Akord - ebook
W świecie cyfrowych zagrożeń śmierć nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony. Posłuchaj uważnie. Ten akord może być ostatnim, co usłyszysz.
Drugi tom trylogii AI-gent. Mroczne kody.
„Niebezpiecznie dobre” - Vincent V. Severski.
Niemiecki antykwariusz odnajduje w Żarach zaginiony utwór barokowego mistrza Georga Philippa Telemanna. Niedługo potem jego zwłoki zostają znalezione w warszawskim hotelu. Śledztwo podejmują Ewa Dzik i Zygmunt Friszer. Wkrótce Europą wstrząsa przerażający zamach. Terroryści dysponują czymś znacznie potężniejszym i bardziej wyrafinowanym niż bomby.
Tymczasem Karol Koppel, genialny programista, uświadamia sobie straszną prawdę: źródłem siły terrorystów jest jego własny kod. Czy zdoła odkryć, w czyje ręce trafił, zanim sam stanie się celem?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-682-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_niedziela, 13 października,_
_Żary_
Niedziela była ciepła i dość słoneczna, jeden z tych leniwych, złotych środkowoeuropejskich dni, które zdają się istnieć poza czasem. Grupki turystów i mieszkańców miasteczka przechadzały się niespiesznie wokół malowniczych ruin zamku Bibersteinów i przylegającego do nich pałacu Promnitzów. Dzieci, z umazanymi twarzami, jadły topniejące w jesiennym słońcu lody, a ich rodzice, rozparci na drewnianych ławach rozstawionych na podwórzu pobliskiej gospody, korzystali z ostatnich uroków pięknej jesieni, racząc się pienistym piwem. Georg nie dostrzegał jednak subtelnej urody babiego lata; jego zmęczone oczy rejestrowały jedynie sceny pozbawione znaczenia. Jechał z Hamburga do dawnego Sorau przez całą długą noc i czuł, że dotkliwy brak snu niczym pasożyt kompletnie wyssał z niego energię, pozostawiając jedynie pustą skorupę i żelazną wolę wykonania misji.
Zatrzymał swój czarny nijaki samochód z wypożyczalni niedaleko parku i niemal natychmiast zapadł w krótką, niespokojną drzemkę przerywaną co chwila hałasem aut przejeżdżających nierówną, brukowaną ulicą. Zbudził się wczesnym popołudniem, przesunął ciężką dłonią po twarzy szorstkiej od kilkudniowego zarostu i przetarł zaczerwienione, piekące oczy. Poszukał termosu, który wpadł pod siedzenie, i z zadowoleniem odkrył, że chlupie w nim przynajmniej jeden solidny łyk mocnej, czarnej kawy. Słodki napój zdążył już wystygnąć, niemniej Georg poczuł chwilowy przypływ sił. Zagryzł ten cukrowy ulepek połówką fastfoodowego burgera, który został mu po ostatnim posiłku na stacji benzynowej, i spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta, pora, w której większość turystów zaczyna szukać miejsca na późny niedzielny lunch. On nigdy nie rozumiał, dlaczego _das Mittagessen_ jest w Polsce tak bardzo przesunięte w czasie. W innych okolicznościach pewnie by się zżymał, opisując później kolegom ten barbarzyński w jego mniemaniu zwyczaj, lecz dzisiaj cieszył się, że zajęci jedzeniem ludzie nie zwrócą na niego uwagi.
Podczas gdy coraz mniej liczni zwiedzający znikali z okolic zamku, Georg, zarzuciwszy na ramię lekki, czarny plecak, spokojnym, miarowym krokiem zmierzał w kierunku ceglanego muru historycznej budowli. Niepostrzeżenie niczym duch wślizgnął się w mroczne, chłodne ruiny. Przez chwilę kluczył ciemnymi korytarzami, pełnymi pyłu i gruzu, aż w końcu przedostał się na niewielki zarośnięty dziedziniec. Nie interesowały go ocalałe z wielu wojennych zawieruch pozostałości ozdobnej sztukaterii ani wciąż widoczny kształt renesansowych kamiennych krużganków. Szybko i zdecydowanie przemierzył pustą przestrzeń i wszedł do części ruin, w które wtopiona była wysmukła gotycka wieża. Dzień chylił się ku końcowi i na dworze zapadał zmrok, który gęstniał z każdą chwilą, czyniąc ciemność panującą wewnątrz ruin jeszcze bardziej nieprzeniknioną.
Georg wyjął z plecaka niewielką latarkę czołówkę. Jej przytłumione punktowe światło padło na trzymany przez niego w rękach oprawiony w czarną skórę notatnik. Odchylił okładkę i ponownie, po raz setny, przeczytał tekst, którego już dawno zdążył nauczyć się na pamięć. Powtórzył go w myślach, a słowa sprzed wieków stały się jego mantrą, mapą i kompasem. Ostrożnie stanął na pierwszym stopniu drewnianych spiralnych schodów. Szedł wolnym, regularnym krokiem, stawiając stopy z precyzją chirurga, tak by pod jego ciężarem nie skrzypnęło stare, spróchniałe drewno.
Gdzieś tam – głęboko pod wieżą – znajdowało się mauzoleum, a w nim domniemany grobowiec Erdmanna von Promnitza, jednego z ostatnich właścicieli zamku i fundatora przylegającego do niego pałacu. Majątek i bogactwo magnackiej rodziny w ciągu następnego pokolenia zmieniły właściciela, a ród von Promnitzów przeszedł do historii. Ona zaś zapamiętuje ludzi tak, jak chce, często na przekór im samym. Erdmanna zapisała w swoich annałach nie tylko jako wielmożę, ale także mecenasa artystów. Spośród nich największym był Georg Philipp Telemann, słynny i niezwykle płodny kompozytor, przyjaciel Händla i Bacha, jak również filozof i poszukiwacz matematycznej doskonałości w muzyce, która dla niego i jemu podobnych była kontynuacją myśli Pitagorasa. Muzykę tworzy linia melodyczna złożona z szeregu liczb nanizanych na nić czasu, a splecenie jej z innymi liczbami tworzy mistyczną harmonię, mogącą uzdrawiać, ale też, przy właściwej częstotliwości rezonansowej, zdolną niszczyć.
Georg wszedł prawie na sam szczyt wieży. Raz jeszcze otworzył notatnik i odczytał zapisane wersety listu:
_Najwspanialsza Agnes,_
_będąc najmłodszą z rodu mego serdecznego przyjaciela, stróża i mecenasa, któremu dozgonną wdzięczność winien jestem, z pokorą błagam o Twe łaskawe usposobienie i przychylność do mej prośby, którą w dalszych słowach wyrażam._
_W tych pałacowych progach zrodziła się wizja cudownej matematycznej konstrukcji mazurków i polonezów zaklętej w geometrię oberka. Ową inspiracją poruszony stworzyłem kantatę, której patron, Twój ojciec Erdmann, już nie zazna, choć dla jego uszu była przeznaczona. Wpisałem w nią harmonię, która z jego życiową energią rezonować miała, a jej wykonanie zdrowie umacniać aż do odzyskania pełni sił. Przekonany będąc, że innym słuchanie mej kantaty pożytków nie dostarczy, a co więcej, w określonych okolicznościach, które w nutach zapisałem, szkodę uczynić może, chętnie bym je w grobowcu przy Erdmannie złożył, uważam jednak, że bardziej podniosłym czynem będzie umieścić je bliżej niebios._
_Schowaj je przeto, droga Agnes, wysoko na wieży, która nad ciałem Twego szlachetnego ojca góruje. Wierzę, że do mojej prośby przychylić się raczysz i ową ołowianą tubę pomiędzy cegłami zamurować każesz w sekrecie, za co z serca z góry dziękuję._
_Najszczersze pozdrowienia dołączam i niniejszym listem przesyłam._
_Georg Philipp Telemann. Spisano w Hamburgu, dnia 5 listopada roku Pańskiego 1745._
Schował notatnik do plecaka, a wyjął ręczny wykrywacz metalu. Nałożył słuchawki i rozpoczął metodyczne poszukiwania. Jakiś czas temu wpadł mu w ręce artykuł o tym, że zamek w Sorau zostanie przekazany władzom miejskim, które planują jego rewitalizację. Dla Georga był to ostatni dzwonek, by bezpiecznie się tu rozejrzeć. O siódmej zapadły ciemności, lecz on, przyświecając sobie małą latarką, omiatał końcówką detektora cegłę po cegle. Po ponad godzinie monotonnej pracy usłyszał w słuchawkach głośny, przeciągły pisk. Oznaczył miejsce kredą. Wykrywacz zastąpił dłutem i młotkiem. Po kilku ostrożnych puknięciach bez trudu wyjął najpierw jedną, później drugą, a w końcu wszystkie cegły zasłaniające skrytkę w murze. Znajdował się bardzo wysoko, pod ostatnim podestem z rozpadającą się podłogą. Wsunął głęboko dłoń w chłodny otwór. Po chwili opuszkami palców wyczuł obły przedmiot. Chwycił go i pociągnął do siebie. Po krótkich zmaganiach ciężka ołowiana tuleja wypadła na stopień schodów. Georg ją przydepnął, zapobiegając jej upadkowi w czeluść klatki schodowej.
Podniósł znalezisko i zaczął mu się uważnie przyglądać. Miał w rękach trzydziestocentymetrową rurkę zaplombowaną na obu końcach woskowymi pieczęciami. Aby dobrać się do zawartości, należałoby je usunąć, a na to nie miał teraz czasu ani odpowiednich warunków.
Drżącymi z podniecenia dłońmi ukrył tubę w plecaku. Już chciał ruszyć w drogę powrotną, gdy jego wzrok padł na rozrzucone cegły i świeżą dziurę w ścianie. Nie, nie mógł tego tak zostawić. Nikt nie powinien się dowiedzieć, że w murze wieży znajdowała się tajna skrytka. Z kieszeni plecaka wyjął nóż myśliwski. Zestrugał krawędź drewnianego stopnia w zwijające się spiralnie wióry, uformował z nich kopczyk i obłożył odłupanymi drzazgami. Wsunął w tę prymitywną konstrukcję zapaloną zapałkę i patrzył przez chwilę, jak mały płomień rośnie i zaczyna łapczywie, niczym żywe stworzenie, lizać suche schody i starą poręcz. Gdy miał pewność, że żaden przypadkowy podmuch wiatru nie zniweczy jego dzieła, pospiesznie ruszył w dół. Odległość dzielącą go od samochodu pokonał niemal biegiem. Plecak rzucił na tylne siedzenie, po czym wyjechał z parkingu, kierując się w stronę granicy. We wstecznym lusterku dostrzegł jeszcze, jak wieża bucha pulsującym płomieniem i niczym gigantyczna pochodnia oświetla mury zamku i pogrążone w mroku miasteczko. Sprawdził godzinę – parę minut po dziewiątej. Jak dobrze pójdzie, znajdzie się w domu, zanim wstanie świt.ROZDZIAŁ 1
_niedziela, 10 listopada,_
_Warszawa_
Od rana padał deszcz. Niebo przykryły ciężkie ołowiane chmury, czyniąc środek dnia niemal zmierzchem. Uliczne latarnie zapaliły się przedwcześnie, a ich mdłe światło tworzyło iluzję mieniącej się tęczowo kurtyny utkanej misternie z gęsto padających kropel porywanych od czasu do czasu mocniejszymi podmuchami wiatru.
Kapitan ABW Zygmunt Friszer szedł Nowym Światem w kierunku Hotelu Sheraton, dokąd został wezwany w trybie pilnym. Odebrał telefon, gdy od pół godziny siedział w swoim ulubionym, nieco zapuszczonym lokaliku i kończył jeść lunch, na który wybrał tradycyjny rosół z wermiszelem, na danie główne kotlet schabowy z kością, a do tego mizerię ze śmietaną tak gęstą, że mogłaby w niej stać łyżka, i oczywiście opiekane ziemniaki. Klnąc w myślach na przełożonych, którzy nie po raz pierwszy pozbawiali go wolnego weekendu, zakropił niedzielny posiłek i swoją złość na niesprawiedliwy los solidnym kieliszkiem porządnie schłodzonej wódki. Stawiał duże kroki, starając się omijać rozległe kałuże na chodniku. Ręce schował w kieszeniach obszernego płaszcza, który zdążył już nasiąknąć deszczem i brzydko pociemniał na ramionach. Zyga nie uznawał parasoli. Jego głowę chronił kapelusz – klasyczna fedora przywodząca na myśl bohaterów starych filmów gangsterskich. Zbierająca się na rondzie woda spływała mu cienkimi strużkami na tors. Pogoda była paskudna i zupełnie nie sprzyjała spacerom. Friszer przyspieszył i uważnie się rozglądając, przeskoczył skrzyżowanie z Książęcą, nie zważając na czerwone światło. Ostatnie trzysta metrów dzielące go od wejścia do hotelowego lobby pokonał prawie biegiem. Już z daleka zauważył stojącą pod szklanym daszkiem podkomisarz Ewę Dzik, która nieskutecznie chroniąc się przed zacinającym deszczem, paliła cienkiego papierosa.
– No cześć, Ewo, dobiegłem – przywitał się, nie zdejmując kapelusza, z którego skapywały krople wody.
– Hej – odpowiedziała krótko.
Już po tym można było stwierdzić, że ma się do czynienia z osobą nielubiącą trwonić czasu na pogaduszki. Szybkim, nerwowym ruchem zgasiła papierosa, wciskając go w popielniczkę pod ścianą. Niedopałek zasyczał cicho w mokrym piasku.
– Chodźmy! – wydała dyspozycję i nie oglądając się za siebie, ruszyła w stronę obrotowych drzwi.
Friszer podążył za nią bez słowa. Wsiedli do windy i wjechali na szóste piętro.
Stojącemu przy wyjściu funkcjonariuszowi w cywilu Ewa rzuciła tylko krótkie spojrzenie i mignęła policyjną odznaką, a on w milczeniu wskazał ręką, w którym kierunku mają iść. W korytarzu minęli dwóch techników z przepastnymi torbami wypełnionymi różnorakim sprzętem do zbierania próbek i śladów. Mundurowy pilnujący drzwi apartamentu rozpoznał Ewę i pozwolił im wejść do środka. W folderach reklamowych opisano to lokum jako „apartament junior”, co według Friszera było lekkim nadużyciem, bo nie było ono ani przestronne, ani przesadnie luksusowe: ot, dwa pokoje, jeden z dużym łóżkiem.
Na środku mniejszego pomieszczenia ktoś postawił krzesło i skrępował siedzącego na nim półnagiego mężczyznę. Nie żył od kilku, może kilkunastu godzin. Denat miał około pięćdziesięciu lat, szczupłe ciało i znaczną łysinę czołową. Resztka włosów, długich i przetłuszczonych, opadała na nijaką twarz. Z jego oczu, uszu i nosa wyciekły strużki krwi i zastygły cienkimi liniami na piersi. Na podłodze walały się rozrzucone fotokopie jakichś dokumentów. Po bliższych oględzinach można było stwierdzić, że widnieje na nich napisany odręcznie list, a spora ich część to arkusze papieru nutowego pokrytego także ręcznie zapisanymi znakami, które przypominały ziarenka rozsypanego maku.
Zyga, przyświecając sobie latarką w telefonie, przypatrywał się uważnie śladom krwi. Zwrócił uwagę na wyraźne, okrągłe odgniecenia wokół uszu ofiary.
– Od czego to może być? – zastanawiał się głośno.
– Słuchawki. Facet miał na uszach słuchawki – skonstatowała krótko podkomisarz Dzik i zaczęła się rozglądać za nimi po pokoju, lecz ich nie znalazła. – Dziwne… Ktoś musiał je stąd zabrać. Może technicy? – Nie do końca wierzyła w taki przypadek.
Friszer zrobił telefonem zdjęcie odcisku słuchawek i zaczął oglądać węzły na nadgarstkach denata. Ręce miał skrępowane z tyłu kawałkiem linki, jaką można kupić w każdym markecie budowlanym. Nie znalazł niczego charakterystycznego w sposobie wiązania: kilka razy okręcone przeguby i zwykły supeł.
– Wiemy, kto to? – spytał Ewę.
– Zameldował się na podstawie niemieckiego dowodu osobistego. Georg Telman prowadził mały antykwariat w Hamburgu. Jeździł po świecie, głównie po Europie. Bywał także w Polsce, zapewne w interesach. Zdążyłam przejrzeć wpisy na stronie jego firmy oraz posty w mediach społecznościowych – dorzuciła, widząc pytający wzrok Friszera.
– Chyba nieźle z tego żył, skoro stać go było na taki drogi hotel, zwłaszcza że ze względu na jutrzejsze święto ceny pewnie jeszcze podskoczyły. – Zyga nie krył zdumienia. Zawsze mu się wydawało, że handlarze starociami są tacy jak przedmioty, z którymi mają do czynienia: starzy, podniszczeni i bez szans na miejsce na najwyższej półce.
Przyklęknął na jedno kolano i gumową końcówką ołówka przesuwał leżące na podłodze kartki. Najpierw przypatrzył się kserokopii listu napisanego po niemiecku, z którego zrozumiał tylko datę: 5 listopada 1745. Następnie zaczął przeglądać nuty. Nie potrafił ich odczytać. Kilkakrotnie sfotografował każdą kartkę, aby mieć pewność, że wszystkie szczegóły będą ostre.
– Można zabrać te papiery. Domyślam się, że ekipa coś na nie zostawiła?
Ewa skinęła głową i wskazała foliowe koszulki. W tym momencie zjawił się mały zespół z noszami i czarnym workiem. Sprawnie zajęli się umieszczaniem w nim zwłok.
– No dobra – odezwała się podkomisarz, gdy zostali sami. – Mam robotę. Prokurator na mnie czeka, muszę iść z nim pogadać.
– Czekaj chwilę! Co mówili ludzie z recepcji? Ktoś go odwiedził?
– Oficjalnie nikt. Na nagraniu widać rosłego faceta w ciemnej kurtce z kapturem, z którym ofiara wchodzi do windy o pierwszej w nocy.
– I już?
– I już. Więcej nic się nie nagrało. Ani na szóstym piętrze, ani na korytarzach pracowniczych. Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał, a z nocnym ochroniarzem nie ma kontaktu.
– Jak to „nie ma kontaktu”? Nie żyje czy urwał się na Bahamy?
– Jest nieprzytomny. Poranna zmiana znalazła go leżącego w toalecie z potężną wybroczyną na łysej głowie. Ostatni ruch w przejściu pracowniczym, które sprawdzał, był o trzeciej czterdzieści. System podaje, że hotel opuściła jakaś Karolina. Sprawdziliśmy: dziewczyna od trzech dni jest na urlopie w Egipcie. Czyli jej kartę ktoś ukradł albo zhakował.
– Słuchaj, Ewa… – zaczął Zyga znudzonym tonem. – Mnie to wygląda na zwykłą policyjną robotę: jest trup i dochodzenie. Nie bardzo rozumiem, gdzie tu sprawy bezpieczeństwa państwa. Że niby dlaczego? Bo jutro jest jedenasty listopada?
– Nie ja cię tu wezwałam – ucięła krótko. – Widocznie są jakieś powody. Gadaj ze swoim szefem, a nie ze mną. Ja muszę zejść do lobby i zdać raport.
Friszer prychnął zirytowany. Sprawy, którymi się zajmował, dotyczyły zagrożeń cybernetycznych na wielką skalę. A to, co tutaj zastał, wyglądało na morderstwo na tle rabunkowym. W milczeniu wyciągnął telefon i wybrał numer przełożonego. Ewa, zbierając się do wyjścia, starała się nie słuchać jego przyciszonej rozmowy. Nagle Zyga, chowając aparat, krzyknął w jej stronę:
– Ewo, dokąd technicy zabrali elektronikę ofiary?
– Pewnie jak zwykle do laboratorium, bo co?
– To dzwoń do nich, niech niczego nie ruszają i przywiozą ją tutaj albo do mnie.
Podkomisarz Dzik odszukała numer jednego z techników. Włączyła tryb głośnomówiący.
– Halo.
– Dzik z tej strony. Dokąd zawieźliście fanty?
– Donikąd. Czekamy, aż skończycie. Stoimy pod hotelem i jaramy szlugi. Chcesz do nas dołączyć?
– Nie, dzięki, w taką pogodę to żadna frajda. Zabezpieczyliście jakąś elektronikę?
– Taa, no pewnie – odpowiedział technik, ziewając.
– To przynieście z powrotem do pokoju. Kapitan Friszer jej potrzebuje.
– Powiedz temu swojemu kapitanowi, żeby sam się pofatygował. Musimy pilnować samochodu.
Ewa rozłączyła się bez uprzedzenia. Dalsza konwersacja z technikiem abnegatem nie miała sensu.
– Musisz zejść na dół – rzuciła krótko do Zygi, zupełnie niepotrzebnie, bo ten już był w progu.
Na ulicy bez trudu wypatrzył szarą furgonetkę. Zastukał natarczywie w boczne drzwi. Jeden z techników wyskoczył i usłużnie je odsunął. Widok oficera najwyraźniej go zdyscyplinował. Zyga wślizgnął się do środka i otworzył wskazaną torbę. Znalazł laptop, telefon, tablet i słuchawki w białym etui. Podpisał dokumenty i zabrał urządzenia. Podczas całej operacji nie zaszczycił zblazowanych techników ani jednym słowem. Sprawdził tylko, czy na każdym przedmiocie są ślady szarego proszku. Wrócił do hotelowego lobby, wjechał na szóste piętro i zahaczył o barek dla gości VIP, żeby nalać sobie porządną porcję whisky. W końcu oficjalnie nie był na służbie.
W pokoju nie zastał już nikogo. Usiadł przy biurku i ostrożnie wyjął urządzenia. Telefon zabezpieczono biometrycznie. Tablet włączył się bez komplikacji. Zaczął od przejrzenia poczty. Przeszukanie załączników nasunęło pewien trop. Dwa maile wysłane przed dwoma tygodniami zawierały skany rękopisów nutowych i listu. Friszer wyświetlił na swoim telefonie fotografie papierów znalezionych przy ofierze i zaczął porównywać. Charakter pisma wydawał się identyczny. W drugim mailu znajdował się fragment listu, którego całość Zyga także sfotografował. Odbiorcą maili był ktoś, kto posługiwał się adresem złożonym z przypadkowych liter i cyfr, a lakoniczne odpowiedzi wysyłał niepodpisane. Szukając dalej, natknął się na najnowszą wiadomość sprzed dwóch dni – z informacją o spotkaniu w Sheratonie i potwierdzeniem terminu na dzisiaj o dwudziestej trzeciej.
Wrócił do przyglądania się nutom. Co takiego w nich było, że zainteresowała się nimi grupa hakerów? Właśnie taką wiadomość otrzymał od szefa – Echelon potwierdził, że tajemniczy adres można przypisać cyberprzestępcom. Nuty… Telemann… Telman… Układanka miała zbyt mało elementów. Zaczął się zastanawiać, czy zna kogoś, kto mógłby go wesprzeć, i przyszła mu na myśl Olga Weiss. Nie tylko płynnie mówiła po niemiecku, ale była też wirtuozką violi da gamba. A do niedawna również tajną współpracowniczką CIA. Nadawałaby się wybitnie.
Zaczął przeglądać kontakty, nie miał jednak jej numeru. I nagle go olśniło – Tomasz Szczerzec! Jeśli nic się nie zmieniło, to jest partnerem Olgi. A jego numer Zyga miał. Wybrał go i przyłożył telefon do ucha.
– Kapitan Friszer?
– Tak jest, mecenasie, kapitanie Szczerzec!
– Czemu zawdzięczam ten telefon w niedzielne popołudnie?
– Prawdę mówiąc, szukam pani Olgi. Mam do niej wielką prośbę o pomoc w kwestiach muzycznych.
– To tym zajmuje się oficer ABW w wolnych chwilach? No, no, gratuluję! – W głosie Tomasza pomimo ironii słychać było dużą dozę sympatii.
– Wolne to one nie są – westchnął Zyga. – Mamy morderstwo antykwariusza z Niemiec, który handlował barokowymi nutami. Pomyślałem, że pani Olga rzuci nieco światła na materiał dowodowy… I trochę mi się spieszy…
– Proszę poczekać. – Tomasz zasłonił mikrofon ręką. Po chwili odezwał się znowu: – Olga mówi, że chętnie panu pomoże. Kiedy chciałby pan się spotkać?
– Jak najprędzej! Jestem w Sheratonie.
– Skoro tak, to zapraszamy do nas. Mieszkamy bardzo blisko.
Zyga powtórzył podany adres.
– Będę za kwadrans. Dziękuję!
Poskładał dokumenty, schował elektronikę do foliowych toreb, wsunął je pod płaszcz i wyszedł z feralnego apartamentu.ROZDZIAŁ 2
_niedziela, 10 listopada,_
_Warszawa_
Późnym popołudniem pociąg metra z metalicznym zgrzytem wjechał na peron stacji Politechnika. O tej porze ruch był niewielki, zwłaszcza że pogoda nie sprzyjała eskapadom i spacerom. Nieliczni podróżujący byli rozrzuceni po całym peronie, wpatrzeni w ekrany swoich telefonów albo w pustkę. Na jego końcu stało dwoje młodych ludzi. Dziewczyna z zaangażowaniem tłumaczyła coś chłopakowi, który skwapliwie przytakiwał każdemu jej zdaniu, kiwając głową w bejsbolówce z prostym daszkiem. Upodabniało go to do dziwacznego ptaka wykonującego taniec godowy wokół krytycznie oceniającej jego występ samicy. Pociąg zatrzymał się z szumem i piskiem, po czym drzwi się otworzyły i wysiadło zaledwie kilka osób. Z ostatniego wagonu wyszedł rosły mężczyzna ubrany w obszerną granatową kurtkę z nasuniętym na głowę kapturem. W ręku niósł reklamówkę. Szybkim, zdecydowanym krokiem zmierzał wprost do wyjścia i po chwili zniknął na schodach.
Młodzi ludzie wsiedli do tego samego wagonu, korzystając z ostatnich drzwi, i zajęli dwa wolne krzesełka obok rudej dziewczyny zasłuchanej w coś, co grało w jej niebieskich słuchawkach. Drzwi się zamknęły i pociąg z lekkim szarpnięciem ruszył w kierunku centrum. W tej samej chwili dziewczyna ze słuchawkami osunęła się bezwładnie, a jej głowa wylądowała na kolanach rozgadanej współpasażerki.
– Hej, no co ty? – krzyknęła ta zdumiona, patrząc na drobne ciało rudzielca.
Uniosła je za ramiona, jakby chciała zepchnąć z siebie intruzkę. Głowa ze słuchawkami na uszach przekręciła się, ukazując bladą, nieruchomą twarz z cieknącymi z nosa cienkimi strużkami krwi. Dziewczyna skoczyła na równe nogi, odrzucając z przestrachem bezwładne ciało, które upadło na podłogę. Słuchawki zsunęły się z uszu, z których obficie wyciekła czerwona, gęsta ciecz, tworząc niewielką kałużę na brudnej podłodze.
Pociąg przyspieszył. Siedzący naprzeciwko nich młody mężczyzna opadł na znajdujący się obok pusty fotel, uderzając głową w poręcz. Jego pokaźnych rozmiarów słuchawki spadły na podłogę, odsłaniając broczące krwią uszy. Chłopak w bejsbolówce zerwał się już z miejsca wraz ze swoją towarzyszką. Popatrzyli na siebie przerażonym wzrokiem i zaczęli krzyczeć. Dziewczyna rzuciła się do interkomu służącego do rozmów z maszynistą i szybkimi, nerwowymi ruchami kilkakrotnie nacisnęła czarny przycisk, wykrzykując bezładnie do mikrofonu:
– Trupy! Dwa trupy… Oni nie żyją! Z głowy leci im krew. Z uszu i z nosa. Policja! Niech pan wezwie policję!
– Proszę zachować spokój i niczego nie dotykać, za chwilę będziemy na stacji – odezwał się zniekształcony i odrobinę mechaniczny głos maszynisty.
Po kilkunastu sekundach pociąg wjechał na peron i się zatrzymał. Jednakże drzwi się nie otwierały. Zniecierpliwieni pasażerowie bezskutecznie szarpali za uchwyty.
– Szanowni państwo… – Z głośników popłynął głos maszynisty. – W pociągu doszło do wypadku. Czekamy na przybycie policji i innych służb. Do tego czasu nikt nie może wysiąść. Prosimy o pozostanie na swoich miejscach.
Komunikat został powtórzony dwukrotnie. Zdumieni ludzie w ciszy usiedli z powrotem na krzesełkach. Jedynie z ostatniego wagonu dochodził przeraźliwy, niemilknący kobiecy krzyk.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki