd! – nie dawał się pocieszyć pan Wojtek.

–Daj pan na litra, to znajdziemy zastępstwo – oznajmił nagle Bibuła wskazując na Jurka. – Ten oto Święconka, człowiek wykształcony i bywały nawet w uniwersytetach, ma niezłe gadane i mówkę odpowiednią palnie. Oczywiście, jak już wspomniałem, nic nie ma za darmo, bo za wysoko wykształcone usługi trzeba płacić. Nauka kosztuje. To jak będzie panie starszy?

Pincher spojrzał na Jurka, a jego w jego oczach pojawił się błysk nadziei. Zaczął grzebać w kieszeni i triumfalnie wydostał z niej banknot pięćdziesięciozłotowy.

–Z nieba mi pan spadł – powtarzał z ulgą, tłumiąc ataki kaszlu.

–Ale ja... – Jurek był zbyt zaskoczony, żeby powiedzieć coś sensownego. – Ale ja... Nie znałem tego faceta.

Bibuła sprawnie wyjął z dłoni pana Wojtka pieniądze.

–Usługa zapłacona, będzie wykonana – powiedział uroczyście. – Święconka ludzie się niecierpliwią. Strzel to ostatnie słówko i idziemy do knajpy.

Delikatnie wypchnął Jurka zza grobowca.

–Chyba nie zawiedziesz kumpli, którzy serce przed tobą otworzyli – szepnął mu do ucha Graf.

Jurek podrapał się po głowie. Ruszył niepewnie w stronę zgromadzonego wokół grobu tłumu. Stanąwszy obok trumny spojrzał w stronę cmentarnej kwatery rodu Ogórów. Zza granitowego pomnika wystawały trzy, wpatrujące się w niego z zaciekawieniem, głowy. Bibuła machnął niecierpliwie ręką, co Jurek słusznie odczytał jako zakodowaną zachętę: „No co frajerze stoisz, nawijaj!”. Gardło ścisnęła mu trema. Czuł, że gdyby nie wypił dwóch kolejek, to z pewnością padłby na ziemię zemdlony. Wiedział, że powinien uciec stąd jak najszybciej. Bał się jednak swoich knajpianych znajomych. Przypomniał sobie, jak Graf mówił kiedyś, że to niehonorowo oddawać forsę, a jak ktoś raz honoru swojego nie uszanuje, to jest szmata i nawet podłogi nim nie wypada czyścić, bo się można pochlapać. Zacisnął pięści. Chrząknął dla dodania sobie odwagi.

–Proszę państwa – usłyszał nagle swój głos dochodzący gdzieś z oddali. – Proszę państwa – powtórzył i ze zdziwieniem dostrzegł, że ludzie zamilkli i wpatrują się w niego uważnie. – Żegnamy dzisiaj wspaniałego, niezwykłego człowieka... – zrobił efektowną pauzę i zerknął na tabliczkę z nazwiskiem zmarłego. – Józef, któremu dzisiaj towarzyszymy w ostatniej drodze zapisał się w naszej pamięci różnymi czynami. Być może nie wszystkie były godne pochwały, ale przecież wszyscy jesteśmy grzesznikami i nie zawsze postępujemy, tak jak powinniśmy...

Znajomi nieboszczyka kiwali głowami, niektóre panie, zaczęły wycierać oczy chusteczką.

–Ale czy warto pamiętać złe rzeczy? – kontynuował Jurek. – Czy nie lepiej zapamiętać zmarłego Józefa jako wybitną indywidualność, człowieka, który zawsze idzie własną drogą, dokonuje wyborów, zapewne niepopularnych, ale prowadzących do rozkwitu osobowości. Bo Józef, proszę państwa, miał niezwykłą osobowość. Może ją ukrywał, nie okazywał swojego wnętrza, jednak ci, którzy go dobrze znali, mogli sami się przekonać, jakie skarby kryją się w jego duszy...

–Tak, tak! – krzyknęła wzruszona kobieta w kapeluszu z woalką. Wdowa oderwała chusteczkę od oczu i zmierzyła ją uważnym spojrzeniem.

–Kiedy trumna znika pod ziemią, szybko zapominamy o zmarłym. W przypadku Józefa będzie jednak inaczej – Jurek wbił nawiedzony wzrok w przesuwającego leniwie po niebie cumulusa. – Jego nie sposób będzie zapomnieć. Jeszcze długo będą nam towarzyszyć jego mądre słowa i kiedy je wspomnimy, pojawi się żal, że taki człowiek odszedł tak wcześnie. Żegnaj Józefie, być może niedługo spotkamy się tam, gdzie ty teraz zmierzasz...

Jurek ze zdumieniem patrzył jak emerytki ocierają łzy, a posiwiali mężczyźni udają twardzieli, lecz nie bardzo im to wychodzi.

–Pan musiał dobrze znać zmarłego – powiedział do Jurka jakiś starszy pan, ściskając mu mocno dłoń.

–Dobrze, że dałeś chłopcze do zrozumienia, że czasami był zwykłym skurwysynem – szepnęła mu na ucho energiczna staruszka.

Pan Miecio stał z otwartymi ustami, a przez jego głowę najwyraźniej przelatywało tysiące myśli. Nagle zwarł szczęki, wargi wydął w refleksyjny dziubek i podszedł do Jurka.

–Tak, tak, całkiem nieźle panu idzie – powiedział pełnym zadumy głosem. – Może trochę za mało ekspresji, a za dużo egzaltacji, ale ma pan jakieś zdolności w tym kierunku. Niech pan przyjdzie jutro do mnie do biura. O 8 rano.

* * *

Bywalcami piwiarni Grubej Helki nie byli pełni radości turyści ani przedstawiciele miejscowych elit, którzy z perspektywy finansowanych z budżetu, dobrze płatnych posad z optymizmem mogli patrzeć na świat. Przy odrapanych stolikach siedzieli ludzie, którzy w złocistym płynie usiłowali utopić swoje kompleksy i żale. Patrzyli smutnym wzrokiem na coraz bardziej puste kufle i zastanawiali się skąd wziąć kilka złotych na kolejną porcję rozluźniającego eliksiru. Miejsce to idealnie nadawało się na stypę.

–No widzisz Święconka – klepnął Jurka w ramię Graf. – Raz człowiekowi nie wychodzi, a tu nagle innym razem szmal sam pcha się w ręce.

–Miałem takiego kumpla – powiedział Bibuła. – Zrobił jedno włamsko, same ciuchy, drugie włamsko i znów nic. Ale ktoś zaczął chrobotać do drzwi, to przez balkon, myk, przeskoczył do sąsiada. A tam El Dorado. Buzery i bajery, nawet frajerzy gotówkę trzymali w bieliźniarce. Przez rok żył jak panisko i pracować nie musiał.

–Ja też tak miałem – pokiwał głową Graf. – Mówią mi kumple, że do mojej baby taki taryfiarz z niebieskiego opla zachodzi. No to wsiadam, kurs za miasto i tłumaczę gościowi. Okularki mu się potłukły, limko wyskoczyło pod okiem, ale mi się coś nie zgadza. Bo to był brunet, a ja szukałem blondyna... Popędliwy jestem i czasem zapomnę pomyśleć... No to przepraszam i wsiadam do innego opla. Kurs za miasto. Jest blondyn, to ja mu tłumaczę. Rękę sobie wybiłem, boli jak cholera. A gościu wyjmuje porfel i mi daje. A tam ma zdjęcie w objęciach innego faceta. Pedzio jak nic. To przepraszam. Szukam kolejnego opla, ale już się rozeszło. Podchodzę na postój, a tu jeden gościu z piskiem opon i rura. Czerwone światło, a on rura. I buch w autobus. Aż go straż musiała wycinać... Już się u mojej baby nie pokazał. To mi się dopiero udało, bo ręka mnie cholernie bolała i nic bym mu nie był w stanie wytłumaczyć...

–Może i mnie opuści pech? – zaczął się zastanawiać Jurek. – Do tej pory zawsze wpadałem w jakąś bryndzę. Albo mi nie płacili, albo wywalali, bo szef miał kuzyna, którego trzeba zatrudnić, albo i to, i to naraz...

–Ej, Święconka – westchnął Graf. – To nie wiesz jak to się załatwia... Niech no by mi taki frajer nie zapłacił...

–Co chcesz od chłopaka – wtrącił się Bibuła. – To gość po studiach, a wiadomo, że takich to się szyje, bo co najwyżej popyskują, ale już nawet do sądu nie pójdą, bo nie stać ich na papugę...

–To po co im, cholera, te uniwersytety? – zdziwił się Graf.

–No właśnie Święconka na co? – zapytał Bibuła.

–Sam jestem ciekawy... – wzruszył ramionami Jurek. – Dziesięć lat temu wiedziałem. Teraz... Pewnie cofnąłem się przez te lata w rozwoju intelektualnym...

–Siedziałem kiedyś z takim intele... Intelektualnym doktorkiem, ale nie lekarzem – skrzywił się Graf. – Żonę bił. Mówił, że to dlatego, bo miał jakąś świadomość rozszerzoną czy coś tam. W każdym razie to było coś z oczami, bo widział podobno wszystko, co złe robią inni. To go bardzo stresowało. No to, jak przychodził z pracy, młócił swoją babę, żeby odreagować... W nocy na celi wzięliśmy go pod koc i łubudu. Taki eksperyment chcieliśmy zrobić okulistyczny. I okazało się, że nic nie widział.

–No bo widocznie nie zrobiliście nic złego – uśmiechnął się Bibuła.

–Pewnie tak – przytaknął Graf. – A ty Święconka, to nie możesz być miętki, bo takie Miecie to wyczuwają na kilometr... Trzeba gościowi w oczy popatrzyć, żeby aż we flakach poczuł. Nawet nawijać wiele nie trzeba, choć taki Bibuła lubi zawsze coś palnąć, jak z filmu.

–A pewnie, dobra gadka to połowa sukcesu – pokiwał głową Bibuła. – Ostatnio jeden gość przyszedł nawtykać mojemu dziecku, że poszturchało jego syna. A był nieźle pyskaty. Widzę, że gościu przyjechał niezłą furą. Podciągnąłem rękawy, żeby widział moje tatuaże i mówię, że ma niezłą brykę i pytam czy ma autocasco. Facio zamilkł. Patrzył na mnie przez chwilę, rączki zaczynają mu się trząść. Przeprosił i pojechał. Pewnie oszczędny był.

–To się nazywa stymulowanie wyobraźni... – powiedział z podziwem w głosie Jurek. – Ale ja tak nie umiem. W oczy nie mogę patrzyć, bo zaraz mi głupio, a z gadką to w ogóle do kitu, zaraz zaczynam się jąkać...

–Eee tam, nieźle ci poszło na pogrzebie – prychnął Graf. – Nawijałeś jak z kartki.

–To co innego... – skrzywił się mówca pogrzebowy. – Głupawki dostaję, jak mam coś załatwić. Mój kumpel, psycholog, mówił mi, że to przez mojego staruszka. Ciągle mi powtarzał jak chciałem coś zrobić: A na co ci to!? Zostaw to, niech się inni nażreją!

–Psycholodzy! – burknął Graf. – Mam z takim jednym rachuneczek. Jak siedziałem, to taki jeden goguś obraził moją mamusię. To ja mu musiałem wytłumaczyć. Aż mi ręce napuchły. To jeden taki psycholog wziął mnie na rozmowę. No to mu mówię, że gość moją mamusią gębę wycierał, a ten mi mówi, że mam kompleks Edypa. Jak ja bym wiedział, co to znaczy, to ja bym mu wytłumaczył. Ale dopiero na celi mi ten doktorek, co to nic nie widział, powiedział co to za jeden ten Edyp...

–Ten mój jest w porządku – pokiwał głową Jurek. – Zajmuje się głównie nałogowcami.

–To powinien tu wywiesić plakat reklamowy – powiedział Bibuła. – Miałby dużo klientów.

–On lubi szmal – uśmiechnął się mówca. – Woli zajmować się wyższymi sferami...

–A pewnie, niech bulą za naćpanych synalków – wzruszył ramionami Bibuła.

Do ich stolika podszedł wymizerowany mężczyzna w pomiętej marynarce.

–Panowie dajcie i mnie poświętować – wydyszał. – Od dwóch dni nic w ustach nie miałem.

–Pij mleko będziesz wielki – rzucił w jego stronę Graf. – Nie po to zapieprzaliśmy w pocie i pyle, żeby komuś stawiać.

Mężczyzna mruknął coś pod nosem, co najwyraźniej rozsierdziło Grafa, który zerwałby się z krzesła i, zapewne, wytłumaczyłby intruzowi co nieco, gdyby nie przytrzymał go Bibuła.

–Uważaj na rączki, bo ci spuchną albo znów sobie wybijesz – powiedział uspokajająco. – Co zrobisz, że tu taka specyfika, że wszyscy tylko chcą na krzywy ryj... Jak ci się nie podoba, to się przenieś...

–Zasrane miasto – Graf pociągnął spory łyk piwa.

–Panowie, ja mam już dosyć – powiedział Jurek. – Jutro będę miał monstrualnego kaca, a o ósmej mam być u pana Miecia.

Graf i Bibuła spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

–O ósmej to pan Miecio dopiero przewraca się na drugi bok – powiedział Graf.

–Ale za to bardzo lubi, żeby na niego czekać – uśmiechnął się Graf. – I całować w pierścień... Jak na audiencji u Papieża.

* * *

Tuż przed umówioną godziną Jurek zjawił się w biurze „Świętej Pamięci”. Pani Hania spojrzała na niego przekrwionymi z niewyspania oczami.

–A pan tu znowu czego? – zapytała.

–Byłem umówiony – Jurek uśmiechnął się.

–Znowu?! Szef już nie ma co robić – burknęła groźnie. – Nie ma go, zresztą on rzadko przychodzi przed 10...

Jej słowa przerwało potężne sapanie pana Miecia, który wpadł do biura niczym lokomotywa z wiersza Tuwima.

–Pani Haniu, nie ma mnie dla nikogo – zdążył powiedzieć nim zniknął za drzwiami swojego gabinetu.

–Nie mówiłam – pani Hania rzuciła od niechcenia.

–To ja poczekam – powiedział nieśmiało Jurek i usiadł na krześle przy ścianie. Sekretarka wzruszyła ramionami. Powoli schodzili się podwładni pana Miecia. Siadali przy biurkach i wzdychali żałośnie. Krystynka zaczęła robić zaległy manicure, Jadzia pisała kolejny list do ukochanego, który uciekł od niej do Ameryki, a Mareczek usiłował zamówić przez telefon 234 cegły z których chciał wznieść ścianki działowe w swoim nowym domu. Pani Hania nie dała mu jednak dokończyć transakcji. Wskazującym palcem wcisnęła klawisz „off” na telefonie. Mareczek zrobił minę, która miała wyrażać zarówno zdziwienie, jak i poczucie wielkiej krzywdy.

–Nie będę czekać z korespondencją aż wybudujesz sobie chałupę – wyrzuciła z siebie sekretarka. – Coś mi miałeś przygotować i lepiej nie mów, że zapomniałeś, bo...

Groźba zawisła nad głową Mareczka, który westchnął boleśnie i zaczął grzebać w podniszczonej, skórzanej aktówce. Wyjął z niej przezroczysty ofertownik i z namaszczeniem przekazał go szefowej.

–Całą noc nad nim siedziałem – oznajmił z dumą w głosie.

Sekretarka wyjęła kartkę maszynopisu i zaczęła czytać półgłosem.

–W odpowiedzi na wasze pismo stwierdzamy, że płatne reklamy na naszych samochodach i budynkach mogą zostać umieszczone pod warunkiem, że będą płatne w gotówce. Płatne reklamy nie mogą być zbyt jaskrawe, bo będą się rzucać w oczy. Płatnych reklam nie możemy umieszczać na trumnach, gdyż rodziny zmarłych się na to nie zgodzą. Jeśli jednak odpowiednio zapłacicie, możemy spróbować przekonać rodziny zmarłych, żeby zgodziły się na płatne reklamy. Treść płatnych reklam musi być zgodna z interesem naszej firmy. Z poważaniem....

–Prawda, że dobrze to wymyśliłem... – bladą twarz Mareczka jeszcze bardziej rozjaśnił uśmiech.

–Zmień tylko „rodziny zmarłych” na „zamawiający pogrzeb” i będzie dobrze – pani Hania podrapała się za uchem. – Przecież nie zawsze płaci rodzina. Czasem to opieka społeczna albo zakład ubezpieczeń.

Drzwi gabinetu pana Miecia otworzyły się. Pryncypał obrzucił chmurnym wzrokiem biuro.

–Pani Haniu, jaką trumnę dostał Zazulski? – zapytał.

Sekretarka rozziawiła nieprzystojnie usta.

–Jak to jaką panie dyrektorze. Standard pana Jasia – wyrzuciła z siebie pełnym zdziwienia głosem.

–Standard, a jakie było zamówienie? – Pan Miecio wypiął brzuszek w geście oburzenia i dezaprobaty.

Mareczek z zapałem godnym odkrywcy nowych lądów zaczął wertować znajdujące się w szafce skoroszyty.

–Mam – krzyknął triumfalnie. – Zazulscy zamówili trumnę dębową z mosiężnymi uchwytami i zdobieniami.

–Standard! – pan Miecio zmarszczył brwi. – Czy wiecie, że nieboszczyk zawarł w testamencie zapis, że chce leżeć w dębie ze złotymi ozdobami? Czy wiecie, że wydziedziczeni krewni skierowali sprawę do sądu, bo ci, którzy dostali szmal nie wykonali ostatniej woli Zazulskiego? We wczorajszej poczcie znalazłem wezwanie na rozprawę. I teraz mam do was pytanie, jaki im wypisaliście rachunek, za standard, czy za dąb?

Mareczek nerwowo przewrócił kilka kartek w skoroszycie. Zatrzymał wzrok na jednej z nich. Ręce zaczęły mu drżeć.

–Za dąb – wyskrzeczał.

–Co za idiota wystawił ten rachunek? – głos szefa przypominał brzęk kostek lodu uderzających o ścianki szklanki wypełnionej trucizną.

–Ttto pana pieczątka i podpis... – Mareczek najwyraźniej żałował, że z własnej woli zaczął grzebać w szafce.

–Co?! Kto mi zrobił to świństwo. Ja nigdy nie wystawiam rachunków. Kto wziął moją pieczątkę i mnie podpisał? – Pan Miecio rozindyczył się na dobre. – Ja i tak poznam po piśmie!

–Nnnie pozna pan – Mareczek podał pryncypałowi akta. –Ktoś... wypełnił... na maszynie...

Pan Miecio chwycił się za głowę.

–Dlaczego właśnie Zazulscy – targał sobie resztki włosów. – Jest tylu frajerów, których można oskubać, a wy jak jakie głupie, buch Zazulskich na kilka stów! Jeden dziennikarz, dwóch pracuje w magistracie, jest jeszcze prokurator i adwokat. Młody, bo młody, ale tacy najgorsi, bo chcą się wykazać. I ja mam teraz przyznać się takiej rodzinie, że ich przekręciłem na głupie parę groszy!

Jurek wstał z krzesła i chrząknął nieśmiało.

–A może wymienicie trumnę? – zapytał. – Grobowiec Zazulskich ma piękne, kute drzwi zamykane na kłódkę, a Bibuła potrafi otworzyć każdy zamek... W sądzie powie pan, że akurat nie było takiej trumny jak trzeba albo, że drewno okazało się mieć wady ukryte i w ostatniej chwili musieliście przenieść nieboszczyka do innej skrzynki. A na drugi dzień po pogrzebie dokonaliście po cichu zamiany i teraz nieboszczyk spoczywa tak jak sobie życzył przed śmiercią. To może nie bardzo etyczne i niezbyt zgodne z prawem, lepsze jednak niż...

Pan Miecio spojrzał na Jurka pełnym podziwu wzrokiem.

–Ależ z pana mąciwoda – uśmiechnął się. – Ma pan rację, kiedy nie mamy argumentów, trzeba przeciwnika zarzucić sofizmatami, tak, żeby nie tylko w nie uwierzył, ale przede wszystkim, żeby ich nie zrozumiał... Pani Haniu, osobiście upoważniam panią do przeprowadzenia ekshumacji. Weźmie pani ze sobą pana Mareczka i kogoś od pana Jasia. Panna Jadzia załatwi dębową trumnę, a Krystynka skoczy po gumowe rękawiczki.

Sekretarka zbladła, a podbródek zaczął jej drżeć z irytacji.

–Ależ panie dyrektorze... – wymówiła słabym głosem. – Ja jestem wykwalifikowanym pracownikiem biurowym a nie grabarzem...

Pan Miecio spojrzał na nią i przygryzł w zamyśleniu wargi.

–Ale pracuje pani w firmie zajmującej się grzebaniem zwłok –powiedział po chwili. – A kto pracuje w brudnym biznesie, ten musi się ubrudzić. Jestem jednak szefem, który wykazuje dużo zrozumienia dla postawy pracowników, dlatego panna Krystynka oprócz rękawiczek kupi jeszcze na koszt firmy dezodorant.

Pani Hania spuściła wzrok i zaczęła nerwowo przekładać kartki na biurku. Panna Krystynka wygramoliła się ze swojego fotela, strząsnęła z sukienki okruszki herbatników.

–Jaki dezodorant kupić? – zaszczebiotała słodko. – Bo są normalne dezodoranty i perspiranty, które powodują, że człowiek się nie poci.

Pan Miecio wbił w nią wzrok, a jego źrenice zwęziły się, jakby nie był dwunożnym ssakiem, tylko wężem.

–Pocić to wy się będziecie, że wam perspiranty nie pomogą! To wam solennie obiecuję... – wysyczał i nagle uśmiechnął się. –Oczywiście kup najtańszy moje dziecko. A co do pana – zwrócił się nagle do Jurka. – Widzi pan, że w obecnym stanie rzeczy nie jestem w stanie przeprowadzić z panem rozmowy. Niech pan przyjdzie jutro. Tylko na sto procent, bo będę musiał tu zrobić porządek i potrzebni mi będą nowi pracownicy...

Pan Miecio wskazał ręką na biuro. Pracownicy zastygli w bezruchu.

–Taaak – wyjąkał Jurek, który właśnie zastanawiał się, czy przypadkiem wszystko wokół nie jest sennym majaczeniem po wypiciu zbyt dużej ilości alkoholu. Przecież w rzeczywistości nikt nie wprowadziłby w życie tak idiotycznego pomysłu, który Jurek rzucił przecież dla żartu. Uszczypnął się dyskretnie w ramię. Zabolało. Wszystko wskazywało więc, że był w tzw. „realu”. W jego oczach uważny obserwator mógłby dostrzec przerażenie. Powoli ruszył w stronę drzwi.

–I niech pan zachowa w tajemnicy to, o czym dzisiaj mówiliśmy – pan Miecio rzucił w stronę wychodzącego. – Bo przecież jest pan już członkiem naszej rodziny... A takie rzeczy zostają w rodzinie...

Jurek odwrócił się w drzwiach i spojrzał w oczy właścicielowi „Świętej Pamięci”.

–Jestem jak trzy małpki – oznajmił uśmiechając się.– Nie widzę, nie słyszę, nie mówię.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi. Pan Miecio pokiwał głową.

–On jest dobry – powiedział do siebie, tak, żeby usłyszeli go pracownicy. Wrócił do gabinetu i wygodnie rozsiadł się w fotelu.

–Tak on jest dobry – powtórzył. – Za dobry, żeby pracować w mojej firmie.

***

Jurek miał wadę, która sprawiała mu sporo kłopotów. Był bowiem nieśmiały. I to nieśmiały w bardzo dziwny sposób. Kiedy trzeba było występować w obronie innych, potrafił pokonać niechęć do publicznych wystąpień, działał nawet w czasie studiów w komisji studenckiej opiniującej podania o akademik i niejeden ubogi amator uniwersyteckiej wiedzy dzięki niemu miał gdzie spać. Walcząc o cudze dobro zapominał jednak o własnym. Mógł na przykład załatwić dla siebie jednoosobowy pokój w najlepszej bursie, lecz zawsze odkładał takie działania w nieskończoność, aż lądował w trzyosobowym pokoju w budynku, którego ściany wybudowano z radioaktywnych pustaków. Po prostu, kiedy przyszło prosić o coś dla siebie, Jurka ogarniał niepohamowany wstyd. Nie potrafił wtedy wydusić z siebie marnych kilku zdań, które otworzyłyby mu drogę jeśli nie do wielkiej kariery, to przynajmniej do wygodnego życia. Dlatego też przez dwa miesiące przesiadywał co najmniej godzinę dziennie przed gabinetem pana Miecia i nie miał odwagi nawet przypomnieć o swoim istnieniu. Właściciel „Świętej Pamięci” nie zapominał jednak o nim. Codziennie sam, albo za pośrednictwem pani Hani przepraszał go i przekładał spotkanie na dzień następny, składając przy tym coraz to nowe, bardziej fantastyczne obietnice. Gdyby Jurek nie był urodzonym sceptykiem zapewne nie spałby po nocach, myśląc o tym co będzie, kiedy za kilka dni zostanie dyrektorem w firmie pana Miecia. Mało tego, każdego ranka pytał się swojego odbicia w lustrze, po jaką cholerę znów idzie do tego hochsztaplera? I szedł prosto do biura „Świętej Pamięci”. Przyczyna takiego schizofrenicznego zachowania była prosta. Jurek bał się wypłynąć na otwarty ocean bezrobocia i wolał zostać w zatoce, w której, co prawda, groziła mu śmierć głodowa, była jednak przytulna i znajoma. Przesiadywał więc na krzesełku w sekretariacie zgodnie z odwieczną zasadą nieudaczników, że przecież każdy kiedyś umrze, a lepiej wyzionąć ducha w miejscu, w którym znamy każdy kąt niż na obcej ulicy.

W sześćdziesiątym dniu oczekiwania Jurka na rozmowę z panem Mieciem zdarzył się wypadek, który diametralnie zmienił sytuację. Dwóch z pięciu pracowników stolarni niespodziewanie zaniemogło, trzeci przeszedł do konkurencji, a czwarty kilka dni wcześniej wyjechał w nieznanym kierunku na urlop i miał wrócić dopiero za dwa tygodnie. Pryncypał biegał po biurze zdenerwowany siejąc popłoch wśród pracownic biurowych, które obawiały się, że nagle wyciągnie w ich kierunku swój gruby paluch i każe im iść zbijać deski i malować trumny najtańszym dostępnym na rynku lakierem bezbarwnym, w którym aż bulgotało od przeróżnych toksyn i eterycznych trucizn. Ktoś na poczekaniu wymyślił mrożącą krew w żyłach historię, że pracownicy stolarni zatruli się ołowiem ze stosowanych tam farb i teraz leżą przygnieceni tym ciężkim metalem, nie mogąc nawet ręką i nogą ruszyć. Prawda była jednak inna. Z powodu głodowych pensji płaconych przez pana Miecia, stolarze stołowali się w najtańszej jadłodajni w mieście, zwanej powszechnie „Jatką Wacka”. Pan Wacek również nie lubił godziwie opłacać pracowników, więc miał poważne kłopoty z fachowym personelem i zatrudniał osoby z ulicy, bez referencji oraz aktualnych badań lekarskich. Nie mogło więc dziwić, że specjalność zakładu – kotlet mielony w 10 nazwach zawierał oprócz odpadów mięsnych, soli i rozmoczonej bułki także spore ilości salmonelli, gronkowców i bakterii coli. Pech chciał, że pomoc kuchenna akurat kilka minut przed tym, kiedy do jatki weszli chłopcy ze stolarni pana Miecia, znalazła pod zlewem patelnię, na której leżały cztery blade bryzole. Zalegały na niej od paru dni, dokładnie nie wiadomo ilu, gdyż w trakcie dochodzenia okazało się, że przez ostatni miesiąc nikt u pana Wacka nie pracował, co jasno wynikało z dokumentów dostarczonych przez ZUS. A skoro nikt nie pracował, to również nikt nie mógł powiedzieć kto i kiedy zostawił pod zlewem wspomniane mielone. W każdym razie przez te kilka dni komórki drobnoustrojów bez przeszkód dzieliły się, tworząc nowe, identycznie płodne mikroorganizmy, czym dały niewątpliwy dowód geniuszu przyrody. Doskonałość bakterii nie szła jednak w parze z doskonałością ludzkiego układu pokarmowego, który okazał się zupełnie nieprzygotowany do pokojowego współistnienia z feerią mikrożycia. Nic więc dziwnego, że stolarze i dwaj bezdomni skierowani do lokalu pana Wacka przez opiekę społeczną, znaleźli się w szpitalu i nic nie wskazywało, że szybko z niego wyjdą.

Pan Miecio zupełnie nie wykazywał zrozumienia dla praw natury. Powiedział pani Hani o chorych pracownikach, że są mięczakami, którym byle pantofelek potrafi dokopać i że robią to celowo, żeby wpędzić go w kłopoty. Potem przez chwilę stał nad Mareczkiem, który, choć mikrego wzrostu, skurczył się do jeszcze mniejszych rozmiarów. Pryncypał nie skierował go jednak do warsztatu pana Jasia. Dokonał najwidoczniej szybkiego podliczenia zysków i strat wynikających z takiego rozwiązania, dochodząc do wniosku, że Mareczek w stolarni zbyt drogo by go kosztował. Ryzyko było tym większe, że warsztat nie był ubezpieczony. I wtedy pan Miecio dostrzegł Jurka. Na jego twarzy pojawił się promienny uśmiech.

–Och jak to dobrze, że tu pana widzę. Mam dla pana świetną pracę – mówił jaśniejąc coraz bardziej. – Proszę za mną.

Stolarnia była wielkim barakiem przylegającym do muru cmentarza. Królował w niej niepodzielnie pan Jaś. Ten zwalisty mężczyzna o gołębim sercu potrafił litować się nad każdym nieudacznikiem. Jeśli więc jego podwładni źle przycięli deski i wieko wystawało o pięć centymetrów poza dolną część, kiwał flegmatycznie głową i mówił: „To się nadbije” i nadbijał własnoręcznie.

Pan Jaś słynął z tego, że każda trumna, która wyszła spod jego ręki musiała być ozdobiona aniołkami z ocynkowanej blachy. Do aniołków bowiem czuł prawdziwą słabość. Kiedy rano przychodził do pracy, pierwsze kroki kierował do starej, odziedziczonej przez pana Miecia po poprzednich właścicielach, prasy, na której wyciskał owe transcendentne istoty. To prymitywne urządzenie w sposób ostateczny rozwiązało nurtujący filozofów od tysiącleci problem płci tych bożych sług. Wytłaczane w nim skrzydlate postacie były bowiem wyposażone w obfity biust, a jedna z nich była nawet przewiązana sznurkiem w talii, dzięki czemu widać było pod szatą szerokie, kobiece biodra.

Upodobania pana Jasia często były przyczyną kłopotów właściciela „Świętej Pamięci”. Zdarzało się bowiem, że klient, zatwardziały ateista, nie życzył sobie aniołków, które nie należą do istot neutralnych światopoglądowo. Główny stolarz firmy nie chciał nawet o tym słyszeć. Mówił, że nieboszczykowi i tak wszystko jedno, a za aniołkami przemawia tysiącletnia, a może i starsza tradycja. Tym samym nie można pozwolić, żeby trumna była goła jak święty turecki. „Wcześniej trupem padnę!” – wykrzykiwał wtedy do pryncypała, który patrzył na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i ulegał przemocy poglądów zwalistego chłopa. Później zakradał się do furgonetki, którą wieziono wytwór pana Jasia do domu zmarłego i wyłupywał ozdobne blachy wielkim dłutem. Dziury po gwoździach szpachlował i zamalowywał drogim, szybko schnącym lakierem, mamrocząc pod nosem wulgaryzmy, których nauczył się od grabarzy. Nie wyrzucił jednak stolarza z pracy. Miał do niego słabość natury sentymentalnej. Otóż, pan Miecio w młodości marzył, żeby być wielkim facetem. Prężył przed lustrem swoje mikre mięśnie, a przed oczami duszy widział potężne bicepsy i wspaniały byczy kark, na którego widok chłopcy z podwórka wrzeszczą z przerażenia i zwiewają pod skrzydła równie przestraszonych, tłustych mamuś. Kiedy kilka lat temu spotkał pana Jasia stanął jak wryty. Zobaczył bowiem siebie z lustra. Od tego czasu gotów był wiele wybaczyć stolarzowi. Tym bardziej, że bardzo marnie mu płacił.

Pan Jaś flegmatycznie przycinał deskę, która miała w niedalekiej przyszłości zwieńczyć wieko trumny.

–Panie Jasiu mam dla pana nowego pomocnika – oznajmił Pan Miecio radośnie. – Panie Jurku, przedstawiam panu najlepszego stolarza w mieście, a może nawet w kraju.

Majster od drewna spojrzał obojętnie na świeżo upieczonego pracownika zakładu pogrzebowego, po czym wrócił do swojego zajęcia.

–Niech pan się czuje jak u siebie – dyrektor Wróbel zachęcił Jurka do objęcia nowych obowiązków. – Popracuje pan tu kilka dni, a potem mam dla pana ekstra stanowisko...

Tak zaczęła się wielka kariera Jurka w „Świętej Pamięci”.
mniej..

BESTSELLERY