Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Akord - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 maja 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Akord - ebook

W świecie cyfrowych zagrożeń śmierć nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony. Posłuchaj uważnie. Ten akord może być ostatnim, co usłyszysz.

Drugi tom trylogii AI-gent. Mroczne kody.

„Niebezpiecznie dobre” - Vincent V. Severski.

Niemiecki antykwariusz odnajduje w Żarach zaginiony utwór barokowego mistrza Georga Philippa Telemanna. Niedługo potem jego zwłoki zostają znalezione w warszawskim hotelu. Śledztwo podejmują Ewa Dzik i Zygmunt Friszer. Wkrótce Europą wstrząsa przerażający zamach. Terroryści dysponują czymś znacznie potężniejszym i bardziej wyrafinowanym niż bomby.

Tymczasem Karol Koppel, genialny programista, uświadamia sobie straszną prawdę: źródłem siły terrorystów jest jego własny kod. Czy zdoła odkryć, w czyje ręce trafił, zanim sam stanie się celem?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-682-9
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_nie­dziela, 13 paź­dzier­nika,_

_Żary_

Niedziela była cie­pła i dość sło­neczna, jeden z tych leni­wych, zło­tych środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich dni, które zdają się ist­nieć poza cza­sem. Grupki tury­stów i miesz­kań­ców mia­steczka prze­cha­dzały się nie­spiesz­nie wokół malow­ni­czych ruin zamku Biber­ste­inów i przy­le­ga­ją­cego do nich pałacu Prom­nit­zów. Dzieci, z uma­za­nymi twa­rzami, jadły top­nie­jące w jesien­nym słońcu lody, a ich rodzice, roz­parci na drew­nia­nych ławach roz­sta­wio­nych na podwó­rzu pobli­skiej gospody, korzy­stali z ostat­nich uro­ków pięk­nej jesieni, racząc się pie­ni­stym piwem. Georg nie dostrze­gał jed­nak sub­tel­nej urody babiego lata; jego zmę­czone oczy reje­stro­wały jedy­nie sceny pozba­wione zna­cze­nia. Jechał z Ham­burga do daw­nego Sorau przez całą długą noc i czuł, że dotkliwy brak snu niczym paso­żyt kom­plet­nie wyssał z niego ener­gię, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie pustą sko­rupę i żela­zną wolę wyko­na­nia misji.

Zatrzy­mał swój czarny nijaki samo­chód z wypo­ży­czalni nie­da­leko parku i nie­mal natych­miast zapadł w krótką, nie­spo­kojną drzemkę prze­ry­waną co chwila hała­sem aut prze­jeż­dża­ją­cych nie­równą, bru­ko­waną ulicą. Zbu­dził się wcze­snym popo­łu­dniem, prze­su­nął ciężką dło­nią po twa­rzy szorst­kiej od kil­ku­dnio­wego zaro­stu i prze­tarł zaczer­wie­nione, pie­kące oczy. Poszu­kał ter­mosu, który wpadł pod sie­dze­nie, i z zado­wo­le­niem odkrył, że chlu­pie w nim przy­naj­mniej jeden solidny łyk moc­nej, czar­nej kawy. Słodki napój zdą­żył już wysty­gnąć, nie­mniej Georg poczuł chwi­lowy przy­pływ sił. Zagryzł ten cukrowy ule­pek połówką fast­fo­odo­wego bur­gera, który został mu po ostat­nim posiłku na sta­cji ben­zy­no­wej, i spoj­rzał na zega­rek. Docho­dziła czwarta, pora, w któ­rej więk­szość tury­stów zaczyna szu­kać miej­sca na późny nie­dzielny lunch. On ni­gdy nie rozu­miał, dla­czego _das Mit­ta­ges­sen_ jest w Pol­sce tak bar­dzo prze­su­nięte w cza­sie. W innych oko­licz­no­ściach pew­nie by się zży­mał, opi­su­jąc póź­niej kole­gom ten bar­ba­rzyń­ski w jego mnie­ma­niu zwy­czaj, lecz dzi­siaj cie­szył się, że zajęci jedze­niem ludzie nie zwrócą na niego uwagi.

Pod­czas gdy coraz mniej liczni zwie­dza­jący zni­kali z oko­lic zamku, Georg, zarzu­ciw­szy na ramię lekki, czarny ple­cak, spo­koj­nym, mia­ro­wym kro­kiem zmie­rzał w kie­runku cegla­nego muru histo­rycz­nej budowli. Nie­po­strze­że­nie niczym duch wśli­zgnął się w mroczne, chłodne ruiny. Przez chwilę klu­czył ciem­nymi kory­ta­rzami, peł­nymi pyłu i gruzu, aż w końcu prze­do­stał się na nie­wielki zaro­śnięty dzie­dzi­niec. Nie inte­re­so­wały go oca­lałe z wielu wojen­nych zawie­ruch pozo­sta­ło­ści ozdob­nej sztu­ka­te­rii ani wciąż widoczny kształt rene­san­so­wych kamien­nych kruż­gan­ków. Szybko i zde­cy­do­wa­nie prze­mie­rzył pustą prze­strzeń i wszedł do czę­ści ruin, w które wto­piona była wysmu­kła gotycka wieża. Dzień chy­lił się ku koń­cowi i na dwo­rze zapa­dał zmrok, który gęst­niał z każdą chwilą, czy­niąc ciem­ność panu­jącą wewnątrz ruin jesz­cze bar­dziej nie­prze­nik­nioną.

Georg wyjął z ple­caka nie­wielką latarkę czo­łówkę. Jej przy­tłu­mione punk­towe świa­tło padło na trzy­many przez niego w rękach opra­wiony w czarną skórę notat­nik. Odchy­lił okładkę i ponow­nie, po raz setny, prze­czy­tał tekst, któ­rego już dawno zdą­żył nauczyć się na pamięć. Powtó­rzył go w myślach, a słowa sprzed wie­ków stały się jego man­trą, mapą i kom­pa­sem. Ostroż­nie sta­nął na pierw­szym stop­niu drew­nia­nych spi­ral­nych scho­dów. Szedł wol­nym, regu­lar­nym kro­kiem, sta­wia­jąc stopy z pre­cy­zją chi­rurga, tak by pod jego cię­ża­rem nie skrzyp­nęło stare, spróch­niałe drewno.

Gdzieś tam – głę­boko pod wieżą – znaj­do­wało się mau­zo­leum, a w nim domnie­many gro­bo­wiec Erd­manna von Prom­nitza, jed­nego z ostat­nich wła­ści­cieli zamku i fun­da­tora przy­le­ga­ją­cego do niego pałacu. Mają­tek i bogac­two magnac­kiej rodziny w ciągu następ­nego poko­le­nia zmie­niły wła­ści­ciela, a ród von Prom­nit­zów prze­szedł do histo­rii. Ona zaś zapa­mię­tuje ludzi tak, jak chce, czę­sto na prze­kór im samym. Erd­manna zapi­sała w swo­ich anna­łach nie tylko jako wiel­możę, ale także mece­nasa arty­stów. Spo­śród nich naj­więk­szym był Georg Phi­lipp Tele­mann, słynny i nie­zwy­kle płodny kom­po­zy­tor, przy­ja­ciel Händla i Bacha, jak rów­nież filo­zof i poszu­ki­wacz mate­ma­tycz­nej dosko­na­ło­ści w muzyce, która dla niego i jemu podob­nych była kon­ty­nu­acją myśli Pita­go­rasa. Muzykę two­rzy linia melo­dyczna zło­żona z sze­regu liczb nani­za­nych na nić czasu, a sple­ce­nie jej z innymi licz­bami two­rzy mistyczną har­mo­nię, mogącą uzdra­wiać, ale też, przy wła­ści­wej czę­stotliwości rezo­nan­so­wej, zdolną nisz­czyć.

Georg wszedł pra­wie na sam szczyt wieży. Raz jesz­cze otwo­rzył notat­nik i odczy­tał zapi­sane wer­sety listu:

_Naj­wspa­nial­sza Agnes,_

_będąc naj­młod­szą z rodu mego ser­decz­nego przy­ja­ciela, stróża i mece­nasa, któ­remu dozgonną wdzięcz­ność winien jestem, z pokorą bła­gam o Twe łaskawe uspo­so­bie­nie i przy­chyl­ność do mej prośby, którą w dal­szych sło­wach wyra­żam._

_W tych pała­co­wych pro­gach zro­dziła się wizja cudow­nej mate­ma­tycz­nej kon­struk­cji mazur­ków i polo­ne­zów zaklę­tej w geo­me­trię obe­rka. Ową inspi­ra­cją poru­szony stwo­rzy­łem kan­tatę, któ­rej patron, Twój ojciec Erd­mann, już nie zazna, choć dla jego uszu była prze­zna­czona. Wpi­sa­łem w nią har­mo­nię, która z jego życiową ener­gią rezo­no­wać miała, a jej wyko­na­nie zdro­wie umac­niać aż do odzy­ska­nia pełni sił. Prze­ko­nany będąc, że innym słu­cha­nie mej kan­taty pożyt­ków nie dostar­czy, a co wię­cej, w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach, które w nutach zapi­sa­łem, szkodę uczy­nić może, chęt­nie bym je w gro­bowcu przy Erd­mannie zło­żył, uwa­żam jed­nak, że bar­dziej pod­nio­słym czy­nem będzie umie­ścić je bli­żej nie­bios._

_Scho­waj je przeto, droga Agnes, wysoko na wieży, która nad cia­łem Twego szla­chet­nego ojca góruje. Wie­rzę, że do mojej prośby przy­chy­lić się raczysz i ową oło­wianą tubę pomię­dzy cegłami zamu­ro­wać każesz w sekre­cie, za co z serca z góry dzię­kuję._

_Naj­szczer­sze pozdro­wie­nia dołą­czam i niniej­szym listem prze­sy­łam._

_Georg Phi­lipp Tele­mann. Spi­sano w Ham­burgu, dnia 5 listo­pada roku Pań­skiego 1745._

Scho­wał notat­nik do ple­caka, a wyjął ręczny wykry­wacz metalu. Nało­żył słu­chawki i roz­po­czął meto­dyczne poszu­ki­wa­nia. Jakiś czas temu wpadł mu w ręce arty­kuł o tym, że zamek w Sorau zosta­nie prze­ka­zany wła­dzom miej­skim, które pla­nują jego rewi­ta­li­za­cję. Dla Geo­rga był to ostatni dzwo­nek, by bez­piecz­nie się tu rozej­rzeć. O siód­mej zapa­dły ciem­no­ści, lecz on, przy­świe­ca­jąc sobie małą latarką, omia­tał koń­cówką detek­tora cegłę po cegle. Po ponad godzi­nie mono­ton­nej pracy usły­szał w słu­chaw­kach gło­śny, prze­cią­gły pisk. Ozna­czył miej­sce kredą. Wykry­wacz zastą­pił dłu­tem i młot­kiem. Po kilku ostroż­nych puk­nię­ciach bez trudu wyjął naj­pierw jedną, póź­niej drugą, a w końcu wszyst­kie cegły zasła­nia­jące skrytkę w murze. Znaj­do­wał się bar­dzo wysoko, pod ostat­nim pode­stem z roz­pa­da­jącą się pod­łogą. Wsu­nął głę­boko dłoń w chłodny otwór. Po chwili opusz­kami pal­ców wyczuł obły przed­miot. Chwy­cił go i pocią­gnął do sie­bie. Po krót­kich zma­ga­niach ciężka oło­wiana tuleja wypa­dła na sto­pień scho­dów. Georg ją przy­dep­nął, zapo­bie­ga­jąc jej upad­kowi w cze­luść klatki scho­do­wej.

Pod­niósł zna­le­zi­sko i zaczął mu się uważ­nie przy­glą­dać. Miał w rękach trzy­dzie­sto­cen­ty­me­trową rurkę zaplom­bo­waną na obu koń­cach wosko­wymi pie­czę­ciami. Aby dobrać się do zawar­to­ści, nale­ża­łoby je usu­nąć, a na to nie miał teraz czasu ani odpo­wied­nich warun­ków.

Drżą­cymi z pod­nie­ce­nia dłońmi ukrył tubę w ple­caku. Już chciał ruszyć w drogę powrotną, gdy jego wzrok padł na roz­rzu­cone cegły i świeżą dziurę w ścia­nie. Nie, nie mógł tego tak zosta­wić. Nikt nie powi­nien się dowie­dzieć, że w murze wieży znaj­do­wała się tajna skrytka. Z kie­szeni ple­caka wyjął nóż myśliw­ski. Zestru­gał kra­wędź drew­nia­nego stop­nia w zwi­ja­jące się spi­ral­nie wióry, ufor­mo­wał z nich kop­czyk i obło­żył odłu­pa­nymi drza­zgami. Wsu­nął w tę pry­mi­tywną kon­struk­cję zapa­loną zapałkę i patrzył przez chwilę, jak mały pło­mień rośnie i zaczyna łap­czy­wie, niczym żywe stwo­rze­nie, lizać suche schody i starą poręcz. Gdy miał pew­ność, że żaden przy­pad­kowy podmuch wia­tru nie zni­we­czy jego dzieła, pospiesz­nie ruszył w dół. Odle­głość dzie­lącą go od samo­chodu poko­nał nie­mal bie­giem. Ple­cak rzu­cił na tylne sie­dze­nie, po czym wyje­chał z par­kingu, kie­ru­jąc się w stronę gra­nicy. We wstecz­nym lusterku dostrzegł jesz­cze, jak wieża bucha pul­su­ją­cym pło­mie­niem i niczym gigan­tyczna pochod­nia oświe­tla mury zamku i pogrą­żone w mroku mia­steczko. Spraw­dził godzinę – parę minut po dzie­wią­tej. Jak dobrze pój­dzie, znaj­dzie się w domu, zanim wsta­nie świt.ROZDZIAŁ 1

_nie­dziela, 10 listo­pada,_

_War­szawa_

Od rana padał deszcz. Niebo przy­kryły cięż­kie oło­wiane chmury, czy­niąc śro­dek dnia nie­mal zmierz­chem. Uliczne latar­nie zapa­liły się przed­wcze­śnie, a ich mdłe świa­tło two­rzyło ilu­zję mie­nią­cej się tęczowo kur­tyny utka­nej mister­nie z gęsto pada­ją­cych kro­pel pory­wa­nych od czasu do czasu moc­niej­szymi podmu­chami wia­tru.

Kapi­tan ABW Zyg­munt Fri­szer szedł Nowym Świa­tem w kie­runku Hotelu She­ra­ton, dokąd został wezwany w try­bie pil­nym. Ode­brał tele­fon, gdy od pół godziny sie­dział w swoim ulu­bio­nym, nieco zapusz­czo­nym loka­liku i koń­czył jeść lunch, na który wybrał tra­dy­cyjny rosół z wermi­sze­lem, na danie główne kotlet scha­bowy z kością, a do tego mize­rię ze śmie­taną tak gęstą, że mogłaby w niej stać łyżka, i oczy­wi­ście opie­kane ziem­niaki. Klnąc w myślach na prze­ło­żo­nych, któ­rzy nie po raz pierw­szy pozba­wiali go wol­nego week­endu, zakro­pił nie­dzielny posi­łek i swoją złość na nie­spra­wie­dliwy los solid­nym kie­lisz­kiem porząd­nie schło­dzo­nej wódki. Sta­wiał duże kroki, sta­ra­jąc się omi­jać roz­le­głe kałuże na chod­niku. Ręce scho­wał w kie­sze­niach obszer­nego płasz­cza, który zdą­żył już nasiąk­nąć desz­czem i brzydko pociem­niał na ramio­nach. Zyga nie uzna­wał para­soli. Jego głowę chro­nił kape­lusz – kla­syczna fedora przy­wo­dząca na myśl boha­te­rów sta­rych fil­mów gang­ster­skich. Zbie­ra­jąca się na ron­dzie woda spły­wała mu cien­kimi struż­kami na tors. Pogoda była paskudna i zupeł­nie nie sprzy­jała spa­ce­rom. Fri­szer przy­spie­szył i uważ­nie się roz­glą­da­jąc, prze­sko­czył skrzy­żo­wa­nie z Ksią­żęcą, nie zwa­ża­jąc na czer­wone świa­tło. Ostat­nie trzy­sta metrów dzie­lące go od wej­ścia do hote­lo­wego lobby poko­nał pra­wie bie­giem. Już z daleka zauwa­żył sto­jącą pod szkla­nym dasz­kiem pod­ko­mi­sarz Ewę Dzik, która nie­sku­tecz­nie chro­niąc się przed zaci­na­ją­cym desz­czem, paliła cien­kiego papie­rosa.

– No cześć, Ewo, dobie­głem – przy­wi­tał się, nie zdej­mu­jąc kape­lu­sza, z któ­rego ska­py­wały kro­ple wody.

– Hej – odpo­wie­działa krótko.

Już po tym można było stwier­dzić, że ma się do czy­nie­nia z osobą nie­lu­biącą trwo­nić czasu na poga­duszki. Szyb­kim, ner­wo­wym ruchem zga­siła papie­rosa, wci­ska­jąc go w popiel­niczkę pod ścianą. Nie­do­pa­łek zasy­czał cicho w mokrym pia­sku.

– Chodźmy! – wydała dys­po­zy­cję i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, ruszyła w stronę obro­to­wych drzwi.

Fri­szer podą­żył za nią bez słowa. Wsie­dli do windy i wje­chali na szó­ste pię­tro.

Sto­ją­cemu przy wyj­ściu funk­cjo­na­riu­szowi w cywilu Ewa rzu­ciła tylko krót­kie spoj­rze­nie i mignęła poli­cyjną odznaką, a on w mil­cze­niu wska­zał ręką, w któ­rym kie­runku mają iść. W kory­ta­rzu minęli dwóch tech­ni­ków z prze­past­nymi tor­bami wypeł­nio­nymi róż­no­ra­kim sprzę­tem do zbie­ra­nia pró­bek i śla­dów. Mun­du­rowy pil­nu­jący drzwi apar­ta­mentu roz­po­znał Ewę i pozwo­lił im wejść do środka. W fol­de­rach rekla­mo­wych opi­sano to lokum jako „apar­ta­ment junior”, co według Fri­szera było lek­kim nad­uży­ciem, bo nie było ono ani prze­stronne, ani prze­sad­nie luk­su­sowe: ot, dwa pokoje, jeden z dużym łóż­kiem.

Na środku mniej­szego pomiesz­cze­nia ktoś posta­wił krze­sło i skrę­po­wał sie­dzą­cego na nim pół­na­giego męż­czy­znę. Nie żył od kilku, może kil­ku­na­stu godzin. Denat miał około pięć­dzie­się­ciu lat, szczu­płe ciało i znaczną łysinę czo­łową. Resztka wło­sów, dłu­gich i prze­tłusz­czo­nych, opa­dała na nijaką twarz. Z jego oczu, uszu i nosa wycie­kły strużki krwi i zasty­gły cien­kimi liniami na piersi. Na pod­ło­dze walały się roz­rzu­cone foto­ko­pie jakichś doku­men­tów. Po bliż­szych oglę­dzi­nach można było stwier­dzić, że wid­nieje na nich napi­sany odręcz­nie list, a spora ich część to arku­sze papieru nuto­wego pokry­tego także ręcz­nie zapi­sa­nymi zna­kami, które przy­po­mi­nały zia­renka roz­sy­pa­nego maku.

Zyga, przy­świe­ca­jąc sobie latarką w tele­fo­nie, przy­pa­try­wał się uważ­nie śla­dom krwi. Zwró­cił uwagę na wyraźne, okrą­głe odgnie­ce­nia wokół uszu ofiary.

– Od czego to może być? – zasta­na­wiał się gło­śno.

– Słu­chawki. Facet miał na uszach słu­chawki – skon­sta­to­wała krótko pod­ko­mi­sarz Dzik i zaczęła się roz­glą­dać za nimi po pokoju, lecz ich nie zna­la­zła. – Dziwne… Ktoś musiał je stąd zabrać. Może tech­nicy? – Nie do końca wie­rzyła w taki przy­pa­dek.

Fri­szer zro­bił tele­fo­nem zdję­cie odci­sku słu­cha­wek i zaczął oglą­dać węzły na nad­garst­kach denata. Ręce miał skrę­po­wane z tyłu kawał­kiem linki, jaką można kupić w każ­dym mar­ke­cie budow­la­nym. Nie zna­lazł niczego cha­rak­te­ry­stycz­nego w spo­so­bie wią­za­nia: kilka razy okrę­cone prze­guby i zwy­kły supeł.

– Wiemy, kto to? – spy­tał Ewę.

– Zamel­do­wał się na pod­sta­wie nie­miec­kiego dowodu oso­bi­stego. Georg Tel­man pro­wa­dził mały anty­kwa­riat w Ham­burgu. Jeź­dził po świe­cie, głów­nie po Euro­pie. Bywał także w Pol­sce, zapewne w inte­re­sach. Zdą­ży­łam przej­rzeć wpisy na stro­nie jego firmy oraz posty w mediach spo­łecz­no­ścio­wych – dorzu­ciła, widząc pyta­jący wzrok Fri­szera.

– Chyba nie­źle z tego żył, skoro stać go było na taki drogi hotel, zwłasz­cza że ze względu na jutrzej­sze święto ceny pew­nie jesz­cze pod­sko­czyły. – Zyga nie krył zdu­mie­nia. Zawsze mu się wyda­wało, że han­dla­rze sta­ro­ciami są tacy jak przed­mioty, z któ­rymi mają do czy­nie­nia: sta­rzy, pod­nisz­czeni i bez szans na miej­sce na naj­wyż­szej półce.

Przy­klęk­nął na jedno kolano i gumową koń­cówką ołówka prze­su­wał leżące na pod­ło­dze kartki. Naj­pierw przy­pa­trzył się kse­ro­ko­pii listu napi­sa­nego po nie­miecku, z któ­rego zro­zu­miał tylko datę: 5 listo­pada 1745. Następ­nie zaczął prze­glą­dać nuty. Nie potra­fił ich odczy­tać. Kil­ka­krot­nie sfo­to­gra­fo­wał każdą kartkę, aby mieć pew­ność, że wszyst­kie szcze­góły będą ostre.

– Można zabrać te papiery. Domy­ślam się, że ekipa coś na nie zosta­wiła?

Ewa ski­nęła głową i wska­zała foliowe koszulki. W tym momen­cie zja­wił się mały zespół z noszami i czar­nym wor­kiem. Spraw­nie zajęli się umiesz­cza­niem w nim zwłok.

– No dobra – ode­zwała się pod­ko­mi­sarz, gdy zostali sami. – Mam robotę. Pro­ku­ra­tor na mnie czeka, muszę iść z nim poga­dać.

– Cze­kaj chwilę! Co mówili ludzie z recep­cji? Ktoś go odwie­dził?

– Ofi­cjal­nie nikt. Na nagra­niu widać rosłego faceta w ciem­nej kurtce z kap­tu­rem, z któ­rym ofiara wcho­dzi do windy o pierw­szej w nocy.

– I już?

– I już. Wię­cej nic się nie nagrało. Ani na szó­stym pię­trze, ani na kory­ta­rzach pra­cow­ni­czych. Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie sły­szał, a z noc­nym ochro­nia­rzem nie ma kon­taktu.

– Jak to „nie ma kon­taktu”? Nie żyje czy urwał się na Bahamy?

– Jest nie­przy­tomny. Poranna zmiana zna­la­zła go leżą­cego w toa­le­cie z potężną wybro­czyną na łysej gło­wie. Ostatni ruch w przej­ściu pra­cow­ni­czym, które spraw­dzał, był o trze­ciej czter­dzie­ści. Sys­tem podaje, że hotel opu­ściła jakaś Karo­lina. Spraw­dzi­li­śmy: dziew­czyna od trzech dni jest na urlo­pie w Egip­cie. Czyli jej kartę ktoś ukradł albo zha­ko­wał.

– Słu­chaj, Ewa… – zaczął Zyga znu­dzo­nym tonem. – Mnie to wygląda na zwy­kłą poli­cyjną robotę: jest trup i docho­dze­nie. Nie bar­dzo rozu­miem, gdzie tu sprawy bez­pie­czeń­stwa pań­stwa. Że niby dla­czego? Bo jutro jest jede­na­sty listo­pada?

– Nie ja cię tu wezwa­łam – ucięła krótko. – Widocz­nie są jakieś powody. Gadaj ze swoim sze­fem, a nie ze mną. Ja muszę zejść do lobby i zdać raport.

Fri­szer prych­nął ziry­to­wany. Sprawy, któ­rymi się zaj­mo­wał, doty­czyły zagro­żeń cyber­ne­tycz­nych na wielką skalę. A to, co tutaj zastał, wyglą­dało na mor­der­stwo na tle rabun­ko­wym. W mil­cze­niu wycią­gnął tele­fon i wybrał numer prze­ło­żo­nego. Ewa, zbie­ra­jąc się do wyj­ścia, sta­rała się nie słu­chać jego przy­ci­szo­nej roz­mowy. Nagle Zyga, cho­wa­jąc apa­rat, krzyk­nął w jej stronę:

– Ewo, dokąd tech­nicy zabrali elek­tro­nikę ofiary?

– Pew­nie jak zwy­kle do labo­ra­to­rium, bo co?

– To dzwoń do nich, niech niczego nie ruszają i przy­wiozą ją tutaj albo do mnie.

Pod­ko­mi­sarz Dzik odszu­kała numer jed­nego z tech­ni­ków. Włą­czyła tryb gło­śno­mó­wiący.

– Halo.

– Dzik z tej strony. Dokąd zawieź­li­ście fanty?

– Doni­kąd. Cze­kamy, aż skoń­czy­cie. Sto­imy pod hote­lem i jaramy szlugi. Chcesz do nas dołą­czyć?

– Nie, dzięki, w taką pogodę to żadna frajda. Zabez­pie­czy­li­ście jakąś elek­tro­nikę?

– Taa, no pew­nie – odpo­wie­dział tech­nik, zie­wa­jąc.

– To przy­nie­ście z powro­tem do pokoju. Kapi­tan Fri­szer jej potrze­buje.

– Powiedz temu swo­jemu kapi­ta­nowi, żeby sam się pofa­ty­go­wał. Musimy pil­no­wać samo­chodu.

Ewa roz­łą­czyła się bez uprze­dze­nia. Dal­sza kon­wer­sa­cja z tech­ni­kiem abne­ga­tem nie miała sensu.

– Musisz zejść na dół – rzu­ciła krótko do Zygi, zupeł­nie nie­po­trzeb­nie, bo ten już był w progu.

Na ulicy bez trudu wypa­trzył szarą fur­go­netkę. Zastu­kał natar­czy­wie w boczne drzwi. Jeden z tech­ni­ków wysko­czył i usłuż­nie je odsu­nął. Widok ofi­cera naj­wy­raź­niej go zdy­scy­pli­no­wał. Zyga wśli­zgnął się do środka i otwo­rzył wska­zaną torbę. Zna­lazł lap­top, tele­fon, tablet i słu­chawki w bia­łym etui. Pod­pi­sał doku­menty i zabrał urzą­dze­nia. Pod­czas całej ope­ra­cji nie zaszczy­cił zbla­zo­wa­nych tech­ni­ków ani jed­nym sło­wem. Spraw­dził tylko, czy na każ­dym przed­mio­cie są ślady sza­rego proszku. Wró­cił do hote­lo­wego lobby, wje­chał na szó­ste pię­tro i zaha­czył o barek dla gości VIP, żeby nalać sobie porządną por­cję whi­sky. W końcu ofi­cjal­nie nie był na służ­bie.

W pokoju nie zastał już nikogo. Usiadł przy biurku i ostroż­nie wyjął urzą­dze­nia. Tele­fon zabez­pie­czono bio­me­trycz­nie. Tablet włą­czył się bez kom­pli­ka­cji. Zaczął od przej­rze­nia poczty. Prze­szu­ka­nie załącz­ni­ków nasu­nęło pewien trop. Dwa maile wysłane przed dwoma tygo­dniami zawie­rały skany ręko­pi­sów nuto­wych i listu. Fri­szer wyświe­tlił na swoim tele­fo­nie foto­gra­fie papie­rów zna­le­zio­nych przy ofie­rze i zaczął porów­ny­wać. Cha­rak­ter pisma wyda­wał się iden­tyczny. W dru­gim mailu znaj­do­wał się frag­ment listu, któ­rego całość Zyga także sfo­to­gra­fo­wał. Odbiorcą maili był ktoś, kto posłu­gi­wał się adre­sem zło­żo­nym z przy­pad­ko­wych liter i cyfr, a lako­niczne odpo­wie­dzi wysy­łał nie­pod­pi­sane. Szu­ka­jąc dalej, natknął się na naj­now­szą wia­do­mość sprzed dwóch dni – z infor­ma­cją o spo­tka­niu w She­ra­to­nie i potwier­dze­niem ter­minu na dzi­siaj o dwu­dzie­stej trze­ciej.

Wró­cił do przy­glą­da­nia się nutom. Co takiego w nich było, że zain­te­re­so­wała się nimi grupa hake­rów? Wła­śnie taką wia­do­mość otrzy­mał od szefa – Eche­lon potwier­dził, że tajem­ni­czy adres można przy­pi­sać cyber­prze­stęp­com. Nuty… Tele­mann… Tel­man… Ukła­danka miała zbyt mało ele­men­tów. Zaczął się zasta­na­wiać, czy zna kogoś, kto mógłby go wes­przeć, i przy­szła mu na myśl Olga Weiss. Nie tylko płyn­nie mówiła po nie­miecku, ale była też wir­tu­ozką violi da gamba. A do nie­dawna rów­nież tajną współ­pra­cow­niczką CIA. Nada­wa­łaby się wybit­nie.

Zaczął prze­glą­dać kon­takty, nie miał jed­nak jej numeru. I nagle go olśniło – Tomasz Szcze­rzec! Jeśli nic się nie zmie­niło, to jest part­ne­rem Olgi. A jego numer Zyga miał. Wybrał go i przy­ło­żył tele­fon do ucha.

– Kapi­tan Fri­szer?

– Tak jest, mece­na­sie, kapi­ta­nie Szcze­rzec!

– Czemu zawdzię­czam ten tele­fon w nie­dzielne popo­łu­dnie?

– Prawdę mówiąc, szu­kam pani Olgi. Mam do niej wielką prośbę o pomoc w kwe­stiach muzycz­nych.

– To tym zaj­muje się ofi­cer ABW w wol­nych chwi­lach? No, no, gra­tu­luję! – W gło­sie Toma­sza pomimo iro­nii sły­chać było dużą dozę sym­pa­tii.

– Wolne to one nie są – wes­tchnął Zyga. – Mamy mor­der­stwo anty­kwa­riu­sza z Nie­miec, który han­dlo­wał baro­ko­wymi nutami. Pomy­śla­łem, że pani Olga rzuci nieco świa­tła na mate­riał dowo­dowy… I tro­chę mi się spie­szy…

– Pro­szę pocze­kać. – Tomasz zasło­nił mikro­fon ręką. Po chwili ode­zwał się znowu: – Olga mówi, że chęt­nie panu pomoże. Kiedy chciałby pan się spo­tkać?

– Jak naj­prę­dzej! Jestem w She­ra­to­nie.

– Skoro tak, to zapra­szamy do nas. Miesz­kamy bar­dzo bli­sko.

Zyga powtó­rzył podany adres.

– Będę za kwa­drans. Dzię­kuję!

Poskła­dał doku­menty, scho­wał elek­tro­nikę do folio­wych toreb, wsu­nął je pod płaszcz i wyszedł z feral­nego apar­ta­mentu.ROZDZIAŁ 2

_nie­dziela, 10 listo­pada,_

_War­szawa_

Późnym popo­łu­dniem pociąg metra z meta­licz­nym zgrzy­tem wje­chał na peron sta­cji Poli­tech­nika. O tej porze ruch był nie­wielki, zwłasz­cza że pogoda nie sprzy­jała eska­pa­dom i spa­ce­rom. Nie­liczni podró­żu­jący byli roz­rzu­ceni po całym pero­nie, wpa­trzeni w ekrany swo­ich tele­fo­nów albo w pustkę. Na jego końcu stało dwoje mło­dych ludzi. Dziew­czyna z zaan­ga­żo­wa­niem tłu­ma­czyła coś chło­pa­kowi, który skwa­pli­wie przy­ta­ki­wał każ­demu jej zda­niu, kiwa­jąc głową w bejs­bo­lówce z pro­stym dasz­kiem. Upo­dab­niało go to do dzi­wacz­nego ptaka wyko­nu­ją­cego taniec godowy wokół kry­tycz­nie oce­nia­ją­cej jego występ samicy. Pociąg zatrzy­mał się z szu­mem i piskiem, po czym drzwi się otwo­rzyły i wysia­dło zale­d­wie kilka osób. Z ostat­niego wagonu wyszedł rosły męż­czy­zna ubrany w obszerną gra­na­tową kurtkę z nasu­nię­tym na głowę kap­tu­rem. W ręku niósł rekla­mówkę. Szyb­kim, zde­cy­do­wa­nym kro­kiem zmie­rzał wprost do wyj­ścia i po chwili znik­nął na scho­dach.

Mło­dzi ludzie wsie­dli do tego samego wagonu, korzy­sta­jąc z ostat­nich drzwi, i zajęli dwa wolne krze­sełka obok rudej dziew­czyny zasłu­cha­nej w coś, co grało w jej nie­bie­skich słu­chaw­kach. Drzwi się zamknęły i pociąg z lek­kim szarp­nię­ciem ruszył w kie­runku cen­trum. W tej samej chwili dziew­czyna ze słu­chaw­kami osu­nęła się bez­wład­nie, a jej głowa wylą­do­wała na kola­nach roz­ga­da­nej współ­pa­sa­żerki.

– Hej, no co ty? – krzyk­nęła ta zdu­miona, patrząc na drobne ciało rudzielca.

Unio­sła je za ramiona, jakby chciała zepchnąć z sie­bie intruzkę. Głowa ze słu­chaw­kami na uszach prze­krę­ciła się, uka­zu­jąc bladą, nie­ru­chomą twarz z ciek­ną­cymi z nosa cien­kimi struż­kami krwi. Dziew­czyna sko­czyła na równe nogi, odrzu­ca­jąc z prze­stra­chem bez­władne ciało, które upa­dło na pod­łogę. Słu­chawki zsu­nęły się z uszu, z któ­rych obfi­cie wycie­kła czer­wona, gęsta ciecz, two­rząc nie­wielką kałużę na brud­nej pod­ło­dze.

Pociąg przy­spie­szył. Sie­dzący naprze­ciwko nich młody męż­czy­zna opadł na znaj­du­jący się obok pusty fotel, ude­rza­jąc głową w poręcz. Jego pokaź­nych roz­mia­rów słu­chawki spa­dły na pod­łogę, odsła­nia­jąc bro­czące krwią uszy. Chło­pak w bejs­bo­lówce zerwał się już z miej­sca wraz ze swoją towa­rzyszką. Popa­trzyli na sie­bie prze­ra­żo­nym wzro­kiem i zaczęli krzy­czeć. Dziew­czyna rzu­ciła się do inter­komu słu­żą­cego do roz­mów z maszy­ni­stą i szyb­kimi, ner­wo­wymi ruchami kil­ka­krot­nie naci­snęła czarny przy­cisk, wykrzy­ku­jąc bez­ład­nie do mikro­fonu:

– Trupy! Dwa trupy… Oni nie żyją! Z głowy leci im krew. Z uszu i z nosa. Poli­cja! Niech pan wezwie poli­cję!

– Pro­szę zacho­wać spo­kój i niczego nie doty­kać, za chwilę będziemy na sta­cji – ode­zwał się znie­kształ­cony i odro­binę mecha­niczny głos maszy­ni­sty.

Po kil­ku­na­stu sekun­dach pociąg wje­chał na peron i się zatrzy­mał. Jed­nakże drzwi się nie otwie­rały. Znie­cier­pli­wieni pasa­że­ro­wie bez­sku­tecz­nie szar­pali za uchwyty.

– Sza­nowni pań­stwo… – Z gło­śni­ków popły­nął głos maszy­ni­sty. – W pociągu doszło do wypadku. Cze­kamy na przy­by­cie poli­cji i innych służb. Do tego czasu nikt nie może wysiąść. Pro­simy o pozo­sta­nie na swo­ich miej­scach.

Komu­ni­kat został powtó­rzony dwu­krot­nie. Zdu­mieni ludzie w ciszy usie­dli z powro­tem na krze­seł­kach. Jedy­nie z ostat­niego wagonu docho­dził prze­raź­liwy, nie­milk­nący kobiecy krzyk.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij