Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ale jazda - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lipca 2026
38,90
3890 pkt
punktów Virtualo

Ale jazda - ebook

Trzy przyjaciółki. Trzy kraje. I życie, które po raz kolejny mówi: „sprawdzam”.

Sara wyjeżdża do Paryża, przekonana, że zmiana miejsca pomoże jej zostawić przeszłość za sobą. Olka rusza do Nowego Jorku z biznesplanem, który ma jej pomóc podbić amerykański rynek. Marika wybiera Hawaje i marzy o spokoju, który zdaje się ją omijać szerokim łukiem.

Kiedy wydaje się, że ich drogi rozeszły się na dobre, los po raz kolejny sprowadza przyjaciółki do Meksyku. A tam szybko okazuje się, że nie wszystkie rozdziały można zamknąć, nie każde marzenie wygląda tak, jak sobie wyobrażały, a najlepsze przygody często zaczynają się wtedy, gdy wszystko idzie nie tak.

„Ale jazda” to pełna humoru, emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji kontynuacja bestsellerowej komedii „Co za Meksyk”. Opowieść o przyjaźni, odwadze i marzeniach, które nie mają daty ważności.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-980302-0-5
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Grupa na Messengerze „Trzy do zera”

Olka: Czyli to prawda, co mówią…

Marika: Że jesteś jedyną inteligentną blondynką na świecie?

Olka: Że życie zaczyna się po czterdziestce.

Sara: Dziecięce marzenia udało nam się spełnić. Pytanie, czy uda się też te dorosłe?

Marika: Sara, w Meksyku zaczynałaś już być pewna siebie. Proszę, nie wracaj do poprzedniej wersji. Tamta osóbka była za bardzo męcząca dla otoczenia.

Sara: Nie jestem już tamtą osóbką. Za to ty po tym pływaniu z krokodylami, stałaś się jeszcze twardsza, niż byłaś. Zaraz przebijesz Olkę!

Marika: Sama jesteś krokodyl. W Meksyku pływałam z rekinami.

Olka: A potem Sara wróciła do swojego męża…

Sara: Nie wróciłam, oznajmiłam, że chcę rozwodu, i poleciałam do Paryża. Zaczynam nowe życie.

Marika: A ja swoje kończę.

Sara: Myślisz, że będziesz potrafiła żyć bez tytułu „właścicielka najlepiej prosperującej szkoły językowej w Rzeszowie”?

Marika: Mówisz o moim dziecku!

Olka: Firma to nie dziecko. Ty nawet faceta nie masz! Johna z Meksyku pogoniłaś po miesiącu „związku”.

Marika: Odezwała się ekspertka od relacji damsko-męskich.

Sara: Jeśli chodzi o więzi rodzinne, to z naszej trójki chyba tylko ja mam w tym doświadczenie.

Olka: Tak, plus masz też teściową, która Cię nienawidzi.

Sara: Może używasz ciut za mocnego słowa, ale wybaczę Ci. Pewnie masz jeszcze jet lag po locie do tego swojego Nowego Jorku.

Marika: Dalej nie wiem, dlaczego Nowy Jork…?

Olka: Dlatego, że tu się znalazł inwestor do mojego pomysłu na biznes.

Olka: A Ty mi, Marika, przypomnij, dlaczego Hawaje?

Marika: Wygrałaś. Jestem równie daleko. Ale wiedziałam, że albo ucieknę na drugi koniec świata, albo nigdy nie odetnę się od ciągłej pogoni.

Sara: A za czym Ty tak pędziłaś?

Marika: Sama nie wiem. Dlatego jestem tutaj, na Hawajach. Zostanę mistrzynią slow life.

Sara: Czyli każda zaczyna nowy etap? Olka w Nowym Jorku, a Ty na Hawajach.

Olka: A ty podbijasz Paryż. Może zapomnisz o Adamie, napiszesz tę swoją książkę dla kobiet po przejściach i każda będzie żyć swoim nowym, pięknym życiem…

Sara: Minął rok od Meksyku…

Marika: Ciekawe, gdzie będziemy za kolejny rok…

Marika: Trzy do zera?

Olka: TRZY DO ZERA!

Sara: TRZY DO ZERA!

Paryż, kawiarnia Le Petit Mirage

Sara poprawiła kołnierz jasnego płaszcza i usiadła w wiklinowym krześle. Delikatnie rozprostowała palce i zmrużyła oczy. Chciała poczuć klimat francuskiej stolicy całą sobą.

Kawiarnia pachniała świeżo parzoną kawą. Z głębi lokalu dobiegał cichy brzdęk filiżanek, gdzieś w oddali kelner krzyknął przeciągłe Bonjour! do nowo przybyłych gości.

Przy sąsiednim stoliku starszy pan z nonszalancją godną paryskiego arystokraty skubał bagietkę, jednocześnie przewracając stronę Le Figaro. Młoda kobieta obok ustawiała swojego croissanta pod lepszym kątem do zdjęcia.

Sara uśmiechnęła się pod nosem. Tak, dokładnie tak miało wyglądać jej nowe życie. Przed sobą miała śniadanie jak z filmu: idealnie wypieczony rogalik, którego złocista skorupka połyskiwała w słońcu, filiżanka café crème z aksamitną pianką i… pocztówka.

Finlandia.

Czasem szczęście nie czeka tam, gdzie go szukamy, ale tam, gdzie się go najmniej spodziewamy. Mam nadzieję, że Paryż Ci to pokaże.

Mama.

Sara przejechała palcem po nierównych krawędziach kartki, czując pod opuszkami chropowaty papier. Przygryzła lekko wargę. Kiedyś by się zirytowała. Dziś tylko westchnęła i zbliżyła filiżankę do ust. Pierwszy łyk był dokładnie taki, jakiego się spodziewała – intensywny, gorzki, a jednocześnie rozgrzewający i pełen obietnic.

Tak smakował nowy początek.

I właśnie w tej chwili, kiedy czuła, że wszystko może się zdarzyć, jej torebka zawibrowała. Zerknęła na wyświetlacz – miała wiadomość na grupie z przyjaciółkami. Kilka chwil wcześniej wysłała im zdjęcie, z widokiem, który miała z okna kawiarni. Dziewczyny właśnie na nie zareagowały.

Olka: Wiem, że chcesz, żebyśmy ci zazdrościły Paryża, ale u mnie jest trzecia w nocy, więc może nie tym razem.

Sara: Czyli teraz to ja budzę Ciebie w środku nocy, tylko tym razem różnica czasowa jest prawdą, a nie Twoją fantazją.

Olka: To nie fair, wykorzystujesz, że jestem wyrwana ze snu i nie mogę ci odpowiedzieć na poziomie! Ktoś by pomyślał, że jesteś bystrzejsza ode mnie! Nie rób zrzutów ekranu tej rozmowy!

Sara: Historia kołem się toczy! Kiedyś Ty mnie obudziłaś i żądałaś błyskawicznych ripost, teraz robię to ja… Warto było czekać ponad rok!

Marika: Dziewczyny. Serio każdą rozmowę musicie przekształcić w potyczkę słowną? Sara, lepiej powiedz, czy Paryżanie naprawdę noszą bagietki pod pachą, czy to tylko filmowa ściema?

Sara: Tak. Wczoraj widziałam mężczyznę w szaliku, który prawie pobił się o ostatnie croissanty w piekarni.

Olka: Nawiązałaś już gorący romans z Francuzem?

Sara: Pytasz mnie czy siebie?

Marika: A może chcesz wrócić do Adama? HAHAHA.

Sara zamarła.

Nie, nie chciała wracać ani do prawie byłego męża, ani do przeszłości. Dla niej małżeństwo było zakończone. To zdanie przyjaciółki, mimo że rzucone jako żart, zaniepokoiło ją. Nawet w myślach nie chciała wracać do dawnej siebie. Z ich trójki to ona była najmniej przebojowa, wiecznie w cieniu i ciągle od kogoś zależna. Podróż do Meksyku ją zmieniła, bardziej niż się spodziewała. Wtedy po raz pierwszy poczuła, że i ona ma moc sprawczą. Ona też może żyć na własnych zasadach, tyle tylko, że wdrażanie tych zasad po czterdziestce było potwornie trudne.

Olka: Ostatnie, co widziałyśmy w Meksyku, to byłaś Ty krzycząca: „Nie mam męża, mam wolność!”.

Sara: To była tequila.

Sara parsknęła cicho, opierając się wygodniej na krześle. Kiedyś by się martwiła: o to, co pomyślą inni; o to, czy popełnia błąd; o to, czy za dwa miesiące nie wróci do Rzeszowa z podkulonym ogonem. A dzisiaj siedziała w paryskiej kafejce. Miała ponad czterdzieści lat i pierwszy raz w życiu nie czuła paniki.

Z uśmiechem wzięła kolejny łyk kawy i już miała odpisać coś błyskotliwego, kiedy telefon znów zawibrował.

Marika: Wciąż nie wyjaśnia to okoliczności, w jakich próbowałaś zatańczyć na stole.

Sara przewróciła oczami.

Sara: Lepiej wyjaśnij okoliczności, w których bizneswoman zamienia szpilki na hawajski kwiat we włosach.

Kobieta odłożyła telefon, delektując się chwilą. Uwielbiała swoje przyjaciółki. Olkę i Marikę znała od przedszkola i od tego czasu chowała się za ich plecami. A teraz pierwszy raz w życiu się rozdzieliły. Każda ruszyła w inną stronę świata i na własną rękę postanowiła zmienić swoje życie.

Oczy same zamknęły się na moment. Poczuła na twarzy ciepło wrześniowego słońca, dotyk chłodnej porcelany pod palcami i delikatne muśnięcie wiatru, który poruszył kosmyk jej włosów. Może i wszystko w jej życiu się rozsypywało, może i była kompletnie zagubiona, ale tu, teraz, było dobrze.

Wtedy na jej stolik padł cień. Powoli otworzyła oczy, a serce mocniej jej zabiło. Wzięła głęboki oddech i uniosła głowę. Była gotowa na wszystko. I wtedy usłyszała znajomy, nadmiernie entuzjastyczny głos.

– Co za niespodzianka!

Sara zamarła.

Nowy Jork, 3:00 nad ranem

Olka otworzyła oczy i spojrzała w sufit. Za oknem świat nigdy się nie zatrzymywał. Nawet o tej godzinie miasto oddychało. Żółte taksówki mknęły przez niemal puste skrzyżowania. Z oddali dochodził dźwięk syreny policyjnej. Muzyka z klubu naprzeciwko brzmiała jak serce miasta – niewyraźny bas, ledwo słyszalny, ale nieustanny. Ktoś tam pewnie wciąż tańczył. A ona powinna spać. Westchnęła i przekręciła się na bok.

3:02

Drugi tydzień w Nowym Jorku, a jej organizm wciąż walczył z nową rzeczywistością.

Późne noce. Wczesne poranki. Kawa zamiast snu. Nie było szans, żeby zasnęła. Podniosła się, zrzucając kołdrę. Mieszkanie było niewielkie i duszne. Metalowe regały, okrągły drewniany stół, a na nim piętrzące się notatki i otwarty laptop. Kanapa, na której przesiedziała ostatnie noce, dopracowując prezentację. Nie miała tu żadnych osobistych drobiazgów.

Jej telefon zabrzęczał. Spojrzała na wyświetlacz.

Grupa z Sarą i Mariką.

Otworzyła okienko z konwersacją. Uśmiechnęła się i odpisała dziewczynom. Po kilku ciętych wymianach zdań odłożyła swojego Samsunga na szafkę nocną i poszła do kuchni. Wciąż nie mogła uwierzyć, że każda z nich opuściła rodzinny Rzeszów i wyruszyła w świat. Po rezygnacji z etatu wykładowczyni matematyki na uniwersytecie postanowiła otworzyć własny biznes. Podróż do Meksyku, którą odbyła w zeszłym roku, pokazała jej, że świat ma znacznie więcej do zaoferowania niż tylko bezpieczny etat i znane mury uczelni.

Nacisnęła przycisk ekspresu, wsłuchując się w bulgotanie wody i delikatne wibracje maszyny. Gdy czekała, oparta biodrem o blat, spojrzała przez okno na nocne miasto. Mężczyzna w długim płaszczu przechodził samotnie przez pasy. Dokąd szedł? Może wracał do domu. Może też, tak jak ona, pracował nocami.

Przecież kilka miesięcy temu miała wszystko, co nazywano „bezpiecznym życiem”: etat, stabilizację, gabinet pełen książek, co miesiąc nowego kochanka i rutynę tak przewidywalną, że mogła nią odmierzać czas. Zamknęła na moment oczy, upijając łyk kawy. Mocna i gorzka. Idealna.

Odłożyła filiżankę i spojrzała na wciąż otwarty laptop. Kusił ją. Mogłaby jeszcze raz przejrzeć prezentację, poprawić kilka rzeczy, przeanalizować każdy szczegół… Ale nie.

Poczuła, że jest gotowa.

Nowy Jork jeszcze spał. Ale ona właśnie zaczęła nowy dzień.

Hawaje, 21:00

Wieczorne powietrze było gęste, ciepłe i pachnące oceanem. Smak soli osiadał na wargach, a lekka bryza niosła aromat plumerii, pieczonych ananasów i czegoś jeszcze – zapach tropików. Nie potrafiła go nazwać, ale sprawiał, że czuła się jak na końcu świata.

To miała być wolność. Taki był plan.

Delikatny szum fal powtarzał swój niekończący się rytm, jakby ocean nieustannie przypominał jej, że jest w miejscu, w którym wszystko powinno być proste. Gdzieś w oddali zabrzmiała leniwa melodia ukulele, przeplatana śmiechem turystów w barze przy plaży. Podświetlone lampiony tańczyły na wietrze, rzucając ciepłe światło na drewniany taras, na którym siedziała z koktajlem w dłoni. Dokładnie tak to sobie wyobrażała.

A jednak…

Przesunęła dłonią po fałdach sukienki. Była lekka, przewiewna, w odcieniu zachodzącego słońca – zupełnie inna niż garsonki, które jeszcze kilka miesięcy temu stanowiły jej codzienny strój. Włosy, które zawsze miały być idealnie upięte, teraz swobodnie opadały na ramiona, rozwiane wilgotnym powietrzem. Nie było telefonu, który dzwoniłby co pięć minut. Nie było planu dnia rozpisanego co do sekundy. Nie było setek maili, które nie mogły czekać. Nie było… niczego.

To wszystko zostawiła w Polsce, kiedy po szalonej podróży z okazji czterdziestych urodzin postanowiła zmienić całe swoje życie. Bizneswoman, magister filologii angielskiej, której szkoła językowa była jedną z lepszych w rodzinnym mieście. A jednak postanowiła z tego wszystkiego zrezygnować. W Meksyku poczuła, jak samotne i nudne było jej życie. Nie miała nic prócz pracy. Żyła jak w kołowrotku, aż w końcu postanowiła się z niego uwolnić.

Marika westchnęła i odchyliła głowę na oparcie krzesła. Tego właśnie chciała. Prawda?

Spojrzała na telefon. Na ekranie wciąż widniał nieodebrany mail od prawnika. Kupiec czekał na podpis. Transakcja była gotowa, warunki ustalone… A mimo to wciąż nie wysłała ostatecznej zgody. Z każdym dniem znajdowała nową wymówkę: „Jeszcze tylko upewnię się, że wszystko działa”. „Może nowy właściciel będzie miał pytania”. „Dokończę te dwa kursy, które zapisałam w kalendarzu”.

Formalnie szkoła już do niej nie należała. A jednak każdego ranka sprawdzała raporty finansowe. Co wieczór czytała wiadomości od zespołu. Czuła, jak palce ją swędzą, żeby podjąć decyzję, której nie powinna już podejmować.

Wzięła telefon do ręki. Ekran rozświetlił się znajomym czatem z przyjaciółkami. Zawsze mogła liczyć na ich poczucie humoru i ten dziwny balans między ironią a wsparciem.

Przez moment czuła się jak dawniej. Ale one były daleko. Westchnęła i odłożyła telefon na stolik. Dłońmi przetarła twarz, czując delikatną wilgoć wieczornego powietrza. Przesunęła bosą stopą po deskach tarasu.

Ktoś w barze zawołał Aloha!, a fale leniwie wtoczyły się na brzeg. Podniosła koktajl i spojrzała na rozgwieżdżone niebo.

– No dobra, Hawaje – mruknęła do siebie. – Zobaczmy, co macie mi do zaoferowania.1. NOWY JORK

Wrześniowy poranek w Nowym Jorku pachniał wilgotnym asfaltem, kawą i farbą drukarską ze świeżych gazet. Powietrze było rześkie, ale już niosło zapowiedź gorącego dnia, a miasto jak zawsze tętniło życiem.

Tłum sunął w nieustannym, perfekcyjnie zsynchronizowanym chaosie. Kobieta w szarym płaszczu i sportowych butach wbijała wzrok w telefon, mężczyzna w marynarce pił kawę, rozmawiając przez telefon. Każdy był w biegu, każdy miał cel, każdy działał na najwyższych obrotach. Za to właśnie Olka z miejsca pokochała to miasto.

Szła pewnym, miarowym krokiem Piątą Aleją, wciąż niedowierzając, że to wszystko dzieje się naprawdę. Granatowa marynarka, biała koszula, włosy spięte w kucyk. To miało być przełomowe spotkanie. Ostatni krok do spektakularnego sukcesu.

Jeszcze kilka miesięcy temu była w Rzeszowie, zastanawiając się, czy warto rzucić wszystko i postawić na własny biznes. Teraz była tutaj. W centrum świata. Minęła obrotowe drzwi biurowca i znalazła się w eleganckim lobby. Marmurowa podłoga odbijała światło poranka, a powietrze pachniało świeżo zmieloną kawą i skórzanymi fotelami. Recepcjonistka uniosła wzrok znad monitora.

– Dzień dobry, nazywam się Aleksandra Szary, mam spotkanie z panem Carterem.

Kobieta zerknęła na listę gości, skinęła głową i wskazała windę.

– Trzydzieste piętro.

Drzwi windy otworzyły się cicho. Chwilę później z okien mogła podziwiać panoramę miasta. Korytarz prowadzący do biura inwestycyjnego miał ściany ze szkła, podłogę wyłożoną granitowymi płytami i rośliny w minimalistycznych donicach. Weszła do gabinetu Jonathana Cartera. Za przeszkloną ścianą rozciągał się widok na Manhattan. Biurko wykonano z ciemnego drewna, a w powietrzu unosił się subtelny zapach cygar i świeżo zaparzonej kawy. Mężczyzna wstał od stołu konferencyjnego. Doskonały garnitur, uśmiech drapieżnika, spojrzenie człowieka, który nigdy nie słyszy słowa „nie”.

– Olka! – Rozłożył ramiona, jego głos brzmiał tak, jakby od dawna byli dobrymi znajomymi. – Witaj w Nowym Jorku! Tyle maili i w końcu możemy porozmawiać na żywo!

Jego uścisk dłoni był zbyt mocny i o sekundę za długi. Usiadła naprzeciwko i wyprostowała plecy.

– Cieszę się, że możemy porozmawiać.

– To właściwie formalność. – Oparł się na krześle, jego spojrzenie było szybkie, oceniające.

Na stole leżał dokument. Jeszcze nawet nie zdążyła usiąść, a on już miał wszystko przygotowane.

– Przejdźmy do rzeczy – powiedział tonem, który zdradzał, że wszystko jest już ustalone. – Zbudowałaś coś interesującego, a ja wiem, jak to przekształcić w coś jeszcze większego. – Mówił szybko, na szczęście dzięki pomocy Mariki, podszkoliła swój angielski na tyle, że mogła bez obaw w takich rozmowach uczestniczyć.

Wspominał o możliwościach, ekspansji, strategii wejścia na rynek globalny. Każde jego zdanie brzmiało jak propozycja, ale w rzeczywistości było faktem dokonanym. Jedno słowo powtarzało się zbyt często.

Monetyzacja.

Olka wodziła wzrokiem po tekście umowy. Paragraf za paragrafem. „Szybki zwrot kapitału”. „Natychmiastowa ekspansja”. „Ekspresowy wzrost”. Na papierze wyglądało to idealnie.

A jednak…

Jonathan przesunął długopis w jej stronę.

– W zasadzie możemy sfinalizować umowę dzisiaj.

Jeszcze godzinę temu była pewna, że tego chce. Teraz poczuła znajomy ucisk w żołądku.

– To poważna decyzja. Myślałam, że dzisiaj wszystko razem ustalimy i razem podejmiemy pewne kluczowe decyzje – powiedziała spokojnie, ukrywając napięcie, które zaczynało w niej narastać. – Potrzebuję czasu, żeby wszystko przeanalizować.

Mężczyzna nie przestawał się uśmiechać, ale coś w jego spojrzeniu zrobiło się chłodniejsze.

– Rozumiem, rozumiem… Ale – jego głos był o ton za lekki – nie będę ukrywał, że zależy nam na szybkiej decyzji.

Miała dość ludzi, którzy myśleli, że mogą dyktować jej warunki. Z tego powodu odeszła z uczelni. Dlatego zamarzył jej się własny biznes.

– Chcę być pewna, że to właściwa decyzja.

Jonathan nawet nie mrugnął.

– Tutaj nie ma miejsca na „może”. To miasto zna tylko „tak” albo „przegapiłaś swoją szansę”.

Olka podniosła wzrok.

– Na szczęście ja nie jestem niezdecydowana. Jestem rozsądna i czujna.

Zamknęła teczkę powoli, co było celowym zabiegiem. Nie miała zamiaru się spieszyć. Carter zmrużył lekko oczy, ale jego uśmiech pozostał nienaganny.

– Daj mi znać, kiedy podejmiesz decyzję.

– Na pewno to zrobię.

– Mam nadzieję, że nie będziemy musieli szukać innej opcji. A tak przy okazji, zarząd spotyka się o siedemnastej.

Nie odpowiedziała i opuściła gabinet. Kiedy wyszła na zewnątrz, czuła, że po jej plecach spływają kropelki potu. Miała wrażenie, że tłum napierał, klaksony dźwięczały, a zapach kawy z mijanych kawiarni mieszał się z wilgocią wrześniowego powietrza.

Olka stanęła na rogu ulicy i spojrzała na szklaną fasadę biurowca. Jeszcze godzinę temu była pewna, że to jest ten moment. Teraz wiedziała, że nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Jonathan Carter był skuteczny, bezwzględny i przyzwyczajony do dostawania tego, czego chce. Ale to ona miała decydować o swojej firmie. Patrzyła na ludzi pędzących chodnikiem, na światła odbijające się w kałużach i po chwili ruszyła przed siebie.

Jesienny poranek w parku miał w sobie coś intrygującego. Miasto oddychało w zupełnie innym rytmie niż kilka przecznic dalej. Ludzie tu tak nie pędzili, zwalniali. Miłośnicy sportu w markowych ubraniach pokonywali kolejne kilometry, psy ciągnęły swoich właścicieli do zapomnianych zapachów na trawie, a sprzedawcy precli dopieszczali stosy pieczywa, z którego unosił się zapach masła i soli.

Postanowiła nie wracać do mieszkania. Nie mogła. Po spotkaniu z Carterem miała w głowie zbyt wiele pytań, które kłóciły się ze sobą jak przekupki na targu. Coś w tym wszystkim jej nie pasowało. Jego ton. Sposób prowadzenia rozmowy. Pewność, że już podjął decyzję za nią.

„Po co rozmawiać, skoro możemy podpisać?”

„Strategia? Już wydrukowana. W trzech egzemplarzach”.

„W Nowym Jorku nawet taksówkarz szybciej podejmuje decyzje”.

Niby wszystkie zapisy były jasne. Ale Jonathan Carter nie zapytał jej, co myśli. On jej to zakomunikował. To ją uwierało. To i fakt, że zrobił to z uśmiechem, jakby sprzedawał jej świetną okazję na Black Friday.

Usiadła na ławce i pozwoliła myślom dryfować. Central Park wrócił do niej pełnią kolorów i dźwięków. Na pobliskiej ławce starsza kobieta w beżowym płaszczu rzucała orzeszki wiewiórkom. Zwierzęta momentalnie weszły w tryb ataku, skacząc po niej jak gimnastycy na igrzyskach olimpijskich. Po alejce biegała młoda matka, usiłując dogonić dziecko, które postanowiło uciec w kierunku wolności. Olka poczuła lekkie ukłucie zazdrości. Nie o dziecko i nie o wiewiórki. O prostotę tych chwil. Tyle czasu poświęciła na walkę o sukces, że zapomniała, kiedy ostatnio usiadła w parku i po prostu patrzyła przed siebie. sięgnęła po telefon. Może powinna napisać do dziewczyn?

– Ej, co jest?! – krzyknęła zaskoczona, gdy ktoś szarpnął ją za ramię. Torba z laptopem, dokumentami, kluczami właśnie odrywała się od jej ciała. Mężczyzna w kapturze oddalał się od niej w ekspresowym tempie. – Ty draniu! – krzyknęła, zrywając się z ławki tak gwałtownie, że niemal stratowała wiewiórkę.

Nie było czasu na analizę. Złodziej biegł, więc ona biegła za nim.

– Oddawaj! – wrzasnęła, przeskakując nad niskim murkiem i omal nie przewracając sprzedawcy precli.

– Było blisko! – krzyknął za nią.

A ona biegła dalej. Rowerzysta na jej drodze w ostatniej chwili zrobił unik.

– To ścieżka dla rowerów!

Gołąb z oburzeniem wzbił się w powietrze.

– Sorry! – rzuciła, próbując uniknąć kolejnej kolizji.

A potem… zorientowała się, że nie biegnie sama. Obok niej pojawił się jakiś mężczyzna. Szczupły, wysoki, w sportowej bluzie. Nie wyglądał na kogoś, kto się spieszy.

– Nieźle ci idzie, ale powinnaś skrócić dystans!

Po tych słowach mężczyzna bez wysiłku zwiększył tempo i wyprzedził ją. A potem, zanim Olka zdążyła się zorientować, rzucił się na złodzieja i powalił go na ziemię. Okrzyk, a potem uderzenie ciała o beton. Dobiegła chwilę później, dysząc jak lokomotywa. Nieznajomy przytrzymywał chłopaka kolanem, ale bez agresji. Ten próbował się wyrwać, potem nagle przestał. Leżał, ciężko oddychając.

– Puść mnie… – wysapał. – Nic nie zrobiłem.

– Bo nie zdążyłeś – zauważyła sucho Olka, próbując złapać oddech.

Kaptur zsunął się z głowy chłopaka. Miał może szesnaście lat. Twarz bladą, spoconą i bardziej przestraszoną niż groźną.

– Oddaj torbę – powiedział spokojnie mężczyzna.

Chłopak zawahał się sekundę, po czym odepchnął ją w stronę Olki.

– Nie chciałem… Potrzebowałem kasy.

Olka przyjrzała mu się uważniej. Nie wyglądał jak zawodowiec, a raczej jak ktoś, kto podjął złą decyzję pięć minut wcześniej. W oddali rozległ się krótki sygnał policyjny. Chłopak zesztywniał.

– Proszę… – szepnął błagalnie.

Nieznajomy spojrzał na Olkę pytająco.

Przez sekundę w jej głowie walczyły dwie osobowości: ta, która wierzy w konsekwencje, i ta, która pamięta własne ryzykowne decyzje.

– Uciekaj – powiedziała w końcu cicho.

Chłopak nie czekał. Zerwał się i zniknął między drzewami. Olka wzięła torbę do ręki. Kolana wciąż jej drżały.

– Kim ty jesteś? Nadczłowiekiem? – wykrztusiła, opierając dłonie o kolana.

– Gościem, który lubi poranki w parku.

– A ja w życiu tyle nie przebiegłam – wydusiła z siebie w końcu, powoli odzyskując kontrolę nad własnym ciałem.

– To zupełnie normalne.

– Tak jak to, że miałam ochotę położyć się na trawie, obok tego złodzieja?

– Również.

– I że najchętniej zamordowałabym Cartera, podarła jego umowę, a potem rzuciła tym w cholerę?

– Nie znam człowieka, umowy nie czytałem, a rzucać można, ale zależy co lub kogo.

Olka zaśmiała się. Po chwili spojrzała na swojego wybawcę.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. I tak biegłem. – Mrugnął do niej rozbawiony.

– Chyba powinnam się jakoś odwdzięczyć, ale nie znam miasta ani głowy do tego nie mam.

Zamilkła i przez chwilę wpatrywała się w nieznajomego. Zastanawiała się, w którym momencie jej życie zaczęło przypominać komedię romantyczną. Miała przecież plan. Przemyślany, logiczny, pełen ambicji, skazany na sukces.

– To może chociaż kawa? – zaproponował mężczyzna. – Za rogiem jest sympatyczna knajpka.

Olka wzięła głęboki wdech, poprawiła włosy i skinęła głową. Kilka minut później siedziała przy stoliku, dyskretnie obserwując swojego wybawcę. Był wysoki, dobrze zbudowany, a w jego ruchach nie było przesadnej sztywności. Krótko przycięte, ciemne włosy lekko opadały mu na czoło. Szczęka była wyraźnie zarysowana, trzydniowy zarost dodawał mu uroku, oczy o głębokim odcieniu gorzkiej czekolady miały coś hipnotyzującego. Nad lewą brwią miał drobne zadrapanie.

Nie był typowym nowojorskim sztywniakiem w garniturze ani też przypadkowym turystą. Nie pasował do żadnej kategorii. To ją irytowało i intrygowało jednocześnie.

– Więc…? – Uniósł brew, spoglądając na nią z zainteresowaniem.

Sięgnęła po filiżankę i upiła łyk.

– Więc… co?

– Często biegasz za obcymi?

– Nie biegłam za obcym. – Skrzyżowała ręce na piersi. – Biegłam za złodziejem.

– Bieg to bieg. – Spojrzał na nią z udawanym zrozumieniem.

Zacisnęła usta. Był zabawny, a to nie wróżyło niczego dobrego. Dodatkowo wcale jej nie podrywał, a to wróżyło jeszcze gorzej, bo już odpalał jej się instynkt modliszki.

– Nie chcesz nawet zapytać o moje imię? – Spojrzał na nią z rozbawieniem.

– Po co? – Chrząknęła.

– Może miło byłoby wiedzieć, komu zawdzięczasz swoją torbę.

Nie miała argumentu przeciwko tej logice.

– A może wolę, żebyś został tajemniczym superbohaterem, którego nigdy więcej nie spotkam?

– W porządku, tajemnicza nieznajoma. Ale jeśli znowu coś zgubisz, nie licz, że tym razem będę w pobliżu.

Olka wzięła głęboki wdech i przeniosła spojrzenie na wielkie okna, przez które wpadało poranne światło. Promienie odbijały się od metalowych blatów i niknęły w ścianach z surowej cegły. W tle cicho grał jazz. Sięgnęła po telefon.

– Muszę do kogoś napisać, wybacz. – Skinęła w jego stronę i wstała od stolika. Odeszła kilka kroków i natychmiast skontaktowała się z przyjaciółkami.

Olka: Jeśli nie znam faceta, ale mnie uratował i teraz siedzi naprzeciwko mnie w kawiarni, to to jest randka czy nie?

Sara: Oczywiście, że nie. Olka, naprawdę nie każdy facet, który Cię widzi, od razu się w Tobie zakochuje.

Marika: Kluczowe pytanie: jest wysoki?

Olka: Serio?

Marika: To ważna informacja.

Olka: Wyższy o głowę.

Marika: Bierz go.

Sara: Marika, daj jej się skupić na firmie. Miała podbijać nowojorskie rynki, a nie serca Nowojorczyków. Wiesz, że Olka jest na odwyku.

Olka: Od czego niby?

Sara: Od romansów?

Olka: A serce Cię już nie boli?

Sara: Zaczęło, ale potem Wam opowiem dlaczego, nie uwierzycie…

Olka: Sara, ta rozmowa jest o mnie i superbohaterze. Nie o Tobie.

Sara: Dobra, dobra. Rób, co chcesz, bylebyś z nim do łóżka nie poszła.

Olka: Dlaczego? (Hipotetycznie pytam…)

Sara: Bo nie po to pojechałaś na drugi koniec świata! Romansować mogłaś w Rzeszowie ze studentami! Do Nowego Jorku leci się spełniać marzenia! Pamiętasz?

Olka: Dobra, dobra. PS Wolałam Cię, jak byłaś sierotą życiową.

Sara: Zaraz Ty nią będziesz.

Olka: Dzięki za wsparcie.

Wróciła do stolikai odłożyła telefon, próbując zachować neutralny wyraz twarzy. Zerknęła na swojego towarzysza, który
sięgał właśnie po filiżankę, gdy nagle zawibrował jego telefon. Rzucił okiem na ekran i jego twarz na moment spoważniała.

– To nic pilnego – powiedział szybko i odłożył aparat.

– Dlaczego mam wrażenie, że właśnie skłamałeś? – spytała, mrużąc oczy.

– Bo jesteś spostrzegawcza. Muszę to jednak odebrać.

– Śmiało.

Podniósł się i odszedł kilka kroków.

Olka nie zamierzała podsłuchiwać, ale jego głos brzmiał inaczej niż przed chwilą. Był niższy. Bardziej skupiony. Nie słyszała wszystkiego, ale jedno zdanie dotarło do niej wyraźnie.

„Wiem, że ryzykuję – jeśli się nie uda, wszystko runie. Ale nie mam planu B. Nie tym razem”.

Mocniej zacisnęła palce na uchu filiżanki.

„Kim on, do diabła, jest?” – pomyślała i powiodła za nim wzrokiem.2. PARYŻ

Sara uniosła wzrok. W idealnym świecie powinna teraz patrzeć na tajemniczego Francuza o głębokim spojrzeniu, który właśnie powiedział coś zmysłowego i pełnego obietnic. Ale to nie był tajemniczy Francuz. To była Teresa.

– Co za niespodzianka! – Teściowa rozłożyła ramiona w geście, który sugerował uścisk, a potem bez pytania wślizgnęła się na wolne krzesło.

Sara zamarła.

„Nie. To się nie dzieje. To musi być sen. Albo francuska halucynacja po espresso”.

Teresa nigdy nie ukrywała, że nie przepada za synową. A teraz siedziała naprzeciwko niej, uśmiechnięta i promienna.

– Co ty tu… – Sara próbowała sklecić sensowne pytanie.

– Nie uwierzysz! – Kobieta klasnęła w dłonie, a oczy błyszczały jej jak dziecku na widok prezentów. – Jestem w Paryżu!

Sara spojrzała na nią znacząco.

– W to akurat wierzę – mruknęła i upiła łyk kawy, która nagle straciła swój wyborny smak.

– Ale to absolutnie przypadek! – Rozejrzała się teatralnie, jakby upewniała się, że nikt ich nie podsłuchuje. – Tak sobie pomyślałam: „Teresa, zasłużyłaś na odpoczynek”. No i przyjechałam!

Kłamstwo. Teresa nigdy nie odpoczywała. Teresa knuła. Sara zbyt dobrze o tym wiedziała.

– No ale jak się czujesz… po tej waszej katastrofie małżeńskiej?

Sara odłożyła filiżankę.

– Słucham?

– No wiesz – zniżyła głos – tej „niby” decyzji o rozwodzie! – Westchnęła tak ciężko, jakby to ona właśnie straciła męża. – Zawsze uważałam, że jesteście z Adamem świetną parą…

Sara prawie parsknęła kawą.

– Co proszę?

– Oczywiście, mieliście swoje problemy. – Pokiwała głową ze smutkiem. – No ale kto ich nie ma? Ja zawsze mówiłam do Adasia, że takiej jak ty to ze świecą szukać.

– Raczej z pochodnią, niczym w polowaniach na czarownice – dopowiedziała Sara z ustami przy filiżance. Teściowa zdawała się tego nie słyszeć.

– Ach… teraz to młodzi tak szybko się poddają… Kiedyś to się naprawiało, a nie porzucało! Ja wiem, że bycie z kimś to trudna sprawa. No popatrz tylko na Adasia, tyle czasu z tobą był, aż posiwiał biedaczysko… – Nagle się zorientowała, że nie w tę stronę miała iść ta rozmowa i natychmiast zmieniła temat. – Ale jak to mówią, co było, a nie jest… – Zaśmiała się perliście i poszukała wzrokiem kelnera. – Dobra ta kawa? Może też sobie zamówię? Co myślisz? Napijemy się razem, jak za starych, dobrych czasów.

Sara wzięła głęboki oddech.

– My nigdy nie piłyśmy razem kawy…

– A no widzisz! Zatem dobrze, że przyleciałam! Ja to jednak miałam nosa! To bardzo ważne, żeby teściowa i synowa dobrze żyły! Prawda? Teraz musimy patrzeć w przyszłość. Tylko to się liczy. I Adaś, ale to przecież oczywista oczywistość. – Zaśmiała się i bez pytania upiła łyk kawy z filiżanki Sary. Sięgnęła po torebkę i po krótkim poszukiwaniu wyjęła broszurę i położyła ją na stoliku z miną niewiniątka. Terapia Małżeńska w Paryżu – Nowy Początek.

– W samolocie dostałam – powiedziała tryumfalnie, machając ulotką tuż przed nosem Sary, która tak się odchyliła, że omal nie spadła z krzesła.

Sara zamknęła oczy i najpierw policzyła do pięciu. Następnie do dziesięciu, ale nic to nie dało. Czuła jak przez jej ciało przetacza się furia. Sięgnęła po filiżankę i dopiła resztkę zimnej kawy.

– To… miłe, że tak się troszczysz.

Teresa aż się rozpromieniła.

– Wiedziałam, że zrozumiesz! Zawsze powtarzałam Adasiowi: ona bywa uparta, ale w końcu idzie po rozum do głowy.

Sara przygryzła wargę. A potem, nie odrywając wzroku od teściowej, powoli zgarnęła broszurę ze stolika i wsunęła ją do torebki. Nie po to, żeby z niej skorzystać. Ale żeby upewnić się, że Teresa nie będzie mogła jej nikomu pokazać ani w żaden sposób użyć.

Godzinę później Sara zatrzasnęła drzwi mieszkania, oparła się o nie plecami i zamknęła oczy. Niemal siłą zaciągnęła teściową do hotelu i w końcu mogła wrócić do siebie. Paryż miał być miejscem spokoju, oddechu i przestrzeni na własne myśli. A nie polem bitwy z kobietą, która wdarła się do jej życia z siłą huraganu i entuzjazmem sprzedawcy garnków na domowych pokazach.

Zaczerpnęła głęboko powietrza.

– Ogarnij się. Dasz sobie radę. Zresztą nie pierwszy raz – powiedziała sama do siebie.

Włączyła laptop i otworzyła plik zatytułowany: „Nowa Ty – poradnik dla kobiet, które chcą odzyskać życie”.

Słowa miały płynąć same. Miało być inspirująco. Miało być o wolności, o niezależności, o tym, jak cudownie jest zacząć od nowa. Wpatrywała się w ekran. Kursor migał prowokacyjnie. W końcu zaczęła pisać.

Każda kobieta ma prawo do nowego początku. Do chwili oddechu. Do własnych decyzji.

Zadowolona z siebie, upiła łyk wody i wróciła do pisania.

Aby odzyskać siebie, czasem trzeba odciąć się od przeszłości. Zamknąć drzwi. Skupić się na sobie.

Sara uśmiechnęła się pod nosem. No proszę, pisało się całkiem nieźle! I wtedy ktoś zapukał. Zamarła.

– Saro, wiem, że tam jesteś!

Pukanie zabrzmiało ponownie. Głośniejsze. Może jeśli nie otworzy, Teresa sobie pójdzie?

Zacisnęła zęby i powoli podeszła do drzwi. Otworzyła je na tyle, by widzieć tylko połowę twarzy teściowej.

– Tak?

Teresa uśmiechnęła się promiennie, jakby nie wydarzyło się nic dziwnego.

– Potrzebuję przysługi.

Sara nie odpowiedziała.

– Wiesz, w moim hotelu nie ma pralki.

Sara zamrugała nerwowo.

– Aha.

– Chciałam przeprać sukienkę. – Teresa potrząsnęła reklamówką, w której znajdował się zwinięty kawałek materiału.

Sara zbierała w sobie całą swoją siłę, by powiedzieć „nie”.

– W hotelach można zamówić pranie.

Teresa westchnęła ciężko, jakby właśnie usłyszała, że powinna wspiąć się na Mont Blanc o własnych siłach.

– Saro, kochana, ale ja nie znam tak dobrze francuskiego.

– Umiesz powiedzieć „pranie” po francusku?

– Oczywiście.

– To co za problem?

– No dobrze, ale przecież ja nie wiem, jak się tu obsługuje pralnię! Ty już się zadomowiłaś, a ja taka biedna, zagubiona, samotna…

W tym momencie Sara poczuła, że przegrywa. Zamknęła oczy na ułamek sekundy, po czym odsunęła się od drzwi i wpuściła Teresę do środka.

– Tylko sukienka.

– Oczywiście!

Teresa z wdziękiem przemknęła do salonu i się rozejrzała.

– Całkiem ładnie tu masz. – Skinęła głową. – Małe, ale przytulne. Bardzo małe… Nawet bym się pokusiła o słowo: skrajnie. Ale ty przecież lubisz skrajności – dodała bardziej do siebie.

Sara nie skomentowała. Po prostu wzięła torbę z praniem i skierowała się do łazienki.

– Oczywiście nie chcę ci przeszkadzać – zaczęła Teresa tonem kogoś, kto ewidentnie zamierza przeszkadzać.

Sara zamknęła pralkę i oparła się o blat.

– Tereso, posłuchaj.

Starsza pani natychmiast się wyprostowała.

– Naprawdę cenię, że chcesz, żebym czuła się dobrze, ale przyjechałam tutaj, żeby odpocząć. Chcę mieć czas dla siebie.

Teresa skinęła głową, jakby w pełni rozumiała.

– Oczywiście. Rozumiem.

Sara poczuła ulgę. Czy to możliwe, że Teresa rzeczywiście coś pojęła?

– To cudowne, że chcesz się odnaleźć! – Teresa położyła rękę na sercu. – Nie chcę ci przeszkadzać. My, kobiety, powinnyśmy się wspierać! Ja zawsze wspieram inne kobiety, a zwłaszcza ciebie! Chcę tylko jedno popołudnie.

Sara zmarszczyła brwi.

– Jedno popołudnie?

– Tylko jedno.

– Po co?

Teściowa wyrzuciła ręce do góry w dramatycznym geście.

– Jestem w Paryżu! Zawsze marzyłam, żeby zwiedzić to miasto!

Sara zamknęła oczy i usyszała jak Teresa bierze głęboki oddech.

– Oczywiście, jeśli nie chcesz, to nie…

– Jedno popołudnie – odparła z rezygnacją.

Teresa się rozpromieniła.

– Wiedziałam, że cię przekonam! Jesteś dla mnie taka dobra! Zawsze to powtarzałam Adasiowi.

I wtedy Sara zaczęła się zastanawiać, ile kieliszków wina będzie jej potrzebne, żeby przetrwać ten dzień.

***

Miała bardzo prosty plan na ten dzień: nie dać się wciągnąć w żadne szaleństwa. Ale już godzinę później wiedziała, że nie udało jej się go zrealizować. Stała pośrodku luksusowego butiku na Avenue Montaigne, otoczona atłasem, jedwabiem i sztucznie nadętymi minami ekspedientek, które najwyraźniej nie były przyzwyczajone do klientów dostających ataku paniki na widok metki. Terasa postanowiła pomóc jej odnaleźć „utraconą kobiecość” i niemal zmusiła do zakupów, które nigdy nie były dla Sary przyjemnością.

– Nie wyjdę w tym na ulicę. – Sara aż zbladła, gdy spojrzała w lustro.

– Ależ oczywiście, że wyjdziesz. – Teresa zerknęła znad telefonu, najwyraźniej właśnie robiąc jej zdjęcie.

– Usuń to.

Sara jeszcze raz zerknęła w wielkie, złocone lustro. Zamiast nijakiej, praktycznej czerni, miała na sobie dopasowaną, ognistoczerwoną spódnicę i jedwabną bluzkę, która wyraźnie udowadniała, że Sara ma całkiem pokaźną klatkę piersiową.

– To nie ja.

– Oczywiście, że ty. Tylko teraz wyglądasz tak, że ludzie cię zauważają. Sama się dziwię, że Adaś wypatrzył cię wcześniej… Musiał mieć dzień sokolego wzroku. Co raczej dziwne, bo on jednak zawsze cierpiał na krótkowzroczność.

– Nie chcę, żeby mnie zauważali.

Sara zerknęła w stronę ekspedientki, która właśnie nachylała się do koleżanki, najwyraźniej omawiając jej przypadek jako rzadkie zjawisko społeczne.

– Pani wygląda magnifique! – Kobieta uśmiechnęła się szeroko, choć jej oczy zdradzały czysty lęk, że Sara zaraz zacznie kwestionować cenę.

– Wiem, że mówią to panie wszystkim.

– Nie, nie – zaprotestowała szybko młoda ekspedientka o uśmiechu lalki Barbie. – Tylko tym, którzy zasługują.

Teresa przytaknęła z uznaniem.

– Czyli mówi wszystkim – szepnęła synowej do ucha, a ta jedynie westchnęła.

– Dobrze, ale nie rób mi więcej zdjęć. Naprawdę nie jestem fotogeniczna i drogie ciuchy z pewnością tego nie zmienią.

– Za późno.

I wtedy nastąpiło coś, czego Sara nie przewidziała.

– Madame! Parfait! – Z głębi butiku wyłonił się mężczyzna w marynarce w pepitkę i różowym szaliku.

Sara zamarła. Teresa szybko wypięła pierś do przodu i uśmiechnęła się chytrze.

– Cóż to za twarz! – Mężczyzna zbliżył się, z entuzjazmem, którego poziom sugerował, że przed chwilą wypił przynajmniej trzy espresso. – Taka struktura kości, taka naturalna elegancja!

– Nie mamy pieniędzy. – Sara odruchowo złapała się za torebkę.

– Ależ skąd! – Machnął ręką, jakby nigdy nie słyszał o czymś tak prozaicznym, jak gotówka. – Nie chodzi o pieniądze, chodzi o wizję! O inspirację!

Teresa rzuciła jej spojrzenie w stylu „a nie mówiłam”.

– Muszę to uchwycić! – Mężczyzna już wyciągał z torby profesjonalny aparat fotograficzny.

– Nie.

– Tak!

– Tereso, zatrzymaj go!

– Gdzie ja, starsza pani, będę się szarpać z kimś takim?

Sara podeszła do mężczyzny, zasłoniła dłonią obiektyw i kazała natychmiast zaprzestać robienia niechcianej sesji. Nieznajomy westchnął żałośnie, ale widząc determinację kobiety, posłuchał i schował swój sprzęt.

– Muszę się przebrać! – krzyknęła zła na siebie, Teresę, fotografa i cały Paryż.

Gdy kobiety znowu znalazły się na zewnątrz, Sara zaczerpnęła głęboko powietrza.

– Czy możemy zrobić teraz coś spokojniejszego?

– Oczywiście – przytaknęła Teresa. – Mam pomysł!

Sara opuściła ramiona i bez słowa ruszyła za teściową.

„Tylko jedno popołudnie” – powtarzała sobie w myślach, z nadzieją, że faktycznie tak będzie.

– Każda kobieta ma swój zapach, wiesz? – Teresa przeszkodziła jej w rozmyślaniu. – Zapach to osobowość. A twój do tej pory mówił tylko „Poproszę kanapkę i kawę na wynos”. Dlatego idziemy do muzeum perfum. To muzeum perfum Fragonard, niedaleko Opery, na Rue Scribe – ciągnęła Teresa tonem przewodniczki. – Prawdziwe, paryskie, nie żadna atrakcja dla turystów z plastikowym flakonikiem. Pokazują tam, jak od setek lat robi się perfumy, z czego się je komponuje i dlaczego Francuzi traktują zapach niemal jak sztukę użytkową.

– Oczywiście – mruknęła Sara.

– No i jest sklep – dodała z zadowoleniem, zatrzymując się przed drzwiami perfumerii. – Bo wiedza wiedzą, ale perfumy trzeba umieć zabrać ze sobą.

Sara nie zdążyła odpowiedzieć, bo Teresa już wciskała jej coś w rękę.

– Powąchaj.

Sara przyłożyła wąski papierek do nosa. Jaśmin, drzewo sandałowe, delikatna nuta wanilii. Ciepłe, ale nie mdlące. Kobiece, ale nie przesłodzone. Miało w sobie coś z pewności siebie.

– Co ci to przypomina?

Sara zamknęła oczy.

– Nie wiem…

– To ja ci powiem. – Teresa przekrzywiła głowę. – Przypomina ci, że możesz być kimś więcej niż „szarą myszką”. Kobietą z krwi i kości, a nie cierpiętnicą z chorym sercem.

Sara wzięła głęboki wdech i sięgnęła po buteleczkę stojącą na półce.

– Sama nie wiem… Może… – Zastanowiła się przez moment. – Może masz rację – dodała i z flakonikiem podeszła do kasy.

W muzeum było zaskakująco spokojnie. Kilka niewielkich sal, gabloty z dawnymi flakonami, stare narzędzia do tworzenia zapachów i ludzie, którzy zamiast patrzeć w telefony, wąchali paski papieru w pełnym skupieniu. Sara szła obok Teresy i po raz pierwszy od dawna nie czuła zniecierpliwienia. Ten świat był zupełnie inny niż wszystko, co znała – cichy, zmysłowy, trochę intymny. Nie miała pojęcia, że zapach może mieć historię, strukturę i charakter, że można go budować warstwa po warstwie, tak jak życie. I choć nie powiedziała tego głośno, poczuła, że ten mały flakon, który miała przy sobie jest czymś więcej niż pamiątką z Paryża. Stal się obietnicą, że ona sama też może zacząć od nowa, powoli i na własnych zasadach.

Po zwiedzaniu kobiety usiadły w najbliższej kawiarni. Sara przysunęła do siebie filiżankę kawy.

– Czujesz ten klimat? – zapytała teściowa, mrużąc oczy.

– Czuję, że moje stopy umierają.

– Nie, nie, nie. – Teresa machnęła ręką. – Pytałam, czy czujesz zmianę.

Gdy Sara przełamała karmelową skorupkę crème brûlée, w jej głowie zapaliła się mała lampka z napisem: „może nie wszystko dziś poszło źle”.

– Tak, chyba czuję – odpowiedziała, smakując słodycz deseru.

Przez moment przyglądała się Teresie, która przez lata była dla niej źródłem frustracji, zirytowanych westchnień i niezliczonych momentów, kiedy chciała rzucić telefonem i nią o ścianę.

A teraz siedziała tu, w Paryżu, w nowych ubraniach, z perfumami, które sama wybrała, i z jakimś dziwnym poczuciem, że Terenia… może nie jest potworem.

– Dziękuję.

Teresa zamarła.

– Nie przesadzaj – odpowiedziała prawie byłej synowej dopiero po chwili.

Sara zaśmiała się cicho.

Paryż był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażała – piękny, nieprzewidywalny, nieco pretensjonalny, ale magiczny.

– Jest jeszcze coś, co chciałam ci powiedzieć…

Sara zamarła, usłyszawszy to zdanie. A było tak pięknie…Co za Meksyk

Karolina Winiarska

Trzy przyjaciółki i meksykańska przygoda. Sara, Ola i Marika przyjaźnią się od lat. Pewnego dnia, tuż przed czterdziestymi urodzinami, postanawiają spełnić swoje dziecięce marzenia i wyruszają do Meksyku.

Czy spotkanie z ulubioną pisarką, zagłębianie się w tajniki matematyki na prestiżowym sympozjum oraz pływanie z rekinami brzmi jak przepis na idealne urodziny? Jak najbardziej! Dodatkowo szalone przygody, błyskotliwy humor i spora dawka meksykańskiej kultury tylko podkręcają atmosferę.

Przygotuj się na lawinę śmiechu, wzruszeń i promieni słońca. Wejdź do świata, w którym pragnienia stają się rzeczywistością, a przyjaźń dodaje skrzydeł.

To idealna lektura na lato, która pokaże Ci, że nigdy nie jest za późno, by spełnić swoje marzenia!Diament i Róża

Karolina Winiarska

Porywająca serce historia o dziewczęcych marzeniach i wyboistej drodze do ich spełnienia. Dorota jest osobą, która odnosi sukcesy i nie boi się wyzwań. Niestety w życiu prywatnym nie ma tyle szczęścia. Wychodząc za mąż za licealną miłość, Dorota wierzyła, że to związek na całe życie. Los jednak bywa przewrotny i lubi płatać figle. Niespodziewany telefon od ważnej dla niej osoby powoduje zmiany w jej życiu. Nic już nie będzie takie samo. Tajemnica skrywana od lat sprawia, że wyjazd do Afryki okazuje się przygodą odmieniającą losy wielu osób. Diament i Róża to współczesna wyprawa w głąb malowniczej Afryki i jednocześnie sentymentalna podróż do lat 90. ubiegłego wieku. To pełna emocji powieść, która głęboko poruszy każdego czytelnika.Nic o mnie nie wiesz

Karolina Winiarska

To poruszająca historia trójki przyjaciół, których życie pełne jest niespełnionych pragnień, ukrytych uczuć i moralnych dylematów. Igę, Maćka i Ewelinę łączy o wiele więcej niż tylko wspólne dzieciństwo. Każde z nich zmaga się z własnymi demonami. Każde żyje na krawędzi spełnienia i tęsknoty, tłumiąc uczucia, które nie są odwzajemnione. Iga marzy o wielkich rolach, Maciek o uwolnieniu się od wpływu ojca alkoholika, Ewelina pragnie miłości, której nigdy nie doświadczyła. Niespodziewany zwrot wydarzeń przenosi ich z powrotem do rodzinnego miasteczka. W centrum opowieści jest tajemniczy Olek. Jaka będzie jego rola w przemianie bohaterów? Nic o mnie nie wiesz to również piękny obraz Bieszczad, których dzikie krajobrazy i spokój stanowią tło dla rozgrywających się tam wydarzeń.Nasze portrety

Karolina Winiarska

W sercu Rzeszowa zaczynają się splatać losy czterech osób. Jaki związek może mieć historia eleganckiej staruszki Heleny z pozostałymi mieszkańcami kamienicy? Czy Marta, desperacko uciekająca od trudnej przeszłości, uwierzy, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki? Czy Tomasz, ambitny bankowiec, odnajdzie sposób na ocalenie swojego małżeństwa? I w końcu, czy Ksawery, artysta poszukujący swojego miejsca na świecie, odnajdzie ostatecznie właściwą drogę?

Co poza wspólnym adresem łączy tych ludzi? Jakie tajemnice staną się kluczem do ich przemiany? Nasze portrety to poruszająca opowieść o sukcesach i porażkach, miłości i stracie, marzeniach i rozczarowaniach. Zanurz się w świecie bohaterów i odkryj, jak zaskakujące scenariusze pisze życie.Ostatni element

Karolina Winiarska

Jedno zdjęcie. Jedna zagadka. I prawda, która może zmienić wszystko…

Aurora prowadzi spokojne życie w Rzeszowie, układając puzzle – dosłownie i w przenośni. Pewnego dnia do jej sklepu trafia klientka z nietypowym zamówieniem: chce zamienić zdjęcie starego domu w układankę. Tylko że to, co miało być zwykłym zleceniem, szybko zamienia się w zagadkę, której rozwiązanie może wywrócić jej świat do góry nogami…

Tajemnice, które miały na zawsze pozostać w ukryciu, powoli zaczynają wychodzić na światło dzienne. Ale czy Aurora znajdzie w sobie odwagę, by zmierzyć się z przeszłością?Tajemnica Ocean Blue

Karolina Winiarska

Zamierzała napisać nową powieść. Zamiast tego znalazła się w samym środku zbrodni.

Eliza, błyskotliwa autorka kryminałów, przyjeżdża na Jamajkę w poszukiwaniu natchnienia. Ocean Blue – luksusowy hotel z widokiem na szmaragdowe zatoki – wydaje się idealnym miejscem, by zacząć od nowa. Zwłaszcza że na miejscu czeka ktoś, kto kiedyś próbował skraść jej serce.

Ale zamiast inspiracji pojawia się trup. Słynna piosenkarka Eva du Lac ginie w tajemniczych okolicznościach. Tropikalny raj zamienia się w scenę zbrodni, a Eliza – z autorki – staje się śledczą.

Arystokratka o chłodnym spojrzeniu, ambitny menadżer, milcząca przyjaciółka i mężczyzna z przeszłości… Każdy coś ukrywa. A Eliza wie, że tym razem to nie tylko zagadka literacka. To walka o prawdę – i o siebie.Tajemnica rodu Ashencroft

Karolina Winiarska

Zaproszenie do rezydencji w Kornwalii przyszło bez wyjaśnień. Eliza nie spodziewała się jednak, że do tych samych drzwi, przez które wejdzie do świata arystokracji, zapuka śmierć.

Eliza, autorka bestsellerowych kryminałów, przyjeżdża do okazałej posiadłości Ashencroft Hall. Gdy umiera nestor jednej z najbogatszych rodzin w regionie, pisarka zostaje wciągnięta w sieć niedopowiedzeń, sekretów i pozornych alibi. Każdy coś ukrywa: milczący brat, wycofana wdowa oraz rodzeństwo – Violet i Victor – których spojrzenia mówią więcej, niż są gotowi przyznać.

Z każdym dniem Eliza coraz wyraźniej czuje, że w murach rezydencji nie może ufać nikomu.

Stylowy kryminał dla czytelniczek, które lubią zagadki z klasą i rozumieją, że odkrywanie prawdy zawsze ma swoją cenę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij