-
nowość
-
promocja
Agnes Aubert. Mistyczne schronisko dla kotów - ebook
Agnes Aubert. Mistyczne schronisko dla kotów - ebook
Bestseller „New York Timesa”
Kobieta prowadząca w latach dwudziestych XX wieku schronisko dla kotów w Montrealu zwraca się o pomoc do zrzędliwego, ale uroczego czarnoksiężnika, by ocalić swoją placówkę. Tak rozpoczyna się wzruszająca i pełna ciepła powieść fantasy bestsellerowej autorki serii o Emily Wilde.
Agnes Aubert prowadzi uporządkowane życie, które w pełni jej odpowiada. Jako dumna kierowniczka organizacji charytatywnej ratującej koty poświęca się znajdowaniu nowych domów dla swoich bezdomnych podopiecznych.
Kiedy jednak schronisko musi znaleźć nową siedzibę, okazuje się, że jedynym właścicielem gotowym wynająć jej lokal jest tajemniczy Havelock – najsłynniejszy na świecie czarnoksiężnik, prowadzący w piwnicy nielegalny sklep z magicznymi przedmiotami. Havelock jest przystojny, lecz zrzędliwy i ekscentryczny, a Agnes nie czuje do niego nic poza pogardą. Zna plotki o jego mrocznej przeszłości, w tym pogłoski, że niegdyś o mały włos nie doprowadził swoją czarną magią do apokalipsy.
Pewnego dnia Havelocka odnajduje czarująca magini. Jej wizyta sprowadza niebezpieczeństwo zarówno na sklep z magicznymi przedmiotami, jak i na schronisko dla kotów. Aby ocalić swój azyl, Agnes musi połączyć siły z czarnoksiężnikiem, który niemal doprowadził do końca świata… i który być może właśnie próbuje skraść jej serce.
Havelock uosabia wszystko, czego Agnes nie potrzebuje w swoim życiu: chaos, kłopoty i nadmiar przygód. Kiedy jednak zaczyna poznawać go bliżej, odkrywa, że jest kimś więcej niż mrocznym magiem z legend. Być może również ona sama jest gotowa na odrobinę magii, intryg… i romans. W końcu drugie szanse nie są zarezerwowane wyłącznie dla kotów ze schroniska.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-72-1 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zatrzymałam się na progu sklepu, żeby strzepnąć z butów szron. Cienka, biała warstewka w nocy osadziła się na parapetach i bruku. Wyglądała jak strzępki futra, które mogłaby zostawić po sobie zima, gdyby była wielką bestią skradającą się po pogrążonym we śnie mieście. Na szczęście jeszcze nie spadł śnieg.
Zdjęłam rękawiczki i dyskretnie sprawdziłam, czy nie mam na rękawach kociej sierści. Właściciel sklepu, starszy, chudy mężczyzna, popatrzył na mnie z powagą niewspółmierną do sytuacji.
– Ma odpowiednią wielkość – stwierdziłam, w końcu rezygnując ze szczerości. Sklep był lepszy niż pozostałe lokale, które oglądałam, ale nawet gdyby okazał się zły, bardzo chciałam znaleźć coś, za co mogłabym go pochwalić. Zauważyłam tylko trochę pleśni w rogach, ale za to nie natrafiłam na żadne ślady myszy. Wyglądało jednak na to, że powierzchnia jest prawdopodobnie o połowę mniejsza, niż podano w ogłoszeniu gazetowym.
Pan Levasseur uśmiechnął się z wyraźną ulgą.
– To prawda, mademoiselle – powiedział. – W tej okolicy nie znajdzie pani niczego większego. Tutejsi ludzie ciężko pracują i uczą się radzić sobie z tym, co mają.
Posłał mi zaczepne spojrzenie, jakby szykował się do kłótni. Ja tylko się uśmiechnęłam. Jego reakcja świadczyła o tym, że nie jestem pierwszą osobą pytającą o to miejsce. A teraz, kiedy je zobaczyłam, z łatwością odgadłam, która oferta – właściciela czy najemcy – została odrzucona.
– To dobra lokalizacja dla organizacji charytatywnej – kontynuował pan Levasseur. – Siostry Zbawienia mają swój sklep po drugiej stronie placu, a Saint-Jean prawie codziennie rozdaje darmowe posiłki.
– Tak? – mruknęłam nerwowo, udając zaskoczenie. Po drodze minęłam Saint-Jean, ładny, ale zniszczony, kamienny kościół liczący sobie co najmniej sto lat, oraz Siostry Zbawienia zapewniające darmową odzież tym, których nie było na nią stać. W szczególnie trudnych latach sama korzystałam ze wsparcia obu tych instytucji.
Słyszałam dobiegający z doków ryk syreny mgłowej oraz odgłosy rozładunku statków. Czułam zapach glonów i sadzy. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że tak odizolowane miejsce, położone wśród magazynów i znajdujące się z dala od zgiełku miasta, nie jest idealne dla moich celów.
„Poradzisz sobie – pocieszył mnie cichy głosik. I zaraz dodał pesymistycznie: – Odrzucono cię osiem razy. Głowa do góry”.
Wyprostowałam się, po czym przywołałam na twarz spokojny wyraz pewnej siebie, doświadczonej kobiety interesu. Po długim dniu okazało się to trudne; bolały mnie plecy i ogólnie wolałabym być w domu, najlepiej w gorącej kąpieli.
– Dlaczego pani się przenosi? – zapytał bez ogródek pan Levasseur, jakby z góry przewidywał, że moja odpowiedź będzie niekorzystna.
Przez stale zmarszczone, krzaczaste brwi wydawał się wiecznie ze wszystkiego niezadowolony, ale odniosłam wrażenie, że nabrał do mnie trochę sympatii po tym, jak wyraziłam się przychylnie o jego lokalu.
– Wynajmowałam sklep przy Rue Sainte-Roseline – odpowiedziałam.
– Przy… – Wyraz jego twarzy się zmienił. – Chyba pani tam nie było, kiedy to się stało?
Nie miałam ochoty rozmawiać na ten temat. Mimo to bardzo chciałam, żeby mi współczuł, więc zmusiłam się do tego, by zadać pytanie:
– Czytał pan o tym w gazetach?
– Oczywiście. Podobno zrujnowano kilkanaście sklepów.
– Tak… Obawiam się, że mój jest jednym z najbardziej zniszczonych. W tej chwili nie nadaje się do użytku. Moja gospodyni, pani Richard, może to potwierdzić.
Otworzyłam teczkę, po czym wyjęłam z niej kartkę ze starannie spisanymi na maszynie nazwiskami i adresami – moimi referencjami.
– Znam ją. To dobra kobieta – odpowiedział. Zauważyłam, że lekko poczerwieniał z oburzenia. – Przeklęci magowie! Żeby pojedynkować się w biały dzień na ulicy pełnej porządnych, pracowitych ludzi. Ale czy to nie jest dla nich typowe?
– W rzeczy samej – potwierdziłam, czując ściskanie w gardle. – W takim razie chyba już pan rozumie mój pośpiech.
– Przeklęci magowie! – powtórzył właściciel, po czym nagle chwycił moją dłoń i ją uścisnął. – Wyrazy współczucia.
Jego troska sprawiła, że do oczu napłynęły mi łzy – ku własnemu skrępowaniu płaczę równie łatwo, jak się rumienię, dosłownie na zawołanie. Jednocześnie poczułam znajomą niechęć, która od dawna budziła się we mnie przy każdej wzmiance o magach. Nie lubiłam u siebie tej reakcji, więc starałam się ją tłumić. Gniew zawsze wydawał mi się niepraktyczną emocją, szczególnie wobec magów, nawet jeśli uzasadniały go nierównowaga sił i złe wykorzystanie mocy przez wielu z nich. Z drugiej strony, równie dobrze można by się złościć na cały świat.
Gdy pan Levasseur oprowadzał mnie po mieszkaniu na piętrze, jego maniery znacznie się poprawiły. Góra okazała się równie ponura jak sam sklep, słabo ocieplona i dość brudna. Gorąca woda w umywalce ledwo ciekła. Ale z tej części miałam korzystać tylko ja, więc nie przejmowałam się zbytnio jej stanem. Z okna sypialni rozciągał się widok na Rzekę Świętego Wawrzyńca, a parapet był na tyle szeroki, by zmieścił się na nim pokaźny zadek Jego Wysokości. Łatwo mogłam sobie wyobrazić, jak leniwie wygrzewa się w słońcu w swoim ulubionym miejscu.
– Widzę, że nie będzie pani sprawiać żadnych kłopotów – stwierdził pan Levasseur, gdy schodziliśmy na parter. – Nie lubię się kłócić z moimi najemcami. To psuje relacje. W zeszłym tygodniu eksmitowałem kobietę z lokalu niedaleko stąd. Miała dwoje dzieci, ale czy powiedziała mi o tym, kiedy podpisywała umowę? Nie lubię wynajmować kwater takim ludziom, bo nigdy nie wiadomo, co dzieciaki zrobią z mieszkaniem. Kiedy ta kobieta zaczęła zalegać z czynszem, niemal poczułem ulgę.
– _Ça alors_¹ – mruknęłam.
Pana Levasseura chyba zawstydziła moja mina, bo dodał pośpiesznie:
– To kwestia utrzymania. Konserwacja nie jest tania. Traktuję swoje obowiązki poważnie, w przeciwieństwie do niektórych. Nie uwierzyłaby pani, jakie historie słyszę.
– Jakie? – spytałam, ponieważ zaczęłam się zastanawiać, czy złą opinię pana Levasseura o kolegach można potraktować jako rekomendację. Lecz ludzkie serce to eklektyczna rzecz, zbiór uprzedzeń i sentymentów, a ja znałam tego człowieka dopiero od dziesięciu minut. Skąd miałam wiedzieć, jak jest w jego przypadku?
Gospodarz zmierzył mnie wzrokiem. Mam okrągłą twarz i często się rumienię – czasami z emocji, czasami bez wyraźnego powodu. To, w połączeniu z szeroko rozstawionymi oczami, sprawia, że wyglądam na mniej niż trzydzieści pięć lat oraz wydaję się szczera i nadgorliwa. Élise lubi żartować, że sprawiam wrażenie, jakbym zawsze zbierała fundusze na szczytny cel. Pod każdym innym względem jestem zwyczajna. Przeciętne są zarówno moje włosy – naturalnie kręcone, ale raczej niesforne i bardziej wyblakłe niż jakiegoś konkretnego koloru – jak i wzrost oraz figura. Odkryłam jednak, że to zaleta w kontaktach z osobami nielubiącymi tych, którzy się wyróżniają.
– Gdybym miał córkę – rzekł w końcu Levasseur – przede wszystkim odradzałbym jej ten lokal przy Rue des Hirondelles. Trudno tam utrzymać najemcę, i nic dziwnego. Coś jest nie tak z właścicielem. Krążą o nim dziwne historie… I jeszcze ta restauracja na Montgomery Square. Jej piwnica jest zalewana przynajmniej dwa razy w roku.
– Dziękuję za radę – powiedziałam, choć byłam trochę rozczarowana jej przydatnością. Nie chciałam wynajmować restauracji i wiedziałam, że nigdy nie będzie mnie stać na lokal przy Rue des Hirondelles. Zdziwiło mnie jednak, że już co najmniej trzeci raz w tym tygodniu słyszałam o tej ulicy. Najpierw Élise zaproponowała, żebyśmy odwiedziły znajdujące się przy niej sklepy, by poprosić ich właścicieli o darowiznę, a potem mężczyzna rozdający ulotki próbował mnie namówić, żebym poszła na występ muzyczny w jednej z tamtejszych kawiarni.
Pokręciłam głową. To tylko zbieg okoliczności.
– Zacznijmy od podania. – Pan Levasseur uprzejmie podsunął mi krzesło przy chwiejnym stole. Z kieszeni kamizelki wyjął pióro i plik zmiętych papierów. – Jakiego rodzaju organizację charytatywną pani prowadzi? Nie potrzebuję szczegółów, wystarczy ogólny zarys. Domyślam się, że robi pani na drutach swetry dla sierot, prawda?
Nadszedł ten moment, więc zebrałam się na odwagę i odpowiedziałam:
– To organizacja charytatywna zajmująca się zwierzętami.
– Ach! Zbieracie pieniądze na słonie czy coś w tym rodzaju? Słyszałem, że ostatnio nastały dla nich ciężkie czasy.
Odniosłam wrażenie, że do tej pory gospodarz nie poświęcał zbytniej uwagi tym zwierzętom.
– Nie, nie na słonie. Na koty.
– Koty. To trochę dziwne. Chyba jeszcze nigdy nie spotkałem kota w kawiarni.
– Nie, to nie będzie kawiarnia, tylko azyl dla kotów.
– Dla kotów? – powtórzył pan Levasseur. Jeszcze nigdy nie widziałam u nikogo puściejszego spojrzenia. – A o co z nimi chodzi?
Mimo zimna poczułam, że na czoło występuje mi pot. Wcześniej przećwiczyłam w głowie tę rozmowę, ale teraz wyczułam, że sytuacja wymyka mi się spod kontroli i zmierza do takiego samego końca jak inne.
– W mieście żyje duża populacja kotów…
– To prawda. – Gospodarz zmarszczył brwi. – Za jednym z moich budynków osiedliła się cała kolonia. Niehigieniczne stworzenia. Więc pani się nimi zajmuje, tak? To nie jest zły pomysł, bo one chociaż trzymają szczury w ryzach.
– Tak – mruknęłam z wymuszonym śmiechem. – My się nimi zajmujemy, choć nie w ten sposób. Moja organizacja je przygarnia, doprowadza do porządku, a następnie szuka dla nich odpowiedniego domu.
– Przygarniacie koty? – Z jego twarzy z wolna znikał pusty wyraz i zastępowało go przerażenie. – Gdzie je trzymacie?
Chyba już wtedy powinnam się zorientować, że sytuacja jest nie do naprawienia, ale desperacja skłoniła mnie do tego, by jeszcze nie rezygnować, zwłaszcza że w trudnych chwilach mam skłonność do paplania.
– Koty są niezwykle czystymi stworzeniami. Jako towarzysze, szczególnie osób starszych, chorych i niedołężnych… cóż, ich wartość dla społeczeństwa jest nie do przecenienia. Kiedyś trafiłam do szpitala, w którym mieszkał kot…
– Przygarniacie te zwierzęta – powtórzył gospodarz, tym razem wolniej. – I chcecie je tu trzymać?
Przełknęłam ślinę. Moje milczenie było wystarczającą odpowiedzią.
– O nie – powiedział pan Levasseur. – Nie, nie, nie. Nic z tego nie będzie.
Wstał gwałtownie, zebrał papiery i schował je z powrotem do kieszeni razem z piórem. Jego brwi znowu były ściągnięte.
– Moja organizacja jest niewielka… – zaczęłam.
– Bardzo dobrze, mademoiselle – przerwał mi właściciel z lekkim uśmiechem. Zbliżył się do mnie z wyciągniętą ręką i poprowadził mnie przez sklep z wprawą świadczącą o dużym doświadczeniu. – Powodzenia w rozpoczęciu działalności charytatywnej.
– Działamy już od ponad pięciu lat – próbowałam nadal, choć znajdowałam się coraz bliżej wyjścia. – Moja obecna gospodyni może…
– Proszę uważać na schody – ostrzegł pan Levasseur, otwierając drzwi.
A potem zamknął mi je nagle przed nosem z takim impetem, że zaparło mi dech.ROZDZIAŁ 2
Przez jakiś czas błąkałam się, gdzie nogi poniosą, i nie zwracałam uwagi na otoczenie. Sądzę, że to zimno wyrwało mnie z odrętwienia. Słońce już zaszło, a niebo przybrało odcienie granatu i fioletu. Rozbłysły latarnie uliczne. Rozejrzałam się i ze zdumieniem stwierdziłam, że znajduję się w samym sercu starego miasta, przed kawiarnią, która właśnie zaczęła się napełniać wieczornym tłumem mężczyzn i kobiet w eleganckich kapeluszach i płaszczach. Zbliżałam się do skrzyżowania z Rue des Hirondelles, gdzie mieścił się sklep do wynajęcia, przed którym pan Levasseur niepotrzebnie mnie ostrzegał.
Na myśl o panu Levasseurze – nie wspominając już o czynszach poza moim zasięgiem – pociemniało mi w oczach. Spojrzałam w lekko zaparowane okno kawiarni i zobaczyłam dobrze widoczne dla przechodniów wyroby ułożone w małych koszyczkach. Chyba przez całą minutę z burczeniem w brzuchu wpatrywałam się w tartę budyniową, zanim przypomniałam sobie, jaki miałam budżet. Żadnych ciastek z kremem, dopóki nie znajdę miejsca do życia i pracy, a może wtedy również – zależnie od kosztów nowego lokum.
Potem jeszcze przez jakiś czas gapiłam się na brioszkę czekoladową.
Dopiero kiedy rozdzwoniły się dzwony bazyliki, a wąską uliczkę wypełniło ich upiorne echo, zdałam sobie sprawę z upływu czasu. Odwróciłam się od okna kawiarni i pośpiesznie ruszyłam w stronę domu. Ominęłam grupę młodych ludzi, już na wpół pijanych. Dwie dziewczyny trzymały się za ręce i kręciły w kółko ze śmiechem, powiewając spódnicami i płaszczami.
Droga od tętniącej życiem dzielnicy restauracyjnej do celu nie była daleka, ale tym razem mi się dłużyła. Bruk stał się nierówny, co zmusiło mnie do patrzenia pod nogi. Budynki pochylały się ku sobie. Moja okolica składała się głównie z robotniczych mieszkań zbudowanych z tradycyjnego szarego wapienia, nielicznych sklepów spożywczych i kafejek. Połowa tych lokali nie działała, po części dlatego, że nie docierały tutaj tramwaje. Zatrzymałam się przed małym budynkiem o brudnych kamiennych ścianach z zardzewiałymi drzwiami z żelaza. Kiedyś niepozorny, teraz przyciągał wzrok, ponieważ jego dwa okna były rozbite, a okiennice wyglądały jak poczerniałe od ognia. Między nimi ział otwór o szerokości około trzech metrów, przypominający krater księżycowy. Został niedbale zabity deskami. Dziura miała nierówne, ostre brzegi, a osmalone kamienie wyglądały tak, jakby najpierw się stopiły, a potem na nowo uformowały. Na drzwiach wisiała tabliczka z napisem:
_Les Amis des Chats – Refuge Animalier_
Przyjaciele kotów – Schronisko dla zwierząt
To nie ja byłam najbardziej poszkodowana – ten zaszczyt przypadł sklepowi z kanapkami po drugiej stronie ulicy, który stracił wszystkie okna. Jego fundamenty popękały, a impet cisnął drzwi na tyły lokalu. Właściciel – starszy mężczyzna o imieniu Hamad, który mimo burkliwości i braku uśmiechu regularnie przynosił kotom resztki – nie mógł sobie pozwolić na pokrycie kosztów naprawy. Teraz budynek stał opuszczony, a puste framugi okienne wyglądały jak ziewające czarne usta.
Usłyszałam miauczenie Jego Wysokości, jeszcze zanim dotknęłam klamki. To, w jaki sposób bestia mnie wyczuwała, kiedy zbliżałam się do budynku na odległość stu metrów, było dla mnie zagadką, której nigdy nie rozwiązałam; albo robiła to dzięki węchowi, albo – co w jej wypadku bardziej prawdopodobne – dzięki jakiemuś niecnemu szóstemu zmysłowi.
Otworzyłam drzwi, a potem starannie zamknęłam je za sobą i przeszłam przez drewnianą bramę, którą zainstalowałam w przedsionku. Jego Wysokość natychmiast zaczął owijać się wokół moich nóg i głośno protestować przeciwko spóźnionej kolacji. Trochę powściągliwsza Banshee tylko łypała na mnie ze środka pokoju z charakterystyczną, wiecznie zdezorientowaną miną. Koty ze schroniska, które zajmowały szereg klatek w sąsiednim pomieszczeniu, również zaczęły wyrażać niezadowolenie, choć Élise opiekowała się nimi przez większość popołudnia.
– Wiem. – Schyliłam się i odsunęłam Jego Wysokość od moich kostek. – Przepraszam, ale zatrzymały mnie ciastka. Oczywiście ty nigdy tego nie zrozumiesz. Jeśli coś nie krwawi, to nie jest jedzeniem.
Wytarłam buty o wycieraczkę z wyhaftowanym mottem schroniska: „Kot jest duszą domu”, zapisanym w języku francuskim i angielskim. Było ono umieszczone również na naszej papeterii. Potem nakarmiłam tę dwójkę – oczywiście najpierw Jego Wysokość, bo on nie zgodziłby się na nic innego.
Czarny kocur pojawił się w moim życiu rok po Banshee i bardzo się do mnie przywiązał. Właściwie sam do nas przywędrował – pewnego ranka otworzyłam tylne drzwi i zastałam go siedzącego na schodku, jakby czekał na umówione spotkanie. Mimo to nie był ani trochę oswojony, jednak dla własnej korzyści takiego udawał. Ogromna bestia z jedną białą łatą na nodze rządziła schroniskiem żelazną łapą. Gardziła towarzystwem pobratymców, ale cieszyła się rolą tyrana. Traktowała inne koty ze schroniska jak meble i bezkarnie kradła im jedzenie. Czasami dawała nauczkę jakiemuś głupiemu nowicjuszowi. Nigdy nie rzucano jej wyzwania po raz drugi.
Oczywiście nie odważyłam się nawet podjąć próby oddania Jego Wysokości do adopcji, a ponieważ kocur nie wykazywał najmniejszej chęci zmiany miejsca zamieszkania, oficjalnie ogłosiłam, że sama się nim zajmę, chociaż jego wkroczenie w moje życie bardziej przypominało wrogie przejęcie. Nie był czułą istotą, ale przebiegle udawał tolerancję dla pieszczot i choć nie okazywał, że jest z nich zadowolony, bardzo lubił mościć się na moich kolanach, ilekroć znajdowałam chwilę dla siebie. Zawsze powarkiwał cicho, kiedy próbowałam odłożyć książkę. Nieraz musiałam siedzieć do północy, zanim bestia uznała, że jej pokaźne ciało zostało odpowiednio ogrzane.
Banshee, niemal okrągła, pręgowana kotka, była prawdopodobnie jedynym stworzeniem zdolnym do życia u boku Jego Wysokości bez poddania się terrorowi kocura. Nie dało się jej zastraszyć. Przyczyną tego stanu rzeczy była jednak nie siła charakteru Banshee, lecz fakt, że cierpiała ona na całkowity brak rozsądku. Wątpiłam, czy przetrwałaby choć jeden dzień, gdybym zostawiła ją samą sobie, gdyż regularnie narażała się na śmiertelne niebezpieczeństwo, wspinając się na krokwie albo wciskając do klaustrofobicznych przestrzeni, w których zwykle utykała. Nie miała świadomości, że ogień jest gorący, i wielokrotnie próbowała wejść do rozpalonego pieca, aż w końcu Robin zbudował wokół niego osłonę.
Jej ulubionym zajęciem było siedzenie na środku pokoju i wpatrywanie się w jeden punkt bez wyraźnego powodu. Jego Wysokość tuż po swoim przybyciu kilkukrotnie próbował wystraszyć kotkę – między innymi poprzez przygwożdżenie Banshee do podłogi i zaciśnięcie szczęk wokół jej szyi. W końcu najwyraźniej uznał, że takie wysiłki wobec tego żałosnego, niezrozumiałego stworzenia są poniżej jego godności. Czasami odnosiłam wrażenie, że nawet współczuł kotce, bo czasami pozwalał jej zwinąć się przy nim w kłębek, którego to zaszczytu odmawiał innym mieszkańcom schroniska.
Imię Banshee pochodziło od jej osobliwej niemoty. Nigdy nie słyszałam, żeby wydawała jakikolwiek dźwięk poza mruczeniem, chociaż często wydawało się, że próbuje. Błąkając się po domu, często otwierała i zamykała pyszczek, jakby desperacko chciała mnie ostrzec przed zbliżającą się zagładą. Robin i ja żartowaliśmy, że w rzeczywistości kotka wszczyna prawdziwe larum, ale mogą je usłyszeć tylko mieszkańcy jakiejś bezbożnej, nadprzyrodzonej krainy.
Po tym, jak obsłużyłam Jego Wysokość i Banshee, zabrałam się za karmienie podopiecznych schroniska. Mieliśmy ich czterdzieścioro ośmioro, co było rekordową liczbą i dużym obciążeniem dla naszego budżetu. Ale cóż mogłam na to poradzić? Wyrzucić koty, choć zbliżała się zima?
Zatrzymałam się przy klatce Thoreau, żeby poświęcić mu dodatkową uwagę. Wiedziałam, że nie powinnam nikogo faworyzować, ale dystyngowany senior, którego Élise znalazła drżącego w pudełku za głównym dworcem kolejowym, przebywał w azylu od sześciu miesięcy – najdłużej ze wszystkich naszych podopiecznych.
Thoreau przytulił się do mojej dłoni. Był pięknym, ciemnoszarym kotem, najmniej wymagającym ze wszystkich. Znaleźliśmy go w opłakanym stanie – miał roztocza, złamane żebra i infekcję. Dotąd często odnosiłam wrażenie, że nadal próbuje oswoić się z tym, jak bardzo zmieniło się jego życie.
Clowder z coraz większą desperacją drapała kraty, więc otworzyłam drzwi jej klatki, żeby mogła zeskoczyć na podłogę. Cztery kocięta, mające zaledwie około miesiąca, podążyły za nią. Zauważyłam, że to nie spodobało się matce, bo spojrzała na mnie z urazą.
– Masz rację, przepraszam – powiedziałam. – Zasługujesz na mały odpoczynek, prawda?
Sprawdziłam, czy kocięta mają się dobrze, a następnie włożyłam je wszystkie – dwa rude pręgowane, jedno czarne z białymi łapkami i jedno trójkolorowe jak matka – z powrotem do klatki, po czym ją zamknęłam.
Przez chwilę sprzątałam, podczas gdy dwie kotki kręciły się wokół mnie. Clowder nerwowo obserwowała Jego Wysokość, ale on nie był w nastroju do sprawowania władzy i drzemał po kolacji w swoim ulubionym fotelu, leniwie machając ogonem.
Układ schroniska był prosty. Wcześniej mieściła się tu pracownia krawiecka, co idealnie odpowiadało moim potrzebom. Na dużym zapleczu, gdzie kiedyś szyto płaszcze i suknie, było odpowiednio dużo miejsca na klatki dla zwierząt, a mniejsze pomieszczenie od frontu wystarczało do przyjmowania potencjalnych opiekunów. Obok pokoju na tyłach znajdowała się mała kuchnia, równie zniszczona jak reszta lokalu, tak że dawało się ją posprzątać tylko do pewnego stopnia, bo niektóre zabrudzenia i plamy okazały się nieusuwalne.
Wiatr się wzmógł i teraz wpadał ze świstem przez dziurę w ścianie frontowego pokoju, ale starałam się to ignorować.
Wcześniej planowałam skromny posiłek składający się z sera i zupy z puszki – z nas dwojga to Robin był kucharzem – ale okazało się, że Élise odwiedziła kawiarnię na sąsiedniej ulicy i zostawiła mi zapakowany w papier placek z grzybami. Był jeszcze lekko ciepły.
Popatrzyłam na niego z mieszaniną irytacji i rozpaczy. Ile razy mówiłam mojej siostrze, że nie potrzebuję, by mnie niańczyła? Ona i jej mąż nie mogli sobie pozwolić na utrzymywanie trzeciej osoby ze skromnej pensji radnego miejskiego. Obie dostałyśmy niewielki spadek po rodzicach, a ja chciałam, żeby Élise zachowała każdy grosz ze swojej połowy dla siebie i nie czuła się zobowiązana do pomocy owdowiałej siostrze.
Byłam zirytowana tylko przez chwilę, bo mój żołądek burczał zbyt natarczywie. Nie jadłam nic od śniadania, więc pochłonęłam cały placek. Był maślany i wypełniony borowikami duszonymi w ciepłym, pikantnym sosie śmietanowym. Innymi słowy, niebo w gębie.
Gdy odzyskałam siły, dokończyłam wieczorne obowiązki, zerkając na tablicę, żeby sprawdzić, czym Élise już się zajęła. Przy każdej okazji wyśmiewała moje listy kontrolne, ale nie posunęła się do tego, żeby całkiem je lekceważyć. Zmieniłam koce, wyczyściłam kuwety i oszczędnie dorzuciłam drewna do pieca.
Pani Richard powiedziała mi, że mogę się wyprowadzić, kiedy zechcę, ale obie wiedziałyśmy, że to tylko puste słowa, skoro zbliżała się zima. Schronisko nie tylko było teraz wystawione na działanie żywiołów, ale w dodatku nasz grzejnik olejowy uległ nieodwracalnemu uszkodzeniu, a drewno było drogie. Gospodyni oświadczyła, że nie stać jej na tak poważne – i konieczne – naprawy. Hamad również nie mógł sobie na to pozwolić. Dlatego to miejsce wkrótce miało się stać kolejną cichą przestrzenią pośród miejskiego hałasu, próżnią architektoniczną.
Wzięłam głęboki oddech, żeby powstrzymać falę gniewu. Oczywiście policja nie aresztowała magów, którzy uznali za rozsądne stoczyć pojedynek na ulicy w samym środku miasta. Nieczęsto ich łapano, gdy łamali prawo, co nie należało do rzadkości. Czasami odnosiłam wrażenie, że jedyną rzeczą, która powstrzymuje ich przed rozerwaniem świata na strzępy, jest to, że są tak nieliczni. Badacze magii szacowali, że mniej niż jeden człowiek na milion rodzi się z jakimkolwiek magicznym darem, a i tak większość potrafi jedynie rzucać najprostsze zaklęcia.
I dzięki Bogu.
– Chodź, Banshee – powiedziałam, kiedy wszystkie koty zostały oporządzone i ponownie zamknięte. Pręgowana kotka, która z konsternacją wpatrywała się w pustą ścianę, miauknęła cicho, a następnie poszła za mną na górę.
Pod spadzistym dachem znajdowało się tylko jedno małe pomieszczenie. Przed pięcioma laty, zanim wprowadziliśmy się z Robinem, służyło jako magazyn. W sklepie z używanymi rzeczami znaleźliśmy dwa wąskie łóżka i z trudem wnieśliśmy je po starych schodach, a potem zsunęliśmy je razem, chichocząc przez cały czas. Choć już nie byliśmy nowożeńcami, często tak się czuliśmy.
Po śmierci Robina rozważałam usunięcie drugiego łóżka, ale ostatecznie nie mogłam się z nim rozstać. Teraz w zasadzie stało się własnością Jego Wysokości.
Może nie powinnam sugerować, że kocur nie lubi towarzystwa wszystkich ludzi. W rzeczywistości zrobił wyjątek dla jednej osoby w swoim życiu, a był nią Robin.
Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, co takiego dostrzegł w moim mężu.
Robin kochał koty, ale ja również. Poza tym był bardziej hałaśliwy niż ja, ponieważ lubił rozmawiać. Prawie każdą anegdotę zmieniał w całą opowieść i często tak się ożywiał, że wymachiwał rękami. Może chodziło o jego dobry nastrój i niezawodną uprzejmość, którą rozciągał także na koty. Zawsze pytał Banshee, czy może przyciąć jej pazury, i przepraszał za każdym razem, gdy musiał przejść nad którymś z naszych podopiecznych.
W noc po śmierci mojego męża Jego Wysokość nie chciał zasnąć. Błąkał się po schronisku, często zatrzymywał przy drzwiach wejściowych, drapał je zawzięcie i miauczał natarczywie, jakby sądził, że jego pan czeka po drugiej stronie, żeby go wpuścić. O świcie w końcu zwinął się w kłębek na poduszce Robina.
Weszłam do sypialni. Jego Wysokość na mnie spojrzał, a ja jak zwykle zadałam sobie pytanie, czy miał nadzieję zobaczyć Robina. Kiedy opuścił głowę, w jego nieodgadnionym kocim spojrzeniu dostrzegłam rozczarowanie – albo tylko tak mi się wydawało. Może po prostu pragnęłam jakiegoś towarzystwa.
Robin nie żył już od dwóch lat, a ja mimo swojej skłonności do łez już nie opłakiwałam go każdej nocy. Teraz miałam jednak za sobą długi i samotny dzień, więc pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Jego Wysokość nadal leżał zwinięty na poduszce, najwyraźniej mnie ignorując, ale był obecny. Banshee z kolei okazała mi współczucie, choć bardziej mnie to rozpraszało niż pocieszało. Wciąż próbowała zlizywać łzy z mojej twarzy, mimo że ją odpychałam. Chyba jak zwykle zakładała, że łzy są przyczyną, a nie skutkiem mojego cierpienia, czyli wrogiem, którego należy pokonać.
W końcu wytarłam twarz, nastawiłam mały mosiężny budzik stojący przy łóżku, a potem zgasiłam światło. Banshee usadowiła się między mną a Jego Wysokością i w ten sposób razem zasnęliśmy.ROZDZIAŁ 3
– Proszę mi przypomnieć, jakiego rodzaju to jest działalność – poprosił Mathieu. – Przepraszam, że zapomniałem. Miałem dzisiaj od rana pięć spotkań.
– Pisanie na maszynie – odpowiedziała Élise z pogodnym uśmiechem. – Średnio mamy około dwudziestu klientów dziennie. Większość przychodzi w sprawie listów, ale w zeszłym tygodniu miałyśmy pisarza, prawda, Agnes? Biedaczek, jeszcze nigdy nie widziałam tak brzydkiego pisma. Mamy również zamiar wprowadzić usługę wypożyczania, jak tylko znajdziemy dobrą cenę hurtową na taśmy z tuszem. Ostatnio ich brakuje, na pewno pan słyszał.
Podczas gdy ona trajkotała, ja starałam się nie piorunować jej wzrokiem, choć żołądek ściskał mi się z niepokoju. Élise od dzieciństwa czerpała niepokojącą dumę ze swojej umiejętności kłamania i wykorzystywała ją z całym zaangażowaniem oraz wrodzonym talentem ptaka ogłaszającego śpiewem nadejście poranka. Wcześniej omówiłyśmy naszą bajeczkę, ale teraz ona wymyślała większość szczegółów na bieżąco. Tę cechę uważałam za jedną z jej najgorszych.
Choć niezaprzeczalnie przydatną.
Właściciel przestał słuchać w połowie jej wypowiedzi i tylko zerkał w swój notatnik, kiwając głową bez zainteresowania. Stałyśmy przy ladzie w pustym lokalu, wcześniej wynajmowanym przez księgowego. Jesienne światło wpadające przez okno podkreślało schludny układ wnętrza, długiego prostokąta wciśniętego między warsztat szewski a pralnię. Jak na moje potrzeby lokum było zbyt małe, ale i tak bardzo mi się podobało.
Mathieu nabazgrał coś w notesie i wyrównał plik luźnych kartek wetkniętych między okładki, głównie faktur i planów budynków. Z trudem powstrzymałam odruch, żeby je uporządkować. Jak można cokolwiek zrobić w takim bałaganie?
– Kiedy możecie się panie wprowadzić? – spytał, gdy Élise skończyła zabawną anegdotę o piekarzu, który miał tak okropne pismo, że jego pomocnicy wciąż zastępowali sodę oczyszczoną solą kuchenną, a mus jabłkowy cydrem.
– Jak najszybciej. – Cieszyłam się, że choć raz mogę udzielić szczerej odpowiedzi.
Nie podobało mi się oszustwo Élise i przystałam na nie dopiero po wielu dniach bezustannych nacisków z jej strony. Właściciel miał prawo wiedzieć, że zamierzam wypełnić jego nieruchomość kotami.
– Nie przetrwasz zimy – powiedziała mi w końcu Élise bez ogródek. – Albo one jej nie przetrwają.
Nie mogłam się z nią nie zgodzić. Zima nie tyle nastała w Montrealu, co go zaatakowała. W poprzednim roku zaspy pokryły każdy plac. Sięgały aż do drugiego piętra kamiennych budynków, tak że ich mieszkańcy zakładali rakiety śnieżne i wychodzili przez okna. Czasami z dziećmi na sankach.
Nie zawsze tak było. Może ta zima okaże się łagodna.
Może.
– A jak teraz wygląda wasza sytuacja? – zapytał Mathieu.
– Sklep znajduje się przy Rue Sainte-Roseline i został poważnie zniszczony – wyjaśniłam. – Nie możemy tam zostać.
Właściciel zmarszczył brwi.
– Nie wiedziałem, że na Rue Sainte-Roseline są maszynistki. Moja ciotka mieszka na rogu przy parku.
– Och, nic w tym dziwnego – odezwała się Élise smutnym głosem, rzucając mi krótkie, mordercze spojrzenie. Była bardzo do mnie podobna, tylko ładniejsza, o delikatnej, elfickiej twarzy, którą większość ludzi uważała za uroczą. To ona zazwyczaj przejmowała inicjatywę we wszelkich negocjacjach – także tych w dzieciństwie, dotyczących większych deserów – bo odnosiła w nich większe sukcesy niż ja. Nie miałam jej tego za złe. Ona też nie traktowała mnie z tego powodu z wyższością; po prostu zaakceptowałyśmy, że tak właśnie to wygląda w naszym przypadku. – Obawiam się, że jesteśmy beznadziejne, jeśli chodzi o reklamę. – Élise przywołała na twarz samokrytyczny grymas. – Nie mamy nawet szyldu na drzwiach! Klienci polecają nas sobie ustnie.
Właściciel uśmiechnął się uprzejmie.
– Cóż, dam znać najpóźniej do piątku. Mają panie telefon?
Zapewniłyśmy go, że tak. W rzeczywistości w zgłoszeniu podałam numer do biura Gabriela, choć ten narzekał, że znowu musi pełnić rolę sekretarza, dopóki Élise nie udobruchała go pocałunkiem.
Wyszłyśmy z budynku i poczekałyśmy, aż właściciel zamknie drzwi. Czynsze za wszystkie inne lokale przy Charlotte Square przekraczały mój budżet – i to znacznie – ale nic nie można było na to poradzić. Musiałam po prostu znaleźć sposób na zwiększenie darowizn. Wiedziałam, że jeśli mi się to nie uda, zostanę eksmitowana. Élise obliczyła, że nawet jeśli Mathieu odkryje oszustwo po tym, jak się wprowadzę – co było bardzo prawdopodobne – faktyczna eksmisja zajmie sześć miesięcy lub więcej, ponieważ tyle wynosiło obecnie opóźnienie w rozpatrywaniu spraw przez odpowiedni sąd.
Gdy właściciel lokalu uścisnął nam dłonie na pożegnanie, mój żołądek zaburczał żenująco głośno.
Wszystkie te intrygi! Nie byłam do nich stworzona, a Élise o tym wiedziała. Łypnęła na mnie groźnie, jakby szykowała się do interwencji, gdyby w ostatniej chwili ruszyło mnie sumienie i zmusiło do wyznania prawdy.
Mężczyzna chyba usłyszał burczenie albo z jakiegoś innego powodu jego twarz złagodniała, kiedy puścił moją dłoń.
– Przykro mi, że zostały panie zmuszone do wyprowadzki – powiedział. – To naprawdę coś niezwykłego być tak blisko tak potężnego zaklęcia! Widziałyście panie maga, który je rzucił?
Ta uwaga – a raczej entuzjazm, z jakim ją wypowiedział – sprawiła, że na chwilę zaniemówiłam. Élise jak zwykle przyszła mi z pomocą.
– Na szczęście nie. Interesuje się pan magią?
Mathieu zaśmiał się z zakłopotaniem.
– Obawiam się, że tak. Przepraszam, ale od dzieciństwa mam lekką obsesję na punkcie magów – powiedział i po chwili dodał ze smutkiem: – Sam nie potrafię rzucić żadnego czaru. Nie żebym nie próbował. Ale śledzę ich poczynania w gazetach. W tym samego Króla Czarnoksiężników. Zastanawiałem się, czy to on mógł stać za eksplozją przy Rue Sainte-Roseline. Coś na taką skalę, rozumieją panie… Mówią, że obecnie przebywa w Nowym Jorku. – Mathieu wyglądał na zaniepokojonego i jednocześnie podekscytowanego tą perspektywą. – Nowy Jork nie jest daleko, prawda? Tylko kilka godzin jazdy pociągiem.
– Istotnie niedaleko – zgodziłam się. – O wiele za blisko.
Havelocka Renarda Królem Czarnoksiężników ochrzcili ci, którzy chcieli go obrazić. Epitet ten przez lata nabrał mrocznego i niemal mitycznego znaczenia, podobnie jak w przypadku Baby Jagi czy Sinobrodego. Renard był uważany za nieoficjalnego przywódcę najgorszej grupy magów: tych, którzy idealizowali apokaliptyczne pokazy magii.
– Przepraszam – powtórzył Mathieu, a jego ciemna twarz oblała się rumieńcem. – Proszę zrozumieć, że nie jestem jednym z tych upiornych wielbicieli uznających czarnoksiężników za bohaterów. Ale jego moc jest niezwykła… oczywiście w przerażający sposób.
Otworzyłam usta, by powiedzieć, że „przerażający” to zbyt łagodne określenie, lecz Élise nie dopuściła mnie do głosu.
– Tak, a my możemy tylko mieć nadzieję, że Renard nie zainspirował nikogo do sprowadzenia na nas końca świata. Boże! To, że Król Czarnoksiężników poniósł porażkę trzy lata temu, nie oznacza, że poniesie ją również przy następnej próbie. On albo inny szaleniec żądny władzy.
– Cóż, nie wiemy na pewno, czy taki był jego plan – rzekł Mathieu z taką miną, jakby zamierzał wyrecytować listę wielokrotnie powtarzanych argumentów. – Nie można wierzyć we wszystko, co mówią rymowanki dla dzieci.
– „Włosy pełne pająków, oczy jak dwa ognie”? – powiedziała Élise. – Czy nie tak brzmi jedna z piosenek, które śpiewają o nim dzieci? Uwierzyłabym w jeszcze gorsze rzeczy o Havelocku Renardzie.
Mathieu zaczął się bawić piórem.
– Chciałbym zaoferować paniom to miejsce. Porozmawiam z Hamadem. Jestem pewien, że on…
– Z kim? – spytała ostro Élise.
– Z Hamadem El-Kourym. Na pewno go panie znacie? Prowadził sklep z kanapkami przy Rue Sainte-Roseline i jest naprawdę świetnym człowiekiem. Jeśli za panie poręczy, nie musicie szukać dalej. Nawet zrezygnuję z kaucji, bo to sprawiedliwe. Nie zasłużyły panie na taki… niefortunny obrót wydarzeń.
– To bardzo miłe – mruknęła Élise, ale zmarszczyła brwi, najwyraźniej zastanawiając się nad wyjściem z sytuacji.
Och, Hamad na pewno by za mnie poręczył jako za odpowiedzialną, dobrze zorganizowaną i przyjazną właścicielkę doskonale prowadzonego schroniska dla kotów. Nagle rozbolała mnie głowa, a wtedy sobie uświadomiłam, jak mało spałam.
– Dobrze, dobrze – powiedział Mathieu z uśmiechem. – W takim razie mogę…
– Dziękuję, ale nie musi pan zawracać sobie głowy Hamadem – przerwałam mu pośpiesznie. – Przemyślałam sprawę i wydaje mi się, że to miejsce jest zbyt małe na nasze potrzeby. Dziękuję za poświęcony czas.
Oddalając się, czułam na sobie zdziwiony wzrok Élise i Mathieu.ROZDZIAŁ 5
Uświadomienie sobie, że popełniłam fatalny błąd, zajęło mi około dziesięciu minut.
Nie, to nie do końca prawda – od początku wiedziałam, że to zrobiłam, ale uznałam, że była to mniej poważna katastrofa niż utrata dachu nad głową. Ale czy rzeczywiście tak było? Idąc w kierunku zachodzącego słońca, zatrzymałam się pół tuzina razy, gotowa wrócić i oznajmić Yannickowi, że jego lokal nie nadaje się na schronisko dla kotów.
Najbardziej martwiła mnie magia.
Pomyślałam o niej z powodu zasłon oraz wyraźnej desperacji Abramsa, żeby znaleźć jakiegokolwiek najemcę. Podejrzewałam, że sklep był wcześniej domem magicznego lokatora – może nawet tamtego piekarza, który rzucał zaklęcia na swoje ciasta i bochenki chleba.
Nie wiedziałam, czy to możliwe – jak większość ludzi, niewiele rozumiałam z magii, ponieważ czarnoksiężnicy nie byli zbyt skłonni dzielić się wiedzą. Wszyscy jednak wiedzieli, że zaklęcia są związane z przedmiotami. Czarodzieje nie tyle posługiwali się magią, co przywoływali ją z jakiegoś tajemniczego innego świata i wiązali z naszym za pomocą naczyń, które nazywali artefaktami. Każdy człowiek mógł rzucić czar polegający jedynie na wypowiedzeniu słowa, aby uwolnić magiczną moc z wisiorka, pierścienia, książki czy karafki.
Było to jednak niebezpieczne, ponieważ zaklęcia zwykłych śmiertelników kończyły się niepowodzeniem dużo częściej niż te rzucane przez magów. Czasem nawet powodowały śmierć domorosłego czarownika.
Oczywiście to nie wystarczało, by zdusić w ludziach chęć posiadania magicznych przedmiotów. Z tego powodu handel nimi był nielegalny w Montrealu i większości innych cywilizowanych miejsc. Mówiono, że pojedyncze sklepy z artefaktami nadal działają, tylko że w tajemnicy, choć bez wątpienia niektóre z nich prowadzili szarlatani skorzy do żerowania na głupich lub zdesperowanych.
Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że trafiłam na najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie. Tamto miejsce było kiedyś sklepem z artefaktami, a jego właściciel pozostawił po sobie jakąś klątwę, a może nawet kilka. Okazały się tak straszne, że nikt nie chciał długo tam przebywać. Może poręcz schodów zamieniała się o północy w głodnego węża. Albo od kasy fiskalnej robiły się brodawki na palcach. Możliwe też, że w rzeczywistości w sklepie nie czaiło się żadne zło, ale sama jego reputacja wystarczała, żeby odstraszyć większość rozsądnych najemców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki