Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

AFRODYTA - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
2 października 2026
28,00 zł
2800 pkt
punktów Virtualo

AFRODYTA - ebook

Cypr miał być prosty. Ekipa Kobry — Długa, Blondi, Mysza, Tyka i Gawron — szykowała się do półmaratonu. On, po operacji biodra, wybrał dziesięć kilometrów z kijkami, a do bagażu dorzucił aparat. W tym planie najbardziej podejrzane było to, że wszyscy uznali go za rozsądny. Na skalistym wybrzeżu Kobra poznaje Annę. Przypadkowa rozmowa przeradza się w znajomość, która powinna zakończyć się wraz z urlopem. Po powrocie do Polski coraz więcej wskazuje na to, że Cypr zostawił po sobie coś więcej niż wspomnienia. Ekipa wraca do wspólnych startów, a Kobra próbuje poprawiać formę i zrozumieć, dlaczego na kolejnych zawodach pojawia się znajoma twarz. Katowice, Pszczyna, Czeladź, Chorzów — każda trasa przynosi nowe pytania. Przyjaciele są blisko, lecz odpowiedź kryje się tam, gdzie żadne z nich nie pomyślało zajrzeć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398340939
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Długa kontra lotnictwo

Pomysł, żeby polecieć na Cypr, pojawił się dokładnie tak, jak pojawiają się wszystkie pomysły, które później kosztują człowieka pieniądze, nerwy i kilka dni zastanawiania się, po co mu to było. Na grupie. Blondi wrzuciła link. To akurat nie powinno mnie dziwić. Blondi miała szczególny talent do znajdowania pomysłów, których nikt nie szukał, i przedstawiania ich tak, jakbyśmy wszyscy od dawna właśnie na nie czekali.

Bez komentarza. Bez wstępu. Bez ostrzeżenia. Po prostu link do zawodów w Ayia Napa. Półmaraton, dziesięć kilometrów, możliwość startu z kijkami, słońce, morze, palmy i zdjęcie ludzi biegnących w krótkich spodenkach w czasie, kiedy u nas człowiek rano zastanawia się, czy skrobać szybę, czy od razu sprzedać samochód i zostać w domu do kwietnia. Przeczytałem opis dwa razy. Potem trzeci.

Nie dlatego, że czegoś nie rozumiałem. Chciałem się upewnić, czy organizator naprawdę dopuszcza nordic walking na dziesięciu kilometrach, czy może mój mózg, spragniony ciepła, sam dopisał sobie ten fragment. Dopuszczał. Napisałem: „Ja mogę iść dziesiątkę.” Blondi odpowiedziała po jedenastu sekundach. „Czyli lecimy.” I w ten sposób zostałem współorganizatorem wyjazdu zagranicznego, chociaż jeszcze minutę wcześniej byłem człowiekiem, który siedział spokojnie w domu i oglądał stronę internetową.

Tak działa demokracja w naszej ekipie. Mysza dołączyła po chwili. Zwykle spokojniejsza od reszty naszej ekipy, potrafiła jednym zdaniem sprowadzić nas na ziemię. Albo, jeśli miała lepszy dzień, popchnąć jeszcze kawałek w stronę katastrofy. „Półmaraton wygląda fajnie.” Tyka, który zwykle najpierw pytał o konkrety, a dopiero potem zastanawiał się, w co właściwie dał się wciągnąć: „Termin?” Gawron, człowiek obdarzony opinią na każdy temat i potrzebą podzielenia się nią z otoczeniem: „Jest piwo na mecie?”

Długa milczała. To właśnie powinno nas zaniepokoić. Długa była naszym nieformalnym działem organizacyjnym. Gdyby koniec świata wymagał wcześniejszej rejestracji, prawdopodobnie pierwsza przysłałaby nam link, termin zgłoszeń i informację, kto jeszcze nie zapłacił. To właśnie powinno nas zaniepokoić. Długa nie należała do ludzi, którzy milczą, kiedy trzeba coś ustalić. Jeżeli wyjazd wymagał rezerwacji, tabelki, terminów płatności, numerów dokumentów albo ustalenia, kto komu jest winien trzydzieści siedem złotych i pięćdziesiąt groszy, Długa pojawiała się w rozmowie szybciej niż urząd skarbowy przy źle opisanym przelewie.

Tym razem nic. Blondi zaczęła więc działać. „Długa?” Minuta ciszy. „Żyjesz?” Kolejna minuta. „Nie chcesz na Cypr?” W końcu pojawiły się trzy kropki. Zniknęły. Pojawiły się znowu. To był zły znak. Długa zwykle pisała szybko i konkretnie. Trzy kropki oznaczały, że odbywa się proces wewnętrzny. Wreszcie przyszła odpowiedź. „Nie lecę.” Blondi natychmiast: „Dlaczego?” „Bo nie.” Gawron: „Mocny argument.” Długa: „Dziękuję.”

Odłożyłem telefon. Wiedziałem, że sprawa jest poważna. Jeżeli Długa odpowiadała Gawronowi spokojnie, zamiast wyjaśnić mu w czterech punktach, dlaczego jego komentarz jest zbędny, to coś zdecydowanie było nie tak. Następnego dnia spotkaliśmy się po treningu. Ja z kijkami, reszta po bieganiu. Od operacji biodra nauczyłem się jednej rzeczy: człowiek może bardzo tęsknić za bieganiem, a jednocześnie odkryć, że kijki też potrafią dać mu w kość. Zwłaszcza kiedy próbuje udowodnić samemu sobie, że dziesięć kilometrów to przecież prawie nic.

Moje nogi miały w tej sprawie odmienne stanowisko. Usiedliśmy przy stoliku. Blondi wyciągnęła telefon.

— Dobra. Cypr.

— Wiedziałem — powiedział Gawron. — Nawet nie zdążyłem się napić.

— Możesz pić i słuchać.

— To jest bardzo nowoczesne podejście do zarządzania zespołem.

Długa siedziała z boku i udawała zainteresowanie czymś na ekranie własnego telefonu. Blondi spojrzała na nią.

— A ty?

— Co ja?

— Cypr.

— Już pisałam.

— Napisałaś „nie lecę”. To nie jest wyjaśnienie. To jest komunikat prasowy.

— I powinien wam wystarczyć.

Mysza uśmiechnęła się pod nosem.

— Nie wystarczy.

Długa westchnęła.

— Nie lubię latać.

Zapadła cisza. Krótka, ale zauważalna.

— To można nie lubić czegoś, czego się próbowało — powiedział Gawron.

Długa spojrzała na niego.

— Właśnie dlatego nie lubię z tobą rozmawiać.

— Czyli próbowałaś.

— Gawron.

— Już milczę.

Nie milczał. On nigdy nie milczał. Potrafił najwyżej zrobić przerwę techniczną. Blondi pochyliła się nad stołem.

— Czekaj. Ty się boisz latać?

— Nie.

— Aha.

— Po prostu nie zamierzam wsiadać do samolotu.

— Czyli się boisz.

— Nie powiedziałam tego.

— Długa — odezwała się Mysza spokojnie. — Leciałaś kiedyś?

Długa poprawiła rękaw bluzy.

— Nie.

Tym razem cisza trwała trochę dłużej. Spojrzałem na nią i nagle zrozumiałem, że to nie jest materiał do żartów. Przynajmniej jeszcze nie.

— Nigdy? — zapytałem.

— Nigdy.

— Nawet krótki lot?

— Kobra, słowo „nigdy” ma dość precyzyjne znaczenie.

— Pytam kontrolnie. Po operacji część rzeczy sprawdzam dwa razy.

— Biodro ci wymienili, nie słownik.

— I właśnie dlatego cię lubię.

— Nie wykorzystuj chwili słabości.

Blondi odłożyła telefon.

— Dobra. To zmienia postać rzeczy.

Długa popatrzyła na nią podejrzliwie.

— Mam nadzieję, że na taką, w której przestajecie mnie namawiać.

— Nie. Na taką, w której musimy cię namawiać mądrzej.

Długa zamknęła oczy. Gawron rozpromienił się.

— Mogę zrobić prezentację.

— Nie możesz — powiedzieliśmy wszyscy jednocześnie.

Przez następne pół godziny dowiedzieliśmy się, że Długa nie boi się wysokości, turbulencji, startu ani lądowania. Bała się wszystkiego razem. Do tego zamkniętej przestrzeni, braku wpływu na sytuację, dziwnych dźwięków samolotu, których jeszcze nigdy nie słyszała, oraz tego, że w powietrzu nie można po prostu powiedzieć kierowcy, żeby się zatrzymał.

— W autobusie też nie zawsze możesz — zauważył Tyka.

— Autobus nie jest dziesięć kilometrów nad ziemią.

— Zwykle nie.

— Dziękuję za wsparcie.

Ja się nie odzywałem. Patrzyłem na kijki oparte o krzesło i myślałem o własnym strachu sprzed kilku miesięcy. Nie przed samolotem. Przed pierwszym krokiem bez kul. Przed schodami. Przed tym, czy noga wytrzyma. Przed tym, czy jeszcze kiedyś przejdę dziesięć kilometrów i będę się martwił wynikiem, a nie tym, czy w ogóle dojdę. Strach jest dość demokratyczny. Każdemu potrafi znaleźć coś odpowiedniego.

— Długa — powiedziałem. — Ja ci nie będę mówił, że nie ma się czego bać.

Spojrzała na mnie.

— O, jeden normalny.

— Poczekaj, dopiero zacząłem.

— Wiedziałam.

— Możesz się bać. Tylko pytanie, czy chcesz przez ten strach zrezygnować z całego tygodnia.

— Kobra…

— Nie namawiam.

Blondi prychnęła.

— Kłamie.

— Blondi, ja buduję zaufanie.

— Ty budujesz zasadzkę.

— Cisza na sali.

Długa mimo wszystko się uśmiechnęła.

— Co dokładnie jest w tym tygodniu? — zapytała.

I wtedy wiedzieliśmy, że pierwsza linia obrony pękła. Nie runęła. Długa nie była człowiekiem, którego można było przekonać folderem z palmą i napisem „Cypr”. Ale pojawiła się szczelina. Blondi natychmiast zaczęła wymieniać: hotel Atlantica, treningi, Pafos, mozaiki, morze, wspólne zwiedzanie, półmaraton, dziesiątka, jedzenie, odpoczynek. Przy słowie „odpoczynek” Gawron parsknął.

— Z nami?

— Teoretycznie — poprawiła Blondi.

— A kto będzie pilnował Kobry? — zapytała Mysza.

— Przed czym? — zdziwiłem się.

— Jeszcze nie wiemy. Dlatego trzeba pilnować.

To zdanie miało wrócić do mnie później. Dużo później. Wtedy uznałem je po prostu za kolejną złośliwość Myszy. Długa słuchała.

— I wszyscy lecicie?

— Tak — powiedziała Blondi.

— Tyka?

— Tak.

— Mysza?

— Tak.

— Gawron?

— Niestety — odpowiedziałem.

— Protestuję.

— Protest przyjęty i odrzucony.

Długa spojrzała na mnie.

— A ty naprawdę chcesz zrobić dziesięć kilometrów z kijkami?

— Chcę.

— Po tym wszystkim?

Wiedziałem, co miała na myśli.

— Właśnie po tym wszystkim.

Nie powiedziałem nic więcej. Nie było potrzeby. Jeszcze niedawno dziesięć kilometrów wydawało mi się odległością z innego życia. Teraz mogłem je przejść. Może wolniej niż kiedyś bym chciał. Może z kijkami zamiast biegiem. Ale mogłem. I zamierzałem. Cypr był tylko miejscem. Ważniejsze było to, że po raz pierwszy od dawna miałem przed sobą start, na który nie patrzyłem jak na wspomnienie.

Długa chyba to zrozumiała.

— Muszę pomyśleć — powiedziała.

Blondi klasnęła w dłonie.

— Czyli lecisz.

— Powiedziałam, że muszę pomyśleć.

— W naszym języku to już jest siedemdziesiąt procent.

— W twoim języku „może” oznacza rezerwację bezzwrotną.

— Bo życie wymaga decyzji.

— Twoje życie wymaga nadzoru.

Rozeszliśmy się bez rozstrzygnięcia. Przez dwa dni Długa nie wracała do tematu. Za to my wracaliśmy. Oczywiście subtelnie. Blondi wysłała zdjęcie hotelowego basenu. Mysza prognozę temperatur. Tyka mapę trasy. Gawron film zatytułowany „Dlaczego samoloty nie spadają”. Długa odpisała mu: „Jeszcze jeden taki film i ty spadniesz. Ze schodów.” Gawron uznał to za postęp. Ja nie wysyłałem nic. Trzeciego dnia zadzwoniła do mnie sama.

— Kobra?

— Zależy, kto pyta.

— Człowiek, który za chwilę zmieni zdanie.

— W takim razie Kobra.

— Jak długo się leci?

Podałem jej orientacyjny czas.

— I cały czas jesteśmy w powietrzu?

— Taki jest generalnie pomysł lotnictwa.

— Wiedziałam, że nie powinnam dzwonić do ciebie.

— Możemy też część drogi jechać po ziemi, ale wtedy na Cypr będzie trochę trudniej.

— Pytam poważnie.

— Ja też. Długa, to będzie kilka godzin. Wsiadamy razem. Siedzimy razem. Wysiadamy razem.

— A jak będą turbulencje?

— To Gawron przestanie gadać.

— Czyli jednak są plusy.

— Ogromne.

Usłyszałem śmiech. Potem ciszę.

— Naprawdę uważasz, że dam radę?

To było pierwsze pytanie bez pancerza.

— Tak.

— Skąd wiesz?

Popatrzyłem na stojące w przedpokoju kijki.

— Bo przez ostatni rok kilka razy byłem przekonany, że ja czegoś nie dam rady. I za każdym razem okazywało się, że człowiek ma fatalne kwalifikacje do przewidywania własnej przyszłości.

— To miało być motywujące?

— Najlepsze, co mam. Cytaty z internetu są gorsze.

— Nie mów nikomu, że zadzwoniłam.

— Oczywiście.

— Szczególnie Blondi.

— Jasne.

— I Gawronowi.

— Długa, jestem człowiekiem dyskretnym.

— Jesteś fotografem. To zawód polegający na dokumentowaniu rzeczy, których inni woleliby nie pamiętać.

— Czuję się dotknięty zawodowo.

Rozłączyła się. Pięć minut później na grupie pojawiła się wiadomość od Długiej: „Podeślijcie mi jeszcze raz link do hotelu.” Blondi odpowiedziała serduszkiem. Mysza samolotem. Tyka kciukiem. Gawron napisał: „Wiedziałem, że mój film pomoże.” Długa: „Ty siedzisz daleko ode mnie.”

* * *

Rezerwację zrobiliśmy w niedzielę wieczorem. Nie wiem, dlaczego wszystkie poważne decyzje wyjazdowe podejmuje się w niedzielę wieczorem. Być może człowiek jest wtedy osłabiony psychicznie perspektywą poniedziałku i łatwiej zgadza się na wydanie pieniędzy. Siedziałem przed komputerem, sprawdzając po raz czwarty daty. Po operacji stałem się bardziej cierpliwy. Przynajmniej tak sobie mówiłem. W praktyce oznaczało to, że zanim kliknąłem „zapłać”, sprawdzałem wszystko tyle razy, aż strona zaczynała wyglądać podejrzanie.

Telefon zadzwonił. Blondi.

— Kupiłeś?

— Jeszcze nie.

— Dlaczego?

— Sprawdzam.

— Co?

— Wszystko.

— Od dwudziestu minut?

— Bezpieczeństwo przede wszystkim.

— Kobra, to bilety lotnicze, nie elektrownia atomowa.

— Przy elektrowni przynajmniej ktoś robi kontrolę za mnie.

— Klikaj.

— Nie będziesz mi mówiła, kiedy mam klikać.

— Kliknąłeś?

— Tak.

— Wiedziałam.

Chwilę później zaczęły pojawiać się potwierdzenia od pozostałych. Mysza — kupione. Tyka — kupione. Gawron — kupione. Blondi — oczywiście kupione wcześniej niż wszyscy. Długa — cisza. Minęło pięć minut. Dziesięć. Piętnaście. Blondi zadzwoniła do niej. Nie odebrała. Mysza napisała prywatnie. Bez odpowiedzi.

— Nie naciskajcie — powiedziałem na grupie.

— Ja nie naciskam — odpisała Blondi.

— Dzwoniłaś trzy razy.

— To troska.

— W wykonaniu komornika też by tak wyglądała.

Po dwudziestu trzech minutach pojawiła się wiadomość. „Mam.” Tylko tyle. Przez chwilę nikt nic nie pisał. A potem Gawron: „Witamy w lotnictwie cywilnym.” Długa: „Jeszcze mogę anulować.” Gawron: „Już milczę.” Blondi: „Zapisuję to jako pierwszy cud tego wyjazdu.” Ja napisałem: „Spokojnie. Najtrudniejsze za tobą.” Długa odpowiedziała niemal natychmiast: „Kobra. Ja tylko kupiłam bilet.” Patrzyłem przez chwilę na ekran. Miała rację.

Najtrudniejsze miało dopiero nadejść. Lotnisko. Odprawa. Wejście do samolotu. Start. I kilka tysięcy kilometrów, które miały zaprowadzić nas na wyspę, gdzie chciałem po prostu przejść dziesięć kilometrów, zrobić trochę zdjęć i przez tydzień nie myśleć o niczym poważniejszym niż to, czy na trening zabrać jedną czy dwie butelki wody. Plan był prosty. Jak większość planów, które później okazują się kompletną fikcją.

Na razie jednak największym problemem była Długa. A dokładniej moment, w którym po raz pierwszy zobaczy samolot z bliska i zrozumie, że naprawdę zamierzamy ją do niego wsadzić. Miałem dziwne przeczucie, że odprawa bagażowa będzie najmniejszym z naszych problemów. I po raz pierwszy od dawna bardzo mnie to cieszyło.ROZDZIAŁ 2

Ostatnia szansa na ucieczkę

Lotnisko ma tę szczególną właściwość, że człowiek zaczyna się na nim denerwować nawet wtedy, kiedy nie ma ku temu żadnego powodu. Czy mam dokument? Mam. Czy bilet jest w telefonie? Jest. Czy walizka waży tyle, ile powinna? W domu ważyła. Czy w ciągu ostatnich siedmiu minut mogła przytyć trzy kilogramy? Teoretycznie nie. Ale stojąc przed stanowiskiem odprawy, człowiek przestaje ufać fizyce.

Spotkaliśmy się jeszcze przed świtem. Blondi była oczywiście pierwsza. Nie wiem, czy kiedykolwiek spała przed wyjazdem, czy po prostu ładowała się nocą jak telefon. Stała z walizką, małym plecakiem i miną kierownika wycieczki, choć nikt jej tej funkcji oficjalnie nie powierzył.

— Jesteś — powiedziała, kiedy mnie zobaczyła.

— Sam jestem zaskoczony.

— Kije?

Uniósłem pokrowiec.

— Są.

— Dokumenty?

— Też.

— Leki?

— Blondi, mam pięćdziesiąt kilka lat, nie osiem.

— Czyli zapomniałeś?

Sprawdziłem kieszeń plecaka.

— Nie.

— Widzisz. Kontrola działa.

Po chwili pojawili się Mysza i Tyka. Mysza wyglądała tak, jakby godzina nie robiła na niej większego wrażenia. Tyka przeciwnie — wyglądał, jakby lotnictwo cywilne osobiście odpowiadało za fakt, że musiał wstać tak wcześnie. Gawrona usłyszeliśmy, zanim go zobaczyliśmy.

— Mam pytanie organizacyjne! — zawołał z daleka.

— Nie — odpowiedziała Blondi.

— Jeszcze nie zadałem.

— Oszczędzam czas.

Podszedł z walizką, której rozmiar sugerował, że albo leci na tydzień, albo właśnie opuszcza kraj na stałe.

— Gdzie Długa?

Spojrzeliśmy po sobie. Nie było Długiej. Blondi zerknęła na zegarek.

— Ma czas.

— Oczywiście — powiedział Gawron. — Dużo czasu. Może jeszcze sprzedać mieszkanie, zmienić nazwisko i rozpocząć nowe życie bez samolotów.

— Nie pisz do niej — powiedziałem.

— Ja tylko chciałem…

— Nie.

Schował telefon. Minęły trzy minuty. Potem pięć. Blondi chodziła wzrokiem między wejściem a ekranem telefonu. Mysza obserwowała ją z rozbawieniem.

— Nie dzwoń — powiedziała.

— Nie dzwonię.

— Trzymasz telefon w dłoni.

— Mogę trzymać.

— Odblokowałaś ekran.

— Sprawdzam godzinę.

— Masz zegarek.

Blondi schowała telefon.

— Jesteście dzisiaj wyjątkowo irytujący.

— Jest przed szóstą — powiedział Tyka. — To naturalny mechanizm obronny.

Wtedy zobaczyłem Długą. Szła w naszą stronę zdecydowanym krokiem, ciągnąc niewielką walizkę. Z daleka wyglądała zupełnie normalnie. Dopiero kiedy podeszła bliżej, zobaczyłem, że normalność jest starannie zbudowaną konstrukcją.

— Dzień dobry — powiedziała.

— Dzień dobry — odpowiedzieliśmy niemal chórem.

Nikt nie wspomniał o samolocie. To było imponujące. Wytrzymaliśmy prawie osiem sekund.

— Możesz jeszcze uciec — powiedział Gawron.

Długa spojrzała na niego.

— Mogę też sprawić, że ty nie polecisz.

— I od razu czuję się bezpieczniej.

Blondi objęła Długą ramieniem.

— Jak się czujesz?

— Świetnie.

— Naprawdę?

— Nie.

— To już brzmi bardziej wiarygodnie.

Ruszyliśmy do odprawy. Kije były pierwszym elementem programu, który zainteresował obsługę bardziej niż my. Mieliśmy ich trochę, bo nie tylko ja zabrałem sprzęt. Pokrowce, kijki, sportowe torby i walizki sprawiały, że wyglądaliśmy jak grupa ludzi, która albo jedzie na zawody, albo zamierza założyć w Larnace sklep sportowy. Pilnowałem swoich LEKI jak czegoś znacznie cenniejszego, niż były w rzeczywistości. Człowiek przywiązuje się do sprzętu. Zwłaszcza kiedy ten sprzęt pomaga mu wrócić do rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się odległe.

— Po co ci takie dobre kije? — zapytał Gawron.

— Żeby chodzić.

— Tanie też chodzą.

— Ty też mógłbyś mówić mniej, a jednak korzystasz z pełnej wersji wyposażenia.

Mysza parsknęła śmiechem.

— Punkt dla Kobry.

— Dopiero lotnisko, a wy już prowadzicie klasyfikację? — zapytała Długa.

— Na Cyprze będzie tabela — powiedział Gawron. — Punkty za riposty, wyniki i zachowanie przy bufecie.

— Ty zaczniesz z minus dziesięć.

— Dyskryminacja.

Długa była zajęta rozmową, więc prawie nie zauważyła, kiedy nadaliśmy bagaże. Prawie.

— I teraz moja walizka sobie jedzie? — zapytała, patrząc, jak znika za gumowymi pasami.

— Tak — powiedział Tyka.

— Dokąd?

— Na Cypr.

— Sama?

Gawron otworzył usta. Spojrzałem na niego. Zamknął. Byłem z niego dumny. Kontrola bezpieczeństwa okazała się dla Długiej zaskakująco dobrym etapem podróży. Była konkretna, logiczna i przewidywalna. Trzeba coś wyjąć — wyjmowała. Trzeba przejść — przechodziła. Trzeba poczekać — czekała. Problem polegał na tym, że po drugiej stronie kontroli nie zostało już wiele rzeczy, którymi można było się zająć. Został samolot.

Usiedliśmy przy bramce. Za wielką szybą stało kilka maszyn. Długa przez chwilę na nie patrzyła.

— Który nasz?

Blondi sprawdziła.

— Ten.

Długa popatrzyła.

— Ten duży?

— Tak.

— Myślałam, że będzie większy.

Gawron odwrócił głowę, udając kaszel.

— Co? — zapytała.

— Nic.

— Gawron.

— Naprawdę nic. Po prostu bardzo się cieszę, że nie powiedziałaś tego pilotowi.

Długa wstała.

— Idę coś kupić.

— Co? — zapytała Mysza.

— Nie wiem. Coś, czego nie można zabrać do samolotu.

Poszła. Blondi spojrzała na mnie.

— Będzie dobrze?

— Będzie.

— Skąd wiesz?

— Nie wiem. Ale jeśli zaczniemy wszyscy wyglądać jak komisja do spraw jej lęku, będzie gorzej.

Mysza pokiwała głową.

— Czyli zachowujemy się normalnie.

Popatrzyliśmy na Gawrona.

— Dlaczego wszyscy patrzycie na mnie?

— Oceniamy możliwości operacyjne — powiedział Tyka.

Kiedy Długa wróciła z wodą, rozmowa zeszła na zawody. To był temat bezpieczny. Blondi i reszta mieli przed sobą półmaraton. Ja dziesięć kilometrów z kijkami. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej samo wypowiedzenie tego zdania brzmiałoby dla mnie jak plan człowieka przesadnie optymistycznego. Teraz miałem za sobą treningi, kilometry i coraz więcej dni, w których biodro nie było pierwszą rzeczą, o której myślałem po przebudzeniu.

Nie zamierzałem bić rekordów. Miałem wystartować. Przejść dziesięć kilometrów. Dojść do mety. Czasami człowiek dopiero po utracie czegoś odkrywa, jak wielkim luksusem jest możliwość zrobienia tego przeciętnie.

— Kobra, a jaki masz cel? — zapytała Mysza.

— Meta.

— Ambitnie.

— Mam jeszcze drugi.

— Jaki?

— Nie umrzeć.

— To akurat wspólny cel wyjazdu — powiedziała Długa.

Roześmialiśmy się. Dobrze. Jeżeli Długa żartowała, nadal byliśmy po właściwej stronie paniki. Potem na ekranie pojawił się komunikat o rozpoczęciu boardingu. Długa przestała się śmiać. Nie powiedziała nic. Po prostu wzięła plecak. Stanęliśmy w kolejce. Przed nami ludzie przesuwali się powoli w stronę bramki. Za nią był już tylko rękaw prowadzący do samolotu.

— Ostatnia szansa — powiedział cicho Gawron.

Długa spojrzała na niego.

— Na co?

— Żebym się zamknął.

— Przegapiłeś ją jakieś dziesięć lat temu.

Tym razem nawet ona się uśmiechnęła. Przeszliśmy przez bramkę. W rękawie Długa zwolniła. Nie zatrzymała się, ale widziałem, że każdy kolejny krok kosztuje ją trochę więcej. Znalazłem się obok.

— Nie patrz tak na mnie — powiedziała.

— Jak?

— Jak rehabilitant.

— Rehabilitant mówiłby: jeszcze trzy kroki.

— A ty?

— Ja powiem, że jak zawrócisz, Blondi cię dogoni.

Długa obejrzała się. Blondi rzeczywiście szła kilka metrów za nami.

— To jest argument.

Przy wejściu do samolotu przywitała nas stewardesa. Długa odpowiedziała jej tak uprzejmie i spokojnie, jakby wsiadała do tramwaju. Potem zobaczyła wnętrze.

— O Jezu — szepnęła.

— Spokojnie — powiedziałem.

— Jest węższy niż na zdjęciach.

— Za to dłuższy.

— Kobra.

— Już nic nie mówię.

Mieliśmy miejsca niedaleko siebie. Nie wiem, czy było to dzieło przypadku, czy Blondi podczas rezerwacji prowadziła tajną operację rozmieszczenia sił, ale Długa siedziała między Myszą a przejściem. Ja z Gawronem byliśmy rząd za nimi.

— Chcesz przy oknie? — zapytała Mysza.

Długa spojrzała na nią jak na osobę proponującą jej nocleg na skrzydle.

— Nie.

— Pytam.

— Nie chcę widzieć, jak ziemia się oddala.

Gawron wychylił się zza fotela.

— Technicznie to my się oddalamy od ziemi.

Długa odwróciła głowę.

— Kobra.

— Co?

— Zabierz go.

— Nie mam takiego bagażu w rezerwacji.

Usiadłem. Zapięliśmy pasy. Silniki jeszcze milczały, a Długa już trzymała dłonie na kolanach tak sztywno, jakby ktoś przykleił je taśmą. Mysza zaczęła z nią rozmawiać o hotelu. Blondi z drugiej strony przejścia opowiadała coś o trasie półmaratonu. Tyka sprawdzał telefon. Gawron, ku mojemu zdumieniu, naprawdę przestał żartować. Samolot ruszył. Długa natychmiast spojrzała na Myszę.

— Jedziemy.

— Na razie tak.

— I to jest normalne?

— Bardzo.

— Ten dźwięk?

— Też.

— A ten?

Mysza spojrzała na mnie. Nie miałem pojęcia, który dźwięk Długa miała na myśli.

— Wszystkie są normalne — powiedziałem z przekonaniem człowieka, który nie ma kwalifikacji do wygłaszania takiego zdania.

Samolot zatrzymał się. Potem skręcił. Długa odetchnęła.

— Może jednak nie lecimy.

— Długa — powiedział Gawron. — Nie chcę cię martwić, ale chyba tylko ustawiamy się do startu.

— Nikt cię nie pytał.

Silniki zrobiły się głośniejsze. Tym razem nie było już żartów. Samolot ruszył. Przyspieszenie wcisnęło nas w fotele. Długa złapała Myszę za rękę. Po sekundzie drugą dłonią chwyciła zagłówek przed sobą.

— To już?! — powiedziała.

— To już — odpowiedziała Mysza.

Koła oderwały się od ziemi. Długa zamknęła oczy. Gawron też siedział cicho. Patrzyłem przez okno po swojej stronie. Miasto robiło się mniejsze, drogi układały się w cienkie linie, a świat na dole powoli tracił szczegóły. Po kilkudziesięciu sekundach Długa otworzyła jedno oko. Potem drugie.

— Lecimy?

— Lecimy — powiedziałem.

— Naprawdę?

— Nie chcę cię stresować, ale tak działa ten etap.

Spojrzała w stronę okna Myszy, ale nie wychyliła się.

— I teraz tak kilka godzin?

— Mniej więcej.

Długa puściła rękę Myszy.

— Przepraszam.

Mysza obejrzała swoją dłoń.

— Spokojnie. Krążenie powinno wrócić przed Cyprem.

Długa roześmiała się pierwszy raz od wejścia do samolotu. Kilka minut później zgasła sygnalizacja pasów. I wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidział nikt. Długa odpięła pas, spojrzała na nas i powiedziała:

— No dobra. Nie jest aż tak źle.

Gawron wychylił głowę.

— Możesz powtórzyć? Chciałbym nagrać.

— Siadaj.

— To historyczna chwila.

— Gawron.

— Już siedzę.

Blondi uśmiechnęła się szeroko.

— Wiedziałam.

Długa wskazała ją palcem.

— Nie zaczynaj. Jeszcze musimy wylądować.

— I wrócić — dodał Tyka.

Długa zamarła. Spojrzeliśmy na Tykę.

— Co? — zapytał.

— Gratuluję — powiedziałem. — Właśnie cofnąłeś terapię o pół godziny.

* * *

Po mniej więcej godzinie lotu Długa siedziała spokojnie, Mysza czytała, Blondi przeglądała plan wyjazdu, a Gawron próbował ustalić, ile kosztuje piwo w hotelu. Świat wrócił do normy. Ja patrzyłem przez okno. Gdzieś przed nami był Cypr. Tydzień słońca, biegania, kijków, zdjęć i ludzi, z którymi można było wytrzymać siedem dni pod warunkiem, że od czasu do czasu człowiek znajdował miejsce, żeby pobyć sam.

Miałem aparat. Miałem kijki. Miałem sprawne biodro na tyle, żeby wystartować. I naprawdę nie potrzebowałem niczego więcej. Nie wiedziałem jeszcze, że spośród wszystkich rzeczy, które zabrałem na Cypr, najwięcej problemów przysporzy mi później przedmiot ważący mniej niż gram. Na razie jednak siedział spokojnie daleko ode mnie. I bardzo dobrze. Przynajmniej przez kilka następnych dni.ROZDZIAŁ 3

Atlantica

Lądowanie miało jedną ogromną zaletę. Kończyło lot. Długa zrozumiała to mniej więcej w chwili, kiedy kapitan poinformował nas o rozpoczęciu zniżania. Przez większość podróży radziła sobie zaskakująco dobrze. Nawet Gawron, który po starcie wrócił do swojej naturalnej formy i przez godzinę komentował ceny kanapek, nie był w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Potem samolot zaczął schodzić. Długa wyprostowała się w fotelu.

— Coś robimy.

— Lądujemy — powiedziała Mysza.

— Już?

— Chyba nie chcesz jeszcze dwóch kółek nad Cyprem.

— Nie wiem. Muszę rozważyć wszystkie możliwości.

Wyjrzałem przez okno. Pod nami pojawiło się morze, intensywnie niebieskie i tak spokojne z tej wysokości, jakby ktoś je namalował. Potem zobaczyłem wybrzeże, jasne zabudowania, drogi i suche, ciepłe kolory ziemi. Cypr. Po polskim poranku, kurtkach i lotniskowym świetle wyglądał trochę jak reklama miejsca, do którego rozsądni ludzie uciekają, kiedy w Polsce człowiek zaczyna się zastanawiać, czy słońce nie zostało przypadkiem wycofane z produkcji.

— Widać wyspę — powiedziałem.

Długa odruchowo odwróciła głowę w stronę okna Myszy.

— Gdzie?

— Czyli jednak chcesz patrzeć?

— Tylko kontroluję sytuację.

— Z tej wysokości?

— Nie przeszkadzaj.

Pochyliła się lekko. Najpierw ostrożnie, jakby widok przez szybę mógł ją ugryźć. Potem trochę bardziej.

— Ładnie — przyznała.

Gawron wychylił się zza fotela.

— Chcesz miejsce przy oknie w drodze powrotnej?

— Nie psuj chwili.

Koła dotknęły pasa dość miękko. Długa zacisnęła dłonie na podłokietnikach, samolot zahamował, silniki zawyły i po kilkunastu sekundach wszystko zwolniło. Długa siedziała nieruchomo.

— I? — zapytałem.

Spojrzała na mnie.

— Żyję.

— Mówiłem.

— Niczego nie mówiłeś.

— Ale myślałem bardzo przekonująco.

Mysza poklepała ją po ramieniu.

— Pierwszy lot zaliczony.

Długa odpięła pas.

— Pierwszy i na razie ostatni.

— Mamy bilety powrotne — przypomniał Tyka.

— Ty naprawdę nie potrafisz wyczuć momentu.

* * *

Pierwsze ciepłe powietrze uderzyło mnie po wyjściu z terminala. Nie było upału. Było po prostu przyjemnie, jasno i inaczej. Ten rodzaj pogody, przy którym człowiek po kilku miesiącach szarości zaczyna podejrzewać, że gdzieś po drodze źle wybrał szerokość geograficzną. Blondi stanęła przed lotniskiem, rozłożyła ręce i powiedziała:

— No. I tak można żyć.

— Można — zgodził się Gawron. — Pytanie, ile kosztuje tu piwo.

— Ty masz jeden temat?

— Nie. Mam też bieganie.

— To wymień trzeci.

Gawron zastanowił się.

— Jedzenie.

— Człowiek renesansu — podsumowała Mysza.

Czekaliśmy na transfer do Ayia Napy. Walizki dotarły wszystkie, co Długa przyjęła z wyraźną ulgą. Mój pokrowiec z kijkami również przeżył podróż. Sprawdziłem go odruchowo jeszcze przy taśmie bagażowej. Wszystko było całe.

— Kobra, ty te kije będziesz liczył codziennie? — zapytała Blondi.

— Dwa były przed wylotem, dwa są po przylocie. System działa.

— Możesz im nadać imiona.

— Nie przesadzaj.

— Masz już?

— Oczywiście, że nie.

Gawron podszedł bliżej.

— Lewy i Prawy.

— Dziękuję. Teraz już mam.

Wsiedliśmy do busa. Długa zajęła miejsce przy oknie. Nikt nic nie powiedział. Naprawdę. Byliśmy dojrzali. Przez jakieś czterdzieści sekund.

— Ciekawe — odezwał się Gawron.

— Nie — powiedziała Długa.

— Nawet nie wiesz, co chciałem powiedzieć.

— Wiem.

— Chciałem tylko zauważyć, że w autobusie wybrałaś okno.

— Autobus nie startuje.

— Jeszcze.

Długa odwróciła się do mnie.

— Kobra, czy na Cyprze można legalnie zostawić człowieka przy drodze?

— Nie znam lokalnych przepisów.

— Sprawdź.

Bus ruszył. Przez pierwsze kilometry prawie wszyscy patrzyliśmy przez okna. Migały niskie zabudowania, palmy, kamienne murki i roślinność zupełnie inna od tej, którą zostawiliśmy rano. Co jakiś czas otwierał się widok na morze. Wyjąłem telefon, zrobiłem kilka zdjęć, po czym schowałem go z niesmakiem.

— Co? — zapytała Mysza.

— Telefon robi za dobrze.

— To problem?

— Dla fotografa tak. Człowiek wydaje majątek na aparat, obiektywy i torbę ważącą tyle, co małe dziecko, a potem telefon robi zdjęcie i jeszcze sam poprawia niebo.

— Możesz sprzedać aparat.

Spojrzałem na nią.

— Mysza, są granice żartu.

Uśmiechnęła się. Aparat miałem w plecaku. Właściwy. Nie telefoniczny ersatz, tylko sprzęt, który dawał mi poczucie, że to ja robię zdjęcie, a nie algorytm łaskawie pozwala mi nacisnąć ekran. Na Cyprze zamierzałem z niego korzystać. Dużo.

* * *

Atlantica w Ayia Napie przywitała nas chłodnym holem, jasnym kamieniem, szkłem i recepcją, przy której natychmiast straciliśmy zdolność poruszania się jako grupa. Tak jest zawsze. Sześć osób potrafi wspólnie przebiec zawody, zorganizować imprezę, przejechać pół Polski i znaleźć się na lotnisku przed świtem. Ale postaw sześć osób przed recepcją hotelową, a natychmiast powstaje kilka niezależnych organizacji. Blondi chciała wiedzieć, gdzie jemy śniadanie.

Gawron pytał o bar. Tyka o godzinę kolacji. Mysza o ręczniki basenowe. Długa o pokoje. Ja stałem z boku i czekałem, aż ludzkość rozwiąże swoje problemy.

— Kobra, ty niczego nie chcesz wiedzieć? — zapytała Blondi.

— Numer pokoju.

— Tylko?

— I w którą stronę jest morze.

Gawron wskazał drzwi.

— Tam.

— Skąd wiesz?

— Czuję.

— Piwo?

— Morze też.

Dostaliśmy karty do pokoi.

Rozdział miejsc noclegowych został ustalony wcześniej, po negocjacjach porównywalnych z rozmowami pokojowymi. Najważniejszym warunkiem Długiej było to, żeby nie spać z Gawronem.

Nikt nie planował takiego rozwiązania, ale Długa uznała za rozsądne zabezpieczyć się na piśmie. Mój pokój znajdował się na piętrze. Wszedłem, rzuciłem walizkę pod ścianę i odsunąłem zasłonę. Balkon. Palmy. Kawałek hotelowego terenu. I światło, które natychmiast przypomniało mi, po co poza zawodami zabrałem aparat. Telefon zawibrował. Grupa. Blondi: „10 minut i dół.” Odpisałem: „Po co?” „Obchód.” „Hotelu?” „Okolicy.” „Dopiero przyjechaliśmy.”

„Właśnie dlatego.” Gawron: „Czy obchód obejmuje bar?” Mysza: „Nie karm go.” Długa: „Ja nigdzie nie idę przez 10 minut.” Blondi: „15.” Długa: „30.” Tyka: „20 i zamykamy negocjacje.” Patrzyłem na ekran. Tak właśnie powstają traktaty międzynarodowe.

* * *

Po dwudziestu dwóch minutach byliśmy na dole. Długa zwróciła Tyce uwagę, że przekroczyliśmy uzgodniony termin o dwie minuty. Tyka odpowiedział, że nie jest stroną odpowiedzialną za wykonanie umowy. Długa stwierdziła, że w takim razie następnym razem sporządzi protokół. Najpierw poszliśmy w stronę promenady. Morze było blisko i od razu stało się oczywiste, że część naszych porannych treningów będzie prowadziła właśnie tędy. Długi, wygodny odcinek przy wybrzeżu aż prosił się o spokojne bieganie. Albo o marsz z kijkami, jeśli ktoś — zupełnie przypadkiem — miał za sobą wymianę biodra i nie zamierzał udowadniać światu, że anatomia jest tylko luźną sugestią.

— Tu jutro — oznajmiła Blondi.

— Co tu jutro? — zapytałem.

— Trening.

— Przyjechaliśmy dwie godziny temu.

— Właśnie dlatego trzeba się rozruszać.

— Rozruszam się przy kolacji.

— Pięć kilometrów rano.

— Wy biegacie.

— A ty idziesz.

— Brzmi prawie jak urlop.

Gawron rozejrzał się po promenadzie.

— Ja jestem za. Płasko.

— Nie przyzwyczajaj się — powiedział Tyka.

— Dlaczego?

— Kobra już patrzy w drugą stronę.

Miał rację. Za hotelem i dalej wzdłuż wybrzeża teren zmieniał charakter. Kończyła się wygoda promenady, a zaczynała długa szutrowa droga biegnąca wysoko nad skalnym brzegiem. Od razu mi się spodobała. Nie była pocztówkowo grzeczna. Jasny szuter, suche podłoże, skały, morze poniżej i przestrzeń. Taka trasa, na której człowiek idzie pięć kilometrów, robi dwadzieścia przystanków na zdjęcia i potem z pełnym przekonaniem zapisuje w zegarku „trening”.

— Tam też pójdę — powiedziałem.

Blondi spojrzała we wskazanym kierunku.

— Z kijkami?

— Z kijkami i aparatem.

— Jednocześnie?

— Mam dwie ręce.

— Kije też masz dwa.

— Dlatego aparat wisi na pasku. Technologia.

Mysza spojrzała na skaliste wybrzeże.

— I potem będziemy cię szukać.

— Nie będziecie.

— Będziemy.

— Wyślę lokalizację.

— Ostatnim razem, kiedy fotograf powiedział „tylko kawałek dalej”, wrócił dwie godziny później.

— Ale miał zdjęcia.

— Oczywiście, że miałeś.

Ruszyliśmy jeszcze kawałek. Słońce było już niżej. Światło robiło się miękkie, ciepłe, odbijało się od wody i jasnych skał. Stanąłem. To był odruch. Zawsze tak mam, kiedy widzę miejsce, które chcę sfotografować. Najpierw człowiek patrzy. Dopiero później zaczyna kombinować, skąd będzie najlepszy kadr, gdzie ustawić aparat i czy warto zejść trzy metry niżej, żeby potem przez dziesięć minut zastanawiać się, jak wrócić.

— Odpłynął — powiedziała Mysza.

— Kto? — zapytała Długa.

— Kobra.

— Stoi obok.

— Fizycznie.

Wyjąłem telefon tylko po to, żeby sprawdzić kierunek światła.

— Jutro biorę aparat.

— I stracimy go na pół dnia — powiedziała Blondi.

— Nie stracicie. Będę w zasięgu.

— Jakim?

— Obiektywu.

Gawron pokiwał głową.

— Człowiek wyjeżdża z fotografem i nagle odkrywa, że „blisko” to pojęcie zależne od ogniskowej.

* * *

W drodze powrotnej do hotelu zobaczyłem na mapie jeszcze jedno miejsce. Park Rzeźb. Powiększyłem ekran.

— O, tu idę z aparatem.

Blondi zajrzała mi przez ramię.

— Gdzie?

— Park Rzeźb.

— Daleko?

— Nieważne.

— Czyli daleko.

— Powiedziałem: nieważne.

Gawron też zerknął.

— Rzeźby?

— Tak.

— Biegają?

— Nie.

— To po co tam iść?

— Żeby fotografować.

— Nieruchome rzeczy?

— Gawron, ty też czasem stoisz i jakoś robimy ci zdjęcia.

Mysza roześmiała się.

— Punkt dla Kobry.

Park Rzeźb zapisałem sobie od razu. Skały, morze, rzeźby i cypryjskie światło wyglądały jak miejsce stworzone dla człowieka, który potrafi spędzić piętnaście minut na przesuwaniu się o pół metra, bo „teraz linia horyzontu lepiej pracuje”. Dla reszty byłoby to zwiedzanie. Dla mnie — polowanie. Na światło, kształt i moment.

* * *

Przy kolacji zaczęliśmy układać plan kolejnych dni. Oczywiście „układać plan” oznaczało w praktyce, że Blondi miała plan, Długa chciała go uporządkować, Tyka sprawdzał, czy jest wykonalny, Mysza próbowała zostawić w nim trochę miejsca na odpoczynek, Gawron pytał, kiedy jemy, a ja chciałem wiedzieć, gdzie mogę zabrać aparat.

— Mamy zawody, więc bez głupot — powiedziała Długa.

— Co rozumiesz przez głupoty? — zapytała Blondi.

— Wszystko, co wymyślisz po słowach „mam pomysł”.

— To krzywdzące.

— To statystyka.

Gawron wrócił z bufetu z kolejnym talerzem.

— Co planujemy?

— Tydzień — odpowiedziała Mysza.

— To dobrze. Myślałem, że kolację.

— Ty swoją już zaplanowałeś na kilka etapów — powiedziałem.

Usiadł.

— Organizm sportowca potrzebuje paliwa.

— Organizm sportowca właśnie przyniósł trzeci deser.

— Węglowodany.

Blondi przesunęła telefon na środek stołu.

— Jeden dzień chcę przeznaczyć na Pafos.

— Daleko — powiedział Tyka.

— Dlatego cały dzień.

Pafos znałem z nazwy nie tylko jako jedno z tych miejsc, które pojawiają się w przewodnikach po Cyprze. Kojarzyło mi się również biegowo. Odbywał się tam półmaraton, więc oczywiście w naszej ekipie nazwa miasta mogła paść przy stole bez konieczności wyjaśniania, dlaczego człowiek jedzie kilkaset kilometrów oglądać asfalt.

— Mozaiki — powiedziała Długa.

— Też — przytaknęła Blondi.

— „Też” brzmi niebezpiecznie — zauważyłem.

— Chcę zobaczyć Pafos, mozaiki, okolice. Jeden dzień. Normalna wycieczka.

— Z tobą nie istnieje normalna wycieczka.

— Kobra, weźmiesz aparat.

— W takim razie zaczynam być zainteresowany.

Mysza przewinęła coś w telefonie.

— W okolicy są też piękne skaliste plaże.

Przestałem interesować się talerzem.

— Pokaż.

— Wiedziałam — powiedziała.

Wzięła telefon i przesunęła w moją stronę kilka zdjęć. Skały. Morze. Nieregularne wybrzeże. Przestrzeń. Światło. W głowie natychmiast zacząłem ustawiać kadry, choć nie byłem tam jeszcze ani razu.

— Jedziemy — powiedziałem.

Gawron spojrzał na mnie.

— Przed chwilą było „daleko”.

— Zmieniły się okoliczności.

— Jakie?

— Są skały.

— W Ayia Napie też są.

— Inne skały.

— Fotografowie są dziwni.

— Biegacze jeżdżą setki kilometrów, żeby przebiec dziesięć kilometrów po asfalcie, a potem wracają do domu. Nie zaczynajmy rozmowy o dziwnych hobby.

Przez chwilę przy stole zrobiło się cicho.

— Ma punkt — powiedziała Długa.

Pafos zostało wpisane do planu. Nie jako kolejna baza. Nie jako miejsce, wokół którego miał kręcić się cały wyjazd. Jeden dzień. Wycieczka. Mozaiki, trochę historii, biegowe skojarzenia i skaliste wybrzeże, które już teraz obiecywało mi pełną kartę pamięci. Na razie jednak byliśmy w Ayia Napie. I tutaj mieliśmy spędzić większość tygodnia.

* * *

Następnego ranka obudziłem się przed budzikiem. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem. Potem zobaczyłem światło wpadające przez zasłony. Cypr. Wstałem ostrożnie, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Biodro po nocy było spokojne. Zrobiłem kilka kroków po pokoju. Dobrze. Na krześle leżały przygotowane ubrania. Przy ścianie stały kijki. Lewy i Prawy, jak ochrzcił je Gawron.

— Nie przyzwyczajajcie się — powiedziałem do nich.

Nie odpowiedziały. To była jedna z ich największych zalet w porównaniu z Gawronem.

* * *

O siódmej spotkaliśmy się przed hotelem. Blondi wyglądała, jakby od dwóch godzin była gotowa. Mysza i Długa rozgrzewały się spokojnie. Tyka sprawdzał zegarek. Gawron pojawił się ostatni.

— Spóźniłeś się trzy minuty — powiedziała Długa.

— Jesteśmy na urlopie.

— Jesteśmy na treningu.

— To się wzajemnie wyklucza.

Założyłem paski kijków na dłonie. Na pierwszy dzień wybraliśmy promenadę. Bez kombinowania, bez szukania przewyższeń i bez udawania, że tydzień przed zawodami jest idealnym momentem na odkrywanie nowych możliwości organizmu. Pierwsze metry zrobiliśmy razem. Potem biegacze naturalnie zaczęli odchodzić do przodu, a ja zostałem w swoim rytmie. I bardzo dobrze. Nie musiałem nikogo gonić. Jeszcze niedawno sama możliwość szybszego marszu była dla mnie czymś, co analizowałem krok po kroku. Teraz kijki pracowały równo, nogi trzymały tempo, a zegarek pokazywał liczby, które nie były może imponujące dla świata, ale dla mnie miały znaczenie.

Morze miałem obok. Promenada była spokojna. Minęła mnie para biegaczy, potem starszy mężczyzna z psem. Ktoś jechał rowerem. Złapałem rytm. Kijki. Krok. Oddech. Kijki. Krok. Oddech. Prosta rzecz. A jednak przez moment poczułem coś, czego bardzo mi brakowało. Nie rehabilitację. Nie powrót. Nie sprawdzanie, czy mogę. Trening. Zwykły trening. Uśmiechnąłem się sam do siebie.

— No, Kobra. Jeszcze trochę i znowu zaczniesz narzekać na formę jak normalny człowiek.

To był cel. Po pięciu kilometrach spotkaliśmy się znowu przed hotelem. Blondi zatrzymała zegarek.

— Idealnie.

— Co idealnie? — zapytałem.

— Pierwszy trening.

— Za szybko biegliście.

— Ty za wolno szedłeś.

— To się nazywa nordic walking. W nazwie jest walking.

Gawron napił się wody.

— Ale Nordic sugeruje, że powinno być zimno.

— Jeżeli chcesz, mogę cię polać wodą.

— Nie trzeba.

Długa spojrzała na mnie.

— Biodro?

— Dobrze.

Nie dopytywała. I za to ją lubiłem. Nie potrzebowałem już rozmów o każdym bólu, ruchu i postępie. Chciałem, żeby ludzie pytali mnie o tempo, trasę, zawody i to, czy jutro idziemy dalej. Jak dawniej. Tylko trochę inaczej.

— Śniadanie? — zapytał Gawron.

— Ty naprawdę jesteś prostym człowiekiem — powiedziała Mysza.

— Sport, jedzenie, sen. Organizm lubi porządek.

— Zapomniałeś o piwie.

— To regeneracja.

Ruszyliśmy do hotelu. Przed wejściem zatrzymałem się jeszcze na moment i spojrzałem w stronę, gdzie promenada przechodziła dalej w wybrzeże, a w przeciwnym kierunku czekała szutrowa droga nad skałami. Miałem już plan na następne dni. Jeden spokojny trening tutaj. Jeden marsz szutrem wysoko nad morzem. Park Rzeźb z aparatem. A później Pafos. Na razie wszystko było proste. Hotel, morze, trening, aparat i zawody, dla których tu przylecieliśmy.

Dokładnie taki tydzień zamawiałem. Problem z życiem polega na tym, że wyjątkowo rzadko czyta ono nasze zamówienia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij