Alan Cole nie tańczy - ebook
Alan Cole nie tańczy - ebook
Kontynuacja głośnej powieści Alan Cole nie jest tchórzem!
Po ujawnieniu orientacji seksualnej w szkole Alan jest wciąż prześladowany przez swojego największego wroga – Rona. Może jednak liczyć na wsparcie oddanych przyjaciół – Zacka i Madisona. Niestety wciąż nie zdobył się na odwagę, aby wyjawić prawdę o sobie rodzicom. Odważnie stawia więc czoła wszelkim niepowodzeniom i nieśmiało marzy, aby rozwijać się artystycznie. Ku jego zaskoczeniu staje przed szansą wzięcia udziału w prestiżowym kursie malarstwa. Tyle że w zamian za spełnienie tego marzenia, apodyktyczny ojciec chce, aby syn zabrał na szkolną potańcówkę córkę jego szefa. Dla Alana to koszmar, nie dość, że ma dwie lewe nogi, nie lubi dziewczyn, to jeszcze zdecydowanie wolałby poświęcić swój czas na rozwijanie znajomości z nowym chłopakiem w szkole. Paradoksalnie postawienie pierwszego kroku na parkiecie może okazać się również pierwszym krokiem do pełnej samoakceptacji.
To opowiedziana z humorem opowieść o przyjaźni, rodzinie i różnych obliczach odwagi.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-280-7900-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Pewien mądry filozof powiedział kiedyś: „Zmiany osobowe przypominają powolne, bolesne wymioty. Stanowią czynność ohydną i zawstydzającą, jednak przynoszą ulgę i na swój sposób odświeżają (zwłaszcza po zakończeniu tej czynności)”. O ile dobrze pamiętam, maksyma ta pochodzi ze starożytności.
Nie wiem, czy przypadkiem autorowi nie chodziło o metaforyczne rzygi – sam więcej czasu poświęcam sprzątaniu w toalecie niż wymiotowaniu w niej. Jedno wydaje mi się natomiast pewne. Otóż osoba, którą pozostawiasz za sobą, oraz ta, którą masz się stać, początkowo nie pasują do siebie, zupełnie jak pierwsze, koślawe litery stawiane na papierze przez uczącego się pisać. Z czasem ręka przyzwyczaja się do tej czynności. Podobnie człowiek przyzwyczaja się do zmiany. I tyle.
Problem polega na tym, że zmiany te zachodzą, praktycznie rzecz biorąc, bez końca.
– Hej, Alan! – Zack swoim radosnym szeptem przerywa mój monolog wewnętrzny. – Sądzisz, że radioaktywni ludzie-bestie mogliby się narodzić w tak małej tubce?
Spoglądam na chłodzony rtęcią ciśnieniowy reaktor wodny elektrowni jądrowej (tak przynajmniej nazwała to urządzenie przewodniczka naszej wycieczki).
– Nie sądzę, by się w niej zmieścili – mówię.
– Nie sądzę, by radioaktywni ludzie-bestie potrafili rozciągać się i przyjmować różnego rodzaju kształty – mówi Zack. – Założę się, że jeśli naprawdę grzecznie zapytamy Francine, to zdradzi nam prawdę.
Wątpię, by Francine – to właśnie ta wspomniana przewodniczka – chciała odpowiedzieć na jego pytanie. Zapewne w ogóle wolałaby nie zajmować się grupką zesłanych na wycieczkę uczniów. Kiedy pani Richter ogłosiła, że wszystkich uczestników ASPEN¹ z klas od siódmej do dziewiątej (a więc rekrutujących się spośród Sadzonek, Pędów i Krzaczków – tak, dobrze przeczytaliście) czeka wyprawa do elektrowni jądrowej, to pomyślałem sobie, że szykuje się atrakcja równie pasjonująca co obserwowanie płynącej wody. Zack upierał się jednak, że „ukrywają tu niewygodną prawdę o energii atomowej” stanowiącą część spisku rządowego.
– Cicho! – szepcze Madison i dotyka palcem ust. – Przegapicie najważniejsze informacje!
– Jaka jest różnica pomiędzy rozszczepieniem jądra atomu a fuzją jądrową? – pyta Francine.
Ręka Madisona natychmiast się unosi.
– Rozszczepianie jądra atomowego polega na dzieleniu go na części, fuzja zaś na łączeniu dwóch jąder w jedno – recytuje.
– Właśnie tak – mówi przewodniczka.
– Grubason mógłby sobie rozszczepić jądra, nie? – rzuca jedna z ósmoklasistek, co stojące obok dziewczyny kwitują śmiechem (sam staram się nie używać takiej terminologii; szanujmy się, ludzie).
– Pff. – Madison splata ręce na piersiach, ale jej nie odpowiada.
Odzywam się do niego dopiero wtedy, kiedy zostawiamy ciśnieniowy reaktor wodny za sobą.
– Założę się, że ci zazdrościła. Prawdopodobnie nie zna się na fuzji jądrowej…
Nagle ktoś wpada na mnie od tyłu, i to ze sporym impetem. Tracę równowagę, jednak Zack mnie chwyta i dzięki temu nie ląduję na ziemi.
– Hej! – krzyczy.
– Sorka – odpowiada gość z dziewiątej klasy, który mnie potrącił. – Nie zauważyłem cię, Gejan.
Odchodzi, zanim dostrzega to nauczycielka. Madison wzdycha.
– Przynajmniej Grubason wychodzi z mody. Zresztą zdecydowanie bardziej martwiłbym się, gdyby nazywali mnie Gejanem.
– Ale ta ksywka nie ma sensu – stwierdza Zack. – Brzmi jak nazwa lekarstwa na receptę.
– Gej Alan – mruczy Madison.
Nasz kumpel otwiera szeroko oczy.
– Ach! Teraz rozumiem. A nie lepiej brzmiałoby Gejalan? Powinieneś wystąpić o zmianę przezwiska. Skoro już się z ciebie nabijają, to przynajmniej mogliby się bardziej postarać, nie?
Łatka chłopaka, który lubi kolesi, przylgnęła do mnie jakiś miesiąc temu, kiedy zakończyłem rywalizację z moim bratem Nathanem w grze Cole vs Cole albo CvC. Nathan przez całe lata wszystkie swoje siły przeznaczał na uprzykrzanie mi życia. Zagroził nawet, że jeśli przegram, wszyscy w szkole poznają moją tajemnicę. Choć pokonałem go, to i tak dokonałem coming outu², ponieważ nie chciałem dłużej czuć strachu przed bratem. Ani tym bardziej bać się całego świata. Dzięki temu poznałem nowych uczniów naszej szkoły, zwłaszcza tych, którzy uważali, że zabawnie jest nazywać mnie Gejanem, drwić ze mnie i mnie popychać, kiedy nauczyciele nie patrzą. Innymi słowy wymieniłem jednego gigantycznego dręczyciela na armię nieco mniejszych.
Rozglądam się za Nathanem, który jest dwa lata starszy ode mnie. Wiem, że znajduje się w pobliżu. I rzeczywiście jest. Obserwuje mnie. Pewnie chce się upewnić, że nic mi się nie stało. Mógł interweniować, ale tego nie zrobił. Marcellus Mitchell, jego najlepszy przyjaciel, szepcze mu coś do ucha. Nathan niepewnie rusza w moim kierunku, jednak po chwili obaj zostają w tyle.
– To już miesiąc – mówi Zack, kiedy doganiamy główną część grupy. – Dziwię się, że nigdy nie stanął w twojej obronie.
– Ani razu – stwierdzam.
– Pff – mruczy Madison. – Jeśli chcecie usłyszeć moją opinię, to… wcale się temu nie dziwię. Gość torturował cię przez długie lata. Ktoś o takim dorobku nie zmieni się w mgnieniu oka – dodaje i nagle się krzywi. – Może nawet nigdy się nie zmieni.
Kiedy wygrałem CvC, Nathan obiecał, że mi odpuści. Nie zażądałem wtedy od niego, by aktywnie działał na rzecz dobra. W ciągu tego miesiąca powiedział do mnie może jedno słowo, co i tak jest postępem w stosunku do dwunastu lat naszej znajomości. Wciąż mam nadzieję, że zyskam normalnego starszego brata. Takiego, który stanie po mojej stronie, gdy wpadnie na mnie jakiś homofob.
Spora liczba dzieciaków gromadzi się wokół punktu, który udaje sklep z pamiątkami.
– Oferujemy dwudziestopięcioprocentową zniżkę uczniowską na wszystkie produkty związane z naszą elektrownią – oświadcza Francine, jakby czytała z promptera.
– Macie koszulki? – pyta Rudy Brighton, mój kumpel z klasy siódmej.
– Trochę tego jest – odpowiada kobieta.
Rudy unosi pięść, po czym pierwszy wchodzi do środka. Pani Richter, moja ulubiona nauczycielka, nie zanurza się w fascynującym sklepowym wnętrzu. Zamiast tego pstryka palcami.
– Nie ma mowy – mówi do kogoś, kogo nie widzę. Wyciągam szyję i…
Ech.
Connor Garcia. Heteroseksualny chłopak, w którym wciąż jestem szaleńczo zakochany (choć mam świadomość, że nic z tego nie wyjdzie). Właśnie uśmiecha się do Sheili Carter. Dziewczyna często widzi ten jego szeroki uśmiech, ponieważ od niedawna są parą. Oficjalnie chodzą ze sobą. Każdego dnia publicznie okazują sobie uczucia, co jest ohydne i… wcale nie przemawia przeze mnie zazdrość. Nigdy w życiu! Skąd w ogóle ten pomysł?
Przymykam oczy, by mnie nie szczypały.
– Alanie Cole! – mówi ktoś za moimi plecami. Tak bardzo mnie zaskakuje, że szkielet niemalże wyskakuje mi z ciała.
– Cześć! – odpowiadam, próbując złapać oddech.
Talia MacDonald, przewodnicząca naszego rocznika, nie wygląda na szczęśliwą. Inna sprawa, że ostatnio rzadko kiedy tak wygląda. Może to stres związany z prowadzeniem wszystkich naszych spraw odcisnął na niej swoje piętno? Podobno przedstawiła dyrektorowi Dorsetowi trzy miliony pomysłów na „poprawienie doświadczenia związanego z pobytem w szkole”, on zaś zatwierdził tylko jeden z nich. I wiem, że właśnie o tym jednym pomyśle Talia chce ze mną porozmawiać.
– Wiesz, dlaczego chcę z tobą porozmawiać? – oświadcza (a nie mówiłem?).
Kiwam głową.
– Ponieważ wszyscy się do sklepu z pamiątkami nie zmieszczą.
Talia kładzie dłonie na biodrach.
– To wcale nie jest zabawne! Przed miesiącem próbowałam uruchomić projekt „Skąd się bierzemy?”, jednak otrzymałam zaledwie trzy zgłoszenia. Wciąż czekam na arcydzieło autorstwa Alana Cole’a, które podniesie rangę przygotowywanej wystawy. Niestety, jak dotąd dostałam od ciebie jedno wielkie zero.
Ma rację. I to boli. Miesiąc temu wspomniałem Talii (oraz Zackowi i Madisonowi) o moim pomyśle na kreprojekt. Początkowo miał to być zwykły obraz, jednak ostatecznie zamienił się w autoportret. W każdym razie zainspirowało to ją do zorganizowania wystawy na temat tego, jak się wzajemnie postrzegamy. W sumie to właśnie pierwotnie chciałem osiągnąć: zmienić świat. Chciałem podzielić się z ludźmi czymś, co pokazywałoby, skąd się wziąłem. Kim jestem. W co wierzę. Ale…
– Nie jest jeszcze gotowy – odpowiadam. – Dam ci znać, kiedy będzie.
– Wciąż to powtarzasz. – Talia, wyraźnie rozczarowana, kręci głową. – Zaczynam podejrzewać, iż wcale nie chcesz, by ktoś zobaczył ten twój… kretojekt, nie?
– Kreprojekt.
– Niezależnie od nazwy chcę go dostać. I jeśli będę musiała zwinąć ci ten twój szkicownik i osobiście wyrwać z niego pracę, to zrobię to. Nie zmuszaj mnie do tego! – rzuca i rusza w stronę zatłoczonego sklepiku.
Oddycham z ulgą. Odruchowo dotykam ukrytego w plecaku szkicownika. Tak naprawdę… mój kreprojekt jest już gotowy. Skończyłem go trzy tygodnie temu. Spędziłem wiele godzin sam na sam z niewielkim lusterkiem oraz farbkami, tworząc najbardziej smagający batem, łamiący karki, wstrząsający ziemią, chłodzący wodę w reaktorze obraz znany ludzkości. Cały świat porzyga się na jego widok.
Na razie jednak nie pokazałem go nikomu.
Uwielbiam malować. Żyję dla malowania. Gdyby przypominało oddychanie, płakałbym akwarelami. Zack i Madison wciąż pytają mnie o ten obraz. Talia często do niego wraca. Świat czeka na jego premierę. Dlaczego więc wciąż nie wyciągnąłem go z plecaka?
Kiedy wyobrażam sobie, jak mój kreprojekt żółknie w szkicowniku, robi mi się niedobrze. Zwłaszcza że od ukończenia go niczego nie namalowałem. Żadnego człowieka, żadnego psiaka, żadnej roślinki. Nawet ludzika złożonego z kresek. Choć w ciągu ostatniego miesiąca sporo osiągnąłem, zaczyna do mnie docierać, że wciąż szukam celu w życiu. Przygniatam sobie tyłkiem ręce, tracę pamięć mięśniową, obracam się w pył. Na czym polega mój problem? Czego tak naprawdę się boję?
– Wszystko w porządku? – pyta Zack, kiedy nasza grupa niezdarnie wpycha się do sklepu z pamiątkami. Sam ma już na sobie koszulkę z napisem „<3 Elektrownia”.
– Jasne, nic mi nie jest – odpowiadam.
Jeśli będę to sobie często powtarzał, stanie się prawdą.
Madison wypuszcza powietrze z płuc. Sięga po kubek z elektrownią i napisem „Komisarz fuzji”.
– Cóż, panowie, dla mnie ta wycieczka zakończyła się fantastycznym sukcesem. Nauczyliśmy się naprawdę wiele na temat energii oraz tego, jak bezpieczne i wydajne jest jej produkowanie.
– Ale nie dowiedzieliśmy się niczego o radioaktywnych ludziach-bestiach – zauważa Zack. – Myślisz, że ta koszulka podkreśla kolor moich włosów?
– Twój kolor włosów nie potrzebuje podkreślania – odpowiada Madison.
Zack sięga po kosmyk sterczący z gniazda, które nosi na głowie, i naciąga go pomiędzy brwi.
– Może i tak. To co, piżama party w weekend?
– Fajnie by było – rzucam.
– Ostatnim razem nazywaliśmy to spotkaniem z nocowaniem – wzdycha Madison. – I brzmiało nieco doroślej. Pogadam z rodzicami, ale podejrzewam, że się zgodzą.
Zack się uśmiecha.
– Najlepsi kumple. Na zawsze!
Dotykamy się pięściami, po czym unosimy kciuki i złączamy je ze sobą.
Wyjawię wam pewien sekret – czasami wydaje mi się, że wcale się nie zmieniłem. Czasami jednak spoglądam na swoich przyjaciół, takich silnych i odważnych, i również w sobie dostrzegam kogoś innego. Niekiedy zerkam na swój kreprojekt i nie widzę w nim Alana z przyszłości. Widzę Alana z przeszłości. Z przeszłości, którą chciałbym mieć już za sobą. Właśnie na tym polega problem ze zmianami. Są trudne, ale na szczęście wykonalne. Dlatego wciąż się zmieniam. Wciąż walczę. I może kiedyś, pewnego dnia, moje drżące ręce stworzą prawdziwe arcydzieło.Dwa
Następnego dnia wysiadam z autobusu linii 19 i przechodzę obok tablicy ogłoszeń wiszącej nieopodal wejścia do szkoły. Słyszę dzieciaki, które rozmawiają o zbliżających się Zimowych Baletach – międzyszkolnej imprezie połączonej z konkursem tanecznym, podczas którego Evergreen bawi się razem z Broadleaf. Balety odbędą się dopiero za kilka tygodni, a mimo to ludzie tłoczą się pod tablicą, by poznać szczegóły. Nie przepadam za tańcem. Na parkiecie potrząsasz ciałem, jak gdybyś dostał spazmów, do tego znajdujesz się w pomieszczeniu szczelnie wypełnionym ludźmi przechodzącymi podobne ataki i masz na sobie niewygodne ciuchy. Próbujesz nieźle się prezentować, ale to niemożliwe, bo – przypominam – wyglądasz, jakbyś dostał spazmów. Zresztą… ja po prostu nie tańczę (a chłopak, z którym mógłbym pójść na taką imprezę, już ma dziewczynę).
Na plakacie informującym o imprezie widnieje napis „Zimowe Balety!” okraszony clipartowymi płatkami śniegu. Obok dostrzegam inną kartkę. Coś, czego jeszcze wczoraj tam nie było:
Uwaga, artyści!
Akademia Sztuki Gladstone przyjmuje zgłoszenia na semestr zimowy. Czeka was sześć weekendów intensywnego kursu artystycznego pełnego zaskakujących wiadomości.
Szczegóły na gladstoneartacademy.org.
Otwieram buzię tak szeroko, że mógłby zmieścić się w niej przelatujący ptak. Akademia Sztuki Gladstone mieści się w Filadelfii, jakieś czterdzieści pięć minut drogi z Petal Fields. Słynie z tego, że co trzy lata organizuje zajęcia dla początkujących artystów w wieku od dwunastu do osiemnastu lat. Prowadząca szkołę Victoria Gladstone nie tylko wystawia swoje prace w znaczących muzeach, ale też zdążyła odkryć wiele nieoszlifowanych diamentów. Uczyła choćby Chance’a Palmera, nastoletniego geniusza rzeźby (całkiem słodkiego – choć nie powiem, żebym się za nim oglądał), oraz Yolandę Byron, która zajmuje się szkłem, gliną i tekstyliami. A przecież do tego dochodzi cała masa artystów, którzy cieszą się lokalną sławą. Chciałbym zostać jej kolejnym talentem! Z pewnością pomogłaby mi pokonać moją artystyczną blokadę. To byłaby astronomiczna przygoda! Cóż, mam nadzieję, że nikt nie poślizgnie się na ślinie cieknącej mi z ust. Straszliwie ubabrałem nią podłogę.
W sumie wcale nie palę się do tej astronomicznej przygody. Skoro nie potrafię pokazać mojej pracy najbliższym kumplom, to jak mógłbym zaprezentować ją w klasie pełnej obcych mi ludzi, którzy prawdopodobnie są lepszymi artystami ode mnie? Zresztą nie mam żadnych osiągnięć postkreprojektowych, a akademia dobiera kandydatów naprawdę starannie. Ech… Bywaj, marzenie, miło było cię przygarnąć na te pięć sekund.
– Na co się tak jopisz? – Madison zachodzi mnie od tyłu. – Chyba nie chcesz zapisać się do klubu perkusyjnego, co? Ich ogłoszenie wspomina o „zainteresowaniu bębnieniem”. Naprawdę chciałbyś należeć do takiego kółka zainteresowań?
– Nie. I nie jopię się na nic – odpowiadam.
Mój kumpel splata ręce na piersiach.
– Jesteś koszmarnym kłamcą, wiesz? Niech pomyślę… Cheerleaderki, chór, prace społeczne… No proszę, co ja tu widzę?
– Do zobaczenia na godzinie wychowawczej – rzucam i odchodzę.
Szybko mnie jednak dogania.
– Ta akademia sztuki z pewnością by ci pasowała.
– Nie, nie pasowałaby – mówię.
– Wciąż wkurzasz się, że nie pokazałeś nikomu swojego krewpaktu?
– Kreprojektu.
– No dobrze, więc jesteś nieśmiały. Pomyśl jednak o tych wszystkich możliwościach, które otworzy przed tobą ten kurs. O znajomościach, które zyskasz! Artystyczny światek Filadelfii tętni przecież życiem. Moim zdaniem powinieneś spróbować.
– Dzięki za radę – stwierdzam.
Madison kręci głową.
– Alan, sądziłem, że jesteś odważniejszy…
Zatrzymuję się.
– Alan, którego znam, nie pozwoliłby, aby odrobina wstydu zawróciła go z autostrady do marzeń. Pewnym krokiem pomaszerowałby przed siebie! Nigdy by się nie poddał!
Spoglądam na niego.
– Nagram mu się na pocztę. Dam ci znać, kiedy oddzwoni.
Początkowo Madison robi zaskoczoną minę, potem jednak uświadamia sobie, że żartuję. Uśmiecha się szeroko.
– Zuch chłopak!
Kiedy wchodzimy do sali, uświadamiam sobie, że ma rację. Czego ja się właściwie boję? Powinienem spróbować. Skorzystać z okazji, która zmieniłaby całe moje życie. Pozwoliłaby mi stanąć w słońcu i grzać się w jego promieniach!
Najpierw jednak muszę ustalić, kim jest ten koleś, który zajął moje miejsce.
Hej!
Na moim miejscu naprawdę siedzi jakiś chłopak! Przegląda książkę! Jego zeszyt, ołówek oraz podręczniki leżą na jego – mojej! – ławce. Pojawił się tu pierwszy raz i rozgościł, jakby był u siebie.
Madison wzrusza ramionami. Podchodzę do gościa.
– Hmm, przepraszam…
Nieznajomy nie podnosi głowy, wciąż czyta książkę.
– Przepraszam! – mówię nieco głośniej. – Ty, nowy, siedzisz w mojej…
– Możesz chwilę zaczekać? – odpowiada. – Właśnie kończę rozdział – dodaje i przewraca kartkę.
Szczęka znów mi opada. Tym razem w buzi zmieściłby mi się żółw.
– To moje miejsce – oświadczam. – Siedzisz w mojej ławce!
Unosi palec do góry.
Większość uczniów weszła już do sali. Madison zajął miejsce naprzeciwko mojej ławki. Mojej. Na pewno nie tego chłopaka. Mojej!
Pani Richter jeszcze nie ma, więc nie mogę pójść do niej i poprosić o interwencję. Kilka osób zerka na tego nowego. Prawdopodobnie zastanawiają się, kim jest, skąd się wziął i dlaczego siedzi w mojej ławce.
– Alanie Cole, usiądź! – mówi Talia. – Zasłaniasz mi tablicę!
– Nie mogę – odpowiadam przez zaciśnięte zęby. – Ktoś zajął mi miejsce.
– Poproś go, by ci je zwolnił – stwierdza. – Hej, nowy! Ty z książką!
Nowy w końcu wsuwa zakładkę do lektury i odkłada ją na bok.
– Zająłeś czyjeś miejsce – kontynuuje Talia. – Jako przewodnicząca radzę ci znaleźć inne – dodaje, po czym spogląda na mnie. – Jesteś kompletnie nieasertywny, wiesz?
– Mam ochotę tutaj dzisiaj siedzieć – stwierdza nieoczekiwanie koleś.
Mam wrażenie, że za chwilę na skroni pęknie mi żyłka.
– Usiądź sobie gdzieś indziej. Ta. Ławka. Jest. MOJA!
Do sali wchodzi pani Richter, a za nią Zack, który zajmuje miejsce tuż obok mojego. Nawet nie spogląda na nowego chłopaka. Zamiast tego zaczyna do niego mówić.
– Alan, odpowiedziałeś na te pytania z angielskiego? Myślisz, że pani Ront zgodzi się ze mną, że Hatchet³ tak naprawdę opowiada o balecie? Bo chyba i ty to zauważyłeś, nie?
– Dlaczego nie siadasz? – pyta mnie pani Richter.
Biorę głęboki oddech.
– Onzająłmojemiejsce.
Wychowawczyni spogląda w głąb sali i dostrzega biurkowego bandytę.
– Ach, ty musisz być tym nowym uczniem! Może wybierzesz sobie jedną z ławek z końca i przestawisz w dowolne miejsce? Zająłeś miejsce należące już do kogoś.
Chłopak nie czyta już książki. Zamiast tego posyła mi ohydne spojrzenie, jedno z tych, które wydają się unurzane w arszeniku, cykucie i błocie. Następnie zbiera swoje rzeczy i wstaje. Rzucam się na krzesło, przekonany, że jeśli tego nie zrobię, ponownie mi je zwinie. Po chwili słyszę charakterystyczny odgłos mebli sunących po linoleum. No i proszę bardzo – ławkowy bandyta stara się ustawić swoją ławkę tuż obok mojej, odgradzając mnie od Zacka. W tej sali ławki stoją w konfiguracji przypominającej niedomknięty kwadrat, więc znajduje tam dość miejsca. Jeszcze kilka pisków oraz skrzypnięć i pryska dobry nastrój, który zawdzięczałem rozmowie motywacyjnej z Madisonem.
– Dziękuję – mówi pani Richter. – Czy mógłbyś się przedstawić? A może wolisz, bym ja to zrobiła?
– Spoko – odpowiada ławkowy bandyta. Następnie poświęca parę chwil na uporządkowanie swojej ławki: ma na niej zeszyt, ołówek, coś, co przypomina plan zajęć, kilka kartek w różnych kolorach. Przez dobrą minutę milczy, po czym w końcu się odzywa: – Nazywam się Odin Thompson. I skopię wam tu wszystkim tyłki.
Kilka osób zaczyna się szyderczo śmiać. Siedzący po drugiej stronie sali Connor się uśmiecha.
– Dajesz radę, chłopie.
– Dziękuję, Odin – mówi pani Richter. – Na przyszłość staraj się cenzurować swoje wypowiedzi.
– Zaraz, zaraz – wtrąca się Rudy. – Powiedziałeś, że nazywasz się Odin⁴. Czy twój syn nazywa się Thor? Chyba nie jesteś tym Odynem?
– Owszem – odpowiada nowy, jak gdyby spodziewał się, że Rudy uczepi się jego imienia.
Tymczasem Rudy się uśmiecha.
– Superowo! – rzuca.
Po drugiej stronie sali Madison splata ręce na piersiach. Zack spogląda z ciekawością na nowego sąsiada, zupełnie jakby Odin żonglował piłami mechanicznymi, balansując jednocześnie na monocyklu. Siedzę tuż obok niego i mam nadzieję, że ten nordycki bożek w przyszłości nie będzie takim utrapieniem, jakim jest do tej pory.
Kiedy rozlega się dzwonek, Odin jest już spakowany i przygotowany do wyjścia. I wiecie co? Chcę być kimś lepszym. Alan, którego znam, maszerowałby pewnym krokiem przed siebie, ale umiałby też współczuć. Poza tym… wybaczałem ludziom gorsze rzeczy.
– Hej – mówię do niego. – Myślę, że kiepsko to zaczęliśmy. Jeśli szukasz kogoś, kto pomoże ci przetrwać w Evergreen, daj mi znać. Tutaj bywa czasami naprawdę dziwnie.
Odin marszczy czoło.
– Dlaczego sądzisz, że miałbym potrzebować pomocy?
– No wiesz… Szkoła jest duża, uczę się tu już od dwóch miesięcy, a to… no wiesz… twój pierwszy dzień.
– Dam sobie radę. Twierdzisz, że nie dam?
– Nie, ja…
– Wiesz co? Pozwól mi samemu poznać szkołę. W zamian dam ci spokój. To co, umowa stoi?
Czuję, że po plecach spływają mi krople potu.
– Och, no więc ja… ja…
– Umowa stoi, Szczypiorku?
Biorę głęboki oddech.
– Stoi.
Mija mnie i znika za drzwiami. Zack i Madison zerkają na mnie zdumieni. W końcu nazwał mnie Szczypiorkiem, choć sam jest równie wysoki i szczupły co ja. A może chodzi im o to, że zupełnie bez powodu na mnie naskoczył?
Ugh!
– Niektórym ludziom nie da się pomóc – stwierdza Madison i wychodzi z sali. – Próbowałeś. Teraz po prostu go ignoruj.
Zack kręci głową i rusza za mną w stronę pływalni (choć następną lekcję ma w zupełnie innej części szkoły).
– Każdemu można pomóc. Kiedy ten gość się zorientuje, jak fajnym jesteś kolesiem, z pewnością będzie chciał się z tobą zaprzyjaźnić.
Tyle że ja wcale nie chcę mieć takiego kumpla. Byłbym szczęśliwszy, gdyby nie zbliżał się do mojej ławki, nie przezywał mnie (mam już dość ksywek) ani nie traktował jak gumy we włosach. Idealnie byłoby, gdyby zostawił mnie w spokoju. Nie potrzebuję nowych przyjaciół, ale przede wszystkim nie potrzebuję nowych wrogów.