Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Absolucja - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 lutego 2026
5099 pkt
punktów Virtualo

Absolucja - ebook

BESTSELLER „THE NEW YORK TIMES”.

Jedna z najbardziej wyczekiwanych książek roku według „The New York Times”, „The Washington Post”, „New York Magazine”, „Time”,Literary Hub, Goodreads

Niepokojąca. Niezapomniana. Warta oczekiwania. – „Time”

Atmosfera grozy, która przenika do głębi. – „Scientific American”

ŚCIŚLE TAJNE: Istnieje wyraźne i aktualne zagrożenie. Niesprecyzowane. Egzystencjalne. Potwierdzone poprzez zagadkowe działanie. Natura: nieznana. Jednostka inicjująca: nieznana. Priorytet: wysoki.

Stary Jim dostaje tajne akta sprzed powstania Strefy X. Materiały sprawiają, że zaczyna podejrzewać Centralę o kłamstwa i manipulację. Z plątaniny obrazów i informacji zaczyna wyłaniać się historia niezidentyfikowanego Łotra. Ta wychudła, blada istota wydawała się istnieć poza czasem. Ponoć niosła za sobą zapach błyskawicy, a jej krzyk miał oszałamiać.

Kim jest Łotr i skąd przybywa? Dlaczego atakuje wszystkich, którzy chcą ingerować w nieokiełznaną naturę terenu nazwanego później Strefą X?

Trzy ekspedycje, trzy przestrzenie czasowe i trzy punkty widzenia. Prequel, sequel i uzupełnienie kultowej serii „Southern Reach”.

Prawda jeszcze nigdy nie była tak blisko.

Literacki majstersztyk… Absolucja jest dla VanderMeera tym, czym był powrót do Twin Peaks dla Davida Lyncha. Jest zupełnie inna niż wszystko, co do tej pory stworzył, a zarazem doskonale wpisuje się w jego wcześniejsze dzieła. – Drew Broussard, Literary Hub

Czwarty tom słynnej serii „Southern Reach”zaskakuje. To jeszcze dziwniejsza, jeszcze bardziej tajemnicza uczta literacka. – „Bustle”

Jeff VanderMeer to najwybitniejszy współczesny twórca weird fiction. Jego nowa powieść Absolucja jest genialna, przedziwna i kompletnie pozawymiarowa. – Goodreads

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-399-9
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Martwe Miasto. Dwadzieścia lat przed powstaniem Strefy X
001: Biolodzy

002: Kawaleria

003: Miasto martwych

004: Łotr

005: Odwiedziny

006: Generator

007: Tajemnice

008: Nocni goście

009: Horda

010: Eskalacja

011: Rzeź

012: Martwa łąka

013: Nic i łup

Fałszywa córka. Półtora roku przed powstaniem Strefy X
Całopalenie
000: GNITSOHG

00A = ∏r2: einezdeiwan

00N: 301356.7048einangyw893746.2036

Wtajemniczenie
003: Płonące akta

004: Niechciany prezent

005: Słupy soli

006: Walenie w klawisze

007: Incydent z przetarcznikiem wielonóżką

008: Komunikacja telepatyczna

009: Śmieci w świetle

010: Płonący oddech zjawy

Integracja
011: Patriota

012: Stare szczątki

013: Oddzielanie składników

014: Każdy smutek

015: Małpia łapka

Rozpad
016: Tu mieszka woda

017: Ślady niczego

018: Martwe

019: Przeciążenie

020: Niekończąca się noc

Zanurzenie
021: Ustawianie krzeseł

022: Weterani paranormalnych wojen

023: Nocny dowódca

024: Przerażenie

025: Nie ma Boga na tej ziemi

026: Dźwięk i sygnał

Pierwszy i ostatni. Rok po powstaniu Granicy
1 = Jebać tego kurczaka
Miłość i dziury chwały

Piełdolone słoiki na przetwory

Nawiedzone ważniaki

El apel

Cycuś bez powodu

Wyłącznik

Odwrotność rozdymki

Kazcruk

Awrukkurwa

2 = Brandzlowa latarnia morska
Niektórzy z nas będą królowymi

Liczenie kalorii

Jack z Pudełka

Pizduś-plastuś, kuśkuś-mikruś

Plaża mdłości, niszczyciel nicości

3 = Martwe Miasta
Za mało popierdolonych rzeczy w beczkach

Olśnienia linienia

Tyranka postrach króla

Szorstkie języki

Wiejskie śmietnisko

Dwóch panów w pierdolonej nibyłódce

Trzecia skóra

Podziękowania

Specjalne podziękowania001: Biolodzy

Ta historia zaczynała się tak: na Zapomnianym Wybrzeżu byli kiedyś biolodzy w liczbie tak wielkiej, że gdy przechodzili, drżała ziemia. Gorliwi mężczyźni i kobiety bez ostrzeżenia zdominowali ten teren jak najeźdźcy przysłani przez rząd i opłacani sztabkami złota, które nie mogło ulec rozkładowi ani stracić na wartoś­ci tak jak pieniądze trzymane w bankach. To dlatego, twierdzili wyznawcy teorii spiskowych w wiejskim barze, w chwili przyjazdu biolodzy byli tak przygarbieni i objuczeni. Mieli plecaki wypełnione nie zapasami i jedzeniem, lecz złotem.

Ponieważ siła albo siły, które przysłały biologów na Zapomniane Wybrzeże, chciały, żeby nie rządził nimi barter, żeby żyli w izolacji, wolni od poczucia sąsiedzkiej odpowiedzialności, które tak długo utrzymywało jedność Zapomnianego Wybrzeża.

Raczej wolały, żeby biolodzy byli współwinni, świadomi wagi swojej roli, sądził Stary Jim. Musieli być współwinni, jeśli ludzie w wiejskim barze mieli dalej opowiadać tę historię. Bo gdyby nie byli współwinni, opowiadanie jej oznaczałoby, że w pewnym momencie historia obejrzy się na opowiadającego i go potępi.

Podczas wstępnych badań biolodzy w żółtych rękawiczkach odprawiali wiele coraz bardziej tajemniczych rytuałów. Z drobiazgową precyzją wyrywali z błotnis­tych równin kępy występujących tam naturalnie traw, wkładali pęsetami ich fragmenty do fiolek. Wpychali kawałki nakrapianej porostami kory do maleńkich metalowych skrzynek. Małe i duże słoiki umożliwiały im pobieranie próbek dziwnych gatunków wodnych, takich jak raki i odmieńce.

Nocą spali w śpiworach z ery kosmicznej, które czasami wyglądały jak awangarda inwazji obcych: połyskliwe srebrzyste kokony na tle ciemnej zieleni drzewiastych wysp, złotego zalewu trzciny i burego szaro­brązowego rzecznego błota podziurkowanego przez kraby skrzypki.

Decyzję o przeprowadzeniu wstępnego rozpoznania poprzedzającego rozbicie obozu w głębi lądu podjął ktoś z wyższego szczebla. Ktoś kierujący misją z daleka, kto zgodnie z tym, co jeden z biologów zapisał w swoim dzienniku, uznał, że stała lokalizacja na plaży „wydawałaby się ostentacyjna”.

(Dziennik, odzyskany, był zaatakowany przez żuki i zgniliznę, a jaskrawe odcienie zieleni oraz oznaki zalania przypominające ślady cofających się fal nadawały mu wygląd eksponatu na wystawie w muzeum. Stary Jim nieraz przesunął dłonią po chropowatości tej sztucznej linii brzegowej, czytając wypłowiałe znaki zrobione ołówkiem, zanim pomyślał, niemal osobliwie, o skażeniu, i odłożył ten dziennik).

Nikt z okolicznych mieszkańców nie otrzymał prostej odpowiedzi na pytanie, dlaczego przysłano biologów. Tego Stary Jim dowiedział się z akt, bo uznano, że nie należy udzielać „tym ludziom” prostej odpowiedzi. Być może jednak to też nie miało znaczenia, ponieważ większość okolicznych mieszkańców zawsze postrzegała rząd jako dokonującą inwazji hydrę. To „mydlenie oczu”, by posłużyć się określeniem jednego z mieszkańców, tylko utwierdziło ich w żywionym od dawna podejrzeniu, w pragnieniu, które nieustannie w sobie nosili: żeby zostawiono ich w spokoju, w tym stanie rozpadu i rozkładu, jakikolwiek on był, albo – tak, tak – w pokoju, do którego aspirowali w tym dzikim i pięknym miejscu.

Man Boy Slim – rachitycznie chudy dwudziestoletni miejscowy robiący wtedy, na pierwszy rzut oka, wybitną karierę jako złodziej kołpaków i kłusownik polujący na jelenie poza sezonem – formułował w transkrypcjach wiele twierdzeń na temat biologów. Utrzymywał na przykład, że widział, jak jeden z nich „skacze do góry i łapie ważkę w zęby”, a manewr ten był tak delikatny, że gibki biolog wypluł nietkniętego owada do słoika, gdzie ten zawibrował jak zdezorientowany, rozmazany szmaragd, nie do końca świadomy, co się stało.

Już wtedy, prawie na samym początku, biologowie zmieniali się w oczach okolicznej ludności z czegoś ludzkiego w coś niepokojącego. Pewnego dnia jeden z miejscowych szedł zachwaszczonym szlakiem po Zapomnianym Wybrzeżu i zauważył kątem oka jakiegoś biologa, a później nie był pewny, co właściwie widział.

Z tego, co było wiadomo Staremu Jimowi, nic, co się później wydarzyło, zasadniczo nie zmieniło opinii tych ludzi.

002: Kawaleria

Oprócz sprzętu i zaopatrzenia biologowie przywieźli ze sobą na Zapomniane Wybrzeże jakiś ciężar i z pewnym poczuciem ulgi szykowali się do pozostawienia go na mokradłach przed rozbiciem obozu.

Tego, że ten ciężar im narzucono, można było się domyślić po sposobie, w jaki rozmawiali o procesie przetransportowania nieporęcznych obiektów do miejsca ich wypuszczenia. Po tym, że w tej konkretnej kwestii odczuwali pewne pokrewieństwo z okolicznymi mieszkańcami, nie wiedząc – mimo dołączonych dokumentów poświadczających rzekome referencje uniwersyteckich sponsorów tego ciężaru – jak im ten ciężar narzucono.

– Nie możemy się doczekać, kiedy będziemy mogli swobodnie prowadzić swoje ogólne badania – powiedziała pierwsza liderka zespołu, a druga liderka zespołu zauważyła:

– Megafauna zawsze przykuwa uwagę czasopism, ale wolałabym obserwować bąbelkowe fortece raków na równinach błotnych, bo bardzo mało wiemy o zwyczajach tych zwierząt.

Przed upływem tygodnia od chwili dotarcia na Zapomniane Wybrzeże biolodzy wypuścili bowiem aligatory, które przywieźli do lokalnych ekosystemów z terenów oddalonych o sto sześćdziesiąt kilometrów na południe. Z powodów, które nie były do końca jasne dla Starego Jima, przez kilka tygodni ten plan nie był powszechnie znany wśród miejscowych. Gdy się o nim dowiedziano, szeryf hrabstwa złożył ekspedycji wizytę i tylko okazanie bardzo licznych zezwoleń udzielonych przez rząd federalny odwiodło go od wystawienia jakiegoś mandatu albo przynajmniej wystosowania ostrzeżenia. Czy może, jak to ujął Man Boy Slim: „Wystrzelili kolce, ludzie. W obronie tych aligatorów biolodzy wystrzelili kolce jak jeżozwierz”.

Miejscowi mieli jednak ogólniejsze, praktyczniejsze zastrzeżenie do eksperymentu niż tylko to, że go przed nimi zatajono.

– Teraz musi tu już być z dziesięć tysięcy aligatorów – powiedział z niedowierzaniem Statek Pijany, przyjaciel Man Boy Slima, gdy sprawa wreszcie się wydała. – Musi tu być ze sto milionów aligatorów. Już teraz.

Statek Pijany to była wymyślona przez Man Boy Slima ksywka alkoholika i dyżurnego poety z wiejskiego baru – literata, który nie wzdragał się przed odrobiną nocnego kłusownictwa z latarką i, o dziwo, z krótką bronią palną. (Stary Jim zdążył już wtedy poznać akta Man Boy Slima i jego ukłon w stronę tajemniczego francuskiego poety wcale go nie zdziwił. Wbrew pierwszemu wrażeniu Man Boy Slim, zanim rzucił studia z powodu braku pieniędzy, doskonale radził sobie w college’u, celując zwłaszcza w języku angielskim).

Z tego, co wiedzieli biolodzy, cztery olbrzymie piętnastoletnie aligatory schwytano w dziczy. Ale na marginesie akt, w tym miejscu, gdzie często rozkwitała odrębna prawda, Stary Jim przeczytał stenograficzną notkę o aligatorach przypisującą im inne pochodzenie. Trzy z nich zostały szczęśliwie zabrane z przydrożnych zoo, a czwarty – największa samica, „kryptonim Smaug” – pochodził z jakiegoś wcześniejszego eksperymentu Centrali. Uniwersyteccy sponsorzy nie istnieli.

Aligatory, będące pod wpływem środków znieczulających, w miejscu wypuszczenia na wolność wyposażono w miękkie regulowane uprzęże, które, jak obiecywano w zapiskach dotyczących eksperymentu, „miały niezbędną elastyczność, tak aby nie stwarzać zagrożenia dla samego gada, ale przylegały na tyle ściśle, by nie dało się ich zsunąć”. Do uprzęży przymocowano cienki, lecz mocny powlekany drut prowadzący do radioodbiornika osadzonego w obrotówce, a tę z kolei przytwierdzono do spławika. Gdy bateria się wyczerpała, obrotówka zasilała nadajnik w spławiku, wykorzystując ruchy gada w wodzie i sporadycznie również wiatr, gdy zwierzę wydostawało się na ląd.

Jednym z wyznaczonych zadań było przetestowanie w terenie najnowocześniejszego sprzętu, a cel nadrzędny polegał wyłącznie na sprawdzeniu, czy aligatory, poprzez mokradła i powiązane ze sobą kanały, wrócą do swoich uprzednich siedlisk. Jak ich ciała rozumiały krajobraz? Jak umysły rozkwitały albo więdły, wciąż nastrojone na daleką częstotliwość?

– Inaczej mówiąc, czy udałoby się wprowadzić te gady na obszary, na których ich brakuje, i oczekiwać, że tam pozostaną? – Pytanie to sformułowała pierwsza liderka zespołu, parafrazując narzucone im wytyczne, które same w sobie były czymś w rodzaju przykrywki. – Jaką lojalność wobec miejsca ma takie zwierzę? Jakie stresory w nowym środowisku mogą wywołać lojalność wobec miejsca? Czy coś, co można by nazwać mutacjami kulturalnymi, musiałoby wystąpić w połączeniu z tym, co moglibyśmy nazwać normalną adaptacją?

Sugerowało to Staremu Jimowi istnienie życia umysłowego, które uznał za niepokojące, ale jedyna notatka nabazgrana na marginesie transkrypcji informowała, że pierwszą i drugą liderkę zespołu połączyła podczas szkolenia „bliska więź”.

Ta informacja z pewnością była nieistotna, prawda?

Niektórzy z wioski nazwali później te cztery aligatory Kawalerią. Mimo tego, co się wydarzyło. W bujnej i trwałej wyobraźni Zapomnianego Wybrzeża Kawaleria pozostała wieczna, wciąż wałęsała się po bagnach i moczarach. Wciąż żyła w czymś więcej niż pamięć – hołubiona, ale zarazem budząca strach, tak że wiele niewyjaśnionych „incydentów” w późniejszych latach przypisywano, być może pocieszająco, Kawalerii.

W dniu wypuszczenia na wolność biolodzy zebrali się na wale na brzegu jeziora, które zasilało swoimi wodami mokradła rozciągające się w stronę lądu i trzęsawisko sięgające w stronę morza, graniczne miejsce wypełnione słonawą słodką wodą, niebędącą ani jednym, ani drugim.

Było jasno i wietrznie, nadobniczki drzewne śmigały pod jaskrawym błękitnym niebem. Odurzone gady wyposażono wcześniej w sprzęt i trzymano w zbiornikach przypominających ogromne, podłużne chłodziar­ki z ruchomymi pokrywami z siatki i składanymi drzwiami z przodu. Nic w oficjalnych dziennikach członków ekspedycji nie sugerowało, że doszło do błędów albo fałszywych kroków podczas całej procedury, ale druga liderka napisała później, że „ta chwila wydawała się pełna napięcia, nerwowa, o wiele ważniejsza niż faktyczny cel wypuszczenia tych zwierząt”.

Najwyraźniej pierwsza i druga liderka zespołu w kontekście innych swoich zadań nie uznały wypuszczenia aligatorów za wystarczająco ważne, aby zarejestrować je za pomocą sprzętu wideo. Lekarz zespołu napomknął o „jakichś zdjęciach”, które jednak nie istniały w archiwach Centrali. Na szczęście ktoś umieścił w terenie ukrytą kamerę, która dostarczyła ziarnistych nagrań, a co jeszcze cenniejsze, dzienniki biologów umożliwiały chyba trafną rekonstrukcję tego wydarzenia.

Proces przebiegł gładko tylko w przypadku samicy nazywanej kiedyś Smaug, ale po naleganiach drugiej liderki zespołu przemianowanej na Tyrankę, której nie zawadzała uprząż. Tyranka po trosze wbiegła, a po trosze wślizgnęła się na brzeg w całej swojej trzymetrowej chwale i prawie natychmiast zniknęła, jakby woda była w równym stopniu bramą, co upragnioną wolnością.

Ogień ruszył jej śladem po pewnych komplikacjach związanych ze skoordynowaniem ostatecznego założenia uprzęży i uruchomienia mechanizmu otwierającego drzwi za pomocą „zdekonstruowanego drucianego wieszaka” – o ile Stary Jim zdołał się zorientować, obie te operacje nastąpiły jednocześnie, przez co istniało ryzyko katastrofy – i gad zniknął w wodzie tak błyskawicznie, że trudno było się dziwić uldze biologów.

Kto mógłby mieć do nich pretensje o to, że zignorowali równoległy świat, w którym Ogień zdołał się wyswobodzić i urządził im taką jatkę, że krew tryskała i rozlewała się falami po błotnistych dnach? A jednak była jakaś krew, „lekkie obrażenia, opatrzone na miejscu”. Tak napisał lekarz w oficjalnym raporcie.

Stary Jim zauważył też notkę nabazgraną w dzienniku lekarza, informującą, że „przedsięwzięto wszystkie możliwe środki, ale nic nie dało się zrobić”. Kolor tuszu różnił się od tego w pozostałych miejscach na stronie, być może więc zapisek znalazł się tam znacznie później, bo w panice, jaka ogarnęła lekarza podczas katastrofy w przyszłoś­ci… omyłkowo umieścił go na niewłaściwej stronie.

Szerszeń i Sierżant Rocker mieli mniej szczęścia. Pierwszy nie chciał opuścić swojej podrasowanej chłodziarki, wydawał się zdezorientowany, a drugi zaplątał się w uprząż mimo zapewnień, że to niemożliwe, więc trzeba go było uśpić i przygotować ponownie jeszcze tego samego popołudnia, a wtedy większość ekspedycji już „piła”.

Co to jednak oznaczało? Co piła? Czy doszło do komplikacji?

Jakaś usterka nagrania z ukrytej kamery spowolniła ich działania, tak że wyglądało to, jakby biolodzy zarządzili niemrawy odwrót, niemrawą kapitulację, po czym znów ruszyli biegiem tylko po to, żeby ponownie się rozdzielić, rozpierzchając się na wale w przeciwne strony. Ziarniste ludziki wydawały się maleńkie na tle bezmiaru mokradeł i nieba. Gdyby nie usterka, Stary Jim pomyślałby, że przed czymś uciekają.

W końcu Szerszeń wyszedł z chłodziarki i zanurzył się w wodzie. Sierżant Rocker jednak kłapnął paszczą i ruszył w stronę swoich dobroczyńców z tak wściekłą determinacją, że biolodzy znowu uciekli. Tylko jeden z nich, Stary Jim nie zdołał rozpoznać który, krążył wokół bestii, wołając coś, co brzmiało jak absurdalne: „Chodź, kici, kici!”. Nie, musiało mu się przesłyszeć. (W tym miejscu nagranie się kończyło).

„Komiczne”, zanotował z boku jakiś wcześniejszy analityk Centrali. Ale to nie było komiczne. Zarówno ta chwila, jak i późniejsze picie wydawały się niepokojące, nie pasowały do dyscypliny, jakiej można by się spodziewać na początku ekspedycji naukowej. Stary Jim nie ufał też zmianom redakcyjnym wprowadzonym do archiwalnych materiałów dotyczących eksperymentu z aligatorem. Odzwierciedlały one coraz większą ostrożność, jak wpatrywanie się we mgłę nadciągającą od strony czarnej wody mokradeł, nawet jeśli on sam wciąż sunął naprzód, nie mogąc zobaczyć, co jest po obu stronach.

Oprócz tego w relacjach biologów była też jednak pewność jako lek mający rozwiewać podejrzenia. Bo Sierżant Rocker też wszedł później do wody i zniknął, a biolodzy uruchomili sprzęt namierzający, żeby się upewnić, że będą mogli śledzić aligatory w ich nowym życiu.

Tyranka trzymała się z boku, podczas gdy reszta gadów pozostawała blisko siebie – przez jakiś czas. Żaden z nich, w każdym razie przez noc, nie wydawał się skłonny do opuszczenia terenu, a czwartego dnia pierwsza liderka zespołu powierzyła najmłodszemu członkowi grupy zadanie monitorowania chwil mogących obejmować cały dzień taplania się w tej samej kałuży błota.

Szóstego dnia znaleźli przednią łapę Ognia owiniętą drutem spławika. Całość leżała wyraźnie wyeksponowana na błotnistym brzegu, a głębokie ślady butów wskazywały na udział kłusowników. Jeden z biologów zauważył, że „bladość łapy oderwanej wskutek naszego eksperymentu, utraconej tak daleko od domu, miała w sobie coś żałosnego albo żałośnie przyziemnego. Płakałem przez godzinę, ale nie wiem, czy to była właściwa reakcja”.

(Nie, Stary Jim nie sądził, żeby to była właściwa reakcja, mimo że sam płakał o dziwnych porach w archiwum Centrali ze swoich własnych powodów).

Szerszeń odnalazł się martwy, wzdęty i biały, z kawałem ciała wydartym z niego pośmiertnie przez jakieś stworzenie, prawdopodobnie Sierżanta Rockera. Spekulowano, że stres i środki uspokajające okazały się ponad jego siły. Sekcja zwłok ujawniła zawartość żołądka obejmującą ryby, żółwia, błoto i, co niewytłumaczalne, pęknięty kubek do herbaty.

Poza tym okazało się, że aligator był gotowy do złożenia jaj. „To nas wszystkich zaskoczyło – napisała druga liderka zes­połu – jeśli wziąć pod uwagę, że ten egzemplarz figurował w dokumentach jako samiec”. Po czym dodała w atmosferze jakiejś ogólnej dezorientacji: „Szczerze mówiąc, nie mogę sobie teraz przypomnieć, kiedy przyjęliśmy ten projekt, kiedy pierwszy raz zetknęliś­my się z tymi aligatorami. Panuje tu potworny upał”.

Sierżant Rocker wypisał się z projektu, zrzucając uprząż w wodach niedaleko namiotu pierwszej liderki zespołu, co w jej absurdalnym ujęciu wskazywało na „uprzejmość ze strony Sierżanta Rockera, który zachował taką osobowość, jaką miał w okresie, kiedy znałam go najlepiej. Odczułam tę stratę o wiele głębiej, niż przypuszczałam”.

To sentymentalne podejście do aligatora postrzeganego zaledwie kilka dni wcześniej w kategoriach obowiązku ciążyło Staremu Jimowi, choć nie umiałby sprecyzować dlaczego. Nie rozumiał też, dlaczego biolodzy odnotowali eksperyment z aligatorami w swoich raportach jako wielki sukces, a nawet odnosili się do niego z rodzajem pięknej, wszechogarniającej nostalgii, kiedy misja zaczęła napotykać problemy. Może był to mit kompetencji. Mit wytrwałości. Mit obiektywizmu.

Być może zarówno on sam, jak i biolodzy byliby teraz mądrzejsi i skupili się na tym, jak Sierżant Rocker zmienił się w mistrza ucieczki, ponieważ uprząż była nienaruszona i wciąż zapięta, bez widocznych nader­wań. Jak zatem aligator zdołał się z niej uwolnić? Stary Jim ciągle widział biologów na uszkodzonym nagraniu wideo, na którym uciekali z miejsca wypuszczenia zwierząt tylko po to, by pojawić się na nowo w kręgu pijących.

Odtwarzał to nagranie tak często, że stało się niepokojącą gmatwaniną światła i cienia, spikselowanymi, bezcielesnymi głowami, rękami i kształtami, które wynurzały się i wyostrzały, by już po chwili dać się wchłonąć przeszłości.

„Przedsięwzięto wszystkie możliwe środki, ale nic nie dało się zrobić”.

A może osiągnięto dokładnie taki skutek, jaki zamierzano?

003: Miasto martwych

Pod koniec wiosny, tydzień po wypuszczeniu Tyranki, biolodzy urządzili swoją stałą siedzibę w ruinach mias­ta duchów, które dawniej udawało siedzibę hrabstwa. Nawet w tych stronach, obfitujących w kłusowników, anarchistów i hodowców trawki, było to odludzie.

Widok z lotu ptaka prawie nie zarejestrowałby ruin budynków pod osłoną drzew, ale na zachód od nich znajdowało się ujście rzeki, na wschód niebywała łąka z polnymi kwiatami zanikała powoli na błotnistych równinach, na południe było jeszcze więcej moczarów prowadzących do morza, a na północy rozciągała się nieprzebyta gęstwina palm sabalowych i jeżyn.

Ujście rzeki trzymało Martwe Miasto jak otwarta dłoń, która w każdej chwili mogłaby się zacisnąć w pięść.

Biolodzy przybyli w to odległe miejsce kajakami z sunącą za nimi posłusznie płaskodenną łodzią wypełnioną jeszcze większą ilością solidnego zaopatrzenia. Rząd starych rdzewiejących samochodów przypominających olbrzymie krzepkie żuki ułożone po trzy, jeden na drugim, mógłby być ich komitetem powitalnym na błotnistym brzegu rzeki, za którym podwójny rząd niesfornych dębów błotnych prowadził do miasta.

Nawet gdy biolodzy zatknęli na ratuszu ironiczną flagę i ruszyli z maczetami na najgorsze z pnączy dławiących główną ulicę, ekspedycja nie czuła się tu pewnie. „Dźwięki ptaków w tych ruinach są przytłumione, a akustyka tak dziwna, że tylko z trudem udaje nam się określić, skąd dobiegają”.

Stary Jim zastanawiał się, czy tam, na głównej ulicy, biologów ogarnęły wątpliwości. Co do ich misji. Co do ich wyboru ścieżki zawodowej. Skończyć w tak odludnym miejscu, będącym w trakcie zapadania się pod ziemię w tempie dwóch centymetrów rocznie. Mieszkać wśród donośnych nocnych pisków owadów i kaprysów walących się ścian.

W Martwym Mieście też nie wszystko było takie, jak obiecywano. Rok wcześniej powiedziano biologom, że jakiś filmowiec wykorzystał główną ulicę, żeby nakręcić sceny do niezależnego filmu, „ujęcia z gorączkowego snu na końcu świata”, a to oznaczało dostęp do elektryczności. Tak naprawdę jednak nic tu nie działało, gniazdka korodowały, a biolodzy odkryli, że awaryjny generator to tylko skorupa. Jeden z badanych zauważył, że „w wypatroszonym środku maszyny nie było niczego oprócz sflaczałych balonów z jakiejś imprezy”.

Tydzień później dotarł zapasowy generator razem z paliwem – ze zrzutowiska Centrali, jak zauważył Stary Jim, unosząc brew. Tymczasem biolodzy wyjęli balony ze starego generatora i się ich pozbyli. Ich widok wywołał w nich lęk, nie śmiech, oraz poczucie, które jedna z biolożek nazwała w swoim dzienniku „jakiegoś rodzaju żartem, który nie był śmieszny”. Stary Jim czuł, że te balony trąciły prowokacją.

Ale z czyjej strony? Przeznaczenia? Jakiegoś sadystycznego boga bagien?

Gdy tylko biolodzy zajęli miasto duchów, miejscowi zaczęli je nazywać Martwym Miastem albo miastem martwych, jak w słowach „jesteś dla mnie martwy”, inspirując się jakimiś fantasmagoriami uwielbianymi przez Statka Pijanego. Biolodzy nigdy nie kwestionowali nazwy Martwe Miasto, prawie natychmiast też zaczęli w ten sposób nazywać swoje miejsce zamieszkania.

Być może uważali to za rodzaj ironicznego żartu, być może w chwilach prywatności przy ognisku, zbyt gorącym jak na tę porę roku, rozumieli, jakim absurdem było nazywać martwym miejscem coś tak wypełnionego żywymi owadami, roślinami i grzybami. Być może znaki i symbole nie miały nad nimi żadnej władzy.

Biolodzy ogrodzili teren, rozbili jurty z białego płótna wzdłuż rzędu drzew sąsiadujących z łąką, palili wieczorami ogniska, znaleźli czystą wodę pitną… a potem zaczęli się włóczyć. Daleko. „Inwazyjny gatunek” na nowym obszarze migracyjnym, jak zauważył, znowu, Man Boy Slim. Jurty, jak je opisał, przypominały jakąś waniliową odmianę bezmącznych ciast w miejscowej piekarni, cechując się nowością zakurzonych torów kolejki elektrycznej biegnących wysoko pod sufitem.

Rozbicie jurt sygnalizowało swego rodzaju początkową kapitulację, pomyślał Stary Jim. Znak, że wiedzieli, że mimo rozkazów, które otrzymali, Martwe Miasto nie było idealnym miejscem na obóz. Wszystkie co do jednej rozbito tam, gdzie bryza znad morza wydawała ostatnie tchnienie, zanim popadała w bezruch, w którym lęgły się wilgotność, karaluchy i komary.

Cichy bunt, który rozciągnął granice władzy pod płaszczykiem konieczności jak najszybszej analizy znalezisk – posiadanie tych „stacji terenowych”, jak je nazwano w oficjalnym raporcie, które tak naprawdę były dla biologów formą fizycznej ulgi od otoczenia.

Gwoli ścisłości, wspomniana analiza dotyczyła „znalezisk”, które stanowiły jedynie elementy Zapomnianego Wybrzeża znane miejscowym od lat i nie potrzebowały oficjalności nazw, jakie chcieli im nadać biolodzy.

Drażniło to miejscowych, którzy lubili obserwować ptaki w poszukiwaniu rzadkiego żarka zmiennego, a patrząc przez lornetkę, zauważali… coś, co okazywało się biolożką w czerwonej bandanie, gapiącą się na nich przez własną lornetkę.

– Wchodzą nam w drogę – twierdził Man Boy Slim, a w barze mało kto się z tym nie zgadzał. Teleskopy. Mikroskopy. Bardziej zaawansowane i bluźniercze czujniki, które wymykały się pojmowaniu Starego Jima. Metalowe skrzynki z mrugającymi światełkami, do których biolodzy wlewali przez lejek wodę z mokradeł.

Wtedy „dziwne narzędzia” stały się określeniem zastępującym w barowych transkrypcjach „dziwnych ludzi” – Man Boy Slim i jego sojusznicy nie zgadzali się z resztą w kwestii intencjonalności tego wszystkiego. Rozgorzała dobroduszna awantura, przebaczona dzięki piwu, między frakcją uważającą biologów za głupców a tymi, którzy twierdzili, że są oni zdolni do wyrządzenia krzywdy, a zatem zasługują na bardziej oficjalną nazwę: „Łotry”.

Tymczasem biolodzy osiedli w Martwym Mieście, ich los splótł się z jego losem, jakby wcale nie byli ekspedycją, tylko bastionem szykującym się na atak jakiejś nieznanej siły.

004: Łotr

Pośród wszystkich śmieci w aktach określenie „Łotr” zwróciło uwagę Starego Jima, ponieważ wyobrażenie Łotra na Zapomnianym Wybrzeżu nie oznaczało „drania albo osoby nieuczciwej”, lecz wiązało się z bardziej neutralnym wyobrażeniem wyrzutka albo obcego. Łotr w języku wiejskiego baru wymagał bacznej uwagi nie dlatego, że Łotr zawsze zamierzał krzywdzić, ale dlatego, że mógł nie rozumieć krzywdy, jaką mógł wyrządzić. Ta dwuznaczność nie dawała Staremu Jimowi spokoju, choć miał świadomość, że Zapomniane Wybrzeże zawsze było relikwiarzem dla jakiegoś rodzaju Łotrów.

Być może gorsze, w ocenie Starego Jima, było jednak to, jak po ekspedycji biologów pojęcie Łotra używane w wiejskim barze przeobraziło się w termin stosowany przez Centralę, jakby z czasem Zapomniane Wybrzeże skolonizowało korytarze władzy, a Centrala tego nie zauważyła. Stary Jim nie wiedział, gdzie tkwi w tym niebezpieczeństwo, wiedział jedynie, że wydawało się to równie niebezpieczne jak jakaś operacja kontrwywiadu albo potencjalny podwójny agent.

Obcy, który został Łotrem i nie podał miejscowym swojego nazwiska, zjawił się na początku lata, po zainstalowaniu się biologów w Martwym Mieście. Tym opalonym i pobłogosławionym słońcem ludziom wydawał się bielszy od królików. Tak jak przezroczystość skóry pewnych gekonów ukazuje piękno bijącego serca, tak twarz i ramiona obcego sugerowały jakąś bezbronność. Stałym bywalcom wiejskiego baru wydawał się tak blady, jakby przybył „w wielkim pośpiechu z jakiegoś kraju na dalekiej północy”, chociaż mówił z lokalnym akcentem. Poza tym nie było w jego wyglądzie nic, co mogłoby go wyróżniać.

Mężczyzna miał na sobie wymiętą niebieską marynarkę nałożoną na dawno nieprasowaną błękitną koszulę, w której brakowało dwóch górnych guzików, i dopasowane brązowe spodnie niespodziewanie zwieńczone wytrzymałymi wojskowymi butami. Równie zdumiewający, jeśli wziąć pod uwagę ogólne wrażenie, był jego plecak moro, który kojarzył się z armią. W sposobie, w jaki marynarka, naderwana na jednym łokciu, leżała na jego ramionach, było jakieś zmęczenie, jakaś rezygnacja.

Początkowo Statek Pijany nazywał obcego Smutasem, ale Man Boy Slim zamiast Smutasa wolał Kutasa, po czym jakiś wspólny podtekst podsunął im Łotra przez duże Ł.

Nic nie mówił, jego sylwetka w drzwiach wyglądała chudo i żylaście, ustępując pod tym względem jedynie miejscowemu arboryście, który przypominał rozzłoszczonego dżokeja i wspinał się na drzewa jak oburzona wiewiórka. Tylko że Łotr wcale nie był rozzłoszczony i utykał na lewą nogę. Wszyscy rozpoznali w jego las­ce tę zostawioną z uprzejmości na początku szlaku prowadzącego do latarni morskiej.

– Wydał z siebie dźwięk – zauważył później Statek Pijany. – Coś jakby… jakby jęk… ale jęk wyrażający, no cóż, ulgę… i zdziwienie.

Man Boy Slim twierdził, że żadnego takiego dźwięku nie słyszał, ale Statek Pijany obstawał przy swoim.

– Jak człowiek, który po długiej misji wrócił do domu? Tylko że nikt go tutaj nie zna. To było dziwne.

Tak, pomyślał Stary Jim, każdy widział, że obcy jest dziwny. Czasami, kiedy był skonsternowany, Statek Pijany przestawał brzmieć poetycko, jakby to był tylko jakiś kaprys, który towarzyszył mu przez większość czasu i którym dzielił się niekiedy z Man Boy Slimem.

Gdy blady nieznajomy bez słowa zamówił piwo i usiadł z tyłu, reszta baru potrzebowała trochę czasu, żeby odzyskać równowagę.

– Przyniósł ze sobą pewien zapach – zauważyła barmanka Sally, zanim zamknęła lokal tego wieczoru. – Nie zapach morza czy mokradeł. Bardziej… elektryczności. Jakby… przypaliła go błyskawica. Nie potrafię tego opisać. Jakby dotknięcie go groziło porażeniem prądem.

Nikt go nie dotknął. Wydawał się niedotykalny, wytwarzał wokół siebie aurę, która zniechęcała do rozmów. Ale nie do plotek.

– Ukradł laskę – zauważył Charlie. – Ukradł tę las­kę ze szlaku do latarni morskiej.

Młody Charlie często chodził tym szlakiem, kiedy miał wolne i nie pływał łodzią rybacką.

– Dla niego to był tylko kij i potrzebował kija, a my możemy znaleźć inny, prawda? – odezwał się Statek Pijany, niechętnie stając w obronie Łotra, a potem popadając w coraz większe upojenie alkoholem i w to nielogiczne koleżeństwo.

Ta linia obrony spotkała się chyba ze sceptycyzmem albo nawet z mamrotaniem o otwartym buncie przeciwko stwierdzeniu, że łatwo jest znaleźć idealną las­kę. Tyle że była w tym nuta wzburzenia, jakby łatwiej było rozmawiać o lasce niż zmagać się z innymi pytaniami o obcego.

Wtedy do dyskusji wtrącił się Man Boy Slim, opisując obcego jako „bezrobotnego magika, który zamierza zrobić z was wszystkich nowy numer”. Towarzyszył temu szeroki gest, powtórzony przy lunchu następnego dnia, obejmujący całą wioskę, łącznie z Charliem.

– Złodziej – powiedział Statek Pijany. – Złodziej naszego czasu. Rozmawiamy o niczym, podczas gdy moglibyśmy konwersować o czymś.

Jakie „coś” miał na myśli?

Wtedy jednak napięcie związane z obcym – po pros­tu bezrobotnym magikiem – uleciało z baru i przez parę dni nikt z miejscowych nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, kiedy przychodził, żeby posiedzieć w milczeniu przy szklance czegoś do picia.

– Właśnie po to było Zapomniane Wybrzeże, prawda? – stwierdzili trochę sentymentalnie Statek Pijany, Man Boy Slim i Charlie. – Żeby się zgubić. Żeby kochać, żyć, być, kimkolwiek chce się być.

Przez jakiś czas Łotr nie robił zatem nic, tylko stawał się kimś w rodzaju półstałego klienta, który siedział cicho w ciemnej części baru, niewiele mówił, wypijał parę piw i wychodził. Nie podawał żadnych informacji na swój temat, nikt więc nie wiedział, skąd przybywał, gdy wchodził do baru, ani dokąd wracał, gdy z niego wychodził.

Nieszkodliwy.

Ale Stary Jim wiedział. Wiedział, że obcy był Łotrem, i był skłonny uznać tego Łotra za pewnego rodzaju agenta – osobę, która, mówiąc językiem Centrali, z czasem miała sprawić, że znane stanie się nieznane, „kogoś, kto nas zna, ale nie jest nami”.

Rodzaj rymu łączącego kogoś, kim był, z tym, kim było szpiegostwo.

Ktoś taki poruszał się niezależnie od schematu pływów, gwiazd i pór roku, a w tym sensie nie był związany pojęciem Czasu w formie doświadczanej na Zapomnianym Wybrzeżu.

Ktoś taki był niebezpieczny.

005: Odwiedziny

Jak na martwych ludzi, czy raczej Martwych, jak zaczęto ich nazywać w wiejskim barze, tego lata biolo­dzy często przerywali pracę, żeby przeklinać upał i wilgotność powietrza, co, jeśli ktoś to przypadkiem usłyszał, zaskakiwało miejscowych, ponieważ była to bardzo ludzka reakcja. To, że nocą Statek Pijany widywał niekiedy z daleka (zajmując się niesprecyzowanymi działaniami) lekko podskakujące światła czołówek biologów, „daleko w morzu, że się tak wyrażę”, zadziwiało go równie mocno, jak gdyby „błędne ogniki ześlizgnęły się nisko na mokradła”.

Być może po to, żeby nie myśleć o panujących tam warunkach, biolodzy zintensyfikowali etykietowanie istot żywych – oraz wydłużyli pory, w których realizowali takie przedsięwzięcia.

– Ogromna migracja ludzka na obliczu Ziemi – powiedział Statek Pijany, wychylając kielich i będąc przez chwilę jedynym barowym autorytetem, ponieważ Man Boy Slim wybrał się do Bleakersville, żeby naprawić swój samochód. – Nienaturalna i niestrudzona.

Nikt nie zaprzeczył, bo zakres działań biologów poszerzył się niemal pod nieobecność woli, która mogłaby tym kierować. Biolodzy zarzucali sieci na maleńkie rybki na płyciznach. Zastawiali siatkowe pułapki na małe leśne stworzenia. Brali delikatne nylonowe siateczki i tworzyli strefy, w których łapali ptaki śpiewające, często biegnąc z przerażeniem na ratunek temu, czemu sami zagrażali, gdyż ptak śpiewający był okropnym przekleństwem: nieprzewidywalny, rozeźlony i podatny na zranienie.

Jakie kruche były te skrzydła, te dzioby, te przekrzywione łebki, błyszczące oczka wpatrzone w obcych, którzy trzymali ich ciałka w przymkniętych dłoniach. Ptaki przybyły z dalekiej północy, wiedzione kompleksową znajomością pól magnetycznych i gwiazd. Ich mózgi odznaczały się poskręcaną gęstością dwu­krotnie większą niż ludzkie. Żyły średnio zaledwie sześć albo siedem lat.

W zenicie ich możliwości tego lipca ślady butów biologów przewyższały liczebnością tropy jeleni i szopów na błotnistych równinach. Niebieskie koniuszki strzałek usypiających stały się częstym widokiem obok pustych puszek po piwie i łusek nabojów do strzelb. Słońce świeciło na plecy biologów, wiatr znad morza wiał im w twarze, a ich ciała połyskiwały potem. Ich noce po ciężkim dniu pracy – albo gdy praca dopiero się zaczynała – były wypełnione śmiechem i dobrym humorem. Ich praca była rytmem, ich praca była paktem i ich praca trwała nieprzerwanie.

Sen biologów w zabezpieczonych przed komarami jurtach był długi i głęboki, a dźwięki dobiegające z nocy nie wywoływały w nich strachu. Nie mieli snów, bo przecież już żyli w pewnego rodzaju śnie, robiąc to, do czego szkolili się przez całe życie.

Gdy wystąpiła pierwsza anomalia, musiał być środek lipca, tydzień po pojawieniu się Łotra i prawie miesiąc przed tym, jak biologów raptownie opuściło szczęście, jeśli można to tak określić. Najpierw biolożka pobierająca próbki na błotnistych równinach przed łąką napotkała królika. Wybrano ją do pracy w błocie, ponieważ drobna sylwetka chroniła ją przed zapadaniem się w nim po kolana. Poza tym miała rzadki talent do poruszania się po tym krajobrazie, o wiele większy niż ktokolwiek inny w ekspedycji.

Obserwując z daleka jej wiotką postać, druga liderka zespołu dziwiła się, „jak to możliwe, że przypomina owada wykorzystującego napięcie powierzchniowe wody, żeby sunąć po, no cóż, w tym wypadku po błocie”. Stary Jim nazywał ją w aktach Błotniarką, stosując jeden ze skrótów, których używał już z przyzwyczajenia. Kiedy ktoś go zainteresował. Zresztą sami powinni byli ją tak nazwać.

Skupiona na umieszczeniu błota w ostatniej fiolce i włożeniu jej do plecaka, Błotniarka wzdrygnęła się, słysząc niespodziewany trzask po lewej stronie, tuż poza zasięgiem swojego wzroku. Odwróciła się, wciąż kucając, i zauważywszy źródło dźwięku, klapnęła na tyłek.

Ogromny biały królik z przekrwionymi oczami spokojnie pożerał kraba skrzypka. Zmiażdżywszy grzbietową część jego pancerza, połykał mięso i brał się do następnego. Królik sprawiał wrażenie wygłodniałego, pod jego splątaną sierścią ochlapaną brązem dostrzegało się jakieś wymizerowanie.

Błotniarka napisała w dzienniku, że metodyczny sposób, w jaki królik pożerał kraba, wytrącił ją z równowagi, podobnie jak sama obecność królika. Postrzępione różowe uszy obrębione kołtuniastą białą sierścią drgały w różnych kierunkach, jakby odbierały dane z fal radiowych.

„Oczy skupiły się na mnie, wyrażając coś, co mogę określić jedynie jako obojętność albo nawet pogardę”, napisała Błotniarka, ale potem zmieniła zdanie: „Królik patrzył na wskroś mnie, jakby jego oczy nie mogły się skupić albo były zaabsorbowane czymś za mną. Nie, też nie tak. Po prostu wiem, że to nie było naturalne”.

Lewa strona tej kartki była zniszczona przez wodę, tak że następne zdanie brzmiało albo: „Dalej był nieruchomy i zarazem w ciągłym ruchu”, albo: „Ale był nieruchomy i czasem w ciągłym ruchu”. Reszta jej wrażeń przepadła.

Próbując się podnieść, Błotniarka skończyła jednak na czworakach, twarzą do królika, podczas gdy on dalej pożerał kraby żywcem. Przed przystąpieniem do uczty miażdżył pancerz jedną twardą łapą, wycis­kając ze skorupy miękkie wnętrze, albo po prostu łamał go zębami.

Kraby pozwalały mu się pożerać jak zahipnotyzowane, jakby odbierały królika jako obiekt nieożywiony. Tak się po prostu składało, że ten obiekt je zabijał.

Ruchy różowych warg królika, który rozłupywał kraby na śmierć, wewnętrzny przebłysk rzędów jego zębów, ostrzejszych, niżby się spodziewała, wzbudziły w Błotniarce panikę i biolożka zerwała się na nogi, nie wywołując u zwierzęcia żadnej reakcji, po czym uciekła. Nie przypominała już nartnika, lecz raczej przerażoną nastolatkę w filmie grozy.

W połowie drogi na bezpieczną łąkę Błotniarka wpadła w dziurę przysłoniętą błotem i jej stopa utkwiła w niej wystarczająco długo, by kobieta krzyknęła, skręciwszy sobie kostkę, po czym runęła w zasysające błoto i krzycząc z bólu, wołała stamtąd o pomoc. Zanim druga liderka zespołu ją usłyszała, Błotniarka zapadła się już po kolano, a jej druga noga połyskiwała bielą na tle błota podziurkowanego przez kraby, jakby miało nierówne pory.

Gdy wyciągnęli Błotniarkę na twardy grunt, do oczekującego ją lekarza, pierwsza liderka zespołu zanotowała: „Wszystkie jej fiolki z próbkami się potłukły, co kosztowało nas cały dzień pracy”.

„Królik wciąż tam po prostu siedział, niewzruszony”, zapisała druga liderka zespołu. Jego zęby były zajęte zdzieraniem jednego pancerza po drugim, aż do mięsa pod spodem, podczas gdy trzony czułków ocznych krabów, tak długo, jak były w stanie to robić, obserwowały swoją śmierć z zaledwie umiarkowanym zainteresowaniem.

Stary Jim wielokrotnie czytał cały zapis rozmowy Błotniarki z lekarzem. Miał wrażenie, że coś jest z tym zapisem nie tak – albo może należałoby powiedzieć, że jest „oderwany”. Oderwany od tego, co się wydarzyło. A może właśnie tak rozmawia się o czymś po fakcie. O czymś osobliwym, niepokojącym.

BŁOTNIARKA: On ma kamerkę.

LEKARZ: Kto taki?

BŁOTNIARKA: Królik.

LEKARZ: Masz w kąciku oka coś, czego nie możesz wyjąć?

BŁOTNIARKA: Tylko drobinkę błota. Tylko plamkę.

LEKARZ: Mam pigułki, które cię uspokoją.

BŁOTNIARKA: Nie potrzebuję pigułek. Królik miał kamerkę na pasku na szyi.

LEKARZ: Miał też kieszonkowy zegarek? Był spóźniony na spotkanie?

BŁOTNIARKA: Wyczułam jakiś zapach, wilgotny albo elektryczny, albo… poza tym on wydawał się zapuszczony, stary, jak kot, który przestał się myć… a potem to oko, to oko… jakby było kamerką… ale on miał kamerkę na szyi.

LEKARZ: Twojej kostce nic nie będzie.

BŁOTNIARKA: On zjadał kraby. Czy króliki jedzą mięso? Nie, przecież wiem, że nie jedzą.

LEKARZ: Nie ma potrzeby ryzykować.

BŁOTNIARKA: Mojej kostce nic nie będzie. Jestem tego pewna.

LEKARZ: Twojej kostce nic nie będzie. Ja jestem tego pewny.

Druga liderka zespołu postanowiła uwierzyć Błotniarce, że „coś, być może kamerka”, wisiało na białej szyi królika. Choć mogła to być „po prostu ozdobna obroża”, jak gdyby „zajęczak był zwierzęciem domowym”.

Żadne inne dowody oprócz poczynionej z bliska obserwacji Błotniarki nie potwierdzały informacji o kamerce, bo kiedy po uratowaniu biolożki przyjrzeli się mokradłom, tak doskonale widocznym i tak doskonale nieruchomym… królik zniknął, jakby nigdy go tam nie było.

„Zgubione zwierzątko” pozostawało najczęstszym wyjaśnieniem słyszanym w jurtach, gdy biolodzy zrobili sobie przerwę od zajęć, żeby przeczekać upał aż do cienistego późnego popołudnia, odczuwając pilną potrzebę lekceważenia królika jako anomalii. Jednego nieistotnego punktu danych. Według pierwszej liderki zespołu był to tylko królik w niewłaściwym miejscu, który prawdopodobnie umrze na bagnach albo zostanie zjedzony przez jakiegoś drapieżnika.

Słyszano, jak Błotniarka narzeka, pijąc jedynie wodę, ale za to w ogromnych ilościach, że „nie mają pojęcia, o czym mówią”, bo nie widzieli jego oczu. Te oczy. Nie słyszeli tego chrupania. Nie widzieli, jak kraby ignorują grożące im niebezpieczeństwo. Że to ten królik był drapieżnikiem. (Błotniarka umieściła pod mikroskopem kraby skrzypki pod nieobecność stworzenia, dzięki któremu stały się interesujące, lecz nie znalazła w nich niczego niezwykłego).

Być może po to, żeby odwrócić uwagę od przejętej Błotniarki, biolodzy, za namową obu liderek zespołu, wrócili do swoich ulubionych zajęć, ale cała ta sytuacja wywołała dezorientację. Biolodzy znaleźli w Martwym Mieście pianino świetnej marki, a lekarz podreperował je dostatecznie dobrze, by o zmierzchu można było na nim grać przy świetle latarki.

Ze wszystkich relacji wynika, że dźwięk był nierówny i fałszywy, że mógłby obudzić duchy leżące w oczekiwaniu na cmentarzach pogrzebanych pod arami pnączy albo zapadnięte w mokradłach. Incydent z białym królikiem zmienił rutynę w kompulsję, w to granie na pianinie. Mogli ignorować komary, utrzymujący się upał. Niektórzy z nich nawet tańczyli.

Mniej więcej po półgodzinie noc zaczęła jednak odbijać muzykę pianina z powrotem, zza łąki i równin błotnych. „Dziwne echo” – zanotowała pierwsza liderka zespołu. „Dziwny efekt wody i odległości”.

Dźwięk miał niepokojącą wyrazistość. Tańce natychmiast ustały, podobnie jak rozmowy, a potem ucichł dźwięk pianina i na szczęście jego sobowtór też przestał grać. Biolodzy stali, trzymając kubki z piwem i patrząc w ciemność na… No właśnie, na co?

„W tamtej chwili – wspominała druga liderka zespołu – czuliśmy się, jakbyśmy to my byli eksperymentem. Jakby ten, kto wypuścił białego królika, odpowiadał też za… za tego… ducha”.

Być może zasłużyli na ten moment przemieszczenia za zakłócenie ciszy Martwego Miasta. Ale dzięki zapisom rozmów w wiejskim barze Stary Jim wiedział, że to był kawał Man Boy Slima, który wpadł na ten pomysł, ponieważ miał frajdę z naśladowania pohukiwań sowy tak udatnie, że w okresie godowym sowy mu odpowiadały. Ten kawał wiązał się też z pewnym wspomnieniem samego Starego Jima, ponieważ jego szef w Centrali wiedział, że Stary Jim uwielbia dobre pianina. Na zamorskich misjach w dalekiej przeszłości Młody Jim zawsze zaglądał do baru albo hotelowego lobby w próżnej nadziei, że mają tam instrument, na którym mógłby zagrać.

Ile jednak czasu byłoby potrzeba, żeby zrobić komuś taki kawał? Co jeszcze mogłoby do tego motywować? Żeby popłynąć kajakiem albo canoe, zatrzymać się w połowie drogi w górę rzeki, pokonać resztę trasy, przedzierając się przez gęste obłoki gryzących much – a później znać to miejsce wystarczająco dobrze, żeby kucnąć w ciemności na moczarach, pośród śpiących aligatorów, i zagrać biologom ich własną muzykę, przytłumioną i zmienioną w niewytłumaczalne nawiedzające ich dźwięki wydobywające się z samego błota.

– Najlepsze jest to, że czekałem tam dwie noce i mog­łem im zagrać to, co grali poprzedniego wieczoru – powiedział Man Boy Slim, relacjonując to ściszonym głosem wybranemu gronu słuchaczy w kącie baru – prawie tak samo, ale trochę inaczej. Na pewno namieszało im to w głowach, bez dwóch zdań.

Man Boy Slim wskazał tymi słowami na swój udział w wielu innych incydentach, ponieważ Stary Jim nie przypuszczał, żeby pewnej nocy zakradł się dla zabawy do Martwego Miasta. Stary Jim uważał, że Man Boy Slim biwakował tam od wielu dni i być może nawet nie zaprowadził zepsutego samochodu do warsztatu. Stary Jim zaczął co najmniej podejrzewać, że Man Boy Slim dostał obsesji (czy to zbyt mocne słowo?) na punkcie biologów.

Całkiem jak dziecko. Ale prawdą jest także to, że czytając ten fragment transkrypcji, Stary Jim uśmiechnął się z ponurym zadowoleniem. Był to rodzaj nieświadomej domowej rewolty przeciwko tajnemu projektowi Centrali, o którym ci ludzie mieli się nigdy nie dowiedzieć. Tylko że, być może podświadomie, instynktownie, jakoś się domyślili.

Że coś jest nie tak i że odtąd będzie już tylko gorzej.

_Dalsza część w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij