Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Adam, syn Ozjasza. Adam Michnik w rozmowie z Jarosławem Kurskim - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
5199 pkt
punktów Virtualo

Adam, syn Ozjasza. Adam Michnik w rozmowie z Jarosławem Kurskim - ebook

Porywająca, niezwykle ważna i konieczna książka, jeśli się chce zrozumieć decyzje, wybory i rozdarcia Adama Michnika. Dla mojej generacji i środowiska, „wychowanych na Michniku”, ta miejscami wzruszająca, przeważnie ostra i przenikliwa rozmowa stanowić będzie bezcenny przewodnik po świecie polskich przemian, burz, ideowych tarć, złudzeń, klęsk i sukcesów ostatniego półwiecza.

Ale pewnie także nacjonalistyczna prawica zarwie przy niej niejedną noc, i ona bowiem jest jedną z jej bohaterek. Kto widział niesamowity dokument z komisariatu MO, na którym Adam Michnik wyrywa się milicjantom, ten zrozumie po tej lekturze, że na zawsze pozostał sobą.

Joanna Kuciel-Frydryszak

Adam Michnik daje przejmujące świadectwo przeciw totalitaryzmowi, którego mechanizmy mutują i wciąż się odradzają. Ta książka to intymny zapis także i jego ewolucji, od młodego antysowieckiego marksisty po konserwatywno-liberalnego socjaldemokratę. Jeśli ktoś chce uczciwie dyskutować o historii Polski w XX wieku – o stalinizmie, PRL-u, antysemityzmie, nacjonalizmie, Okrągłym Stole i III RP – nie może tej książki pominąć. Polecam.

Anne Applebaum

Fascynująca opowieść o Polsce, jej historii, kulturze i ideach. Rozmowy prowadzone wokół postaci ważnych dla biografii Adama Michnika tworzą uporządkowaną, wielowymiarową narrację o polskim losie, polskiej tradycji, opozycji i narodzinach wolności. Wyłania się z nich wielobarwny portret intelektualny Michnika. Szczególnie ważna jest analiza drogi do wolnej Polski. Bo – jak trafnie zauważa Adam – tylko dwóm formacjom od czasów rozbiorów udało się zwyciężyć: legionistom Piłsudskiego oraz ludziom opozycji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Walka bez przemocy, Okrągły Stół, obrona dorobku III RP – to wielkie tematy tej książki, nawet jeśli dzisiejsze swary przesłaniają wagę tamtych dokonań.

prof. Andrzej Friszke

Adam Michnik opowiada mi o ludziach, którzy uformowali go duchowo, politycznie, intelektualnie i moralnie.

Pośród takich postaci jak Antoni Słonimski, Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak-Jeziorański, Jacek Kuroń, Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Lech Wałęsa, Jan Józef Lipski, Leszek Kołakowski, Hannah Arendt, Tomasz Mann, Karol Wojtyła, Stefan Wyszyński, ks. Jan Zieja, Albert Camus szczególne miejsce zajmują w tej rozmowie rodzice Adama, a zwłaszcza Ozjasz Szechter, Polak, Żyd, antystalinowski komunista, opozycjonista. Losy Szechtera zawierają w sobie wszystkie polskie klątwy XX wieku, o których w kolejnych rozdziałach opowiada Michnik: antysemityzm, nacjonalizm, totalitaryzm. Tytuł Adam, syn Ozjasza jest zatem rodzajem hołdu syna dla ojca.

Są i postaci, z powodu których przyprawiono Michnikowi gębę „zdrajcy”. To Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Jerzy Urban czy Stefan Michnik. O nich też mówimy, nie unikamy trudnych pytań.

To nie jest biografia. Intrygowało mnie pytanie: o co, do cholery, Adamowi w życiu chodziło? Jakie miał motywacje? Jakie było jego myślenie? I wreszcie, kto go takim ukształtował? Słowem – człowiek z czego? Dziś już nikt z nikim nie rozmawia. Fakty się nie liczą, liczą się emocje. A mnie chodzi jedynie o to, że gdyby ktokolwiek chciał z dobrą wiarą spróbować zrozumieć Michnika, a nie wyłącznie go osądzać, to będzie miał do tego klucz. Co z tym zrobi – jego sprawa.

Jarosław Kurski

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-838-0601-3
Rozmiar pliku: 9,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TREŚCI

Wstęp

Rozdział I. Ozjasz Szechter

Rozdział II. Antoni Słonimski

Rozdział III. Jerzy Giedroyc

Rozdział IV. Gustaw Herling-Grudziński

Rozdział V. Jan Nowak-Jeziorański

Rozdział VI. Winkelried

Rozdział VII. Wojciech Jaruzelski

Rozdział VIII. Jerzy Urban

Rozdział IX. Przeciw antysemityzmowi

Rozdział X. Jacek Kuroń

Rozdział XI. „Solidarność”, wódz i jego doradcy. Lech Wałęsa, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki

Rozdział XII. Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz

Rozdział XIII. Leszek Kołakowski

Rozdział XIV. Przeciw nacjonalizmowi. Jan Józef Lipski

Rozdział XV. Przeciw totalitaryzmowi. Hannah Arendt, Tomasz Mann

Rozdział XVI. Stefan Wyszyński, Karol Wojtyła

Rozdział XVII. Spełnienie z posmakiem goryczy

Posłowie

Aneks

Kalendarium

Indeks osób

Źródła zdjęć

Podziękowania

PrzypisyPrzyjaciołom

WSTĘP

Za Adamem Michnikiem ciągnie się czarna legenda. Nie wiem, czy jest w naszym kraju ktoś bardziej zmistyfikowany i zdemonizowany.

Ludzie często pytają mnie o niego, bo znamy się i współpracujemy od czterdziestu lat. Czy to wystarczy, by zrozumieć drugiego człowieka? Na pewno wystarczy, by chcieć zrozumieć. Wśród moich znajomych i przyjaciół jest wielu, którzy znają go dłużej i lepiej. Poznaliśmy się po amnestii w 1986 roku, gdy wyszedł z więzienia. Wtedy często bywał w Sopocie. Z Barbarą Szwedowską tworzyli wówczas związek, z którego urodził im się syn Antoni. A Barbara Szwedowska była bliską koleżanką mojej matki z dość wąskiego kręgu osób aktywnie działających w „Solidarności” wymiaru sprawiedliwości. Adam pchał więc wózek ze śpiącym Antosiem i spacerowaliśmy po Monciaku z tego prostego powodu, że właśnie tam były dwie księgarnie i Empik. Ku zgrozie łypiących na nas przechodniów Adam prócz książek kupował też radziecką prasę, tropiąc w niej ślady yeti, czyli gorbaczowowskiej pierestrojki, w którą mało kto wierzył. Wydawało się, że komuna będzie trwała wiecznie. Ale Adam wierzył w yeti.

W październiku 1989 roku po Okrągłym Stole, po triumfie wyborczym 4 czerwca i zawiązaniu się rządu Tadeusza Mazowieckiego dostałem od Lecha Wałęsy zdumiewającą propozycję, bym został jego rzecznikiem prasowym. Zgodziłem się. Zdrowy rozsądek przegrał z niedostatkiem wyobraźni i młodzieńczym entuzjazmem dla dziejącej się na naszych oczach demokratycznej rewolucji. Tymczasem wybuchła tak zwana wojna na górze i zadanie okazało się tańcem na polu minowym. Nie wiedziałem wówczas, że to Adam tak mnie urządził, że to on stał za propozycją Lecha. Zobaczyłem więc dzięki niemu, jak się gotuje w politycznej kuchni. Od Lecha odszedłem po niespełna roku wyleczony na całe życie z wszelkich pokus władzy. I wtedy odebrałem telefon. Najpierw od Adama, a potem od Heleny Łuczywo z zaproszeniem do redakcji „Gazety Wyborczej”. Adam stał się moim szefem i jest nim od trzydziestu czterech lat.

Kiedy więc ludzie mnie o niego pytają, odpowiadam, jak potrafię, ale przecież najlepiej, by to on mówił o sobie.

Nakłonienie go do takiej rozmowy nie było proste, bo Michnik zżyma się już na samą formę wywiadu rzeki. Nie chce o sobie opowiadać. Twierdzi, nie bez racji, że bohaterowie przekrojowych rozmów grzeszą prezentyzmem i wybiórczą pamięcią, że wywiad rzeka jest najbardziej skłamaną formą. Okazuje się bowiem, że ludzie, opowiadając o sobie, zawsze wszystko wiedzieli i rozumieli najlepiej.

Bardziej więc od faktów i politycznych przełomów – opisanych już w pracach Andrzeja Friszkego, w rozmowie Michała Siermińskiego i Przemysława Witkowskiego Obywatel Michnik czy w ostatnio wydanej monumentalnej pracy Anny Nasalskiej Michnik. Człowiek, który zredagował Polskę – interesuje mnie odpowiedź na pytanie, o co, do cholery, Adamowi w życiu chodziło? Jakie miał motywacje? Jakie cele? Jakie było jego myślenie? Co było ważne i dlaczego? I wreszcie, kto go takim ukształtował? Słowem – człowiek z czego?

Dziś już nikt z nikim nie rozmawia. Fakty nie mają znaczenia, liczą się emocje. A mnie chodzi jedynie o to, że gdyby ktokolwiek chciał z dobrą wiarą spróbować zrozumieć Michnika, a nie wyłącznie go osądzać, to będzie miał do tego klucz. Co z tym zrobi – jego sprawa.

Obawiając się owego prezentyzmu, którym straszył Adam, próbowałem go przyłapać na polerowaniu swego wizerunku. Miałem do tego dwa narzędzia. Po pierwsze, jego własne teksty, które powstawały in statu nascendi opisywanych wydarzeń. Po drugie, spisany przez niezastąpioną w podziemiu i w „Wyborczej” Wandę Ostrowską tekst naszej rozmowy przeprowadzonej na Teneryfie w 2005 roku. Wtedy Adam ciężko zachorował i przeczuwał nadchodzący koniec. Szczęśliwie na wyrost. Choroba ustąpiła, a zapisany wówczas materiał odłożyliśmy na półkę, gdzie się mocno zakurzył. Na Teneryfie byliśmy we czterech. Adam i nas trzech, dziennikarzy: Paweł Smoleński, Mikołaj Lizut oraz ja. Paweł zmarł przedwcześnie w 2023 roku. Mikołaj dawno odszedł z „Wyborczej”. Sięgnąłem więc po tamte notatki, ale to nie był, niestety, udany materiał. Wiele wątków się zestarzało, wiele było ciekawych wówczas, ale dziś nikogo prócz historyków nie zainteresuje. Miałem przykre poczucie porażki. Trzeba było rozmawiać od nowa.

Mój chytry pomysł polegał na tym, by Adam mówił nie tyle o sobie, ile o innych. O najważniejszych dla niego osobach, które wywarły na niego wpływ, które go kształtowały. W ten sposób, nie mówiąc o sobie, w istocie o sobie mówi i odsłania swój sposób myślenia.

* * *

Ta książka nie jest więc biografią, dlatego dla wygody i chronologicznej orientacji czytelnika załączam na jej końcu kalendarium najważniejszych wydarzeń z życia mojego rozmówcy.

Osób, które Adam zna, jest cała armia. I już słyszę uzasadnione zapewne zarzuty, że nie ma tego czy tamtego. Tłumaczę na tyle, na ile się da. Po pierwsze, rozmiar. Michnik zna wszystkich, więc i tak trzeba by robić selekcję. Ale opisanie tylko istotnych osób niechybnie zamieniłoby tę książkę w jeszcze cięższą cegłę. Po drugie, jako że nie jest to biografia, nie ma wymogu zachowania proporcji. Po trzecie, skupiłem się na tych protagonistach, którzy – zgodnie z ideą książki – wywarli na Michnika zasadniczy wpływ. Wymienię ich: rodzice – Ozjasz Szechter i Helena Michnik, a także: Antoni Słonimski, Jerzy Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński, Jan Nowak-Jeziorański, Jacek Kuroń, Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Lech Wałęsa, Jan Józef Lipski, Leszek Kołakowski, Hannah Arendt, Tomasz Mann, Albert Camus, Karol Wojtyła, Stefan Wyszyński. Są jeszcze trzy postacie, które z kolei były źródłem, oględnie mówiąc, kontrowersji. To Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak i Jerzy Urban.

Potrzeba by drugiego tomu, by opisać Michnika poprzez inne relacje: z Januszem Andermanem, Bronisławem Baczką, Zygmuntem Baumanem, Stanisławem Barańczakiem, Karolem Modzelewskim, Sewerynem Blumsztajnem, Marianem Brandysem, Zbigniewem Brzezińskim, Jackiem Bocheńskim, Zbigniewem Bujakiem, Włodzimierzem Cimoszewiczem, Józefem Czapskim, Henrykiem Daską, Władysławem Frasyniukiem, Januszem Głowackim, Pawłem Hertzem, Ryszardem Kapuścińskim, Ryszardem Krynickim, Aleksandrem Kwaśniewskim, Pawłem Jasienicą, Konstantym Jeleńskim, Stefanem Kisielewskim, Tadeuszem Konwickim, Janem Lityńskim, Heleną Łuczywo, Jerzym Markuszewskim, Krzysztofem Pomianem, Mieczysławem Rakowskim, Janem Strzeleckim, Julianem Stryjkowskim, Aleksandrem Smolarem, księdzem Józefem Tischnerem, Barbarą Toruńczyk, Leopoldem Ungerem, Andrzejem Wajdą, Krystyną Zachwatowicz, Adamem Zagajewskim, Andrzejem Walickim, Wiktorem Woroszylskim, Romanem Zimandem, Henrykiem i Ludwiką Wujcami...

Potrzeba by trzeciego tomu, by opisać Michnika poprzez relacje z Timothym Gartonem Ashem, Danielem Cohn-Benditem, Michaiłem Chodorkowskim, Marion Dönhoff, Joschką Fischerem, Günterem Grassem, Bernardem Guettą, Václavem Havlem, Bernardem Kouchnerem, Siergiejem Kowaliowem, Jeanem-Paulem Sartre’em, Timothym Snyderem, Tomasem Venclovą i innymi.

Bez blagi, takich osób znalazłoby się na kilka tomów, które może kiedyś powstaną.

A jednak wśród owych „najważniejszych” i „innych” prawie nie ma kobiet. To pominięcie nie jest wyborem, jest musem.

O ile przez lata bliższe lub dalsze relacje łączyły Michnika z Barbarą Toruńczyk, Haliną Mikołajską, Barbarą Skargą, Marią Janion, Hanną Świdą-Ziembą, Marią Ossowską, Zofią Hertz, Julią Hartwig, Barbarą Labudą, Wisławą Szymborską, Anną Bikont, Zofią Bydlińską, Anną Dodziuk, wspomnianymi już Ludwiką Wujec i Heleną Łuczywo, Ewą Kulik, Joanną Szczęsną czy Martą Woydt, o tyle faktem jest, że żadna z tych wybitnych postaci nie miała zasadniczego udziału w kształtowaniu Michnikowego integrum. Nawet jeśli – tak jak zespół dzielnych kobiet z „Tygodnika Mazowsze” – wykonały dla podziemia i dla Adama wielką czarną robotę, o której nie wolno nam zapominać.

To samo w sobie wiele o Adamie mówi. Gdy go zapytałem o inne poza Hannah Arendt inspiracje, powiedział: „Może trochę Nadieżda Mandelsztam, trochę Maria Dąbrowska”. I zaraz dodał: „Irena Grudzińska by ci powiedziała, że to »męski klasztor«”. Tak po prostu: „męski klasztor”, i nie ma co naginać faktów na potrzeby poprawności.

* * *

Służba Bezpieczeństwa dwukrotnie snuła plany zamordowania Adama. Pierwszy raz miało się to stać w 1977 roku, gdy przebywał na Zachodzie. Za zleceniem stał prawdopodobnie generał Mirosław Milewski, wiceminister spraw wewnętrznych, wcześniej szef Departamentu I (wywiadu). Wykonawcami mieli być bracia Jan i Mieczysław Janoszowie, którzy wraz z trzecim bratem Kazimierzem, oficerem SB, działali jako agenci służb w Niemczech. Bracia to bohaterowie afery „Żelazo”. We współpracy z wywiadem PRL-u i pod jego ochroną stworzyli gang okradający w Niemczech sklepy jubilerskie. Zaopatrywali polskie służby w zrabowane kosztowności. Na poczet zabójstwa Adama Michnika niedoszłym mordercom wypłacono zaliczkę w wysokości dwudziestu tysięcy marek niemieckich. Akcja nosiła kryptonim „Truteń”.

W archiwach IPN-u zachował się stenogram rozmowy z 1984 roku Mieczysława Janosza z generałem Czesławem Kiszczakiem. Janosz jak na spowiedzi opowiadał szefowi MSW o silnych i wielokrotnych naciskach resortu na pilne wykonanie zadania podczas pobytu Michnika w Niemczech. Mieczysław Janosz twierdził, że miał „patriotyczne” zastrzeżenia, by ofiarą był Polak, jednak pozbył się wątpliwości, gdy powiedziano mu, że Michnik jest Żydem. Dokumenty nie wyjaśniają, dlaczego Janoszowie nie wykonali zlecenia. Adam obraca to w żart i twierdzi, że podczas gdy Janoszowie przepuszczali zaliczkę w tamtejszych szynkach i lupanarach, on zdążył już wyjechać z Niemiec.

Jednak nieudana akcja uciszenia „Trutnia” to nie anegdota, skoro podobny zamiar miał się zrealizować już w Polsce, w Karkonoszach, podczas spotkania z przedstawicielami czechosłowackiego ruchu dysydenckiego Karta 77. Adam opowiada mi, że było mu pisane poślizgnąć się i runąć w przepaść. Zanim jednak wspiął się na górę dość stromą, by móc z niej potem spaść, maszerował już w towarzystwie Jana Lityńskiego. Odstąpiono więc od akcji, bo dwóch dysydentów w tej samej przepaści byłoby za dużo jak na górski „wypadek”.

Za „Trutnia” mieli go jednak nie tylko funkcjonariusze komunistycznych służb. Był i pozostał znienawidzonym „Trutniem” dla polskiej narodowej prawicy – do wyboru: moczarowskiej, antysemickiej, konfederackiej, pisowskiej – bo symbolizuje Polskę z ich koszmarnych snów. Tę drugą ojczyznę, o której pisał w wierszu Dwie ojczyzny Antoni Słonimski. Ale Michnik pozostaje też umownym „Trutniem” dla ludzi lewicy i przekonań liberalnych, których razi jego ostentacyjny indywidualizm i niepoddająca się żadnym naciskom niezależność. Nie chodzi w stadzie. Powtarza, że jeśli miałby mówić to, co wszyscy, to woli milczeć.

Michnik powiada, że na każdą demokratyczną rewolucję składają się dwie fazy. Faza pierwsza – walka o wolność, faza druga – walka o władzę. Pierwszy etap jest wzniosły i czysty, drugi – na ogół brudny i zdegenerowany. Michnik jest bohaterem pierwszej fazy rewolucji, czego nie odmawiają mu nawet najwięksi wrogowie. A co z drugą fazą? Świat polityki go pasjonuje, ale jako intelektualistę, komentatora, inspiratora, „widza i uczestnika” czy „obserwatora zaangażowanego” w formule zaproponowanej przez Raymonda Arona, a nie jako kogoś, kto ma udział w sprawowaniu władzy publicznej. Mówi: „Nigdy nie chciałem być politykiem. Nie uważałem, że mam do tego jakiś talent”.

Kazimierz Kutz pisał o nim, że „w swoich nieustannych usiłowaniach liberalnego patrioty Adam przypomina czasem Szwejka, choć nie jest tak śmieszny, bo narodu, który mieni się »Chrystusem narodów«, nie stać na takiego bohatera”. Michnik pozostał marzycielem w ulubionej dla siebie formule: „Bądź realistą, chciej niemożliwego”.

› „I nagle się okazało, że wytykane mi przez antysemitów moje żydowskie pochodzenie, zamiast być dla mnie balastem, stało się źródłem mojej siły!”.

Jarosław Kurski: Mówisz, że złamałeś pióro, że wszystko, co miałeś do napisania, już napisałeś. I że teraz koniec. Sporo ukazało się twoich biografii, dużo pamfletów i wywiadów. Potraktujmy to spotkanie jak jedną z naszych rozmów, które toczymy od lat przy rozmaitych okazjach, z wódką i bez wódki.

Adam Michnik: Mam tylko obawę. Wywiady rzeki są skłamane, a ci wywiadowani – nieomylni. Wszystko już dawno wiedzieli, wszystko przewidzieli. Dziś, po rewolucji francuskiej, każdy jest mądrzejszy od Woltera, a po zbrodniach Stalina i doświadczeniach z realnym komunizmem – od Karola Marksa. Ja nie wszystko wiedziałem. Po latach bardzo łatwo jest własną historię upiększyć. To ludzkie. Otóż ja się w takiej roli bohatera wywiadu rzeki nienajlepiej czuję.

Adam, po pierwsze, nie rozmawiamy o tobie, ale o twoich mistrzach, twoich przyjaciołach, twoich intelektualnych przewodnikach. Po wtóre, porównuję to, co pisałeś i mówiłeś kiedyś, z tym, co mówisz dziś. Mogę cię uspokoić, będę cię pilnował. Po trzecie wreszcie, mam poczucie „niedokończenia” i trochę wyrzutów sumienia, że nie zrobiliśmy po Teneryfie książki. Wtedy w obliczu „zbliżającego się końca” mówiłeś tak:

Jestem w zwrotnym punkcie swego życia. Gdy zachorowałem i byłem w szpitalu, pomyślałem, że są rzeczy, których nie domknąłem. Wiele wskazuje na to, że pójdę na tamten świat i nie opowiem tego wszystkiego, co zapamiętałem.

Są dwa impulsy, które mnie do tego pchają. Pierwszy – mam wrażenie, bardzo bolesne, że Jacek Kuroń odszedł i nie opowiedział.

Poza tym obawiam się, że im bardziej oddalamy się od wielu zdarzeń, tym bardziej zwycięża perspektywa, którą bym nazwał albo mitologiczną, albo zmitologizowaną. Mitologiczną – to znaczy, że ludzie w złej wierze wymyślają historię, której nie było. Aby dać prosty przykład – zdrada Okrągłego Stołu, zdrada w Magdalence. Powstaje wrażenie, że tam na szkodę Polski elity się porozumiały, że ci, którzy byli po naszej stronie, pod stołem oddali władzę komunistom, a ci – jak wiadomo – przedtem jej nigdy nie sprawowali w naszym kraju. To oszustwo formułowane na użytek teraźniejszości ma pognębić jednych i wynieść innych.

Natomiast perspektywa zmitologizowana to perspektywa ludzi, którzy – często pisząc w dobrej wierze – nie zadają sobie dostatecznego trudu, żeby wejść w buty tych, którzy wtedy podejmowali decyzje. Żeby spojrzeć przez okulary, przez które tamci ludzie spoglądali.

Impuls drugi. Przez piętnaście lat byłem redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej”, współtworzyłem ją, to pismo odegrało istotną rolę w dziejach naszej Rzeczypospolitej nazwanej po 1989 roku Trzecią. Wydaje mi się, że coś się skończyło w dziejach mojego romansu z „Gazetą”. Zupełnie nie wiem, jak to będzie wszystko wyglądało w przyszłości.

Jestem w stanie mentalnego zawieszenia. Nie wiem, czy wrócę do „Gazety”. Nie wiem, co będzie dalej. Choroba uświadomiła mi to dobitnie. Po raz pierwszy tak namacalnie zrozumiałem, że jestem śmiertelny. Dotychczas empiria mi mówiła, że zawsze umierają inni, a teraz po raz pierwszy zobaczyłem, że już trzeba się oswoić z tym, że się przekroczyło smugę cienia.

Chciałbym mówić kompletnie bez cenzury w sensie politycznej poprawności.

Ku mojemu zdziwieniu było we mnie znacznie mniej strachu przed chorobą i śmiercią, niż na zdrowy rozum powinno być. To był raczej rodzaj pogodzenia się. Myślałem zgodnie z zasadą: „staraj się zmienić to, co możesz zmienić. Staraj się pogodzić z tym, czego zmienić nie możesz. Módl się o to, żeby nie pomylić jednego z drugim”. Irytowało mnie tylko, że pewnych rzeczy nie dopiąłem i już mogę ich nie dopiąć.

Pytacie, czy w trakcie choroby zastanawiałem się nad swoją wiarą bądź niewiarą? Nad tym, co po śmierci, nad rzeczami ostatecznymi. Nie, dlatego że ten rodzaj refleksji mam poza sobą. Nie wierzę, że po śmierci jest cokolwiek. Wierzę, że to, co jest naprawdę, jest za życia. Jeśli mogę powiedzieć o sobie, że jestem człowiekiem wierzącym, to wierzę, że zdajemy egzamin za życia, że pewne normy obowiązują za życia, że musimy żyć wedle pewnego porządku wartości. Dlatego że te normy, wedle których musimy żyć, nie są wymyślone przez nas, tylko przez coś, co jest ponadludzkie. W tym sensie jestem człowiekiem wierzącym, i to jest moja metafizyka.

Co więcej, myślę, że naszym postępowaniem rządzi coś, czego się nie da wyprowadzić wprost ani z naszych potrzeb, ani z pewnych procesów chemicznych, które się dokonują w naszym mózgu. Wierzę, że istnieje coś takiego jak sumienie, które nam nakazuje: masz robić to, a nie co innego. Inni nazywają to Bogiem.

Wyrosłem w kraju kultury chrześcijańskiej czy – mówiąc ściśle – katolickiej i jakby ten krąg kultury jest mi najbliższy. Lecz nie potrafię i nie próbuję intelektualnie ogarnąć czy uwierzyć w to, że jest coś po śmierci. Po śmierci zostaje to, co stworzyliśmy za naszego życia.

Śmierci w ten sam sposób boi się człowiek wierzący, jak i niewierzący. Nie wierzę, poza przypadkami skrajnymi, o których medycyna mówi, że są patologiczne, że można się nie bać śmierci. Natomiast jestem w tej szczególnej sytuacji, że myślę o swoim życiu jak o życiu spełnionym. To znaczy należę do tej kategorii ludzi, którzy uważają, że w życiu od losu dostali znacznie więcej, niż na to zasłużyli. Że w życiu miałem znacznie więcej sukcesów, niżby to wynikało z moich realnych dokonań i starań. Dlatego będę odchodził, jeżeli oczywiście po drodze nic nie spieprzę, w poczuciu, że przeżyłem życie dobrze. Przynależę do takiej formacji i generacji, która – jako jedyna za ostatnie trzysta lat z okładem historii Polski, poza pokoleniem legionistów – może powiedzieć o sobie, że dożyła zwycięstwa tego, o co walczyła. Formacji, która podjęła walkę wtedy, kiedy w zwycięstwo i sens tej walki nikt nie wierzył, bo wydawała się jakąś fantasmagorią, czymś niemożliwym do zrealizowania.

Poza tym – mieliśmy więcej szczęścia niż legioniści, bo nie sięgnęliśmy po władzę czy też nie utrzymywaliśmy władzy siłą, nie mieliśmy swojego zamachu majowego, twierdzy brzeskiej, sfałszowanych wyborów i swojej Berezy. Nawet jeżeli jest wśród nas niemało frustracji, żalu i niespełnienia.

Czy ja jestem w czepku urodzony? Wiele razy w życiu miałem takie poczucie metafizyczne, że jakby mam niepisany pakt z Panem Bogiem, że Pan Bóg mi mówi: ty masz się przyzwoicie i godnie zachowywać, a resztę ja biorę na siebie...

Ale że jestem w czepku urodzony, to poczułem, dopiero kiedy wyszedłem z więzienia w 1984 roku. Miałem wrażenie, że właśnie mnie się najbardziej udało, wyszedłem z celi żywy i zdrowy, nie dałem dupy. W więzieniu napisałem ze trzy książki. Pisząc swoje teksty, jakoś tam byłem współobecny w tym wszystkim, co robili koledzy na wolności, w podziemiu. A jednocześnie miałem kilka pomysłów, które były ryzykowne, które często były mniejszościowe, ale które się sprawdziły.

Po pierwsze – uważałem, że w naszej walce trzeba odrzucić przemoc. Wcale nie wszyscy tak myśleli po 13 grudnia, to był mój spór z Jackiem Kuroniem, który pisał, że trzeba frontalnym atakiem iść na centralne ośrodki władzy. Odpowiedziałem polemiką „Czy nagła zmiana, czy długi marsz?” i zwyciężyła w sposób oczywisty strategia długiego marszu, zwyciężyła podwójnie: taką strategię wybrali przywódcy podziemia, a po wtóre – bieg zdarzeń historycznych potwierdził, że gwałtowne uderzenie wywołałoby gwałtowną reakcję, która skończyłaby się nie wiadomo czym. Mówiłem tak: mamy do czynienia z żywiołem. Powtarzałem uparcie ten wiersz Miłosza, że „lawina bieg od tego zmienia/ po jakich toczy się kamieniach”. Więc chciałem być jednym z tych kamieni, które zmienią bieg lawiny. Napisałem w którymś z moich tekstów, że choćby nawet to miał być kamień wyrzucony na szaniec. Dzisiaj to brzmi może nazbyt patetycznie, ale rzeczywiście wtedy to wszystko pachniało krwią.

Nigdy nie miałem lęku, że przeze mnie będą ginęli ludzie. To mnie odróżniało od Jacka. Nigdy nie byłem – na takiej zasadzie jak Jacek czy Wałęsa, czy Bujak – liderem ruchu. Zawsze w tym ruchu odgrywałem istotną rolę, ale była to rola ideologa. Mówiłem Kuroniowi: „Stoisz na czele walki, ja zadaję się z intelektualistami, staram się tak pracować, żeby kultura była składnikiem tego ruchu, bo tylko wtedy będzie naprawdę trwały i naprawdę potrzebny ludziom, a nie tylko nam samym”.

Nie, nie jestem pacyfistą. Odmowa przemocy w czasach „Solidarności” to nie był pacyfizm. Jestem z wykształcenia historykiem, wiem, do czego prowadzą wielkie zmiany, które się przeprowadza przemocą, czy to będzie rewolucja francuska, czy rewolucja bolszewicka. Wiadomo, że zmiany wymuszane przemocą zawsze prowadzą do tego, że na miejsce jednej przemocy przychodzi inna przemoc. To pisała Simone Weil: sprawiedliwość jest zawsze uciekinierką z obozu zwycięzców.

Panicznie się bałem, że to samo może się stać z ruchem „Solidarności”. Co więcej, przecież nie jestem panienką od Świętej Zyty. Wiedziałem, że są sytuacje, które rodzą przemoc. Ale mnie chodziło o to, żeby ten ruch nie był zarażony przekonaniem, że przemoc jest czymś moralnie obojętnym, czymś, co można bezkarnie stosować zawsze, w każdej sytuacji, że to jest sposób rozwiązywania problemów społecznie i moralnie usprawiedliwiony. Cel nie uświęca środków.

Przecież też nie jest tak, że uważam, iż w życiu publicznym nigdy nikt nie kłamie. Czasem uważam kłamstwo za dopuszczalne. Ale nie mogę przyjąć, że kłamstwo staje się środkiem normalnie stosowanym, czymś, co w ogóle nie podlega krytyce, że kłamstwo w walce politycznej jest równoważne moralnie z prawdą.

Jak definiuję swoje poglądy polityczne i społeczne? Dzisiaj te słowa strasznie się wytarły. Dzisiaj już trochę nie wiadomo, co jest prawicą, co lewicą, kim są konserwatyści, a kim liberałowie. To coraz mniej znaczy. Gdybym miał to rzucić na mapę europejską, to bym powiedział, że jestem skrajnie prawicowym socjaldemokratą. Natomiast gdybym to miał zdefiniować po swojemu, to bym powiedział, że jestem konserwatywno-liberalnym socjalistą, jak to napisał Leszek Kołakowski w swoim znanym tekście.

Dwadzieścia dwa lata temu miałeś taki stan ducha i umysłu. Czy teraz dokonałbyś jakichś korekt?

Dziś myślę tak samo jak wtedy. Wiele zjawisk mnie zaskoczyło, ale żadne z tych zaskoczeń nie skłoniło mnie do zmiany systemu wartości. Czy to nie jest potwornie nudne powtarzać to samo przez trzydzieści lat?

Raczej trochę megalomańskie, bo to by znaczyło, że ty się w niczym nie pomyliłeś.

Wielokrotnie się myliłem w diagnozach, ocenach czy prognozach, na przykład dotyczących Kościoła matki naszej czy dynamiki procesów w Rosji, ale wydaje mi się, że ja się nigdy nie pomyliłem co do zasad. W ocenach – nawet błędnych – zawsze kierowałem się tymi samymi zasadami.

To, co mnie uderza w twoim wyznaniu, to upieranie się przy walce bez przemocy. Tymczasem jako wieloletni więzień mogłeś w gruncie rzeczy nagromadzić w sobie wiele resentymentu i chęci odwetu. Nawet swój kpiący list do Kiszczaka, napisany w grudniu 1983 roku z więzienia, kończysz tak: „Sobie zaś życzę, abym – tak jak zdołałem w Otwocku dopomóc w uratowaniu życia kilku Pańskim podwładnym – umiał być na miejscu w samą porę, gdy Pan będzie zagrożony, i zdołał także Panu dopomóc. Abym umiał raz jeszcze być po stronie ofiar, a nie wśród oprawców. Choćby potem nadal miał mnie Pan zamykać w więzieniu i nadal zdumiewać się moją głupotą”.
Skąd u ciebie przeświadczenie o konieczności pokojowej walki? To wcale nie było oczywiste.

Kształtowałem swoją polityczną dojrzałość na analizie tego, co się stało z sanacją. Przecież to byli wyjątkowi ludzie, którzy się angażowali w sposób równie nonkonformistyczny jak potem Jacek Kuroń czy Karol Modzelewski. Pisałem o tym trochę w Cieniach zapomnianych przodków.

Myślisz o Walerym Sławku? O Aleksandrze Prystorze? O Eugeniuszu Kwiatkowskim?

O Piłsudskim przede wszystkim, o tych, którzy konspirowali, którzy w podziemiu drukowali „Robotnika”, którzy jak Tadeusz Hołówko działali w PPS-ie. To byli wspaniali ludzie, a potem bronili procesów brzeskich wymierzonych w posłów opozycji! Wiedziałem, że przemoc rodzi przemoc. Co ważniejsze jeszcze – moje dojrzewanie polityczne to było doświadczenie z bolszewizmem. To była tradycja domowa. Musiałem sobie postawić pytanie, co się stało z moim ojcem, który jako dziewiętnastoletni człowiek wstąpił do kompartii i spędził za to osiem lat w więzieniu. Siedział z towarzyszami, którzy po wojnie zaangażowali się w służbę państwowego terroru, w zakłamanie, w oszustwa wyborcze, w pogardę dla godności ludzkiej. Doszedłem więc do wniosku, że dehumanizacja przeciwnika w istocie dehumanizuje mnie! Jeżeli ja nie potrafię myśleć o świecie bez nienawiści i nie potrafię jej przekroczyć, to sam jej ulegnę i sam siebie zdeprawuję.

Rozumiałeś, że status ofiary nie chroni przed tym, by samemu stać się oprawcą.

Więcej nawet. Napisałem w jakimś tekście, że ci, którzy dziś burzą Bastylię, jutro będą budować własne Bastylie i zamykać w nich przeciwników. I nawet w mojej polemice z Traktatem o gnidach Piotra Wierzbickiego – Gnidy i anioły z 1979 roku, czyli napisanej jeszcze ho, ho przed wolnością – cytowałem legionową piosenkę:

Nie trzeba nam od was uznania

Ni waszych serc, ni waszych łez,

Przeminął już czas kołatania

Do waszych kies. J...ł was pies.

To w 1914 roku śpiewali młodzi legioniści z inteligenckich domów, którzy odłożyli kajety i chwycili za broń, ale społeczeństwo potraktowało ich zimno i nieufnie. Odpowiedzieli mu młodzieńczą pogardą. Niestety, tym samym tonem pogardy były później wydawane rozkazy uwięzienia przeciwników politycznych w twierdzy brzeskiej.

II RP miała swoich krytyków, swoich „trutni”, co to wypisywali jakieś Przedwiośnia i opowiadali o utopii szklanych domów. Nie porównuję cię do Żeromskiego, ale ty też jesteś takim „trutniem”, co to się trzyma swoich racji, nie chce iść z duchem czasu, słowem – szargasz świętości, bronisz złej sprawy.

Czego na przykład?

Ojej, Jana Pawła II, kardynała Stefana Wyszyńskiego, Lecha Wałęsy, Romana Polańskiego, Leszka Maleszki, Maszy Potockiej, Romana Giertycha, Leszka Moczulskiego, Kostka Niesiołowskiego – nie mówiąc już o komunistach: Urbanie, Jaruzelskim czy Kiszczaku. Z jednej strony Kościoła, z drugiej postkomunistów.
A mnie jeszcze dodatkowo złości, że ty, będąc flekowany za kosmopolityzm i narodowy nihilizm, za „lżenie Polski”, ciągle bronisz Polski przed Polakami i wreszcie samych Polaków bronisz. Doszedłem do wniosku, że ty, Adam, po prostu jesteś chory...

...tak, wiem. Jestem chory na Polskę, ale to nie jest taka zła choroba. Znam gorsze.

Ale to jednak nieustanna gorączka. Wiesz, że „żółć” to najbardziej polskie słowo? Składa się z typowo polskich liter, wszystkie ze znakami diakrytycznymi.

Gdybym ja z Polską nie miał kłopotów, to nie byłbym tam, gdzie jestem. A jestem w dobrym miejscu. Udało mi się. Mam poczucie, że przeżyłem wielką przygodę, począwszy od Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności, przez „komandosów”, Marzec ’68, więzienie, KOR, „Solidarność”, drogę do wolnej Polski przez Okrągły Stół. A potem była przygoda z „Gazetą Wyborczą”. No powiedz, komu jeszcze się tak udało?

Spełniony jestem. Byłem w cieniu ludzi polskiej niepodległości, insurekcji, polskiej rewolucji i chciałem żyć na ich miarę – bezkompromisowo. Nie potknąłem się.

Nie zapomnę mojego listu do Kiszczaka i nieustępliwości w sprawie Jedenastki. To dla mnie osobiście były zasadnicze momenty. Mam poczucie, że w kluczowych momentach, w więzieniu, zachowałem się jak trzeba.

A wiesz dlaczego? Między innymi dlatego, że gdybym wtedy przy sprawie Jedenastki pękł, wyszedł z celi i zaczął z komunistami negocjacje, tak jak tego chciał Episkopat, koledzy z KOR-u i z „Solidarności”, to ludzie by nie mówili, że „o, skurwysyny złamali naszego Adasia”. Mówiliby, że „ten Żyd Michnik dał dupy”.

I nagle się okazało, że wytykane mi przez antysemitów moje żydowskie pochodzenie, zamiast być dla mnie balastem, stało się źródłem mojej siły!

Ojciec ci powtarzał, że póki za działalność dają wyroki sądowe, możesz być z tymi, którzy kroczą w pierwszej linii. Ale gdy zaczynają rozdawać posady rządowe, to trzymaj się od tego z daleka.

Pod tym względem jestem nieodrodnym synem Ozjasza Szechtera. Aleksander Kwaśniewski proponował, bym został szefem jego kancelarii. Powiedziałem: „Olek, nie!”. Nie chciałem tego.

Byłbyś niemądry, gdybyś zamienił pozycję wpływowego redaktora naczelnego „Wyborczej” na pozycję urzędnika, nawet wysokiego szczebla.

Nigdy nie robiłem nic koniunkturalnie. Jeżeli wyciągnąłem rękę do Jaruzelskiego, to niekoniunkturalnie, bo on wtedy nikim ważnym już nie był. Jeżeli występowałem w obronie Jana Pawła II, to niekoniunkturalnie, bo on już wtedy nie żył. Nie mógł mi się odwdzięczyć.

Nigdy nie bałem się być w mniejszości i nigdy nie zabiegałem o jakiekolwiek przywileje dla siebie. To, co mi się udało w życiu najbardziej, to to, że nie wziąłem akcji Agory. Mam wrażenie, że mnie ludzie za to szanują. Nie stałem się multimilionerem, a i tak mi wystarcza do pierwszego. Mam wspaniałe dzieci i Polska jest europejska, i wolna. I jeśliby jej się coś złego przydarzyło, to raczej dlatego, że zniszczą ją sami Polacy.

Udało mi się i mogę już umierać.

Nie tak prędko, Adam! Umrzeć to łatwizna, a tu czeka robota. Chciałbym jeszcze pogadać.PRZYPISY

Dokładny cytat brzmi: Mais il faut avoir conçu l’équilibre et être toujours prêt à changer de côté comme la justice, „cette fugitive du camp des vainqueurs”. (Trzeba jednak pojąć równowagę i być zawsze gotowym zmienić stronę, jak sprawiedliwość – „ta uciekinierka z obozu zwycięzców”). S. Weil, La Pesanteur et la Grâce, Librairie Plon, 1948.

L. Kołakowski, Jak być konserwatywno-liberalnym socjalistą?, „Aneks” nr 20, 1979.

Chodzi o jedenastu dysydentów, których władze PRL-u w 1983 i 1984 roku wciąż więziły, pomimo lipcowej amnestii. Tymi przywódcami „Solidarności” i KOR-u, oskarżonymi o rzekome usiłowanie „obalenia przemocą ustroju”, byli: Andrzej Gwiazda, Seweryn Jaworski, Marian Jurczyk, Karol Modzelewski, Grzegorz Palka, Andrzej Rozpłochowski, Jan Rulewski, Jacek Kuroń, Zbigniew Romaszewski, Henryk Wujec i Adam Michnik. To właśnie Michnik 12 grudnia 1983 roku listownie odmówił ministrowi spraw wewnętrznych generałowi Kiszczakowi emigracji na Zachód, którą to władze oferowały całej Jedenastce, aby pozbyć się w ten sposób „wichrzycieli” z kraju.

Maszynopis rozmowy ze zbiorów prywatnych Adama Michnika, spisany po francusku przez Annie Daubenton, w tłumaczeniu Jolanty Kawy.

T. Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 2010.

Specyfika stalinowskich procesów moskiewskich (1936–1938) polegała na wykorzystywaniu sądów jako narzędzia do fizycznej eliminacji opozycji politycznej i zastraszania społeczeństwa poprzez wymuszone torturami i szantażem zeznania. Eliminacja starej gwardii miała charakter publiczny, nosiła pozór praworządności, wyroki były jednak z góry ustalone i natychmiast po procesie wykonywane, na ogół przez rozstrzelanie.

BBWR (1927–1935) – Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Założony przez Walerego Sławka, skupiał zwolenników sanacji i był zapleczem politycznym Józefa Piłsudskiego. Wspierał autorytarne rządy.

„Gazeta Wyborcza” z 22 stycznia 1999.

„Nasz Dziennik” z 26–27 czerwca 2010.

List 34 – protest polskich intelektualistów i pisarzy (między innymi Antoniego Słonimskiego, Marii Dąbrowskiej i Melchiora Wańkowicza) złożony w marcu 1964 roku na ręce premiera Józefa Cyrankiewicza. Sygnatariusze sprzeciwiali się zaostrzeniu cenzury oraz ograniczeniom w przydziale papieru na druk.

Nazywany niekiedy Listem 15. Pismo zredagowane przez Zbigniewa Herberta i Zygmunta Mycielskiego w grudniu 1974 roku, a podpisane między innymi przez Antoniego Słonimskiego, Jacka Bocheńskiego i Wiktora Woroszylskiego, zawierało żądanie umożliwienia Polakom na Wschodzie swobodnych praktyk religijnych, kontaktu z ojczystą kulturą oraz otwarcia polskich szkół.

K. Wierzyński, Wstążka z „Warszawianki”, K. Wierzyński, Poezje zebrane, zebrał W. Smaszcz, Białystok 1994.

A. Michnik, Odlot malowanego ptaka, „Gazeta Wyborcza” z 15 marca 2009.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij