-
nowość
-
promocja
Agata Szajba. Srebrny wąż - ebook
Agata Szajba. Srebrny wąż - ebook
Agata Szajba, młoda detektywka, wraz z przydzielonym jej partnerem Arturem zajmuje się zaginięciem kuratorki National Gallery. Kiedy podczas oglądania wystawy poświęconej van Goghowi dostrzega tajemniczy znak na „Słonecznikach”, zostaje wciągnięta w wir niebezpiecznej zagadki. Ślady prowadzą przez mroczne tunele pod Londynem aż do luksusowych rezydencji, w których nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Pojawienie się Srebrnego Węża sprawia, że śledztwo zaczyna rzucać nowe światło na niewyjaśnioną śmierć matki Agaty. Rozpoczyna się wyścig z czasem, w którym stawką są nie tylko bezcenne arcydzieła, ale i życie młodej detektywki.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68382-85-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
NIESPODZIEWANE SPOTKANIE
– Patrzysz na ten obraz od co najmniej dziesięciu minut.
Podchodzi do mnie Liam i z przechyloną głową staje przed Słonecznikami van Gogha. Jest listopadowy wtorek i przyjechaliśmy do National Gallery całą klasą.
– Można by pomyśleć, że w tym obrazie kryje się jakiś dodatkowy element – kontynuuje. – No wiesz, taki, który dostrzega się dopiero po dłuższej chwili. I dlatego tak się w to wpatrujesz.
– To po prostu mój ulubiony obraz, i tyle – odpowiadam z uśmiechem.
– Właśnie widzę!
– Mama też go uwielbiała. Kiedy tylko byłyśmy gdzieś w okolicy, zabierała mnie tutaj, żebyśmy sobie na niego popatrzyły.
– To ile razy tutaj przychodziłaś, żeby napawać się pięknem tegoż malowidła? – Ostatnie słowa wypowiada teatralnym tonem, zataczając ręką szeroki łuk, jakby recytował wiersz.
Śmieję się.
– Dużo! Ale wiesz co? Dzisiaj ten obraz wygląda inaczej.
– Jak to?
Pokazuję palcem wazon i namalowane niebieską farbą imię „Vincent”.
– To akurat ma taki sam odcień jak zawsze, ale kwiaty – mówię i wskazuję na żółte płatki – są bledsze i wyraźniejsze, jakieś takie…
– Mniej rdzawe? – sugeruje Liam.
– Właśnie! – Uśmiecham się do niego. Nikt nie rozumie mnie tak jak Liam.
Wzrusza ramionami.
– Może zostały wyczyszczone?
– W sumie miałoby to sens… Chociaż właściwie zastanawiałam się, czy nie chodzi bardziej o to, gdzie ten obraz teraz wisi. Został przeniesiony ze swojego zwykłego miejsca tutaj, na wystawę van Gogha, więc może to przez światło.
Od drugiej strony podchodzi do mnie moja przyjaciółka Brianna. Jej włosy są nadal grzecznie brązowe, a nie w uwielbianym przez nią kolorze niebieskim – doktor Hargrave, nasz dyrektor, zabronił farbowania się na „nienaturalny” odcień. Do tego są wygolone wszędzie oprócz czubka głowy. Przy delikatnych rysach Brianny wygląda to prawie szokująco. Co dziwne, naprawdę pasuje jej taka fryzura.
– Wracamy już do domu? – pyta, oglądając swoje paznokcie, czarne z jasnozielonymi czaszkami.
– Nie sądzę – odpowiada Liam. – To dopiero pierwsza sala.
Mój plecak leży na ziemi. Brianna kuca i zaczyna grzebać w przedniej kieszeni.
– Hej, co ty robisz? – pytam.
– Szukam latarki UV. Zabrałaś ją?
– Powinna tam być. A po ci ona?
– Moje paznokcie świecą – odpowiada.
Wyjmuję z plecaka małą latarkę wielkości długopisu.
– Proszę bardzo.
– Dzięki.
Brianna świeci nią na paznokcie i wszyscy podziwiamy jarzące się czaszki.
– Ekhm… czy mogłabym prosić o chwilę uwagi?
Odwracamy się, bo pani Shelley, nasza nauczycielka, wyraźnie chce nam coś powiedzieć. Każdy element jej stroju jest buroszary albo burobrązowy, nawet jej włosy są nijako szarobrązowe. Wygląda trochę jak wyblakła postać namalowana farbami wodnymi. Zaczynam się zastanawiać, co powiedziałby o niej Poirot z książek Agathy Christie, gdyby ją poznał. Wyobrażam sobie, jak kiwa głową i mówi z tym swoim belgijskim akcentem: „Non, mam’selle, nie ma czegoś takiego jak całkowicie spokojne morze”. I pewnie miałby rację – może pani Shelley rzeczywiście skrywa w sobie coś więcej.
– Ehkm… Moi drodzy… – mówi znowu cichym głosem. – Możemy, proszę, przejść dalej?
Rozglądam się po sali. Uczniowie musieli już jakiś czas temu skończyć oglądanie obrazów, bo gromadzą się wokół ławek i pod oknami, gawędząc i żując gumę. Grupka dziewczyn zajęta jest zaplataniem sobie nawzajem warkoczy, inni zaś siedzą na ziemi i z głośnym śmiechem pokazują coś sobie w telefonach. Nikt nie słucha pani Shelley.
Brianna znowu się rozkojarzyła – kieruje właśnie latarkę na wiszący na bocznej ścianie pejzaż. Następnie przesuwa światło na kolejny obraz i kolejny, aż skręca za róg i dochodzi do Słoneczników. Do tej chwili wiązka światła była niewidoczna, teraz jednak daje o sobie znać, ujawniając coś, czego nie powinno tam być. Podchodzę bliżej.
– Patrzcie – mówię i wskazuję na niewielki znak, który pojawił się tuż pod podpisem van Gogha.
Liam ściąga brwi.
– Wygląda jak A.
– Bo to jest A. Ale skąd się tu wzięło?
Robię zdjęcie ozdobnej literze widocznej w świetle ultrafioletowym.
A
– Może to oznaczenie zrobione przez galerię… ich sposób na ochronę przed kradzieżą? – sugeruje mój przyjaciel.
– Serio myślisz, że ktoś pisałby po takim bezcennym obrazie? – pytam.
Brianna wzrusza ramionami.
– Zrobiono to atramentem sympatycznym.
Nagle ktoś głośno klaszcze i wszyscy cichniemy. Okazuje się, że to wysoki, szczupły mężczyzna z ciemnymi, siwiejącymi włosami, brązowymi oczami i w granatowym, drogim garniturze. To lord Rathbone, ojciec Sary, mojego szkolnego wroga numer jeden. Dziewczyna stoi obok niego i wygląda na zadowoloną, ale wcale nie wydaje się przez to milsza – nadal sprawia wrażenie kogoś, kto uważa się za lepszego od innych.
Uwielbiam odwiedzać National Gallery i od miesięcy chciałam zobaczyć van Gogha. Okazuje się jednak, że tata Sary jest jednym ze sponsorów tej galerii i to on załatwił nam wejście, przez co cała przyjemność z oglądania wystawy spłynęła ze mnie jak woda z mopa.
Lord Rathbone uśmiecha się do nas, a mnie przechodzą ciarki. Jego uśmiech wygląda groźnie – mężczyzna przypomina mięsożerną roślinę, która tylko czeka, żeby coś upolować.
– Okażcie swojej nauczycielce trochę szacunku i wysłuchajcie tego, co ma do powiedzenia – oświadcza. – W końcu jesteśmy tutaj po to, żeby się czegoś nauczyć – mówi spokojnie, ale z jego sposobu mówienia można wywnioskować, że jest przyzwyczajony do rządzenia innymi.
Brianna nachyla mi się do ucha.
– Jest jeszcze bardziej protekcjonalny niż jego córka – szepcze.
Kiwam głową i odmrukuję:
– Przynajmniej wiemy, skąd się to u niej wzięło.
– Przyprawia mnie o ciarki.
– Mnie też – zgadzam się z przyjaciółką.
Pani Shelley odchrząkuje i mówi… coś. Nie wiadomo co, bo w sali panuje okropny gwar.
– Co pani powiedziała, pani S.? – pyta jeden z chłopców.
– Nie słyszę jej – odzywa się drugi. – A wy?
Liam nachyla mi się do ucha.
– Powiedziała, że pora przejść do następnej sali.
– Skąd wiesz?
– Uczę się czytania z ust. Uznałem, że może się kiedyś przydać.
Lord Rathbone ponownie klaszcze i woła:
– Cisza!
Jego twarz ma teraz imponujący ciemnoczerwony kolor, któremu z chęcią bym się przyjrzała z bliska. Wydaje mi się, że to odcień oznaczony w komputerze kodem #9A0000. Ale żeby nabrać pewności, musiałabym podejść bliżej, a to byłoby trochę niezręczne.
– Nie będę tolerował takiej bezczelności! – wykrzykuje. – Macie z szacunkiem słuchać waszej nauczycielki.
Wszyscy milkną, on zaś kiwnięciem głowy daje znać rumieniącej się pani Shelley, że może mówić.
– Eee… no tak, dziękuję panu, lordzie Rathbone. Słuchajcie mnie teraz uważnie. Przejdziemy do następnej sali, gdzie chciałabym, żebyście przyjrzeli się obrazowi Pokój van Gogha w Arles, który omawialiśmy na lekcji. Był to jeden z ulubionych obrazów twórcy. Przypomnijcie sobie naszą analizę, spłaszczoną perspektywę oraz brak cieni. I porównajcie ten styl z japońskimi grafikami, które wcześniej widzieliśmy. To właśnie one zainspirowały artystę. Oceńcie, w jakim stopniu van Goghowi udało się do nich nawiązać. I nie zapomnijcie robić notatek, przydadzą się podczas dyskusji w klasie.
Posłusznie drepczemy do sąsiedniej sali, a Brianna pyta mnie i Liama:
– Co ona mówiła? Coś o japońskich agrafkach?
Liam się śmieje.
– Nie pamiętasz tych grafik, które oglądaliśmy, żeby zobaczyć, jak van Gogh próbował uzyskać na swoim obrazie podobny efekt?
Kręci głową.
– Na plastyce to ja średnio uważam. To znaczy lubię oglądać obrazy i w ogóle, ale pani S. zazwyczaj tak smęci, że zawsze się wyłączam.
– Wiedziałaś, że ona jest damą? – pytam ją.
– No przecież nie facetem.
– Agacie chodzi o tytuł szlachecki – wyjaśnia Liam.
– Serio? – dziwi się Brianna. – A nie jest nawet w połowie tak arogancka jak Rathbone’owie, no nie?
Liam ponownie się śmieje.
– Nikt nie jest nawet w połowie tak arogancki jak oni.
– Ćśś! – uciszam ich.
Sara i jej tata mijają nas niczym strażnicy na patrolu.
Nie możemy się dostać tuż pod Pokój van Gogha w Arles, stajemy więc za plecami innych uczniów. Ale po sześciu albo siedmiu minutach wpatrywania się w tyły głów zaczynam się niecierpliwić.
– Idę jeszcze raz przyjrzeć się Słonecznikom – oznajmiam przyjaciołom. – Nie daje mi spokoju, co tam robi ta litera A. Możecie mnie kryć?
– Niby jak? – pyta Brianna.
– Powiedzieć, że poszłam do toalety? – sugeruję, a kiedy tylko widzę, że Rathbone’owie rozmawiają z nauczycielką plastyki, cicho się ulatniam i wracam do poprzedniej sali, która teraz jest pusta.
Chociaż jednak nie – przed Słonecznikami stoi jakiś chłopak. Kiedy słyszy, że się zbliżam, przenosi na mnie wzrok.
– Uwielbiam ten obraz – mówi poufale, jakbyśmy byli przyjaciółmi.
– Mmm, ja też.
– Zawsze oglądam Słoneczniki, kiedy przychodzę do galerii.
– Mmm, ja też! – powtarzam, gorączkowo myśląc: „No, wykombinuj coś innego!”. – To jeden z moich ulubionych obrazów – dodaję w końcu, a moje spojrzenie prześlizguje się po nieznajomym, rejestrując detale:
Włosy: blond z długą grzywką,
która chyba go irytuje –
ciągle potrząsa głową
Wzrost: około metra siedemdziesiĘCIU
Oczy: zielone z brązowymi plamkami
(według wiszącej na ścianie w moim pokoju
skali koloru tęczówek: odcień 8)
Wiek: 16? 17? Ani śladu zarostu,
ale przed wyjściem z domu mógł się ogolić
Ubranie: elegancko-swobodne –
czarny zimowy płaszcz, granatowe
dżinsy i czarny sweter
Budowa: szczupły, ale umięśniony –
trenuje
Kiedy dociera do mnie, że przygląda mi się z uśmiechem, oblewam się rumieńcem.
– Czyli ty też jesteś fanem van Gogha? – pytam.
– Ogólnie jestem fanem sztuki, i to już od lat. Wiedziałaś, że Vincent namalował aż dwie serie obrazów ze słonecznikami dla swojego przyjaciela, także malarza, Paula Gauguina? Planował zawiesić je na ścianach w Żółtym Domu w Arles, w pokoju Gauguina.
O tym akurat wiedziałam, zanim jednak udaje mi się otworzyć usta, żeby coś powiedzieć, chłopak podchodzi do kolejnego obrazu. Są to Pola pszenicy z cyprysami.
– Spójrz na ten impast! – wykrzykuje.
Wiem, że chodzi o nakładanie wielu warstw farby jedna na drugą, żeby obraz miał wyraźną fakturę, więc mogę przynajmniej skinąć głową. Mówi się, że van Gogh był jednym z pierwszych malarzy, którzy używali tej techniki.
– Naprawdę można poczuć ruch drzew i chmur, prawda? – pyta.
– Tak – mówię uradowana, że istnieje ktoś, kto lubi twórczość van Gogha tak mocno jak ja… No i nigdy dotąd nie spotkałam nikogo, kto wiedziałby, co to znaczy „impast”. – Muszę trzymać ręce za plecami, żeby oprzeć się pokusie dotknięcia farby.
Rozgląda się, a jego ręka zatrzymuje się tuż przy obrazie.
– Dotkniemy?
– Nie! – wołam.
Chłopak wybucha śmiechem.
– Nie zrobiłbym tego. Po tylu latach płótno może być już kruche, a nie chcę być tym chłopakiem, który niszczy jedno z dzieł van Gogha. Tak w ogóle to jestem Artur.
– Jak przyjaciel Herkulesa Poirota! – Nie potrafię się powstrzymać.
Kłania się z uśmiechem.
– Kapitan Artur Hastings, do usług.
– Znasz te książki? – pytam z podekscytowaniem.
– Czy je znam? Żyję według systemu przekonań Herkulesa Poirota. Lubię udawać, że rodzice nazwali mnie na cześć jego przyjaciela, tyle że tak naprawdę dostałem imię po jakimś nudnym ciotecznym dziadku.
– No to w tym akurat jestem od ciebie lepsza. – Wyszczerzam się. – Zostałam nazwana na cześć samej autorki. Jestem Agata. – I wymieniamy szerokie uśmiechy. – No to… pracujesz tutaj? – pytam w końcu.
– Chciałbym! Nie, mam praktyki w pobliskiej drukarni. Przychodzę tu w czasie przerwy na lunch albo jeśli nie mam w pracy nic do roboty. Nie wolno mi obsługiwać maszyn, więc kiedy inni pracownicy są zajęci, nie chcę im się kręcić pod nogami. – Chłopak przygląda się Polu pszenicy z cyprysami i potrząsa z zachwytem głową. – Spójrz tylko na ten kunszt.
– Rzeczywiście, ten obraz jest wyjątkowy.
Przez chwilę stoimy obok siebie w milczeniu. Niesamowicie jest znajdować się tak blisko znanego obrazu.
– Lepiej już wrócę do reszty – mówię w końcu.
Kiwa głową.
– Możliwe, że w drukarni ktoś już zauważył moją nieobecność. W sumie to nie powinienem tak wychodzić.
Żegnamy się machnięciem ręki i cicho wracam do sąsiedniej sali. Choć fajnie było poznać Artura, żałuję, że nie miałam okazji przyjrzeć się tej literze A. Przywodzi mi ona na myśl pierwszy z trzech testów, które musiałam zdać, żeby zostać agentką – wtedy też na początek miałam jedynie A.
W tej części wystawy już nikogo nie ma, więc zatrzymuję się na chwilę przed kolejnym z moich ulubieńców, obrazem zatytułowanym Gwiaździsta noc, z żółtym księżycem i wirującym niebem. A potem posłusznie przyglądam się Pokojowi van Gogha w Arles. Zachwycają mnie żywe kolory i proste kształty łóżka, krzesła i drzwi. Pamiętam z lekcji, że ściany i drzwi kiedyś były fioletowe, ale z biegiem lat farba zmieniła kolor na niebieski. Obok wisi obraz Żółty dom, pokazujący budynek w Arles, w którym znajdował się ten pokój. W końcu przechodzę do następnej sali, gdzie jest pani Shelley i uczniowie.
– W końcu! – syczy Brianna. – Strasznie długo cię nie było! Pani S. pytała, gdzie jesteś, a my musieliśmy mówić, że dopadła cię biegunka.
– Biegunka? – powtarzam ze zgrozą w głosie.
Wtedy jednak dostrzegam błysk w jej oku. Tylko żartuje.
– W sumie – odzywa się Liam, wsuwając okulary wyżej na nos – nikt nawet nie zauważył, że cię nie ma.
– Kolejny dzień bycia niewidzialną – mówię pogodnie.
– Naprawdę chcesz, żeby ci ludzie cię zauważali? – pyta Brianna.
Celna uwaga. W szkole St Regis panuje duża rywalizacja. Wielu uczniów wiedzie wyjątkowo uprzywilejowane życie, przynajmniej z finansowego punktu widzenia. Ich rodziny mają ogromne posiadłości, a nawet prywatne wyspy. Ja chodzę do tej szkoły dzięki stypendium i mieszkam w domku w parku, bo mój tata jest tam głównym ogrodnikiem. To też można nazwać uprzywilejowanym życiem, ale nie według ich standardów.
Do szkoły wracamy minibusami. Ja, Brianna i Liam siedzimy blisko siebie i opowiadam im o poznaniu Artura.
– Wysoki, pretensjonalny blondyn? – mówi z przekąsem Liam. – Jesteś pewna, że to nie uczeń St Regis?
Przewracam oczami.
– Był miły. I ani trochę nie był pretensjonalny, po prostu ma sporą wiedzę, i już.
– Skoro tak uważasz.
Brianna zaczyna nucić coś o tym, że Liam jest zazdrosny, bo mnie kocha i chce się całować, hej, hej, hopsasa. Ignorujemy ją. Dawno temu przekonaliśmy się, że tylko w ten sposób da się ją powstrzymać – szybko się nudzi, jeśli nie uda jej się wywołać reakcji, na jaką liczyła.
Kiedy docieramy do St Regis i odhaczamy się na liście obecności, możemy już iść do domu.
– Po co szkoła zawsze się upiera, żebyśmy wracali tu po wycieczce? – skarży się Brianna.
A potem macha nam na pożegnanie i podchodzi do czerwonego sportowego auta należącego do jej brata. Chłopak, zupełnie jakby nie mógł poczekać, naciska na pedał gazu, aż samochód zaczyna głośno ryczeć. Sebastian jest bardzo niecierpliwy i nie zawsze można na niego liczyć, przez co często zawodzi Briannę. Ponieważ jednak ich rodzice rzadko bywają w kraju, jest zdana na niego.
Ja i Liam idziemy na przystanek autobusowy. Mam na sobie piękny wełniany czerwony płaszcz (prezent urodzinowy od taty) i pasujący kolorystycznie beret, wieje jednak zimny wiatr, od którego bolą mnie uszy. Naciągam beret najniżej, jak się da, a dłonie w rękawiczkach wkładam do kieszeni. Zaczyna zapadać zmierzch, w kałużach odbija się pomarańczowe światło latarni.
– Miałaś ostatnio jakieś wieści od strażników? – pyta mój przyjaciel.
– Ciągle dostaję tylko prace domowe, a prawdziwej sprawy ani widu, ani słychu.
Gildia Strażników to sekretna organizacja do walki z przestępczością, w której jestem najnowszą i najmłodszą rekrutką – Agentką Szyfr X (okej – to akurat sama wymyśliłam, ale może się przyjmie).
– Nie wiem, dlaczego profesorka powiedziała, że niedługo otrzymam swoją pierwszą sprawę – burczę. – Nie odzywa się do mnie ani ona, ani Sofia.
Profesorka D’Oliveira piastuje wysokie stanowisko w Gildii Strażników. Jako mentorkę przypisała mi drugą najmłodszą członkinię Gildii, Sofię Solokov. Podczas czterech ostatnich razów, kiedy odwiedziłam siedzibę główną, czekała tam na mnie tylko teczka z pracą domową – szyframi do złamania albo informacjami do wykucia (jakby księga zasad licząca ponad trzy tysiące stron nie była wystarczająca).
Docieramy do przystanku Liama i mój przyjaciel staje pod wiatą, pocierając ramiona, żeby się rozgrzać. W sztucznym oświetleniu widzę, że z ust wydobywa mu się para.
– Na pewno niedługo coś się pojawi – mówi. – Byli przecież pod wrażeniem twojej pracy nad sprawą morderstwa w muzeum i zatrucia wody.
– No tak. – Wzruszam ramionami. – Ale czasami się martwię, że o mnie zapomną.
– Zapomną o tobie? Agacie Sheibley, postrachu przestępców? – pyta z udawanym przerażeniem. – Nigdy!
Wybucham szczerym śmiechem. Liam zawsze potrafi podnieść mnie na duchu.
– A w ogóle to od kiedy masz w zwyczaju czekać, aż ktoś ci przydzieli śledztwo? – dodaje.
– Masz rację… Może powinnam udać się do siedziby głównej i poprosić o przydział. Przecież może być tak, że profesorka czeka, aż się wykażę inicjatywą.
Liam kiwa głową.
– To dobry plan. A jeśli wszystko inne zawiedzie, zawsze możemy przeprowadzić dochodzenie w sprawie tamtej pani – mówi, wskazując na drugą stronę ulicy, gdzie kobieta w średnim wieku szuka czegoś w reklamówce. – Wygląda podejrzanie – wypowiada te słowa i dokładnie w tej samej chwili kobieta wyjmuje banana, obiera go i odgryza kawałek. – Jest w tym coś zdecydowanie złowieszczego – stwierdza Liam. – Myślisz, że to sprawa nadająca się dla Agencji Szajba? – Mój przyjaciel unosi brew.
Śmieję się. Odkąd stałam się prawdziwą detektywką, zaniedbaliśmy naszą agencję detektywistyczną. Agencja Szajba („Żadna sprawa nie jest zbyt szajbnięta” – motto inspirowane moim nazwiskiem) wydaje się teraz tylko zabawą. Mam wrażenie, że w krótkim czasie bardzo dorośliśmy.
Podjeżdża autobus i Liam unosi rękę, sygnalizując kierowcy, żeby się zatrzymał. Chwilę później wchodzi do środka. Macham w stronę jego sylwetki, dziwnie zniekształconej przez szybę, i ruszam w dalszą drogę. Mam zamiar zostawić w domu plecak, przebrać się w coś bardziej praktycznego, a potem się udać do głównej siedziby Gildii.
Do Hyde Parku nie mam daleko, poza tym idę szybkim krokiem. Mijam rozświetlone budynki ambasad. Kiedy docieram do parku, niewielu jest w nim ludzi. Wszystkie osoby wyprowadzające psy mają uniesione kołnierze i mocno naciągnięte na głowę wełniane czapki, bo od jeziora Serpentine wieje zimny wiatr. Nawet ich czworonogi wydają się przygaszone.
Wchodzę do Domku Ogrodnika, a tam wita mnie nasz kot – kręci ósemki między moimi nogami i mało nie tracę przez niego równowagi.
– Hej, Oliver! Stęskniłeś się?
– Miau!
– Tak naprawdę stęskniłeś się za kolacją, no nie? – Spoglądam na zegarek. Jest dopiero wpół do czwartej. – Ale trochę jeszcze wcześnie, nie sądzisz?
Kiedy wbiegam po schodach do swojego pokoju, odprowadza mnie żałosnym miauczeniem.
– Przykro mi! – wołam. – Będziesz gruby, jeśli zaczniesz podjadać między posiłkami.
Po pięciu minutach jestem już przebrana w czarne dżinsy, czarny sweter i martensy. Po chwili wahania zakładam także granatową kurtkę przeciwdeszczową z kapturem. Nie mój styl, ale jak trzeba, to trzeba – tunel, przez który muszę przejść, jest brudny i wilgotny. Po kolejnych pięciu minutach mam już spakowaną czołówkę emitującą silne światło, rękawiczki, notes i długopis, a także strój do sztuk walki. Klucz Gildii jak zawsze wisi mi na szyi, więc jestem gotowa. Ten klucz to moja ulubiona rzecz na świecie. Otwiera wejścia do podziemnych tuneli w całym Londynie. W czasach, kiedy moja mama była agentką Gildii, klucz należał właśnie do niej.
Na dole piszę liścik dla taty, na wypadek gdyby wcześnie skończył dziś pracę:
Poszłam pobiegać.
Wrócę przed 6.
Przytwierdzam go magnesem do lodówki, a w tym czasie Oliver kręci mi się wokół nóg i domaga się jedzenia. W końcu robi mi się go szkoda (bo to przecież był kot mamy i mam do niego słabość) i nakładam mu do miski niewielką porcję karmy.
– Masz tu śmierdzącą rybę – mówię, stawiając miskę na podłodze.
A potem wychodzę z domu i kieruję się ku zamkniętej kracie obok Serpentine. Biegnę – a więc wcale nie skłamałam w liściku do taty.
Pora zejść pod ziemię.2
POCZĄTEK
Otwieram kluczem kratę i wślizguję się do środka. Uderza mnie okropny zapach – coś jak wodorosty zmieszane ze zgniłą kapustą – ale i tak jest znacznie lepiej niż wtedy, kiedy wszystko opanowały algi. Zakładam czołówkę i ją włączam. Jasny snop światła rozświetla to ponure miejsce o nierównych, chropowatych ścianach. Nie znoszę tego tunelu, ale gdy chcę się dostać do biegnącej pod Londynem sieci korytarzy, to wybieram właśnie to wejście, bo mam je najbliżej. Jest tu tak nisko, że cały czas muszę iść w kucki. Przynajmniej nauczyłam się już zakładać rękawiczki i używać czołówki, żeby mieć wolne ręce.
Najszybciej, jak się da, przechodzę przez wąski korytarz prowadzący do jaskini. Kilka razy się zatrzymuję i rozcieram łydki, bo łapią mnie skurcze. Robię to za każdym razem, gdy tu schodzę, i zawsze wtedy myślę o tym, że znajduję się głęboko pod ziemią i że nikt nie wie, że tu jestem. Muszę wtedy uspokoić oddech i skoncentrować się na swoim celu.
W końcu widzę, że przejście przede mną się rozszerza, więc przyspieszam. A kiedy jestem już w jaskini, prostuję się z jękiem i rozciągam szyję i nogi. Następnie podchodzę do ceglanej ściany, gdzie się znajdują niemal całkowicie zakamuflowane, dobrze mi już znane szerokie żeliwne drzwi. Otwieram je swoim kluczem i wchodzę na wycieraczkę, która chroni miękką czerwoną wykładzinę. Znajduję się w głównej siedzibie Gildii Strażników.
Gabinet profesorki D’Oliveiry mieści się na końcu korytarza. Po drodze mijam drzwi z nazwiskami innych członków personelu i uderza mnie myśl – zresztą nie po raz pierwszy – jak wielu ludzi należy do tej organizacji. Większości agentów i personelu administracyjnego nawet nie poznałam, a przecież stanowią integralną część Gildii. W porównaniu z nimi zaczynam się czuć zupełnie malutka – i nie jest to wcale miłe uczucie.
Pukam do drzwi, na których wisi tabliczka z napisem: PROFESORKA D. D’OLIVEIRA i słyszę:
– Wejść!
Tak robię, a „mała staruszka” (to jej słowa, które nie oddają w pełni rzeczywistości) odrywa wzrok od leżącego na jej biurku dokumentu i unosi brwi.
– Agata? Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj…
Kiedy jest zaskoczona, jej karaibski akcent staje się nieco silniejszy – to jedyna rzecz, która zdradza jej prawdziwe emocje.
– Wiem – mówię. – Ale chciałam z panią porozmawiać.
Dziwne, że teraz, kiedy stoję twarzą w twarz z profesorką, czuję się o wiele mniej pewna siebie. Jak na taką drobną postać ma bardzo silną osobowość i trudno nie czuć przy niej onieśmielenia.
– Usiądź. – Profesorka wskazuje mi jedno z drewnianych krzeseł przed biurkiem. – Zastanawiałaś się, kiedy ci przydzielimy tak bardzo przez ciebie wyczekiwaną pierwszą sprawę, tak?
Kiwam głową.
– Po prostu… czuję… – Biorę głęboki oddech. – Już dwa razy uratowałam Londyn, a mimo to nie powierzono mi jeszcze żadnej sprawy. – Brzmi to nieco dziecinnie, wiem, ale przynajmniej to z siebie wyrzuciłam.
Przygląda mi się uważnie. Niczego nie potrafię wyczytać z jej twarzy i wbijam wzrok w swoje dłonie. Fioletowy lakier do paznokci trochę się już starł i trzeba go poprawić. W końcu profesorka prostuje się na skórzanym zielonym fotelu i splata dłonie na kolanach.
– Jesteś bardzo młoda, Agato…
– Ale potrafię działać!
Unosi rękę.
– Nie przerywaj mi, proszę. Zamierzałam powiedzieć, że pomimo twojego młodego wieku i względnie niewielkiego doświadczenia zasugerowano mi, że może będziesz w stanie pomóc w sprawie, która niedawno trafiła na moje biurko. W tej chwili nie mamy żadnych wolnych agentów.
„Proszę, proszę, niech ona teraz nie powie, że zepsułam to swoim dziecinnym marudzeniem…”
– Naprawdę? – pytam, wstrzymując oddech.
Kiwa głową.
– To śledztwo przydzieliłabym Sofii, ale inny agent jest na zwolnieniu lekarskim, więc Sofia musiała przejąć jego sprawy i nie będzie miała czasu na nic nowego. – Kobieta spogląda na zegarek. – Twojego nowego partnera nie ma tu w tej chwili. Przyjdź, proszę, jutro o dziewiątej trzydzieści, a przedstawię was sobie.
„Nowy partner?” Jestem w takim szoku, że muszę mrugać, żeby powstrzymać łzy.
– Mój… partner? – dukam. – Nie sądziłam, że będę musiała pracować z kimś jeszcze…
– To właśnie miałam na myśli, mówiąc, że wciąż jesteś bardzo młoda i niedoświadczona. Dzięki temu nauczysz się pracować w zespole.