Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Agata Szajba. Spisek w metrze - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 maja 2026
3052 pkt
punktów Virtualo

Agata Szajba. Spisek w metrze - ebook

Agata niedługo ma zostać najmłodszym członkiem Gildii Strażników, gdy niespodziewanie staje przed nowym zagrożeniem. W British Museum doszło do morderstwa i chociaż policja prowadzi sprawę, Agata podejrzewa, że śledczy nie dostrzegają spisku. Spisku, który ma związek z nieczynną stacją metra, ogromnym pokazem sztucznych ogni i pięcioma tysiącami ton złota. Szajba z pomocą swoich najlepszych przyjaciół, Liama i Brianny, musi wyjaśnić tę sprawę, zanim będzie za późno. Jednocześnie musi zdać niezwykle trudny egzamin, by dołączyć do Gildii!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Dzieci 6-12
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68382-69-3
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1
ŁAMANIE ZASAD

– Ten film był obłędny! – mówi wyraźnie usatysfakcjonowany Liam, kiedy wychodzimy z Odeonu.

Wieczorne powietrze jest przyjemnie ciepłe, a na Leicester Square nadal kręci się mnóstwo ludzi. Liam włącza swój telefon, ja natomiast wyjadam z pudełka resztki popcornu. Byliśmy właśnie na najnowszym thrillerze z elementami kryminału – Nocnej dostawie – i nie mogę się doczekać, aż wypunktuję wszystkie dziury w fabule.

– Wiedziałam, że to ten facet od mycia okien – oświadczam. – Za bardzo się wszystkim interesował. A ten detektyw strasznie się guzdrał. – Śmieję się. – Brianna miałaby niezły ubaw! A właśnie, czemu nie mogła iść do kina?

Liam to mój najlepszy przyjaciel, ale Brianna też jest mi bardzo bliska. Często spędzamy czas we troje.

– Och… mówiła coś o zadaniu wakacyjnym.

Chichoczę.

– Klasyka. Całe wakacje wolne, a ona zabiera się za to w ostatni dzień.

Ja i Liam zawsze wykonujemy zadanie wakacyjne jak najszybciej, gdy tylko skończy się rok szkolny, ale Brianna lubi zostawiać wszystko na ostatnią chwilę. Raz nawet widziałam, jak pisała coś w zeszycie w drodze do szkoły.

Liam jest zbyt zajęty czytaniem czegoś w telefonie, aby mi odpowiedzieć, więc podchodzę do kosza na śmieci i wyrzucam puste pudełko po popcornie. Na stojącej na chodniku tablicy wisi plakat. Na górze wielkimi literami jest napisane: „POKAZ FAJERWERKÓW BURMISTRZOWSKICH!”. Czytam dalej. „Wielkie widowisko z ponad 15 tysiącami fajerwerków!” odbędzie się w niedzielę nad Tamizą.

– Czy to nie za wcześnie na burmistrzowskie fajerwerki? – mówię, gdy podchodzi Liam. – Zwykle ten pokaz jest w listopadzie, w okolicach Nocy Guya Fawkesa, prawda? – Chwilę się zastanawiam. – I wydaje mi się, że zazwyczaj w sobotę.

Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, Liam rzuca:

– Spójrz na to.

I pokazuje mi ekran swojego telefonu. To powiadomienie z serwisu informacyjnego:

WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI:
Morderstwo w Muzeum Brytyjskim

Przez moment wpatruję się w czerwone litery i czuję znajome podekscytowanie. Minęło pięć tygodni, odkąd rozwiązałam zagadkę czerwonej mazi, która zanieczyściła londyńską sieć wodociągową, i aż mnie nosi, żeby znowu się czymś zająć. Ostatnio było zbyt spokojnie, żadnych spraw do rozwiązania, więc te wakacje nie cieszyły mnie tak, jak powinny.

Biorę od Liama telefon i klikam w link. Na razie informacji jest bardzo niewiele.

Wieczorem w Muzeum Brytyjskim, niedługo po zamknięciu, doszło do śmiertelnego ataku nożem. Policja nie ujawniła jeszcze danych ofiary, ale przypuszcza się, że był to pracownik obsługi, który mógł przeszkodzić intruzowi. Według doniesień z jednej z gablot zniknął eksponat.

Zalewa mnie fala szczęścia.

– W końcu mamy sprawę! – Oddaję Liamowi telefon. – Musimy to zbadać!

– Agata, nie mów, że się cieszysz, że kogoś zamordowano…

Oblewam się rumieńcem; mam nadzieję, że tego nie zauważy.

– Oczywiście, że nie.

Wbijam wzrok w swoje paznokcie – czarne ze srebrnymi gwiazdkami. Strasznie mi się podobają, wyszły naprawdę idealnie.

– Zresztą to jest śledztwo w sprawie morderstwa – tłumaczy Liam. – Nie uda ci się ot tak tam wejść i rozejrzeć.

Takie wyzwania są dla mnie najlepsze.

– Oczywiście, że się uda. „Żadna sprawa nie jest zbyt szajbnięta”, nie pamiętasz? – pytam, przywołując motto Agencji Szajba. Dość miałam żartów ze swojego nazwiska: Sheibley (Szajba… Szajbuska… Szajbi… Szajbix), postanowiłam więc przekuć je w coś pozytywnego.

– Ale to się nawet nie wydaje jakoś szczególnie szajbnięte… – mówi Liam z powątpiewaniem.

Nie chcę tracić czasu, więc chwytam go za rękę i ciągnę przez tłum na Leicester Square w stronę metra. Liam lekko się potyka, bo wciąż czyta coś w telefonie.

– Jest tu napisane, że muzeum zostało zamknięte, więc nikt nie może do niego wejść. Nawet ty.

– Ach, ale kto powiedział, że zamierzam skorzystać z głównego wejścia? – rzucam, odwracając się do niego i unosząc brew.

Wolną ręką dotykam miejsca poniżej szyi, gdzie na srebrnym łańcuszku wisi czarny metalowy klucz mojej mamy. To nie jest tylko ozdóbka – jest własnością sekretnej organizacji zwanej Gildią Strażników i zapewnia dostęp do podziemnych przejść pod całym Londynem.

Liam ściąga brwi.

– Będziesz mieć poważne problemy, jeśli profesorka D’Oliveira dowie się, że korzystasz z tuneli jeszcze przed rozpoczęciem Próby.

Profesorka jest moim kontaktem w Gildii. Żeby zostać agentką albo strażniczką jak mama (a chcę tego bardzo, ale to bardzo), muszę zdać trzy testy składające się na Próbę.

Wzdycham.

– Wiem… nie spodziewałam się jednak, że będzie to trwało aż tak długo! Czekam już pięć tygodni!

– Daj spokój. Przecież wiesz, że jak cię złapią, to będziesz miała przekichane. A profesorka mówi, że jeśli złamiesz zasady, to nie dopuszczą cię do testów i nie zostaniesz strażniczką.

Przewracam oczami.

– No ale przecież się nie zorientują, jeśli użyję tego klucza tylko raz, no nie? Na pewno uda mi się ich przechytrzyć.

Liam puszcza moją rękę.

– Nie idziesz? – pytam zaskoczona, bo zwykle chętnie korzysta z okazji, żeby przeżyć coś ekscytującego.

– Agato, jesteś moją najlepszą przyjaciółką, ale zamierzasz wtrącać się do śledztwa i ryzykować, że nie zostaniesz agentką.

Postanawiam skupić się na pierwszej kwestii, drugą ignoruję.

– Nie zamierzam się wtrącać – mówię z oburzeniem. – Chcę tylko rozejrzeć się za jakimiś wskazówkami…

– …i potencjalnie przeszkadzać policji, która też ich szuka.

Zastanawiam się, czy próbować go przekonać. Ale widzę po jego minie, że już podjął decyzję.

– W porządku – stwierdzam więc. – Nic się nie martw. Sprawdzaj wiadomości i dowiedz się, co mówią na temat tego morderstwa. W czwartek w szkole wymienimy się informacjami.

– Dobra… tylko bądź ostrożna.

– Spokojnie, wykopię sobie tunel łyżką – żartuję, nawiązując do jednego z naszych ulubionych filmów.

– Bylebyś miała jakiś plan – odpowiada z wyraźnym sarkazmem, chociaż widać, że ledwo powstrzymuje śmiech.

– Ja zawsze mam plan – oświadczam.

– Czy jeśli pojawią się jakieś nowe informacje, mam ci zostawić liścik? – pyta.

– Och, zapomniałam ci powiedzieć. Tata znalazł tę obluzowaną cegłę w murze, więc nie możemy już używać tej skrytki. Zabetonował ją!

– Serio? Nie mogłaś go powstrzymać?

Wzruszam ramionami.

– Zrobił to, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Będziemy musieli po prostu znaleźć nowy sposób na przekazywanie sobie informacji.

Liam kręci ze smutkiem głową.

– Kochałem naszą cegłę – mówi takim tonem, jakbyśmy stracili drogiego przyjaciela.

Ponownie wzruszam ramionami.

– Słuchaj, muszę już iść. Okej? Do zobaczenia w czwartek w szkole.

Macham mu szybko, po czym biegiem pokonuję krótki dystans dzielący mnie od stacji metra.

Kiedy czekam na peronie na pociąg, w moich żyłach zaczyna krążyć adrenalina. Dzisiaj nie jestem już Agatą Sheibley, stypendystką w szkole dla uprzywilejowanych dzieci, ale Agatą Szajbą, prywatną detektywką, która otrzymała imię na cześć znanej na całym świecie autorki kryminałów, Agathy Christie.

A kiedy już jadę, układam w głowie plan, jak dostać się do muzeum. Mam niezwykle przydatną umiejętność, którą nazywam Zmianą Kanału – potrafię wyłączyć się na wszystko dookoła i dzięki temu zyskać dostęp do zazwyczaj nieaktywnych części mojego umysłu. Zamykam wówczas oczy i tak samo robię teraz. Zamierzam skupić się na czekającym mnie zadaniu. Będę potrzebować przebrania i przekonującej wymówki, dlaczego przebywam w muzeum w czasie, gdy jest zamknięte.

Nim docieram do Hyde Parku, wszystko już mam obmyślone i nie mogę się doczekać, żeby wprowadzić swój plan w życie.

Gdy idę szybko ścieżką wzdłuż jeziora Serpentine, odruchowo zerkam w stronę ławek, by sprawdzić, czy nie ma tam mojego starego przyjaciela JP, potem jednak przypominam sobie, że JP nie jest już bezdomny, więc nie mieszka w parku. Udało mu się znaleźć pracę, a także tanie mieszkanie. Bardzo się z tego cieszę, choć brak mi naszych codziennych pogawędek.

Na widok Domku Ogrodnika zmuszam się do skupienia na moim planie. Po pierwsze, mój tata, Rufus, musi mnie zobaczyć, tak by był przekonany, że szykuję się do pójścia spać. Poza tym minęło już sporo czasu, od kiedy ostatnio coś jadłam – i był to popcorn – więc przed wyjściem powinnam zrobić sobie kanapkę.

– Hej, tato!

– Cześć, Aggie. Jak film?

– Tak bardzo okropny, że genialny. Można się było pośmiać!

Podchodzę do stołu w kuchni, przy którym tata ogląda właśnie jakieś plany nasadzeń w parku, i cmokam go w policzek.

– To dobrze. Jadłaś coś?

– Tylko popcorn – przyznaję się (tata nie znosi, kiedy opuszczam posiłki).

– Powinnaś zrobić sobie kanapkę – mówi.

Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.

– Czytasz mi w myślach!

Chleb smaruję najpierw masłem, potem masłem orzechowym, a na koniec daję warstwę sosu majonezowego. Jeszcze nie próbowałam takiego połączenia, ale lubię eksperymentować. W zeszłym semestrze trochę przesadziłam z przygodami w kuchni, kiedy próbowałam przyrządzić kulinarne arcydzieło według przepisu z francuskiej książki kucharskiej. Skończyło się to totalną klapą i utratą wiary we własne umiejętności, ale znów jestem gotowa na nowe wyzwania.

Składam dwa kawałki chleba i zaczynam układać w myślach szczegóły planu. Będę potrzebować kilku kluczy z zestawu taty – używa ich do otwierania bram i krat w całym Hyde Parku. Tata przerywa mi jednak te rozmyślania.

– Rano mnie nie będzie.

– Och? Jak to?

Rozglądam się za nożem do chleba. Kanapki zawsze lepiej smakują, kiedy pokroi się je na trójkąty.

– Ja… uhm, mam spotkanie ze specjalistką od orchidei z Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego.

Coś w tonie taty każe mi się odwrócić w jego stronę.

– Specjalistką od orchidei?

– Tak… cieszącą się ogromnym uznaniem… no i wolna jest tylko z samego rana. Więc nie będzie mnie w domu, kiedy wstaniesz.

Odchrząkuje i wraca do studiowania rozłożonych przed sobą planów. Robi to z przesadnym skupieniem, ale nie mam czasu przejmować się teraz tym, co kombinuje – jeśli chcę obejrzeć miejsce zbrodni, muszę się pospieszyć, zanim policja sprzątnie wszystkie ślady.

– Okej, idę na górę.

Tata zerka na zegar.

– Jest dopiero wpół do dziewiątej. Trochę wcześnie jak na ciebie, nie sądzisz?

– Powszechnie wiadomo, że nastolatki potrzebują więcej snu niż dorośli.

– Zazwyczaj ja to mówię – zauważa, ściągając brwi. – Co ty kombinujesz?

Robię minę niewiniątka.

– Nic. Muszę tylko przeczytać coś na angielski i chcę jeszcze raz przejrzeć wypracowania, które napisałam na początku wakacji. – Zabieram talerz z kanapką i idę w stronę drzwi. – Nie siedź za długo, tato. Do jutra!

– Okej… dobranoc, skarbie.

Na piętrze się zatrzymuję i wślizguję do pokoju taty, gdzie na łóżku leży zwinięty w kulkę Oliver. Tata ma zasadę, że koty nie mogą wchodzić na pościel, ale Oliver się tym nie przejmuje. Z wieszaka pełnego kluczy biorę te, które są mi potrzebne, chowam je do kieszeni, po czym wchodzę piętro wyżej, po drodze pałaszując kanapkę. W ogóle mi nie smakuje, więc notuję sobie w myślach, aby więcej nie próbować tego połączenia. Stawiam pusty talerz na stoliku przy łóżku i z satysfakcją rozglądam się po pokoju. Mieści się na poddaszu naszego małego domku i pełno w nim interesujących przedmiotów oraz artefaktów, takich jak muszle, pióra i skamieniałości, wycinki z gazet i sprytne przebrania. Jest też porcelanowe popiersie królowej Wiktorii, które znalazłam kiedyś na śmietniku, a do tego plansza kolorów tęczówek z kodami do każdego odcienia, których nauczyłam się na pamięć. Honorowe miejsce nad łóżkiem zajmuje portret mojej ulubionej autorki kryminałów, Agathy Christie, a na drzwiach wisi jeszcze jeden, mniejszy, który przedstawia najsłynniejszego bohatera jej książek, Herkulesa Poirota.

Na chwilę wracam myślami do Gildii – i, co ważniejsze, do Próby. Przez całe wakacje ten temat był dla mnie jak piosenka, która za nic nie chce wyjść z głowy. Denerwuję się, bo wiem, że pierwsze wyzwanie może pojawić się w każdej chwili, nawet w środku nocy, a ja muszę być gotowa. No bo pewnie o to właśnie chodzi – jeśli nie potrafisz zareagować od razu, bez możliwości zaplanowania ruchu, to nie możesz zostać członkiem Gildii. Chciałabym jednak mieć to już za sobą.

Zdejmuję z głowy czerwony beret – moją ukochaną część garderoby – i ostrożnie wkładam do pudełka. Następnie podchodzę do dwóch wieszaków, na których trzymam wszystkie ubrania i kostiumy, i zaczynam szukać tego, czego teraz potrzebuję.

Na szczęście podczas wcześniejszych wizyt w Muzeum Brytyjskim sporządziłam sobie w głowie notatki. Zamykam oczy i Zmieniam Kanał, żeby dotrzeć do miejsca w moim umyśle, gdzie przechowuję ważne informacje. Wygląda ono jak rząd staroświeckich szafek na dokumenty. Otwieram tę z danymi o uniformach i przeglądam odręcznie zapisane karty, aż trafiam na literę M (jak „muzeum”), na niej z kolei wybieram podkategorię B (jak „brytyjskie”). Wszystkie stroje pracowników Muzeum Brytyjskiego, które dotychczas widziałam, zapamiętałam dzięki temu, że przechowuję je w głowie w formie fotografii. Chcę wejść do gmachu jako pracownica pilnująca sali – to najbardziej przekonująca funkcja dla kogoś w moim wieku, a w dodatku wymaga prostego stroju: czarnych spodni i białej koszuli.

Przeglądam wiszące na wieszaku ubrania i wybieram odpowiednie spodnie i koszulę. Ze stojącego poniżej kartonu wyjmuję skórzany pasek i Martensy na grubych podeszwach, dzięki którym zyskam kilka centymetrów. To super łup ze sklepu z używanymi rzeczami – uwielbiam je. Szybko się przebieram: zdejmuję sięgającą kolan czerwoną koszulową sukienkę w kratę (jedną z moich ulubionych, także z lumpeksu), a potem zakładam spodnie i koszulę. Teraz czas na dodatki. Do paska przypinam smycz z przepustką, a do koszuli prostą plakietkę, która sugeruje, że mam na imię Felicity. Używam tego imienia w mediach społecznościowych – pożyczyłam je od Felicity Lemon, sekretarki detektywa Herkulesa Poirota. Na koniec upinam włosy w kok i dla lepszego kamuflażu zakładam okulary w grubych oprawkach (które trzymam w komodzie pełnej podobnych akcesoriów – sztucznych rzęs, okularów przeciwsłonecznych, chustek na głowę, fałszywych blizn, krzaczastych brwi…). Do kieszeni wsuwam klucze, a także mały notes i długopis, latarkę czołową, zestaw do otwierania zamków i plastikową fiolkę z czystym patyczkiem do uszu – obowiązkowymi elementami wyposażenia każdego detektywa. Kieszeń jest mocno wypchana, ale nie chcę zabierać torebki, którą być może musiałabym gdzieś porzucić.

Na koniec przeglądam się w lustrze.

Całkiem przekonujące przebranie.

Żeby się nie ubrudzić, na wierzch zakładam długi płaszcz przeciwdeszczowy. To prawdziwe okropieństwo – bezkształtna płachta, jedna z tych, które sprzedaje się turystom zaskoczonym brytyjską pogodą. W normalnych okolicznościach za nic nie pokazałabym się w tym publicznie. Ale jak mus, to mus.

– Na razie, mamo – mówię do zdjęcia, które trzymam przy łóżku.

Mama nosi na nim długą, zwiewną spódnicę, duże okulary przeciwsłoneczne i kapelusz z szerokim rondem. Podoba mi się jej styl – swobodny, a jednocześnie elegancki. Stoi nad swoim rowerem, jak zwykle obładowanym książkami. Policja uznała, że to właśnie przez te książki było jej trudno kierować rowerem – i dlatego straciła nad nim panowanie, zderzyła się z samochodem i zginęła. Ale ja w to nie wierzę. Po pierwsze, znalazłam jej rower i nie zauważyłam na nim nawet jednej rysy. Jeśli zostanę przyjęta do Gildii Strażników, może uda mi się dowiedzieć, jakimi badaniami zajmowała się mama w czasie, kiedy zginęła. I może dzięki temu zdobędę jakieś tropy.

A teraz głęboki wdech – pora na ten trudny element planu.

Gaszę światło. Jeśli tata przyjdzie sprawdzić, co robię, chcę, żeby pomyślał, że śpię. Idę na pamięć przez ciemny zagracony pokój i wchodzę na łóżko. Wieczorne niebo jest zachmurzone, ale udaje mi się wypatrzyć prostokąt okna dachowego. Otwieram je teraz, chwytam za krawędź i się podciągam. Po chwili siedzę okrakiem na szczycie dachu.

Podoba mi się tutaj – wieje lekki wiatr, a ponieważ lato dobiega końca, wieczór nie jest ani za ciepły, ani za zimny. W oddali, na skraju parku, widzę migoczące światła Kensington. W głowie dzielę swoją misję na etapy: pierwszy – wymknąć się z domu tak, żeby tata mnie nie zauważył; drugi – przeczołgać się przez długi i ciasny tunel; trzeci – dostać się do muzeum.

Biorę głęboki oddech.

No dobrze, czas ruszać.

Po spadzistym dachu przesuwam się do krawędzi, znad której następnie ostrożnie wystawiam prawą stopę, aż natrafiam na gałąź starego dębu. Dołącza do niej lewa stopa. Teraz jest ten najbardziej ryzykowny moment – muszę odepchnąć się od dachu i wierzyć, że reszta ciała podąży bezpiecznie za nogami… Oczywiście mi się udaje, bo wspinam się na to drzewo, odkąd skończyłam dziesięć lat. Oplatając ramionami pień, szukam stopą kolejnego oparcia i powoli schodzę na dół. Dobrze, że pomyślałam o założeniu płaszcza, bo inaczej moja czysta biała koszula byłaby już cała w mchu i porostach.

Zeskakuję na idealnie przystrzyżony trawnik tak, aby wciąż zasłaniał mnie dąb, bo tata mógłby mnie zobaczyć przez okno kuchenne. A potem nabieram powietrza, wyskakuję przez furtkę i puszczam się biegiem przez ciemny park.

Etap pierwszy zakończony sukcesem.2
SZKOLNY PROJEKT

Aby się dostać do sieci podziemnych korytarzy zarządzanych przez Gildię Strażników, muszę otworzyć kratę obok Serpentine. Schodzę po krótkiej rampie prowadzącej do ciemnego tunelu, a kiedy docieram do kraty, wyciągam z kieszeni klucze taty i wybieram ten właściwy. Wkładam go do zamka, ale z jakiegoś powodu nie chce się przekręcić. Przez chwilę z nim walczę, lecz w końcu się poddaję i siadam na mokrej od rosy ziemi. Co teraz?

Słyszę w głowie głos Herkulesa Poirota, z tym jego charakterystycznym belgijskim akcentem:

– Mademoiselle Sheibley, nie pozwolimy, aby un petit zamek powstrzymał nas na starcie, n’est-ce pas?

Może i Poirot jest fikcyjnym detektywem, ale bardzo mnie inspiruje. Dlaczego klucz się nie przekręca? Może coś się tam zaklinowało? Wstaję i oglądam go uważnie. Rzeczywiście – w środku tkwi sosnowa igła. Chwytam ją kciukiem oraz palcem wskazującym i udaje mi się usunąć tę maleńką przeszkodę. Jeszcze raz wkładam klucz do dziurki i przekręcam. Tym razem się udaje – otwieram kratę, przedostaję się na drugą stronę i zamykam kratę za sobą.

Wzdrygam się na wspomnienie ostatniego razu, kiedy przechodziłam przez ten wilgotny tunel. Był wtedy pełen toksycznych czerwonych alg, więc ja i Liam musieliśmy mieć zakryte twarze, żeby nie wdychać wyziewów. Ale i teraz, choć cuchnącej mazi już nie ma, trudno uznać to miejsce za zachęcające.

Wyjmuję z kieszeni czołówkę, włączam ją i zakładam na głowę. Jasna żarówka oświetla brudną betonową ścieżkę. Nad nią jest niski, kruszący się ceglany sufit i nawet ja, trzynastolatka o przeciętnym wzroście, muszę kucać. Wzdycham i ruszam przez długi, niewygodny do przejścia tunel. Opada w dół i prowadzi mnie coraz głębiej.

Choć nad głową mam ogromną ilość ziemi, staram się nie zastanawiać, czy sufit mógłby się zawalić. Moje dłonie i knykcie co chwilę obcierają się o kamień i cegły, a szyja bardzo mnie boli od ciągłego pochylania głowy. Dodatkowo co jakiś czas muszę się zatrzymywać i rozmasowywać obolałe mięśnie nóg, które nie są przyzwyczajone do tak długiego kucania.

Nie zauważam nawet, że wstrzymuję oddech, dopóki korytarz nie otwiera się na dużą jaskinię. Łapię wtedy powietrze, jakbym się wynurzyła z wody. Śmieję się z samej siebie – całą drogę utrudniałam sobie zadanie, bo byłam spięta i prawie nie oddychałam! Teraz prostuję się jednak i otrząsam. Jak dobrze móc w końcu stać prosto.

Etap drugi zakończony sukcesem.

Na końcu jaskini znajdują się nabijane nitami drzwi z kutego żelaza. Są tak zardzewiałe, że mają kolor niemal identyczny jak otaczające je cegły, przez co są prawie niewidzialne. Pora na następny klucz: ten, którego – jak obiecałam profesorce D’Oliveirze – miałam nie używać.

Ściągam z szyi srebrny łańcuszek i wsuwam do zamka duży metalowy klucz. Klucz mamy. Przez chwilę widzę oczami wyobraźni, jak mama otwiera nim sekretne bramy i drzwi. Kiedy go używam, czuję z nią silną więź. Klucz obraca się bezgłośnie w dobrze nasmarowanym mechanizmie. Kładę czołówkę na ziemi, po czym uchylam lekko drzwi – na tyle tylko, aby sprawdzić, czy są tam ochroniarze – po czym wchodzę do środka i zamykam je za sobą.

To było stanowczo zbyt proste. Gildia Strażników naprawdę powinna zadbać o lepszą ochronę.

Ruszam przed siebie długim, dobrze oświetlonym korytarzem wyłożonym miękką czerwoną wykładziną. Po jakichś dwustu metrach wykładzina ustępuje miejsca kamiennej podłodze, a ja podchodzę do stojaków z rowerami. Są ich tu setki – od nowoczesnych górskich i trekkingowych, po starsze, bardziej klasyczne modele. Do Gildii należą kilometry tuneli i jej członkowie chętnie przemierzają je rowerami, żeby oszczędzać czas. Przez chwilę wyobrażam sobie, jak mogą wyglądać osoby, do których należą poszczególne modele. Dostrzegam duży, ciężki rower górski i od razu widzę poważnego mężczyznę w ciemnym garniturze. Skupiam się na kolejnym – różowym i błyszczącym, w stylu Barbie – i dochodzę do wniosku, że jakiś rodzic pożyczył go od swojego dziecka. Wiem dobrze, na który zamierzam wsiąść ja. Na ten, który należał do mojej mamy – niebieski rower miejski z koszem. Profesorka obiecała, że będzie go tu dla mnie trzymać.

Tyle że go nie ma.

Dwa razy obchodzę stojaki, ale na próżno. Ktoś go zabrał? A może jest po prostu przechowywany w jakimś innym, bezpieczniejszym miejscu? Zapisuję sobie w myślach, żeby zapytać o to profesorkę. Boli mnie jednak nieobecność czegoś, co stanowi dla mnie część mamy. „To tylko rower”, mówię sobie. Zastanawiam się, czy w zamian nie wziąć jakiegoś innego egzemplarza – nie, wtedy miałabym wrażenie, że to kradzież. Będę musiała po prostu biec.

Ruszam powoli, potem przyspieszam i szybko przemieszczam się głównym tunelem. Podłoże jest tu dość gładkie – pewnie wytarte przez lata użytkowania przez strażników. W końcu zauważam po prawej stronie węższe przejście, z tabliczką „Muzeum Brytyjskie”. Skręcam w nie i wkrótce docieram do wysokiej metalowej bramy.

Ją również otwiera mój magiczny klucz. Przechodzę na drugą stronę, zamykam za sobą bramę, a u stóp kamiennych, prowadzących do muzeum schodków zostawiam płaszcz przeciwdeszczowy. Na górze przekręcam klucz w zamku drewnianych drzwi i wchodzę do maleńkiego pomieszczenia z kolejnymi biegnącymi do góry schodami. Znów ruszam biegiem. Nie sprawia mi to problemu, bo dzięki temu, że latem sporo ćwiczyłam, teraz mam całkiem niezłą kondycję. Nie mija dużo czasu, gdy docieram do parteru muzeum – tak mi się przynajmniej wydaje. Są tu drzwi z brudną szybą. Przecieram ją ręką i widzę, że po drugiej stronie znajduje się szeroki korytarz. Nikogo tam nie ma, więc wślizguję się przez drzwi i z łatwością znajduję drogę do głównego foyer.

Etap trzeci zakończony sukcesem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij