Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Adolf Hitler - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
55,00
5500 pkt
punktów Virtualo

Adolf Hitler - ebook

August Kubizek w latach 1904–1908 był jedynym przyjacielem Adolfa Hitlera, najpierw w Linzu, a następnie w Wiedniu, gdzie mieszkali w jednym pokoju. W tym czasie kształtowały się charakter i poglądy przyszłego wodza III Rzeszy.

August Kubizek, świadek tego procesu, w swych wspomnieniach stara się być obiektywny, szczery i dokładny. Opisuje między innymi rodzinę Hitlera, młodzieńczą miłość, kontakty z kobietami, pasję malarską, fascynację muzyką i architekturą, zainteresowanie polityką. Relacja Kubizka to niezwykłe źródło historyczne, niezbędne dla wszystkich, którzy starają się rozwikłać fenomen człowieka, który doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18867-9
Rozmiar pliku: 5,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA WYDAWCY NIEMIECKIEGO

W 1951 roku uwagę naszego Wydaw­nic­twa zwró­cił mający pod­ów­czas 62 lata kie­row­nik urzędu miej­skiego w Efer­ding w Gór­nej Austrii, były kapel­mistrz orkie­stry teatral­nej, August Kubi­zek, który w mło­do­ści przez kilka lat utrzy­my­wał bli­ski kon­takt z Hitle­rem. Wiel­kie zna­cze­nie wspo­mnień Kubizka o dyk­ta­to­rze widać było jak na dłoni, choćby dla­tego, że – po pierw­sze – był jedy­nym przy­ja­cie­lem Hitlera za cza­sów jego mło­do­ści, po dru­gie zaś – że prze­ży­cia w okre­sie roz­woju mają znaczny wpływ na dal­sze losy i zacho­wa­nie czło­wieka. Na doda­tek zasad­ni­cze cechy cha­rak­teru w tym sta­dium życia nabie­rają dopiero pierw­szych, deli­kat­nych kon­tu­rów. I tychże zary­sów winni szu­kać bada­cze, jeśli chcą wyja­śnić przy­czyny póź­niej­szych dzia­łań Hitlera jako poli­tyka i męża stanu.

Z tego też powodu Wydaw­nic­two popro­siło Augu­sta Kubizka, by się­gnął po pióro i prze­lał na papier wspo­mnie­nia z daw­nych cza­sów. Naj­waż­niej­szym przy­ka­za­niem miało być dla niego przed­sta­wie­nie czy­tel­ni­kom prawdy, któ­rej wyłącz­nie z kolei winny słu­żyć także i te wspo­mnie­nia.

Z cha­rak­te­ro­lo­gicz­nego punktu widze­nia Kubiz­kowi można było cał­ko­wi­cie zaufać. Był ide­ali­stą, który po roku 1938 uprzej­mie, ale zde­cy­do­wa­nie odrzu­cił wszyst­kie pro­po­zy­cje Hitlera, by zre­zy­gno­wał z pracy jako kie­row­nik urzędu miej­skiego i powró­cił do życia muzycz­nego, obej­mu­jąc w nim kie­row­ni­cze sta­no­wi­sko. Kiedy gwiazda Hitlera zaczęła się chy­lić ku upad­kowi, Kubi­zek, choć w głębi duszy daleki ide­ałom naro­do­wego socja­li­zmu, wstą­pił do par­tii, chcąc tym kro­kiem dowieść wier­no­ści przy­ja­cie­lowi z mło­dych lat, i to wła­śnie przede wszyst­kim w cięż­kich dla niego cza­sach.

Po głę­bo­kim zasta­no­wie­niu i kilku pró­bach Kubi­zek spo­rzą­dził manu­skrypt, który uka­zał się dru­kiem w 1953 roku, wzbu­dza­jąc nie­zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie. Został on prze­ło­żony na wiele języ­ków (angiel­ski, w tym wyda­nie ame­ry­kań­skie, fran­cu­ski, hisz­pań­ski), dru­ko­wano go też we frag­men­tach w świa­to­wej pra­sie. Stał się on także obiek­tem grun­tow­nych badań histo­ry­ków. Kiedy Kubi­zek zmarł 23 paź­dzier­nika 1956 roku, jego wspo­mnie­nia były już uznane przez mię­dzy­na­ro­dowe kręgi za źró­dłowe.

Przed­sta­wiane w nie­któ­rych publi­ka­cjach twier­dze­nie, że w roku 1938 mię­dzy auto­rem, Augu­stem Kubiz­kiem, a Haup­tar­chiv der NSDAP jakoby doszło do usta­le­nia „wytycz­nych” dla jego wspo­mnień, nie odpo­wiada fak­tom.

Wydaw­nic­twu nie jest znany fakt ist­nie­nia jakie­go­kol­wiek poro­zu­mie­nia zawar­tego mię­dzy panem Kubiz­kiem a wspo­mnia­nym Archi­wum Głów­nym NSDAP, zaś wdowa po nim napi­sała nam, iż jej mąż ni­gdy nie był w tymże archi­wum w Mona­chium. Poza tym wzmianka o tako­wym poro­zu­mie­niu nie jest w żad­nej mie­rze dowo­dem, że Kubi­zek już wtedy pod­jął się spi­sa­nia wspo­mnień pod takim kątem. Ponadto o wiele bar­dziej decy­du­jący jest fakt, że cha­rak­ter Kubizka nie pozwo­liłby mu pisać wspo­mnie­nia według jakich­kol­wiek „wytycz­nych”. W swej książce autor pod­kre­śla zde­cy­do­wa­nie, że przy spi­sy­wa­niu tych wspo­mnień „nie czy­nił tego pod niczyim wpły­wem ani na niczyje zle­ce­nie”. Jako że autor już nie żyje, a jego wspo­mnie­nia mają war­tość doku­men­talną, jest rze­czą samą przez się zro­zu­miałą, że niniej­sze wyda­nie pozo­stało nie­zmie­nione w sto­sunku do wcze­śniej­szego.

Czer­wiec 1966, Leopold Stoc­ker Ver­lagUWAGI DO WYDANIA CZWARTEGO

Wobec trwa­łego i znacz­nego zain­te­re­so­wa­nia, rów­nież ze strony krę­gów nauko­wych, bada­czy, a szcze­gól­nie publi­cy­stów, któ­rzy niniej­szą książkę uznają za auten­tyczne źró­dło, o czym świad­czą np. cytaty w ostat­nich publi­ka­cjach H. Joachima Festa, Wer­nera Masera i Roberta Payne’a , oraz fakt, iż posłu­żyła ona za pod­stawę sce­na­riu­sza filmu tele­wi­zyj­nego pro­duk­cji ORF i ZDF _Ein jun­ger Mann aus dem Innvier­tel , Wydaw­nic­two zde­cy­do­wało się na wyda­nie czwarte, ilu­stru­jąc je nowym mate­ria­łem zdję­cio­wym, który został nam udo­stęp­niony dzięki uprzej­mo­ści wdowy po Auto­rze._

Luty 1975, Leopold Stoc­ker Ver­lagDECYZJA I UZASADNIENIE

Trudno mi było pod­jąć decy­zję o spi­sa­niu wspo­mnień z mło­do­ści zwią­za­nych z Adol­fem Hitle­rem, bowiem ist­niało wiel­kie nie­bez­pie­czeń­stwo, że zostanę źle zro­zu­miany. Jed­nakże szes­na­ście mie­sięcy, jakie musia­łem, będąc już pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­nim czło­wie­kiem, spę­dzić w 1945 roku w obo­zie dla inter­no­wa­nych, wyrzą­dziło sporo szkód w mym nie­zbyt odpor­nym na cho­roby orga­ni­zmie. Posta­no­wi­łem więc teraz wyko­rzy­stać dni, jakie zostały mi jesz­cze dane.

W latach od 1904 do 1908 żyłem jako jedyny przy­ja­ciel u boku Adolfa Hitlera, naj­pierw w Linzu, a potem w Wied­niu, gdzie miesz­ka­li­śmy wspól­nie w jed­nym pokoju. Mimo że idzie tu o lata, w cza­sie któ­rych istota czło­wieka nabiera stop­niowo cha­rak­teru, nie­wiele było wia­domo o tym cie­ka­wym okre­sie w życiu Adolfa Hitlera, a spo­śród tych licz­nych opu­bli­ko­wa­nych infor­ma­cji nie wszyst­kie były praw­dziwe. Także sam Hitler, jeśli idzie o te lata, zby­wał pyta­nia o nie mało zna­czą­cymi ogól­ni­kami. Przyj­muję więc, że moje opo­wie­ści mogą przy­czy­nić się do wzbo­ga­ce­nia obrazu Adolfa Hitlera, jaki stwo­rzyli współ­cze­śni, bez względu na repre­zen­to­wany przez nich punkt widze­nia. Naj­waż­niej­szym ich zało­że­niem jest to, iż spi­su­jąc moje wspo­mnie­nia z cza­sów mło­do­ści, nie chcę niczego upięk­szać, ale rów­nież i prze­mil­czać. Chcę tylko powie­dzieć: tak było.

Z tej też przy­czyny nie chciał­bym w żad­nym wypadku prze­żyć chwili, w któ­rej książka ta zosta­łaby zali­czona do typo­wej lite­ra­tury sen­sa­cyj­nej, żeru­ją­cej na nie­zna­nych fak­tach z życia Hitlera. Dla­tego cze­ka­łem z wyda­niem niniej­szych wspo­mnień do czasu aż zanikną tego typu książki i będzie można liczyć na to, że jeśli opu­bli­kuje się pozy­cję o Adol­fie Hitle­rze, jej czy­tel­nicy potrak­tują ją poważ­nie i rze­czowo. Byłoby błę­dem spo­glą­dać na nasze wspólne prze­ży­cia z mło­do­ści z per­spek­tywy póź­niej­szych eta­pów życia Hitlera. W mych wspo­mnie­niach sta­ra­łem się usil­nie zacho­wać dystans wobec postę­po­wa­nia Hitlera w póź­niej­szych okre­sach i spi­sy­wa­łem je sta­ran­nie, tak jakby Adolf Hitler, z któ­rym łączyła mnie ser­deczna przy­jaźń, pozo­stał potem czło­wie­kiem sze­rzej nie­zna­nym albo poległ pod­czas wojny świa­to­wej.

Jestem w pełni świa­domy, jak wielką trud­no­ścią było przy­wró­cić mej pamięci i spi­sać wyda­rze­nia odle­głe o ponad czter­dzie­ści lat. Jed­nakże przy­jaźń z Adol­fem Hitle­rem od początku miała cechy nie­zwy­kłe, tak że wszel­kie szcze­góły wbiły się w moją pamięć moc­niej, ani­żeli mogło to mieć miej­sce w wypadku prze­cięt­nej, powierz­chow­nej zna­jo­mo­ści. Poza tym czuję wielką wdzięcz­ność do Adolfa Hitlera za to, że zdo­łał prze­ko­nać mego ojca o tym, iż ze względu na szcze­gólne zdol­no­ści muzyczne moje miej­sce było nie w warsz­ta­cie tapi­cer­skim, lecz w kon­ser­wa­to­rium.

Ta decy­du­jąca o moim życiu zmiana, do któ­rej – mimo oporu mych bli­skich – udało się dopro­wa­dzić liczą­cemu pod­ów­czas osiem­na­ście lat Hitle­rowi, w moich oczach spo­tę­go­wała naszą przy­jaźń. To też przy­czy­niło się do tego, że zacho­wa­łem w pamięci tak wiele szcze­gó­łów. Na doda­tek, dzięki Bogu, dys­po­nuję jesz­cze dosko­nałą pamię­cią, acz­kol­wiek jest ona bar­dziej wyczu­lona na dźwięki. Wielką pomocą dla spi­sa­nia tych wspo­mnień oka­zały się też z jed­nej strony zacho­wane listy, kartki pocz­towe i rysunki, jakie otrzy­ma­łem od mojego przy­ja­ciela, z dru­giej zaś wła­sne notatki, jakie dawno temu poczy­ni­łem.

Jeśli nasz naród chce odzy­skać zaufa­nie do sie­bie po tak wiel­kim na nim uszczerbku, musi samo­dziel­nie roz­pra­wić się z okre­sem swej histo­rii, który przy­niósł tak wiel­kie ofiary; ozna­cza to też, że musi doko­nać tego sam, bez żad­nych naci­sków z zewnątrz. Jed­nakże może się to doko­nać nie poprzez jed­no­stronny osąd, lecz jedy­nie rze­czowe, spra­wie­dliwe, a tym samym i prze­ko­nu­jące przed­sta­wie­nie histo­rycz­nych wyda­rzeń. Do czego, mam nadzieję, przy­czy­nić się w ramach tej skrom­nej książki.

Efer­ding, sier­pień 1953

Pod­pis Augu­sta KubizkaPierwsze spotkanie

Uro­dzi­łem się w Linzu 3 sierp­nia 1888 roku. Mój ojciec był tapi­ce­rem, a dzia­dek sto­la­rzem. Babka pocho­dziła ze wsi, z rodziny Gil­l­ho­fe­rów z Peu­er­bach. Matka była córką kowala, który w latach, gdy budo­wano konną kolej Linz–Budweis , przy­wę­dro­wał do mia­sta. Oże­nił się z córką chłopa z Rosen­bergu. W ten spo­sób wie­śniacy z ojczy­zny Adal­berta Sti­ftera¹ tra­fili do naszej rodziny. Moja matka miała w sobie wiele cech cha­rak­teru typo­wej miesz­kanki Böhmerwäldu².

Zanim mój ojciec się oże­nił, pra­co­wał jako pomoc­nik tapi­cera w fir­mie meblar­skiej „Müller und Sohn” przy Beth­le­hem­strasse w Linzu. W połu­dnie jadał obiad w małej jadło­dajni przy Bischo­fs­strasse, ist­nie­ją­cej do dzi­siaj. Tam poznał moją matkę – pra­co­wała jako poda­jąca do stołu w tym lokalu, w któ­rym nie było obo­wiązku picia jakich­kol­wiek napo­jów. Oboje się sobie spodo­bali i w końcu, w lipcu 1887 roku, wzięli ślub.

Począt­kowo młoda para zna­la­zła dach nad głową w miesz­ka­niu rodzi­ców matki przy w Haf­ner­strasse 35. Wyna­gro­dze­nie ojca było nie­wiel­kie, a praca wyczer­pu­jąca. Matka zaszła zaś w ciążę i musiała zwol­nić się z jadło­dajni. Uro­dzi­łem się więc w dość smut­nych oko­licz­no­ściach. Rok póź­niej przy­szła na świat moja sio­stra, Maria, która jed­nak zmarła jesz­cze we wcze­snym dzie­ciń­stwie. W kolej­nym roku uro­dziła się The­rese. Umarła w wieku czte­rech lat. Moja trze­cia sio­stra, Karo­line, zacho­ro­wała ciężko, nie­do­ma­gała przez pewien czas i zmarła, kiedy miała osiem lat. Ból mej matki był prze­ogromny; przez całe życie cier­piała bar­dzo, wyobra­ża­jąc sobie, że mnie też będzie musiała stra­cić. Z czworga jej dzieci pozo­sta­łem przy życiu jako jedyny, stąd cała miłość matki sku­piła się na mej oso­bie.

Tu uka­zało się prze­dziwne podo­bień­stwo naszych, Adolfa i moich, losów: rów­nież matka Hitlera stra­ciła troje swych dzieci – Gustava, Idę i Ottona. Także Adolf był przez długi czas jedy­nym dziec­kiem, które pozo­stało przy życiu. Rów­nież Edmund, uro­dzony pięć lat po Adol­fie, umarł w wieku sze­ściu lat. Przy życiu pozo­stała tylko Paula, o sie­dem lat młod­sza sio­stra Hitlera. Obie matki miały wiele wspól­nego, jeśli idzie o cha­rak­ter. Podob­nie jak Adolf i ja, choć w swej mło­dzień­czej aro­gan­cji nie czy­ni­li­śmy zbyt wiel­kiego pro­blemu ze śmierci naszego rodzeń­stwa, czu­li­śmy się w pew­nym stop­niu nazna­czeni przez los, na podo­bień­stwo tych człon­ków zagro­żo­nego ple­mie­nia, któ­rzy prze­żyli i z tej przy­czyny chro­nieni byli w szcze­gólny spo­sób. To, że Adolf nie­kiedy, zapewne pod­świa­do­mie, nazy­wał mnie Gusta­vem zamiast Augu­stem – nawet jedna z kart pocz­to­wych, jaką do mnie napi­sał, ma w adre­sie imię, jakie nosił jego pierw­szy, zmarły brat – być może wyni­kało z tego, że uży­wana powszech­nie skró­cona forma Gustl ozna­czała zarówno Augu­sta, jak i Gustava, a może chciał spra­wić radość matce, prze­no­sząc na mnie, chłopca, który został do rodziny Hitlera przy­jęty jak syn, imię nie­ży­ją­cego brata. Nie potra­fię sobie tego dokład­nie przy­po­mnieć.

W tym cza­sie mój ojciec usa­mo­dziel­nił się i otwo­rzył zakład tapi­cer­ski w domu przy Klam­m­strasse 9. Ten stary, nieco przy­sa­dzi­sty, nie­fo­remny budy­nek, który prze­trwał lata w nie­zmie­nio­nym sta­nie, stał się miej­scem, gdzie spę­dzi­łem dzie­ciń­stwo i mło­dość. Muszę w tym miej­scu dokład­niej przed­sta­wić prze­bieg wyda­rzeń w owym cza­sie, cho­ciaż w grun­cie rze­czy nie mają one żad­nego zna­cze­nia, a to dla­tego, że chcę prze­ka­zać atmos­ferę, w jakiej roz­wi­jała się nasza mło­dzień­cza przy­jaźń z Adol­fem Hitle­rem. Wąska, mroczna Klam­m­strasse, przy któ­rej przez jakiś czas miesz­kał także poeta Adam Müler-Gut­ten­brunn, wyglą­dała zgoła nędz­nie w porów­na­niu z sze­roką, jasną, oży­wioną traw­ni­kami i drze­wami Pro­me­nade³, któ­rej prze­dłu­że­nie nie­jako sta­no­wiła.

Z pew­no­ścią wcze­snej śmierci sióstr winne były także nie­ko­rzystne warunki zdro­wotne w daw­nym naszym miesz­ka­niu. W nowym domu było już ina­czej, bar­dziej zdrowo – na par­te­rze mie­ścił się warsz­tat, a na pierw­szym pię­trze miesz­ka­nie, skła­da­jące się z dwóch pokoi i kuchni. Nie­mniej ojciec nie mógł się pozbyć kło­po­tów finan­so­wych, bo inte­res szedł źle. Wię­cej niż raz był bli­ski zamknię­cia zakładu i powrotu do fabryki mebli jako robot­nik. Jed­nakże za każ­dym razem uda­wało mu się opa­no­wać sytu­ację.

Posze­dłem do szkoły, co wcale mnie nie ucie­szyło. Moja poczciwa matka pła­kała z powodu złych ocen, jakie przy­no­si­łem do domu. Jej stra­pie­nie było jedyną rze­czą, jaką mogła mnie nakło­nić do pil­niej­szej nauki. Pod­czas gdy ojciec od początku był abso­lut­nie prze­ko­nany, że pew­nego dnia przejmę po nim zakład – bo po co miałby się tak zapra­co­wy­wać od rana do nocy! – to matka, mimo moich złych wyni­ków w szkole, chciała, bym potem poszedł dalej, na stu­dia. Naj­pierw jed­nak mia­łem przez cztery lata cho­dzić do gim­na­zjum, a póź­niej z całą pew­no­ścią zdo­być wykształ­ce­nie zawo­dowe. Ale ja nie chcia­łem o tym sły­szeć; byłem prze­szczę­śliwy, kiedy ojciec – gdy skoń­czy­łem dzie­sięć lat – auto­ry­ta­tyw­nie pod­jął decy­zję i posłał mnie do szkoły miej­skiej, co jego zda­niem miało raz na zawsze zakoń­czyć dys­ku­sje o moim dal­szym życiu.

Od dawna jed­nak ist­niała w moim życiu dzie­dzina, któ­rej cał­ko­wi­cie się odda­łem: muzyka. Widoczne stało się to wyraź­nie, gdy mając dzie­więć lat, na święta Bożego Naro­dze­nia w roku 1897 dosta­łem w poda­runku skrzypce. Dokład­nie przy­po­mi­nam sobie każdy szcze­gół tych świąt i jeśli wra­cam dziś myślami do tam­tych dni, sądzę, iż to wtedy, wraz z tym wyda­rze­niem, zaczęło się nie­jako me świa­dome życie. Naj­star­szy syn miesz­ka­ją­cych obok sąsia­dów był kan­dy­da­tem na nauczy­ciela i zaczął udzie­lać mi lek­cji gry na skrzyp­cach. Uczy­łem się szybko i dobrze. Jakąż radość spra­wiała mi gra i jakież per­spek­tywy się przede mną otwie­rały! Kiedy mój pierw­szy nauczy­ciel zdał maturę i został prze­nie­siony na wieś, zaczą­łem jako uczeń szkoły pod­sta­wo­wej uczęsz­czać rów­nież do szkoły muzycz­nej w Linzu, jed­nakże sys­tem nauki w niej nie bar­dzo mi odpo­wia­dał, być może dla­tego, że wyprze­dza­łem dalece innych uczniów, gdy idzie o umie­jęt­no­ści gry. Po feriach zaczą­łem znowu brać lek­cje pry­watne u sta­rego c.k. sier­żanta z orkie­stry woj­sko­wej, który już na samym początku wyja­śnił mi, że nic jesz­cze nie umiem, a potem na „spo­sób woj­skowy” nauczył mnie pod­sta­wo­wych ele­men­tów gry na skrzyp­cach.

Lek­cje u sta­rego Kopetzky’ego były praw­dziwą musz­trą. Jeśli nie­kiedy mia­łem dość szorst­kiego trak­to­wa­nia przez sier­żanta, zaczy­nał mnie pocie­szać i zapew­niał, że jeśli poczy­nię dal­sze postępy, z pew­no­ścią zostanę przy­jęty jako elew do c.k. regi­mentu muzycz­nego, co w jego poję­ciu sta­no­wiło kul­mi­na­cyjny punkt muzycz­nej kariery. Skoń­czyw­szy moje nauki u Kopetzky’ego, zna­la­złem wraż­li­wego, sumien­nego i peda­go­gicz­nie uzdol­nio­nego nauczy­ciela w oso­bie pro­fe­sora Hein­ri­cha Des­sau­era. Jako instru­mentu dodat­ko­wego uczy­łem się gry na trąbce i puzo­nie, pobie­ra­jąc ogólne nauki o pod­sta­wach muzyki i gra­jąc pod­ów­czas w szkol­nej orkie­strze. Już wtedy w głębi duszy zasta­na­wia­łem się nad tym, czy nie uczy­nić z muzyki mojego głów­nego zawodu. Co prawda nie na spo­sób sier­żanta orkie­stry woj­sko­wej, Kopetzky’ego, ale tak, jak to wyobra­żał sobie mój sza­cowny nauczy­ciel Des­sauer. Cóż za piękna przy­szłość!

Jed­nakże rze­czy­wi­stość szybko mnie otrzeź­wiła. Zale­d­wie skoń­czy­łem szkołę miej­ską musia­łem roz­po­cząć przy­ucza­nie do zawodu w zakła­dzie ojca. Już wcze­śniej, gdy była tego potrzeba, poma­ga­łem w warsz­ta­cie, więc szybko pora­dzi­łem sobie z tym wyzwa­niem. Jed­nakże grę­plo­wa­nie sta­rej tapi­cerki było obrzy­dliwą pracą. Naj­pierw nale­żało zdjąć całe obi­cie z ramy, a potem oddzie­lić starą wełnę od płótna i sprę­żyn. Czę­sto te ostat­nie były już zardze­wiałe, a płótno roz­la­ty­wało się w rękach! Przy pomocy grę­plarki, czyli bębna wypo­sa­żo­nego w walce z kol­cami, wpra­wiane w szybki ruch za pośred­nic­twem korby, musia­łem odpo­wied­nio roz­bić mate­riał wypeł­nia­jący – koń­skie wło­sie, pakuły czy wełnę. Cała ta praca prze­bie­gała w jed­nej wiel­kiej chmu­rze kurzu, tak że nie­wiele mogłem widzieć. Ileż to wtedy przy­no­szono do naszego warsz­tatu sta­rych mate­ra­ców! Można było w nich zna­leźć wszel­kie moż­liwe zarazki, jakie przez lata zebrały się w łóż­kach. Nic dziw­nego, że tapi­ce­rzy raczej nie doży­wali póź­nego wieku.

Wkrótce jed­nak pozna­łem przy tym i dobre strony zawodu tapi­cera, zwłasz­cza wyczu­cie piękna i dobry smak, a od nich nie­da­leko już było prze­cież do archi­tek­tury wnętrz. Odwie­dza­łem wtedy wytworne domy, widzia­łem i sły­sza­łem wiele, a przede wszyst­kim, jak się oka­zało, w zimie nie­wiele było do roboty, więc cały wolny czas mogłem, co samo przez się zro­zu­miałe, poświę­cić muzyce. Kiedy z suk­ce­sem zda­łem egza­min cze­lad­ni­czy przed cechową komi­sją rze­mio­sła, ojciec uznał, że warto, abym poznał pracę i w innych warsz­ta­tach. Rozu­mia­łem oczy­wi­ście słusz­ność jego pomy­słu, ale nie przy­kła­da­łem więk­szej wagi do dal­szej nauki zawodu, bo chcia­łem się skon­cen­tro­wać na dal­szych postę­pach w wykształ­ce­niu muzycz­nym. Woła­łem więc zostać na­dal w warsz­ta­cie ojca, bowiem mogłem w nim dys­po­no­wać więk­szą ilo­ścią czasu ani­żeli u obcych maj­strów.

„W orkie­strach jest zazwy­czaj zbyt wiele skrzy­piec, za to z altów­kami jest już ina­czej – ich prze­waż­nie bra­kuje!” Jesz­cze dzi­siaj jestem wdzięczny pro­fe­so­rowi Des­sau­erowi, że opie­ra­jąc się na tym doświad­cze­niu, uczy­nił ze mnie spraw­nego alto­wio­li­stę. Życie muzyczne w Linzu stało pod­ów­czas na wyso­kim pozio­mie. Dyrek­to­rem linc­kiego Musi­kve­rein był wtedy August Göllerich. Jako uczeń i współ­pra­cow­nik Ryszarda Wagnera przy orga­ni­za­cji Bay­reu­ther Fest­spie­len⁴ Göllerich był na tyle kom­pe­tent­nym czło­wie­kiem, aby muzycz­nie pokie­ro­wać życiem muzycz­nym w Linzu, iro­nicz­nie nazy­wa­nym pod­ów­czas nie­kiedy „chłop­skim mia­stem”, na które pełna bla­sku metro­po­lia wie­deń­ska patrzyła z góry. Towa­rzy­stwo Muzyczne urzą­dzało rocz­nie trzy kon­certy sym­fo­niczne oraz kon­cert nad­zwy­czajny, pod­czas któ­rego zazwy­czaj odtwa­rzano więk­sze ora­to­rium chó­ralne z towa­rzy­sze­niem orkie­stry. Moja matka, cho­ciaż pocho­dziła z pro­stej rodziny rze­mieśl­ni­czej, bar­dzo lubiła muzykę i sta­rała się nie opusz­czać żad­nego kon­certu; stąd już jako małe dziecko byłem zabie­rany do sali kon­certowej. Tłu­ma­czyła mi wtedy trud­niej­sze dla mnie kwe­stie; dzi­siaj – gdy opa­no­wa­łem już w spo­sób zado­wa­la­jący grę na kilku instru­men­tach – o wiele lepiej rozu­miem ideę orga­ni­zo­wa­nia tego rodzaju wyda­rzeń. W moich cza­sach nauki naj­wyż­szym celem i marze­niem było zagrać na altówce, wio­lon­czeli lub na trąbce w wiel­kiej orkie­strze linc­kiego Towa­rzy­stwa Muzycz­nego.

Ale do tego momentu musiało jesz­cze minąć dużo czasu. Naj­pierw trzeba było zgrę­plo­wać nie­zli­czoną liczbę sta­rych, peł­nych kurzu mate­racy, a potem wyta­pe­to­wać ściany wielu pokoi. U mego ojca poja­wiły się już w owych latach typowe objawy cho­roby zawo­do­wej tapi­ce­rów. Kiedy upo­rczywy nie­żyt oskrzeli przy­kuł go na pół roku do łóżka, musia­łem w poje­dynkę pro­wa­dzić warsz­tat. I tak moje młode życie toczyło się dwoma, ści­śle oddzie­lo­nymi, ale bie­gną­cymi rów­no­le­gle dro­gami: pracą, która sta­wiała wyso­kie wyma­ga­nia mojej kon­struk­cji fizycz­nej (i z pew­no­ścią moim płu­com), i muzyką, którą szcze­rze kocha­łem. Ni­gdy nie sądzi­łem, że obie te rze­czy może coś łączyć. A jed­nak tak było. Wtedy do akcji wkro­czył los, wtrą­ca­jąc swoje trzy gro­sze.

Do klien­tów ojcow­skiego zakładu zali­czał się rów­nież urząd c.k. namiest­nic­twa, któ­remu pod­le­gał mię­dzy innymi i teatr. Pew­nego dnia przy­nie­siono stam­tąd do naszego warsz­tatu w celu odno­wie­nia poduszki z roko­ko­wego zestawu mebli. Ich rogi były wytarte, a pokry­cia po czę­ści poroz­ry­wane. Tapi­cerka sie­dzeń i porę­czy była przy­mo­co­wana do drew­nia­nych ram. Nowe obi­cia miały być wyko­nane z mate­ria­łów w kolo­rach nie­bie­skim i bia­łym. Gdy poduszki były już gotowe, ojciec pew­nego przed­po­łu­dnia wysłał mnie z nimi do teatru znaj­du­ją­cego się nie­da­leko naszego domu. Szef rekwi­zy­torni wska­zał mi drogę na scenę, gdzie mia­łem dopa­so­wać poduszki do drew­nia­nych ram, które były poma­lo­wane na biało, a ich sny­cerka po czę­ści została nawet pozło­cona.

Na sce­nie trwała aku­rat próba. Nie pamię­tam, co wtedy pró­bo­wano, w każ­dym razie była to opera. Wyraź­nie, jakby to było dzi­siaj, czuję zachwyt, jaki mnie wtedy ogar­nął, kiedy zna­la­złem się na sce­nie obok akto­rów i śpie­wa­ków. Czu­łem, jak zaszła we mnie wielka prze­miana, jak­bym w tam­tej chwili odkrył się na nowo.

Teatr! Ach, cóż to był za świat! Nie­opo­dal mnie stał męż­czy­zna ubrany z prze­py­chem; zda­wał mi się być istotą z innej pla­nety. Śpie­wał tak wspa­niale, że nie mogłem sobie wyobra­zić, by mógł mówić jak każdy zwy­czajny czło­wiek. Jego potęż­nemu gło­sowi odpo­wie­działa za moment cała orkie­stra… Tro­chę już się na tym zna­łem, ale w tam­tej chwili cała moja wie­dza o tym, czym jest muzyka, wydała mi się mizerna. Dopiero zwią­zek ze sceną pod­niósł muzykę na wyż­szy, pełen uświę­ce­nia poziom, wręcz najwyż­szy, jaki mogłem sobie wyobra­zić. A ja, ubogi pomoc­nik tapi­cera, sta­łem tam obok foteli i kanap w stylu rokoko i dopa­so­wy­wa­łem odno­wione poduszki do ich drew­nia­nych ram. Cóż za godna poża­ło­wa­nia egzy­sten­cja, cóż za żało­sny zawód! Teatr – oto był świat, jakiego szu­ka­łem. Moje pod­nie­cone zmy­sły nie były w sta­nie oddzie­lić rze­czy­wi­sto­ści od teatral­nej gry.

Sto­jący przed kuli­sami nie­po­radny, zagu­biony cze­lad­nik – niczym komiczna postać z któ­rejś ze sztuk Nestroya – ze zmierz­wio­nymi wło­sami, nie­pew­nym spoj­rze­niem, w far­tu­chu i blu­zie z pod­wi­nię­tymi ręka­wami, usi­łu­jący dopa­so­wać poduszki do ram foteli, jakby chciał w ten spo­sób uspra­wie­dli­wić swoją egzy­sten­cję – czy naprawdę był tylko bied­nym cze­lad­nikiem tapi­cer­skim, który wła­śnie odszedł od grę­plarki? Bied­nym, pogar­dza­nym głup­cem, popy­cha­dłem, kimś, kogo „łaskawa pani”, każąc sobie wyta­pe­to­wać buduar, trak­tuje tak samo jak dra­binę – sta­wia się ją to tu, to tam, gdzie jest aku­rat potrzebna, a kiedy nie jest już uży­wana, po pro­stu odsta­wia się ją na bok. Byłoby prze­cież cał­kiem w porządku, gdyby ów cze­lad­nik tapi­cer­ski, z narzę­dziami w ręku, pod­szedł w tym momen­cie do rampy i, zachę­cony ukrad­ko­wym gestem przez kapel­mi­strza, zaśpie­wał swą par­tię tylko po to, by słu­cha­czom na widowni (któ­rych wcale tam nie było) – co zna­czy słu­cha­czom?! Całemu światu! – udo­wod­nić, iż w rze­czy­wi­sto­ści jest zupeł­nie kimś innym niż ten blady, chudy i wyro­śnięty cze­lad­nik z warsz­tatu tapi­cer­skiego przy Klamm-gasse, i że wła­ści­wie jego miej­sce jest na sce­nie, w teatrze…

W tam­tej chwili zako­cha­łem się w teatrze i kocham go do dzi­siaj. Pod­czas malo­wa­nia u klienta ściany pod tapetę wodą z kle­jem, a potem nakle­ja­nia na nią maku­la­tury nasą­czo­nej klaj­strem z mąki marzy­łem o wiel­kich suk­ce­sach w teatrze, grom­kim aplau­zie, przy czym widzia­łem się w nim w roli kapel­mi­strza sto­ją­cego przy dyry­genc­kim pul­pi­cie. Tego rodzaju marze­nia nie poma­gały mi w pracy i zda­rzało się, że nakle­jone na maku­la­tu­rze pasy tapety były prze­su­nięte. Jed­nakże gdy wra­ca­łem do warsz­tatu, kolejny atak cho­roby ojca szybko uświa­da­miał mi, jaka odpo­wie­dzial­ność na mnie spo­czywa.

I tak popa­da­łem z jed­nej osta­tecz­no­ści w drugą, oscy­lu­jąc mię­dzy marze­niami a rze­czy­wi­sto­ścią. W domu nikt nie podej­rze­wał, co się ze mną dzieje, bowiem zanim powie­dział­bym choćby jedno słowo o mych ukry­tych marze­niach, wołał­bym raczej odgryźć sobie język. Także i matce nie wspo­mnia­łem o mych skry­tych pla­nach. Zapewne prze­czu­wała, że coś mnie drę­czy, ale czy mogłem przy­spa­rzać jej nowych trosk? Stąd nie było nikogo, komu mógł­bym się zwie­rzyć. Czu­łem się bar­dzo opusz­czony, odrzu­cony przez cały świat i tak samotny, jak może być osa­mot­niony tylko młody czło­wiek, który po raz pierw­szy ujrzał piękno i nie­bez­pie­czeń­stwa życia.

Teatr dodał mi nowej odwagi; od tej pory nie opu­ści­łem ani jed­nego przed­sta­wie­nia ope­ro­wego. Nawet gdy byłem bar­dzo zmę­czony pracą, nic nie było w sta­nie powstrzy­mać mnie od pój­ścia do teatru. Natu­ral­nie przy tak ogra­ni­czo­nych gra­ty­fi­ka­cjach, jakie ojciec wypła­cał mi jako wyna­gro­dze­nie cze­lad­nika, mogłem kupić tylko bilety na miej­sca sto­jące. Stąd też regu­lar­nie uda­wa­łem się na tak zwany par­ter sto­jący, bowiem stam­tąd mia­łem naj­lep­szy widok. Poza tym stwier­dzi­łem, że ni­gdzie aku­styka nie była tak dobra i pełna jak w tam­tym miej­scu. Powy­żej par­teru z miej­scami sto­jącymi, w poło­wie pię­tra z miej­scami dla wytwor­nej i boga­tej publicz­no­ści, znaj­do­wała się loża dwor­ska, któ­rej pod­łoga od dołu była pod­parta dwoma drew­nia­nymi kolum­nami. Przy­cią­gały one słu­cha­czy na miej­scach sto­jących, jako że dawały jedyną moż­li­wość opar­cia się bez czę­ścio­wego ogra­ni­cze­nia pola widze­nia, bo jeśli ktoś oparł się o ścianę z tyłu, wspo­mniane kolumny zasła­niały mu część sceny. Byłem szczę­śliwy, kiedy po całym dniu sta­nia na dra­bi­nie i moco­wa­nia tapet do ścian mogłem oprzeć obo­lałe plecy o gładką kolumnę! Oczy­wi­ście, trzeba było poja­wić się odpo­wied­nio wcze­śnie przy wej­ściu do teatru, aby nie prze­ga­pić oka­zji.

W pamięci czę­sto zacho­wują się trwale wła­śnie rze­czy dru­go­rzędne: widzę jesz­cze dokład­nie, jak wpa­dam na miej­sca sto­jące, mając przed sobą kolumny i zasta­na­wia­jąc się, czy powi­nie­nem sta­nąć obok lewej czy pra­wej z nich. Czę­sto miej­sce przy jed­nej z nich, mia­no­wi­cie tej po pra­wej, było już zajęte; a więc ktoś był jesz­cze szyb­szy ode mnie. Na wpół ziry­to­wany, na poły zdzi­wiony, przy­glą­da­łem się memu kon­ku­ren­towi. Był to nader blady, drobny mło­dzie­niec mniej wię­cej w moim wieku, który z błysz­czą­cymi oczyma oglą­dał przed­sta­wie­nie. Pocho­dził zapewne z lep­szego domu, bowiem zawsze był ubrany z wielką sta­ran­no­ścią i bar­dzo powścią­gliwy w zacho­wa­niu.

Tego dnia przy­ję­li­śmy wza­jem­nie do wia­do­mo­ści naszą obec­ność, nie odzy­wa­jąc się do sie­bie ani sło­wem. Jed­nakże pod­czas jed­nego z kolej­nych przed­sta­wień – nie pamię­tam już dzi­siaj, czy był to _Wolny strze­lec_ czy _Sen nocy let­niej_ bądź gry­wany wtedy czę­sto _Evan­ge­li­mann_⁵ – nawią­za­li­śmy pod­czas prze­rwy roz­mowę, jako że naj­wy­raź­niej obaj nie byli­śmy zado­wo­leni z tam­tej­szej obsady. Roz­ma­wia­li­śmy przez chwilę na ten temat; byłem zado­wo­lony z tak szybko wygło­szo­nej opi­nii przez mojego pew­nego sie­bie nowego zna­jo­mego. Był bez wąt­pie­nia lep­szy ode mnie w tej kwe­stii. Ja nato­miast czu­łem moją wyż­szość, gdy szło o sprawy czy­sto muzyczne. Nie potra­fię dokład­nie okre­ślić daty tego spo­tka­nia, ale w każ­dym razie było to około Wszyst­kich Świę­tych 1904 roku.

Nasza zna­jo­mość pozo­sta­wała na tym pozio­mie przez pewien czas; ponie­waż ów mło­dzie­niec nie powie­dział o sobie nic bliż­szego, stąd też i ja nie uwa­ża­łem za konieczne opo­wia­dać cze­goś o sobie. Jed­nakże im bar­dziej gorące były nasze roz­mowy o kolej­nych przed­sta­wie­niach, tym bar­dziej czu­li­śmy, że jeste­śmy pochło­nięci teatrem w jed­na­ko­wym stop­niu.

Pew­nego dnia po przed­sta­wie­niu odpro­wa­dzi­łem zna­jo­mego do domu; dowie­dzia­łem się przy tej oka­zji, że mieszka przy Hum­boldt­strasse pod nume­rem 31. W chwili poże­gna­nia przed­sta­wił mi się: mój nowy zna­jomy nazy­wał się Adolf Hitler.Dziwna przyjaźń

Spo­ty­ka­li­śmy się od tam­tej pory na każ­dym przed­sta­wie­niu ope­ro­wym, a potem zaczę­li­śmy się uma­wiać rów­nież poza teatrem i prze­waż­nie spa­ce­ro­wa­li­śmy wie­czo­rami po Land­strasse.

Linz, który w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach stał się nowo­cze­snym mia­stem prze­my­sło­wym, przyj­mu­jąc do sie­bie ludzi ze wszyst­kich tere­nów nad­du­naj­skich, w owym cza­sie cha­rak­te­rem bar­dzo jesz­cze przy­po­mi­nał wieś. Na przed­mie­ściach cią­gle można było zoba­czyć czwo­ro­kątne, przy­po­mi­na­jące obronne forty zabu­do­wa­nia chłop­skie, a mię­dzy wzno­szą­cymi się wysoko domami czyn­szo­wymi roz­po­ście­rały się łąki, na któ­rych spo­koj­nie pasło się bydło. W gospo­dach klienci sie­dzieli przy typowo wiej­skim mosz­czu⁶. Wszę­dzie sły­chać było ciężki dia­lekt gór­no­au­striacki o roz­cią­gnię­tych syla­bach. Po mie­ście jeź­dziły tylko wozy konne, a ich fur­mani bar­dzo się sta­rali, aby Linz na­dal pozo­stał „dużą wsią”. Miesz­czań­stwo, choć w znacz­nym stop­niu pocho­dze­nia wiej­skiego oraz wie­lo­krot­nie spo­wi­no­wa­cane i spo­krew­nione z lud­no­ścią wiej­ską, tym bar­dziej sta­rało się od niej odse­pa­ro­wać, acz­kol­wiek duchowo było z nią bar­dzo zbli­żone. Nie­mal wszyst­kie zna­czące cokol­wiek w mie­ście rodziny znały się nawza­jem, a ton w towa­rzy­stwie nada­wali przed­sta­wi­ciele świata inte­re­sów, kasty urzęd­ni­czej i ofi­ce­ro­wie miej­sco­wego gar­ni­zonu. Wszy­scy, któ­rzy mieli o sobie dobre mnie­ma­nie, spo­ty­kali się wie­czo­rem na spa­ce­rze na głów­nej ulicy mia­sta, pro­wa­dzą­cej od dworca kole­jo­wego do mostu na Dunaju i, co zna­mienne, noszą­cej nazwę „Land­strasse”⁷. Ponie­waż Linz nie miał uni­wer­sy­tetu, mło­dzi ludzie ze wszyst­kich warstw i sta­nów tym gor­li­wiej naśla­do­wali oby­czaje stu­denc­kie. Towa­rzy­skie życie na Land­strasse nie odsta­wało zbyt­nio od wrzawy i ruchu panu­ją­cych na wie­deń­skim Ringu. Tak przy­naj­mniej wyobra­żali sobie oby­wa­tele Linzu.

Jak się wyda­wało, Hitler nie był czło­wie­kiem zbyt cier­pli­wym, ponie­waż gdy spóź­nia­łem się na umó­wione spo­tka­nie, przy­cho­dził do warsz­tatu, by mnie stam­tąd zabrać, bez względu na to, czy mia­łem do pil­nej naprawy starą czarną kanapę pokrytą ceratą, baro­kowy fotel z wyso­kim opar­ciem czy coś innego. Moją pracę trak­to­wał jako uciąż­liwą prze­szkodę dla naszej zna­jo­mo­ści. Nie­cier­pli­wie machał przy tym czarną spa­ce­rową laseczką, jaką zawsze ze sobą nosił. Dzi­wiło mnie, że ma tak dużo czasu, i zapy­ta­łem go, czy gdzieś pra­cuje.

– W żad­nym wypadku! – padła szorstka odpo­wiedź. Zaraz potem nastą­piła dłuż­sza wypo­wiedź. Dla niego okre­ślona praca, „zara­bia­nie na chleb”, jak się wyra­ził, nie była czymś koniecz­nym.

Tego rodzaju słów jesz­cze od nikogo nie sły­sza­łem. Zaprze­czały one wszyst­kim zasa­dom, jakimi do tej pory kie­ro­wa­łem się w życiu. Począt­kowo uwa­ża­łem jego gada­ninę za mło­dzień­cze prze­chwałki, mimo że jego postawa i poważne, pewne sie­bie zacho­wa­nie, a także spo­sób, w jaki to mówił, nie wska­zy­wały w żad­nej mie­rze na pozę. W każ­dym razie bar­dzo zdzi­wi­łem się, sły­sząc ten jego pogląd, ale nie drą­ży­łem począt­kowo tematu, był bowiem bar­dzo wraż­liwy, jeśli idzie o nie­sto­sowne pyta­nia; tyle przy­naj­mniej już o nim wie­dzia­łem. O wiele roz­sąd­niej było roz­ma­wiać z nim o _Lohen­gri­nie_, ope­rze, która nas obu zachwy­cała, ani­żeli o spra­wach oso­bi­stych.

Pomy­śla­łem, że jest synem boga­tych rodzi­ców albo odzie­dzi­czył wielki spa­dek i może sobie pozwo­lić na życie bez „pracy dla chleba”, które to słowa w jego ustach miały wyjąt­kowo pogar­dliwe brzmie­nie! Nie uwa­ża­łem go też w żad­nym wypadku za próż­niaka, ponie­waż nie było w nim nic z powierz­chow­nego, lek­ko­myśl­nego nic­po­nia. Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy obok Café Baum­gart­ner, dzi­siej­szej Café Schönberger, gwał­tow­nie reago­wał na widok mło­dych męż­czyzn sie­dzą­cych za oknami niczym na wysta­wie przy mar­mu­ro­wych sto­li­kach i mar­nu­ją­cych czas na płyt­kiej papla­ni­nie, acz­kol­wiek naj­wy­raź­niej nie był świa­dom sprzecz­no­ści w stylu życia, jakie sam pro­wa­dził. Być może nie­któ­rzy z tych sie­dzą­cych „na wysta­wie” mieli już jakiś wyuczony fach w ręku i zabez­pie­czone dochody, co w jego przy­padku było dla mnie dość wąt­pliwe.Może ten Hitler jest stu­den­tem? – pomy­śla­łem. Takie było zresztą moje pierw­sze wra­że­nie. Także czarna laseczka z hebanu z deli­kat­nie rzeź­bioną rączką z kości sło­nio­wej była zde­cy­do­wa­nie stu­denc­kim rekwi­zy­tem. Z dru­giej strony dzi­wiło mnie jed­nak, że wybrał sobie na przy­ja­ciela pro­stego cze­lad­nika tapi­cer­skiego, który cią­gle się bał, że pod­czas spa­ceru czuć go będzie kle­jem, z jakim miał bez prze­rwy do czy­nie­nia w ciągu dnia. Jeśli Hitler był stu­den­tem, musiał gdzieś cho­dzić do szkoły. Nie­spo­dzie­wa­nie więc pew­nego razu skie­ro­wa­łem roz­mowę na jej temat.

– Szkoła?! – obu­rzył się.

Był to jego pierw­szy wybuch gniewu, z jakim się u niego spo­tka­łem. Ze szkołą nie chciał mieć nic wspól­nego. Jak wyja­śnił, wcale go już nie obcho­dziła. Nie­na­wi­dził pro­fe­so­rów i nie kła­niał się żad­nemu z nich, gdy spo­ty­kał ich na ulicy, nie­na­wi­dził rów­nież kole­gów szkol­nych, któ­rzy wycho­wy­wani byli w niej na próż­nia­ków. Nie, o szkole nie mogłem z nim roz­ma­wiać. Opo­wie­dzia­łem mu o tym, że także i ja nie mia­łem wielu suk­ce­sów w szkole.

– Dla­czego? – chciał wie­dzieć.

Nie podo­bało mu się, że nie mia­łem dobrych wyni­ków w szkole, któ­rej sam tak nie­na­wi­dził, i nie widział w tym żad­nej sprzecz­no­ści. Z tej roz­mowy wynio­słem jed­nak tyle, że dowie­dzia­łem się, iż do nie­dawna musiał uczęsz­czać do szkoły wyż­szego stop­nia, gim­na­zjum albo szkoły real­nej, i że zakoń­czyło się to praw­do­po­dob­nie jakąś kata­strofą. W prze­ciw­nym razie tak rady­kalny sto­su­nek do niej nie byłby prze­cież moż­liwy. Ponadto cią­gle odkry­wa­łem kolejne nowe sprzecz­no­ści i zagadki zwią­zane z nowym przy­ja­cie­lem. Nie­kiedy czu­łem się nawet z tego powodu nie­swojo. Kiedy pew­nego razu spa­ce­ro­wa­li­śmy po Fre­in­bergu, Hitler nagle zatrzy­mał się, wycią­gnął z kie­szeni czarny zeszy­cik – mam tę sytu­acje jesz­cze dzi­siaj przed oczami i mogę ją opi­sać ze szcze­gó­łami – i prze­czy­tał napi­sany przez sie­bie wiersz.

Samego wier­sza już sobie dzi­siaj nie przy­po­mi­nam, a dokład­niej mówiąc, nie potra­fię go odróż­nić od innych, jakie mi Adolf czy­tał póź­niej. Ale pamię­tam dobrze, jak wiel­kie wra­że­nie wywarł na mnie fakt, że mój przy­ja­ciel pisze poezje i nosi swe utwory przy sobie, tak jak ja musia­łem nosić wtedy narzę­dzia do tape­to­wa­nia. Gdy potem Hitler poka­zał mi rysunki, jakie naszki­co­wał, wyko­nane przez sie­bie plany – nieco zagma­twane, mało czy­telne szkice, które nie do końca mogłem odczy­tać – i oświad­czył, że o wiele wię­cej i lep­sze prze­cho­wuje w swoim pokoju i jest zde­cy­do­wany poświę­cić życie sztuce, zaczą­łem stop­niowo poj­mo­wać, jakim czło­wie­kiem jest mój przy­ja­ciel. Zali­czał się on mia­no­wi­cie do owego szcze­gól­nego gatunku, o któ­rym sam marzy­łem w chwi­lach odwagi – był arty­stą pogar­dza­ją­cym powsze­dnią „pracą dla chleba” i zaj­mo­wał się pisa­niem poezji, rysun­kiem, malar­stwem i teatrem. Zaim­po­no­wało mi to wielce. Ogar­nął mnie dreszcz lęku w obli­czu tak wspa­nia­łych rze­czy, jakie mia­łem moż­li­wość prze­żyć w jego towa­rzy­stwie. Moje wyobra­że­nia o arty­stach były pod­ów­czas nader mętne – praw­do­po­dob­nie Hitler miał rów­nie nie­ja­sne i mgli­ste zamiary. Opo­wie­ści o nich brzmiały tym bar­dziej zachę­ca­jąco.

O swo­ich bli­skich Hitler mówił rzadko. Jak mawiał, było rze­czą wska­zaną, by nie zada­wać się zbyt­nio z doro­słymi, gdyż swymi dziw­nymi poglą­dami odwo­dzą ludzi od ich wła­snych zamia­rów. Na przy­kład jego opie­kun, pewien gospo­darz z Leon­ding nazwi­skiem Mayr­ho­fer, wmó­wił sobie, że Adolf koniecz­nie powi­nien wyuczyć się jakie­goś rze­mio­sła. Podob­nego zda­nia był też jego szwa­gier. Wywnio­sko­wa­łem z tego, że w rodzi­nie Hitlera muszą ist­nieć bar­dzo skom­pli­ko­wane rela­cje. Naj­wy­raź­niej spo­śród wszyst­kich doro­słych poważ­nie trak­to­wał tylko jedną osobę – swoją matkę.

A przy tym miał dopiero około szes­na­stu lat i był o dzie­więć mie­sięcy młod­szy ode mnie. Nawia­sem mówiąc, jego poglądy, odbie­ga­jące od miesz­czań­skiego świa­to­po­glądu, wcale mi nie prze­szka­dzały. Wręcz prze­ciw­nie! Wła­śnie ten non­kon­for­mizm jesz­cze bar­dziej przy­cią­gał mnie do niego. Posta­no­wie­nie, iż poświęci swe życie sztuce, było dla mnie naj­wyż­szym celem, jaki młody czło­wiek mógł sobie posta­wić, bowiem pota­jem­nie rów­nież nosi­łem się z zamia­rem pod­ję­cia takiej decy­zji – opusz­cze­nia peł­nego kurzu i hałasu zakładu tapi­cer­skiego i przej­ścia w obszar czy­stej, wyso­kiej sztuki, by cał­ko­wi­cie sku­pić się na muzyce. Dla mło­dych ludzi nie jest rze­czą obo­jętną, w jakim miej­scu docho­dzi do zawar­cia pierw­szej przy­jaźni. Było dla mnie sym­bo­liczne, że nasza roz­po­częła się w teatrze, przed pełną bla­sku sceną i przy dźwię­kach muzyki. W pew­nym sen­sie ta szczę­śliwa atmos­fera patro­no­wała naszej przy­jaźni.

Poza tym sam znaj­do­wa­łem się prze­cież w podob­nej sytu­acji co Hitler. Szkoła była już poza mną i nie mogła dać mi nic wię­cej. Przy całej miło­ści i przy­wią­za­niu do rodzi­ców, doro­śli zna­czyli dla mnie doprawdy nie­wiele. Przede wszyst­kim zaś, w sytu­acji gdy wiele kwe­stii było w moim przy­padku jesz­cze otwar­tych i wąt­pli­wych, nie mia­łem wokół sie­bie nikogo, komu mógł­bym się zwie­rzyć.

Począt­kowo była to jed­nak trudna przy­jaźń, gdyż cha­rak­tery mie­li­śmy z gruntu różne. Pod­czas gdy ja byłem cichym, nieco marzy­ciel­skim i zdol­nym do przy­sto­so­wa­nia się chłop­cem, a więc nader zgod­nym, mając nie­jako „muzyczny cha­rak­ter”, Hitler był bar­dzo gwał­towny i pełen tem­pe­ra­mentu. Nie­winne pro­blemy, kilka nie­prze­my­śla­nych słów mogły wywo­łać wybuch jego gniewu, któ­rego inten­syw­ność była – moim zda­niem – zupeł­nie nie­pro­por­cjo­nalna do wagi sprawy. Być może jed­nak nie­zbyt rozu­mia­łem Adolfa, gdy idzie o tę sferę. Może róż­nica mię­dzy nami pole­gała na tym, że poważ­nie trak­to­wał sprawy, które dla mnie pozo­sta­wały obo­jęt­nymi. Tak, to była typowa cecha jego cha­rak­teru: wszystko go zaj­mo­wało i intry­go­wało, wobec niczego nie pozo­sta­wał obo­jęt­nym.

Przy wszyst­kich trud­no­ściach, jakie wyni­kały z róż­nic cha­rak­te­rów, nasza przy­jaźń ni­gdy nie została poważ­nie zagro­żona. Nie stało się tak, jak to bywa czę­sto u mło­dych ludzi, że wraz z upły­wem czasu sta­wa­li­śmy się sobie coraz bar­dziej obcy i obo­jętni. Wręcz prze­ciw­nie! W kwe­stiach zewnętrz­nych coraz bar­dziej liczy­li­śmy się z dru­gim. Brzmi to dziw­nie, ale ten czło­wiek, który tak upar­cie trzy­mał się wła­snych poglą­dów, potra­fił być jed­no­cze­śnie tak wyro­zu­miały, że nie­kiedy budziło to aż moje zaże­no­wa­nie. I tak z upły­wem czasu coraz bar­dziej przy­zwy­cza­ja­li­śmy się do sie­bie.

Nie­ba­wem zro­zu­mia­łem, że trwa­łość naszej przy­jaźni nie wyni­kała z tego, że potra­fi­łem go tylko cier­pli­wie słu­chać. I wcale mnie to nie uszczę­śli­wiało, gdyż wła­śnie wtedy czu­łem naj­wy­raź­niej, jak bar­dzo potrze­buje mnie mój przy­ja­ciel. Był bowiem czło­wie­kiem cał­ko­wi­cie samot­nym. Jego ojciec nie żył już od dwóch lat. Matka, którą kochał z peł­nym odda­niem, nie była mu w sta­nie pomóc w tym, co go tak bar­dzo zaj­mo­wało. Przy­po­mi­nam sobie dłu­gie wykłady, jakie mi czy­nił, o rze­czach zupeł­nie mnie nie­in­te­re­su­ją­cych, jak poda­tek od kon­sump­cji, jaki pobie­rano na moście na Dunaju, albo o lote­rii dobro­czyn­nej, któ­rej losy sprze­da­wano wła­śnie na uli­cach. On musiał mówić i potrze­bo­wał kogoś, kto go będzie słu­chał. Czę­sto dzi­wi­łem się, gdy wygła­szał przede mną mowę wspie­raną żywą gesty­ku­la­cją. Ni­gdy nie prze­szka­dzało mu, że jego publicz­no­ścią byłem tylko ja. Ale młody czło­wiek, jakim był mój przy­ja­ciel, potrze­bo­wał środ­ków, by znieść i roz­ła­do­wać napię­cia będące wytwo­rem jego tem­pe­ra­mentu, reagu­ją­cego na to, co zoba­czył i prze­żył. Bez­po­średni wyraz te napię­cia znaj­do­wały w jego prze­mó­wie­niach. Owe mowy, wygła­szane zazwy­czaj na wol­nym powie­trzu pod drze­wami rosną­cymi na Fre­in­bergu czy w zagaj­ni­kach nad­du­naj­skich łęgów, przy­po­mi­nały czę­sto wybu­chy wul­kanu. Można było wtedy odnieść wra­że­nie, że wydo­bywa się z niego coś obcego, innego. Dotąd byłem świad­kiem tego rodzaju unie­sień tylko w teatrze, gdy któ­ryś z akto­rów musiał prze­ka­zać widzom swe uczu­cia; ogar­niało mnie wtedy zasko­cze­nie oraz kon­ster­na­cja do tego stop­nia, że w końcu zapo­mi­na­łem o należ­nym aplau­zie.

Szybko jed­nak zro­zu­mia­łem, że ten „teatr” nie był wcale teatrem. Zacho­wa­nie Adolfa nie było grą, pozą, niczym wyuczo­nym, lecz reak­cją na to, co aku­rat prze­żył. Czu­łem, jak dogłębne było to jego prze­ży­cie. Cią­gle od nowa ogar­niało mnie zdzi­wie­nie, gdy sły­sza­łem, jak elo­kwent­nie potra­fił się wyra­żać, jak wyra­zi­ście przed­sta­wiać wszystko, co go poru­szało, co chciał prze­ka­zać, jak łatwo wypły­wały mu z ust słowa, gdy dawał się pono­sić emo­cjom. Począt­kowo fascy­no­wało mnie nie to, co mówił, ale jak mówił. To było dla mnie coś nowego i wspa­nia­łego. Nie mia­łem poję­cia, że przy pomocy zwy­kłych słów czło­wiek mógł osią­gnąć tak wiele. Ode mnie ocze­ki­wał tylko jed­nego: apro­baty. Szybko do tego dosze­dłem. Nie mia­łem z tym więk­szych pro­ble­mów, ponie­waż o wielu kwe­stiach, jakie poru­szał, w ogóle dotąd nie myśla­łem.

Mimo to byłoby błę­dem twier­dzić, że nasza przy­jaźń spro­wa­dzała się do tej jed­no­stron­nej rela­cji; byłoby to w przy­padku Adolfa zbyt pry­mi­tywną, a z mojego punktu widze­nia nie­wy­star­cza­jącą racją bytu. Istotą jej był fakt, że wza­jem­nie dosko­nale się uzu­peł­nia­li­śmy. W jego przy­padku wszystko zmu­szało go do aktyw­nego zaję­cia sta­no­wi­ska, wyma­ga­jąc sil­niej­szego zaan­ga­żo­wa­nia wewnętrz­nego, bowiem w grun­cie rze­czy jego emo­cjo­nalne wybu­chy były dowo­dem, jak żar­li­wie inte­re­so­wał się wszyst­kim. Ja z kolei, mając naturę kon­tem­pla­cyjną i spo­kojną, wysłu­chi­wa­łem peror każ­dej rze­czy, która go inte­re­so­wała, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu bez zastrze­żeń i chęt­nie pozwa­la­łem mu się prze­ko­nać, z wyjąt­kiem wsze­lako kwe­stii muzycz­nych.

Muszę nie­mniej przy­znać, że przy­jaźń z Adol­fem pochła­niała mi nie­sły­cha­nie wiele czasu. Nie licząc się zbyt­nio z tym, co ja o tym sądzę, zawłasz­czał cał­ko­wi­cie mój wolny czas. Ponie­waż sam nie był zwią­zany żad­nymi obo­wiąz­kami, ja musia­łem cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wać się jego życze­niom. Wyma­gał ode mnie wszyst­kiego, ale dla mnie rów­nież był gotów uczy­nić wszystko. Nie mia­łem zresztą innego wyj­ścia; ze względu na jego cał­ko­wite roz­po­rzą­dza­nie moim wol­nym cza­sem nie mógł­bym się przy­jaź­nić z kimś jesz­cze. Szcze­rze mówiąc, nie odczu­wa­łem zresztą takiej potrzeby, bowiem Adolf zastę­po­wał mi tuzin mniej lub bar­dziej zdaw­ko­wych przy­ja­ciół. Wła­ści­wie tylko jedna rzecz mogłaby nas roz­dzie­lić – dziew­czyna, w któ­rej oby­dwaj mogli­by­śmy się zako­chać, wtedy zapewne doszłoby do walki o wszystko. Mia­łem wów­czas sie­dem­na­ście lat, a więc coś takiego mogłoby się wyda­rzyć. Ale wła­śnie w tej kwe­stii los przy­go­to­wał dla nas obu jedyne w swoim rodzaju roz­wią­za­nie – o czym wię­cej napi­szę w roz­dziale „Ste­fa­nie” – które w żad­nej mie­rze nie zagro­ziło naszej przy­jaźni, lecz wręcz prze­ciw­nie, zna­cząco ją pogłę­biło.

Wie­dzia­łem, że także i on nie miał – poza mną – innego przy­ja­ciela. Pamię­tam, jakby się to wyda­rzyło wczo­raj, drobne, w grun­cie rze­czy dru­go­rzędne wyda­rze­nie, gdy Adolf przy­szedł po mnie do domu, po czym z Klam­m­strasse ruszy­li­śmy naszą utartą drogą przez Pro­me­nade i skrę­ci­li­śmy potem w Land­strasse. I wtedy to się wyda­rzyło. Jesz­cze dzi­siaj mógł­bym poka­zać miej­sce, gdzie to się stało. Jakiś mło­dzie­niec, mniej wię­cej w moim wieku, wychy­nął zza rogu; był to gogu­sio­wato ubrany, puco­ło­waty pani­czyk. Roz­po­znał w Adol­fie daw­nego kolegę ze szkoły, zatrzy­mał się i wyszcze­rzył zęby w rado­snym uśmie­chu.

– Ser­wus, Hitler! – zawo­łał, łapiąc go przy tym poufale za łokieć. Zaraz potem zapy­tał go ze szcze­rym zain­te­re­so­wa­niem w gło­sie, jak mu idzie. Byłem prze­ko­nany, że Adolf odpo­wie szkol­nemu kole­dze w rów­nie przy­ja­znym tonie, tym bar­dziej że zawsze bar­dzo sta­rał się zacho­wy­wać w spo­sób uprzejmy. Aż tu nagle zoba­czy­łem, jak mój przy­ja­ciel robi się czer­wony z gniewu. Zna­łem już tę prze­mianę z innych oka­zji i wie­dzia­łem, że nie wró­żyła niczego dobrego.

– Nie twój zasrany inte­res! – wrza­snął wzbu­rzony do tam­tego i ode­pchnął go mocno. Potem zła­pał mnie za łokieć i ruszył dalej, nie zwra­ca­jąc kom­plet­nie uwagi na daw­nego zna­jomka; jesz­cze dzi­siaj pamię­tam zasko­czoną, oble­wa­jącą się rumień­cem twarz puco­ło­wa­tego mło­dzieńca. – Oni wszy­scy będą w przy­szło­ści urzęd­ni­kami pań­stwo­wymi! – rzu­cił Adolf po chwili, cią­gle jesz­cze roz­wście­czony. – I z takimi kre­atu­rami sie­dzia­łem w jed­nej kla­sie! – Musiała minąć długa chwila, zanim się wresz­cie uspo­koił.

W pamięć zapa­dło mi jesz­cze dru­gie wyda­rze­nie, mające miej­sce nieco póź­niej. Umarł wła­śnie mój sza­cowny nauczy­ciel gry na skrzyp­cach, Hein­rich Des­sauer. Hitler zapra­gnął wziąć udział w jego pogrze­bie, co mnie mocno zdzi­wiło, jako że w ogóle nie znał zmar­łego.

Na moje zasko­czone pyta­nie „dla­czego?” odparł:

– Bo nie mogę ścier­pieć, gdy spa­ce­ru­jesz i roz­ma­wiasz z innymi mło­dymi ludźmi.

Było wiele rze­czy, w tym także mało zna­czą­cych, które mogły wywo­łać jego wzbu­rze­nie. Naj­bar­dziej jed­nak dener­wo­wał się, gdy mowa była o tym, że miałby w przy­szło­ści zostać urzęd­ni­kiem. Zresztą wystar­czało samo hasło „urzęd­nik”, i to bez związku z jego przy­szło­ścią, by nie­za­wod­nie dopro­wa­dzić go do wście­kło­ści. Stwier­dzi­łem, że te wybu­chy gniewu były w pew­nym sen­sie kon­ty­nu­acją spo­rów, jakie nie­gdyś pro­wa­dził ze swym od dawna nie­ży­ją­cym już ojcem, który koniecz­nie chciał zro­bić z niego urzęd­nika pań­stwo­wego; były to ponie­kąd „spóź­nione wystą­pie­nia obronne”.

Dla naszej ówcze­snej przy­jaźni ważne było w każ­dym razie, abym rów­nie mało sza­no­wał kastę urzęd­ni­czą, co on sam. Bio­rąc pod uwagę jego bez­względną nega­cję kariery urzęd­ni­czej, mogę sobie naszą ówcze­sną bli­skość dzi­siaj wyja­śnić tym, że pro­sty cze­lad­nik tapi­cer­ski był mu bar­dziej sym­pa­tyczny jako przy­ja­ciel ani­żeli któ­ryś z tych wystro­jo­nych synów rad­ców dworu, mają­cych poprzez pro­tek­cję, sto­sunki oraz poli­tyczne powią­za­nia z góry zapew­nione miej­sce pracy i zna­ją­cych nie­mal dokład­nie prze­bieg swej kariery. Los Hitlera był prze­ci­wień­stwem takiej kariery, u niego wszystko było mgli­ście nie­pewne. Ist­niało jesz­cze jedno pozy­tywne zało­że­nie, jakie w oczach Adolfa pre­de­sty­no­wało mnie do bycia jego przy­ja­cielem: także i ja, jak on sam, wyzna­wa­łem zasadę bez­wa­run­ko­wego pry­matu sztuki w życiu czło­wieka. Oczy­wi­ście, pod­ów­czas nie for­mu­ło­wa­li­śmy tej kon­sta­ta­cji tak gór­no­lot­nie, ale w prak­tyce żyli­śmy według tej zasady, dzięki któ­rej gra­nie muzyki stało się decy­du­ją­cym czyn­ni­kiem w moim życiu. Praca w warsz­ta­cie miała jedy­nie zapew­nić mi środki do fizycz­nej egzy­sten­cji. Dla mojego przy­ja­ciela sztuka była czymś o wiele wię­cej: znaj­do­wał w niej prze­ciw­wagę dla swego bar­dzo inten­syw­nego spo­sobu bada­nia i przyj­mo­wa­nia bądź odrzu­ca­nia wszyst­kiego, co go ota­czało, i trak­to­wał ją z nie­sa­mo­witą wręcz powagą.

Dla­tego też speł­nia­łem, według niego, wszyst­kie warunki, jakie były konieczne dla przy­jaźni: nie mia­łem nic wspól­nego z jego daw­nymi kole­gami ze szkoły, nie mia­łem nic wspól­nego z kastą urzęd­ni­czą i żyłem sztuką. A poza tym zna­łem się nie­źle na muzyce.

Podo­bień­stwo skłon­no­ści łączyło nas w rów­nie dużym stop­niu, co róż­nica tem­pe­ra­men­tów. Innym pozo­sta­wiam ocenę, czy ludzie, któ­rzy, jak Hitler, z pew­no­ścią luna­tyka podą­żają swoją drogą, wyła­wia­jąc przy­pad­kowo z masy innych tych, któ­rzy są im do tego potrzebni, czy też jest to zrzą­dze­nie losu sta­wia­jące takie osoby na ich dro­dze. Mogę tylko stwier­dzić, że byłem dla niego takim wła­śnie czło­wie­kiem od chwili spo­tka­nia w teatrze aż po okres jego życia w Wied­niu, kiedy żył w bie­dzie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij