-
nowość
Algorytm Człowieczeństwa - ebook
Algorytm Człowieczeństwa - ebook
Dwójka agentów nie wie, z czym naprawdę się mierzy. AI przejęło człowieka i planuje uczynić to samo z całą ludzkością. Muszą odkryć prawdę i powstrzymać machinę, zanim będzie za późno. Thriller Kairo’a pełen napięcia i pytań o granice człowieczeństwa.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 74 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Kairo
Thriller Szpiegowski
------------------------------------------------------------------------
SPIS TREŚCI
.
------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ 1: TOŻSAMOŚĆ ZEROWA
Pani Kapitan Agnes Borrow, 27 lat, weszła do budynku o godzinie 9:33.
Po czym budynek… wyleciał w powietrze.
Tak brzmiał fragment raportu wojskowego w sprawie jej rzekomej śmierci, przekazany do mediów publicznych.
W MI6 aż wrzało.
Agnes była jedną z najlepszych agentek polowych, jakie mieli.
Miała spotkać się z informatorem w sprawie rzekomego zamachu stanu w Wielkiej Brytanii — tak przynajmniej myśleli.
W tym samym czasie Agnes, a raczej już Selena Voss, piła kawę z nową szefową w prywatnej agencji wywiadowczej Femme Mortales.
— Jak to jest mieć nową tożsamość w pakiecie przy nowej pracy? — zażartowała szefowa.
— Całkiem przyjemne. Szkoda tylko, że musiałam porzucić rodzinę w pakiecie z tym… — odpowiedziała Selena.
— Przynajmniej pogrzeb będzie z honorami i niezła renta po „zmarłej Pani Kapitan”. A tak nawiasem mówiąc — witamy w Poznaniu, w Polsce.
Szefowa podała jej teczkę — cienką, elegancką, bez logo.
Na pierwszej stronie widniało nowe nazwisko, nowy adres, nowe życie.
Agnes Borrow już nie istniała.
Selena wiedziała jedno: jeśli MI6 kiedykolwiek spróbuje ją odnaleźć — znajdzie tylko idealnie prowadzoną księgowość kogoś, kto zawsze był gdzie indziej.
Pierwsza misja – Złoty Paw
Selena Voss siedziała przy długim, szklanym stole w biurze Femme Mortales w Poznaniu, przeglądając projekty operacyjne na dużym, przezroczystym ekranie.
— Monachium — zaczęła szefowa. — Skradziono figurkę z czystego złota, paw z rozłożonym ogonem. W oczkach różowe brylanty. Kradzież odbyła się dwa dni temu. Zleceniodawca… nieznany.
Selena przetarła usta palcem i westchnęła cicho.
— Czy mamy już jakieś tropy? — spytała.
— Tropów brak. Tylko wiadomo, że figura pojawiła się na czarnym rynku sztuki, ale pośrednicy milczą. Chcemy, żebyś dowiedziała się kto, jak i na czyje zlecenie — odpowiedziała szefowa.
Nie było potrzeby pośpiechu. Femme Mortales działało inaczej niż MI6 czy jakakolwiek inna agencja. Tu informacja była bronią, a działanie – sztuką.
Selena wstała, podeszła do okna i spojrzała na miasto.
— Najpierw dyskrecja, potem skuteczność — pomyślała. — Nie strzelam, dopóki nie wiem, kto naprawdę ma figurkę.
Przez następne godziny:
analizowała transakcje finansowe w okolicznych galeriach,
sprawdzała ruchy kurierów i taksówek luksusowych,
kontaktowała się ze swoimi informatorami w świecie przestępczym,
korzystając z VR przenosiła się wirtualnie do każdego miejsca, gdzie mogła znajdować się figurka.
Każdy detal był istotny: od śladów palców w magazynach po kolor papieru pakunkowego używanego przez handlarzy.
— Jeśli to ktoś z MI6 albo z prywatnych zbiorów… — mruknęła pod nosem. — Dowiem się, nim zdążą się zorientować.
Selena wiedziała jedno: nie ma chaosu w Femme Mortales. Każdy ruch, każde słowo i każdy cień mają znaczenie.
Operacja jeszcze się nie zaczęła. To był tylko pierwszy krok — przygotowanie. Ale już czuła, że Monachium nie będzie zwykłym zadaniem.
Monachium
Selena Voss wjechała do Monachium żółtym Lamborghini Miura — klasykiem tak drogim, że samo jego istnienie było zaproszeniem do kłopotów. Dokładnie o to jej chodziło.
Zatrzymała się przed najbardziej luksusowym hotelem w mieście. Obsługa zareagowała natychmiast: drzwi, uśmiechy, ukłony. W recepcji zameldowała się jako Evelin Baster — nazwisko nowe, historia finansowa perfekcyjna, konto grube jak ściany sejfu.
Zaczęła od emanowania bogactwem.
To był sprawdzony sposób: albo ktoś spróbuje ją napaść, albo ktoś sam zgłosi się z propozycją sprzedaży rzeczy, których oficjalnie nie ma.
Z napastnikiem poradziłaby sobie bez trudu. Nawet zaatakowana nożem potrafiła powalić i zabić niepostrzeżenie — a dziś była ubrana w wieczorową suknię, która nie zdradza ani jednego z jej ruchów. Elegancka. Cicha. Śmiertelnie niebezpieczna.
W recepcji zapytała mimochodem o aukcje biżuterii.
Recepcjonista podał standardowe informacje, ale Selena pokręciła głową.
— Nie interesuje mnie nic… zwykłego.
Chwila ciszy.
Recepcjonista speszył się, spuścił wzrok.
— Muszę… zadzwonić. Odezwę się po aukcji.
Wystarczyło.
Aukcja była dokładnie taka, jakiej się spodziewała: pierścionki, naszyjniki, zestawy warte fortuny. Nawet samochód z diamentowym wykończeniem — demonstracja bogactwa dla ludzi, którzy nie muszą nic udowadniać.
Selena obserwowała nie przedmioty, lecz ludzi.
Kto patrzy za długo.
Kto nie licytuje, tylko liczy.
Kto wyszedł wcześniej.
Po aukcji, już przy wyjściu, zaczepił ją elegancki mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze.
— Pani Baster — powiedział cicho. — Może zainteresować panią… prywatny pokaz.
Nie zapytała gdzie. Skinęła głową.
Pokój był drogi, sterylny, zbyt czysty jak na improwizację. Na stole leżał tablet. Mężczyzna uruchomił prezentację.
Zdjęcie.
Złoty paw z rozłożonym ogonem.
Różowe brylanty w oczkach.
— Dodatkowa aukcja — powiedział. — Za dwa dni. Berlin. Wąskie grono. Bardzo wąskie.
Selena nie zdradziła emocji.
— Interesujące — odparła tylko.
Wróciła do swojego pokoju, zamknęła drzwi, zdjęła suknię i usiadła na łóżku.
Berlin za dwa dni.
Paw jest prawdziwy.
Ktoś go pokazuje, ale nie posiada.
Otworzyła teczkę operacyjną, uruchomiła systemy i zaczęła planować.
Jak włamać się do pokoju mężczyzny,
jak sprawdzić, dla kogo pracuje,
i kto naprawdę pociąga za sznurki.
Figurka była tylko przynętą.
Prawdziwym celem był zleceniodawca.
A Selena Voss nie lubiła, gdy ktoś myślał, że jest sprytniejszy od niej.
Była trzecia w nocy, gdy Selena zaczęła działać.
Najpierw nano-dron — wielkości ziarna maku. Tak mały, że dla ludzkiego oka byłby tylko drobiną kurzu niesioną przeciągiem. Uruchomiła go jednym gestem, a potem obserwowała obraz transmitowany prosto do jej siatkówek.
Dron wślizgnął się pod drzwiami apartamentu, w którym wcześniej widziała zdjęcie złotego pawia.
Wnętrze było ciemne. Luksusowe. Bezbłędnie uporządkowane — za bardzo, jak na kogoś, kto naprawdę mieszka w jednym miejscu. Selena od razu to zauważyła.
Tablet leżał na stole.
Mężczyzny w garniturze nie było.
— Interesujące — pomyślała.
Dron krążył powoli, bezszelestnie, skanując przestrzeń. I wtedy… dźwięk.
Telefon.
Obraz obrócił się o kilka stopni i Selena zobaczyła smartfon leżący na komodzie. Po chwili usłyszała podniesiony głos mężczyzny — lekko nerwowy, przyciszony, jakby nie chciał, żeby ktoś go podsłuchiwał.
— Już wydzwania… Dopiero się spakowałem, a już mnie sprawdza…
Krótka pauza.
— Halo? No już, spakowany. Jutro wyjeżdżam.
Selena nie miała sprzętu do przechwycenia rozmówcy. Tylko jego stronę dialogu. I to jej wystarczało.
— Kilka osób… tak. W tym taka bardzo elegancka kobieta. Spodobałaby ci się.
Uśmiechnęła się lekko.
— Nie, nie kupiła nic na aukcji, ale wyglądała na bogatą. Przyjechała Miurą. No, tym Lamborghini… przecież ich już od trzystu lat nie robią. A ten egzemplarz — idealny stan.
Cisza. Słuchał.
— Mówię ci, będzie ją na pewno stać.
Kolejna pauza.
— Dobra. Kończę. Widzimy się jutro w Berlinie.
Połączenie się urwało.
Selena wyłączyła drona i pozwoliła mu opaść w tryb uśpienia.
Berlin.
Złodziej nie był kolekcjonerem.
Był pośrednikiem.
A po drugiej stronie słuchawki był ktoś, kto naprawdę chciał pawia.
W jej głowie ułożył się nowy plan — prosty, elegancki, skuteczny.
Jeśli złodziej był taki jak ten człowiek…
jeśli reagował na pieniądze, prestiż i kobiety,
to uwiedzenie go będzie łatwiejsze niż włamanie.
Pozna go.
Zbliży się.
A potem sprawi, że sam odda jej wszystko, co wie.
Zamknęła systemy, poszła pod prysznic i pozwoliła, by gorąca woda spłukała napięcie dnia.
Po kąpieli położyła się spać.
Jutro był Berlin.
A Berlin zawsze mówił więcej, niż chciał.
------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ 2: DRUGI POZIOM GRY
Droga do Berlina dłużyła się niesamowicie.
Selena, jadąc żółtym Lamborghini Miura, zauważyła, że ten sam samochód trzyma się za nią już ponad osiemdziesiąt kilometrów. Na początku uznała to za przypadek. Autostrada, podobne tempo, nic nadzwyczajnego.
Zmieniła pas.
Samochód za nią zrobił to samo.
Zwolniła.
On również.
Przyspieszyła — nadal był tam.
Zbyt długo. Zbyt konsekwentnie.
Postanowiła zrobić przerwę w Dreźnie, na stacji paliw przy autostradzie. Zjechała spokojnie i zaparkowała tuż obok radiowozu. To dawało jej chwilową osłonę, ale też ograniczało pole manewru — musiała uważać, by nie zdradzić się umiejętnościami.
Zaczęła tankować syntetyczne paliwo, produkowane z plastiku, chemicznie niemal identyczne z dawną benzyną.
Wtedy podjechał pickup.
Wysiadło z niego trzech mężczyzn. Ci sami.
Najpierw były uśmiechy.
Komplementy pod adresem samochodu.
Potem jej urody.
Jeden z nich rzucił półżartem:
— Policja wiecznie tu stać nie będzie. A wtedy możemy pojechać gdzieś razem.
Selena uniosła wzrok znad wlewu paliwa.
— Jeśli którykolwiek z was spróbuje mnie dotknąć — powiedziała spokojnie — nie zabiję was. Ale będziecie mnie o to błagać.
Miała nadzieję, że to wystarczy.
Miała zadanie.
Nie mogła pozwolić sobie na rozgłos.
Zapomniała tylko o jednym:
nie miała już na sobie munduru wojskowego.
Była „tylko” elegancką kobietą przy drogim samochodzie.
Radiowóz odjechał.
I wtedy jeden z mężczyzn złapał ją za ramię.
To był błąd.
W jednym, błyskawicznym ruchu Selena chwyciła jego rękę i wykręciła ją pod kątem, którego ludzkie stawy nie powinny znać.
Rozległ się suchy trzask łamanych kości przedramienia.
Mężczyzna krzyknął.
Dwaj pozostali cofnęli się o krok — zaskoczeni, ale nie gotowi odpuścić.
Jeden wyjął nóż.
Selena spojrzała na niego i… zaśmiała się cicho.
— Możesz schować ten kozik do zbierania grzybów — powiedziała. — Tu się nie przyda.
Drugiego obezwładniła jednym precyzyjnym kopnięciem w krocze. Upadł bez tchu.
Trzeci spojrzał na swoich towarzyszy. Na złamaną rękę. Na zwiniętego z bólu kolegę.
— Ja… ja ich zabiorę — rzucił szybko.
Pomógł im wsiąść do pickupa.
Silnik zawył.
Zniknęli.
Selena poprawiła suknię, dokończyła tankowanie i zamknęła korek.
— No to jadę dalej — powiedziała sama do siebie.
Wsiadła do Lamborghini.
Włączyła sztuczną inteligencję telefonu i wyznaczyła trasę do hotelu w Berlinie.
Miura ruszyła płynnie, jakby nic się nie wydarzyło.
Berlin czekał.
A ona była dokładnie na czas.
Po dojeździe do Berlina Selena udała się do hotelu.
W hotelu zameldowała się pod tymi samymi danymi co w Monachium. Ten sam styl, ta sama historia finansowa, ta sama kobieta — przynajmniej na papierze.
Potem wyszła „zwiedzać miasto”.
Reichstag.
Brama Brandenburska.
Symbole jednej z najstarszych wojen świata — wojny sprzed ponad trzystu lat, jak przyjemnie wierzyli mieszkańcy Berlina.
Selena wiedziała lepiej.
Dla niej to nie była historia.
To były linie widoczności, punkty zbiórki, miejsca ewakuacji.
Miasto znała dobrze.
Była tu już nie raz — w poprzednim życiu.
W wypożyczonym, niepozornym samochodzie przejechała kilkukrotnie obok tych samych miejsc, zmieniając trasy, sprawdzając reakcje ruchu, zapamiętując zaułki i wjazdy podziemne.
W końcu pojechała do restauracji.
Usiadła przy stoliku i — trochę dla żartu, trochę z przekory — zamówiła pierogi i rosół. Mały gest, który zawsze działał jej na nerwy lokalnym patriotom .
Gdy kończyła rosół, ktoś dosiadł się do stolika.
Elegancki mężczyzna. Dobrze skrojona marynarka. Pewny siebie, ale nie arogancki.
— Jednak pani dojechała — powiedział cicho. — Proszę trzymać się z dala od tej aukcji.
Wstał, jakby rozmowa była zakończona.
Selena poruszyła się lekko i delikatnie musnęła jego marynarkę.
— Nawet się pan nie przedstawił — powiedziała z uśmiechem — a już pan mi czegoś odmawia.
Mężczyzna zatrzymał się na ułamek sekundy.
— Ja tylko dobrze radzę — odparł i odszedł.
Nie zauważył, że przy spince mankietu jego marynarki został miniaturowy lokalizator. Wyglądał jak zwykły włos, który przypadkiem wślizgnął się między włókna materiału.
Zniknął w tłumie.
Selena dokończyła posiłek, sięgnęła po płaszcz i powiedziała pod nosem:
— Mam cię.
Berlin przestał być miastem.
Stał się planszą.
Berlin – noc przed aukcją
Po skończonym posiłku Selena wróciła do hotelu.
Zamknęła drzwi, sprawdziła zamki i dopiero wtedy uruchomiła nano-drona. Urządzenie bezszelestnie uniosło się w powietrze i poleciało autonomicznie w stronę nadajnika przy marynarce nieznajomego.
W tym samym czasie zaczęła składać raport.
Aukcja.
Atak w Dreźnie.
Trzech mężczyzn z pickupa.
Jej aktualne położenie.
Samochód.
Gdy dyktowała kolejne punkty, w słuchawce pojawił się dźwięk.
Głosy.
Przerwała raport i wsłuchała się uważniej.
— Próbowałem ją nastraszyć — powiedział pierwszy.
— I nie dałeś rady — odpowiedział drugi. — Aukcja jest jutro. Ona na bank ma więcej pieniędzy. Jutro macie ją zatrzymać.
— Michael, nie damy rady. Widziałeś, co zrobiła z tamtymi na autostradzie?
— Przypadek. Każda kobieta kopie w krocze.
— A złamana ręka?
— Zwykły fart. Słuchaj… dziś wieczorem jadę do opery. Jutro macie ją zatrzymać.
Drzwi się zamknęły.
Selena natychmiast przywołała drona.
Kilka sekund później jej baza danych już pracowała. Twarz. Imię. Profil.
Michael Schmidt.
Znany przedsiębiorca.
Miłośnik opery, kobiet i klasycznych samochodów.
Człowiek brutalny — szczególnie przy kradzieżach.
Zaczynał jako mechanik samochodowy, dorobił się na renowacji sportowych legend sprzed stuleci.
Uśmiechnęła się.
— Idealnie — mruknęła.
Nie traciła czasu.
Wybrała najlepszą suknię, jaką miała ze sobą. Biżuteria dobrana precyzyjnie — nic krzykliwego. Perfumy, których zapach zostaje w pamięci, nie w powietrzu.
Wzięła kluczyki i wyszła.
Około pięciuset metrów od opery zatrzymała samochód i celowo uszkodziła układ chłodzenia. Nic poważnego. Awaria, którą da się naprawić kilkoma kluczami — ale wygląda dramatycznie.
Podjechała pod operę dokładnie w chwili, gdy pojawił się Michael Schmidt.
Silnik zadrżał. Spod maski uniósł się dym.
Michael natychmiast podszedł.
— Czy mogę jakoś pomóc? — zapytał.
Nie wiedział, że to właśnie ją kazał jutro zatrzymać.
Uroda. Samochód. Klasa.
Selena zagrała perfekcyjnie.
— Nie wiem, co się stało… — powiedziała z lekką paniką w głosie. — Kompletnie się na tym nie znam.
Michael uśmiechnął się z satysfakcją.
Pomógł. Naprawił. Zrobił dokładnie to, co umiał najlepiej.
Potem zaprosił ją do opery.
Wieczór był idealny.
Po spektaklu odprowadził ją do hotelu. Pożegnali się. On wrócił do siebie.
Selena odczekała kilka minut.
Potem przebrała się, wyszła tylnym wyjściem i wzięła taksówkę.
Śledziła go.
W jego mieszkaniu Michael już szykował się do aukcji. Liczył pieniądze. Sprawdzał kontakty. Próbował ustalić, gdzie dokładnie znajduje się paw przed jutrzejszą sprzedażą.
Selena zrobiła zdjęcia wszystkich tropów, notatek i połączeń.
Wyszła niezauważona.
Gra właśnie weszła na drugi poziom.
Berlin – kolacja, której miało nie być
Selena wyszła wieczorem do restauracji.
Miała zjeść spokojną kolację, zniknąć w tłumie, być jedną z wielu.
I wtedy ich zobaczyła.
MI6.
Dwóch mężczyzn i kobieta. Dawni współpracownicy. Zbyt dobrze ich znała, by uznać to za przypadek.
Serce zabiło jej szybciej, ale twarz pozostała spokojna.
Co oni tu robią? — pomyślała.
Natychmiast uruchomiła szkolenie, które kiedyś uratowało jej życie więcej niż raz. Przesiadła się. Zmieniła ułożenie włosów. Zdjęła biżuterię. Założyła okulary. Zniknęła.
Usiadła trzy stoliki dalej.
— I co, znaleźliście go? — zapytał jeden z nich.
— Jeszcze nie.
— U mnie też nic.
— Musimy go znaleźć. Przecież nie rozpłynął się w powietrzu.
— A ten coś gada?
— Co ty. Ma tak rozkwaszoną twarz, że jakby wiedział, to by powiedział. Powtarza tylko jedno: piwnica jest kluczem, a klucz piwnicą.
— To trzeba go docisnąć bardziej.
Selena siedziała jeszcze chwilę bez ruchu.
„Piwnica jest kluczem, a klucz piwnicą.”
Znała to miejsce.
Nigdy nie mówiła o nim nikomu.
A jednak ktoś właśnie wypowiedział je na głos.
------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ 3: TO NIE TWOJA MISJA.
Klub – świt
Pojechała tam rano, gdy klub był jeszcze zamknięty.
Weszła od zaplecza. Zabrała fartuch sprzątaczki. Wiaderko. Mop.
Stała się niewidzialna.
Obeszła obiekt metodycznie.
I wtedy go zobaczyła.
Paw.
Złoty. Ciężki. Idealny.
— To tylko połowa misji — pomyślała. — Kto go ukradł?
Rozmieściła mikro-kamery:
przy pawiu,
przy głównym wejściu,
przy wyjściu dla personelu.
Wyszła tak, jak przyszła.
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------