Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Aktywny o 23:47 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2026
49,00 zł
4900 pkt
punktów Virtualo

Aktywny o 23:47 - ebook

Są rozmowy, które zmieniają życie. Są też takie, których nigdy nie powinno było być. Marta ma trzydzieści cztery lata. Jest niezależna, poukładana i przekonana, że ma swoje życie pod kontrolą. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Adama. Początkowo są to niewinne wiadomości, długie wieczorne rozmowy i coraz silniejsze poczucie, że w końcu ktoś naprawdę ją rozumie. Z czasem ekran telefonu staje się najważniejszym miejscem dnia. Każde powiadomienie przyspiesza bicie serca, a każda cisza boli bardziej, niż powinna. Zielona kropka przy jego imieniu zaczyna znaczyć więcej niż jakiekolwiek słowa. „Aktywny o 23:47” to przejmująca, emocjonalna powieść o relacji, która rodzi się w wiadomościach, o nadziei mieszającej się z lękiem oraz o granicy między miłością a uzależnieniem od czyjejś obecności. To historia o tym, jak łatwo zgubić siebie, czekając na kogoś, kto nigdy nie będzie naprawdę dostępny.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 6,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

POJAWIŁ SIĘ

Nie pamiętam, żebym go szukała.

Mam na imię Marta. Mam trzydzieści cztery lata, projektuję wnętrza - prowadzę własną, niewielką pracownię architektury wnętrz - i, jeśli wierzyć ludziom, którzy mnie znają, jestem osobą uporządkowaną, racjonalną, taką, która nie robi scen i nie wpada w sidła rzeczy, których nie da się kontrolować. Sama też w to wierzyłam - do pewnego momentu. Mieszkam sama, w niewielkim mieszkaniu, które urządziłam dokładnie tak, jak chciałam, bez konieczności konsultowania z kimkolwiek koloru ścian. Lubię ten porządek. Albo lubiłam, zanim ktoś go porozkładał na kawałki.

Nie pamiętam, żebym w tamtym czasie szukała kogokolwiek. Byłam już po kilku próbach z mężczyznami, którzy zostawiali mnie z uczuciem, że coś we mnie jest nie tak. Za dużo emocji. Za mało dystansu. Nie w tym stylu, nie 5

w tej chwili, nie dla ciebie. Po każdym z nich byłam przez jakiś czas smutna, a potem stawałam się twardsza - albo przynajmniej starałam się twardą być, co nie jest tym samym, ale z zewnątrz wygląda podobnie.

Nauczyłam się być sama. To nie jest rzecz, której się uczysz raz, jak jazdy na rowerze. To jest codzienna praca -

rankiem, kiedy budzisz się bez nikogo obok i musisz zdecydować czy to jest wolność czy samotność.

Wieczorami, kiedy gotujesz dla jednej osoby i to jest wydajne, praktyczne, ciche. Weekendami, kiedy inni planują, a ty nie masz z kim planować i mówisz sobie: ale za to mam spokój.

Spokój. Jak bardzo to słowo potrafi być kłamstwem.

Miałam spokój. I miałam też tę konkretną pustkę, która pojawia się wieczorami, kiedy wszystko jest zrobione

- praca skończona, mieszkanie posprzątane, książka czytana - i nagle nie wiadomo, co z sobą zrobić. Ta pustka nie ma kształtu. Nie można jej opisać znajomym, bo co byś powiedziała? Że siedzisz i jest ci pusto? Że jesteś dorosłą, 6

samodzielną kobietą a mimo to coś w tobie wieje jak przez niezamknięte okno zimą?

Nie mówiłam tego nikomu. Nauczyłam się żyć z tym wiatrem.

I wtedy pojawił się on.

Wysoki. To pierwsze, co zobaczyłam. Wzrost, który sprawia, że człowiek zajmuje przestrzeń inaczej niż inni -

pewniej, ciężej, jakby miał prawo stać tam, gdzie stoi i jakby wszyscy wokół wiedzieli, że to prawo mu przysługuje.

Był w grupie ludzi, których znałam tylko z widzenia, na jakimś spotkaniu, które było półprywatne i półsłużbowe -

takim, gdzie wszyscy udają, że są bardziej zrelaksowani niż są.

7

On nie udawał.

To też od razu zobaczyłam. Stał lekko z boku, z szklanką w ręku, i miał minę człowieka, który jest tu dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał. Trochę znudzona, trochę rozbawiona własną nudą -taka mina, którą mają mężczyźni, którym wszystko przychodzi łatwo i którzy o tym wiedzą. Ego widoczne bez wysiłku, jak krawat dobrany do garnituru. Nie musiał go dotykać - i tak widziałaś, że tam jest.

Powinnam była przejść obok.

W życiu jest kilka takich momentów - kiedy czujesz, że coś się za chwilę zacznie, i masz jeszcze ułamek sekundy, żeby wybrać inaczej. Kiedy stoisz na krawędzi czegoś i wiesz to. Nie zawsze wiesz, co to jest - ale wiesz, że coś jest.

Jakiś ciężar w powietrzu. Jakiś inny kolor tej chwili.

Stałam na krawędzi i nie przeszłam obok.

Nie wiem, czemu. Może dlatego, że byłam zmęczona przechodzeniem obok. Może dlatego, że pustka wiała już od zbyt długiego czasu. Może po prostu dlatego, że był

8

wysoki, stał z boku, i coś w tym połączeniu - pewność siebie i delikatny dystans - trafiło w jakieś miejsce we mnie, które długo było zamknięte.

Coś w nim było. Nie uroda - choć był ładny w ten nieznośny, pewny siebie sposób, który działa na ciebie dokładnie wtedy, kiedy nie chcesz, żeby działał. Nie głos -

choć mówił tak, jakby każde zdanie było ostateczne, jakby jego słowa miały własny ciężar i nie potrzebowały potwierdzenia. Coś innego. Coś, czego nie umiałabym opisać komuś, kto tego nie czuł.

Magnetyzm. To słowo pada za łatwo, przy zbyt banalnych okazjach, przy zbyt wielu mężczyznach, którzy po tygodniu okazują się zwykłymi ludźmi z zwykłymi 9

wadami. Ale tym razem nie mam innego słowa. Coś między nami istniało zanim jeszcze zamieniliśmy choć jedno zdanie. Jakby powietrze między mną a nim miało inną gęstość. Jakby gdybym wyciągnęła rękę w jego stronę, napotkałabym opór - nie mur, nie barierę, ale coś żywego.

Przyciąganie. Takie, które czujesz w żołądku przed czymś ważnym.

Może to był po prostu głód. Tyle czasu sama, tyle wieczorów z tym wiatrem przez niezamknięte okno - może to był tylko głód, a on stał przy bufecie. Może. Ale myślę, że to nie jest cała prawda. Myślę, że coś naprawdę było - że ten konkretny człowiek, z jego konkretną obecnością i konkretnym wzrokiem, trafił w coś, co nie trafia się przy każdym spotkaniu.

Może po prostu trafił w odpowiednim momencie.

Może jedno i drugie.

Kiedy na mnie spojrzał - raz, przez chwilę - miałam wrażenie, że widzi mnie wyraźniej, niż bym chciała. Nie że patrzy przeze mnie, jak patrzą jedni. Nie że patrzy na mnie 10

jak na dekorację, jak patrzą drudzy. Że widzi. A potem odwrócił wzrok, spokojnie, bez pośpiechu - bo on zawsze odwracał wzrok w dokładnie odpowiednim momencie.

Powiedziałam sobie: nie.

Powiedziałam sobie: nie, ale jednocześnie nie odeszłam od bufetu, gdzie stałam, jakbym czekała na coś, czego sama nie nazywałam. Patrzyłam na niego z ukosa, próbując robić to dyskretnie, w sposób, w jaki kobiety obserwują mężczyzn na imprezach, udając, że są zajęte czymś innym - drinkiem, rozmową z koleżanką, telefonem.

Ale on, jakby czuł na sobie ten wzrok, raz czy dwa odwrócił

się w moją stronę, akurat wtedy, kiedy nie zdążyłam jeszcze odwrócić oczu.

Zauważyłam wtedy drobiazgi, które normalnie umykają - sposób, w jaki trzymał szklankę, niedbale, ale precyzyjnie, jakby każdy gest był wyważony. Sposób, w jaki słuchał innych, z głową lekko przekrzywioną, jakby naprawdę go interesowało, co mają do powiedzenia, choć później miałam się przekonać, że ta sama uwaga, którą poświęcał wtedy nieznajomym na imprezie, była tym 11

samym narzędziem, którym później rozkładał na części pierwsze moje serce.

I zaczęłam go obserwować.

12

IIPIERWSZE SŁOWO

Przemówił pierwszy.

Nie wiem, dlaczego to pamiętam tak dokładnie -

może dlatego, że potem przez długi czas ważne było dla mnie, kto zaczął. Jakby to cokolwiek zmieniało. Jakby inicjatywa była dowodem na coś, jakby przechodziła przez czas i nadal obowiązywała. On zaczął. To on się odezwał.

Więc to on chciał.

Przez jakiś czas trzymałam się tego jak koła ratunkowego.

Podszedł, bo chciał. To było widać od pierwszego kroku - w tym, jak przeciął salę, nie odwracając się do nikogo po drodze, jakby od początku wiedział, dokąd idzie.

Znalazł pretekst błyskawicznie, coś banalnego, o ludziach, których oboje znaliśmy powierzchownie - ale pretekst był

tylko pretekstem. Chciał stać tam, gdzie stałam ja. I to, co pamiętam wyraźnie, to że rozmawiałam przy nim bez tego 13

uczucia, które zwykle mam z nieznajomymi - że mówię za dużo albo za mało, że moje zdania nie lądują tam, gdzie powinny, że jestem o sekundę za wolno albo za szybko.

— Adam — powiedział, wyciągając rękę, zanim jeszcze zdążyłam się przedstawić.

— Marta — odpowiedziałam, ściskając jego dłoń, ciepłą i pewną, dłużej, niż wymagałoby tego samo powitanie.

Miał czterdzieści jeden lat, jak się później dowiedziałam, i prowadził własną firmę konsultingową -

coś związanego z analizą rynku, czego nigdy do końca nie zrozumiałam, choć tłumaczył mi to kilka razy, z tą samą cierpliwością, z jaką tłumaczy się dziecku zasady gry. Miał

ciemne włosy, lekko przyprószone siwizną na skroniach, i ten rodzaj uśmiechu, który wygląda, jakby był

zarezerwowany tylko dla jednej osoby w pokoju -

nieważne, że w innym pokoju, innego wieczoru, mógł

wyglądać identycznie, skierowany do kogoś innego. Tego jeszcze nie wiedziałam. Wtedy widziałam tylko mężczyznę, 14

który patrzył na mnie tak, jakbym była jedyną osobą w sali, która zasługuje na jego uwagę.

To rzadkie. Przynajmniej dla mnie rzadkie. Mam w sobie coś, co sprawia, że w towarzystwie nowych ludzi czuję się lekko obok siebie - jakbym obserwowała samą siebie z góry i oceniała każde zdanie w ułamku sekundy po tym, jak je powiedziałam. Czy to brzmiało głupio? Czy za bardzo się staram? Czy za mało? Czy powinnam była zaśmiać się inaczej?

Z nim tego nie było.

Powiedziałam coś i on się roześmiał - nie grzecznościowo, nie z uprzejmości, ale naprawdę, tak jak się śmieje, kiedy coś jest faktycznie śmieszne. I to mnie rozbroiło bardziej niż cokolwiek innego. Bo śmiech jest szczery albo nie jest - nie ma środka. I jego śmiech był

szczery.

Rozmawialiśmy może dwadzieścia minut. Może mniej. Ale wróciłam do domu z tym dziwnym ciepłem w klatce piersiowej, które pamiętam z liceum - kiedy chłopak, który mi się podobał, powiedział dzień dobry, 15

patrzył chwilę za długo, i cały resztę dnia byłaś trochę wyżej niż zwykle. Wstydziłam się tego ciepła. Miałam trzydzieści kilka lat i zawstydzało mnie własne bicie serca.

Tak jakby serce powinno wiedzieć, kiedy nie wypada.

Następnego dnia pierwszy napisał do mnie na Messengerze.

Zatrzymuję się na tym zdaniu. Następnego dnia.

Czyli przez całą noc musiał o mnie myśleć na tyle, żeby rano - zanim ja jeszcze na dobre wstałam, zanim wypiłam kawę, zanim zrobiłam cokolwiek - sięgnąć po telefon i napisać. Nie czekał dnia, dwóch, jak robią mężczyźni, którzy chcą się wydawać niedostępni. Napisał od razu, jakby nie umiał inaczej.

16

Pisał.

Zdjęcie profilowe. Imię. Wiadomość czekająca na ekranie blokady, zanim zdążyłam się w pełni obudzić.

Patrzyłam na to przez chwilę i coś we mnie się uspokoiło -

irracjonalnie, bez sensu, bo co to znaczy, że napisał? Nic.

Ale wtedy znaczyło: pomyślał o mnie. Pierwszy. Zanim ja zdążyłam pomyśleć o nim na tyle, żeby się odważyć.

Napisał do mnie. Coś głupiego, jakiś pretekst -

pewnie sam nie pamiętał już, co dokładnie, bo mężczyźni rzadko pamiętają własne preteksty. Napisał coś neutralnego, coś, co mogło być zwykłą uprzejmością, coś, na co można było odpisać albo nie i żadna z tych opcji nie byłaby dziwna.

Odpisałam szybko.

To szybkie odpisanie. Ile razy w tej historii będę wracać do tego szczegółu - jak szybko odpisałam, zanim jeszcze zdążyłam się zastanowić, czy wypada. Tamtego pierwszego razu odpisałam szybko. W kilka minut. I w tych kilku minutach, zanim wysłałam, poczułam coś, co powinno mnie było przestraszyć - napięcie. Prawdziwe 17

napięcie, jakby ważyło się coś ważnego. Jakby odpowiedź

na jego wiadomość była egzaminem, który chciałam zdać.

Odpisał. Potem ja. Potem on. I tak przez godzinę, dwie, trzy. Słowa płynęły łatwo, tak jak płyną tylko wtedy, gdy rozmawiasz z kimś, przy którym nie musisz pilnować siebie. Trafne, śmieszne, ciepłe. Coraz mniej neutralne.

Coraz bardziej jak rozmowa, której żadne z nas nie chciało kończyć.

W pewnym momencie napisał coś, co mnie rozśmieszyło naprawdę - nie grzecznościowo, nie dlatego, że wypadało, ale tak jak śmiałam się tamtego wieczoru na tym spotkaniu, kiedy jego śmiech był szczery i mój też.

Siedziałam sama w mieszkaniu i śmiałam się do ekranu. W

ciemności, wieczorem, sama.

To był pierwszy znak ostrzegawczy, który zignorowałam.

Jest coś niepokojącego w tym, że ktoś obcy potrafi cię rozśmieszyć bardziej niż ludzie, których znasz od lat. To znaczy, że gdzieś już dotknął czegoś prawdziwego - czegoś, co nie każdemu jest dostępne. A u mnie, kiedy ktoś to 18

zrobił - zostawał tam. Nawet jeśli powinien był odejść.

Nawet jeśli ja powinnam była go odprowadzić do drzwi i powiedzieć: dziękuję za rozmowę, miłego wieczoru.

Nie powiedziałam.

Napisałam jeszcze jedną wiadomość.

Był poetą codzienności - to odkryłam w tych pierwszych tygodniach rozmów. Nie w wielkim, literackim sensie. W małym. Pisał o rzeczach, które większość ludzi opisuje zdawkowo, mimochodem - o tym, jak wyglądało niebo tego ranka, o smaku kawy z konkretnej kawiarni, o tym, co go rozsierdziło w drodze do pracy i dlaczego dokładnie. Miał precyzję w opisywaniu zwykłego. I lubił, kiedy ja też tak pisałam.

To była pułapka, której wtedy nie widziałam.

19

W tych pierwszych tygodniach pisaliśmy sobie dobranoc każdego wieczoru, nawet jeśli rozmowa wcześniej już się skończyła naturalnie, nawet jeśli nie było nic więcej do powiedzenia. To stało się rytuałem - krótkie, ciepłe zamknięcie dnia, które dawało mi poczucie, że jestem ostatnią myślą przed snem, nawet jeśli wiedziałam, że to nieprawda, że ostatnią myślą przed snem jest pewnie ktoś, kto leży obok niego w łóżku.

Nie myślałam o tym wtedy, ale teraz widzę, jak sprytnie to działało - to małe, codzienne „dobranoc”

dawało mi wystarczająco, żebym czuła się ważna, ale nie wystarczająco, żebym mogła z tego cokolwiek zbudować na poważnie. Było jak kromka chleba podana komuś głodnemu - wystarczająco, żeby nie umrzeć z głodu, niewystarczająco, żeby przestać być głodnym. I codziennie wracałam po więcej, dziękując za tę jedną kromkę, jakby była całym posiłkiem.

20

Po dwóch tygodniach rozmów Adam zaproponował

kawę. Napisał to bez ogródek, bez tego nerwowego owijania, którym ludzie chronią się przed odmową: chcę cię zobaczyć, nie na ekranie. Wybrał miejsce - małą kawiarnię niedaleko mnie, nie w okolicach niego, choć miał dalej. Napisał: przyjadę, gdziekolwiek ci wygodnie.

Tamten szczegół zapamiętałam, bo nikt wcześniej nie zadał

sobie trudu, żeby dojechać na mój koniec miasta.

Przyszedł pierwszy. Kiedy weszłam, już siedział, już zamówił dla siebie, wstał na powitanie tak szybko, że potknął się o nogę stolika i obydwoje się z tego śmiali, zanim jeszcze się przywitaliśmy słowami. Wstał.

Mężczyźni, którzy nie chcą za bardzo, nie wstają tak szybko. Nie patrzą tak długo, zanim usiądą.

Rozmawialiśmy dwie godziny, choć planowane było pół. Kelnerka dwa razy spytała, czy podać coś jeszcze i dwa 21

razy on mówił: jeszcze chwilę, jakby chwila była czymś, co da się zatrzymać siłą woli. W pewnym momencie sięgnął

przez stół i poprawił mi włosy, które wiatr przy drzwiach rozwiał - gest bez zapowiedzi, bez pytania o zgodę, taki, który mężczyzna robi tylko wtedy, kiedy już w głowie zdecydował, że ma prawo cię dotknąć. Zamarłam. On nawet nie zauważył, że zamarłam - albo zauważył i udał, że nie, co było jeszcze gorsze, bo znaczyło, że wiedział, co robi.

Odprowadził mnie do samochodu, choć parking był

po drugiej stronie ulicy, dosłownie pięćdziesiąt metrów.

Droga, której żaden dorosły człowiek nie musi nikomu towarzyszyć. Stał przy drzwiach kierowcy dłużej niż trzeba, jakby szukał pretekstu, żeby nie wsiadać do swojego auta jeszcze przez minutę. Powiedział: napisz, jak dojedziesz.

Nie zapytał. Powiedział to jak coś, co już zostało między nami ustalone, jak rzecz oczywistą - że teraz, kiedy mnie zobaczył naprawdę, będzie chciał wiedzieć, że jestem bezpieczna, że dotarłam, że istnieję poza ekranem.

Napisałam, jak dojechałam. Odpisał w sekundę - w sekundę, jakby siedział z telefonem w ręku, czekając, choć stał przecież dosłownie przede mną dwie minuty 22

wcześniej. To było wtedy, najwcześniej. Dwie godziny w kawiarni i pięćdziesiąt metrów do samochodu, i już wiedziałam, że to nie jest coś, co da się zamknąć w szufladzie z napisem: zwykła znajomość.

Kiedy ktoś jest zainteresowany tym, jak opisujesz swój świat - jak naprawdę zainteresowany, z prawdziwą uwagą, z pytaniami, które pokazują, że słuchał - zaczynasz pisać więcej. Więcej i szczerzej. Bo to piękne uczucie, być słuchaną. Być widzianą w słowach, które piszesz, a nie tylko w słowach, które inni chcą usłyszeć.

Widziałam w nim kogoś, kto słucha.

Może słuchał. Może naprawdę. Nie mówię, że kłamał - myślę, że on też coś czuł, że też był w tym przez jakiś czas naprawdę. Ale widzenie i bycie to różnica. I granica między jednym a drugim okazała się przesuwalną, 23

ruchomą linią, której nie umiałam zlokalizować, dopóki jej nie przekroczyłam.

Albo dopóki on jej nie przekroczył.

Tamtej nocy, kiedy roześmiałam się w ciemności do ekranu, nie wiedziałam jeszcze, gdzie ta linia jest.

Wiedziałam tylko, że rzadko mi się przydarza ktoś taki. I że to rzadkie uczucie smakuje jak coś, czego się nie chce oddawać.

Najlepsze były wtorkowe wieczory. Nie wiem, dlaczego wtorki - może dlatego, że wtorek jest wystarczająco daleko od weekendu, żeby miał przestrzeń. Może dlatego, że we wtorek wieczorem rzadziej było coś zaplanowanego w jego prawdziwym życiu. Wtorek był neutralny. Wtorek należał bardziej do siebie.

24
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij