Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Al Capone w Berlinie - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 lutego 2021
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Al Capone w Berlinie - ebook

Powieść autora serii o gangsterze MASA!

Warszawa, 1938 rok. Komisarz Mieczysław Wars i podkomisarz Sawicka prowadzą śledztwo w sprawie śmierci kilkorga ludzi, którzy padli ofiarą gangsterskich porachunków. Trop prowadzi aż do Berlina, co nasuwa podejrzenie, że odpowiedzialni za zbrodnię mogą być funkcjonariusze III Rzeszy.

Powieść jest drugą częścią historii o komisarzu Warsie i podkomisarz Sawickiej.

Historia śledztw prowadzonych przez komisarza Warsa i podkomisarz Sawicką.

Artur Górski - pisarz, dziennikarz, korespondent wojenny. Wielokrotnie wyróżniany i nagradzany, książka „Z ringu do piekła” stała się bestsellerem tygodnika „Wprost”. „Masa o kobietach polskiej mafii” i „Masa o pieniądzach polskiej mafii” zostały nominowane do nagrody Bestsellery Empiku 2014 (kat. literatura faktu). Statuetkę i tytuł otrzymała pierwsza część cyklu.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-87-26-78876-1
Rozmiar pliku: 497 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od autora

Widzieliście tę reklamę: piękna, czarna limuzyna sunie szosą, a w jej komfortowym wnętrzu siedzi uśmiechnięta czteroosobowa rodzina – mąż i żona z przodu, zaś na tylnej kanapie przyklejone do szyb dzieci? Świat wokół pędzącego auta mieni się kolorami i cieszy się z tego, że owo motoryzacyjne cudo stanowi jego element.

Hasło reklamowe mogłoby brzmieć: „Niezawodny, silny, dynamiczny i bezpieczny! Stworzony dla Ciebie i Twojej rodziny”. Widzieliście!? Tak mniej więcej wygląda połowa reklam samochodów. Rzecz w tym, że ta, którą mam na myśli, pochodzi z 1939 r. i niestety nie wpłynęła na wzrost sprzedaży zachwalanego auta. Wręcz przeciwnie! Limuzyna, której wspaniałą przyszłość przepowiadała, stała się przez długie lata symbolem upadku człowieka. Dlaczego? Znacie tę historię...

Czy to możliwe, aby na najważniejszym skrzyżowaniu przedwojennej Warszawy pojawił się volkswagen garbus, wiozący uzbrojonych gangsterów z zagranicy? Może nawet wysłanników chicagowskiego króla przestępczego podziemia – Ala Capone? Raczej nie, bo chociaż kilkaset sztuk legendarnego auta (jeszcze bez nazwy i o nieco odmiennych niż po II wojnie światowej kształtach), zaprojektowanego przez Ferdynanda Porsche’a w 1938 r., stało gdzieś na niemieckich fabrycznych parkingach, to nic mi o tym nie wiadomo, jakoby któreś z nich zawitało w Warszawie.

No i co z tego? Przecież mogę mieć nieścisłe informacje. A niby któż miałby mu zabronić przyjeżdżać? Adolf Hitler i jego kompania? Podobnie nie mogę wykluczyć, że ludzie Ala Capone – nawet jeśli on sam w 1938 r. był tylko cieniem siebie samego sprzed dekady – kręcili się pomiędzy Berlinem a Warszawą. Możliwe, że dlatego też nasza policja, podobnie, jak służby Hitlera, musiała się mieć na baczności – bo przecież nigdy nic nie wiadomo.

Poza tym to tylko powieść. Wprawdzie oparta na faktach i dokumentach z epoki, ale jednak, jakby powiedział Wiech – bard Warszawy – „puc, granda, nawalanka”. Dlatego w niniejszej książce będzie nie tylko garbus, ale także kilka innych fajnych sprzętów z lat 30., które i dziś wydają się zaskakująco nowoczesne. W ogóle powieść ta jest poniekąd katalogiem reklamowym rzeczy, których, niestety, nie da się już kupić... Poza tym, jest listą przebojów muzycznych (Ach, ten Fogg...), przewodnikiem po kawiarniach, nocnych klubach i kabaretach tamtego szalonego miasta. Jest spisem dań, książką telefoniczną, afiszem teatralnym i kroniką towarzyską Warszawy – i nie tylko jej. Przede wszystkim jednak jest kryminałem.

Wars i Sawicka – para policjantów, którzy zdążyli już wystąpić w powieści Al Capone w Warszawie – znów tropią przestępców. Ostatecznie po to zostali powołani do życia (fakt, jedynie literackiego, ale lepsze to, niż nic), aby szukać coraz to nowych kryminalnych wyzwań. Tym razem mordercą okaże się... nie wiem, jeszcze nie zdecydowałem. Nie ma wątpliwości jednak, że jakiś trup się znajdzie, zabójca także – to jednak ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsze, że swe śledztwo nasi bohaterowie prowadzić będą na ulicach przedwojennej Warszawy, a scenografia jest tu równie ważna, jak intryga. Po reakcjach czytelników „Życia Warszawy” (Al Capone w Warszawie był początkowo drukowany w odcinkach w tej popularnej stołecznej gazecie) stało się dla mnie jasne, że literacka rekonstrukcja klimatu przedwojennego miasta nad Wisłą ma sens. Mówiąc krótko: przeszłość ma przyszłość. Z pomocą przyszli mi znawcy problematyki, między innymi świetny varsavianista Andrzej Gass oraz załoga miesięcznika „Focus Historia”, na czele z redaktorem Michałem Wójcikiem.

Aby nie być posądzonym o warszawocentryzm, postanowiłem, iż losy niektórych bohaterów związane będą także ze Śląskiem, a konkretnie z Katowicami. Dzisiaj dość powszechnie, a niezbyt słusznie, kojarzonym wyłącznie z hutami i kopalniami. Węgiel węglem, a przecież stolica Górnego Śląska zawsze miała do zaoferowania znacznie więcej niż czarne złoto. Przed wojną była to bardzo ładna metropolia, której pięknych kamienic i zielonych skwerów mogłyby pozazdrościć najpiękniejsze miasta Europy. Weźmy np. hotel Monopol, który z powodzeniem mógłby stać na jednej z reprezentacyjnych alej Wiednia, choćby na Kärntner Ring albo w okolicach Karlsplatz. Nie upiększajmy jednak austriackiej stolicy. Tam hoteli–pałaców nie brakuje, a w Katowicach taki Monopol o wiele łatwiej dostrzec i docenić. W realia przedwojennego Śląska wprowadziła mnie jego wielka pasjonatka, Anna Dziewit-Meller. Dziękuję bardzo.

Jedźmy dalej, nikt nie woła. Nasi funkcjonariusze pojawią się także w innej europejskiej stolicy. W mieście, które podobnie jak Warszawa czy Nowy Jork, nigdy nie zasypiało, będąc mekką kabareciarzy, eldorado sybarytów, rajem amatorów płatnej miłości i nową wieżą Babel. Tyle, że w czasie, gdy śledczy ruszają do owego miasta, jest ono już o wiele smutniejsze, a jednocześnie groźniejsze. Wkrótce stanie się metropolią ówczesnej osi zła. Czy Czytelnik już wie, o jakie miasto chodzi?

Jeśli Wars i Sawicka przeżyją starcie ze złem, to jest spore prawdopodobieństwo, że powstanie trzeci (a może i czwarty?) tom z udziałem tych bohaterów. No, chyba, że moda na kryminał retro nagle się skończy, a tym samym zapotrzebowanie na śledztwa z myszką. Ale o tem potem.

Artur GórskiPROLOG

Czyli ponure spotkanie z „Piękną Polką”

Światła zbliżały się z niewiarygodną prędkością. Wyłaniając się z absolutnej ciemności wyglądały jak zjawisko nierzeczywiste, jak dwie gwiazdy, które za chwilę roztrzaskają się o ziemię. Jednak przeraźliwe wycie lokomotywy nie pozostawiało złudzeń: katastrofa nie nadciągała z kosmosu, lecz pędziła po torach, a na imię jej było: Pm36–1. Niektórzy pieszczotliwie mówili na nią „Piękna Polka” – faktycznie lokomotywa ta, zaprojektowana zaledwie kilka lat wcześniej, wzbudzała zachwyt nie tylko inżynierów, ale także estetów, którzy porównywali ją do atrakcyjnej kobiety. Ba! Na światowej wystawie w Paryżu w 1937 r. tej żelaznej miss przyznano nawet Grand Prix! Jednak teraz, kilka minut po północy, na przejeździe kolejowym w okolicach warszawskiego Fortu Bema, nic pięknego w niej nie było. Złowrogo błyszczące reflektory oświetlały drogę śmierci, zbliżającej się do forda, który utknął na przejeździe. Kierowca, mokry od potu, nie wiedział jak zareagować. W normalnych warunkach wcisnąłby pedał gazu i pojechał dalej, gwiżdżąc popularny szlagier „Chóru Dana” (gwizdał go, zbliżając się do niestrzeżonego przejazdu), ale teraz za wszelką cenę chciał się wycofać – stal na torach jedynie przednimi kołami i użycie biegu wstecznego wydawało mu się czymś zupełnie oczywistym. Na decyzję miał zaledwie kilka sekund, więc z całej siły wcisnął gaz i ruszył do tyłu, gdy nagle zatrzymał się na jakiejś przeszkodzie. Drogę blokowało mu stojące za nim inne auto. Przeklinając w duchu kierowcę, którego brak refleksu może stać się przyczyną tragedii, nacisnął klakson. Można było jeszcze uniknąć najgorszego – wystarczyło, by ów pojazd cofnął się o kilka metrów. Tylko tyle i aż tyle. Ale może kierowca tamtego samochodu właśnie chciał wziąć udział w spektaklu, którego największą atrakcją byłoby zgniecenie przez „Piękną Polkę” bezbronnego forda i to z człowiekiem w środku? – gratka dla amatorów mocnych wrażeń. Kierowca, a raczej aktor przedstawienia, jeszcze raz nacisnął klakson nie wierząc już w powodzenie dramatycznej próby uniknięcia pocałunku śmierci. Pędząca na żelaznych kołach „Piękna Pólka” odpowiedziała mu najbardziej przejmującym krzykiem, jaki słyszał w swoim życiu, a następnie gigantyczna masa uderzyła w forda, odrzucając go na bok, niczym samolocik z papieru. Na szczęście, na torach znajdował się jedynie przód samochodu i to on przestał przypominać obiekt, mający cokolwiek wspólnego z motoryzacją. Siła uderzenia wypchnęła kierowcę z siedzenia, powalając go na podłogę. Ale przeżył! Zwyciężył w pojedynku z lokomotywą, która gwałtownie zaczęła zwalniać. Wkrótce cały skład relacji Berlin – Warszawa zatrzymał się. Maszyniści biegnąc w stronę zmasakrowanego forda, wołali:

– Nie żyje! Pewnie nic z niego nie zostało.

Jednak jego kierowca z trudem opuścił pojazd i chwiejąc się niczym pijany, ruszył przed siebie. Wiedział tylko jedno: za chwilę wyciągnie z auta faceta, który nie odjechał do tyłu, narażając go na śmiertelne niebezpieczeństwo – koszmar, który będzie wracał w snach i na jawie. Wyciągnie go i nawet nie zapyta „Dlaczego?”. Po prostu da frajerowi w gębę, powali go na ziemię, skopie mu tyłek, a potem zaprowadzi na policję. Zresztą i tak cała sprawa musi się skończyć na posterunku – innego wyjścia nie ma. Kolejarze poświadczą, jak było naprawdę – przecież widzieli co się stało i kto jest winny. Takiemu skurwysynowi nie wolno odpuszczać! Musi dostać za swoje! Niech wie, że życie ludzkie to najwyższa wartość, a jak się nie umie prowadzić auta, to nie wolno siadać za kierownicą. Bo nieszczęście gotowe!

Szarpnął drzwi od strony kierowcy i spojrzał do środka; był tam znienawidzony szofer, ale – czy to możliwe? – on spał! Tak, spał w najlepsze z głową opuszczoną na piersi, aż dziw, że nie spadł z niej mocno nasadzony kapelusz. Wściekły właściciel forda zaczął szarpać śpiącego, wołając:

– Pan tu śpisz w najlepsze, a mnie o mało co lokomotywa nie rozjechała. Budź się draniu, na policję musimy się zgłosić. W areszcie się wyśpisz!

Kolejarze, stojący tuż za plecami człowieka, który cudem uniknął kresu żywota pod kołami „Pięknej Polki”, także starali się pokrzykiwaniami przywrócić śpiącego do świata jawy – ale to nic nie dawało. Sen okazał się o wiele głębszy, niż po narkozie. Mężczyźni spojrzeli na siebie pytającym wzrokiem i, jak na komendę, wzruszyli ramionami. Wtedy sprawca wypadku powoli zsunął się z fotela kierowcy i wypadł z samochodu. Stało się oczywiste, że jego sen jest wieczny.

– Jezu, nie żyje – szepnął maszynista, a jego kolega uczynił znak krzyża. Intensywne światło księżyca rozjaśniło spoczywającą na ziemi sylwetkę. Wówczas oczom mężczyzn ukazało się coś, co z reguły pojawia się wyłącznie na amerykańskich filmach: w pierś nieboszczyka wbity był zdobiony złoty sztylet.

Ten, który przed chwilą cudem ocalał w wypadku teraz spojrzał w niebo, jakby chciał uzyskać od księżyca jakąś odpowiedź, a następnie – jak bywa w filmach także polskich, w zwolnionym tempie – upadł obok zabitego.ROZDZIAŁ I

Życie prywatne księgarza i jego ford tudor,

reklamowany w niezwykle przekonujący sposób

– Tak było panie komisarzu...

Mieczysław Wars, komisarz z referatu kryminalnego Komendy Głównej Policji Państwowej, krążył wokół swego biurka niczym jastrząb, który upatrzywszy królika, nagle niczym błyskawica, pędzi ku ziemi, by go schwytać. W pobliżu nie było ani królika, ani żadnego gryzonia, a jedynie Stanisław Kołodziej – właściciel niewielkiej księgarni katolickiej w okolicach ulicy Wolskiej. Kołodziej – łysiejący, dość przystojny, postawny mężczyzna pod czterdziestkę, ubrany w szary garnitur, doskonale komponujący się z niezbyt barwnym wnętrzem komendy – siedział na krześle obok wspomnianego biurka i składał wyjaśnienia, dotyczące poprzedniej nocy. Nocy koszmarnej, która o mały włos nie okazała się ostatnią w życiu księgarza.

– Nuciłem sobie w najlepsze, panie komisarzu...

– Nucił pan? – Wars gwałtownie przerwał swój spacer wokół masywnego mebla, za którym pracował już od wielu lat, i spojrzał uważnie na świadka, jakby usłyszał właśnie niesamowicie wartościową informację.

– Tak jest. „Chór Dana”, ma się rozumieć: Więc pijmy wino szwoleżerowie / niech troski zginą w rozbitym szkle, / gdy nas nie będzie – nikt się nie dowie / czy dobrze było nam czy źle. – zaintonował łamiącym się głosem Kołodziej tak, jakby po pierwsze: za gardło chwyciło go wzruszenie, a po drugie: nie był pewien czy w obecności funkcjonariusza policji na służbie w ogóle wypada podśpiewywać.

Komisarz oczywiście znał ten utwór, jednak pomimo jego patriotycznego charakteru (a Wars, który rozbrajał Niemców na ulicach Warszawy w 1918 r. bardzo był podatny na bogoojczyźniany patos) nie przepadał za Szwoleżerami. Dlaczego? Po prostu piosenka ta nie kojarzyła mu się z dzielnymi wojakami, gotowymi przelać krew za ukochany kraj, ale z pijakami wylewającymi wódkę i łzy oraz ryczącymi na cały głos: A gdy cię rzuci luba dziewczyna / to nie rozpaczaj, nie roń lez, / lecz z kolegami napij się wina, / a wszystkie troski pójdą precz.

– A to z pana artysta estradowy – uśmiechnął się komisarz. – Śmierć zagląda panu w oczy, lokomotywa wjeżdża w samochód, a pan, jakby nigdy nic: Więc pijmy wino, szwoleżerowie.

– Ależ ja sobie nuciłem, zanim jeszcze dostrzegłem jakiekolwiek zagrożenie. Jak te ślepia parowozu spojrzały mi w oczy, to już nie do śpiewu mi było. – Kołodziej był wyraźnie oburzony lekceważeniem przeżytego przez niego dramatu.

– Wiem, wiem, tak sobie żartuję. Przepraszam, jeśli powiedziałem coś nie tak – Wars schylił głowę, jakby zaraz miał ją ktoś posypać popiołem, po czym usiadł za biurkiem. Spostrzegł leżącego na blacie papierosa. Odruchowo wziął go do ręki i zaczął ustnikiem drapać się po czole. Kołodziej z zainteresowaniem przyglądał się temu osobliwemu wykorzystaniu papierosa, ale nie śmiał zaproponować komisarzowi ognia. Sam od czasu do czasu popalał, choć nie papierosy. Miał przy sobie zapałki i to nie byle jakie: czeskie Zápalky Komenského, które przywiózł z Pragi. Wars tymczasem odłożył papierosa, tłumacząc:

– Nie, nie palę. Tak się tylko bawię. To koleżanka pewnie zgubiła...

– Koleżanka?

– Tak, pani podkomisarz. Pracujemy razem, dziwi to pana?

– Ależ skąd! Tak tylko zapytałem, żeby okazać zainteresowanie. Pan rozumie... to raczej z uprzejmości. Ja nic do kobiet nie mam. Zapewniam!

Na twarzy Warsa pojawił się serdeczny uśmiech, zupełnie jakby rozbawił go jakiś doskonały dowcip opowiedziany przez kogoś sympatycznego albo przełożonego – choćby przez naczelnika referatu do spraw kryminalnych, inspektora Franciszka Śledzia, któremu Wars podlegał już od kilku dobrych lat. (Tak się jakoś dziwnie składa, że kawały, opowiedziane przez przełożonych bawią nas bardziej niż te, wyrecytowane przez osoby niższej od nas rangi.) Po chwili jednak komisarz znów stał się śmiertelnie poważny i zarządził:

– Wróćmy do sprawy, która nas najbardziej interesuje.

– Powiedziałem już wszystko – odparł niepewnie Kołodziej. – Ledwie uszedłem z życiem. Gdybym bardziej wjechał na tory, nie byłoby co ze mnie zbierać.

– Fakt. A dokąd pan właściwie jechał?

– A czy to ma jakieś znaczenie? Po prostu jechałem. Może chciałem się przewietrzyć? Może lubię nocne przejażdżki?

– No, no... filozof z pana. A raczej smakosz życia! Faktycznie! Nocne eskapady dobrym samochodem muszą być przyjemne znacznie bardziej niż obecność na policyjnym śledztwie i odpowiadanie na niepotrzebne pytania. Ale czy rzeczywiście niepotrzebne? Proszę mi pozwolić decydować o tym, które pytania są przydatne, a które nie.

Kołodziej skwapliwie pokiwał głową uświadomiwszy sobie, że lekko przeholował. Z policją trzeba grzecznie, ostrożnie i precyzyjnie. Tak, żeby najszybciej wypuścili człowieka z komendy.

Wars kontynuował.

– Powiem coś panu. Lata praktyki nauczyły mnie, że nie ma zbędnych pytań, szczególnie, jeśli w grę wchodzi morderstwo. Dlatego ja muszę stawiać niezwykle pytania, a przyzna pan, że kwestia, dokąd pan jechał, nie należy do przesadnie wydumanych, skoro znajduje pan martwego człowieka z pięknym nożem w piersi. Jest to sytuacja, co najmniej, niezwykła.

– Naturalnie, proszę mi wybaczyć. Taki jestem dziś nerwowy, ostatecznie...

– Ostatecznie było to dla pana wstrząsające przeżycie. Nie dziwię się pana rozdrażnieniu. A zatem: dokąd pan jechał i dlaczego o tak późnej porze?

Kołodziej bezradnie rozłożył ręce i odparł:

– Bo ja wiem czy o późnej? Jak się prowadzi firmę, a przecież księgarnia to także firma, to nie ma późnych pór. Czasem, to i do rana muszę zostawać, żeby posprawdzać wszystkie dokumenty, faktury, rachunki. Tak też było wczoraj. Zbliża się koniec miesiąca, a ja lubię mieć pewność, że w papierach panuje porządek. Gdyby nie zmęczenie, pewnie bym posiedział do wschodu słońca. Zresztą ja lubię dłużej posiedzieć w pracy. Nikt mi nie przeszkadza, nikt nie wisi nad głową. Można się oderwać od codzienności, zajmując się nawet tak codziennymi sprawami.

– A co na to żona?

– Nie mam żony. Jestem kawalerem. Przecież pytał mnie pan już o mój stan cywilny.

Wars przygryzł wargi – powoli jego specjalnością stawało się rzucanie kul, które trafiały w płot. Coraz częściej w trakcie przesłuchań zadawał pytania, na które już wcześniej otrzymał odpowiedź. Ale umiał wyjść obronną ręką z takiego ambarasu. Uśmiechnął się tajemniczo i powiedział:

– Doskonale! Widzę, że kontroluje pan przebieg naszej rozmowy. Ale proszę mi wierzyć, że ja też mam niezłą pamięć. Pamięć i notatki – dodał.

– Kontroluje mnie pan? – wyszeptał Kołodziej.

– Powiedzmy, że każdy śledczy ma swoje metody. Ja też mam. Doskonale pamiętam, że jest pan kawalerem. Przecież każdą rozmowę, tego typu, należy rozpocząć od zebrania podstawowych danych.

– Aaa... Rozumiem! Pan chce mieć pewność, że mówię prawdę. Ale przecież ja mam swoje dokumenty... Mogę jeszcze raz pokazać.

– Pod tym względem rzeczywiście wszystko można sprawdzić, ale są fakty, których nie potwierdzi żaden dowód osobisty czy paszport. Trzeba wykorzystać intuicję i wielokrotnie sprawdzić przedstawione wersje – odparł Wars głosem Sfinksa. Wiadomo wprawdzie, że Sfinks głosu nie ma, ale gdyby miał, zapewne brzmiałby tak, jak ten, który dobywał z siebie komisarz Wars. Kołodziej był pod wrażeniem.

– No więc, dokąd pan jechał? – spytał Wars, wiedząc, że tym razem padnie odpowiedź bez jakichkolwiek wykrętów.

– Donikąd, uwierzy mi pan?

– Jeśli pan to sensownie wytłumaczy, to czemu nie?

Kołodziej podrapał się po głowie, jakby w ten sposób uruchamiał dodatkowe moce swego mózgu.

– Tak sobie jeździłem... – wyznał.

– Tak sobie pan jeździł?

– Ano tak. Pewnie nie da mi pan wiary, ale prowadzenie automobilu uspokaja mnie...

– A czym się pan tak zdenerwował? To znaczy, zanim pan wsiadł do wozu, bo po incydencie na torach, faktycznie miał pan, mówiąc delikatnie, powód do niepokoju.

– Dzień był ciężki. To wszystko. Nic specjalnego się nie wydarzyło, ale sam pan rozumie... W pracy nie zawsze jest miło. A jak prowadzę auto, to świat od razu staje się lepszy.

– Taki z pana zapalony miłośnik automobilizmu?

– Faktycznie, poniekąd tak jest. Może głupio się do tego przyznawać, ale ja zawsze marzyłem o samochodzie, a szczególnie o fordzie. Jak zobaczyłem ten „Rysopis nowego automobilu marki Ford”...

– Czego rysopis? Pan wybaczy, ale mnie – policjantowi, rysopis zupełnie nie kojarzy się z autem.

– To taki folder reklamowy.... a więc, jak zobaczyłem „rysopis forda tudora” to zrozumiałem, że muszę go mieć, choćbym miał spłacać bankowi pożyczkę do końca moich dni. A jak przeczytałem opis tego cuda...

– To rysopisowi towarzyszył jakiś opis?

– Ależ tak! Proszę posłuchać, tych kilku zdań nie zapomnę do końca życia: „Nowy wóz Forda odznacza się niezwykłą chyżością, a prędkość 90–95 kilometrów na godzinę może być osiągnięta bez trudu. Nowy samochód Forda trzyma się przy tem doskonale drogi, a długie podróże można nim odbywać z dużą szybkością, doznając uczucia komfortu i zupełnego bezpieczeństwa. Możemy spotykać po drodze najbardziej strome wzniesienia i mieć pewność, że posiadamy dostateczny zapas siły motoru na pokonanie góry bez znaczniejszego zwolnienia tempa”.

Prawdziwa poezja, nieprawdaż?

– Rzeczywiście, poezja. Widzę, że skutecznie pana urzekła.

– Nie tylko to. Pan komisarz rozumie – amerykańskie auto, zupełnie jak w Chicago...

– Taki z pana Al Capone?

– Eee..., jaki tam Capone. Po prostu tęsknota za światem. Mówiąc krótko: lubię sobie pojeździć po mieście tak zupełnie bez celu, bez sensu...

– I o mały włos nie przypłacił pan tego hobby życiem.

– Oj święta racja, panie komisarzu, święta racja.

Przez chwilę pomilczeli. Policjant szukał gorączkowo w myślach kolejnych pytań, ale wydawało się, że Kołodziej powiedział wszystko, co wiedział. Był świadkiem, który ani nie widział samego morderstwa, ani zabójcy. W gruncie rzeczy jego zeznania nie wnosiły do sprawy niczego istotnego.

– Panie komisarzu... – szepnął Kołodziej, jakby obawiał się, że rozeźli pogrążonego w myślach oficera.

– Słucham?

– A czy wiadomo chociaż, kim jest ten zabity?

– Nie tak prędko, panie Kołodziej. Niewiele wiemy, a jeszcze mniej możemy zdradzić.

Powiem panu jedno, dokumentów przy sobie nie miał.

– Incognito, znaczy się?

– Trafił pan w sedno – poszedł do nieba incognito.ROZDZIAŁ II

Najpierw kawa i ciastko,

a potem spotkanie ze śmiercią

– Nie uwierzysz, moja droga! Nie uwierzysz! Jego rozpędzona dorożka wjechała w warzywny stragan i kalafiory pofrunęły do nieba, a ziemniaki posypały się po jezdni i nie można ich było odróżnić od kocich łbów! – podkomisarz Ludwika Sawicka roześmiała się na cały głos, jednocześnie czujnym wzrokiem patrząc na swą przyjaciółkę, Marię Swiderską, czy aby opowieść o pogoni za przestępcą zrobiła na słuchającej odpowiednie wrażenie. Chyba zrobiła, bo Swiderska pod wpływem emocji przechyliła filiżankę i ciemny płyn popłynął po rękawie garsonki. Spotkały się w ulubionej kawiarni Sawickiej: Krakowskiej przy Marszałkowskiej 97 – słynącej ze znakomitej kawy i pieczonych na miejscu placków drożdżowych, a także stołów bilardowych, przy których mężczyźni spędzali całe godziny, aż do zamknięcia lokalu.

Podkomisarz relacjonowała właśnie finał swego ostatniego dochodzenia, prowadzonego wspólnie z Mieczysławem Warsem. Negatywnym bohaterem opowieści był niejaki Maurycy Gaskoń, nieszczęśliwie zakochany w obywatelce miasta Łodzi, Stefanii Wronkowskiej. Owa pracownica kurii biskupiej początkowo odwzajemniała uczucie Gaskonia – obwoźnego sprzedawcy platerów z wytwórni braci Hemplów, ale kiedy poznała jego sąsiada, przerzuciła swą namiętność na wytwornego Amerykanina. Sakowski – bo tak brzmiało jego nazwisko – był polskim emigrantem, który szukał szczęścia w USA, ale wplątał się w podejrzane interesy z ludźmi Ala Capone i musiał w pośpiechu wracać do kraju. Niestety, w końcu i tak dosięgła go kula. Co prawda nie wyleciała z karabinu chicagowskiego gangstera, a z pistoletu Gaskonia, który targany bezrozumną zazdrością, postanowił zgładzić zarówno Wincentego Sakowskiego, jak i niewierną Wronkowską. Wzgardzony kochanek opracował doskonały plan, w który zaangażował wyimaginowane siły mafijne i przez pewien czas wodził policję za nos. Jednak Sawickiej i Warsowi udało się dotrzeć do prawdy. Śledztwo miało dramatyczne zakończenie. Gaskoń, mieszkaniec Koła, wymknął się funkcjonariuszom. Wskoczył do dorożki i popędził przed siebie. Wyścig był wyrównany, bo policjanci także dysponowali jedynie dorożką. Gdyby nie nieprzepisowo ustawiony stragan, ucieczka Gaskonia mogłaby się zakończyć sukcesem. A tak, zakończyła się ponurym procesem, w którym prokurator domagał się dla zabójcy kary śmierci. Rzecz w tym, że zarówno Sawicka, jak i Wars nie byli do końca przekonani czy oskarżony, legionowy bohater, powinien zawisnąć na szubienicy.

– Miłość ci wszystko wybaczy, no nie? – spytała retorycznie Sawicka, a Swiderska pokiwała głową i odparła:

– Sędziowie to ludzie bez serca. Dla nich całe życie zawiera się w kodeksach, a przecież życie jest gdzie indziej.

– Gdzie?

– A bo ja wiem... – Świderska zamyśliła się, po czym nerwowo potarła dłonią plamę po kawie. Jej problem polegał na tym, że dobrze zaczynała, ale kończyła znacznie gorzej. Inicjowała jakąś złotą myśl, by nigdy jej nie rozwinąć i nie zwieńczyć konkluzją. – Na pewno nie w sądzie, moja kochana – dodała w poczuciu, że mimo wszystko udało się jej ukuć cenną maksymę. Sawicka uśmiechnęła się do przyjaciółki i sięgnęła po papierosa. Dymek Gabinetowego wprowadził ją w dobry nastrój. Mogła już – przynajmniej na chwilę – zapomnieć o przykrej sprawie Gaskonia.

– No i co teraz? – spytała Świderska. – Póki nie ma nowego trupa, może przeniosą cię do kierowania ruchem ulicznym?

Ta żartobliwa sugestia dotknęła Sawicką; nie po to wspięła się tak wysoko w hierarchii policji kryminalnej, by teraz zatrzymywać ciężarówki i puszczać przez ulicę przechodniów.

– Trup się zawsze znajdzie – odparła oschle spoglądając na bilardzistę, któremu najwyraźniej dobrze poszła gra, bo podskoczył do góry z uniesionymi rękami.

– Trup się zawsze znajdzie... – powtórzyła Świderska, jakby znowu chciała dopisać kolejną frazę do słów przyjaciółki. – A jak się nie znajdzie? A jak świat nagle stanie się dobry i wszyscy będziemy chcieli uszczęśliwiać naszych bliźnich?

Sawicka wypuściła w twarz Świderskiej chmurę papierosowego dymu.

– Jeśli człowiek upadnie tak nisko, że już nigdy nie będzie chciał drugiego człowieka zabijać, jeśli będzie go wyłącznie głaskał po plecach i podawał mu rano kapcie, wówczas zmienię profesję. Zostanę damą do towarzystwa.

– Kim? – Świderska przymrużyła ze zdziwienia oczy.

Sawicka nachyliła się w stronę przyjaciółki i syknęła jej do ucha:

– Kurwą...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Spojrzała na zasnute ołowianymi chmurami listopadowe niebo. (Sawicka – kochająca życie, kolory i piękne zapachy – nienawidziła jesieni, która kojarzyła się jej z odorem zgnilizny i mrokiem wieczorów, a także bardziej z wegetacją, niż życiem.) Miała wolne popołudnie i żadnego sensownego pomysłu, jak je atrakcyjnie spędzić. Liczyła, że spotkanie ze Świderską w kawiarni potrwa nieco dłużej; że wypiją po kieliszku czegoś mocniejszego, a potem przeniosą się do jakiegoś modnego lokalu z jazzową muzyką, przystojnymi kelnerami i tańcami. A choćby i do Adrii... Tak naprawdę nie lubiła Adrii, która kojarzyła się jej z podstarzałymi prowincjonalnymi krezusami, czyniącymi sobie krótkie wypady do stolicy i pocącymi się na widok striptizerek.

Jednak musiała przyznać, że atmosfera lokalu przy Moniuszki działa na nią elektryzująco. Ciekawe, że restauracja, która pojawiła się na mapie stolicy niespełna osiem lat wcześniej, już stała się uznaną instytucją życia gastronomicznego. A wszystko to dzięki jej obrotnemu szefowi, panu Moszkowiczowi, którego ściągnięto aż ze Lwowa (gdzie prowadził kilka eleganckich lokali), by rozkręcił warszawski interes. Moszkowicz – jak na żydowskiego przedsiębiorcę przystało – miał głowę na karku. Wymógł na włoskich właścicielach gigantyczne udziały w zyskach Adrii – te były naprawdę imponujące.

Niestety, perspektywa szalonego popołudnia w tej restauracji z obrotowym parkietem, nie była pisana Sawickiej. Okazało się, że Świderska jest lekko przeziębiona. Ponieważ kiepsko się czuje i zażywa lekarstwa, nie może pić alkoholu (nie mówiąc już o tańcu czy flirtach z nieznajomymi brunetami). A cóż wart jest wieczór w Adrii, jeśli zdrowie wyklucza korzystanie z największych przyjemności życia?

Sawicka uwielbiała balować w towarzystwie Świderskiej, która po kilku głębszych zapominała, że ma oficjalnego narzeczonego i dawała się ponieść zabawie. Wtedy wszystko stawało się możliwe – nawet namiętne pocałunki wyciskane na jej ustach przez młodzieńców przyjeżdżających z miasta Łodzi, Lwowa czy Poznania, którzy opuszczając stolicę nad ranem wymazywali się automatycznie z pamięci Świderskiej. Zawsze po takich balangach Sawicka pytała przyjaciółkę:

– A coż cię tak urzekło w tym pretensjonalnym żigolaku?

– Co masz na myśli, mówiąc „urzekło”?

– No wiesz, moja droga, nie całujemy się z panami, którzy są nam obojętni.

– Ja się całowałam? Wypraszam sobie, coś ci się przywidziało... No... może raz czy dwa... To przecież nie grzech! Ale ty, broń Boże, nie wspominaj o tym Władkowi! Zabiłby mnie chyba!

– A dlaczego miałabym nie wspominać? Oczywiście, że wszystko mu wypaplam, albo...

– Albo co?

– Ten twój Władek jest całkiem niczego sobie. Jeszcze jakby zgolił tego głupawego wąsika, zaczesał włosy na brylantynę... to kto wie? Może i ja bym mu uległa? Oczywiście, gdyby uczynił jakiś krok w moją stronę.

– Świnia!

– Znalazła się święta! To ty panuj nad swoimi niekontrolowanymi odruchami! Mniej pij, więcej się gimnastykuj i zażywaj zioła magistra Wolskiego na ostudzenie chuci. Jak stało w tej reklamie? Aha! „Łagodzą zaburzenia systemu nerwowego i uczucie niepokoju oraz sprowadzają krzepiący, naturalny sen.” A przecież te twoje flirty na boku, to nic innego, jak rezultat niepokoju.

– Jak to?

– A tak to! Boisz się, że jakaś okazja przejdzie ci koło nosa i na starość będziesz żałowała straconych przyjemności. A może podejrzewasz, że twój Władek nie całuje tak dobrze, jak przystojni bywalcy Adrii? To także niepokój...

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

Tym razem jednak taka rozmowa nie odbyła się. Przyjaciółki pożegnały się na progu kawiarni i każda ruszyła w swoją stronę. Sawicka postanowiła pójść na Nowy Świat i odwiedzić kilka salonów mody, a potem może nawet wpaść na komendę. A to się pan komisarz Wars zdziwi! Przecież, jak Sawicka ma wolne, to przeważnie szerokim lukiem omija policyjny gmach. Chociaż taka niezobowiązująca wizyta, trwająca nie dłużej niż piętnaście minut, nie będzie chyba przykrością. Poza tym podkomisarz bardzo była ciekawa, o co chodzi z tym wypadkiem na torach. Dostali takie zgłoszenie. Podobno ktoś nie żyje. Wars miał dziś przesłuchać jakiegoś świadka... Ale czy to oni – Sawicka i Wars – będą prowadzić śledztwo? Któż to wie... Wszystko zależy od naczelnika referatu kryminalnego – Franciszka Śledzia. Tak, zajrzy do pracy, a może nawet uda się jej wyciągnąć Warsa do Retmana. Czasami nawet taki sztywniak jak on lubi pogadać w restauracyjnej atmosferze.

Z zamyślenia wyrwał ją pisk opon. Odwróciła głowę i zobaczyła, że pośrodku skrzyżowania Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich zatrzymały się dwie czarne limuzyny. Jedna z nich przednimi kołami wjechała na chodnik. Jako policjantka od razu wyczuła, że święci się coś niedobrego. Jako miłośniczka automobilizmu rozpoznała jeden z pojazdów: to był horch 830 – obiekt westchnień wielu facetów. I właśnie z tego samochodu wyskoczyło dwóch osobników w szarych płaszczach, z kapeluszami naciągniętymi niemal na oczy, dzierżących w rękach lekkie karabiny maszynowe Browning M1918. Kierowca i pasażerowie drugiego pojazdu nie zdążyli otworzyć drzwi. (Sawicka rozpoznała markę. To było najnowsze cudo niemieckiej motoryzacji, zaprojektowane przez Ferdynanda Porsche’a: garbaty samochód dla ludu, wymyślony ponoć przez samego Adolfa Hitlera.) To już można go kupić w Polsce? – przemknęło przez myśl Sawickiej. Olśnienie policjantki zbiegło się w czasie z pierwszymi strzałami. Seria z broni maszynowej wyryła dziury w karoserii garbusa. Potem z jego drzwi wypadła szyba, a zaraz za nią krwawiąca głowa kierowcy. Ludzie zaczęli w panice uciekać z miejsca zbrodni. Jednak niektórzy nie wiedzieli co robić, zastygając w bezruchu niczym posągi, biernie oczekując na śmierć. Ktoś chwycił Sawicką za rękę i pociągnął na chodnik. Podkomisarz usłyszała świst kuli, ale nawet nie poczuła, że właśnie zawarła z nią bliższą znajomość – na szczęście bardzo powierzchowną. Pocisk przedziurawił fałdę rękawa palta i tylko drasnął rękę Sawickiej.

– Proszę pani, jak strzelają, to trzeba się kłaść na ziemię – szeptał jej do ucha wybawca, wąsaty starszy pan w brunatnej jesionce.

Policjantka uśmiechnęła się blado, ale już dała sobie spokój z podziękowaniami, bo czy można w jednym słowie wyrazić wdzięczność za uratowanie życia? Była przerażona, ale w przeciwieństwie do większości przypadkowych świadków strzelaniny, nie zamierzała uciekać. Wprost przeciwnie. Bardzo chciała doczekać końca tego zajścia. Nie reagowała na kolejne wezwania wybawiciela, który postanowił na czworakach uciec gdzie pieprz rośnie i szeptem nakłaniał Sawicką do tego samego.

Krew płynęła z rany wąziutkim strumieniem, ale młoda kobieta nie zwracała uwagi na tę nic nieznaczącą teraz okoliczność. Położyła się na brzuchu i wsparła głowę na dłoniach. Na głowę nacisnęła kapelusz z szerokim rondem, jakby był to hełm z utwardzanej stali. Z tego miejsca miała doskonały widok, niczym w kinie, w ostatnim, najwyżej położonym rzędzie. Rzeczywiście, film się wcale nie kończył. Co więcej! W dramatycznej akcji nastąpił zwrot. Teraz z garbusa wyskoczyły dwie osoby – mężczyzna i kobieta – wyposażone w pistolety maszynowe Thompsona, zwane potocznie „Tommy gunami”. Bandyci, którzy przyjechali horchem, byli zdaje się przekonani, że egzekucja jest zakończona i nie spodziewając się ciągu dalszego opuścili lufy. Właśnie wtedy dosięgły ich kule z „Tommy gunów”. Wprawdzie jeden z nich próbował odpowiedzieć ogniem, ale był to jedynie akt desperacji człowieka, który wie, że żegna się z tym nienajlepszym ze światów. Kule z jego Browninga poszybowały w niebo, jakby miały poinformować Świętego Piotra, że za chwilę u Niebieskich Bram pojawi się nowy petent z kolegą – ten drugi bowiem nie dawał żadnych oznak życia i z całą pewnością nie była to wyłącznie kokieteria.

Po tej akcji mężczyzna z Thompsonem w ręku doskoczył do swojego auta i zaczął się szarpać z martwym szoferem. Najwyraźniej chciał go wyrzucić ze stanowiska pracy i sam przejąć stery garbusa, ale tamten okazał się rzetelnym pracownikiem do samego końca. Jego but zaklinował się pomiędzy jednym z pedałów a podłogą i wyciągnięcie go wymagałoby kilku dodatkowych sekund – a na to para morderców nie miała czasu. Nie miała też pewności, że kule z Browningów nie uszkodziły silników i samochód jest wciąż sprawny. Słysząc warkot nadciągających policyjnych motocykli oboje rzucili się do ucieczki. Pobiegli Marszałkowską w stronę Ogrodu Saskiego, a następnie zniknęli za narożną kamienicą na ulicy Widok.

Z motocykli zeskoczyło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Jeden z nich podjął nierówną walkę z napierającym tłumem, który nagle zapragnął znaleźć się jak najbliżej trupów, jakby ich widok z bliska był atrakcją o wiele większą niż z odległości kilkudziesięciu metrów. Drugi rozpoczął oględziny, choć nawet dla laika było jasne, że nie ma wielkiej wprawy w zabezpieczaniu miejsca zbrodni. Krążył wokół horcha i na zwłoki spoglądał nie z zawodowej ciekawości, ale obowiązku. Podbiegła do niego Sawicka i zdyszana wyrzuciła z siebie:

– Wszystko widziałam, może pan przodownik notować.

– Potem, potem, wszystko w swoim czasie. A w ogóle, to co pani tu robi? Nie widzi pani, że kolega wszystkich odgania od miejsca przestępstwa? Trzeba zachować dystans, to nie zabawa pod trzepakiem.

– Jestem podkomisarz Sawicka z referatu do spraw kryminalnych Komendy Głównej – odparła z lekka obruszona policjantka i zaczęła szukać w torebce swej legitymacji służbowej. Na próżno, oprócz kosmetyczki, szczotki do włosów, paczki papierosów i kilku banknotów luzem nie było w torebce niczego więcej.

– Zostawiłam w domu, ale może mi pan wierzyć...

– odparła, czerwieniąc się.

– No właśnie, taka z pani policjantka, jak ze mnie połykacz ognia – przodownik, który najwyraźniej miał jeszcze kilka lat do trzydziestki, przybrał marsową minę i dodał: – Krew pani leci z ręki. Trzeba co prędzej iść do doktora. Niestety, nie mogę pani zawieźć. Na szczęście – nachylił się nad ramieniem Sawickiej – to nic poważnego. No już! Prędko! Proszę stąd iść. To nie widok dla takiej młodej panienki. Jak będzie trzeba wysłuchać świadków, to się do pani odezwiemy.

– Znalazł się, doświadczony matuzalem! A zapisał pan chociaż mój adres? Chyba pan zapomniał

– Sawicka lekceważąco wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia funkcjonariuszowi, że kiepski z niego zawodowiec. Ten, wraz ze zniewagą przełknął ślinę, i powtórzył polecenie:

– Proszę stąd iść! Ranę trzeba zdezynfekować.

Gdy nadkomisarz odchodziła szybkim krokiem z miejsca zbrodni, zawołał:

– A pani nazwisko?

– Sawicka. A mój numer telefonu to 333.

Policjant wybałuszył oczy: któż może mieć tak krótki numer?... może to jakiś rządowy telefon? A przecież wystarczyłoby odwiedzić pierwszą lepszą drogerię, aby zorientować się, że 333 to nazwa niezwykle popularnych krajowych perfum. Inna rzecz, że jego, rozmówczyni gustowała w lepszych markach – jej ulubiony zapach Vol de nuit przybył nad Wisłę z Francji i był sygnowany nazwiskiem Guerlain.

– Zapisałem – skłamał, choć nawet nie wyciągnął notesu. – Jeszcze raz proszę o podanie nazwiska.

– Sawicka. Proszę dobrze zapamiętać, bo pewnie jeszcze pan o mnie usłyszy.ROZDZIAŁ III

Śledź nie wierzy w amerykańskie bajki

– Ja handluję książkami religijnymi, panie komisarzu, sam zresztą jestem katolikiem i wiem, że przed obliczem Przedwiecznego nie da się być incognito.

– Ma pan rację, ale Bóg raczej nie pomoże nam w tym śledztwie. Będzie nam co najwyżej kibicował, bo nie sądzę, że mógłby odczuwać choćby cień sympatii do tych, którzy pozbawili tego nieszczęśnika życia. Dlatego sami musimy się uporać z owym incognito – Wars pociągnął nosem, co miał w zwyczaju, gdy udało mu się rzucić jakąś szczególnie trafną myśl. Świadek Stanisław Kołodziej pokiwał głową i nawet nie próbował ripostować, bo nie to miejsce, nie ta okoliczność. Nagle otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczyła młoda kobieta o nieco szalonym spojrzeniu.

– Wszystko w porządku? – komisarz od razu wyczuł, że z jego partnerką coś jest nie tak. Musiało wydarzyć się coś straszliwszego, niż spotkanie oko w oko z myszą. No, chyba, że dokonał tego alkohol – wszak Sawicka miała dziś się nie pojawić w biurze – a to już byłby zły znak. Podkomisarz pokręciła głową, co mogło oznaczać, że nie wszystko jest w porządku albo, że nie ma się czym przejmować.

– Panu już dziękuję! Myślę, że wkrótce znowu się spotkamy. Pan nie zamierza w najbliższym czasie wyjeżdżać z miasta? – Wars postanowił jak najszybciej zakończyć przesłuchanie uczestnika katastrofy na torach.

– Nie! Nigdzie nie jadę, jestem do dyspozycji pana komisarza.

Jeszcze nie zamknęły się drzwi za Kołodziejem, a Wars doskoczył do Sawickiej i chwyciwszy ją za ręce, zapytał zaniepokojony.

– Co się stało, nie wygląda pani najlepiej?

Ona ruchem głowy wskazała na ranę na ramieniu, z której wciąż płynęła wąską strużką krew.

– Na miłość boską, pani Ludwiko, co się stało? Kto panią tak urządził?

Wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, strzelali się na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Przechodziłam zupełnie przypadkowo, nagle usłyszałam pisk kół i zobaczyłam, jak na środku skrzyżowania zatrzymały się dwa samochody. Z jednego wyskoczyło dwóch bandytów z karabinami maszynowymi. Walili, jak w jakimś amerykańskim filmie, zupełnie jak w Chicago. Jak żyję, nigdy czegoś takiego nie widziałam. Podejrzewam, że pań też...

– Potworne, ale kiedy to się stało? Na razie nie dotarło do mnie żadne zgłoszenie.

– Dotrze, bez obaw. Coś takiego z pewnością nie przejdzie bez echa. Poza tym, zaraz po strzelaninie przyjechali nasi. Dwóch ich było, w tym jeden mało gramotny.

– Co to znaczy?

– Przedstawiłam się, ale mi nie uwierzył, że jestem z policji. Niestety, nie miałam przy sobie legitymacji, więc potraktował mnie jak jakąś pensjonarkę. Albo wariatkę. Nawet nie spytał o moje personalia. Pan rozumie? Nie chciał rozmawiać ze świadkiem zajścia. I to świadkiem całkiem nieźle naznaczonym dowodami, że tak powiem, rzeczowymi.

– Ach, cóż za gamoń! Pewnie jakiś młodzik, przerażony jeszcze bardziej niż gapie. Ale my tu gadu–gadu, a pani z ramienia płynie krew. Najpierw musimy opatrzyć ranę, a potem, jeśli nie ma pani nic przeciw, przesłucham świadka.

– Jakiego świadka?

– No, panią, oczywiście! Skoro młody funkcjonariusz nie stanął na wysokości zadania, to czterdziestoletni komisarz musi nadrobić policyjne zaległości.

Wars, nie pytając o zdanie Sawicką, rozdarł rękaw jej palta, aby dostać się do rany. Sawicka jęknęła boleśnie.

– Bardzo pani cierpi? – spytał troskliwym głosem komisarz.

– Pan też by cierpiał... Wie pan, ile to palto kosztowało? A teraz to już tylko można je pociąć na gałgany i kurze nimi ścierać.

– Najważniejsze, że rana niegroźna, draśnięcie prawie. No, ale spirytusem przemyć trzeba. Powiedziałbym, że do wesela się zagoi, ale nie bardzo wiem czyjego wesela. Pani, kobieta wyzwolona i nowoczesna pewnie nieprędko znajdzie sobie odpowiedniego kandydata. Że o sobie nie wspomnę...

– A czemu o sobie pan nie wspomni?

– Bo ja jestem casus clinicus.

– Co takiego?

– Nie znam łaciny, ale można by rzec chyba „przypadek kliniczny”, czy coś w tym stulu... No, i zła informacja. Blizna, malutka, bo malutka, ale chyba jednak pozostanie. Ale cóż jest wart policjant bez szramy?

– Tak...? A pan ma jakąś? To proszę mi natychmiast pokazać!
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij