Alarm na Garlandzie - ebook
ORP „Garland” przebył pod polską banderą 217 000 mil morskich. Uszkodził kilka okrętów nawodnych. Zatopił na pewno jednego U-Boota, prawdopodobnie drugiego, a trzeciego ciężko uszkodził. Zestrzelił i ciężko uszkodził kilka samolotów. W czasie swych rejsów przekraczał krąg polarny i linię równika. Jego szlaki morskie wiodły od Aleksandrii po Halifax, od Spitsbergenu po Georgetown (port na wyspie Ascension).
| Kategoria: | Historia |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-17545-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wiosną 1940 roku do malowniczej stolicy Malty, La Valetty, portu pamiętającego jeszcze wyprawy krzyżowe, przybyli jacyś cudzoziemcy. Mówili rzadko słyszanym tu językiem, ich marynarskie mundury różniły się dystynkcjami od brytyjskich – najczęściej tu spotykanych. Sposób bycia przybyszów był też zupełnie odmienny; bardziej impulsywni od pospolitych „blue-jacketów”, wodzili rozpalonym wzrokiem za miejscowymi dziewczętami. Trudności językowe nie były, jak się okazało, najtrudniejszą barierą do przebycia. I wkrótce wieczorami, kiedy ustawał żar lejący się z nieba, niejeden z nich przyciskał do boku smagłolicą maltańską pannę. Co hojniejszy, wydając do ostatniego pensa skąpy żołd, kazał się obwozić śmigłą _daisy_ – łodzią podobną do weneckiej gondoli – po pobliskiej zatoce i, siedząc skromnie ze swą wybranką na ławeczce (wioślarz mógł być w zmowie z jej obłędnie zazdrosnymi braćmi), wpatrywał się w ocienione długimi rzęsami migdałowe oczy.
Wkrótce jednak tajemnica przybyszów została wyjaśniona. Jak się okazało, oczekiwali oni z niecierpliwością chwili, gdy zostaną zaokrętowani na stojący w stoczni niszczyciel HMS „Garland”, który w swym herbie, wokół wieńca laurowego, miał wypisaną antyczną maksymę: _Qui meruit – ferat¹_, czyli „Kto zasłużył, niech nosi”.
Jak podają kroniki morskie, HMS „Garland” był piętnastym z kolei okrętem brytyjskiej Royal Navy noszącym tę nazwę. Wzmianka o pierwszym pochodziła z 1242 roku, czternasty zaś dzielnie sobie poczynał w największej batalii morskiej I wojny światowej – bitwie jutlandzkiej, która rozegrała się w maju 1916 roku pomiędzy flotą brytyjską i kajzerowską. Piętnasty, wybudowany w znanej stoczni Fairfield Shipbuilding and Engineering Co Ltd w Glasgow, został włączony do służby w 1936 roku.
Okręt należał do klasy niszczycieli (zwanych wówczas w marynarce polskiej kontrtorpedowcami) typu „G”. Wszystkie one miały charakterystyczną sylwetkę z dwoma kominami, podniesionym pokładem dziobowym i pojedynczo rozstawionymi na dziobie i rufie działami artylerii głównej o kalibrze 120 mm.
W pierwotnej wersji, przed przeróbkami i przezbrojeniem, HMS „Garland” posiadał standardową wyporność 1335 ton, a jego wyporność bojowa dochodziła do 2000 ton. Napęd okrętu stanowiły turbiny parowe Parsonsa o mocy 34 000 KM, co zapewniało okrętowi prędkość maksymalną 35,5 węzła. W 1940 roku, jeszcze przed modernizacją, artyleria główna składała się z 4 dział 120 mm – dwa znajdowały się na pomoście dziobowym i dwa na rufie. Osłonę przeciwlotniczą zapewniało działo 75 mm i 8 najcięższych karabinów maszynowych. Przeciwko broni podwodnej okręt wyposażono w wyrzutnie i miotacze bomb głębinowych – umieszczone na rufie. Uzbrojenie uzupełniały 2 czterolufowe wyrzutnie torped 533 mm. Załoga liczyła 145 ludzi.
W porównaniu z „Gromem” i „Błyskawicą” – niszczycielami Polskiej Marynarki Wojennej sprzed wojny – brytyjski okręt miał znacznie mniejszą wyporność, słabsze uzbrojenie, moc turbin i maksymalną prędkość; przewyższał je natomiast zasięgiem pływania. Wynosił on przy zapasie paliwa 455 ton i prędkości ekonomicznej 15 węzłów aż 6000 mil morskich. Znacznie też lepiej trzymał się na oceanicznej fali. Te zalety przesądziły, że wyznaczono mu rolę niszczyciela eskortowego. Taka też służba miała przypaść „Garlandowi” w czasie wojny.
W pierwszych miesiącach 1940 roku HMS „Garland” znalazł się w bazie morskiej pod La Valettą na Malcie, przechodząc kolejny remont. Nie był to jednak zwykły okresowy przegląd. W czasie ćwiczeń w śródziemnomorskim zespole niszczycieli „Garland” przeprowadzał pozorowany atak na okręt podwodny. Jedna z bomb głębinowych wybuchła przy zbyt małej prędkości i nadwerężyła bardzo poważnie kadłub przy rufie. Uszkodzenie to należało naprawić jak najszybciej. Poza tym przeprowadzano modernizację uzbrojenia. Zdjęto jedno z rufowych dział artylerii 120 mm i wzmocniono obronę przeciwlotniczą. W centrali artyleryjskiej zamontowano nowoczesny dalocelownik do centralnego kierowania ogniem dział – niebawem urządzenie to miało przysporzyć nowym użytkownikom okrętu wiele kłopotów. Ze względu na rosnące niebezpieczeństwo – Admiralicja brytyjska spodziewała się, nie bez racji, że Włochy wkrótce przystąpią do wojny u boku Hitlera, a z baz włoskich było do Malty bardzo blisko – remont był przeprowadzany w gorączkowym pośpiechu.
3 maja 1940 roku odbyła się uroczystość przekazania okrętu Polakom. Na pokładzie rufowym, w wyrównanych szeregach, stoją polska załoga i marynarze brytyjscy. Z boku zajmują miejsca oficerowie Polskiej Marynarki Wojennej, przedstawiciele Royal Navy i miejskich władz La Valetty. Orkiestra gra dwa hymny: dostojny „God Save the King”, następnie uroczysty, a zarazem pełen werwy „Mazurek Dąbrowskiego”. Nowy dowódca okrętu, komandor podporucznik Antoni Doroszkowski, wydaje rozkaz:
– Sztandarowi, cześć!
Przy akompaniamencie gwizdków bosmańskich spływa z masztu brytyjska flaga, a jej miejsce zajmuje bandera Polskiej Marynarki Wojennej. Nazwa okrętu, jedna z najstarszych w Royal Navy, dzięki kurtuazyjnemu gestowi Polaków, pozostała prawie bez zmian. Jedynie HMS – His Majesty’s Ship – zmienił się na ORP – Okręt Rzeczypospolitej Polskiej.
Tego dnia długo w noc trwało świętowanie. Wachty i służbowi objęli swe stanowiska, zaś reszta załogi popijała młode wino. Na przyjęciu dla dowódcy okrętu i oficerów brytyjski admirał, dowodzący bazą wojenną, wynalazł w swej piwniczce dobry rocznik wina „Kawalerów Maltańskich”.
Mimo radosnego nastroju brać marynarska nie zapomniała nawet na chwilę o niedawnych niedolach, o losie swych najbliższych w okupowanym kraju, o kolegach w stalagach, o towarzyszach broni zaginionych bez wieści.
Różne drogi przywiodły ich na pokład „Garlanda”. Jedni, po długiej tułaczce, dotarli tu z Polski, inni – synowie emigrantów – przybyli z Francji, Belgii, a nawet z Ameryki Południowej. Byli wśród nich marynarze z okrętów wojennych i statków handlowych oraz tacy, co jeszcze nie mieli okazji „pokumać się” z morzem. Wszyscy jednak czekali na ten dzień, kiedy na swoim okręcie, polskim okręcie, wyruszą do walki z wrogiem. A dzień ten wydawał się już bliski.
Na razie przy butelkach cienkusza „Garland” był głównym bohaterem i tematem rozmów. Obliczano też aktualne siły polskiej floty i snuto plany na przyszłość.
– Ziarnko do ziarnka i mamy już niezgorszy dywizjon „destrojerów” – emocjonował się bosmanmat Edward Pawelczyk. – „Grom”, „Błyskawica”, „Burza”. Teraz doskoczył „Garland”.
– Szkoda, że „Wicher” leży już na dnie – dorzucił mat Jan Kisielewski. – Ten miał zgraną załogę, a salwy artylerii głównej, mówię wam, chłopaki, nakrywały cel i nie było przed nimi ratunku.
Przegląd inwentarza trwał dalej.
– Z okrętów podwodnych został nam tylko „Orzeł” i „Wilk” – dodał ktoś z boku. – „Sęp”, „Żbik” i „Ryś” na łaskawym chlebie w Szwecji, żadnego z nich pożytku…
– No, ale „Orzeł” zdobył już większą sławę niż kilka dywizjonów podwodniaków razem wziętych – pocieszał strapionego mat Kisielewski.
Takie to nocne rodaków rozmowy trwały aż do bladego świtu, malującego ruiny dawnego zamku krzyżowców.
Niedługo jednak trwała radość z powiększenia się polskiej floty. Tegoż ranka, 4 maja 1940 roku, w mrocznym fiordzie Rombakken koło Narwiku tonie, ugodzony niemieckimi bombami, ORP „Grom” – kilkudziesięciu polskich marynarzy przechodzi na wieczną wachtę.
Wieść o tym dociera szybko na Maltę. Zbudzony wcześnie admirał – dowódca bazy wojennej na Malcie – przekazuje tragiczną wiadomość dowódcy „Garlanda”, komandorowi Doroszkowskiemu. Polska bandera zostaje opuszczona do połowy masztu. Teraz załodze „Garlanda” jeszcze bardziej zależy na tym, by jak najszybciej wyjść w morze i rozpocząć walkę, by zastąpić leżącego na dnie „Groma”. Nie było to jednak łatwe. Oficjalnie przekazany przez Anglików okręt, jak się okazało, nie nadawał się jeszcze do walki. Pod pokładem pracował leniwie tłum robotników stoczniowych pod kierunkiem miejscowych inżynierów. Zanosiło się na długie czekanie. Nie mieli innej rady – jeśli chcieli walczyć, musieli im pomóc. Mechanicy z pierwszego rzutu załogi „Garlanda” przystąpili do pracy. Od tego momentu remont przebiegał sprawniej.
Pierwsze spotkanie z „wrogiem” przyszło szybciej, niż się spodziewali. Było to zetknięcie przykre i niespodziewane, tym bardziej że trafili na przeciwnika uciążliwego oraz kąśliwego, który na domiar złego zagnieździł się na samym okręcie. W każdym przedziale, pomieszczeniu i zakamarku, w każdej szczelinie, zwoju lin i kabli zajęły pozycje wypadowe „prusaki”, wspomagane przez hordy krwiożerczych pluskiew. Postanowiono zająć się nimi ostro i bez litości. Nie bacząc na napięty termin zakończenia remontu, dowódca rozkazał załodze i brygadom remontowym opuścić okręt.
Potem jako ostatni zszedł ze swego stanowiska dowodzenia. Przez trzy doby, przy zamkniętych lukach i włazach, gaz ze świec dymnych niszczył krwiożerczą plagę.
Tymczasem nad Maltę nadciągały groźne chmury. Niemieckie dywizje zaatakowały z całym impetem Francję, Belgię i Holandię. Zachęcony tym przykładem Benito Mussolini, w imię wskrzeszenia „rzymskiego imperium”, groził podjęciem wojennych kroków. Wypowiedzenie wojny przez Włochy było już kwestią dni, jeśli nie godzin. Powstał problem – pozostawić bezbronnego „Garlanda” na pastwę włoskich samolotów czy też odprowadzić go do najbliższej bazy w Aleksandrii?
Polacy widzieli tylko jedno wyjście.
Jeśli Anglicy porzucą „Garlanda” na Malcie, to go… uprowadzimy – desperacko postanowili młodsi oficerowie. Nie doszło jednak do tego. Komandor Doroszkowski uzgodnił z dowódcą bazy na Malcie, że uda się do Aleksandrii z maltańskimi dokerami pod pokładem.
– Przyślę ich na Maltę, jak tylko zakończą remont… – obiecał dowódca „Garlanda”.
Ta drakońska decyzja, usprawiedliwiona stanem wojennym, gwarantowała jednak doprowadzenie do końca prac remontowych. Pozostała do załatwienia jeszcze jedna, niezmiernie istotna sprawa – zapewnienie okrętowi, który na swą obronę mógł użyć co najwyżej bomb głębinowych, eskorty. Ale i ta trudność została pokonana.
Kiedy „Garland” wyszedł z zatoki La Valetta, u jego boku pojawiła się potężna sylwetka okrętu.
Oficer nawigacyjny por. Antoni Tyc aż zaniemówił z wrażenia.
– Jeśli się nie mylę, to krążownik HMS „Calypso”…
W kronikach morskich ostatniej wojny niewiele odnotowano przykładów, kiedy krążownik był osłoną niszczyciela eskortowego.
Rejs w tak dobranym towarzystwie odbył się spokojnie, a załogę „Garlanda” jeszcze raz tej doby spotkała niespodzianka. Było to przy wejściu na redę aleksandryjskiego portu. Las masztów, kominów, luf artylerii przeciwlotniczej. Po jednej jego stronie zakotwiczyła eskadra brytyjska, po drugiej francuska. Kiedy „Garland” podchodził do Francuzów, ze stojącego w pierwszym rzędzie okrętu liniowego dobiegł do Polaków dźwięk sygnałowej trąbki:
– Baczność! Na prawą burtę!
Stojący na rufie dowódca eskadry, czapka z oznakami admirała, salutował polską banderę.
Gest Francuzów był zupełnie nieoczekiwany. Według regulaminu morskiego właśnie „Garland” powinien pierwszy salutować flagowy okręt sojusznika. Francuzi uprzedzili jednak polską załogę. Oddawali hołd przedstawicielom narodu, który, choć został pokonany, nie złożył broni…
W kilka dni później pokładowe radio podało wiadomość:
Dziś przybył na Morzu Śródziemnym nowy przeciwnik. 10 maja 1940 roku Mussolini, w czasie butnego przemówienia wygłoszonego z balkonu rzymskiego Palazzo di Venezia, wypowiedział wojnę Aliantom…
Tego samego dnia odezwały się syreny lotniczego alarmu. Wstrzymano przepustki do portu.
W tym krytycznym momencie „Garland” daleki był od osiągnięcia pełnej gotowości bojowej. Jego załoga miała przejść jeszcze sześciotygodniowy okres dotarcia, co oficjalnie nazywało się „working-up”.
To „wgryzanie się” w mechanizm i tajniki okrętu nie było wcale łatwe. Nawet wyspecjalizowana kadra nie mogła sobie poradzić z zupełnie nieznanymi systemami. W międzywojennym dwudziestoleciu Polska Marynarka Wojenna czerpała wzory z marynarki francuskiej. W przypadku gdy okręty dla polskiej bandery były budowane w Wielkiej Brytanii, jak np. „Błyskawica” i „Grom”, znaczna część wyposażenia bojowego, szczególnie zaś centrale, była kupowana we Francji. Tymczasem na „Garlandzie” wszystko było angielskie – angielski sprzęt, zupełnie do francuskiego niepodobny, na inne metody obliczony, angielskie instrumenty, niezrozumiałe angielskie napisy, które niczego nie wyjaśniały.
A „Garland” musiał przecież jak najszybciej osiągnąć gotowość bojową. Nie było czasu ani warunków na specjalne przeszkolenie całej załogi. Każdy więc, z instrukcją w jednej ręce, z kieszonkowym słownikiem w drugiej, starał się przeniknąć tajniki mechanizmów.
Najtrudniejszym orzechem do zgryzienia był dalocelownik – urządzenie, które nie dotarło jeszcze przed wojną na polskie okręty. Ten skomplikowany mechanizm, umożliwiający automatyczne kierowanie i celowanie oraz odpalanie dział z jednego centralnego punktu, stanowił zagadkę, której nie mogli rozwikłać.
W okresie „wdrażania” załogi dalocelownik zawodził haniebnie. Zamiast bezbłędnie zgrywać salwy artylerii głównej i kierować je na cel, wprowadzał całkowite pomieszanie toru lotu pocisków. Rozrzut ich przed celem wynosił od kilkuset do… kilku tysięcy metrów.
– Gdzie jest pies pogrzebany? – łamał sobie głowę oficer artylerii, porucznik Michał Różański, który wraz ze swym młodym zastępcą, podporucznikiem Bartosikiem, i kilkoma pomocnikami przesiadywał długie godziny w wieży dalocelownika, umieszczonej w tylnej części pomostu bojowego, tuż przed masztem. „Gołębnikiem”, trochę szyderczo, nazywano to „królestwo artylerzystów”.
Ci na ogół nie pozostawali dłużni i chwalili się, że są nawet wyżej „od pierwszego po Bogu”, czyli dowódcy okrętu, i mogą jako jedyni na okręcie obracać się wokół swej osi. Ciasne wnętrze „gołębnika” przedstawiało wówczas niepowszedni wygląd. Wśród pokręteł, przekładni, przełączników, wśród zwojów kabli, w rozbebeszonej skrzyni dalocelownika myszkowała ekipa oficera artylerii, otoczonego kłębami dymu z nieodłącznej fajki. Po kilkunastu godzinach szukania uszkodzenia czy usterki zdrętwiałe palce odmawiały posłuszeństwa, mechanicy z trudem prostowali pochylone grzbiety i, klnąc angielskie „fanaberie” techniczne, schodzili na pokład…
– I znów Panu Bogu w okno – stwierdzał smętnie ppor. Bartosik, gdy w czasie ćwiczebnego strzelania lufy rozchodziły się, a pociski padały w nieprawdopodobnych kierunkach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki