Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

A krzyk jego porwał wiatr - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
4751 pkt
punktów Virtualo

A krzyk jego porwał wiatr - ebook

On nauczył się tłumić emocje. Ona czuje zbyt wiele.

Świat Sambora zdążył rozpaść się już kilka razy. Dopiero niedawno w jego życiu zapanowała stabilność. Pracuje jako trener w klubie bokserskim i ma jasno określony cel odzyskać młodszego brata z ośrodka opiekuńczego. Jego spokój zostaje jednak zaburzony, kiedy natyka się na grupkę chłopaków zaczepiających dziewczynę w ciemnym zaułku. Nie planuje się wtrącać, ale w jej oczach kryje się coś, co go przyciąga.

Kilka chwil później ją całuje.

Kiedy zdecydował się jej pomóc, nie przypuszczał, że nieznajoma obudzi w nim to, co tak głęboko zagrzebał. Sądzi, że już nigdy jej nie zobaczy. Ona jednak odnajduje go w klubie i prosi o prywatne lekcje walki. Sambor staje przed wyborem, który może zmienić dla niego wszystko, bo dziewczyna nie tylko wywołuje w nim emocje, ale też skrywa sekrety zdolne wywrócić jego życie do góry nogami.

Czy warto otworzyć serce, jeśli cena może być zbyt wysoka?

„A krzyk jego porwał wiatr” to poruszająca opowieść o miłości, która rodzi się tam, gdzie wcześniej panowała pustka, oraz o walce z traumą, przeszłością i samym sobą.

 

Ta historia jest naprawdę SWEET. Sugerowany wiek: 16+


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-661-0

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

Birdy ⭐ Not About Angels

Conan Gray ⭐ Family Line

NF ⭐ Paralyzed

Lea Michele ⭐ Run to You

SYML ⭐ Where’s My Love – Alternate Version

Lia Marie Johnson ⭐ DNA

Lynn ⭐ Lonely Hearts

Tommee Profitt, Fleurie ⭐ Hurricane

The Neighbourhood ⭐ The Beach

The Fray ⭐ Look After You

Michael Brook ⭐ Shard

Snow Patrol ⭐ Chasing Cars

Goldmund ⭐ Threnody

Amber Run ⭐ I Found

Sylvain Chauveau ⭐ Ferme Les Yeux

Elle Vee ⭐ Fly Low

Tommee Profitt, Fleurie ⭐ Hurts Like HellDroga Czytelniczko, Drogi Czytelniku,

dziękuję Ci za sięgnięcie po jedną z opowieści _Wiatru_. Akcja książki _A imię jej szeptał wiatr_ rozgrywała się w 2013 roku. Celowo nie pojawiły się tam żadne wzmianki o czasie, w którym toczyła się pierwsza część historii Laury i Mira. Teraz oddaję w Twoje ręce opowieść o Samborze i jego pierwszej miłości. Jej akcja rozgrywa się w 2006 roku – w momencie, gdy Sambor miał dwadzieścia lat, a Mir siedemnaście. Kolejna część będzie kontynuacją losów bohaterów z _A imię jej szeptał wiatr_, ale poznasz w niej też dalsze losy Sambora.PROLOG

Każdy z nas mierzy się z jakimiś demonami. Sambor odnosił wrażenie, że właśnie patrzy na jednego ze swoich. Jego rysy zamieniły się w twarz osoby, której geny nosił w sobie, i w żaden sposób nie potrafił tego zmienić. Obiecał sobie, że nigdy nie stanie się do niego podobny, a teraz coraz wyraźniej go przypominał.

Zacisnął dłonie na zabrudzonej umywalce, beznamiętnie wpatrując się w swoje odbicie. Odkręcił kran, po czym przemył twarz zimną wodą, licząc, że zmyje z siebie uderzające podobieństwo do ojca. Niestety, gdy ponownie popatrzył na odbicie, nie zauważył zmian. Z wyglądu nie różniło ich praktycznie nic, tyle że rysy syna nie były zepsute alkoholem i autodestrukcją.

Różniły ich też oczy. Te odziedziczył po matce. Ciepły, głęboki odcień brązu, który u niego wydawał się martwy. Oderwał puste spojrzenie od lustra i wytarł ręcznikiem ściekające po brodzie krople. Jego ciało domagało się odpoczynku po dwugodzinnym katowaniu się ćwiczeniami, a ból w ramieniu odzywał się silnym pulsowaniem.

Tak naprawdę tylko to przypominało mu o tym, że jest żywy. Często patrzył na świat i czuł, że wcale w nim nie uczestniczy. Jakby obserwował wszystko z boku, nie mogąc się zaangażować ani poczuć czegokolwiek w pełni. Jego stopy trzymały się podłoża tylko dzięki młodszemu bratu. To dla niego codziennie parł naprzód, gdy wszystko wokół było mu już obojętne.

Zarzucił na siebie bluzę, a następnie poszedł otworzyć okno, by w klubie się przewietrzyło, kiedy on zajmie się sprzątaniem. Na zegarze wybiła dziesiąta w nocy i choć normalnie o tej godzinie już dawno skończyłby przygotowywanie sprzętu i sali na kolejny dzień, tym razem dopiero zaczynał. Za bardzo zatracił się w ćwiczeniach i nie wiedział, kiedy mijały kolejne minuty, gdy raz po raz walił w worek bokserski, a wspomnienia przewijały się w jego głowie jak film puszczony w zapętleniu.

Wsunął się do ciasnego kantorka i mimowolnie zaciągnął się zapachem płynu do dezynfekcji. Wziął potrzebne rzeczy, a następnie ogarnął szatnię. Potem wrócił na salę i przetarł lustra zastępujące całą jedną ścianę, które służyły do obserwacji ruchów i pomagały przy korygowaniu błędów. Przeszedł do strefy siłowni, gdzie pozbierał hantle i rozrzucone rękawice bokserskie.

W klubie panowała cisza. Towarzyszyły mu tylko echo kroków i szum wentylatora gdzieś w kącie. Choć utrzymywanie porządku należało do jego obowiązków, nie traktował tego jak pracy, a codzienny rytuał przynoszący spokój. Wykonywanie tych samych czynności kojarzył ze stabilnością, której przez większość życia mu brakowało.

Właśnie sprawdzał, czy zawieszone na hakach worki bokserskie się nie poluzowały, gdy usłyszał huk, po którym poniósł się głośny śmiech. Sambor puścił łańcuch i przez chwilę nasłuchiwał. Dźwięki przedostające się przez szparę w oknie nasiliły się, więc postanowił to sprawdzić.

Klub z prostym szyldem „Nokaut” nad drzwiami powstał w starym magazynie i mieścił się w jednej z najgorszych i najniebezpieczniejszych dzielnic w mieście. Skrywał się kilkaset metrów od głównej ulicy, a naprzeciw niego wznosiła się podniszczona kamienica. Przestrzeń między nimi tworzyła wąską szczelinę ciemności, do której nikt, kto unika zagrożenia i niebezpieczeństwa, by nie wszedł, szczególnie że zdarzało się czasem, że chuligani pojawiali się tu w nocy i niszczyli mienie, bazgrali po ścianach budynku czy rozwalali śmieci. Gdy tylko Sambor się orientował, że coś się dzieje, przeganiał ich. Niepotrzebna była większa interwencja, wystarczyło, że krzyknął, by spadali. Czasami uciekali nawet i bez tego, kiedy tylko wyczuli czyjąś obecność lub usłyszeli trzask drzwi klubu, przestraszeni, że ktoś ich nakryje.

Wyszedł na zewnątrz, a mrok i chłód bezśnieżnej styczniowej nocy otuliły go szczelnie. Wyłonił się zza murku i zauważył czterech mężczyzn oraz dziewczynę, którą między sobą szarpali. W połowie oświetlała ich latarnia rzucająca jasne smugi z głównej ulicy.

Sambor zatrzymał się i przyglądał rozgrywającej się przed nim scenie. Żadne z nich się nie zorientowało, że mają widownię.

– Oddawaj! – warknęła dziewczyna, gdy wysoki brunet zerwał z jej głowy czapkę, tym samym ukazując długie, ciemne włosy.

Nie wyglądali, jakby chcieli ją okraść, bardziej, jakby jej dokuczali. Dość dosadnie. Nie dostrzegł przy niej żadnej torebki czy innych rzeczy, a jej twarz skrywała się w cieniu. Miała na sobie tylko czarną bluzę z kapturem, spodnie i trampki, co jak na minusową temperaturę mogło nie wystarczyć.

– Chciałabyś, co? – Chłopak się wyprostował i uniósł rękę, w której trzymał czapkę poza zasięgiem dziewczyny. – To sobie ją weź.

Banda dręczycieli wybuchła śmiechem, gdy dziewczyna podskoczyła, lecz nie zdołała złapać nakrycia głowy. Jeden z nich, szczupły blondyn w za dużej kurtce, wystąpił naprzód i ją popchnął. Mocno. Straciła równowagę i upadła, uderzając o twardy bruk. Z jej ust wydobył się jęk bólu.

Znęcanie się nad nią sprawiało im nieskrywaną przyjemność, bo znów zarechotali.

– Ale z ciebie fajtłapa!

– Dupek – mruknęła na tyle głośno, że nawet Sambor ją usłyszał, po czym się podniosła i otrzepała dłonie.

Już miał się odwrócić i odejść, bo nie zamierzał z własnej woli wprowadzać w swoje życie chaosu, gdy dziewczyna na niego spojrzała.

I jakby poraziło go prądem.

Nigdy, przez te wszystkie lata, odkąd chodzi po świecie, nie spotkał nikogo piękniejszego. A jej oczy… Nawet odległość nie mogła zmniejszyć smutku, który z nich wyzierał.

Zapomniał, że nie chciał się bezpośrednio wtrącać i powinien przepędzić grupkę, rzucając z ukrycia kamieniem w starą rynnę, której metal wydałby wystarczająco głośny trzask, by ich przestraszyć i przegonić, bądź wrócić do klubu i zadzwonić na policję.

Puścił to wszystko w niepamięć, a jego nogi same się poruszyły. Znalazł się przy prześladowcach i nim zarejestrował, co robi, już stał plecami przed dziewczyną, tworząc ze swojego ciała tarczę. Zerknął za siebie i ujrzał wlepione w niego rozszerzone z szoku oczy, kolorem przypominające liście wierzby, oraz delikatne rysy twarzy. Wyglądała jak anioł, który zstąpił prosto z nieba, a przy jego onieśmielającej posturze – wysokim wzroście i imponujących mięśniach – zdawała się znikać. Była drobna i niska. Czuł, że im dłużej na nią patrzy, tym bardziej coś się w nim zmienia.

– A ty to niby kto? – odezwał się irytujący głos, przez co Sambor odwrócił głowę z powrotem w stronę oprawców. – Jesteś jej chłopakiem?

– Tak, jestem.

Dopiero kiedy usłyszał własne słowa, zorientował się, że je powiedział. Przez myśl przemknęło mu, że jest idiotą, skończonym debilem, bo nie powinien pakować się w kłopoty, gdy na szali leży wyciągnięcie jego brata z sierocińca, ale zdrowy rozsądek ulotnił się z jego głowy. Naprawdę niepotrzebnie się wtrącał, szczególnie że nie wiedział, jak ta sytuacja się rozwinie. Gdyby doszło do bójki i Starzec zobaczyłby ślady na knykciach, byłby skończony.

Musiał sprawić, by to wszystko zakończyło się najłagodniej, jak to tylko możliwe.

– Czyżby? – Chłopak, który trzymał czapkę, uniósł brew i wskazał na dziewczynę. Sambor rozpoznał w nim lidera. To on przewodził grupie. – Ta mała nigdy o tobie nie wspomniała.

Sambor przeklął w duchu. To nie byli nieznajomi.

Przyjrzał się każdemu po kolei. Chłopak stojący najbardziej po lewej wyglądał na najstarszego. Miał krótko ostrzyżone ciemne włosy, a na policzku tatuaż skopiona, którego ogon kończył się tuż nad brwią. Sambor wyczuł w nim drapieżnika i wiedział, że musi na niego uważać. Tuż za nim chował się chudzielec, który wcześniej ją popchnął. Przy kimś większym nie był już taki odważny i skory do przemocy. _Tak_, Sambor zmrużył oczy, _bój się, gnojku_. Nie tolerował typów, którzy znęcali się nad słabszymi. Poniżali innych, by sami poczuć się lepiej, bo na tle grupy nie prezentowali się już tak dobrze.

Przeniósł wzrok na lidera, którego twarz wykrzywiał szyderczy uśmieszek. Dobrze się bawił i w Samborze widział kolejną rozrywkę. Po jego lewej stał równie wysoki co on chłopak z brunatnymi włosami opadającymi na czoło. Jako jedyny wydawał się znudzony.

– To świeża relacja – odparł spokojnie Sambor.

– Hmm… – Lider przekrzywił głowę. Nie zamierzał odpuścić, przez co Sambor nieznacznie się spiął. Wyczuwał, że nie pójdzie łatwo. – Jakoś ci nie wierzę. Nie wyglądacie tak, jakbyście się znali.

_Błagam_, przemknęło mu przez myśl, _tylko nie pytaj o jej imię, tylko nie pytaj o jej im…_

– Nie wspominałam o nim, bo z wami nie rozmawiam, dupki!

Głos dziewczyny przeciął ciszę, a ona przystanęła bliżej niego i lekko wychynęła zza jego pleców. Zamierzała w to grać, więc Sambor też brnął dalej.

Główny dręczyciel uniósł brew.

– Wciąż myślę, że blefujecie. – Wbił spojrzenie w Sambora. – Udowodnij, że jesteś jej chłopakiem.

– Niczego nie muszę wam udowadniać. – Zrobił krok. – Ale jeśli nie zostawisz jej w spokoju, skończysz z przestawioną twarzą.

Sam się zdziwił swoimi słowami. Nie miał pojęcia, skąd mu się to wzięło. W jednej chwili stał się opiekuńczy wobec tej dziewczyny. Odezwał się w nim instynkt, który kazał mu ją chronić, a to wydało mu się zarówno zaskakujące, jak i przerażające.

Musiał się z tego wyplątać. Brat. Musiał myśleć o bracie.

Banda zaśmiała się na jego pogróżkę, a Sambor ze stoickim spokojem rozkazał:

– Odejdźcie.

Lider go zignorował i powiedział:

– Pocałuj ją. Skoro jesteście razem, nie powinno być to dla ciebie problemem.

Sambor milczał, myśląc, że naprawdę z chęcią przywaliłby mu w gębę, gdy dziewczyna poruszyła się i spróbowała odejść. Gość z tatuażem zareagował błyskawicznie. Szarpnął ją i rzucił na Sambora, który automatycznie złapał dziewczynę, zanim ta się przewróciła, i zrobił trzy kroki w tył, by stworzyć między nimi i oprawcami większy dystans. Nieznajoma szybko się odsunęła ze spuszczoną głową. Jej ramiona drżały.

– No dalej, stary – zachęcał najstarszy z paskudnym uśmiechem. – To tylko zwykły pocałunek. Krótki buziak wystarczy, co nie?

– W zupełności. – Lider pokiwał głową. – Potrzebujemy tylko małego potwierdzenia. Wtedy zostawimy ją w spokoju.

Nie mógł się bić. Sambor doskonale o tym wiedział. Nie powinien tak ryzykować. Choć mu się to nie podobało, musiał spełnić ich warunki, inaczej nie puszczą wolno ani jego, ani jej.

Nagle drobna dłoń wsunęła się w jego i dziewczyna lekko go ścisnęła. Popatrzył na nią, a w jej oczach ujrzał niemą zgodę. Zerknął na prześladowców. Ich błyszczące bezczelnością uśmiechy i złaknione spojrzenia odcinały się od ciemności.

Powoli powrócił wzrokiem do nieznajomej.

– Mogę? – spytał cicho.

Na początku zamrugała zdziwiona, jakby nie wierzyła, że naprawdę jest skłonny to zrobić, ale zaraz poddanie się zasnuło jej oczy. Sambor dopiero teraz zauważył drobne rozcięcie zdobiące dolną wargę i powstający na szczęce siniak.

Dziewczyna przełknęła i powolnie przytaknęła.

Sambor pochylił się i delikatnie złapał za jej policzek. Powieki nieznajomej opadły, a on przytknął usta do jej zimnych i spierzchniętych warg. Ledwo je poczuł, ale w momencie, w którym ją dotknął, coś w jego wnętrzu trzepnęło. Odsunął się od niej, raptownie kończąc pocałunek, i z trudem powstrzymał się przed przyciśnięciem ręki do klatki piersiowej. To było dziwne. Niespodziewane.

Grupa dupków wydała z siebie obrzydliwy rechot.

– Co tak krótko? – zakpił jeden.

– Może woli facetów?

Kolejna salwa śmiechu. Sambor wpatrywał się w dziewczynę, która zaciskała powieki. Wyglądała, jakby chciała, by to wszystko się już skończyło. Nie wiedział, dlaczego tak się ociągał, ale w końcu oderwał od niej wzrok.

Zmarszczył brwi, patrząc na bandę palantów.

– Macie swój dowód – oznajmił ze spokojem, jakby ten nie został zachwiany. – Jazda stąd.

Zgraja wymieniła się porozumiewawczymi spojrzeniami i odpuściła. Minęła ich, podśmiechując się pod nosem, i skierowała na główną ulicę. Sambor stał nieruchomo i czekał, sam nie wiedział na co. Bał się odwrócić i skonfrontować z dziewczyną. Chciał przeprosić za pocałunek, ale jednocześnie nie potrafił na nią spojrzeć, bo sprawiała, że jego serce wpadało w nieznany dotąd chłopakowi rytm.

Usłyszał za sobą poruszenie i kiedy zdobył się na odwagę, by się odwrócić, zobaczył, jak dziewczyna znika za rogiem budynku. Wyglądała jak zjawa, przemykając w ciemności mieszającej się z przytłumionym światłem latarni, i Sambor zastanowił się, czy tylko jej sobie nie wyobraził.

Nawiedziła go niespodziewanie i pobudziła w nim coś, o czym już dawno zapomniał, że istnieje.JEDEN

Nie potrafił się skupić. Na ringu przepuścił więcej ciosów niż kiedykolwiek wcześniej i w niektórych miejscach czuł się wyjątkowo obolały. Odganiał od siebie myśli o nieznajomej dziewczynie, lecz te wracały do niego jak natrętna mucha. Zastanawiał się, jak znalazła się w nocy w ciemnej alejce i kim byli tamci kolesie. Bo ona ich znała. Czy ją prześladowali? Może to nie pierwszy raz, kiedy została tak potraktowana?

Męczyło go również to, co by się wydarzyło, gdyby nie zdecydował się wtrącić. Widział ślady na jej twarzy i choć nie był świadkiem tego, by podnieśli na nią rękę, wszystko wskazywało na to, że mogli za nie odpowiadać. Chciał jednak wierzyć, że się myli. Chciał wierzyć, że nie każdy w życiu zaznaje krzywdy.

Nie powinien w ogóle się tym przejmować. To nie była jego sprawa. Pomógł i na tym się to skończyło. Nie mógł dać się wciągnąć w cudze problemy, kiedy jego brat czekał w placówce. Jeśli coś mu się stanie, jeśli bezsensownie narazi się na niebezpieczeństwo, konsekwencje nie będą dotyczyły jedynie niego. Jego celem było odzyskanie brata i na tym zamierzał się skupić. Tylko na tym.

Zakończył trzeci trening i wpatrywał się w widniejące na obdrapanej ścianie naprzeciwko ringu hasło: SZACUNEK, POKORA, DYSCYPLINA. Tak często na nie patrzył, że widział je wyraźnie nawet po zamknięciu oczu. Podobnie jak twarz dziewczyny z alejki.

Westchnął. Nie żałował, że jej pomógł, ale nie rozumiał, dlaczego po jednym krótkim spotkaniu nie mógł się jej pozbyć z głowy, podobnie jak obrazu tych smutnych oczu wpatrujących się prosto w niego. Pragnął o niej zapomnieć. Sprawiała, że stawał się rozkojarzony.

Ale nie na tyle, by nie usłyszeć głośnego:

– Pilnuj się!

Sambor poczuł na plecach ciężar, który w ciągu sekundy z siebie zrzucił. Ów ciężar uderzył z łoskotem w podłogę i wpatrywał się szeroko otwartymi oczami o barwie czystego nieba w sufit.

– Mówiłem ci, że mnie nie zaskoczysz, młody – mruknął Sambor, rozmasowując bark.

– Ale… Ale… – Remi się podniósł. – Przecież ostrzegłem cię w ostatniej chwili! – Wyrzucił ręce w górę, a potem spojrzał groźnie na Sambora. – Poza tym, nie jestem młody. Mam siedemnaście lat, a niedługo skończę osiemnaście.

– Okej, młody.

– Trenerze! – fuknął. – Nie traktuj mnie jak dziecka.

– To może przestań się tak zachowywać? – zaproponował.

Remi wypuścił powietrze z ust z takim impetem, że kilka kasztanowych kosmyków spoczywających na jego czole uniosło się za sprawą podmuchu, po czym opadło w inne miejsce.

– Nie będę prowadził dłużej tej rozmowy – oznajmił urażony, ale Sambor wiedział, że mówi półżartem. – Skończmy ją na słowach „jestem prawie dorosły” i kropka.

Odwrócił głowę w bok, udając naburmuszonego, i uwidocznił tym lekko wypukłą bliznę ciągnącą się od szyi przez szczękę w kierunku ust. Druga, zdecydowanie mniejsza i bledsza, biegła od skroni do oka. Zahaczała o niewielki fragment skóry głowy, przez co włosy nie rosły mu w tym miejscu, nadając chłopakowi wyrazisty wygląd. Gdy ktoś go spotykał, myślał zazwyczaj o dwóch rzeczach: uległ wypadkowi albo brał udział w bójce.

Tak naprawdę ślady na twarzy Remiego były efektem prześladowania w szkole. Gdy poszedł do liceum, nie trafił do klasy z żadnym ze starych znajomych, więc nikogo nie znał, i przez odosobnienie już pierwszego dnia uwzięła się na niego grupka chłopaków. Zobaczyli w nim ofiarę, kiedy siedział samotnie na korytarzu, przez co stał się dla nich pośmiewiskiem. Remi znosił zaczepki i obelgi kilka miesięcy, lecz pewnego dnia, już prawie rok temu, postawił się im.

Oczywiście, jego prześladowcom się to nie spodobało. Pięciu na jednego nie było sprawiedliwym rozłożeniem sił. Remi nie miał szans. Zamknęli się razem z nim w łazience po lekcjach i zaczęli go bić. Stawiał opór, więc przyparli go do okna. Tak mocno przyciskali mu policzek do szyby, że ta w końcu pękła i rozcięła mu część twarzy. Chłopcy na widok krwi się przestraszyli i uciekli, a jego znalazła woźna.

Remi trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami. Mógł stracić oko, a większe rozcięcie od szyi uszkodziło mu nerw, przez co blizna była tkliwa w dotyku. Choć przez ten incydent prześladowanie wyszło na jaw, znęcający się nad nim chłopcy nie zostali należycie ukarani. Przeniesiono ich do innych szkół, ale oprócz tego nie ponieśli konsekwencji, bo potraktowano to jak wypadek. Przecież nie chcieli go skrzywdzić.

Sambor wiedział, że to gówno prawda, ale był też świadomy tego, że na sprawiedliwość nie ma co liczyć. Przekonał się o tym wielokrotnie na własnej skórze. Tamte gnojki w ramach kary zmienili jedynie szkołę, a ich działania zostawiły na twarzy Remiego piętno, którego nie pozbędzie się do końca życia.

Jeszcze gdy nosił szwy, mama przyprowadziła go do klubu i błagała, by nauczyć go, jak się bronić. Sam Remi wyglądał na przestraszonego i początkowo prawie w ogóle się nie odzywał. Z czasem zaczął się otwierać, ale Sambor włożył w to sporo pracy.

– Nie będziemy dziś ćwiczyć – oznajmił na pierwszych zajęciach, widząc, jak chłopak źle się czuje na sali.

Może i sam nie odczuwał zbyt wiele, ale nauczył się rozpoznawać mowę ciała. Uciekanie wzrokiem, skulona sylwetka, przenoszenie ciężaru z nogi na nogę – to wszystko było oznaką stresu i dyskomfortu.

Remi spojrzał na niego zaskoczony.

– J-jak to?

Sambor spróbował się uśmiechnąć tak, jak zawsze starał się dla brata, ale jego twarz zdawała się zbyt sztywna na uniesienie kącików ust. Pewnego dnia stracił tę zdolność i nie zapowiadało się, by miał ją odzyskać.

– Opowiem ci o zasadach, które wymyślił ten starzec. – Wskazał brodą na właściciela i zarazem najbardziej szanowaną osobę w klubie, który stał w strefie siłowni i ukradkiem ich obserwował.

Starzec obdarzył go wielką dozą zaufania i pozwolił mu nauczać. Wcześniej Sambor jedynie pomagał mu w prowadzeniu zajęć, ale teraz mógł to robić samodzielnie. Bez nadzoru. Doceniał to, bo wiedział, że tym gestem Starzec przekazuje mu, że darzy go zaufaniem i w niego wierzy. Nie zamierzał zawieść osoby, która okazała się dla niego ratunkiem, ale także stojącego przed nim przestraszonego chłopaka, którego życie już zdążyło wystarczająco mocno skrzywdzić.

Sambor bowiem, podobnie jak Remi, nosił na ciele linie bólu, w których zapisały się fragmenty jego przeszłości. Rozumiał go. Wiedział, że musi stworzyć dla niego bezpieczną i komfortową przestrzeń, bo kiedyś potrzebował dokładnie tego samego i klub mu to zapewnił.

– Poza tym lepiej, żebyś najpierw zaznajomił się z teorią – dodał Sambor i poprowadził chłopaka w stronę ringu. Wskoczył na platformę i gestem zaprosił Remiego do siebie. – Ze szwami trochę ryzykownie ćwiczyć, nie uważasz?

Remi ostrożnie pokiwał głową i kiedy zobaczył, że trener siada, poszedł w jego ślady. Sambor oparł się o linki i patrząc prosto w oczy młodemu, powiedział:

– W klubie panują określone zasady i jeśli ktoś je łamie bez konkretnego powodu, wylatuje.

Chłopak nerwowo przełknął ślinę. Sambor jednak w tej kwestii nie zamierzał być łagodny. Remi musiał zrozumieć, że te zasady to świętość i jeżeli nie zamierza się do nich dostosować, równie dobrze mógł dać sobie spokój z dalszą nauką. Chłopcy, którzy przychodzili do klubu, szukali tu schronienia od tego, co działo się w ich domach bądź poza nimi. Każdy z nich od początku wiedział, że reguły należy traktować poważnie.

Sambor wiele razy był świadkiem, jak Starzec ratuje zagubioną osobę. Uczył spokoju, gdy kogoś przepełniała wściekłość na cały świat. Naprowadzał na właściwą ścieżkę, kiedy ktoś z niej zboczył. Dawał cel, gdy ktoś uznawał wszystko za bezsensowne.

Starzec robił wiele dla swoich ludzi, jednak musiało to działać w obie strony. Pomagał i przygarniał ich bez zadawania pytań, jeśli w zamian otrzymywał zaangażowanie i poszanowanie jego zasad. Tylko tyle i aż tyle.

Sambor więc uznawał za obowiązek, żeby wyjaśnić ideę klubu jak najlepiej.

– Po pierwsze, i najważniejsze – uniósł palec dla podkreślenia – żadnych bójek poza klubem. Jeżeli masz ślady na twarzy, jakoś to przejdzie, lecz jeśli Starzec zauważy pozdzierane knykcie, już po tobie. Chyba że walczyłeś w obronie własnej, wtedy istnieje szansa, że przeżyjesz. Starzec zawsze jednak uczula, i zapewniam cię, jeszcze to od niego usłyszysz, że „pięści to ostateczność i słowami można wiele zdziałać”.

Gdy Sambor usłyszał podobne słowa z ust Starca, wziął je sobie do serca. Miał do stracenia wszystko i nigdy nie zamierzał z własnej woli wdać się w bójkę.

Remi nie wyglądał na zniechęconego, więc Sambor kontynuował:

– Po drugie, szacunek to podwaliny tego miejsca. Jeżeli nie masz go do trenera, uczniów czy samej sztuki walki, zapomnij, że tu trenujesz.

Samborowi bez wysiłku przychodziło uszanowanie tej zasady i miał nadzieję, że po chłopaku może się spodziewać tego samego.

– Po trzecie – ciągnął dalej – pokorę stawia się ponad umiejętności. Od każdego można się czegoś nauczyć, a osoba, którą zlekceważyłeś, jutro może cię powalić.

Ta reguła wydawała się Samborowi naturalna. Chłonął wiedzę, a gdy stawał przed przeciwnikiem, nigdy nie zakładał z góry zwycięstwa.

– Po czwarte, i ostatnie, dyscyplina jest silniejsza niż wymówki. O ile nie jesteś poważnie chory, zjawiasz się na zajęciach. Ominiesz jedne bez dobrego wyjaśnienia, całujesz klamkę.

Sambor wiedział, że jeśli chciał coś osiągnąć, musiał się temu poświęcić. Dlatego też włożył sporo wysiłku w trening z chłopakiem i jego praca nad zaufaniem przyniosła efekty. Remi poczuł się dobrze w klubie, traktując go jak bezpieczną przystań, a kiedy się otworzył, na wierzch wyszła jego prawdziwa osobowość.

Był pocieszny, energiczny i zawsze pozytywnie nastawiony. Nauka boksu też mu w tym pomogła. Zyskał pewność siebie i przestał czuć się bezbronny, a blizny nie przypominały mu już o cierpieniu, którego zaznał, lecz o sile, którą miał, by przetrwać.

By się podnieść i nigdy nie pozwolić na ponowne bycie skrzywdzonym.

Mocny kuksaniec w żebra przywrócił Sambora do rzeczywistości.

– To co? – Remi wyszczerzył się do niego. – Będziemy tak stali czy znowu pokażesz mi, że nie dam rady skopać ci tyłka?

Sambor w odpowiedzi pokręcił głową i wskoczył na ring.

*

Siedział na skraju platformy i ponownie wpatrywał się w hasło na ścianie. Zajęcia z Remim były jego ostatnimi tego dnia. Za oknem niebo już dawno pogrążyło się w mroku, a on odpoczywał przed wzięciem się do sprzątania.

Trening nie poszedł tak dobrze, jak tego chciał. Jego myśli wciąż były jednym wielkim chaosem i wbrew woli wracał do incydentu z nieznajomą dziewczyną, przez co nie skupił się i otrzymał cios prosto w szczękę, z którego Remi tak się cieszył, że w tamtym momencie Sambor nie przejął się aż tak bardzo popełnionym błędem. Ale teraz się przejmował. Nie popełniał błędów. Nie on. Nie, odkąd wiedział, ile mogą kosztować.

Obok niego usiadła ostatnia osoba przebywająca w klubie.

– Wszystko w porządku? – zapytał Starzec niskim, chropowatym głosem. – Wydajesz się nieobecny. To do ciebie niepodobne.

Sambor nawet na niego nie spojrzał.

– Wszystko w porządku – odpowiedział bez emocji.

– Coś się stało? – dopytywał. – Z bratem?

– Nie.

– To co się dzieje, Sambor? Już dawno nie widziałem cię tak rozkojarzonego podczas zajęć.

Sambor westchnął i przetarł twarz dłońmi. Nie powinien zachowywać się tak w stosunku do Starca. Szanował go. Leon był mężczyzną surowym, żyjącym według twardych zasad. Nie tolerował słabości, lenistwa ani cwaniactwa, ale pod całą tą szorstką powłoką kryło się dobre serce. Jego i Sambora łączyła długa historia. Dbał o chłopaka i pomógł mu, gdy świat go porzucił.

– Przepraszam. – Sambor w końcu na niego popatrzył i w piwnych, bystrych oczach dostrzegł cień troski. – Mam gorszy dzień.

Starzec mimo ponad sześćdziesięciu lat na karku trzymał się świetnie, a przydomek stanowił honorowy tytuł, który podkreślał jego wiedzę i doświadczenie. Był ich autorytetem. Wystarczyło ciche mruknięcie i każdy go słuchał. A kiedy na kogoś krzywo popatrzył? Nikt nie chciał tego zaznać.

Leon miał niecałe metr dziewięćdziesiąt, ale nie przewyższał Sambora, który w ostatnim czasie mocno urósł. W jego lekko zgarbionej sylwetce czuć było dawną potężną formę byłego zawodnika w boksie w wadze ciężkiej. Na jego twarzy odmalowywały się zmarszczki, brodę zdobił szorstki zarost, nos pozostawał krzywy po dawnym złamaniu, a w jasnych, mocno przystrzyżonych włosach kryły się widoczne pasma siwizny. Nie tylko z jego sposobu bycia biła surowość, ale z wyglądu także.

– Możesz być zmęczony – oznajmił. – Ciężko pracujesz. Rozumiem to.

– Nie o to chodzi. – Sambor westchnął. – Po prostu… – Zamilkł, nie chcąc dzielić się tym, co siedzi w jego wnętrzu.

Starzec jednak, jak to miał w zwyczaju, nie poddał się i próbował wyciągnąć od chłopaka, co go tak bardzo dręczy.

– Wiesz, że możesz mi powiedzieć.

Sambor wiedział. Mógł zaufać Starcowi. Jako jedyny się od niego nie odwrócił. Uwierzył w niego, choć on sam nie uważał, by był tego warty.

– Ostatnio czuję jakby… więcej – wyznał po chwili. – Nie wiem, jak to określić. Dziwnie mi z tym. Pamiętam czasy, gdy buzowało we mnie tyle, że aż chciałem wybuchnąć od środka. Później się to zmieniło i wszystko ucichło, ale… – Pokręcił głową. – Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Nie wiedział też, czy chce tego, co wyprawiało się w jego wnętrzu. Nieświadomie zaczął się otwierać na bodźce, bo czuł się w klubie bezpiecznie. Miał swoich uczniów, nawiązał z nimi więź, co prawda płytką, ale nie chłodną, i na tym polu nigdy się nie zawiódł. Jednak to, co wydarzyło się niedawno, wpłynęło na niego ze zwiększoną intensywnością i nie był pewien, jak to rozumieć.

Starzec był zaznajomiony z tym, co stało się z Samborem. Położył wielką, pobliźnioną dłoń na jego ramieniu, dając mu znać, że go wspiera.

– Dziś ja posprzątam, a ty odwiedź brata. – Poklepał go mocno po plecach i wstał. – Dobrze ci to zrobi.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij