Akt drugi. Jak bliskie spotkania ze śmiercią uczą nas żyć pełnią życia - ebook
Akt drugi. Jak bliskie spotkania ze śmiercią uczą nas żyć pełnią życia - ebook
„Od ponad dwudziestu lat pracuję jako lekarz intensywnej opieki medycznej i zajmuję się pacjentami błądzącymi w gęstej mgle pomiędzy życiem a śmiercią. W swojej karierze spotkałem już setki osób, których serce przestało pracować i umarły, potem jednak, dzięki resuscytacji, odzyskały życie. Od dawna uważam, że to właśnie tych ludzi powinniśmy słuchać, a nie liderów biznesu czy influencerów. Bo to oni wiedzą, co liczy się naprawdę”.
Dr Matt Morgan poznał setki ludzi, którzy dosłownie wrócili z martwych. Ich serca przestały bić, ciała na nic nie reagowały – jednak dzięki nowoczesnym technikom intensywnej terapii odzyskali życie.
Jedną z takich osób jest Ed. Szedł przez łąki, gdy zobaczył błysk i usłyszał huk. Uderzył w niego piorun, a prąd o napięciu trzystu milionów woltów zatrzymał jego serce. Reanimacja przywróciła mu życie. Dziś jest innym człowiekiem – każdego dnia pamięta, jak cienka jest granica między życiem a śmiercią.
W książce „Akt drugi” dr Matt Morgan opisuje historie pacjentów, którzy przeszli hipotermię, zawał, przeszczep lub przedawkowali – i szczęśliwie wrócili do świata żywych, by odkryć, jak mogą wykorzystać tę drugą szansę, którą zesłał im los. Dr Morgan dzieli się ich doświadczeniami oraz własnymi refleksjami na temat tego, jak najlepiej spożytkować dany nam czas.
Czego możemy nauczyć się od tych, którzy już raz umarli?
Morgan ma talent do pisania w prosty i szczery sposób o sprawach, które martwią większość z nas. Przejmująca i pokrzepiająca książka. – „The Times”
„Akt drugi” łączy barwną narrację z głęboką refleksją. Apeluje, byśmy nie pozwolili, by umknął nam cud bycia żywym. Inspiruje i pociesza. – dr Kathryn Mannix, autorka i lekarka
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68639-35-3 |
| Rozmiar pliku: | 4,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Win, wiek: dziewięćdziesiąt siedem lat
Przyczyna śmierci: życie
Mam dla was złą wiadomość – umrzecie. Ja też umrę. Wszyscy umrzemy. Steve Jobs powiedział kiedyś, że „śmierć jest najlepszym wynalazkiem życia”. Życie wieczne nie byłoby żadnym życiem. Są jednak ludzie, którzy poznali i jedną, i drugą stronę. Zajrzeli w ciemność, a potem powrócili, aby żyć na nowo. Należą oni do elitarnego klubu zaledwie sześciu procent osób, którym udało się przeżyć nagłe zatrzymanie krążenia, a więc ich serce przestało bić, ale potem znów zaczęło pracować. Czy możemy się czegoś od nich nauczyć? Życie pędzi naprzód, ale łatwiej je zrozumieć z pewnej perspektywy, zacznijmy zatem nie od początku, lecz od końca.
Nigdy wcześniej nie uczestniczyłem w pogrzebie w dniu własnych urodzin. I nie był to zresztą ostatni raz. Po śmierci ciotki Win wiele miało się w moim życiu zmienić, wypaczyć i przeobrazić. Zagubiłem się, a potem odnalazłem dzięki zebranym w tej książce radom, jakie otrzymałem od osób, które otarły się o śmierć. Pięć lat później, również w dniu swoich urodzin, po raz drugi byłem na pogrzebie, który nauczył mnie lepiej żyć.
Ciotka Win zmarła w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat. Wiodła wspaniałe życie, więc jej pożegnanie niekoniecznie musiało być smutne. I pod wieloma względami takie nie było. Tradycja i normy kulturowe narzucają pogrzebom ton powagi i skupiają się raczej na stracie niż schedzie po zmarłym. W dniu pochówku niebo było pochmurne, niemal grafitowe, jakby natura również chciała dołączyć do orszaku odzianych w ciężkie wełniane płaszcze żałobników, którzy szczelnie owinęli ściśnięte gardła ciepłymi szalikami. Bezlistne drzewa wyciągnęły swe kościste ramiona ku niebu i przyglądały się wszystkiemu w milczeniu. Jako jeden z sześciu niosłem trumnę Win na ramieniu, a pod moimi wypolerowanymi butami szeleściła zmarznięta trawa, wyznaczając rytm, w jaki należało się poruszać. Złożyliśmy ją w pachnącym kadzidłem kościele z ciosanego kamienia, w którym na chwilę schroniła się przed zimną, wilgotną ziemią. Kiedy później opuszczano trumnę, zaczęło mżyć. Wiatr niósł szept ostatnich pożegnań – żal mieszał się z przejmującą świadomością tego, jak kruche jest piękno ludzkiego życia. Aby zerwać z tradycją i rozproszyć smutek, odczytałem mowę pogrzebową, którą przygotowałem w postaci listu:
Kochana Ciociu Win,
Nigdy wcześniej nie pisałem do zmarłych, ale ta forma wypowiedzi wydała mi się wyjątkowo odpowiednia. Początkowo chciałem napisać coś o Tobie, potem jednak uznałem, że może napiszę do Ciebie? Ten list nie jest tylko ode mnie, lecz także od wszystkich tu obecnych – chcemy Ci w ten sposób podziękować, zwrócić się do Ciebie i się z Tobą pożegnać.
Dziewięćdziesiąt siedem lat to szmat czasu – pięć tysięcy czterdzieści cztery soboty i leniwe niedziele, tysiąc sto sześćdziesiąt cztery pełnie Księżyca i sześć zaćmień Słońca. Siedem razy zmieniałaś dom, pięć razy miejsce pracy i dwukrotnie przyjęłaś oświadczyny. Twoje serce wykonało trzy miliardy uderzeń.
W Twojej historii nie liczy się jednak wyłącznie to, jak długo trwała, ale także wszystko, co zdołałaś zobaczyć, usłyszeć, powiedzieć i przeżyć.
Za Twojego życia powstało BBC, kobietom powyżej dwudziestu jeden lat przyznano prawa wyborcze, wynaleziono penicylinę, umarł król, drugi abdykował, wybrano nowego, a potem królową, była wojna i niemieckie naloty bombowe, krajem rządził Churchill, nastąpiło lądowanie aliantów w Normandii i Dzień Zwycięstwa, utworzono publiczną ochronę zdrowia, w Londynie odbyły się igrzyska olimpijskie, odkryto DNA, Anglia wygrała mistrzostwa świata w piłce nożnej, ludzie oszaleli na punkcie Beatlesów i latali Concorde’ami, pożegnano się z szylingiem, dołączyliśmy do Unii Europejskiej, a potem z niej wyszliśmy, powstał internet i telefony komórkowe, zmieniali się prezydenci i premierzy, w świecie muzyki i filmu pojawiały się, a potem znikały kolejne gwiazdy, a ty wciąż byłaś na posterunku.
Twoje życie trwało długo i zdołałaś wiele zobaczyć, usłyszeć, powiedzieć i przeżyć. Ale w twojej historii liczy się coś jeszcze – kim byłaś lub nadal jesteś:
córką,
siostrą,
bratanicą i siostrzenicą,
ciocią,
pracowniczką farmy,
dla niektórych drugą matką,
opoką,
powierniczką,
bywalczynią cmentarza,
źródłem dumy, mądrości i inspiracji,
tancerką, sekretarką, bohaterką wojenną,
konspiratorką wytyczającą na mapach cele ataków,
nadawczynią setek kartek bożonarodzeniowych każdego roku,
przyjaciółką dla tak wielu,
niezmordowaną dostarczycielką ciastek i batoników KitKat,
a dla mnie po prostu ciocią Win,
kochaną przez wszystkich – wczoraj, dziś i zawsze.
Twoi
przyjaciele, rodzina i wszyscy szczęściarze, którym dane było Cię poznać.
PS Odpisz nam, jeśli możesz.
Mam wrażenie, że to pomogło. Wybrzmiewa ostatni dźwięk organów i nastrój wyczuwalnie się zmienia. Powagę zastępuje poczucie braterstwa. Znad grobu żałobnicy udają się do domu Win. Towarzystwo daje poczucie ciepła i otuchy. Atmosfera staje się lżejsza, słychać szum rozmów i pobrzękiwanie filiżanek. W powietrzu nie unosi się już wilgotny kościelny zapach, lecz aromat świeżo upieczonych bułeczek i wina.
Na stole ustawiono oprawione w ramkę zdjęcie Win uwieczniające jedną z radosnych chwil jej długiego, szczęśliwego życia. Wokół zbierają się żałobnicy, wskazują je palcem i pełnym czułości oraz nostalgii głosem dzielą się wspomnieniami. W tle słychać ulubione walijskie hymny Win. Dzieci bawią się cicho po kątach. Wspomnienia i śmiech przenikają się nawzajem, niczym jednocząca wszystkich, niewidzialna wstęga sięgająca samej Win. Po chwili następuje wymiana gestów będących milczącą obietnicą przechowywania pamięci o zmarłej – uściski i potrząśnięcia dłoni. Padają słowa: „Musimy się wkrótce zobaczyć”, choć wszyscy wiedzą, że następną okazją może być ich własny pogrzeb.
Gości jest coraz mniej, zgiełk powoli zastępuje poczucie, że coś się skończyło. Ludzie rozchodzą się do domów, pocieszając się myślą, że piękno i kruchość życia najlepiej uhonorować, otaczając troską tych, którzy jeszcze z nami są. To był cudowny dzień. Nagle uderza mnie myśl, że Win bardzo by się to wszystko spodobało – muzyka, ludzie, jedzenie, czytania… Dobrze by się bawiła, gdyby mogła być na własnym pogrzebie.
Od ponad dwudziestu lat pracuję jako lekarz intensywnej opieki medycznej i zajmuję się pacjentami błądzącymi w gęstej mgle, stąpającymi ostrożnie pomiędzy życiem i śmiercią.
Lekarz intensywnej opieki medycznej:
intensywista, lekarz zapewniający specjalistyczną opiekę pacjentom w stanie krytycznym, specjalista intensywnej opieki medycznej, specjalista intensywnej terapii, specjalista resuscytacji, a równocześnie po prostu zwykły człowiek wykonujący swoją pracę.
Choć jedna osoba na pięć spośród nas zdaje sobie sprawę, że ostatecznie umrze na oddziale intensywnej terapii, wielu nie będzie nawet wiedzieć, co to takiego. Oddział intensywnej opieki medycznej (OIOM, OIT) to przestrzeń, w której to, co niezwykłe, staje się rutyną, życie nieustannie balansuje na krawędzi, a każda minuta to walka z czasem. Z drugiej strony jest to całkiem zwyczajne miejsce – personel przychodzi tu do pracy, pije herbatę, wychodzi na przerwy obiadowe, drukarki przestają działać, a spłuczki w toaletach przeciekają. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że zwykli ludzie dzięki zwykłym przedmiotom dokonują tam rzeczy niezwykłych. OIOM to mikrokosmos życia, w przyspieszeniu.
W latach czterdziestych, kiedy urodził się mój tata, oddziały intensywnej opieki medycznej właściwie nie istniały. Dopiero podczas globalnej epidemii wirusa polio w 1952 roku lekarz Bjørn Ibsen włożył rurkę do tchawicy dwunastoletniej dziewczynki o imieniu Vivi, dając podwaliny współczesnej intensywnej terapii. Niemniej, jak to zwykle bywa, to nie zabiegi, sprzęt czy leki czynią OIOM-y wyjątkowymi, lecz pracujący w nich ludzie. Vivi przeżyła dzięki zespołowi tysiąca pięciuset studentów medycyny, którzy całymi godzinami, dniami, tygodniami i miesiącami na zmianę ściskali podłączony do rurki dotchawiczej worek. To dzięki tym ludziom dziewczynka mogła opuścić szpital, dojrzeć, zakochać się i podróżować. Prawie siedemdziesiąt lat później, wskutek kolejnej globalnej epidemii, pracownicy OIOM-ów doczekali się wreszcie osobnej nazwy w Oxford English Dictionary – intensywistów. Jestem więc „pracownikiem medycznym specjalizującym się w intensywnej terapii”. Ale też zwykłym człowiekiem pracującym we wspaniałym miejscu, ze wspaniałym zespołem.
Pierwszą rzeczą, która przykuwa uwagę na oddziale intensywnej terapii, jest symfonia dźwięków i szumu skomplikowanej aparatury – respiratorów, pomp infuzyjnych, sprzętu do dializy i monitorów, które niczym orkiestra synchronizują swoją pracę, aby utrzymać pacjenta przy życiu. Łóżka nie są tu bynajmniej miejscami odpoczynku, lecz centrum podwyższonej aktywności – otacza je supernowoczesny sprzęt, a co najważniejsze dogląda ich nieustannie specjalny pielęgniarz lub pielęgniarka. Ci niedoceniani bohaterowie świadczą całodobową opiekę, skrupulatnie monitorując każde uderzenie serca i każdy oddech.
Pacjenci oddziałów intensywnej terapii to najbardziej chore osoby w szpitalu, walczące z niewydolnością narządów wewnętrznych – płuc, które przestały oddychać, słabnących serc lub nerek, które nie filtrują krwi. Przyczyny tego stanu rzeczy bywają różne – od poważnych zakażeń i powikłań pooperacyjnych, po ciężkie urazy i choroby, w których organizm atakuje sam siebie. Trudno się więc dziwić, że czasem tracę rezon, kiedy muszę sobie natychmiast przypomnieć wszystkie z możliwych trzynastu tysięcy procedur diagnostycznych, sześciu tysięcy dostępnych leków i czterech tysięcy zabiegów chirurgicznych. Staram się wtedy równoważyć logiczne podejście naukowe z nieodzownym pierwiastkiem ludzkim, czyli nie myśleć trzewiami i nie srać mózgiem.
Oddziały intensywnej terapii są też tyglem innowacji. Czerpiąc z rozwiązań stosowanych w lotnictwie i kognitywistyce, posługujemy się listami kontrolnymi i technikami zarządzania zasobami, aby zminimalizować ryzyko błędu i zwiększyć bezpieczeństwo pacjentów. Dzięki tym strategiom, mimo panującego zamieszania, każdy pacjent może liczyć na najwyższy standard opieki, precyzyjnie dopasowany do jego indywidualnych potrzeb.
Wszystko ma jednak swoją cenę. Jedna noc na oddziale intensywnej terapii może kosztować nawet trzy tysiące funtów. Ale przynosi to realne skutki. OIOM-y ratują ludzkie życie. Dzięki coraz lepszym rozwiązaniom systemowym, wykształceniu i sprzętowi oraz leczeniu opartemu na dowodach naukowych średni odsetek przypadków śmiertelnych wśród poważnie chorych sukcesywnie spada. Obecnie na całym świecie każdego roku na oddziały intensywnej terapii trafia trzydzieści milionów pacjentów, z czego dwadzieścia cztery miliony przeżywają. Licząc od pierwszej pacjentki, można więc oszacować, że na OIT-ach uratowano dotąd około pół miliarda ludzi.
Oprócz kosztów, technologii i procedur na każdym oddziale intensywnej opieki medycznej najbardziej liczy się jednak emocjonalny i etyczny wymiar życia. Zdolność zdrowienia współistnieje tam z kruchością ludzkiej egzystencji, każde zwycięstwo zdobywa się z trudem, a każdą stratę mocno przeżywa. Pracujący tu personel działa w warunkach bezustannego kryzysu, musi się więc wykazać niesłychaną odpornością, empatią i moralną odwagą, aby móc wspierać pacjentów i ich rodziny w najtrudniejszych chwilach. Nie jesteśmy jednak tylko po to, aby ratować ludzkie życie. Naszym zadaniem jest także walka o godną śmierć. Odgrywamy ogromną rolę w każdym z czterech na pięciu przypadków, w których chorzy przeżywają pobyt na OIOM-ie, ale zajmujemy się też tym jednym na pięciu pacjentów, któremu się to niestety nie udaje.
W swojej karierze spotkałem już setki osób, których serce przestało pracować i umarły, potem jednak, wskutek resuscytacji, odzyskały życie. Po pogrzebie ciotki Win, podczas dłużących się dni i podejrzanie szybko mijających lat, zacząłem zdawać sobie sprawę, że zamiast liderów biznesu czy influencerów z mediów społecznościowych powinniśmy raczej słuchać ludzi, którzy przeżyli swoje niezapowiedziane spotkanie ze śmiercią. To oni najlepiej wiedzą, co tak naprawdę się liczy.
Zacząłem więc po pogrzebie Win kolekcjonować słowa i myśli tych pacjentów, a także odpowiedzi, jakich udzielili mi na trudne pytania. Zapisywałem te „podszepty życia” w małym czerwonym notatniku, który zawsze noszę przy sobie w pracy. Z niejedną z tych rad wszyscy się już kiedyś zetknęliśmy – czy to w wierszach lub tekstach piosenek, czy w słowach ukochanych osób. Kiedy jednak dotykamy kresu życia i konfrontujemy się z własną śmiertelnością, te podszepty stają się głośniejsze. Dopiero wtedy wybrzmiewają z pełną mocą. Bo życie łatwiej zrozumieć z perspektywy czasu, choć toczy się naprzód. Każdego roku jedna na sto osób umiera, nie ma więc chyba lepszego momentu, żeby wsłuchać się w te podszepty, niż teraz, kiedy nadal jesteśmy w gronie tych dziewięćdziesięciu dziewięciu szczęśliwców, którzy wciąż żyją.
Chciałbym się z wami podzielić radami udzielonymi mi przez pacjentów, którymi się opiekowałem i z których każdy zmarł w inny sposób. Opowiem o dwóch przyjaciołach rażonych piorunem, o kobiecie, która straciła serce, i o wędkarzu, którego zabrało morze, a także o zamarzniętym alpiniście i lekarzu z niewydolnością serca. Najpierw zapoznamy się z nimi w ich pierwszym życiu, przyjrzymy się ich śmierci i dowiemy się, w jaki sposób zostali ocaleni, a następnie zobaczymy ich w drugim akcie. Sprawdzimy, jak się zmienili i czego możemy się od nich nauczyć, aby lepiej wykorzystać czas, który nam pozostał na tej małej, niebieskiej plamce zwanej Ziemią. Zmarli nie doceniają własnego pogrzebu, a żywi czasem marnują swoje życie.
1 Ten wynik różni się w zależności od kraju, analizowanych danych i tego, jak zdefiniujemy termin „bez szwanku”. Przedstawione dane pochodzą z najnowszych statystyk Stevena C. Brooksa, Garetha R. Clegga, Janet Bray, Charlesa D. Deakina, Gavina D. Perkinsa, Mattiasa Ringha, Christophera M. Smitha i in. przedstawionych w artykule Optimizing Outcomes After Out-of-Hospital Cardiac Arrest With Innovative Approaches to Public-Access Defibrillation: A Scientific Statement From the International Liaison Committee on Resuscitation, w: „Circulation” 2022, nr 13, t. 145, dostępny w internecie: doi.org/10.1161/CIR.0000000000001013. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od autora).
2 W Wielkiej Brytanii funkcjonuje intensive care unit (ICU) – w Polsce często rozróżnia się oddziały intensywnej terapii i oddziały intensywnej opieki medycznej (przyp. red.).
3 Według The World Factbook, corocznej publikacji Centralnej Agencji Wywiadowczej USA, dane te różnią się i wynoszą rocznie od prawie dziewiętnastu na każdy tysiąc osób w Ukrainie do zaledwie jednej na tysiąc w Katarze.1. Rażony piorunem
Ed, wiek: czterdzieści siedem lat
Przyczyna śmierci: piorun
Żyje, aby rozmawiać o miłości i wspominać zmarłych
Ed dobrze zapamiętał dzień swojej śmierci. Dla dorastającego w małym angielskim miasteczku i uwielbiającego piłkę nożną siedemnastolatka piątkowy wieczór mógł oznaczać tylko jedno – wyjście z przyjaciółmi do baru. Trzydzieści lat później umówiłem się na rozmowę z czterdziestosiedmioletnim Edem – brzemię czasu i życiowe zawieruchy odcisnęły na nim wyraźne piętno, ale nie zdołały go złamać. Miał na sobie niebieską bluzę z białym zamkiem, który dobrze komponował się z siwymi włosami w jego starannie przystrzyżonej brodzie, a jednocześnie przecinał jego pierś jak piorun, który uderzył w niego i w jego najlepszego przyjaciela Stuarta trzy dekady temu. Ed dostał drugą szansę, Stuart – niestety nie.
Ed urodził się w małym miasteczku Kenilworth, w Warwickshire, w Anglii. Jego tata, dyplomowany inżynier elektryk, był człowiekiem pracowitym i zasadniczym, a mama zajmowała się domem i Edem oraz jego dwoma braćmi. Przez pewien czas przenosili się to tu, to tam za pracą ojca, wrócili jednak na stałe do rodzinnego miasteczka, kiedy Ed miał dziesięć lat. Jego bracia wkrótce wyjechali na studia i Ed stał się w zasadzie jedynakiem. Potrafił sobie jednak znaleźć zajęcie. Nauka nie przychodziła mu z łatwością, częściowo dlatego, że zamiast rozwijać swoją kreatywność i pasje, uczył się przedmiotów, które wybrali mu rodzice. W szkole nie chodziło jednak tylko o oceny, miał w niej także przyjaciół, którzy sprawiali, że naprawdę dobrze się bawił.
Ed opowiedział mi o dającej oparcie rutynie życia w małym miasteczku – o spotkaniach po szkole w parku, o tym, jak w czwartki planowali piątkowe, a w piątki sobotnie wieczory. Spędzali je w zadymionych knajpach, w których wszyscy wszystkich znali (i z wszystkimi zdążyli się pocałować). Przypominało to moje własne młode lata spędzone w przemysłowym walijskim mieście Neath, gdzie, dziwnym zbiegiem okoliczności, mieszkała chrzestna matka Eda. Nastoletni Ed każdy piątek i sobotę spędzał tak samo. Wyjątkiem był pewien czerwcowy weekend w 1994 roku, kiedy wszystko się zmieniło.
Co roku pod koniec czerwca w Kenilworth odbywał się jarmark z wieloma atrakcjami – z wesołym miasteczkiem, zbyt drogimi i niedopieczonymi hot dogami oraz zupełnie nieprzydatnymi kuchennymi gadżetami. Stoiska rozkładano wśród malowniczych łąk parku Abbey Fields, otoczonego pagórkami, z których zimą zjeżdżało się na sankach.
Tego dnia Ed i czworo jego przyjaciół wpadli wcześnie do baru, po czym udali się na jarmark. Kiedy zaczęło się ściemniać, ruszyli razem przez pola w stronę głównej drogi. Najlepszy przyjaciel Eda, Stuart, miał pojechać do domu taksówką, ponieważ jego rodzice byli na wakacjach w Europie. Szesnastoletni Stuart, najmłodszy w grupie, był niewysoki, lecz krępej postury, w związku z czym świetnie nadawał się do gry na pozycji środkowego pomocnika w zespole rugby w pobliskim Leamington. Ed zaprzyjaźnił się z nim, kiedy Stuart zaczął uczęszczać do miejscowej szkoły średniej. Często po lekcjach pili rozpuszczalną kawę z mlekiem w domu Eda, a potem Stuart wracał na rowerze do domu.
Odgłosy jarmarku cichły w oddali i zaczęło padać. Ciężkie krople szybko przemoczyły swetry, które trzymali nad głowami. Ed i jego przyjaciółka Emma szli przodem, podczas gdy Stuart i jego dziewczyna schronili się pod jednym z dużych dębów rosnących na łąkach.
„I nagle bum!”, powiedział Ed, podnosząc do góry dłonie.
Potężny piorun o różnicy potencjałów wynoszącej trzystu milionów woltów, niosący porcję energii, która wystarczyłaby, aby zaopatrywać aż przez minutę moje rodzinne miasto Cardiff, uderzył w ziemię. Emma upadła do tyłu, rozkładając przy tym ręce i nogi na boki, jakby robiła pajacyka. Ed zapamiętał błysk i gwałtowne szarpnięcie w dół, na ziemię. Miał wrażenie, że coś go zgniata, jak aluminiową puszkę. A potem umarł.
Przyczyną zatrzymania krążenia po uderzeniu pioruna jest zwykle bezpośrednie uszkodzenie kontrolujących pracę serca komórek. Nawet krótkie spięcie – usterka, z którą tata Eda miał często do czynienia, serwisując europejskie sieci telekomunikacyjne – może przerwać obwód warunkujący regularną pracę tego organu. Rażenie piorunem może też spowodować ciężkie oparzenia, zarówno ciała, jak i narządów wewnętrznych, a także niewydolność nerek wskutek rozpadu tkanki mięśniowej. Istnieją zabiegi, które można wtedy wykonać, najpierw jednak pacjent musi na czas dotrzeć do szpitala. Aby uniknąć uszkodzenia mózgu, najistotniejsze jest jak najszybsze podjęcie resuscytacji krążeniowo-oddechowej i wznowienie akcji serca. Im później to następuje, tym dłużej mózg osoby poszkodowanej pozostaje nieukrwiony. A to bardzo spragniony organ – potrzebuje trzykrotnie więcej utlenionej krwi niż mięsień sercowy. Jeśli ta uczta zostaje przerwana, komórki nerwowe – przypominające maleńkie, otoczone warstwą tłuszczu przewody – zaczynają obumierać w tempie milionów na sekundę. Innymi słowy podczas zatrzymania krążenia dla mózgu najbardziej liczy się czas, a mózg to my.
Huk pioruna był tak donośny, że dotarł aż do oddalonej o dwieście metrów remizy strażackiej. Jeden z funkcjonariuszy straży ochotniczej miał właśnie wsiąść w samochód, aby pojechać do domu, przybiegł jednak w deszczu na miejsce zdarzenia, zupełnie nie spodziewając się tego, co tam zastanie. Najpierw zauważył ciało Eda. Podczas jego resuscytacji zobaczył pod drzewem kolejną postać – Stuarta. Ed przeżył, ponieważ został znaleziony jako pierwszy. Dla Stuarta było już niestety za późno.
Tekst dostępny w pełnej wesji książki.Podziękowania
Chciałbym podziękować mojej wspaniałej agentce z Johnson & Alcock – Charlotte Seymour, która pięć lat i teraz już trzy książki temu postanowiła dać szansę niepublikowanemu nigdy wcześniej nieznajomemu. Moja fantastyczna redaktorka, Frances Jessop, rozsupłała moje zawiłe pomysły i splotła je w coś znacznie lepszego, a David Edwards wspaniale ją opracował – jeśli ta książka ma sens, to jest to wyłącznie ich zasługa. Wyrazy wdzięczności składam też na ręce całego zespołu wydawnictwa Simon & Schuster.
Dziękuję moim rodzicom za niezmienne wsparcie, słowa zachęty, ścinanie trawy i przypominanie mi w kółko, że: „Zasady się nie zmieniły”, a także żonie Alison i córkom, Evie i Mimi – nie ma lepszego powodu, by wrócić do domu po trudnym dniu pracy na oddziale intensywnej terapii, niż wy.
Jestem wdzięczny moim przyjaciołom za to, że zgodzili się wziąć udział we własnym pogrzebie, a Jake’owi także za zrobienie cudownych zdjęć.
Moim wspaniałym kolegom z Walijskiego Szpitala Uniwersyteckiego, BMJ i Szpitala Królewskiego w Perth, a także z uniwersytetów w Curtin i Cardiff dziękuję za ciężką pracę, wsparcie i troskę. Grupie BMJ składam podziękowania za publikację moich artykułów i zgodę na wykorzystanie ich fragmentów, doktorowi Peterowi Brindleyowi za pisarskie towarzystwo, a firmie Ulysses za oprogramowanie, które wykorzystałem do napisania tej książki. Ogromne wyrazy wdzięczności kieruję też do Rhian wraz z zespołem z organizacji 2Wish za ich niezwykle istotną pracę.
Dale Gardiner, kierownik krajowego zespołu ds. dawstwa narządów w Wielkiej Brytanii, skontaktował mnie z Jen. Jerry Nolan z Krajowej Rady Resuscytacji pomógł mi opracować fragment o RKO. Mark Rind, niezależny celebrans mieszkający we Francji, wspaniale poprowadził naszą ceremonię, a Andrew Billen wspiera mnie od lat. Bardzo Wam wszystkim dziękuję. Wyrazy wdzięczności kieruję też pod adresem Lyndy Cooke z Hand Held Events oraz Paula Blooma i Kennetha Cukiera, których poznałem na fantastycznym festiwalu HowTheLightGetsIn. Dziękuję Davidowi Cainowi za podsunięcie pomysłu napisania do siebie listu. Profesor Matt Wise, prowadzący pionierskie badania kliniczne, zapoznał mnie z pacjentami, u których doszło do zatrzymania krążenia, a Thomas Keeble wspiera ich swoją pracą. Moja kuzynka, doktor Claire Williams, skontaktowała się z osobami, którymi wspólnie się kiedyś opiekowaliśmy. Jestem Wam wszystkim dozgonnie wdzięczny. Na podziękowania zasługują również Luigi Camporota, Antony Garvey, Crawford Deane, John Chatterjee, Alessandro Forti, Anders Santoft, Giacomo Strapazzon, Ed Litton i Robert Larbalestier.
Ta książka powstawała w wielu różnych miastach, krajach i strefach czasowych. Moim paliwem był nigdy niekończący się potok kawy i zapasy pains aux raisin. Szczególnie chciałbym jednak wymienić dwa lokale – Coco Belle Espresso Bar w Perth, w którym jadłem najlepszy chlebek bananowy, oraz Sully Inn, w którym serwują pysznego Guinnessa. Pomagała mi też muzyka – pisząc, non stop odtwarzałem utwory Joni Mitchell, Cigarettes After Sex i Noah Kahana.
A przede wszystkim dziękuję tym, którzy pojawili się w tej książce i podzielili się ze mną swoimi historiami i słowami oraz obdarzyli mnie zaufaniem. Dziękuję pacjentom, którzy przeżyli i których zapamiętam na długo, oraz tym, którzy umarli, i pozostaną w mojej pamięci na zawsze.