Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Adela - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
44,99
4499 pkt
punktów Virtualo

Adela - ebook

Czy miłość usprawiedliwia każdą decyzję?

Jest koniec 1929 roku. Gdański przestępca Adam Jabłoński wraca do miasta po dwunastu latach nieobecności. Tu jego drogi krzyżują się z Adelą Kramer, która ledwie wiąże koniec z końcem, opiekując się niewidomą matką i dużo młodszą siostrą, a w dodatku musi spłacić dług, który zaciągnęła przed rokiem.

Adela zostaje kochanką Adama, za co dostaje zapłatę. Wkrótce jednak uświadamia sobie, że zaczyna się w nim zakochiwać. Czy człowiek tak zimny jak Jabłoński mógłby poczuć do niej coś więcej? Dlaczego nie chce mówić o swojej przeszłości i jaki jest powód jego powrotu do Gdańska?

Czy ta znajomość ma szansę na szczęśliwe zakończenie, czy przyniesie im tylko więcej cierpienia?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788383177298
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

– Nie mam jak zapłacić, proszę szanownego pana.

Te słowa wybrzmiały tuż po nonszalanckim obmacaniu wszystkich kieszeni marynarki. Zewnętrzne, wewnętrzne – nic. Ani śladu portfela, który przecież zawsze nosi przy sobie, najczęściej nie dbając o to, że najbezpieczniejszy byłby w wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Proszę nie stroić sobie żartów.

Na blondwłosego mężczyznę gniewnie patrzyło dwoje surowych oczu. Ich wielkość podkreślały okrągłe oprawki okularów.

Tak, zjadł tu, w luksusowej restauracji polskiego Hotelu Continental. Zamówił sznycel z zestawem surówek, a potem ciastko wiedeńskie i kawę, bo zawsze pił ją po obiedzie. Dochodziła piętnasta, tak przynajmniej wskazywał zegar zawieszony na ścianie. Spojrzał na zegar w zadumie, a potem uśmiechnął się rozbrajająco.

– Nie stroję sobie żartów: nie mam portfela, choć zawsze go ze sobą noszę. To oznacza tylko jedno, proszę szanownego pana.

Skłonił się kelnerowi, wciąż siedząc.

– Mam jednak część pieniędzy na górze, w pokoju. Możemy się tam udać.

– Owszem, udamy się tam. Razem z mundurowymi.

Blondwłosy mężczyzna znów pochylił się w geście uprzejmości.

– Jak sobie szanowny pan życzy.

Ta pełna życzliwości postawa zbiła kelnera z tropu. Niewielu tu takich przychodziło. W hotelowej restauracji zwykle stołowali się szacowni goście, którzy usłyszawszy o policji, zrobiliby awanturę. A przede wszystkim nie zachowaliby takiego spokoju w obliczu tak niezręcznej sytuacji. Dlatego kelner, choć pełen determinacji, zawahał się, czy rzeczywiście powinien wzywać szupowców¹. Może sobie narobić kłopotów, jeśli zadrze z ważną personą.

Bo ten człowiek, przystojny, na oko czterdziestoletni, blondyn, od pierwszego wejścia do restauracji robił wrażenie. Nie dlatego że miał czarującą twarz czy bystre spojrzenie. Ani nawet dlatego że przychodził tutaj od miesiąca, by spróbować wszystkich dań z karty. Ani też z powodu niezwykłej uprzejmości, jaką obdarzał kelnerów. Po prostu w jego postawie była swoboda, charakterystyczna dla ludzi ważnych, może nawet niebezpiecznych. Nikt o niego nie dopytywał, bo w hotelu przebywało wielu gości, również zagranicznych, a część z nich ceniła dyskrecję. Cenili ją również kelnerzy, w tym ten okularnik o suchej twarzy. Toteż, zawahawszy się przez chwilę, niedbale machnął ręką.

– Obejdzie się bez mundurowych. Proszę tu zostać, poproszę recepcjonistę i razem pójdziemy na górę. Który pokój pan zajmuje?

– Dwudziesty drugi, proszę szanownego pana.

Blondyn otworzył sejf i wyjął z niego odliczone guldeny, a po namyśle dorzucił też kilka fenigów napiwku. Wręczył pieniądze purpurowemu ze wstydu kelnerowi.

– Proszę bardzo. Macie tu cudowne ciastka wiedeńskie. Proszę koniecznie przekazać cukiernikowi wyrazy uznania.

– Nie przyjmę napiwku, nie mogę. Ja pana postraszyłem szupo, a wygląda na to, że naprawdę ukradli panu portfel. Może powinniśmy zgłosić w pańskim imieniu tę haniebną kradzież?

– Nie trzeba, sam zgłoszę, jeśli będzie taka potrzeba. Nalegam, aby szanowny pan wziął te pieniądze, przydadzą się. Proszę to zrobić w ramach zadośćuczynienia za tę wariacką propozycję z mundurowymi.

Roześmiał się swobodnie, a kelner – znów pod jakimś dziwacznym urokiem nieznajomego – wziął guldeny, a po namyśle również fenigi, i schował je do kieszeni. Jednocześnie pomyślał, że z tym gościem mogą być kłopoty, bo jest on kimś niezwykłym, przybyłym z innej rzeczywistości. Ta myśl zaledwie jednak go musnęła, zawisła nad nim na moment, by po chwili ulecieć. Z ust kelnera padło tylko jedno pytanie z nią związane:

– Przyjechał pan z zagranicy?

– Zależy, jak na to spojrzymy, to kłopotliwe pytanie. Jestem Polakiem, proszę szanownego pana. – Gość roześmiał się serdecznie.

Ale w jego oczach mignęło coś niebezpiecznego – iskra niepokoju, że kelner śmie go pytać o prywatne sprawy. Tak, to się mężczyźnie z pokoju numer dwadzieścia dwa zupełnie nie spodobało. Dlatego jego śmiech urwał się nagle, a gładka twarz stężała. Kelner zrozumiał, że pora iść; mówiła mu o tym nie tylko mina gościa, ale również cisza, która nagle zapadła między nimi. Hotelowy recepcjonista towarzyszący im w drodze na piętro, stojący teraz w progu pokoju, już zaczął się wycofywać, przepraszając za upokarzające najście.

– Nie ma za co, proszę szanownych panów. Nie ma za co, naprawdę. Proszę już nie przepraszać, zdarza się i tak. Przecież nie mogą panowie ufać wszystkim gościom... Nie, nie powinni panowie, zdecydowanie. Proszę przekazać wyrazy uznania cukiernikowi. Proszę nie zapomnieć.

Mężczyzna skłonił się jeszcze dwukrotnie, wypowiedziawszy te słowa. Zamknął za sobą drzwi, zostawiając obsługę w niejasnym poczuciu zmieszania, zawstydzenia i podziwu.

Rzucił się na łóżko w ubraniu i butach, już nie dbając o dobre wrażenie. Przez chwilę patrzył w sufit, ale jego poważną twarz zaraz rozjaśniła niewiarygodnie zabawna myśl. Roześmiał się głośno, sięgając po nabitą fajkę.

– Ironia losu – szepnął, wkładając ustnik między zęby i zapalając zapałkę.

Poprawił poduszki i usiadł wygodnie wśród nich. To przecież on niegdyś zajmował się kradzieżą portfeli. Umiał to robić, nauczony, że każdego człowieka da się okraść tak, by tego nie zauważył. Wystarczyło nabyć delikatności ruchów i powabu, który pozwalał się zbliżyć do ofiary. Teraz, gdy palił w odprężeniu fajkę, przypominał sobie wszystkie rozmowy w knajpach. Wybierał jednego z pijących samotnie, dosiadał się do niego przy barze i zaczynał rozmowę o życiu. A jakże był w tych rozmowach pragmatyczny, kiedy trzeba! Innym razem rozmarzony – słowem: dostosowywał się do sytuacji. Pił z kompanem niedoli, narzekając na życie, na biedę albo rozpad małżeństwa, choć nigdy nie był żonaty. Potem ukradkiem wyciągał portfel albo ściągał z nadgarstka delikwenta zegarek. Robił to tak zręcznie, że okradany nic nie zauważał.

Albo te wszystkie dziwne wypadki, kiedy to – niby zamyślony – wpadał na jakiegoś dobrze ubranego obywatela.

– Och, najmocniej przepraszam! – Uśmiechał się ze sztucznym zawstydzeniem.

– _Was für ein dummer Pole!_²

– _Ich entschuldige mich aufrichtig._³ – Odpowiadał wówczas czystą jak łza niemczyzną.

Kłaniał się przy tym, uchylając kapelusza. Myślał z rozbawieniem, że ma już portfel, zdołał wyjąć go niezauważenie i schować do kieszeni marynarki. Odchodził w poczuciu zadowolenia, tym większego, im bardziej nieprzyjemny zdawał mu się okradany.

Teraz sam stał się w tym mieście ofiarą, choć Gdańsk, którego niegdyś był obywatelem, nie miał przed nim tajemnic. W czasach swojej świetności dyskretnym skinieniem głowy witał się w śródmieściu z przedstawicielami wyższych warstw półświatka. Tymczasem po latach Wybrzeże wystawiło mu rachunek. Dobrze, że ma jeszcze sejf, a w sejfie większość pieniędzy, które wziął ze sobą. Niech szlag trafi ten portfel.

Wciąż trzymając w ustach fajkę, wstał i zbliżył się do okna. W kontrze do obcego już miasta ona – ta dziewczyna – jedyna przyjazna dusza w tym mieście. Dawni interesanci siedzą w areszcie, potracili życie w porachunkach albo już go nie rozpoznają. Przez dwanaście lat zdążył się zmienić. Choć wiek na co dzień wcale mu nie ciążył, czasem mężczyzna stawał – tak jak teraz – przy oknie i, patrząc w stronę dworca kolejowego, dotykał dłonią pooranego zmarszczkami czoła. Gdy stąd wyjeżdżał, było gładkie. I nie palił wówczas tyle tytoniu. W ogóle był innym człowiekiem.

Znów spoważniał. Niechciane myśli napływały mu do głowy mimochodem, więc próbował je odeprzeć. Nie miał zamiaru skupiać się na sobie ani na misji, która przywiodła go z powrotem do rodzinnego miasta, chociaż ten cel stawał przed jego oczami za każdym razem, kiedy kładł się wieczorem do snu. Mężczyzna podporządkował całe życie jednemu zadaniu, wymagało ono jednak nie tylko poświęcenia, ale też czasu i cierpliwości, której czasem mu brakowało. Wyjrzał przez okno, znów przypominając sobie o portfelu. Czuł, że w tym mieście musi się mieć na baczności: nie wolno mu zapominać o przyziemnych sprawach.

Widok z okna rozciągał się na szeroki plac, którego punktem centralnym był dworzec kolejowy. To właśnie tu przyjechał przed miesiącem. Jeszcze wtedy powiewały na drzewach żółknące liście, a przez okna pociągu wpadały żywe promienie słońca. Miasto wydawało się wówczas mniej obce, niemal takie, jakim mężczyzna zostawił je przed laty. Tylko zmrok zapadał coraz szybciej, a wraz z wieczornymi mgłami z czeluści uliczek wychodziły męty i przechadzały się tam, gdzie za dnia kręcili się zwykli obywatele.

W ciągu miesiąca plac się zmienił. Coraz częściej zdarzały się pełne mrozu listopadowe poranki, trudne do zniesienia dla ludzi oraz zwierząt, bo stojącym w miejscu koniom zaprzęgniętym do dorożek dokuczliwie marzły cienkie nogi. Delikatne boki zwierząt falowały; przy każdym wdechu uwidaczniały się ich żebra. Woźnice ukradkiem raczyli się gorzałką, niezadowoleni z opóźnień pociągów. To wszystko mężczyzna mieszkający w Continentalu widywał codziennie – czasem z góry, z okna hotelowego pokoju, a czasem z ulicy, gdy akurat dokądś zmierzał. Mróz nie był mu straszny – znalazł schronienie u styku ulic Elisabethkirchengasse i Stadtgraben, zwanej przez Polaków Podwalem, i nie zmienił go od dnia przyjazdu ani razu, na nic się też nie uskarżał.

Pokój gęstniał w szarości zapadającego mroku; tylko od czasu do czasu rozżarzał się jeden nieduży punkt – komin fajki. Przyjezdny powoli się godził z utratą portfela. Zresztą prawie ze wszystkim umiał się już pogodzić, stracił w życiu o wiele więcej. Czasem, gdy stawał przy oknie i patrzył w dół na przechodniów, próbował odgadnąć, czy kiedykolwiek któregoś z nich spotkał. Może dwanaście lat wcześniej zwinął portfel jednemu z tych eleganckich kapeluszników kłaniających się damom w pas. A może kilkanaście lat temu targował się o coś ze starym Żydem zmierzającym w stronę dworca. Czuł coś w rodzaju wyższości, kiedy tak obserwował wszystkich z góry. Doznawał wrażenia, że jest kimś innym, niż jest, chyba nawet o tym marzył. Mógł sobie wymyślić dowolny życiorys i powód, który go przywiódł do tego tłocznego miasta. Nikt o niego nie pytał. Minęło zbyt wiele czasu i nikogo już nie obchodził.

Z jednej strony dawało mu to poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej – nocami trawiła go samotność. Próżno szukał ukojenia, przychodziło tylko na chwilę, a potem jego stan znów się pogarszał, zwłaszcza kiedy wypił za dużo koniaku czy rumu. Wtedy wpadał w apatię.

– Co do cholery... – mruknął, przysuwając się do szyby.

Nie zdążył się całkiem oswoić z kradzieżą portfela, a już czyhało na niego nowe potencjalnie nieprzyjemne zdarzenie, bo właśnie takie było to miasto i takie było jego życie. Zmrużył oczy, lecz i bez tego doskonale rozpoznawał kobietę idącą szerokim Podwalem. To z nią sypiał od trzech tygodni, choć wolał myśleć, że zwyczajnie ratuje ją od biedy, dając pieniądze w zamian za dyskretne spotkania. Przechodziła pod oknami jego pokoju jak gdyby nigdy nic, jakby nie miała nic wspólnego z Hotelem Continental. Jakby jej zgrabne ciało nie wyginało się na hotelowym łóżku, a dłonie nie trzymały szklanki wypełnionej koniakiem, który podawał jej za każdym razem, gdy przychodziła.

– To na rozgrzanie. Zimno dzisiaj, prawda? – Zagadywał, delektując się jej uśmiechem.

Poznawał pełne gracji ruchy, a także jasny kapelusz, który niedawno kupiła. Jego odcień pasował do karnacji i koloru włosów kobiety. W ogóle była osobą pełną gracji, choć skromną, łatwo wpadającą w nieśmiałość. Porzucała ją w hotelowym pokoju, zrzucała z siebie wstyd jak sukienkę. Oprócz ładnego ciała miała też apetyczny charakter.

W pewnym momencie przystanęła przed niewysokim płotkiem odgradzającym skwer od chodnika i odwróciła się w stronę spoglądającego na nią mężczyzny. Zdążył jednak zasłonić okno firanką, więc go nie wypatrzyła. Stała tam niepewnie, niczym samotna wyspa, z jej postawy bił niepokój. Podszedł do niej niewysoki mężczyzna, przy niej wręcz śmiesznie niski, ale ubrany tak charakterystycznie, że obserwator poczuł lodowate ukłucie niepokoju. Oczywiście mogła sypiać, z kim chciała, nawet z łajdakami, lecz w takim razie powinien zrezygnować z jej towarzystwa – tak wtedy nienawistnie pomyślał, mimo woli zwijając dłoń w pięść. Wolno jej było pójść za każdym, nawet za tym szkaradnym łachmaniarzem wyglądającym, jakby wyszedł wprost z aresztu. Hotelowy gość przypatrywał się rozpiętej skórzanej kurtce, kraciastej chuście okalającej szyję łajdaka i nisko nasuniętemu na czoło kaszkietowi. Choć nie wszystko dobrze dostrzegał z tej odległości, najważniejsze stało się dla niego jasne: nic nie wie o kobiecie, z którą sypia, oprócz tego, że właśnie spotkała się przed Hotelem Continental z jakimś gdańskim Mochum lub Louisem, jak nazywano margines społeczny w tym mieście. Ludzi, których porządni Gdańszczanie unikali jak ognia.

Przez chwilę obserwował czujnym okiem rozmowę tej dziwnej dwójki. Przechodnie schodzili im z drogi, przechodzili na drugą stronę Podwala w skupieniu, jakby nie dostrzegali dziwnego dysonansu między elegancko ubraną damą a niechlujnym mężczyzną. Prawdę mówiąc, nie chcieli widzieć ani tego, ani niczego, co mogło im w jakiś sposób zaszkodzić. Zajmowali się swoimi sprawami i problemami, których zwykle było bardzo dużo. Co im tam jakiś Mochum i obca kobieta, skoro nie mieli pracy albo drożyzna smagała ich po portfelach. Pilnowali tylko tego, by nie podpadać takim jak on, więc trzymali się z daleka, bez dociekania, czy kobieta w towarzystwie takiego łajdaka nie potrzebuje pomocy.

Rozmowa toczyła się spokojnie, ale im więcej podpatrywał z góry hotelowy gość, tym drobniejsze szczegóły wzbudzały w nim niepokój. Kobieta gestykulowała, mężczyzna zaś przypatrywał się w skupieniu każdemu ruchowi, jakby czekał na aprobatę. Teren wokół nich powoli pustoszał, wypełniał się za to szeroki chodnik rozciągający się równolegle do szpaleru kamieniczek. Nadchodziła godzina zapalania latarni, ale Podwale wciąż nie rozbłysło światłem. Od strony dworca do Continentalu zmierzała grupa mężczyzn z walizkami, widocznie na stację zajechał pociąg, który jednak próżno było namierzyć wzrokiem.

Gość Continentalu stojący przy oknie poczuł się zawstydzony: pospieszył się z wnioskami. Ta dwójka ze sobą nie sypiała, jednak z pewnością dobrze się znała, może nawet z dzieciństwa. Patrzył na nich czujnie, co utrudniała mu szaruga wieczoru, a ułatwiał świetny zmysł obserwacji. Na ludziach to on się znał. Dzięki swojej wiedzy mógł stwierdzić z całą stanowczością, że kobieta świadomie naraża się na niebezpieczeństwo.

Ledwie zdołał to wywnioskować, gdy rozmowa przybrała niekorzystny obrót. Firanka ponownie się rozsunęła, a mężczyzna przypadł do szyby, nerwowo bębniąc palcami o parapet. Odłożył fajkę z narastającą frustracją, że nie może ani pomóc kobiecie, ani oderwać wzroku od niskiego tyrana, który nagle chwycił smukłe ramię i zaczął nim potrząsać, przeszukując wolną ręką kieszenie jasnego płaszcza. Obserwator nie mógł słyszeć podniesionych głosów, lecz reakcja przechodniów uzmysłowiła mu, że między parą wybuchła gwałtowna kłótnia.

Resztę zdarzenia Adam Jabłoński – gość Hotelu Continental mieszkający pod numerem dwudziestym drugim – pamiętał jak przez mgłę. Mochum wyciągnął nóż i – nie wypuszczając ramienia damy z silnego uścisku – zadał jej cios poniżej żeber. Nie mogła się bronić, zresztą nie spodziewała się takiego obrotu zdarzeń, gdyż dopiero w ostatniej chwili, kiedy ostrze zagłębiło się w jej boku, dotknęła męskiej ręki, osuwając się jednocześnie na chodnik. Palcami wymacała rękojeść krótkiego nożyka, który po chwili wysunął się z jej ciała, bo nie został w nie wepchnięty nawet do połowy. Podniosła okrwawioną dłoń – na twarzy odmalował się szok. Jabłoński wiedział, że wszystko przestało się dla niej liczyć: przyglądający się z bezpiecznej odległości ludzie, uciekający Podwalem łajdak, otoczenie. Próbowała się poruszyć, nawet wstać, lecz znów osunęła się na chodnik, gdyż przeszywający ból rozrywał jej tkanki. Nagle zamazał się listopadowy krajobraz, zamglili przechodnie. Umilkł warkoczący w oddali tramwaj, ucichł stukot końskich kopyt na bruku. Na chodniku czerwienił się ślad dłoni.

Zareagował tylko on. Wybiegł z Hotelu Continental jak szaleniec, choć prawie nie znał tej kobiety. Właściwie mógłby powiedzieć, że go nie obchodziła, korzystał z jej ciała, zostawiając w spokoju te wszystkie brednie o romantycznej miłości. A jednak gdy zobaczył nóż wbijany wprawnym ruchem w jej kruche ciało, otworzyła się w nim wciąż niezabliźniona rana. Znów poczuł to samo, co wtedy – przed przyjazdem do Gdańska – kiedy postanowił, że zemsta będzie jego jedyną motywacją do życia.

Ukląkł przy kobiecie jako jedyny. Wziąwszy w ramiona mdlejące, prawie bezwładne ciało, rozejrzał się i krzyknął:

– Niech ktoś wezwie pomoc!

Spojrzał na bladą twarz wykrzywioną w grymasie bólu.

– Nóż wypadł, będziesz żyła. To mała rana. Tylko mi tu nie mdlej – szepnął, próbując zaczerpnąć tchu. – Obudź się, no już! Czemu to tak krwawi, do jasnej cholery?! Boże drogi, po co się zadajesz z takimi ludźmi?! Czy ty nie masz rozumu?!

Tak naprawdę nie miał zamiaru robić jej wyrzutów, przynajmniej nie w takiej chwili, lecz nie panował już nad emocjami. W głębi serca wiedział, że jego strach jest bezpodstawny – kobieta przeżyje, rana nie była śmiertelna. Krzyknął na nią z bezsilności i z tęsknoty za czymś, co bezpowrotnie odeszło z jego życia.

Krzyknął na nią, bo przypomniało mu się, jak umarła kobieta, którą kochał.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij