Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Adored - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 lutego 2026
3788 pkt
punktów Virtualo

Adored - ebook

Osiemnastoletnia Corinne Moretti pochodzi z wpływowej rodziny, a jej zimna i surowa matka stara się kontrolować każdy aspekt życia dziewczyny. Bez skutku. Od czasu zaginięcia swojej siostry bliźniaczki Corinne robi wszystko, żeby jak najczęściej pojawiać się w rubrykach towarzyskich i kompromitować rodzinę, a w szczególności Charlotte, swoją matkę.

W końcu kobieta postanawia znaleźć córce odpowiedniego partnera, który ociepli wizerunek Morettich. Corinne, wiedziona pragnieniem buntu, stawia na swoim i na udawanego chłopaka wybiera znienawidzonego przez siebie Aslana Velleriego – gwiazdę futbolu i syna odwiecznego wroga rodziny.

Ich udawany związek ma być tylko prowokacją, ale szybko zaczyna przeradzać się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                      Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-591-9
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSTRZEŻENIE

W książce poruszany jest temat przemocy domowej – psychicznej i fizycznej. Sceny nie są drastyczne, ale mogą wzbudzić emocje i poruszyć osoby wrażliwsze. Jeśli spotyka to Ciebie lub jesteś tego świadkiem, pamiętaj, że Twoje uczucia są ważne i mają znaczenie. Nie musisz przez to przechodzić w pojedynkę – są ludzie gotowi Cię wysłuchać i pomóc Ci odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Sięganie po wsparcie nie jest oznaką słabości, lecz aktem odwagi i troski o siebie.

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111 – darmowy, czynny 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.ROZDZIAŁ 1

Zgoda?

Corinne

– Aslan! – krzyknęłam jeszcze raz głośniej, prawie desperacko.

I znowu nic. Jakby moje słowa rozpływały się w powietrzu, nie docierały do niego. Ignorował mnie bezwzględnie, aż nagle się odwrócił, rzucił mi jedno chłodne spojrzenie… i po prostu wbiegł do szatni. Zostawił mnie tam, stojącą samotnie na środku korytarza.

Czekałam chwilę przed drzwiami, ściskając dłonie w pięści. Miałam nadzieję, że wyjdzie za minutę lub dwie. Że może musiał coś załatwić i wróci. Ale mijały kolejne sekundy, a jego nie było. Słyszałam tylko śmiechy i przytłumione rozmowy chłopaków z drużyny.

Po kilkunastu minutach doszłam do wniosku, że nie mam już nic do stracenia. Jeśli nie zamierza wyjść, to ja wejdę. I w tym momencie naprawdę odniosłam wrażenie, że Bóg mnie opuścił, bo tylko ktoś pozbawiony zdrowego rozsądku przekroczyłby próg szatni pełnej zawodników drużyny Atlantis.

Otworzyłam drzwi i uderzył mnie nieprzyjemny, ciężki zapach potu, dezodorantu i wilgoci. Ściany odbijały echo rozmów, metalowe szafki brzęczały, ktoś rzucił ręcznik, który trafił na podłogę tuż obok mojej stopy. Na szczęście większość obecnych była już przynajmniej częściowo ubrana – chociaż to i tak wystarczyło, żeby policzki zaczęły mi płonąć.

– Corinne? – odezwał się jeden z zawodników, kiedy mijał mnie w drzwiach.

Posłał mi lekko zdziwiony wzrok, ale się nie zatrzymał. Musiałam wyglądać groteskowo: zastygła na chwilę w progu i zaciskająca palce na pasku torby, jakby to miało mnie ochronić.

Przepychałam się przez spocony tłum, z trudem łapiąc oddech. Z każdym krokiem coraz bliżej niego. I w końcu go zobaczyłam. Aslan Velleri stał oparty o szafkę i rozmawiał z Jamesem i Lionem.

– Udajesz, że nie słyszysz? Mówiłam do ciebie coś na hali, kretynie – wyrzuciłam z siebie od razu, zanim odwaga zdążyła mi umknąć.

Dopiero wtedy spojrzał w moim kierunku i przerwał swoją wymianę słów, choć wcale nie wyglądał na zakłopotanego czy winnego. Raczej jakby oceniał, czy warto w ogóle odpowiadać.

– Poczekamy na ciebie przed szkołą – rzucił James, spoglądając znacząco to na mnie, to na Aslana.

– Corinne, nie pobij naszego przyjaciela! – krzyknął jeszcze Lion, wychodząc z gromkim śmiechem.

Tymczasem wszyscy zawodnicy zdążyli już opuścić szatnię. Chyba trochę się pospieszyli, jakby chcieli dać nam szansę na rozmowę w cztery oczy. Zostałam sama z Aslanem, z moim gniewem i z poczuciem, że znów udało mu się sprowadzić mnie do roli tła.

Cisza była tak gęsta, że słyszałam tylko przelewanie się wody w rurach i szelest foliowego opakowania, gdy otwierał swoją sałatkę. Usiadł na ławce i pochylił się lekko do przodu, oparty łokciami o kolana. Nie popatrzył na mnie od razu, jakby musiał najpierw uspokoić własne myśli.

– Słyszałem cię, Moretti – odezwał się wreszcie głosem spokojnym, ale zmęczonym. – Od samego początku. Tylko… serio, nie chciałem się z tobą kłócić. Mam dzisiaj naprawdę fatalny dzień i ostatnie, czego potrzebuję, to kolejna wojna z tobą.

Podniósł na mnie wzrok, a jego oczy, choć wciąż zimne, nie miały w sobie jak zwykle drwiny. Bardziej rezygnację.

Te słowa na moment uciszyły moje emocje, ale zaraz poczułam, że złość znowu narasta.

– Gdyby chodziło o mnie, to bym ci dała spokój, Aslanie. Ale chodzi o Nell. Złamałeś jej serce, tak że nie była w stanie dzisiaj wyjść z domu. Wiesz, jak wyglądał trening bez niej? Jak katastrofa. A ja od tygodni przygotowuję choreografię, której dzisiaj nie mogłam dopiąć, bo jej zabrakło. Przez ciebie.

Aslan westchnął i opuścił widelec na pojemnik, choć nie na długo.

– Nell… – powtórzył, przeciągając jej imię. – Ja nic jej nie obiecywałem. To ona sobie coś wyobraziła, a to już nie jest moja wina. Nie jestem odpowiedzialny za każde złamane serce w tej szkole.

– Ale jesteś odpowiedzialny za to jedno – wcięłam się ostro. – Za jej.

Na jego twarzy pojawił się cień irytacji, ale stłumił go szybko, wracając do jedzenia. Wolno nabierał sałatkę.

– Wiesz, że nie zrobiłem tego specjalnie. Nie gram w takie gierki. Jeśli Nell naprawdę przeze mnie cierpi, to jest mi przykro. Ale ja też mam swoje życie. I nie zamierzam składać ci raportów, z kim się spotykam albo kogo odrzucam. Nawet jeśli te dziewczyny należą do tej twojej śmiesznej grupy cheerleaderek.

Zacisnęłam usta. Wiedziałam, że nigdy nie usłyszę od niego tego, co chciałam. Żadnego „przepraszam”, żadnego „masz rację”. Tylko ta jego chłodna logika i udawany spokój.

Podniosłam dłoń, powoli i świadomie.

– Przyszłam w pokojowych zamiarach – powiedziałam, z każdym słowem starając się brzmieć twardo i rzeczowo. – Proponuję taki układ: ty nie dotykasz moich cheerleaderek, a ja nie wchodzę ci w drogę.

Wyciągnęłam rękę przed siebie. Prosty, uczciwy gest, jasny jak zawarcie paktu. On spojrzał na nią krótko, uniósł brew… i wrócił do swojej sałatki.

Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Stałam z ręką w powietrzu, czując, jak moje policzki płoną, lecz w końcu opuściłam ją z ciężkim westchnieniem.

Aslan skończył jeść. Odłożył widelec, wyrzucił pudełko do śmietnika obok ławki, wytarł dłonie w papierowy ręcznik. Wstał powoli, rozciągając ramiona.

– Do zobaczenia na imprezie – rzucił lekko i skierował się już ku drzwiom. Zatrzymał się jednak na sekundę, odwrócił głowę i dodał tonem, w którym było coś z kpiny, ale i coś niepokojąco ciepłego: – A, i ubierz się cieplej. To nie lato, Cori.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi zatrzasnęły się za nim, a ja zostałam sama – z umową, która nie została zawarta, i z poczuciem, że on znowu wyszedł z tego silniejszy, a ja… czułam się tylko bardziej zdenerwowana na niego.

– Nie cierpię go – wyszeptałam do siebie.

Lista rzeczy, których nie znosiłam, była niedługa: porzeczki, masło orzechowe, matematyka, cholerna chemia (za zmuszanie nas do zapamiętywania wzorów). I on – Aslan Velleri – zawsze zajmował na niej miejsce pierwsze lub drugie, w zależności od dnia. Dzisiaj zdecydowanie pierwsze.

– I co, udało się? – Usłyszałam głos.

Nancy stanęła w progu z kurtką zarzuconą na ramię, włosy o kolorze ciemnej czekolady miała spięte w niefrasobliwy koczek, oczy błyszczące ciekawością. Jej pojawienie się zawsze powodowało, że adrenalina we mnie opadała – czasem tylko trochę, ale zawsze. Pokazałam jej kciuka w dół. Pokręciła głową, ale uśmiech nie zniknął z jej twarzy. Jej energia była zaraźliwa – nawet gdy świat walił mi się na głowę, Nancy potrafiła znaleźć jakiś promyk nadziei.

– Dlaczego mnie do tego namówiłaś? – wyrwało mi się, chociaż w głosie pobrzmiewała bardziej ciekawość niż pretensja.

– Nie sądziłam, że się odważysz – odparła. Za to dostała kuksańca w ramię. – Jesteś okrutna.

– Ten dupek nawet dłoni mi nie podał! Zignorował mnie całkowicie i jeszcze powiedział coś całkiem abstrakcyjnego – wybuchnęłam, gestykulując przy tym.

Nancy uniosła brwi, kompletnie zaskoczona.

– Co? – zapytała powoli, jakby powtarzała słowa, które ledwo mogła pojąć.

– Żebym się ubrała cieplej, bo to nie lato – wyszeptałam, choć absurd tej rady wydawał się bardziej zabawny niż irytujący.

Nancy zmarszczyła brwi, próbując podejść do mojej wypowiedzi logicznie.

– No dobra… nie chcę nic mówić, ale on się o ciebie martwi. Można powiedzieć, że jednak „podał ci dłoń”, choć nie fizycznie. W sensie… rozumiesz? – próbowała wyjaśnić, jakby usiłowała wcisnąć mi w ręce złotą zasadę subtelnej troski Aslana.

Zamrugałam powoli, patrząc na nią z niedowierzaniem.

– Nie rozumiem – wyszeptałam, choć w moim głosie było zarówno rozbawienie, jak i zniecierpliwienie. – Proszę, zmieńmy temat – dodałam stanowczo.

Nancy się uśmiechnęła, ponieważ zawsze potrafiła znaleźć jasną stronę nawet w najbardziej absurdalnych sytuacjach.

– Porozmawiajmy o Noahu. Widziałaś się z Liv? – zagaiła, zręcznie zmieniając temat, jak zawsze, kiedy chciała odciągnąć mnie od gniewu na Aslana. Popatrzyła na mnie uważnie, badając moją twarz. – I jak rodzice?

– A co z rodzicami ma być nie tak? – zapytałam, marszcząc brwi. – I nie, nie widziałam się z Liv. Ale pewnie pojawi się na imprezie u Liona.

Nancy nagle złapała mnie za rękę i spojrzała błagalnie.

– To idziemy na imprezę do Liona? – zapytała. – Zrób to dla mnie. Proszę. Ostatnio poszłam z tobą.

– Dobra, pójdę. Przy okazji zapytam, czy udało mi się jej pomóc i będzie mogła odpuścić sobie małżeństwo z tym idiotą – zgodziłam się, bo w głębi wiedziałam, że to dobry plan.

Nancy wybuchnęła entuzjazmem i natychmiast mnie objęła, zamykając w uścisku.

– Jesteś najlepszą przyjaciółką! – krzyknęła, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie, chwytając ją za rękę i ciągnąc w stronę wyjścia ze szkoły.

Kiedy już znalazłyśmy się na zewnątrz, Nancy podała mi telefon z artykułem – ktoś obsmarowywał mnie na forum i w gazecie. Widniało tam zdjęcie, na którym trzymałam Noaha za rękę. Normalnie mogłabym się zdenerwować, ale ja… uśmiechnęłam się złośliwie. Uwielbiałam wnerwiać swoją matkę i nic, absolutnie nic w tym artykule nie mogło mnie dziś powstrzymać. Charlotte nie miała kontroli nade mną – i to było najlepsze uczucie.

– Pewnie jeszcze dzisiaj tego nie widzieli – powiedziałam, nie odrywając wzroku od ekranu. – Już wiem, dlaczego zjedliśmy w spokoju śniadanie. Poczuli, że odzyskali nade mną władzę.

Nancy zmarszczyła brwi.

– Charlotte cię zabije, Corinne.

– Pewnie tak. Ale to żadna nowość – odparłam chłodno, pewna, że nic mnie nie ruszy.

Nancy westchnęła, ale zaraz dodała z uśmiechem:

– Tylko że tym razem wzięłaś się za Noaha Dasha. To osoba, o której jest głośno, a to nie zmieni się tak szybko. Wisienką na torcie jest fakt, że dopiero się zaręczył. – Lekko prychnęła, a ja tylko uśmiechnęłam się szelmowsko.

– No to Charlotte przeze mnie szybciej się zestarzeje – odparłam.

Ten dzień był jednym wielkim chaosem: Aslan, zrujnowana choreografia, artykuł w gazecie… i tak, śmiałam się w duchu, bo wiedziałam, że się tym nie będę przejmować. Ja przecież uwielbiałam drażnić swoją matkę, więc wyobrażenie sobie jej gniewu przez ten artykuł było jak deser.

– Nienawidzę czwartków – westchnęła Nancy.

– Myślałam, że poniedziałków – odparłam, a ona objęła mnie ramieniem i przyciągnęła bliżej.

– Czas polubić czwartki! – krzyknęła, a ja nie mogłam powstrzymać śmiechu.

Nancy była moim promykiem słońca, nawet w najbardziej zwariowane dni. Gdy jej życie się sypało, ona i tak znajdowała powód do radości. Zazdrościłam jej tej siły, bo ja nigdy nie potrafiłam być tak odporna psychicznie – szczególnie po zaginięciu mojej siostry bliźniaczki. Zdarzały się dni, że nie miałam siły wstać z łóżka, a myśl, że sobie poradzę, wydawała się nierealna. Wtedy się dowiedziałam, kto jest moją prawdziwą przyjaciółką: Nancy Carrez. Rok później dołączyła Blair Wellson, scalając naszą paczkę.ROZDZIAŁ 3

Poeta romantyczny

Aslan

Spojrzałem na ekran telefonu. W tytule wspomniano o „nowej parze z Harwood High School”, a na blogu jednej z uczennic pojawiło się już nawet specjalne „śledztwo” w tej sprawie. Przewinąłem niżej, a uśmiech sam wypłynął mi na twarz. No proszę, wystarczył jeden wieczór i już mieliśmy swoją małą sensację.

Oczywiście moi przyjaciele wiedzieli o wszystkim, jeszcze zanim pojawiłem się w szkole. Uprzedziłem ich, że wchodzę w udawany związek z Corinne Moretti, i jak można się było spodziewać, nikt nie zrobił z tego wielkiej sprawy.

Czy miałem odmówić, skoro pojawiła się szansa, by znaleźć się bliżej Cori? Dziewczyny, która od dawna siedziała mi w głowie jak jakiś niewyraźny sen – uparty, intrygujący, pełen sprzeczności. Marzyłem o tym, żeby się do niej zbliżyć. Nawet jeśli mieliśmy tylko podjąć grę. Nawet jeśli to wszystko było tylko tymczasowe.

– Romeo i Julia, wersja druga – mruknął James, zadowolony z tej romantycznej farsy. Popijał sok przez różową słomkę, jakby występował w jakimś amerykańskim filmie.

Lion tylko uniósł brwi, ale na jego twarzy zagościł cień uśmiechu.

– A ja tam się cieszę – rzucił, zerkając na mnie. – Łatwiej poznam Nancy.

– Aslan Velleri widziany w intymnej chwili z dziedziczką fortuny, Corinne Moretti – przeczytał James z udawaną powagą, przewijając ekran. – Dziennikarska robota na medal.

– Spisali się – skwitował Lion, po czym otworzył mój zeszyt i bez cienia wstydu zaczął przepisywać zadania z matematyki.

Z tym przedmiotem nigdy nie miałem problemu, ponieważ większość materiału znałem z poprzedniej szkoły. To był mój język.

– Aż za dobrze – powiedział James, wpatrzony w ekran. – Stary, jedno z tych zdjęć wygląda, jakbyście się mieli zaraz pocałować. Internet już szaleje. Corinne zrobiła to, żeby dopiec Charlotte. A ty?

– Bo tak się złożyło, że ona wraca – odpowiedziałem spokojnie, ale poczułem, że głos mi lekko drży.

– Layla? – zdziwił się James, unosząc brew.

– Tak – przytaknąłem.

– Ta twoja psychopatyczna była? – zapytał Lion i schował telefon do kieszeni.

– Cholera, Aslanie… – powiedział Lion, marszcząc czoło. – To wcale nie brzmi dobrze. Ta wariatka zaraz okręci sobie wokół palca ciebie i twoich rodziców.

– Mnie już nie – odpowiedziałem. – Ale rodziców owszem. Przeszedłem przez humorki Layli, jej szantaże, manipulacje. Nie dałaby rady ponownie mnie w sobie rozkochać. To minęło. Ale wiem, że Margaret oszaleje, gdy się dowie, że Layla niedługo znów się tutaj pojawi.

– Po co ona w ogóle przyjeżdża? – zapytał Lion, kręcąc głową, jakby nie mógł pojąć całej sytuacji.

– Napisała mi tylko w SMS-ie, że musimy zamienić kilka słów – odparłem z namysłem, starając się nie ujawniać zbyt wielu emocji. – Chociaż szczerze mówiąc, niezbyt mam ochotę z nią rozmawiać. Nie wiem, co by mogła wymyślić, a nie chcę dać się wciągnąć w kolejną jej grę.

– Dobrze się złożyło z tym twoim udawanym związkiem z Corinne – powiedział Lion, wymieniając spojrzenia z Jamesem. – Ale serio, myślisz, że to dobry pomysł: wciągnąć w to dziewczynę, która naprawdę cię interesuje, i jednocześnie stawiać ją w sytuacji, gdzie musi poznać twoją psychopatyczną byłą?

James siedział obok, milcząco słuchając naszej rozmowy, jakby chłonął każdy szczegół i każdą napiętą nić między słowami.

– Za późno już na myślenie – odparłem pewnie. – Corinne potrzebuje mojej pomocy i zrobię to bez wahania.

W duchu dodałem jeszcze coś, czego nie mówiłem na głos: dla Corinne Moretti byłbym gotów zrobić naprawdę wszystko.

James spojrzał na zegarek, westchnął cicho, po czym poderwał się z krzesła, otrzepując z koszuli okruszki po kanapce.

– Dobra, panowie, muszę iść zmazać tablicę – rzucił.

– Od kiedy ty taki pilny uczeń? – zapytał Lion, patrząc na Jamesa, który zarzucał torbę na ramię.

– Od kiedy poznał Blair – odpowiedziałem za Jamesa, nim ten zdążył się odezwać.

Lion wybuchnął śmiechem i zrobił głupkowatą minę, unosząc brwi w udawanym podziwie.

Prawda była taka, że James Vancheva całkiem stracił głowę dla Blair – dziewczyny o rok młodszej, która niedawno dołączyła do szkoły, przyjaciółki Corinne.

– Skoro zostało nam jeszcze trzydzieści minut do kolejnej lekcji, to chociaż zdążę pogadać z Blair.

Przerwy zazwyczaj trwały równe dwadzieścia minut, ale dzisiaj mieliśmy odwołaną jedną lekcję.

Odprowadziłem go wzrokiem, po czym zerknąłem na Liona spod przymrużonych powiek. Dzisiejsze zmęczenie naprawdę dawało mi się we znaki.

– Mam do ciebie pytanie – powiedział w tym samym momencie, patrząc na mnie uważniej. – Dlaczego nie spałeś w nocy? Szybko się zmyłeś z imprezy, więc pomyślałem, że pewnie szybciej zapadniesz w sen. Ale ty nie zmrużyłeś oka, prawda? Te twoje podkowy pod oczami mówią wszystko.

– Corinne kazała mi obejrzeć jej ulubiony film – odpowiedziałem zupełnie poważnie.

– Serio? Spędziłeś noc na oglądaniu jej ulubionego filmu? Powiedz, że to nie skończy się tak, jak z Laylą – odparł Lion z troską.

– Spokojnie, mam wszystko pod kontrolą. Po prostu mnie wciągnął. Nawet obejrzałem drugą część.

– Jaki to film? – zapytał Lion z lekkim niedowierzaniem.

– Do wszystkich chłopców, których kochałam – rzuciłem bez emocji.

W tej samej chwili Lion wybuchnął śmiechem. Kilka dziewczyn z rogu stołówki odwróciło się w naszą stronę i posłało nam pogodne spojrzenia.

Nie byliśmy może najprzystojniejsi, ale na pewno rozpoznawalni. Ja – kapitan drużyny i syn senatora, Lion – mistrz imprez, James – facet z tysiącem pomysłów na minutę i z tą charyzmą, która sprawiała, że wszyscy chcieli się z nim kolegować.

W Harwood High School uczyły się głównie dzieci zamożnych i wpływowych rodzin. Uczniowie z mniej uprzywilejowanym zapleczem stanowili mniejszość.

– Oglądałeś ckliwe romansidło dla Corinne Moretti?

– Nie tylko oglądałem – westchnąłem. – Ona też chciała, żebym… – Zawahałem się, zanim dokończyłem, bo wiedziałem, jak to zabrzmi. – Żebym napisał jej karteczkę, taką jak Peter pisał Larze Jean.

Lion uniósł brwi, marszcząc czoło, jakby usiłował połączyć kropki.

– Peter… Lara Jean… – mruknął pod nosem, po czym jego twarz rozjaśniła się w nagłym olśnieniu. – Aaa, czekaj, chyba kojarzę. Lydia szalała na punkcie tego filmu – westchnął teatralnie. – No ale Lydia to Lydia. Ona ogląda wszystko, w czym są więcej niż dwa pocałunki.

– A ja dałem się w to wciągnąć – powiedziałem z udawanym dramatyzmem.

– Brzmisz jak ktoś, kto właśnie zaczyna mieć przesrane.

– Dzięki – rzuciłem z przekąsem. – To jest dokładnie to, co potrzebowałem usłyszeć.

– Zawsze do usług. No ale dobrze, pokaż mi jedno ze swoich „arcydzieł”. Co tam jej napisałeś?

Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem różową karteczkę złożoną na pół – ledwo zdążyłem ją rano dokończyć. Podałem Lionowi, a on od razu ją rozłożył i zaczął czytać na głos, trochę się przy tym naśmiewając:

– „Twój uśmiech to mój ulubiony widok”.

– No co, nie jest źle, prawda? – rzuciłem z udawaną pewnością siebie, choć w środku czułem lekki chaos.

Lion parsknął śmiechem.

– Aslanie, serio: to jest takie przesłodzone, że aż boli.

– Ale działa, co nie? – Próbowałem wyglądać na pewnego siebie.

– Nie wiem, czy na nią, ale na mnie zrobiłeś wrażenie, że ci całkiem odbiło – odparł, ledwo powstrzymując kolejny śmiech.

Przewróciłem oczami i schowałem karteczkę z powrotem do kieszeni.

– Śmiej się, ile chcesz. Ale wiesz co? Jeszcze zobaczysz, że zacznie mnie lubić.

– Wiesz, w co ja bym prędzej uwierzył?

– No w co? – zapytałem zaciekawiony.

– Że James wyrwie Blair, rysując na tablicy sinusoidę i deklarując, że „ta fala to jego uczucia”.

Wywróciłem oczami.

– Ale skoro już jesteśmy w krainie fantazji, to… czemu nie? Aslan Velleri. Poeta. Romantyk. Ambasador serduszek na karteczkach.

Parsknąłem śmiechem.

Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz zarwałem noc dla czyjegoś ulubionego filmu. A już na pewno nie po to, żeby pisać liściki. Miłosne. Ręcznie. Na różowych karteczkach. Nawet dla Layli nigdy się w to nie bawiłem.

Lion znowu skwitował moją wypowiedź śmiechem. Ten jego śmiech – głośny, szczery i trochę zaprawiony złośliwością – był zaraźliwy. Mimowolnie zacząłem się czuć rozbawiony.

Wtedy w kieszeni poczułem znajome wibracje. Wyciągnąłem telefon i zerknąłem na ekran. Zobaczyłem wiadomość na Messengerze.

Corinne:

I jak tam seans filmowy? Zadanie wykonane? xoxo

– Co tam? – zagadnął Lion, unosząc brew.

Wzruszyłem ramionami, próbując udawać, jakby to nic nie znaczyło.

– To tylko moja dziewczyna – rzuciłem z obojętnością, której zupełnie nie czułem. W środku coś mi drgnęło. Jakieś ciche, przyznane przed samym sobą „o cholera”.

Lion spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek, z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.

– Stary, zaczynam się o ciebie martwić.

Odpisałem szybko.

Aslan:

Mhm, wykonane.

W tym samym momencie Lion szturchnął mnie lekko łokciem i spojrzał znacząco w stronę drzwi.

Podniosłem wzrok.

Stała tam.

Corinne.

Opierała się nonszalancko o framugę drzwi. Uśmiechała się lekko, z tą swoją rozbrajającą pewnością siebie.

Czarny, krótki sweterek z dekoltem w łódkę odsłaniał jedno ramię. Włożyła plisowaną spódnicę w ciemną kratę, teoretycznie część mundurka. Do tego czarne podkolanówki i ciężkie loafersy, które kontrastowały z jej drobną sylwetką. Włosy miała zebrane w niedbałego koka, kilka pasm opadało swobodnie na twarz.

Telefon zawibrował drugi raz. Spojrzałem na ekran – kolejna wiadomość.

Corinne:

Podejdź do mnie na moment. Mamy do odegrania scenkę.

Zmarszczyłem brwi. Scenkę?

Pochyliłem się i pokazałem wiadomość Lionowi. Rzucił okiem, a potem tylko westchnął z rozbawieniem i poklepał mnie po ramieniu.

– Powodzenia, stary.

W poszukiwaniu intymności i spokoju przeszliśmy na korytarz, gdzie wręczyłem jej różową karteczkę. Staliśmy naprzeciw siebie, a cisza zrobiła się dziwnie gęsta, jakby ten drobny gest przesunął granicę, której nie sposób było teraz cofnąć. Spojrzałem na nią – wpatrywała się w kartkę.

– Więc… – zaczęła tym swoim typowym kąśliwym tonem – obejrzałeś ten film do końca czy tylko udawałeś, żeby nie wyglądać jak totalny mięczak?

– Obejrzałem. Drugą część też. I nie zasnąłem ani razu, więc chyba nie taki ze mnie mięczak – rzuciłem z udawanym triumfem.

Corinne uniosła brwi, wyraźnie zaskoczona, jakby się nie spodziewała, że dam radę. Karteczkę schowała do zeszytu, a ja poczułem się trochę tak, jakbym właśnie zdał trudny egzamin.

– Wow, prawie jak wyznanie miłości – mruknęła z sarkazmem. – Ale nie mów mi, że teraz masz zamiar przejść do kolejnego etapu: „Aslan pisze wiersze”?

– Jeszcze nie, ale wiesz… nigdy nie mów nigdy. A poza tym, czy to nie ty mnie do tego nakłoniłaś? – odpowiedziałem z udawaną skruchą.

– O tak, właśnie dlatego jesteś moim osobistym poetą z przymusu. – Parsknęła śmiechem. – Co będzie następne? Może nauczysz się robić koktajle i staniesz się moim barmanem na żądanie?

– Już masz swoje zamówienie? – zapytałem złośliwie.

– Na razie tylko jedno: przestań udawać, że nie masz do mnie słabości.

– O, proszę, a tobie coś się w oczach świeci czy to tylko odbicie tego twojego wielkiego ego?

– To ego świeci jaśniej niż twoje marne próby bycia romantycznym – odparła, podeszła bliżej i złapała mnie lekko za ramię.

Zatrzymaliśmy się przy jej szafce. Ludzie mijający nas rzucali spojrzenia, które mogłyby oznaczać zazdrość, ciekawość albo po prostu rozbawienie naszą scenką.

– Wyglądasz dziś wyjątkowo przytomnie – rzuciła z ironicznym uśmiechem. – To chyba jakiś cud, skoro zarwałeś noc dla filmu.

– Przypominam, że to ty mnie zmusiłaś, a nie ja sam się na to zdecydowałem. Więc jeśli coś tu jest „cudem”, to moja wytrzymałość – odparłem, udając obrażonego.

– Jasne, cudak – powiedziała i… celowo nadepnęła mi na stopę.

– Co to było? – syknąłem przez zaciśnięte zęby.

– Kara za lekceważenie klasyków.

– Następnym razem zrobię ci maraton horrorów. To naprawdę będzie test odwagi – odpowiedziałem z uśmiechem.

– Horrory? Twoje życie uczuciowe to horror, Aslanie – rzuciła bez zawahania, a jej uśmiech był jak triumf. – W końcu odkąd zamieszkałeś w Waszyngtonie, nie widziałam cię z żadną inną dziewczyną.

Miałem na końcu języka stwierdzenie: „To przez ciebie, Corinne Moretti, bo to ty nie umiesz mi wyjść z głowy, odkąd cię poznałem”.

Obok nas przechodziła grupa uczniów, rzucając spojrzenia, które mogłyby znaczyć: „Czy to się dzieje naprawdę?”.

– Myślisz, że ktoś kupi ten nasz teatrzyk? – szepnąłem, rzucając jej szybkie spojrzenie.

– Oczywiście, że tak – odparła z rozbrajającym uśmiechem. – W końcu wyglądasz jak chłopak, który już dawno stracił dla mnie głowę.

– Nie wyglądam, jestem profesjonalnym aktorem. Najlepszym, jakiego znasz – odpowiedziałem z udawaną dumą.

– Jasne, Aslanie. Oscar za najlepszą rolę w kategorii „Złapana na haczyk blondynka z własnym scenariuszem”. – Przewróciła oczami.

Nagle chwyciła mnie za rękę – zaskakująco pewnie i bez żadnego wahania – i pociągnęła w stronę schodów.

– Chodź, zaprowadzę cię do mojego królestwa – rzuciła przez ramię.

– Co? Gdzie? – zdążyłem zapytać, zanim drzwi się za nami zamknęły.

– Do radiowęzła. Do Eden Hill.

Eden Hill była dumą Harwood High School – stanowiła centrum plotek, szkolnych gazetek i dramatów na poziomie małej opery mydlanej.

***

Radiowęzeł pachniał kurzem, przeterminowaną kawą z automatu i… podejrzliwością. Eden Hill siedziała przy stole z notesem i mikrofonem, przygotowana jak reporterka z ambicjami większymi niż szkolna gazetka.

Tuż obok mnie siedziała Corinne.

– Gotowi? – zapytała Eden z dziennikarskim zapałem. – „Miłość między dzwonkami” to nasz szkolny hit. A wy jesteście teraz naszą parą numer jeden. Dajcie mi coś słodkiego.

Corinne ścisnęła moją dłoń pod stołem, jakby mówiła: „Graj dobrze, Velleri”. A na głos powiedziała cukierkowo:

– Oczywiście, jesteśmy gotowi. Prawda, Aslanku?

Aslanku. Świetnie. Uśmiechnąłem się jak książę z taniego romansu.

– Zawsze, kochanie – odparłem tym samym tonem, udając, że nie czuję kopniaka w kostkę.

Eden coś zanotowała.

– To lecimy: jak się poznaliście? Kiedy pojawiły się iskry?

– Och, to przyszło samo – zaczęła Corinne. – Los po prostu… połączył nas na zajęciach z chemii. Tydzień temu.

– Iskrzyło już wtedy, gdy wylała mi kwas na zeszyt – dodałem z teatralnym uśmiechem. – Ale jak tu się gniewać, gdy patrzy się w takie oczy?

Szturchnęła mnie znowu, tym razem łokciem.

– Co was najbardziej w sobie urzekło? – zapytała Eden.

– Aslan to artysta – odpowiedziała Corinne, zanim zdążyłem się odezwać. – Pisze urocze liściki. Dziś nawet przyniósł…

– A Corinne? Ma dar. Sarkazm tak precyzyjny, że zostają po nim blizny – wciąłem się. – Czysta magia.

Uśmiechnęła się promiennie.

– Plany na przyszłość? – Eden zbliżyła mikrofon.

– Jeszcze nie rozmawialiśmy – odpowiedziałem, rzucając spojrzenie Corinne.

– Na pewno coś z moim cudownym chłopakiem – dodała słodko. – Ale nie wybiegamy aż tak daleko.

– Czyli… to coś więcej niż na tydzień? A co z tobą i Noahem Dashem, Corinne?

– Spotkali się raz – rzuciłem szybko. – Żeby odwrócić uwagę. Ukrywaliśmy rodzące się uczucie, ale byłem zbyt zazdrosny. Musiałem działać.

Wyszło mi to tak wiarygodnie, że prawie sam uwierzyłem. Prawie.

– Dokładnie tak, kotku – przytaknęła Corinne. Słodko jak z lukrem na torcie.

– Ostatnie pytanie. – Eden posłała nam uśmiech. – Co najbardziej pociąga was fizycznie w sobie nawzajem?

Corinne spojrzała na mnie, jakby szukała odpowiedzi w mojej twarzy.

– Mnie podobają się jego oczy – powiedziała cicho. – Przypominają mi landrynki Ice. Mają przepiękny kolor.

I… to zabrzmiało szczerze. A moje serce, niestety, zareagowało. Cholera.

– A co się tobie podoba w Corinne, Aslanie?

Nie musiałem się zastanawiać.

– Jej uśmiech – odpowiedziałem. – I te dwa kąciki, które pojawiają się przy ustach, kiedy się śmieje. Są urocze.

Corinne spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem. Nie była pewna, czy to żart. A może się domyśliła, że mówię prawdę.

– Jesteś przesłodki – rzuciła z nutą ironii, ale… nie aż taką, jak zwykle.

Eden klasnęła w dłonie.

– Cudowne! To będzie hit numeru. Chcecie coś dodać na koniec?

Spojrzałem na Corinne, potem rzuciłem do mikrofonu:

– Jesteśmy jak czekolada z chili. Słodcy… ale z pazurem.

– To była nasza złota para – zakończyła Eden. – Corinne Moretti i Aslan Velleri!

Po chwili wyłączyła mikrofon, wzięła notes i zerwała się na równe nogi.

– Jesteście wspaniali! Ale muszę lecieć na fizykę. Ciao, zakochańce!

Nie zdążyliśmy odpowiedzieć. Już była za drzwiami.

– Czekolada z chili? – Corinne uniosła brwi, krzyżując ramiona. – Serio?

– Lepsze to niż „Aslanek” – rzuciłem, zerkając na nią z ukosa. – Mam nadzieję, że to nie będzie się teraz za mną ciągnąć.

– A ja mam nadzieję, że nie powiesz nikomu, że naprawdę lubię twoje oczy – odpowiedziała szybko, niby lekkim tonem, ale spojrzenie miała inne. Jakby sama siebie zaskoczyła tym, co właśnie przyznała.

Przez sekundę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Więc… chyba jesteśmy oficjalnie parą – powiedziałem, opierając się o stół. – W oczach całej szkoły. Gratulacje, panno Moretti. Matka będzie zachwycona.

– O tak. Na pewno wpadnie w ekstazę, kiedy się dowie, że zamiast grzecznego, zaprogramowanego Ethana Rosetta wybrałam Aslanka z artystyczną duszą i reputacją playboya, a dodatkowo syna jej wroga numer jeden – prychnęła.

– Dobrze, że dodałaś „artystyczną duszę”. To łagodzi obraz.

– Może trochę – dodała z lekkim uśmiechem, tym swoim półuśmiechem, który znałem już na pamięć.

– Wkurzymy nasze matki. To już coś – dodałem.

– Dzisiaj zagrałeś to naprawdę dobrze.

– A ty naprawdę pięknie kłamałaś.

– Dzięki. – Skinęła głową. – Ale kiedy mówiłam o twoich oczach, to… nie do końca było kłamstwo.

Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, już wstała i sięgnęła po swoją torbę.

– No to co, Aslanie? Idziemy udawać parę?

– Z tobą? Zawsze.

Corinne uśmiechnęła się szeroko i pokręciła głową, po czym ruszyła w stronę drzwi, ciągnąc mnie za sobą za rękę.

– Więc dlatego byłaś taka… miła? – zapytałem, gdy tylko wyszliśmy z radiowęzła.

– Eden to idealna droga, aby każdy uczeń o nas usłyszał – rzuciła rozbawiona. – Teraz wszyscy będą o nas gadać.

Zerknąłem na nią. Jeden kosmyk włosów przykleił się do jej ust. Zanim zdążyłem to przemyśleć, zrobiłem krok bliżej i delikatnie odsunąłem go kciukiem.

Spojrzałem na jej usta. Jasne, miękkie. Trochę rozchylone.

– Wiśniowy? – zapytałem cicho.

Zamarła na ułamek sekundy, na moment chyba zapomniała, co się dzieje.

– Co? – szepnęła lekko zdziwiona.

– Twój błyszczyk. Ma smak wiśni, prawda?

Zmarszczyła brwi, jakby próbowała sobie przypomnieć, czy w ogóle o tym wspominała.

– Skąd wiesz? – zapytała, nie patrząc mi w oczy. Otworzyła swoją szafkę i zaczęła z niej wyciągać zeszyty.

Nie odpowiedziałem. I tak by nie uwierzyła, że zapamiętałem, jak często sięgała po ten sam błyszczyk. Że kiedyś, z czystej ciekawości, sprawdziłem, jaki ma smak.

Bo tak miałem. Zauważałem drobiazgi.

I właśnie przez ten głupi błyszczyk, ten kosmyk na ustach i sposób, w jaki na mnie patrzyła, znów zakołatało mi w głowie pytanie: Jak smakują jej usta?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij