Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Alarm na Garlandzie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 czerwca 2026
938 pkt
punktów Virtualo

Alarm na Garlandzie - ebook

ORP „Garland” przebył pod polską banderą 217 000 mil morskich. Uszkodził kilka okrętów nawodnych. Zatopił na pewno jednego U-Boota, prawdopodobnie drugiego, a trzeciego ciężko uszkodził. Zestrzelił i ciężko uszkodził kilka samolotów. W czasie swych rejsów przekraczał krąg polarny i linię równika. Jego szlaki morskie wiodły od Aleksandrii po Halifax, od Spitsbergenu po Georgetown (port na wyspie Ascension).

Kategoria: Historia
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-17545-7
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

GARLAND ZMIENIA BANDERĘ

Wio­sną 1940 roku do malow­ni­czej sto­licy Malty, La Valetty, portu pamię­ta­ją­cego jesz­cze wyprawy krzy­żowe, przy­byli jacyś cudzo­ziemcy. Mówili rzadko sły­sza­nym tu języ­kiem, ich mary­nar­skie mun­dury róż­niły się dys­tynk­cjami od bry­tyj­skich – naj­czę­ściej tu spo­ty­ka­nych. Spo­sób bycia przy­by­szów był też zupeł­nie odmienny; bar­dziej impul­sywni od pospo­li­tych „blue-jac­ke­tów”, wodzili roz­pa­lo­nym wzro­kiem za miej­sco­wymi dziew­czę­tami. Trud­no­ści języ­kowe nie były, jak się oka­zało, naj­trud­niej­szą barierą do prze­by­cia. I wkrótce wie­czo­rami, kiedy usta­wał żar lejący się z nieba, nie­je­den z nich przy­ci­skał do boku sma­gło­licą mal­tań­ską pannę. Co hoj­niej­szy, wyda­jąc do ostat­niego pensa skąpy żołd, kazał się obwo­zić śmi­głą _daisy_ – łodzią podobną do wenec­kiej gon­doli – po pobli­skiej zatoce i, sie­dząc skrom­nie ze swą wybranką na ławeczce (wio­ślarz mógł być w zmo­wie z jej obłęd­nie zazdro­snymi braćmi), wpa­try­wał się w ocie­nione dłu­gimi rzę­sami mig­da­łowe oczy.

Wkrótce jed­nak tajem­nica przy­by­szów została wyja­śniona. Jak się oka­zało, ocze­ki­wali oni z nie­cier­pli­wo­ścią chwili, gdy zostaną zaokrę­to­wani na sto­jący w stoczni nisz­czy­ciel HMS „Gar­land”, który w swym her­bie, wokół wieńca lau­ro­wego, miał wypi­saną antyczną mak­symę: _Qui meruit – ferat¹_, czyli „Kto zasłu­żył, niech nosi”.

Jak podają kro­niki mor­skie, HMS „Gar­land” był pięt­na­stym z kolei okrę­tem bry­tyj­skiej Royal Navy noszą­cym tę nazwę. Wzmianka o pierw­szym pocho­dziła z 1242 roku, czter­na­sty zaś dziel­nie sobie poczy­nał w naj­więk­szej bata­lii mor­skiej I wojny świa­to­wej – bitwie jutlandz­kiej, która roze­grała się w maju 1916 roku pomię­dzy flotą bry­tyj­ską i kaj­ze­row­ską. Pięt­na­sty, wybu­do­wany w zna­nej stoczni Fair­field Ship­bu­il­ding and Engi­ne­ering Co Ltd w Glas­gow, został włą­czony do służby w 1936 roku.

Okręt nale­żał do klasy nisz­czy­cieli (zwa­nych wów­czas w mary­narce pol­skiej kontr­tor­pe­dow­cami) typu „G”. Wszyst­kie one miały cha­rak­te­ry­styczną syl­wetkę z dwoma komi­nami, pod­nie­sio­nym pokła­dem dzio­bo­wym i poje­dyn­czo roz­sta­wio­nymi na dzio­bie i rufie dzia­łami arty­le­rii głów­nej o kali­brze 120 mm.

W pier­wot­nej wer­sji, przed prze­rób­kami i prze­zbro­je­niem, HMS „Gar­land” posia­dał stan­dar­dową wypor­ność 1335 ton, a jego wypor­ność bojowa docho­dziła do 2000 ton. Napęd okrętu sta­no­wiły tur­biny parowe Par­sonsa o mocy 34 000 KM, co zapew­niało okrę­towi pręd­kość mak­sy­malną 35,5 węzła. W 1940 roku, jesz­cze przed moder­ni­za­cją, arty­le­ria główna skła­dała się z 4 dział 120 mm – dwa znaj­do­wały się na pomo­ście dzio­bo­wym i dwa na rufie. Osłonę prze­ciw­lot­ni­czą zapew­niało działo 75 mm i 8 naj­cięż­szych kara­bi­nów maszy­no­wych. Prze­ciwko broni pod­wod­nej okręt wypo­sa­żono w wyrzut­nie i mio­ta­cze bomb głę­bi­no­wych – umiesz­czone na rufie. Uzbro­je­nie uzu­peł­niały 2 czte­ro­lu­fowe wyrzut­nie tor­ped 533 mm. Załoga liczyła 145 ludzi.

W porów­na­niu z „Gro­mem” i „Bły­ska­wicą” – nisz­czy­cie­lami Pol­skiej Mary­narki Wojen­nej sprzed wojny – bry­tyj­ski okręt miał znacz­nie mniej­szą wypor­ność, słab­sze uzbro­je­nie, moc tur­bin i mak­sy­malną pręd­kość; prze­wyż­szał je nato­miast zasię­giem pły­wa­nia. Wyno­sił on przy zapa­sie paliwa 455 ton i pręd­ko­ści eko­no­micz­nej 15 węzłów aż 6000 mil mor­skich. Znacz­nie też lepiej trzy­mał się na oce­anicz­nej fali. Te zalety prze­są­dziły, że wyzna­czono mu rolę nisz­czy­ciela eskor­to­wego. Taka też służba miała przy­paść „Gar­lan­dowi” w cza­sie wojny.

W pierw­szych mie­sią­cach 1940 roku HMS „Gar­land” zna­lazł się w bazie mor­skiej pod La Valettą na Mal­cie, prze­cho­dząc kolejny remont. Nie był to jed­nak zwy­kły okre­sowy prze­gląd. W cza­sie ćwi­czeń w śród­ziem­no­mor­skim zespole nisz­czy­cieli „Gar­land” prze­pro­wa­dzał pozo­ro­wany atak na okręt pod­wodny. Jedna z bomb głę­bi­no­wych wybu­chła przy zbyt małej pręd­ko­ści i nad­we­rę­żyła bar­dzo poważ­nie kadłub przy rufie. Uszko­dze­nie to nale­żało napra­wić jak naj­szyb­ciej. Poza tym prze­pro­wa­dzano moder­ni­za­cję uzbro­je­nia. Zdjęto jedno z rufo­wych dział arty­le­rii 120 mm i wzmoc­niono obronę prze­ciw­lot­ni­czą. W cen­trali arty­le­ryj­skiej zamon­to­wano nowo­cze­sny dalo­ce­low­nik do cen­tral­nego kie­ro­wa­nia ogniem dział – nie­ba­wem urzą­dze­nie to miało przy­spo­rzyć nowym użyt­kow­ni­kom okrętu wiele kło­po­tów. Ze względu na rosnące nie­bez­pie­czeń­stwo – Admi­ra­li­cja bry­tyj­ska spo­dzie­wała się, nie bez racji, że Wło­chy wkrótce przy­stą­pią do wojny u boku Hitlera, a z baz wło­skich było do Malty bar­dzo bli­sko – remont był prze­pro­wa­dzany w gorącz­ko­wym pośpie­chu.

3 maja 1940 roku odbyła się uro­czy­stość prze­ka­za­nia okrętu Pola­kom. Na pokła­dzie rufo­wym, w wyrów­na­nych sze­re­gach, stoją pol­ska załoga i mary­na­rze bry­tyj­scy. Z boku zaj­mują miej­sca ofi­ce­ro­wie Pol­skiej Mary­narki Wojen­nej, przed­sta­wi­ciele Royal Navy i miej­skich władz La Valetty. Orkie­stra gra dwa hymny: dostojny „God Save the King”, następ­nie uro­czy­sty, a zara­zem pełen werwy „Mazu­rek Dąbrow­skiego”. Nowy dowódca okrętu, koman­dor pod­po­rucz­nik Antoni Dorosz­kow­ski, wydaje roz­kaz:

– Sztan­da­rowi, cześć!

Przy akom­pa­nia­men­cie gwizd­ków bos­mań­skich spływa z masztu bry­tyj­ska flaga, a jej miej­sce zaj­muje ban­dera Pol­skiej Mary­narki Wojen­nej. Nazwa okrętu, jedna z naj­star­szych w Royal Navy, dzięki kur­tu­azyj­nemu gestowi Pola­ków, pozo­stała pra­wie bez zmian. Jedy­nie HMS – His Maje­sty’s Ship – zmie­nił się na ORP – Okręt Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej.

Tego dnia długo w noc trwało świę­to­wa­nie. Wachty i służ­bowi objęli swe sta­no­wi­ska, zaś reszta załogi popi­jała młode wino. Na przy­ję­ciu dla dowódcy okrętu i ofi­ce­rów bry­tyj­ski admi­rał, dowo­dzący bazą wojenną, wyna­lazł w swej piw­niczce dobry rocz­nik wina „Kawa­le­rów Mal­tań­skich”.

Mimo rado­snego nastroju brać mary­nar­ska nie zapo­mniała nawet na chwilę o nie­daw­nych nie­do­lach, o losie swych naj­bliż­szych w oku­po­wa­nym kraju, o kole­gach w sta­la­gach, o towa­rzy­szach broni zagi­nio­nych bez wie­ści.

Różne drogi przy­wio­dły ich na pokład „Gar­landa”. Jedni, po dłu­giej tułaczce, dotarli tu z Pol­ski, inni – syno­wie emi­gran­tów – przy­byli z Fran­cji, Bel­gii, a nawet z Ame­ryki Połu­dnio­wej. Byli wśród nich mary­na­rze z okrę­tów wojen­nych i stat­ków han­dlo­wych oraz tacy, co jesz­cze nie mieli oka­zji „poku­mać się” z morzem. Wszy­scy jed­nak cze­kali na ten dzień, kiedy na swoim okrę­cie, pol­skim okrę­cie, wyru­szą do walki z wro­giem. A dzień ten wyda­wał się już bli­ski.

Na razie przy butel­kach cien­ku­sza „Gar­land” był głów­nym boha­te­rem i tema­tem roz­mów. Obli­czano też aktu­alne siły pol­skiej floty i snuto plany na przy­szłość.

– Ziarnko do ziarnka i mamy już nie­zgor­szy dywi­zjon „destro­je­rów” – emo­cjo­no­wał się bos­man­mat Edward Pawel­czyk. – „Grom”, „Bły­ska­wica”, „Burza”. Teraz dosko­czył „Gar­land”.

– Szkoda, że „Wicher” leży już na dnie – dorzu­cił mat Jan Kisie­lew­ski. – Ten miał zgraną załogę, a salwy arty­le­rii głów­nej, mówię wam, chło­paki, nakry­wały cel i nie było przed nimi ratunku.

Prze­gląd inwen­ta­rza trwał dalej.

– Z okrę­tów pod­wod­nych został nam tylko „Orzeł” i „Wilk” – dodał ktoś z boku. – „Sęp”, „Żbik” i „Ryś” na łaska­wym chle­bie w Szwe­cji, żad­nego z nich pożytku…

– No, ale „Orzeł” zdo­był już więk­szą sławę niż kilka dywi­zjo­nów pod­wod­nia­ków razem wzię­tych – pocie­szał stra­pio­nego mat Kisie­lew­ski.

Takie to nocne roda­ków roz­mowy trwały aż do bla­dego świtu, malu­ją­cego ruiny daw­nego zamku krzy­żow­ców.

Nie­długo jed­nak trwała radość z powięk­sze­nia się pol­skiej floty. Tegoż ranka, 4 maja 1940 roku, w mrocz­nym fior­dzie Rom­bak­ken koło Narwiku tonie, ugo­dzony nie­miec­kimi bom­bami, ORP „Grom” – kil­ku­dzie­się­ciu pol­skich mary­na­rzy prze­cho­dzi na wieczną wachtę.

Wieść o tym dociera szybko na Maltę. Zbu­dzony wcze­śnie admi­rał – dowódca bazy wojen­nej na Mal­cie – prze­ka­zuje tra­giczną wia­do­mość dowódcy „Gar­landa”, koman­do­rowi Dorosz­kow­skiemu. Pol­ska ban­dera zostaje opusz­czona do połowy masztu. Teraz zało­dze „Gar­landa” jesz­cze bar­dziej zależy na tym, by jak naj­szyb­ciej wyjść w morze i roz­po­cząć walkę, by zastą­pić leżą­cego na dnie „Groma”. Nie było to jed­nak łatwe. Ofi­cjal­nie prze­ka­zany przez Angli­ków okręt, jak się oka­zało, nie nada­wał się jesz­cze do walki. Pod pokła­dem pra­co­wał leni­wie tłum robot­ni­ków stocz­nio­wych pod kie­run­kiem miej­sco­wych inży­nie­rów. Zano­siło się na dłu­gie cze­ka­nie. Nie mieli innej rady – jeśli chcieli wal­czyć, musieli im pomóc. Mecha­nicy z pierw­szego rzutu załogi „Gar­landa” przy­stą­pili do pracy. Od tego momentu remont prze­bie­gał spraw­niej.

Pierw­sze spo­tka­nie z „wro­giem” przy­szło szyb­ciej, niż się spo­dzie­wali. Było to zetknię­cie przy­kre i nie­spo­dzie­wane, tym bar­dziej że tra­fili na prze­ciw­nika uciąż­li­wego oraz kąśli­wego, który na domiar złego zagnieź­dził się na samym okrę­cie. W każ­dym prze­dziale, pomiesz­cze­niu i zaka­marku, w każ­dej szcze­li­nie, zwoju lin i kabli zajęły pozy­cje wypa­dowe „pru­saki”, wspo­ma­gane przez hordy krwio­żer­czych plu­skiew. Posta­no­wiono zająć się nimi ostro i bez lito­ści. Nie bacząc na napięty ter­min zakoń­cze­nia remontu, dowódca roz­ka­zał zało­dze i bry­ga­dom remon­to­wym opu­ścić okręt.

Potem jako ostatni zszedł ze swego sta­no­wi­ska dowo­dze­nia. Przez trzy doby, przy zamknię­tych lukach i wła­zach, gaz ze świec dym­nych nisz­czył krwio­żer­czą plagę.

Tym­cza­sem nad Maltę nad­cią­gały groźne chmury. Nie­miec­kie dywi­zje zaata­ko­wały z całym impe­tem Fran­cję, Bel­gię i Holan­dię. Zachę­cony tym przy­kła­dem Benito Mus­so­lini, w imię wskrze­sze­nia „rzym­skiego impe­rium”, gro­ził pod­ję­ciem wojen­nych kro­ków. Wypo­wie­dze­nie wojny przez Wło­chy było już kwe­stią dni, jeśli nie godzin. Powstał pro­blem – pozo­sta­wić bez­bron­nego „Gar­landa” na pastwę wło­skich samo­lo­tów czy też odpro­wa­dzić go do naj­bliż­szej bazy w Alek­san­drii?

Polacy widzieli tylko jedno wyj­ście.

Jeśli Anglicy porzucą „Gar­landa” na Mal­cie, to go… upro­wa­dzimy – despe­racko posta­no­wili młodsi ofi­ce­ro­wie. Nie doszło jed­nak do tego. Koman­dor Dorosz­kow­ski uzgod­nił z dowódcą bazy na Mal­cie, że uda się do Alek­san­drii z mal­tań­skimi doke­rami pod pokła­dem.

– Przy­ślę ich na Maltę, jak tylko zakoń­czą remont… – obie­cał dowódca „Gar­landa”.

Ta dra­koń­ska decy­zja, uspra­wie­dli­wiona sta­nem wojen­nym, gwa­ran­to­wała jed­nak dopro­wa­dze­nie do końca prac remon­to­wych. Pozo­stała do zała­twie­nia jesz­cze jedna, nie­zmier­nie istotna sprawa – zapew­nie­nie okrę­towi, który na swą obronę mógł użyć co naj­wy­żej bomb głę­bi­no­wych, eskorty. Ale i ta trud­ność została poko­nana.

Kiedy „Gar­land” wyszedł z zatoki La Valetta, u jego boku poja­wiła się potężna syl­wetka okrętu.

Ofi­cer nawi­ga­cyjny por. Antoni Tyc aż zanie­mó­wił z wra­że­nia.

– Jeśli się nie mylę, to krą­żow­nik HMS „Calypso”…

W kro­ni­kach mor­skich ostat­niej wojny nie­wiele odno­to­wano przy­kła­dów, kiedy krą­żow­nik był osłoną nisz­czy­ciela eskor­to­wego.

Rejs w tak dobra­nym towa­rzy­stwie odbył się spo­koj­nie, a załogę „Gar­landa” jesz­cze raz tej doby spo­tkała nie­spo­dzianka. Było to przy wej­ściu na redę alek­san­dryj­skiego portu. Las masz­tów, komi­nów, luf arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej. Po jed­nej jego stro­nie zako­twi­czyła eska­dra bry­tyj­ska, po dru­giej fran­cu­ska. Kiedy „Gar­land” pod­cho­dził do Fran­cu­zów, ze sto­ją­cego w pierw­szym rzę­dzie okrętu linio­wego dobiegł do Pola­ków dźwięk sygna­ło­wej trąbki:

– Bacz­ność! Na prawą burtę!

Sto­jący na rufie dowódca eska­dry, czapka z ozna­kami admi­rała, salu­to­wał pol­ską ban­derę.

Gest Fran­cu­zów był zupeł­nie nie­ocze­ki­wany. Według regu­la­minu mor­skiego wła­śnie „Gar­land” powi­nien pierw­szy salu­to­wać fla­gowy okręt sojusz­nika. Fran­cuzi uprze­dzili jed­nak pol­ską załogę. Odda­wali hołd przed­sta­wi­cie­lom narodu, który, choć został poko­nany, nie zło­żył broni…

W kilka dni póź­niej pokła­dowe radio podało wia­do­mość:

Dziś przy­był na Morzu Śród­ziem­nym nowy prze­ciw­nik. 10 maja 1940 roku Mus­so­lini, w cza­sie but­nego prze­mó­wie­nia wygło­szo­nego z bal­konu rzym­skiego Palazzo di Vene­zia, wypo­wie­dział wojnę Alian­tom…

Tego samego dnia ode­zwały się syreny lot­ni­czego alarmu. Wstrzy­mano prze­pustki do portu.

W tym kry­tycz­nym momen­cie „Gar­land” daleki był od osią­gnię­cia peł­nej goto­wo­ści bojo­wej. Jego załoga miała przejść jesz­cze sze­ścio­ty­go­dniowy okres dotar­cia, co ofi­cjal­nie nazy­wało się „wor­king-up”.

To „wgry­za­nie się” w mecha­nizm i taj­niki okrętu nie było wcale łatwe. Nawet wyspe­cja­li­zo­wana kadra nie mogła sobie pora­dzić z zupeł­nie nie­zna­nymi sys­te­mami. W mię­dzy­wo­jen­nym dwu­dzie­sto­le­ciu Pol­ska Mary­narka Wojenna czer­pała wzory z mary­narki fran­cu­skiej. W przy­padku gdy okręty dla pol­skiej ban­dery były budo­wane w Wiel­kiej Bry­ta­nii, jak np. „Bły­ska­wica” i „Grom”, znaczna część wypo­sa­że­nia bojo­wego, szcze­gól­nie zaś cen­trale, była kupo­wana we Fran­cji. Tym­cza­sem na „Gar­lan­dzie” wszystko było angiel­skie – angiel­ski sprzęt, zupeł­nie do fran­cu­skiego nie­po­dobny, na inne metody obli­czony, angiel­skie instru­menty, nie­zro­zu­miałe angiel­skie napisy, które niczego nie wyja­śniały.

A „Gar­land” musiał prze­cież jak naj­szyb­ciej osią­gnąć goto­wość bojową. Nie było czasu ani warun­ków na spe­cjalne prze­szko­le­nie całej załogi. Każdy więc, z instruk­cją w jed­nej ręce, z kie­szon­ko­wym słow­ni­kiem w dru­giej, sta­rał się prze­nik­nąć taj­niki mecha­ni­zmów.

Naj­trud­niej­szym orze­chem do zgry­zie­nia był dalo­ce­low­nik – urzą­dze­nie, które nie dotarło jesz­cze przed wojną na pol­skie okręty. Ten skom­pli­ko­wany mecha­nizm, umoż­li­wia­jący auto­ma­tyczne kie­ro­wa­nie i celo­wa­nie oraz odpa­la­nie dział z jed­nego cen­tral­nego punktu, sta­no­wił zagadkę, któ­rej nie mogli roz­wi­kłać.

W okre­sie „wdra­ża­nia” załogi dalo­ce­low­nik zawo­dził hanieb­nie. Zamiast bez­błęd­nie zgry­wać salwy arty­le­rii głów­nej i kie­ro­wać je na cel, wpro­wa­dzał cał­ko­wite pomie­sza­nie toru lotu poci­sków. Roz­rzut ich przed celem wyno­sił od kil­ku­set do… kilku tysięcy metrów.

– Gdzie jest pies pogrze­bany? – łamał sobie głowę ofi­cer arty­le­rii, porucz­nik Michał Różań­ski, który wraz ze swym mło­dym zastępcą, podporucz­nikiem Bar­to­si­kiem, i kil­koma pomoc­ni­kami prze­sia­dy­wał dłu­gie godziny w wieży dalo­ce­low­nika, umiesz­czo­nej w tyl­nej czę­ści pomo­stu bojo­wego, tuż przed masz­tem. „Gołęb­ni­kiem”, tro­chę szy­der­czo, nazy­wano to „kró­le­stwo arty­le­rzy­stów”.

Ci na ogół nie pozo­sta­wali dłużni i chwa­lili się, że są nawet wyżej „od pierw­szego po Bogu”, czyli dowódcy okrętu, i mogą jako jedyni na okrę­cie obra­cać się wokół swej osi. Cia­sne wnę­trze „gołęb­nika” przed­sta­wiało wów­czas nie­po­wsze­dni wygląd. Wśród pokrę­teł, prze­kładni, prze­łącz­ni­ków, wśród zwo­jów kabli, w roz­be­be­szo­nej skrzyni dalo­ce­low­nika mysz­ko­wała ekipa ofi­cera arty­le­rii, oto­czo­nego kłę­bami dymu z nie­od­łącz­nej fajki. Po kil­ku­na­stu godzi­nach szu­ka­nia uszko­dze­nia czy usterki zdrę­twiałe palce odma­wiały posłu­szeń­stwa, mecha­nicy z tru­dem pro­sto­wali pochy­lone grzbiety i, klnąc angiel­skie „fana­be­rie” tech­niczne, scho­dzili na pokład…

– I znów Panu Bogu w okno – stwier­dzał smęt­nie ppor. Bar­to­sik, gdy w cza­sie ćwi­czeb­nego strze­la­nia lufy roz­cho­dziły się, a poci­ski padały w nie­praw­do­po­dob­nych kie­run­kach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij