Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Academy of frauds - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Academy of frauds - ebook

Minęło pięć lat od chwili, gdy Raya zniknęła z Akademii Aurea. Od tamtego dnia wiele się zmieniło. Nixon i jego przyjaciele rozeszli się w różne strony, zostawiając za sobą szkolne życie. Pewnego dnia los splata ich ścieżki na nowo — na peronie. Ale nic nie jest przypadkiem, ponieważ każdy ma tą samą kopertę. Ale to nie koniec, wśród znajomych twarzy pojawia się ona. Nie Raya McBride, lecz Blake Hariss. Ta sama twarz. Inne imię. A przeszłość? Wcale nie została zapomniana. Książka 18+


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-811-9
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Ostrzeżenie

_Uwaga!_

Poniższy tekst jest fikcyjny i nie ma na celu propagowania żadnych szkodliwych zachowań.

Zanim zdecydujesz się kontynuować lekturę, prosimy o zapoznanie się z poniższymi ostrzeżeniami.

Tekst, który zaraz przeczytasz, porusza bardzo trudne tematy i może wywołać silne emocje, szczególnie u osób wrażliwych na kwestie związane z przemocą, zabójstwem oraz emocjonalnymi kryzysami.

Zawiera on opisy cierpienia wewnętrznego bohaterów, ich zmagań z własnymi demonami, a także sytuacji, które mogą być wyzwaniem psychologicznym.

Fikcyjność:

1. Przypominamy, że wszystko, co opisane w tej książce, jest wytworem wyobraźni autora. Żadne z przedstawionych zdarzeń nie ma rzeczywistego odzwierciedlenia w życiu ani nie ma na celu gloryfikowania czy normalizowania szkodliwych zachowań. Celem jest jedynie zgłębianie emocji i przeżyć bohaterów, a nie promowanie destrukcyjnych działań.

Bezpieczeństwo emocjonalne:

2. Część z nas może przechodzić przez trudne chwile w życiu, a literatura nie powinna być powodem, by czuć się jeszcze gorzej. Zrozumienie, że fikcja jest tylko wyobrażeniem autora, a nie rzeczywistością, może pomóc w uniknięciu wpływu tej opowieści na nasze własne życie.

Wsparcie:

3. Istnieją liczne organizacje, linie pomocowe oraz terapeuci, którzy oferują wsparcie w takich sytuacjach. Nie bój się szukać pomocy — jesteś ważny, a Twoje zdrowie i bezpieczeństwo są najistotniejsze.

Pamiętaj, że nie jesteś sam/a: Nawet jeśli czujesz się osamotniony/a w swoich zmaganiach, ważne jest, by wiedzieć, że są ludzie, którzy cię wspierają. Zrozumienie, że przemoc wobec siebie lub samobójstwo nie są odpowiedzią na problemy, może być pierwszym krokiem w odzyskaniu kontroli nad własnym życiem. Zawsze możesz sięgnąć po pomoc.

Przestroga:

4. Nie wolno powtarzać żadnych przedstawionych w książce czynności! Przemoc, zabójstwa i myśli samobójcze to poważne problemy, które wymagają profesjonalnej interwencji. W przypadku, gdy masz jakiekolwiek trudności z radzeniem sobie z emocjami przedstawionymi w książce, bardzo ważne jest, by natychmiast poszukać wsparcia. Pamiętaj, że Twoje zdrowie psychiczne ma ogromne znaczenie i masz prawo do poczucia bezpieczeństwa.

Pomoc dostępna dla Ciebie:

W Polsce możesz skontaktować się z Telefonem Zaufania dla Dzieci i Młodzieży pod numerem 116 111, dostępnym 24 godziny na dobę.

Możesz skontaktować się również z Centrum Wsparcia dla Osób w Kryzysie Psychicznym pod numerem 800 70 2222.

W wielu krajach dostępne są różne organizacje i linie wsparcia, w tym także linie anonimowej pomocy kryzysowej. Poszukaj lokalnych numerów telefonów i usług, które są dostępne w Twoim kraju.Playlista

Halsey — Nightmare

Imagine Dragons — Demons

Lorde — Yellow Flicker Beat

Woodkid — Run Boy Run

X Ambassadors — Unsteady

Billie Eilish — When the Party’s Over

James Bay — Let It Go

Lewis Capaldi — Before You Go

Adele — Easy On Me

Sam Smith — Unholy

Ed Sheeran — Perfect

Lana Del Rey — Young and Beautiful

Ellie Goulding — Love Me Like You Do

John Legend — All of Me

Lewis Capaldi — Someone You LovedRozdział 1

_„Jesteś zabójcą”_

_♜ Nixon Graves ♜_

— …I nigdy nie powinna się dowiedzieć — mówię, ledwo trzymając głos.

Elias spuszcza wzrok. Milczymy.

I wtedy… drzwi się otwierają z hukiem.

Ona tam stoi.

Raya.

W progu. Cała napięta. Z oczyma tak pustymi, że czuję, jak coś we mnie zamarza.

— Już się dowiedziała — mówi cicho. Ale jej głos… jest jak nóż.

Wchodzi powoli, krok po kroku, jakby każdy był ciosem.

— Chcesz jeszcze coś ukryć, Nixon?

— Raya… ja…

— Zamknij się. — Nie krzyczy. Nawet nie podnosi głosu. Ale to boli bardziej niż wrzask. — Powiedz mi, patrząc mi w oczy, że go zabiłeś.

Cisza.

Patrzę na nią.

I widzę wszystko: rozpad, szok, gniew, miłość, która właśnie umiera.

— Zabiłem go — mówię. Cicho. — Twój brat… oddał życie, byśmy przeżyli. Ale to ja pociągnąłem za spust.

Ona nic nie mówi. Przez sekundę sądzę, że może upadnie. Że się złamie.

Ale nie.

Raya podchodzi do mnie i uderza mnie w twarz z taką siłą, że świat na moment staje.

— To nie była twoja decyzja. — Głos jej się łamie. — I nie była twoja do ukrycia.

— On nie chciał, żebyś cierpiała…

— A ty co myślałeś? Że kłamstwo mniej boli? Że jak będziesz milczał, to go nie zabiłeś?

Stoję bez słowa.

— Nie jesteś potworem, Nixon. Ale teraz nie jesteś też mój.

Odwraca się. Wychodzi. Nie krzycząc. Nie płacząc.

Zostawiając mnie tam — w ciszy, w wstydzie, z martwym bratem, którego zabiłem… i kobietą, którą właśnie straciłem.

Drzwi do jej pokoju są uchylone. Wchodzę powoli, jakby oddech miał ją spłoszyć.

Ona tam jest.

Klęczy przy łóżku, upychając ostatnie rzeczy do torby. Ręce jej się trzęsą, ale robi to metodycznie, bez zawahania. Jakby to było coś, co ćwiczyła w głowie już setki razy.

— Raya… — mówię.

Nie odwraca się.

— Nie przychodź tu z przeprosinami — rzuca cicho. — Nie chcę ich. I nie potrzebuję.

Robię krok bliżej.

— Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

Milczenie.

— Wiem, że nic nie naprawi tego, co zrobiłem. Ale nie mogę… nie mogę cię stracić tak po prostu.

W końcu się prostuje. Odwraca się do mnie. Oczy ma czerwone, ale suche. Jakby już wypłakała wszystko.

— Straciłeś mnie tam, Nixon. W tamtej sali. Kiedy wybrałeś ciszę zamiast prawdy. Kiedy pozwoliłeś mi kochać cię, nie mówiąc, że zabiłeś moją rodzinę.

— On chciał, żebym ci nie mówił…

— Ale to nie był jego wybór. To był mój ból. Moje prawo. A ty mi je zabrałeś.

Patrzy na mnie długo.

— A najgorsze jest to, że wciąż cię kocham. I nienawidzę za to jeszcze bardziej.

Zamyka torbę, zakłada ją na ramię. Przechodzi obok mnie, niemal mnie dotykając. Pachnie tym samym zapachem co zawsze. A jednak to już nie jest ona. Nie ta sama.

Zatrzymuje się w progu.

— Nie próbuj mnie szukać. Nie teraz. Nie jeszcze. Jeśli kiedykolwiek wrócę… to tylko wtedy, jeśli nauczysz się, że miłość bez prawdy nie znaczy nic.

Drzwi się zamykają.

A ja zostaję sam. Z tym samym bólem, tą samą winą… i jednym pytaniem:

_Co zostało z nas, kiedy zostało już tylko milczenie?_Rozdział 2

_„Wariatka i koperta”_

_𐓏 Vivian i Audrey Moore 𐓏_

Pięć lat później…

(Co się stało pięć lat temu po odkryciu prawdy o Nixonie)

Perspektywa: Vivian

Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym zdecydowałyśmy się wyjechać. Może to była tamta noc. Noc, w której Audrey po raz pierwszy od miesięcy sięgnęła po paczkę papierosów, choć obie przysięgałyśmy, że już nigdy. A ja… ja po prostu milczałam. Milczenie było łatwiejsze niż cokolwiek innego. Łatwiejsze niż pytania. Niż odpowiedzi. Niż przyznanie, że wszystko się rozpadło.

To, co budowałyśmy przez miesiące — zaufanie, przyjaźń, lojalność — runęło z hukiem, który rozbrzmiał w nas, a nie na zewnątrz. Czasem myślę, że zaczęło się rozpadać wcześniej, ale nie chciałyśmy tego widzieć. A potem przyszła prawda. Raya wiedziała. Wiedziała o Nixonie. O Kaiu. I milczała. Milczała, jakby jej własne serce nie krwawiło od środka. Jakby jej własne kłamstwa nie wbijały się nam pod skórę z każdym dniem mocniej. Gdy wszystko wyszło na jaw, nie było już nic do uratowania. Żadnych słów, które mogłyby coś naprawić. Żadnych gestów, które mogłyby cofnąć czas. Zostało tylko echo. Cisza. I ból, który nie mieścił się już w ciele. Który sączył się z każdej myśli, spojrzenia, wspomnienia.

Chorwacja była impulsem. Audrey wtedy powiedziała tylko jedno zdanie: — Musimy stąd uciec. Nie zapytałam dokąd. Nie zapytałam po co. Tylko skinęłam głową, jakby to była jedyna odpowiedź, jaka jeszcze nam została. Bez planu. Bez mapy. Kupiłyśmy bilety następnego dnia, pakując po jednej walizce. Zostawiłyśmy pożegnania na później. A może na nigdy.

W samolocie leciałyśmy nisko nad Adriatykiem. I wtedy, po raz pierwszy od miesięcy, poczułam coś, co przypominało spokój. Albo może to nie był spokój, tylko bezkresne zmęczenie. Taki rodzaj ciszy, który ogarnia człowieka po bitwie — nie dlatego, że wygrał, ale dlatego, że nie miał już siły dalej walczyć. Wpatrywałam się w turkusowe fale, uderzające o ostre skały, i wyobrażałam sobie, że one też coś w sobie noszą. Jakieś ukryte historie. Sekrety. Kłamstwa. Śmierć. Tak jak my.

Audrey nie odezwała się przez cały lot. Ani słowa. Siedziała nieruchomo, wpatrzona w linię horyzontu, jakby tam, daleko, miała się w końcu pojawić odpowiedź. Tylko że odpowiedzi już nie było. Była tylko droga przed nami. I wspomnienia, których nie dało się zabrać z powrotem.

Perspektywa: Audrey

Myślałam, że Chorwacja to żart. Kolejny impuls. Kolejna ucieczka od siebie samej, która miała skończyć się spontanicznym wypadem na plażę i nowym złamanym sercem. Byłyśmy do tego przyzwyczajone. Do jej pomysłów, które rodziły się w środku nocy i gasły równie szybko, jak się pojawiały. Ale tym razem było inaczej. Zobaczyłam jej oczy. A w nich… nie było już Vivian.

Nie było śmiechu, który zawsze bronił ją przed światem. Nie było sarkazmu, który chronił ją przed prawdą. Była pustka. I gniew. I coś, co znałam aż za dobrze — ucieczka. Taka prawdziwa, bez biletu powrotnego.

Więc pojechałam z nią.

Dotarłyśmy do małego miasteczka na południu, gdzie morze śpiewało cicho pod balkonami, a powietrze pachniało lawendą, solą i… świeżym chlebem. Brzmi banalnie. Jak z pocztówki, którą nikt już nie wysyła. Ale po tym, co się wydarzyło, banał był naszym zbawieniem. Normalność smakowała jak lekarstwo, którego nigdy wcześniej nie znałyśmy.

Wynajęłyśmy pokój w starej kamienicy z widokiem na Adriatyk. Balkon skrzypiał przy każdym kroku, jakby protestował, że znów ktoś chce na nim oddychać. Schody trzeszczały jak stare kości, które pamiętały inne historie. Innych ludzi. Inne tajemnice. Ale nie narzekałyśmy. Nie miałyśmy siły narzekać.

Dni mijały powoli. Rano kawa. Zimna i mocna, pita w ciszy. Po południu spacery do portu, gdzie rybacy śpiewali coś pod nosem, a słońce ślizgało się po tafli wody. Wieczorami — wino. Czerwone. Lepkie. Trochę za mocne. I żadnych rozmów o przeszłości. Żadnych imion. Przynajmniej przez chwilę.

_Ale przeszłość nie zapomina._

Pewnej nocy siedziałyśmy razem na plaży. Piasek był jeszcze ciepły od dnia, niebo gęste od gwiazd, które wyglądały jak przypomnienia, że ktoś gdzieś nas jeszcze obserwuje. Vivian trzymała butelkę między kolanami, a wiatr rozwiewał jej włosy w twarz. Nagle, bez ostrzeżenia, powiedziała:

— Myślisz, że on naprawdę to zrobił?

Wiedziałam, kogo ma na myśli. Nie trzeba było wypowiadać imienia. Nixon. Nasz Nixon. Ten, który kiedyś zasłaniał mnie własnym ciałem, gdy ojciec podniósł rękę. Ten, który znał moje najciemniejsze tajemnice i nie odwrócił wzroku. Ten sam, o którym Raya powiedziała, że zabił jej brata.

Spojrzałam na Vivian. W jej oczach nie było już złości. Była tylko strachliwa nadzieja, że może to wszystko było kłamstwem. Że może to wszystko nie wydarzyło się naprawdę.

— Nie wiem — wyszeptałam w końcu, głos miałam jak drżące szkło. — Ale jeśli tak… Zacisnęłam palce w piasku. — …to nie chcę już nigdy więcej go zobaczyć.

Vivian nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową. A potem znów nastała cisza. Nie taka zwyczajna. Cisza jak grób. Jak ostatnia modlitwa, której nikt już nie wysłucha.

Perspektywa: Vivian

Audrey nigdy nie mówi zbyt wiele. Ale kiedy już się odezwie, wiesz, że warto słuchać. Nie rzuca słów na wiatr. Nie rozdrabnia się. Dlatego tamtego dnia wystarczyło jedno zdanie. Jedno spojrzenie. A ja wiedziałam, że to koniec. I początek czegoś, czego jeszcze nie umiałam nazwać.

Nie płakałyśmy. Już nie. Płacz był luksusem, na który pozwoliłyśmy sobie wcześniej — w czterech ścianach, w łazienkach obklejonych lustrami, których nie dało się oszukać. Były szlochy. Były histerie, krzyki do poduszki i rozbite szklanki, które tłukły się razem z nami. Ale to minęło. Teraz została tylko pustka. Cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem. I wspomnienia, które przychodziły jak głodne psy — bez ostrzeżenia, bez litości.

Każdy krok, który stawiałyśmy w Chorwacji, był jak ćwiczenie. Jak nauka oddychania od nowa. Jakbyśmy musiały sobie przypomnieć, jak to jest być człowiekiem, kiedy wszystko, co znałaś i kochałaś, legło w gruzach. Chodziłyśmy w ciszy. Spałyśmy w ciszy. Oddychałyśmy w ciszy, która bolała bardziej niż najgłośniejszy krzyk.

Czasem śnił mi się Kai.

Ale nie ten martwy. Nie ten ze zdjęć policyjnych, z lodowatą skórą i zamkniętymi oczami, jakby nigdy nie chciał już ich otworzyć. Nie. Śnił mi się Kai z tamtych dni. Z uśmiechem, który był szerszy niż powinien. Z wiecznie potarganymi włosami i kurtką przewieszoną przez jedno ramię. Uparty, spóźnialski, z głową pełną dziwnych pomysłów. Taki, za którym nie dało się nie tęsknić.

A kiedy się budziłam… Nie wiedziałam, co boli bardziej. To, że go już nie ma? Czy to, że może nigdy tak naprawdę go nie znałam?

Raya znała. Raya patrzyła głębiej. A my? Może byliśmy tylko tłem. Scenografią w cudzym dramacie. Statystami w historii, której nie rozumieliśmy do końca, a mimo to w niej byliśmy. A teraz zostaliśmy — z ranami, pytaniami i milczeniem, które nie daje się uciszyć.

Perspektywa: Audrey

Vivian znów zaczęła rysować. Cicho. Bez słowa. Tak jakby ołówkiem łatwiej było opowiadać, co się rozpadło — bez krzyku, bez łez, bez tłumaczeń.

Jej szkicownik był zawsze przy niej, jak talizman. Pełen postaci mijanych na ulicach: Starszych kobiet w wyblakłych chustach, których wzory pamiętały dawne wojny. Dzieci biegających po rozgrzanych chodnikach, rzucających kamykami w spokojne morze. Rybaków z dłońmi jak sieci — poplątanymi, zniszczonymi przez życie.

Portrety jak wyjęte z cudzego świata. Bez twarzy z przeszłości. Bez śladów tego, co zostawiłyśmy za sobą. Aż do pewnego dnia.

Zobaczyłam szkic. Inny niż wszystkie. Chłopak. Ciemne oczy. Usta wygięte w półuśmiech, który nie wiedział, czy jest kpiną, czy prośbą o litość. Nixon.

Na jego szyi — cienka, krwista linia. Ranek. Cięcie. Nie przez przypadek. Nie przez błąd ręki. Wyrysowana przez Vivian jak znak. Jak kara. Jak wyrok.

Nie zapytałam. Nie musiałam.

W Chorwacji uczyłyśmy się siebie od nowa. Bez akademii. Bez paczki. Bez ich głosów, dotyków, obecności, która dawniej wyznaczała nasze granice.

Zostałyśmy tylko my. Siostry z przypadku. Towarzyszki w bólu. A może i wspólniczki w czymś jeszcze… czymś, co rosło między nami jak niewypowiedziane przymierze.

Bo wiedziałam. Gdzieś głęboko czułam, że Vivian nie przyjechała tu tylko po spokój. Nie szukała tylko ucieczki. Ona planowała. A ja — może nieświadomie — zaczęłam planować razem z nią.

Były dni, kiedy naprawdę wierzyłam, że się uda. Że zapomnimy. Audrey śmiała się z lokalnego kelnera, który próbował flirtować z nią łamanym angielskim, mieszając „beautiful” z „bitter”. Ja oddychałam zapachem przypraw unoszących się z ulicznych straganów i udawałam, że jestem kimś innym. Może studentką sztuki. Może podróżniczką, która szuka inspiracji. Może tylko turystką — wolną, beztroską, niezranioną.

Ale potem przychodziła noc. A z nocą — przeszłość.

Widziałam Kaia. Z rozbitym łukiem brwiowym. Z oczyma pełnymi ognia, który gasł. Obok niego Nixon. Milczący. Nieruchomy. Tylko jego pięść zaciskała się powoli — powoli, jakby sam chciał uwierzyć, że zrobił to naprawdę.

Może to było wspomnienie. Może sen. Nie pamiętałam już. Ale zostawiło coś we mnie. Jak drzazgę. Jak zadrapanie, które nigdy się nie goi.

Zawsze było w Nixonie coś… niepokojącego. Coś, co sprawiało, że nawet jego śmiech brzmiał jak ostrzeżenie. Miał spojrzenie, które prześwietlało. Które nie patrzyło — tylko czytało cię jak rozdział z książki, której nie chciałaś nigdy nikomu pokazać.

Wiedział więcej, niż powinien. Czuł zbyt mocno. Był zbyt cichy tam, gdzie inni krzyczeli. I może właśnie dlatego — to on musiał odejść.

Nie zniknąć. Odejść. Z naszej historii. Z naszych wspomnień. Z naszych żyć.

Bo nie każda rana krwawi. Niektóre rysuje się ołówkiem.

Perspektywa: Audrey

Vivian rysowała obsesyjnie. Nie z pasji. Nie z potrzeby tworzenia. Z potrzeby przetrwania.

Jej szkicownik przestał być zeszytem z obrazkami. Stał się pamiętnikiem, tyle że pisanym nie słowami, a cieniami. Profilami. Zaciśniętymi szczękami. Oczami bez źrenic.

Nie mówiła mi, co znaczą. Ale nie musiała.

Czasem znajdowałam pojedyncze kartki w dziwnych miejscach — między koszulkami, w kieszeni kurtki, w torbie z zakupami. Jakby próbowała je ukryć, a jednocześnie… chciała, żebym je znalazła.

Jednego dnia był to Kai — ten z przeszłości, z niecierpliwym spojrzeniem i niedokończonym uśmiechem. Innym razem Nixon. Ale jego twarz była przekreślona. Grubo, gwałtownie. Jakby nie chciała już widzieć jego oczu. Jakby chciała go wymazać.

A potem zaczęły się pojawiać rysunki kogoś nowego.

Mężczyzna. Z blizną ciągnącą się od ucha aż po obojczyk. Z twarzą niepokojąco znajomą i jednocześnie całkiem obcą. Z oczami, które nie patrzyły — one ostrzegały.

Nigdy go nie spotkałyśmy. Byłam tego pewna. Ale kiedy patrzyłam na jego sylwetkę w szkicowniku, miałam dziwne wrażenie… Że on już istnieje. Albo… że dopiero ma się pojawić.

Vivian nie mówiła o nim ani słowa. Ale im częściej go rysowała, tym częściej znikała wieczorami.

Wychodziła bez słowa. Znikała na długie godziny, wracając dopiero po północy. Próbowałam ją raz śledzić — naiwna. Zgubiłam się po kilku minutach, błądząc po wąskich, kamiennych uliczkach Starego Miasta, gdzie każdy zakręt wyglądał tak samo, a zapach soli mieszał się z dymem i winem.

Gdy wróciła, jej włosy pachniały tytoniem. Oczy miała spokojne. Zbyt spokojne. I znów nie zapytałam. Bo wiedziałam jedno:

Coś się zmieniało.

Viv przestawała być tą samą dziewczyną, która miesiąc temu wtuliła się we mnie w ciemności, szepcząc: „Nie dam rady”. Już nie płakała. Nie bała się.

Jej dłonie, kiedyś drżące, teraz trzymały ołówek jak broń. Jej spojrzenie — zimne, skupione, obliczone.

Viv przestawała być ofiarą. Stawała się ostrzem. Ciszą, która zapowiada burzę. Spojrzeniem, które nie zapomina. Ręką, która nie zadrży, kiedy nadejdzie moment.

I wtedy zrozumiałam: Nie przyjechałyśmy tu po ukojenie. Przyjechałyśmy po odpowiedzi. A Vivian była gotowa je sobie wziąć. Nawet jeśli musiała je wyrwać.

Perspektywa: Vivian

Nie uciekłyśmy. Nie naprawdę. Ucieczka to przecież akt porzucenia — a ja niczego nie zostawiłam. Nie zostawiłam Kaia. Nie zostawiłam jego śmierci. Noszę go w sobie codziennie, w każdej myśli, w każdym śnie, w każdym momencie, kiedy zapada cisza.

Bo to właśnie cisza krzyczy najgłośniej.

I im bardziej próbowałam uciszyć jego imię w głowie, tym głośniej wracało. Im dłużej trwałam w wersji, którą sprzedała nam Raya, tym mocniej coś we mnie się buntowało.

Co jeśli to nie był Nixon?

To pytanie przyszło niespodziewanie. Najpierw jak szept. Potem jak echo. Aż w końcu stało się moim oddechem.

Co jeśli to nie jego pięść zakończyła wszystko? Co jeśli to nie jego milczenie było najgłośniejsze?

A może… Może to Raya coś ukrywała?

Zaczęłam rozmawiać z miejscowymi. Niewinnie. Z uśmiechem, którego się od siebie nie spodziewałam. Pytałam o lokalne nazwiska, o ludzi z zagranicy, którzy pojawili się tu w ostatnich miesiącach. Mężczyzna sprzedający muszle wspomniał o chłopaku z tatuażem feniksa na karku, który zniknął nagle — zbyt nagle, by to był przypadek. Starsza kobieta, która sprzedawała lawendowe mydełka, opowiadała o dziewczynie, która kilka miesięcy temu wynajęła łódź. I nigdy nie wróciła.

Zaczynałam zbierać strzępy. Pojedyncze fakty. Skrzyżowane spojrzenia. Urwane zdania.

I nie, nie mówiłam wszystkiego Audrey. Jeszcze nie. Nie dlatego, że jej nie ufałam. Ale dlatego, że sama jeszcze nie wiedziałam, co jest prawdą. A co tylko cieniem, który padł na moje wspomnienia.

W mojej głowie układałam puzzle. Każda rozmowa była nowym kawałkiem. Każda cisza — kolejnym lukrem na tej trującej tafli wspomnień.

I Nixon… Nie pasował już tak idealnie do roli mordercy. Nie był już tym czarno-białym potworem z naszej wspólnej narracji. Ale to nie znaczyło, że był niewinny.

Bo są grzechy, które nie muszą kończyć się śmiercią, żeby zostawić krew na rękach. A są winy, które tkwią głębiej niż nóż w sercu. I właśnie tej winy zaczynałam szukać. Nie jako ofiara. Ale jako ktoś, kto w końcu przestał wierzyć w jedną wersję historii.

Perspektywa: Audrey

Siedziałyśmy na tarasie jednego z naszych ulubionych barów — tego na wzgórzu, z którego było widać morze. Wieczór był łagodny. Ciepły wiatr muskał nam ramiona, a zapach cytrusów mieszał się z dymem z grilla i czymś jeszcze… czymś metalicznym, czego nie potrafiłam nazwać.

W tle ktoś grał na gitarze. Spokojna, lekko melancholijna melodia niosła się echem po białych murach i brukowanych uliczkach. Chorwacja miała dar — udawała, że czas tu płynie wolniej. Że można zapomnieć. Ale we mnie coś się trzęsło. Coś, co nie chciało dać się uciszyć.

Vivian sączyła powoli drinka z gorzkim sokiem. Jej paznokcie wystukiwały rytm na szklance — niecierpliwy, nerwowy, zupełnie niepasujący do melodii w tle. A potem, jakby mówiła o pogodzie, zapytała:

— Wierzysz w to, co powiedziała Raya?

Zamarłam. Nie dlatego, że pytanie mnie zaskoczyło. Zaskoczyło mnie to, że padło dopiero teraz.

Zbyt długo unikałyśmy tego tematu. Omijałyśmy go szerokim łukiem, jakby każde wspomnienie o Kaia było miną, na którą nie chciałyśmy nadepnąć. Ale ona właśnie to zrobiła. Rozbroiła milczenie.

— Wierzę, że coś widziała — odpowiedziałam ostrożnie, ostrożniej niż planowałam. Patrzyłam gdzieś w bok, na linię horyzontu, gdzie niebo zaczynało się mieszać z wodą. — Ale nie wiem, czy widziała wszystko.

Vivian kiwnęła głową, jakby spodziewała się tej odpowiedzi. Oparła brodę na dłoni, jej palce wsunęły się pod policzek. W jej oczach pojawił się ten błysk. Zimny. Twardy. Ten sam, który widywałam coraz częściej. Jakby coś się w niej wypaliło. A potem z tego popiołu powstało coś nowego. Coś… groźniejszego.

— Ja też nie — powiedziała.

I zamilkła. Ale jej milczenie było bardziej wymowne niż najgłośniejszy krzyk.

Między nami zapanowała cisza. Nie niezręczna. Nie wymuszona. Cisza jak ostrze zawieszone w powietrzu.

Muzyka w tle toczyła się dalej. Ktoś śmiał się przy stoliku obok. Kelner przyniósł kolejne zamówienie i zapytał, czy wszystko w porządku. Skinęłyśmy głowami, jakby naprawdę było.

Ale we mnie coś pękało.

Vivian nie przestała wierzyć w sprawiedliwość. Nie. Ona tylko zmieniła jej definicję.

To już nie była wiara w to, że prawda wyjdzie na jaw. Nie była nadzieją, że ktoś przyzna się do winy.

To było polowanie. Zimne. Precyzyjne. I coraz trudniej było mi rozróżnić, kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą.

Perspektywa: Vivian

Kilka dni później poznałam go. Lukę.

Stał przy przystani, oparty o barierkę z pordzewiałego metalu, jakby należał do tego miejsca od zawsze. Słońce było nisko, a jego promienie malowały pomarańczowe plamy na wodzie. Rybacy krzyczeli do siebie z łodzi, mewy wirowały nad falami, a powietrze było przesycone solą i ruchem. A jednak — Luka był nieruchomy. Cichy punkt pośród zgiełku.

Zauważyłam go dopiero wtedy, gdy podszedł do mnie, trzymając w dłoni coś znajomego.

— Zgubiłaś szkicownik — powiedział, podając mi czarny notes.

Serce mi zamarło.

To nie był mój szkicownik. To był Vivian. Zawsze nosiłam go ze sobą. Musiał wypaść z torby gdzieś po drodze, może kiedy usiadłam przy murku, by odpocząć. A może… może ktoś go wyjął?

— Dzięki — powiedziałam zbyt szybko, wyrywając mu go z ręki.

Ale Luka nie odsunął się od razu. Zamiast tego, przewrócił kilka stron. Zatrzymał się na jednej. Na tej, która przedstawiała twarz ledwie naszkicowaną — cień rys, niepełny profil, cień człowieka, nie imię. Ale ja wiedziałam. To był Nixon. A przynajmniej jego echo.

— Ten mężczyzna… — powiedział spokojnie. — Wygląda znajomo.

Zamarłam. Przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

On spojrzał na mnie uważnie, jakby próbował odczytać moją reakcję bardziej niż moje słowa.

— Może go widziałem. Może nie. Ale przypomina mi kogoś. Zawiesił głos. — Nie tutejszego.

Zacisnęłam dłoń na szkicowniku. Zbyt mocno.

Luka miał ten rodzaj głosu, który był miękki, ale niebezpieczny. Chorwacki akcent ledwo słyszalny, jakby ukrywał swoje pochodzenie nawet w wymowie. Każde słowo wypowiadał jak wybór. Jak test.

Nie wyglądał na rybaka. Miał dłonie bez zgrubień, bez blizn, bez soli pod paznokciami. I oczy. Oczy zbyt spokojne jak na kogoś, kto całe życie spędził na falach. Zbyt skupione. Jakby już znał zakończenie historii, w której dopiero zaczęłam grać rolę.

Nie ufałam mu. Ale coś we mnie mówiło, że on też nie ufa innym.

A to czyniło nas podobnymi.

Od tamtego dnia zaczęliśmy się spotykać. Najpierw przypadkiem. Zawsze „akurat” gdzieś obok — na rynku, przy przystani, w małym sklepie z oliwkami i winem. Zawsze uśmiechnięty, jakby naprawdę wierzył w zbiegi okoliczności. Potem… już celowo.

Nie rozmawialiśmy o rzeczach ważnych. Nie od razu. To były zwykłe słowa: o pogodzie, o cenie ryb, o turystach.

Ale między tymi słowami kryło się coś innego. Ostrożność. Testowanie. Jakby każde pytanie było haczykiem, a każda odpowiedź — przynętą.

I choć nie znałam jeszcze jego intencji, wiedziałam jedno:

Luka pojawił się nieprzypadkowo. A ja byłam gotowa sprawdzić, po co.

Perspektywa: Audrey

Vivian nigdy nie powiedziała mi wprost, kim jest Luka. Ale widziałam, jak na niego patrzy. Nie jak na chłopaka. Nie jak na przypadkowego znajomego z przystani.

Patrzyła na niego jak na narzędzie.

Jakby już zaplanowała, do czego będzie jej potrzebny. Jakby nie widziała w nim człowieka, tylko klucz. Do drzwi, których ja nawet jeszcze nie zauważyłam.

I wtedy to do mnie dotarło. Ona nie przyszła tutaj po ukojenie. Nie po słońce, nie po spokój, nie po nowy początek.

Ona przyszła po odpowiedzi. Albo… po zemstę.

A ja? Zaczęłam grzebać w starych plikach. W telefonie. W notatkach. W wiadomościach od Rayi — tych, które kiedyś wydawały się nic nie znaczyć, a teraz błyszczały jak odłamki szkła.

Jedno wspomnienie wracało do mnie uparcie. Kai. Jego głos, krótki, jakby rzucony mimochodem:

— Nie ufam Nixonowi.

Ale nigdy nie powiedział dlaczego. Nigdy nie rozwinął tej myśli.

I wtedy w mojej głowie pojawił się chaos. Bo wszyscy patrzyli na Nixona. Bo pasował do tej roli. Bo był wygodny. Ale może… to było zbyt łatwe?

A może Kai też coś ukrywał?

A może Raya — zanim prawda wypłynęła — próbowała zrzucić winę, zanim ktokolwiek zrozumie, że to o nią tak naprawdę chodziło?

Nie ufałam już nikomu. A jedyną osobą, z którą mogłam to przegadać, była moja siostra.

Siostra, która od tygodni prowadziła własne śledztwo. Po cichu. Z zimną determinacją w oczach. Z ołówkiem, który rysował wyroki.

To wydarzyło się nagle. Zbyt nagle, by zdążyć cokolwiek zrobić.

— To koniec — usłyszałam nagle. Cichy szept. Męski głos.

Odwróciłam się. Luka. Stał tuż przy brzegu. Jego oczy były dziwnie puste.

— Słucham? — zapytałam, zdezorientowana.

Ale nie odpowiedział. Bo w tym samym momencie zniknął. Wciągnęło go morze.

Fala uderzyła o burtę. Jego ciało zsunęło się z krawędzi łodzi jakby samo. Jakby ktoś je popchnął. Jakby przestał walczyć.

Nie krzyczał. Nie złapał za linę. Nie machał.

Tylko zniknął.

Woda zamknęła się nad nim. Twarz zniknęła pod taflą, zalana solą. Dłonie rozdarte od drewna, jakby próbował się jeszcze czegoś trzymać — ale za słabo, za późno.

I wtedy zrozumiałam. To nie był wypadek.

To była wiadomość. Zbyt czysta. Zbyt precyzyjna.

Ktoś wiedział. Ktoś dowiedział się, że Luka dał mi notatnik. Że otworzył go. Że widział twarz Nixona.

I ten ktoś nie chciał, żeby mówił dalej.

Zamilkłam. Bo teraz wiedziałam jeszcze więcej:

Gramy w czyjąś grę. I może właśnie przekroczyłam linię, zza której nie da się już wrócić.

Następny dzień…

To był zwykły poranek.

Zbyt zwykły, jak na miejsce, które skrywało więcej tajemnic i lęków, niż chciałyśmy przyznać

Siedziałyśmy z Audrey przy plażowej kawiarni.

Popijałyśmy czarną kawę, jeszcze gorącą, pachnącą gorzką ziemią i odrobiną wanilii.

Morze było spokojne, fale leniwie obmywały brzeg, rozpryskując się miękką pianą na kamieniach.

Słońce ledwo przebijało się przez poranną mgłę, rozlewając blade światło na białe ściany domów.

Rozmawiałyśmy o niczym.

O pogodzie, o zwyczajnych rzeczach, o tym, co widziałyśmy poprzedniego dnia.

Było miło.

Prawie beztrosko.

Aż do momentu, gdy coś przerwało tę ciszę.

Zobaczyłam go pierwsza.

Mężczyzna w czarnym garniturze.

Stanowczy chód, precyzyjny i spokojny, który nie pasował do leniwego rytmu tej miejscowości.

Okulary przeciwsłoneczne, chociaż niebo było ciężkie od chmur.

W powietrzu unosił się zapach olejków z jego perfum, zimny i ostry.

Zatrzymał się kilka metrów od naszego stolika.

Spojrzał na nas jednym, krótkim ruchem głowy.

A potem, bez słowa, położył na stole dwie białe koperty.

Grube. Ciężkie w dłoniach.

Złocona pieczęć — znak Akademii Aurea.

— Co to…? — usłyszałam głos Vivian, cichy, prawie bez tchu.

Sięgnęła po kopertę jakby po relikwię.

Albo przekleństwo.

Mężczyzna nie odpowiedział.

Odwrócił się powoli i zniknął w tłumie tak cicho, jak się pojawił.

Serce zaczęło mi łomotać, jakby chciało wyrwać się z piersi.

Nie musiałam otwierać koperty, by wiedzieć, co w niej znajdę. Ten sam papier. Ten sam chłodny styl pisma, który zawsze przyprawiał mnie o dreszcze. Te same słowa, które brzmiały jak wyrok.

_„Vivian Moore. Zostałaś wezwana do natychmiastowego powrotu do Akademii Aurea. Obecność obowiązkowa. Nieodwołalna. Termin: 3 dni. Szczegóły zostaną podane na miejscu.”_

Pod tym chłodnym tekstem nie było podpisu. Nie musiało być. Był za to herb — ten przeklęty, złoty herb Akademii.

Spojrzałam na Audrey. Ona trzymała swoją kopertę, otwierała ją powoli, jakby bała się, że zawartość koperty może ją zranić. Jakby sam papier mógł być trucizną.

— To żart? — zapytała cicho, niemal szeptem.

— Nie — powiedziałam spokojnie, choć w środku czułam, jakby ktoś rzucił ciężki kamień do mojego brzucha. — To wezwanie.

Bo z Akademią się nie dyskutuje. Ona zawsze znajdzie sposób, by cię sprowadzić. Zwłaszcza, gdy jesteś już częścią jej mroku.

Perspektywa Audrey

Nie chciałam tam wracać. Całym sobą krzyczałam: nie. Nie teraz. Nie jeszcze raz.

Ale patrząc na Vivian, wiedziałam, że ona już się zgodziła. Jej dłonie zaciskały się na kopercie tak mocno, jakby trzymała w nich broń — gotową do użycia.

— Nie możemy — powiedziałam ostrożnie. — Viv… nie ma już nas. Nie ma paczki. Nie ma powodu, by wracać.

Ona spojrzała na mnie chłodno. Bez śladu wahania.

— Może tam są odpowiedzi — rzuciła.

I wtedy zrozumiałam.

To nie było przypadkowe. Ta koperta. Ta data. Ktoś wiedział, gdzie jesteśmy. Ktoś obserwował nas od dawna. Ktoś czekał, aż się złamiemy.

I wybrał moment idealny.

Perspektywa: Vivian

Nie spałam tej nocy. Przeglądałam list raz po raz. Czytałam między wierszami. To nie było zwykłe wezwanie. To było ostrzeżenie.

Wróćcie. Albo znajdziemy was.

Zaczęłam się zastanawiać, kto jeszcze mógł dostać taki list. Raya? Nixon? A może ktoś inny z naszej rozbitej paczki? Drake, Nathaniel… czy jeszcze ktoś, kogo nie podejrzewaliśmy?

I najważniejsze: dlaczego właśnie teraz?

Czy odkryli, że coś wiemy?

A może to oni chcą nam coś powiedzieć?

Perspektywa: Audrey

Wyjeżdżałyśmy dwa dni później. Cisza między nami była duszna. Nie chciałyśmy mówić na głos tego, co czułyśmy. Że wracamy do piekła. Że nie ma już odwrotu.

Samolot lądował w Zurichu, a potem dalsza podróż pociągiem, przez Alpy i jeziora, aż do wzgórz skrywających Aureę.Rozdział 3

_„Paryż”_

_𐓏 Francesca Blackwood 𐓏_

Pięć lat później…

(Co się stało pięć lat temu po odkryciu prawdy o Nixonie)

Nie pakowałam się długo. Może dwadzieścia minut — zaledwie tyle, ile potrzeba, by zniknąć. Rzuciłam do walizki kilka ubrań, nie zastanawiając się nad tym, czy będą mi potrzebne. Paszport, starych notatników kilka, i pogniecione zdjęcie naszej paczki sprzed dwóch lat. Na zdjęciu — rozbiegane spojrzenia, uśmiechy, które wtedy znaczyły wszystko. A z tyłu, ledwie widoczny podpis: „Pour toujours — F.” — jakby wtedy, w tym jednym momencie, świat rzeczywiście miał się zatrzymać, a nasze życie na zawsze zostać splecione w nierozerwalną więź.

Tylko że nic nie trwa wiecznie.

W rzeczywistości — wszystko rozsypało się jak domek z kart, rozbłysło i zgasło w ciągu zaledwie kilku tygodni.

Nie pożegnałam się z nikim. Zostawiłam za sobą nie tylko ludzi, ale i cienie wspomnień, które ciążyły na moim sercu niczym kamień. Wsiadłam do samolotu do Marsylii — miasta, którego nigdy wcześniej nie widziałam, a którego język znałam jedynie z odległych dziecięcych piosenek, pełnych śpiewu i beztroski. Ale to właśnie tam chciałam zniknąć — zanurzyć się w tłumie, wśród zimnego oceanu i słonego zapachu ryb, które unosiły się nad portem. Uliczki Marsylii były jak labirynty, które miały mnie chronić, zabrać mnie daleko od nich, od przeszłości, od bólu. Idealne miejsce, by się zgubić. I nie zostać odnalezioną.

Tego właśnie potrzebowałam — ucieczki. Ucieczki od nich.

Od Rayi, która z bólem i żalem nosiła w sobie wiadomość o śmierci brata — rozdartej między gniewem a rozpaczą, która roznosiła się w powietrzu niczym ciemna chmura.

Od Nixona, którego obecność ciążyła mi jak cień, bo być może miał na rękach krew mojego brata — i to była prawda, którą wolałam ignorować, udawać, że nie istnieje.

Od sióstr Moore, które uciekły razem, do dalekiej Chorwacji, zostawiając mnie samotną, pogrążoną w ciszy i bezradności.

I wreszcie — od samej siebie, od osoby, którą przestałam rozpoznawać.

Pierwsze dni w Marsylii były jak sen — nierealne i odległe. Poranki zaczynałam od małej czarnej kawy w najcichszej, zapomnianej przez czas kawiarni, którą znalazłam przypadkiem — Café du Port. Starszy właściciel, mężczyzna o brodzie jak z baśni, nigdy nie zadawał pytań. Podawał mi espresso, a jego zmęczone oczy mówiły więcej niż słowa — kiwnięciem głowy, cichym „bon courage” dawał mi siłę, której sama w sobie już nie widziałam. Może widział we mnie coś, czego nawet ja sama nie chciałam dostrzec — strach, żal, samotność, której nie potrafiłam wypowiedzieć.

Wynajęłam małe mieszkanie nad starą księgarnią, w której nikt nie kupował książek. Miejsce pachniało kurzem, lawendą i czymś jeszcze — czymś ciężkim, starym, jak zapomniane tajemnice, które czekały, by je odkryć. Walizki nie rozpakowywałam długo. Codziennie wpatrywałam się w nią jak w ostatnią deskę ratunku, jakby mogła się sama spakować z powrotem i zabrać mnie do czasów, kiedy świat był jeszcze pełen nadziei, a nasza paczka — nierozłączna.

Ale to się nie działo.

Bo przeszłość nie wraca.

Ona tylko siedzi cicho w rogu pokoju, patrzy na ciebie — zimnym, pustym wzrokiem — i przypomina o tym, co utraciłaś.

A potem przyszedł ten SMS.

Od nieznanego nadawcy.

_„Franc, odebrałaś tylko jedną stronę tej historii. Jesteś winna, jeśli milczysz.”_

Nie było podpisu.

Ale każdy wyraz w tej wiadomości ważył więcej niż tysiąc słów. Jakby ktoś rzucał wyzwanie mojemu sercu, mojej duszy — domagał się prawdy, której sama bałam się dotknąć.

I wtedy zrozumiałam — ucieczka się skończyła.

Tylko adres. Prosty, chłodny i pozbawiony jakichkolwiek wyjaśnień: Rue des Flots 17, 2ème étage.

Marsylia.

Zamrugałam, nie wierząc własnym oczom. Serce zabiło mocniej, a oddech urwał się na chwilę. To musiał być jakiś żart. Albo zemsta. Ale adres był prawdziwy — wyraźny i niepodważalny, jak znak postawiony przede mną na drodze, której nie chciałam iść.

Długo siedziałam z telefonem w ręku, wpatrując się w ten zimny, cyfrowy napis. Przez całą drogę do tego miejsca kroki niosły mnie powoli, jakby same wiedziały, że nie chcę tam dotrzeć — że każdy mój mięsień i każdy oddech próbują mnie powstrzymać. W głowie kołatało się jedno pytanie, które powtarzałam jak mantrę: Skąd ktoś mógł wiedzieć, że tu jestem?

Gdy w końcu stanęłam przed drzwiami, zobaczyłam, że były lekko uchylone — zbyt lekko, by uznać to za przypadek. Jakby ktoś celowo zostawił je otwarte, czekając na mnie, zapraszając do środka.

Nie odważyłam się wejść.

Odwrotne kroki były ciężkie, każde uderzenie pięty o bruk zdawało się krzyczeć: „Jeszcze nie teraz.”

Wróciłam do mieszkania. Do swojego azylu, choć czułam, że i tam nic nie jest już takie jak dawniej. Bo wciąż nie byłam gotowa wrócić do czegoś, co dopiero co zaczęło boleć mniej — do wspomnień, które powoli zrastały rany, ale wciąż krwawiły pod powierzchnią.

Noc była gorąca i ciężka. Obudził mnie nagły hałas — coś upadło w korytarzu. Drzwi do mieszkania nie były zamknięte na klucz. Popełniłam ten błąd — może z lenistwa, a może z głupiej tęsknoty za poczuciem bezpieczeństwa, które dawno już zniknęło.

Przecież, co miałoby mi ktoś zabrać?

Poza wspomnieniami?

Wstałam powoli, z ciężkim bólem głowy, który pulsował w rytm upalnego powietrza zatykającego okna starego budynku. Każdy oddech ciążył, a powietrze stało niemal nieruchomo, jakby samo czekało na coś strasznego.

Skrzypnęły deski pod moimi stopami, gdy powoli przemierzałam przedpokój — każdy dźwięk zdawał się rozbrzmiewać w ciszy jak ostrzeżenie.

I wtedy zobaczyłam ją.

Kopertę.

Leżała na podłodze, tuż przy drzwiach — nieskazitelna, zimna, jakby wyrwana z innego świata. Nie było na niej nic więcej, żadnego imienia, żadnego znaku. Tylko cisza i niepokój, który natychmiast przejął moje serce.

Leżała tuż za progiem, jakby ktoś wsunął ją przed chwilą — cicha i niepozorna, a jednak niosąca ze sobą ciężar nie do udźwignięcia. Papier był grubszy niż zwykle, niemal welinowy, gładki, a zarazem ciężki w dłoni, jak gdyby ukrywał w sobie sekret, który za chwilę miał zostać odkryty. Miał kolor brudnej bieli, z lekko pożółkłymi brzegami, jakby leżał gdzieś przez długie miesiące, czekając na moment, by trafić właśnie do mnie. Nie miał znaczka, ani adresu nadawcy — tylko jedno, niepodważalne oznaczenie.

Z przodu, na środku koperty, widniało moje imię — napisane eleganckim, kaligraficznym pismem, które niemal zdawało się szeptać moje imię z nutą tajemnicy: Francesca Blackwood.

I wtedy moje serce na moment się zatrzymało, jakby ktoś bezlitośnie nacisnął na pauzę życia.

Bo w lewym, górnym rogu koperty błyszczał złoty symbol — pieczęć, którą znałam aż za dobrze, znak, którego bałam się zobaczyć. Akademia Aurea.

Zacisnęłam palce, niemal czułam, jak ból przebiega przez kości. Przez krótką chwilę wierzyłam, że jeśli zamknę oczy, koperta zniknie — przepadnie tak, jak moje nadzieje na spokój. Ale nie zniknęła. Była zbyt realna. Zbyt ciężka, by ją zignorować.

I przyszła tutaj — po mnie.

Po co?

Usiadłam na chłodnej podłodze, tuż przy drzwiach, jakby sama ziemia chciała mnie zatrzymać przed powrotem do wnętrza mieszkania. Nie miałam siły iść dalej, nie miałam siły walczyć. Drżącymi palcami przełamałam zgrubienie papieru, który trzaskał cicho, jakby krzyczał.

I zaczęłam czytać.

„Francesca Blackwood.

Zostałaś wezwana do natychmiastowego powrotu do Akademii Aurea.

Twoja obecność jest obowiązkowa.

Nieodwołalna.

Staw się w ciągu 72 godzin.

Szczegóły zostaną przekazane po przyjeździe.

— Dyrektorstwo Akademii Aurea”

Nie było podpisu. Nie było wyjaśnień. Tylko chłodny, bezduszny ton rozkazu.

Ton, który znałam aż za dobrze.

To był język Akademii — zimny, precyzyjny, pozbawiony cienia współczucia. Bezduszny rozkaz wypowiedziany na papierze, który nie zostawiał miejsca na dyskusję czy opór.

Odłożyłam list na kolana, czując ciężar słów wbijających się jak igły pod skórę. Moje oczy powoli uniosły się ku oknu. Spojrzałam na ulicę, na Marsylię — miasto, które jeszcze kilka dni temu wydawało się moją jedyną ucieczką, a teraz wyglądało jak kolejna, wielka pułapka, w której tkwiłam bez wyjścia.

Zastanawiałam się, czy Vivian i Audrey również dostały takie koperty.

Czy może… Raya wiedziała?

I wtedy, jak błysk pioruna, przemknęła mi przez myśl najgorsza z możliwych możliwości — Czy Kai wiedział o tym wszystkim, zanim umarł?

Bez celu błąkałam się po marsylskich ulicach aż do późnej nocy. Noc zmieniała miasto, sprawiała, że ulice traciły swoje magiczne oblicze, odsłaniając szorstką, nieprzystępną rzeczywistość.

Ludzie śmiali się głośno w restauracjach, zakochani bezwstydnie całowali się na schodach portowych, turyści nieuważnie rozlewali wino na chłodnym bruku.

A ja… ja trzymałam w dłoni list, który przypominał mi brutalną prawdę — że nie ma już świata, do którego należałam.

Istniał tylko świat, który mnie wzywał — mroczny, nieznany, nieodwracalny.

Nie miałam pojęcia, co znajdę w Aurei.

Ale czułam, że coś nadciąga — coś, co zmieni wszystko.

Coś, co już nie pozwoli mi zawrócić.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij