Algorytm - ebook
Wejdź do świata zbrodni, hakerów i cybersłużb.
„Niebezpiecznie dobre” - Vincent V. Severski.
Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej inteligencji?
Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci – brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Koppela, pracującego dla rządu USA, to rzeczywistość. Jego dzieło – przełomowa sztuczna inteligencja – nazywa się ZEUS. Ale właśnie zamieniło się w koszmar.
Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają twarda policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która… skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. ZEUS bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół. Są tylko poszczególni gracze.
Czy Koppel uciekł? A może go porwano? Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program?
Zapnijcie pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8338-649-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_listopad, dwa lata wcześniej,_
_Warszawa_
Chłopiec miał nie więcej niż siedem, osiem lat – trudno było to ocenić z całkowitą pewnością, ponieważ siedział odwrócony tyłem do lampki nocnej, jedynego źródła światła w pokoju. Jego drobna sylwetka niknęła w półmroku, a twarzyczka skryta w cieniu zdawała się nieruchoma jak u porcelanowej lalki. Przysiadł na samym skraju ogromnego hotelowego łóżka, z nogami zwieszonymi tuż nad puszystym dywanem; plecy miał lekko przygarbione, instynktownie próbując skurczyć się do rozmiaru, który nie będzie już nikomu przeszkadzał.
W prawej dłoni trzymał mały czerwony samochodzik – metalowy, z lakierem startym na rogach i lekko wgniecionym dachem, pełen blizn zebranych w tysiącu takich podróży. Przesuwał go powoli po śnieżnobiałej, idealnie naciągniętej kołdrze. W przód. W tył. W przód. W tył. Monotonny, pozbawiony jakiejkolwiek dziecięcej radości ruch miał dawać złudzenie odrobiny kontroli.
Pozorny luksus apartamentu był przytłaczający. Banalne, grube, pochłaniające dźwięk zasłony, beżowe ściany i anonimowe grafiki tylko udawały przepych. Wszystko było standaryzowane, bezosobowe, włącznie z zapachem – subtelnie cytrusowym, z ledwie wyczuwalną nutą środka dezynfekującego. Tutaj się nie żyło; to miejsce służyło stawaniu się bezimiennym i niewidzialnym. I ta cisza… Mogłoby się zdawać, że ktoś starannie usunął wszelkie ślady życia. Klimatyzacja, zazwyczaj dająca o sobie znać cichym szumem, została wyłączona; lodówka, z której zwykle oferuje się niebotycznie drogie napoje, zabudowana w ciężkiej mahoniowej szafce, milczała odcięta od prądu; nawet telewizor straszył czernią martwego ekranu. W tej absolutnej ciszy dało się wychwycić tylko ten jednostajny suchy szelest – dźwięk malutkich plastikowych kółek obracających się na gładkim materiale pościeli.
Pięćdziesięcioletni mężczyzna stał kilka kroków dalej, dopinając mankiety koszuli. Robił to z chirurgiczną precyzją, bez pośpiechu i w całkowitym skupieniu. Drobne złote spinki z onyksowym oczkiem były dyskretnym detalem, który idealnie komponował się z szytym na zamówienie garniturem, śnieżnobiałą koszulą i krawatem w kolorze głębokiego burgunda. Perfekcyjnie wypolerowana skórzana teczka stała przy jego nodze, gotowa do wyjścia. On sam też był gotów.
Nie patrzył już na dziecko. Wzrok zatrzymał na własnym odbiciu w przyciemnionej szybie panoramicznego okna, za którą majaczyła rozmyta poświata miasta, zniekształcona jesiennym zmierzchem. Światła ulic, mostów i wieżowców pobłyskiwały, tworząc abstrakcyjne, pulsujące kształty. Dla niego był to widok, w którym nie dostrzegał piękna. Kojarzył mu się z mapą, terenem operacyjnym, po którym musi się poruszać bez emocji i nie tracąc czasu na kontemplację.
Ważne spotkanie, przed którym dał upust swoim żądzom, miało się rozpocząć za trzydzieści pięć minut w prywatnej salce restauracyjnej na poziomie minus jeden. Jego gość znany był z punktualności i chorobliwego wyczulenia na hierarchię, zatem przyjście przed czasem stanowiło niepisany, lecz obligatoryjny element protokołu. Towarem były informacje, a ich przekazanie odbywało się bez zbędnych uprzejmości. Potem, w zupełnej samotności, pozostanie mu tylko napisanie raportu, który zapieczętuje niemożliwym do złamania szyfrem, i cierpliwe oczekiwanie na nagrodę.
Odwrócił się i przeszedł przez pokój. Dźwięk jego kroków utonął całkowicie w grubej wykładzinie. Zatrzymał się przy stoliku nocnym. Otworzył portfel i wyjął przygotowany plik używanych, lekko zmiętych banknotów, starając się stworzyć iluzję, że to, co się wydarzyło, nie było wynikiem chłodno wykalkulowanej transakcji, a raczej czymś spontanicznym i radosnym, co zasłużyło na hojność. Taki głupi, nieistotny szczegół, ale ważny dla niego, dla podtrzymania poczucia własnej wartości, a przynajmniej jej resztek. Położył je obok ciężkiej podstawy mosiężnej lampki bez odliczania, bo przecież już wcześniej wszystko przeliczył.
Chłopiec nie poruszył się nawet o milimetr. Nie spojrzał. Wiedział, że chwilę po tym, jak mężczyzna wyjdzie z pokoju, pojawi się jego wuj i zabierze go do domu.
Mężczyzna nie odezwał się ani słowem. Podniósł teczkę, sprawdził telefon i widząc jedno pozbawione znaczenia powiadomienie, odrzucił je mechanicznym ruchem kciuka. W oprawionym w ciężką ramę lustrze w przedpokoju ostatni raz skontrolował węzeł krawata. Jego twarz była gładka, pusta i pozbawiona wyrazu.
Moralność ludzi z zewnątrz, z tamtego świata naiwnie wierzącego w czerń i biel, zupełnie się dla niego nie liczyła. Nie uważał się za złego ani też za dobrego. Po prostu rzeczywistość, w której operował, nie znała takich pojęć. Istniały tylko skuteczność, minimalizacja ryzyka i szczelność procedur, a dylemat, czy zło to realna kategoria ontologiczna, czy tylko problem pojęciowy, w ogóle go nie zajmował.
Spojrzał po raz ostatni na pokój, na chłopca i na czerwony samochodzik, który wciąż poruszał się rytmicznie po tej samej beznadziejnej trajektorii. W przód. W tył. W przód…
Wyszedł, a drzwi domknęły się z cichym, precyzyjnym kliknięciem. W jego myślach nie było już chłopca. Został za zamkniętymi drzwiami. A zamknięte drzwi przestawały istnieć.ROZDZIAŁ 1
_poniedziałek, 19 sierpnia,_
_Fort Meade w stanie Maryland_
Biurko Jonathana, wciśnięte w kąt niewielkiego, pozbawionego okien gabinetu, było zastawione trzema szerokoekranowymi monitorami, które niczym mur forteczny całkowicie zasłaniały siedzącego przed nimi mężczyznę. Gość wchodzący do pokoju dostrzegłby tylko ich matowe plastikowe obudowy, a obecności samego Jonathana mógłby się jedynie domyślić, widząc świetliste, migotliwe odblaski na ścianie. Procedury panujące w Fort Meade bezwzględnie nakazują wylogowanie z systemu i wyłączenie ekranów, gdy opuszcza się stanowisko pracy. Sygnał był więc prosty i czytelny, przynajmniej w teorii: ciemna ściana – Jonathana nie ma, jasna ściana – Jonathan jest w pokoju.
Prawdę mówiąc, tego rodzaju sygnały były zupełnie zbędne, ponieważ w jego klitce nikt go nigdy nie odwiedzał. Bo i po co? Nie miał tu przyjaciół, z którymi mógłby zamienić kilka słów w przerwie, ani nikogo, z kim umawiałby się na lunch w głośnej kantynie, gdzie zawsze siadał samotnie przy najdalszym od zgiełku stoliku. Jako analityk na najniższym szczeblu drabiny to on, w razie rzadkiej potrzeby, musiał pokonywać długie korytarze i biegać do biur swoich przełożonych. W ciągu kilku lat spędzonych w Agencji Bezpieczeństwa Narodowego widywał szefostwo głównie podczas regularnych cotygodniowych odpraw, a jedynie dwa lub trzy razy osobiście dostarczył jakieś informacje, które i tak nie miały większego znaczenia.
Kiedyś, jeszcze na studiach, Jonathan wyobrażał sobie pracę w NSA zupełnie inaczej: tropienie terrorystów, nieustanne wykrywanie spisków, dostarczanie kluczowych danych, które mogłyby zmienić bieg historii… Ech, minęły już trzy lata, odkąd utknął za tym biurkiem, a jedyne, co zyskał, to trzy monitory. Trzy lata – trzy monitory i ciągłe, monotonne śledzenie nasłuchów placówek dyplomatycznych Korei Północnej.
Ambasady i konsulaty wszystkich państw stanowią doskonałe schronienie dla wszelkiej maści szpiegów i agentów, a Korea Północna nie jest tu wyjątkiem. Pjongjang utrzymywał w Europie, włącznie z Rosją, jedenaście ambasad i jak wszyscy wymieniał z nimi informacje drogą elektroniczną. Przechwycenie takich plików było stosunkowo łatwe, a COMINT, czyli wywiad sygnałowy, robił to w sposób niezwykle skuteczny i profesjonalny. Trudności pojawiały się dopiero przy próbach odczytania treści. Od dłuższego czasu wszystkie przekazy były silnie zabezpieczane kluczem kwantowym, co czyniło ich złamanie praktycznie niemożliwym. Zazwyczaj jedyne, co dawało się uzyskać, to informacje o przybliżonej wielkości pakietu i częstotliwości wymiany wiadomości. Jednak nawet takie niepełne dane okazywały się przydatne. Drobne odchylenie od rutyny mogło świadczyć o czymś szczególnym. Sumując te wszystkie elementy, można było wyciągnąć wnioski o ponadnormatywnej aktywności poszczególnych placówek, co skutkowało bardziej wytężonymi działaniami CIA.
Jonathan nigdy nie wnikał w relacje panujące pomiędzy CIA a NSA. Dla niego obie instytucje działały z pobudek czysto patriotycznych. Jego rolą było dostarczanie raportów i nic więcej. Raporty Jonathana były zazwyczaj krótkie, rutynowe i wiało z nich dojmującą nudą. Większość danych pochodziła z kontaktów między Pjongjangiem a Chinami czy Rosją. Reszta świata wypadała dość mizernie.
Ale nie tego poranka. W rutynie jednej z placówek w Europie nastąpił dziwny wyłom. Jonathan wpatrywał się w środkowy monitor i coraz mocniej wytrzeszczał oczy. _Co jest grane?_ Z zestawienia wynikało, że w ciągu ostatniej doby ambasada Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wysłała siedemnaście dużych pakietów danych do swojej stolicy.
W jednej chwili zrozumiał, że to nie mogły być zwyczajne depesze dyplomatyczne. _Tylko co…? Muszę z tym lecieć do szefa_ – pomyślał. Wydrukował sprawozdanie i dla pewności przejrzał archiwum, poszukując śladów czegoś podobnego. Szybko zanotował swoje spostrzeżenia na drugiej stronie kartki i nerwowo wyciągnął identyfikator ze stacji dokującej. Po chwili jego trzy ekrany zgasły i Jonathan ruszył korytarzem do biura Majora. Mimo że starał się iść szybko, wejście na trzecie piętro zajęło mu dobry kwadrans.
Drzwi do gabinetu szefa strzegła sekretarka w biurowym uniformie. Siedząc za szerokim biurkiem, rozmawiała przez telefon, raz po raz zaśmiewając się cicho. Na widok szeregowego pracownika przerwała, zasłoniła dłonią słuchawkę i spojrzała wymownie na intruza.
– Ja do Majora, to chyba pilne… – Jonathan wybąkał nieśmiało, unosząc trzymany w dłoni wydruk niczym magiczną przepustkę.
Znał tę kościstą, zasuszoną babę, odkąd pracował w NSA, i zawsze starał się unikać z nią kontaktu. Jej haczykowaty nos i wiecznie zaciśnięte wargi kojarzyły mu się z najgorszymi postaciami z horrorów.
– Szef ma teraz wideokonferencję – rzuciła niedbale i wróciła do rozmowy. Po chwili przerwała, obserwując ze zdziwieniem, jak Jonathan, zamiast zniknąć, sadowi się na krześle przy jej biurku. – Hej, przecież mówiłam, że dyrektor jest zajęty. Chyba nie masz zamiaru tu czekać?
Jonathan postanowił zignorować jej opryskliwy ton. Patrzył w milczeniu ponad jej głową, studiując kształt drobnej rysy na ścianie.
– Jak tam sobie chcesz… – mruknęła poirytowanym tonem i szybko zakończyła rozmowę.
Po dziesięciu minutach krępującej ciszy asystentka dostrzegła, że zgasła lampka na interkomie. Podniosła kościste ciało z fotela i ruszyła do drzwi. Oczyma wyobraźni Jonathan zobaczył, jak kobieta chwyta za miotłę, dosiada jej i unosi się nad ziemią. Widział, jak ląduje przed dębowymi wrotami i uchyla je na tyle, by wetknąć do środka swój ostry nochal. Po chwili, świdrując czarnymi oczami prosto w serce Jonathana, skrzekliwie wydobywa spomiędzy cienkich warg rozkaz wejścia do czeluści…
Przerażony wstał w jednej chwili i z ulgą dostrzegł, że złowroga wizja zniknęła. Na wszelki wypadek, mijając kobietę, patrzył na wprost, po czym z kamienną twarzą starannie zamknął za sobą ciężkie drzwi.
Major stał przy oknie, odwrócony plecami do gościa, a jego smukła nieruchoma sylwetka odcinała się na tle rozświetlonej porannym słońcem szyby.
– Jonathan, tak? – powiedział Major, nie odwracając się.
– Tak jest, panie Majorze! – odpowiedział tak szybko, że zabrzmiało to bardzo służbiście.
– Nieczęsto cię widuję…
Jonathan już chciał odkrzyknąć „Tak jest, panie Majorze!”, ale w porę ugryzł się w język. Słowo „Major” było tu czymś w rodzaju tytułu i przydomka, jak „doktor”, i nie określało stanowiska. Eliot J. Borgovich od pięciu lat piastował funkcję wicedyrektora zespołu wywiadu sygnałowego, którą objął zaraz po przejściu na wojskową emeryturę. Służba na niezliczonych misjach utwardziła mu charakter i nauczyła rozpoznawania zagrożeń. Sukcesy, jakie odnosił, brały się z wyjątkowej umiejętności czytania w ludziach. Na emeryturę przeszedł bez żalu. Pragnął zająć się łowieniem ryb lub piciem bimbru z młodszym bratem, ale wtedy zadzwonił do niego ważny kongresmen, stary przyjaciel z czasów pierwszej misji w Iraku. Frogg i Brogg – jak się sami przezwali – przez lata tworzyli zgrany duet. Od słowa do słowa, wspominając dawne czasy, Borgovich dał się przekonać do jeszcze jednej misji.
– Nieczęsto cię widuję, ale wiem, czym się zajmujesz, Jonathanie – dokończył Borgovich i odwrócił się do niego.
– Panie dyrektorze – Jonathan postanowił wyłożyć sprawę jak najprościej – dzisiejszy raport z nasłuchu ambasad koreańskich wykazuje duży i bardzo nietypowy transfer danych z Warszawy do Pjongjangu, wprost do Komitetu Informatyki i Technik Informacyjnych. Nietypowy jest rozmiar plików, ich liczba, siedemnaście pakietów, i co najważniejsze, zaskakuje adresat. Ambasada komunikuje się niemal wyłącznie z tamtejszym MSZ. Sprawdziłem archiwum z ostatnich pięciu lat i niczego podobnego nie znalazłem.
Major wziął do ręki przyniesiony przez analityka arkusz.
– Dobra robota, Jonathanie. Wykazałeś się czujnością i dobrze zrobiłeś, przychodząc z tym bezpośrednio do mnie. – Borgovich umiał docenić podwładnych.
– Dziękuję, szefie… Ja i tak bym to opisał w raporcie… – Jonathan tylko na chwilę spuścił wzrok, zaraz jednak zebrał się na odwagę i podniósł głowę.
– Wiem. – Major uśmiechnął się nieznacznie. – Czas odgrywa ważną rolę. Coś jeszcze?
– Nie, to wszystko. Jeśli pan dyrektor pozwoli, wrócę do siebie i prześlę oryginalne pliki.
– Oczywiście. Możesz iść. Drzwi zostaw otwarte.
Jonathan, wychodząc, spojrzał triumfalnie na kościstą jędzę i zniknął w korytarzu. Chwilę po jego wyjściu Major wystawił głowę z gabinetu.
– Ivonne, połącz mnie z Theo z CIA. Nieważne, jak go znajdziesz, zrób to skutecznie. Wiem, że dasz radę.
Wrócił do pokoju i szczelnie zamknął drzwi. Usiadł za biurkiem, splatając dłonie na karku. Czekał na kontakt. Właśnie na tym polegała jego robota: budować i wzmacniać współpracę pomiędzy dwiema kluczowymi agencjami wywiadu, które z niewiadomych powodów od lat ze sobą rywalizowały. Przez całe życie używał tylko jednej waluty – lojalności – i liczył, że jej wartość zostanie wysoko wyceniona. I nie pomylił się. W ciągu pięciu lat zrobił coś, co nikomu przed nim się nie udało.
Telefon zaterkotał cicho. Major podniósł słuchawkę i usłyszał lekko sapiący głos Theodora.
– Czołem, Majorze! – wydyszał telefon.
– Theo, musimy się umówić na żeberka. – To był kod oznaczający, że sprawa jest ważna.
– Oho ho! – Rozmówca zaśmiał się rubasznie. – A gdzież to je upieczono?
– W Warszawie, Theo. W Polsce.
– O, to dobrze. Tam mają świetną wieprzowinkę. Tymczasem zapraszam cię do mojej budy na mostek wołowy w stylu teksańskim. Zamówiłem całą sześciofuntową sztukę na jutrzejszy wieczór.
– Z największą radością! Do zobaczenia.
Brogg się rozłączył, myśląc, że będzie musiał zrezygnować ze śniadania i lunchu, aby wieczorem nie wyjść na mięczaka.ROZDZIAŁ 2
_wtorek, 20 sierpnia,_
_Warszawa_
Sierpień zawisł nad Warszawą gęstą, duszącą zasłoną; czas zdawał się zwalniać w drgającym od upału powietrzu. Jedynie turyści z uporem realizujący swój żelazny program zwiedzania ignorowali spiekotę, oblegając kawiarniane ogródki i taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki.
Tomasz Szczerzec, mijając ten monumentalny relikt przeszłości, myślał niekiedy z właściwym sobie chłodnym przekąsem, że Pałac, niegdyś absolutna dominanta panoramy, dziś przypomina starego, przygarbionego generała, którego otoczyli wyrośnięci szklani adiutanci rodem z Manhattanu. Dyskusje o jego wyburzeniu czy zachowaniu uważał za jałowe; dla niego budowla ta była po prostu elementem miejskiego krajobrazu, trwałym jak podatki i równie nieuniknionym.
Myślał o tym w kontekście całego miasta, które na osobisty rozkaz Himmlera zostało osiemdziesiąt lat temu obrócone w morze ruin. Z tych zgliszcz kolejne pokolenia wzniosły metropolię eklektyczną i kosmopolityczną, która w odczuciu Tomasza coraz bardziej zatracała swoją dawną tożsamość. Potomkowie rdzennych Warszawiaków, do których sam się z pewnym snobizmem zaliczał, stanowili dziś grupę niemal egzotyczną, a opowieści o Kercelaku czy Nalewkach brzmiały jak legendy z zapomnianego świata.
Mecenas Tomasz Szczerzec, mężczyzna po pięćdziesiątce, nosił swoją historię i teraźniejszość niczym nienaganny, szyty na miarę garnitur. Jego wyprostowana, zdradzająca wojskową przeszłość sylwetka stanowiła sztywną ramę, podczas gdy dyskretne zaokrąglenie w pasie było cichym świadectwem upływu czasu i słabości do dobrej kuchni. W jego garderobie panował absolutny porządek: obok rzędu białych koszul i kolekcji jedwabnych krawatów bateria wypolerowanych butów – oxfordów, brogsów i sztybletów – stała na baczność, lśniąc w półmroku. Strój stanowił jego zbroję, a głębokie przeświadczenie, że adwokatowi nie wypada inaczej, było jednym z nienaruszalnych filarów jego do bólu uporządkowanego życia.
Płynęło ono rytmem niezmiennym i bezpiecznym, wyznaczanym przez te same godziny pobudki, te same płatki z jogurtem i tę samą pokonywaną piechotą trasę z Powiśla do kancelarii na Mokotowskiej. Mieszkał sam, choć nigdy nie określiłby się modnym mianem „singla”, które wydawało mu się pretensjonalne. Po prostu był sam. Wracał z ulgą do swojej ciszy i porządku po kilku krótkich romansach, które zawsze wnosiły w jego życie niepożądany chaos.
Jedynym wyłomem w tej starannie pielęgnowanej samotności była Diana, wyżlica weimarska o hipnotyzujących, niemal ludzkich błękitnych oczach, które wpatrywały się w niego z mieszaniną oddania i cichego osądu. Była prezentem od starszej siostry na pięćdziesiąte urodziny, darowanym wbrew jego woli, lecz zgodnie z zaleceniem od kardiologa, by więcej się ruszał. Ostatnim prezentem, jaki od niej dostał. Eliza i jej mąż, Esben Koppel, zginęli cztery lata temu, gdy nagły szkwał na Bałtyku położył ich jacht na burtę, a wzburzone morze pochłonęło gdzieś na trasie do Tallina.
To właśnie Eliza, wróciwszy przed laty ze stypendium w Bostonie z mężem Estończykiem i nowo narodzonym synkiem, założyła kancelarię, korzystając ze środków konserwatywnej rodziny Esbena. Ona też, z właściwą sobie energią graniczącą z nadopiekuńczością, zmusiła młodszego brata, by ten porzucił myśl o wojsku, skończył aplikację i do niej dołączył. Tak powstała firma „Koppel i Szczerzec”, którą po śmierci siostry Tomasz prowadził dalej, wchłonąwszy portfolio jej klientów, specjalizując się w obsłudze prawnej spółek – pracy może i pozbawionej ekscytacji, ale za to sowicie wynagradzanej.
Tego dnia mecenas Szczerzec wstał jak zwykle o siódmej. Ubrany w popielaty garnitur wyszedł z Dianą na spacer. Nigdy nie zostawiał psa samego w domu. Prowadząc wyżlicę, wkroczył do biura punktualnie o dziesiątej. Przywitała go asystentka Monika.
– Dzień dobry, szefie!
– Dzień dobry, pani Moniko.
– Już biegnę po espresso dla pana.
– Dziękuję. Proszę się nie spieszyć.
Był to ich codzienny rytuał. Jego praca polegała głównie na spotkaniach. W dni, gdy pracował sam w gabinecie, zwykle po południu robił przerwę i parzył kawę dla siebie i dla Moniki. Ten gest budził w niej zakłopotanie, ale dla niego był wyrazem troski.
– Czy pani Joanna była rano w biurze i wzięła do sądu dokumenty ESTIGAME? – zapytał, lekko unosząc brwi.
Młoda aplikantka w ostatnim czasie była rozkojarzona, co go nieco irytowało.
– Tak, tak! Zabrała kompletne akta i pobiegła do taksówki – odkrzyknęła Monika zza ekspresu, którego warkot na chwilę wypełnił recepcję.
Odbierając od niej filiżankę, posłał jej przyjazny uśmiech i wszedł do gabinetu. Pies podążył za nim i od razu zajął miejsce na legowisku za lampą. Tomasz odchylił się w fotelu i siorbnął łyk gorącej kawy, na co Diana z dezaprobatą uniosła głowę. _Szlachcianka, psia mać_ – pomyślał z rozbawieniem. Odstawił filiżankę i otworzył laptop. W poczcie znalazł jedynie krótką wiadomość od aplikantki Joanny, podsumowującą jej harmonogram na dzień. Wyglądało na to, że mimo roztargnienia miała wszystko zaplanowane. Odetchnął z ulgą. Już miał otworzyć plik z dokumentacją, gdy usłyszał brzęczenie telefonu. Na ekranie wyświetliło się nazwisko Grzegorza, kolegi, z którym dzielił pasję do górskich wędrówek, a poza tym nie miał z nim prawie żadnego kontaktu. To było na tyle niezwykłe, że Tomasz poczuł niejasne ukłucie niepokoju.
– Witam, Grzesiu! Co tam? – zapytał, starając się, by jego głos brzmiał swobodnie.
– Cześć, Tomaszu! Słuchaj… – Mężczyzna zawiesił głos, a w tej krótkiej pauzie Tomasz wyczuł napięcie. – Wiesz może coś o Karolu?
– O moim Karolu? – zdziwił się. – Widzieliśmy się jakiś miesiąc temu na obiedzie. A dlaczego pytasz? Przecież on pracuje w twoim Instytucie.
– Niby tak, ale w nowym, niezależnym zakładzie, więc formalnie podlega mi tylko administracyjnie i rzadko się widujemy. Dzwonię, bo Wojtek z kadr mnie o to poprosił. Karol od zeszłego tygodnia nie pojawił się w pracy.
Powietrze w gabinecie stało się ciężkie i nieruchome. Diana uniosła głowę, wbiła w Tomasza przenikliwe spojrzenie błękitnych oczu.
– Jak to nie ma go w pracy? – zapytał, a własny głos zabrzmiał mu obco.
– W ostatnią środę wyszedł na lunch i po prostu nie wrócił. Nie odbiera telefonu, nie odpisuje na maile, co jest do niego kompletnie niepodobne, bo zawsze był niezwykle obowiązkowy. Jedna z praktykantek podeszła nawet do jego mieszkania, ale nikt nie otworzył. Pomyśleliśmy, że może ty coś wiesz.
Uporządkowany świat Tomasza, budowany latami z żelazną konsekwencją, zaczął drżeć w posadach.
– Nic mi o tym nie wiadomo. Spróbuję się z nim skontaktować, a jeśli nie odbierze, podjadę do jego mieszkania. Mam zapasowy komplet kluczy. Oddzwonię do ciebie za godzinę.
– Dziękuję. To pewnie fałszywy alarm, ale… zastanawialiśmy się, czy zgłosić to na policję.
– Najpierw sprawdzę na miejscu. W kontakcie.
Po zakończeniu rozmowy natychmiast wybrał numer siostrzeńca, lecz usłyszał jedynie beznamiętny komunikat operatora. Wyjąwszy z szuflady klucze, cicho zagwizdał na Dianę.
– Muszę wyjść. Wracam za godzinę – rzucił do zdziwionej Moniki, która odprowadziła go pytającym spojrzeniem.
Szedł szybko, prawie biegł Mokotowską i Piękną, czując, jak z każdym krokiem narasta w nim niepokój. Wpadł do klatki schodowej i pokonał stopnie w kilku susach, po czym stanął zdyszany przed drzwiami mieszkania Karola. Przekręcił klucz w zamku. Z wnętrza uderzył go ciężki zaduch. W powietrzu unosił się zapach resztek pizzy zmieszany z wonią przepoconych ubrań. Z niepokojem wszedł do środka i zlustrował pobieżnie sypialnię, łazienkę i na końcu salon połączony z aneksem kuchennym. Rozejrzał się po panującym tam bałaganie, aż jego wzrok padł na niski stolik, na którym leżały jakieś kartki.
Podszedł bliżej. Nie wyglądało to na notatki do pracy. Kartki pokrywały niezrozumiałe schematy składające się z kwadratów, trójkątów i poplątanych linii. Obok nich, nabazgrane nerwowym, pośpiesznym pismem, widniały pojedyncze słowa. Tomasz pochylił się, mrużąc oczy i bezskutecznie starając się je odczytać.
Wyciągnął telefon, by starannie sfotografować kartki, z dojmującym przeczuciem, że patrzy na coś niebezpiecznego. _Czym ty się zajmujesz, Karolu?_ – pomyślał, wybierając numer Grzegorza, ale włączyła się poczta głosowa.
– Karola nie ma w domu – powiedział cicho, a zdanie to zawisło w zatęchłym powietrzu. – Nic nie wskazuje na to, żeby wyjechał. Idę na policję zgłosić zaginięcie.
Dopiero wypowiadając ostatnie słowa, Tomasz zdał sobie sprawę, że jego siostrzeniec naprawdę zniknął i że od rozmowy z Grzegorzem czuje specyficzny, przenikliwy chłód. Był to ten sam rodzaj zimnego dreszczu, który poczuł cztery lata temu, gdy w słuchawce telefonu usłyszał obcy, pozbawiony emocji głos mówiący o wypadku na Bałtyku. Wyszedł z mieszkania i skierował się szybkim krokiem w stronę komendy na Wilczej. Diana, czując napięcie pana, posłusznie trzymała się przy nodze, od czasu do czasu podnosząc na niego uważny wzrok.ROZDZIAŁ 3
_wrzesień 1991, Tallin,_
_Estońska Socjalistyczna Republika Radziecka_
Leida wróciła do domu późnym popołudniem, czując w mięśniach przyjemne zmęczenie po treningu siatkówki, który miała zaraz po lekcjach. Choć skończyła dopiero dwanaście lat, wzrostem górowała nawet nad starszymi od siebie zawodniczkami, a trener nieustannie powtarzał, że ma wrodzony talent i warunki do uprawiania sportu. Leida najchętniej zamieniłaby szkolne ławki na salę treningową, ale matematyka też sprawiała jej niekłamaną, intelektualną przyjemność. Rodzice, będący naukowcami, twierdzili z kolei, że ma smykałkę do języków i w ogóle jest ponadprzeciętnie uzdolniona i rozwinięta, co w dużej mierze było efektem ich specyficznych metod wychowawczych. Nieustannie rozbudzali w córce ciekawość, od przedszkola podsuwając jej różnego rodzaju łamigłówki i dając nieograniczony dostęp do potężnego księgozbioru, który wypełniał ich dom. Dzięki temu Leida wyróżniała się w tłumie rówieśników nie tylko wzrostem, ale także wiedzą i intelektem.
Rzuciwszy torbę z książkami i sportowym ubraniem na podłogę w przedpokoju, pobiegła do kuchni. Zawsze wracała z treningu głodna jak wilk. Jej matka, Oksana, najczęściej przynosiła obiady z uczelnianej stołówki, które po odpowiednim doprawieniu smakowały całkiem znośnie. Podgrzewała je dla córki, a potem stawała obok i obserwowała, jak Leida, siedząc przy małym kuchennym stole, zmiata wszystko z dużego talerza. Dla matki zawsze była to okazja do zadania kilku pytań o szkołę, koleżanki i inne codzienne sprawy, na które dziewczynka odpowiadała zdawkowo, co matce zdawało się w zupełności wystarczać. Zresztą Oksana też nie była wylewna. Z pewnością kochała córkę, ale nie potrafiła okazywać matczynego ciepła, co współgrało z jej chłodną, posągową urodą. Była wysoką, smukłą, jasną blondynką o wodnistych oczach, a z każdym rokiem te same cechy uwidaczniały się u Leidy coraz wyraźniej.
Idąc do kuchni, by podgrzać sobie _szczi_, gęstą zupę z kapusty z dodatkiem mięsa, usłyszała dobiegający z gabinetu głos ojca. Rozmawiał z kimś po rosyjsku, więc domyśliła się, że mają gościa. Pomyślała, że to pewnie któryś z jego kolegów z uniwersytetu, ponieważ matka wyjechała na sympozjum do Kaliningradu. Poczuła ukłucie żalu, że ojciec nie zje razem z nią, uwielbiała jego żarty i opowieści, a nade wszystko ciepły uśmiech, którym potrafił przegonić wszystkie jej smutki. W głębi duszy cieszyła się z kilkudniowej nieobecności matki, ponieważ mogła mieć ojca tylko dla siebie. Stawiając talerz na stole, strąciła leżącą tam łyżkę. Metal uderzył z brzękiem o kamienną posadzkę, a rozmowa w gabinecie urwała się w pół słowa. Po chwili w uchylonych drzwiach stanął ojciec.
– Leida, to ty, córeczko? – spytał.
– Tak, tatku, jem _szczi_. Może chcesz trochę?
– Nie, dziękuję, kwiatuszku. Nie jestem głodny. Przyjdź do nas, gdy skończysz, dobrze?
– Jasne, zaraz wpadnę! – odkrzyknęła i schyliła się po łyżkę.
Zupa była sycąca, gęsta od poszatkowanej kapusty, pokrojonych w grubą kostkę warzyw i ziemniaków, a pasta pomidorowa nadawała jej intensywnie czerwony kolor. Leida dodała na wierzch kleks kwaśnej śmietany i zaczęła jeść niespiesznie, delektując się każdą łyżką. Gdy skończyła, umyła naczynia, obmyła twarz pod kranem i wytarłszy ją wierzchem dłoni, ruszyła do gabinetu.
Jej tatko, Lew Siergiejewicz, pracował na uniwersytecie, będąc jednocześnie wysokiej rangi funkcjonariuszem partyjnym, i dzięki tym przywilejom zapewnił rodzinie przestronne mieszkanie w jednej z uroczych kamienic na obrzeżach tallińskiego Starego Miasta. Na stu pięćdziesięciu metrach mieściły się trzy sypialnie, salon i wypełniony książkami po sufit gabinet, w którym ojciec często się zamykał. To przebywanie w odosobnieniu nasiliło się zwłaszcza minionego lata. Gabinet zamienił się w prawdziwą enklawę, opuszczaną niechętnie i zazwyczaj tylko na wieczorny posiłek.
Lew Siergiejewicz, Rosjanin i członek KPZR, nie przywiązywał wagi do przynależności narodowej; jego ojczyzną był Związek Radziecki, a komunizm stanowił wiarę i życiową powinność. Taka postawa w naturalny sposób przełożyła się na karierę naukową, w ramach której rozwijał idee internacjonalizmu. Gorliwe podejście zapewniło mu stanowisko zastępcy sekretarza w biurze politycznym okręgu moskiewskiego, a później nominację profesorską. W ramach współpracy naukowej często gościł u siebie zagranicznych uczonych, głównie z krajów demokracji ludowej, i zawsze nawiązywał z nimi ciepłe relacje. Jego doktoranci także darzyli go sympatią, a z racji urody i wzrostu, które przywodziły na myśl sławnego aktora Wiaczesława Tichonowa, doktorantki przezywały go „Stirlitzem”.
Gdy przyszłość zapowiadała się niezwykle obiecująco, wydarzyło się coś niewytłumaczalnego: komuś na samej górze towarzysz profesor przestał się podobać. Nigdy się nie dowiedział, czym podpadł, choć podejrzewał, że prawdopodobnie jego moskiewski awans był przedwczesny. W ostatnim dniu rządów Breżniewa został oddelegowany do towarzyszy estońskich, by kierować organizacją partyjną na uniwersytecie w Tallinie.
Tę nagłą decyzję przyjął ze spokojem. Wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę, która najwidoczniej świeciła mu jasno, bo już w pierwszym miesiącu w Tallinie poznał młodą doktorantkę, towarzyszkę Oksanę Ivarowną, córkę wiceprzewodniczącego rady miejskiej. Ktoś mógłby powiedzieć, że rodzinne koneksje pięknej Oksany wzmocniły rodzące się uczucie, ale jego miłość była autentyczna. Znalazł swoje szczęście w Tallinie, tak odmiennym od monumentalnej Moskwy. Wygnanie na prowincję okazało się błogosławieństwem. Zanim nadeszła zima, Lew i Oksana złożyli przyrzeczenie małżeńskie, a w prezencie od rady miejskiej otrzymali przydział na mieszkanie.
Burzliwe wydarzenia polityczne, jakie w ciągu ostatnich miesięcy przetoczyły się przez ZSRR, pozbawiły go wszystkiego, w co wierzył. Matuszka partia zakończyła swój żywot, a jego ojczyzna rozpadła się na dziesiątki niezależnych kraików. Najbardziej bolesne było to, że rozkład zaczął się od Estonii. Lew nie potrafił się z tym pogodzić…
Leida stanęła przy ojcu; mimo tak młodego wieku niewiele ustępowała mu wzrostem. Naprzeciwko nich stał mężczyzna o azjatyckim wyglądzie.
– Pamiętasz, kwiatuszku, towarzysza profesora Parka? – Lew zapytał po rosyjsku, co było dla Leidy sygnałem, w jakim języku będzie prowadzona rozmowa.
Dziewczynka wpatrywała się w mężczyznę ubranego w zwyczajny ciemny garnitur z przypiętym do klapy złotym znaczkiem z wizerunkiem Kim Ir Sena. Zlustrowała jego zaczesane do tyłu, siwiejące na skroniach włosy i nieśmiały, nieco chytry uśmiech. Zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć, gdzie mogli się spotkać.
– Lody malinowe, Leningrad, twoje siódme urodziny… – podpowiedział Park, wymawiając _malinowoje morożenoje_ ze śmiesznym akcentem i odsłaniając przy tym rząd złotych zębów.
Leidzie stanął przed oczami obraz z przeszłości, na którym zabawny mężczyzna próbuje wytrzeć amarantową plamę z białej koszuli.
– Wujek Lan! – wykrzyknęła z satysfakcją, po czym zaczerwieniła się ze wstydu na wspomnienie, jak zabrudziła mu ubranie. W prezencie urodzinowym dostała wtedy od niego przypinkę koreańskiego pioniera, z której tak się cieszyła, że aż podskakiwała z radości, co skończyło się wylądowaniem lodów malinowych na koszuli wujka.
Lan Park i ojciec Leidy roześmiali się na widok jej reakcji.
– Na lody dziś nie mamy czasu, ale bardzo się cieszę, że mogę cię zobaczyć. Wyrosłaś na piękną pannę! – powiedział z podziwem Park.
– Oj tak! – odrzekł Lew. – Wybujała nam tego lata bardzo, może nawet za bardzo.
– Takie geny. – Uśmiechnął się Lan, myśląc, że Leida odziedziczyła po Zajcewach nie tylko wzrost i urodę, ale zapewne także właściwą postawę. – Masz jeszcze znaczek pionierów koreańskich? – spytał sondująco.
– Tak, wujaszku, cały czas trzymam go na biurku! – odpowiedziała z niekłamaną dumą.
Towarzysz Park uśmiechnął się, mrużąc oczy.
– To dobrze… Musimy trzymać się razem!
Jej ojciec pokiwał głową z posępnym uśmiechem. Nadchodzące czasy zapowiadały trudne zmiany, które miały całkowicie odmienić jego świat. Przyznawał rację towarzyszowi Parkowi, że przetrwać można poprzez zwarcie szyków. Oby jego córka to zrozumiała…
– No, na mnie już pora. Do widzenia, Lwie Siergiejewiczu, mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce. – Park wyciągnął żylastą dłoń.
– Byle prędko! – odparł ojciec, serdecznie potrząsając jego ręką.
– _A my wstrietimsia wnow’_ – rzucił gość, unosząc dłoń w geście pożegnania pod adresem dziewczynki, po czym wyszedł z gabinetu.
Lew Siergiejewicz odprowadził go, szepcząc w korytarzu niezrozumiałe dla Leidy słowa. Została sama w nagle opustoszałym pokoju. „Znów się spotkamy” – w jej uszach wciąż brzmiał głos wujaszka Lana. Wtedy nie wiedziała, że w przyszłości tych spotkań będzie wiele.ROZDZIAŁ 4
_wtorek, 20 sierpnia,_
_Warszawa_
Od dobrych piętnastu minut Joanna stała na chodniku przed biurem swojej klientki. Z niechęcią myślała o spotkaniu z szefową ESTIGAME, zwłaszcza że musiała się przyznać do popełnionego błędu. Wyobraziła sobie jej przeszywający wzrok i sposób, w jaki wykrzywia usta, demonstrując niezadowolenie zmieszane z ironicznym politowaniem. Każdy inny klient przyjąłby ze spokojem, że pomyliła daty. I cóż z tego, że wyrok zapadnie z miesięczną obsuwą, skoro będzie korzystny dla firmy? Zamknęła oczy i zaaplikowała sobie kilka głębokich wdechów. Poczuła powracający spokój. Spojrzała na swoje odbicie w lustrzanej szybie budynku. Biała bluzka, ciemna spódnica do kolan i klasyczne czółenka nadawały jej wygląd profesjonalistki. Ufarbowane na czarno włosy upięła w koczek. Poprawiła zsuwające się z nosa okulary w grubych oprawkach i zwilżyła czubkiem języka usta. Była gotowa.
Był to jeden z tych kilkupiętrowych biurowców na górnym Mokotowie, które coraz ciaśniej upakowywano wokół Pola Mokotowskiego. Przed pandemią było to atrakcyjne miejsce, lecz w wyniku lockdownów wiele się zmieniło. Firmy zaczęły redukować powierzchnię biur. Budynek, w którym mieściła się siedziba ESTIGAME, nie stanowił wyjątku – w większej części stał pusty.
Przeszklone drzwi otworzyła szefowa firmy, Leida Zajcewa, wysoka, szczupła blondynka z krótko obciętymi włosami i niemal przezroczystymi niebieskimi oczami. Wysportowana sylwetka czterdziestolatki dominowała nad drobną postacią młodej aplikantki. Leida wyciągnęła na powitanie smukłą, lecz silną dłoń.
– _Good afternoon, Ms. Żelko._ – Jej głos, choć wysoki, był jakby odrobinę mechaniczny.
– _Good afternoon_ – odpowiedziała Joanna, odwzajemniając uścisk z siłą, która miała zamaskować jej brak pewności siebie.
Na początku spotkań z ludźmi na stanowiskach była zazwyczaj nieco speszona, lecz po kilku chwilach zawsze odzyskiwała rezon. Jej strategią było unikanie pogaduszek i skupienie się na faktach, szczegółach i przepisach. Miała genialną pamięć i w znajomości kodeksów była mistrzynią.
– Zapraszam do konferencyjnej. Kawy?
Joanna nie umiała odmówić kubka parzonej w ekspresie przelewowym, ciemnobrązowej cieczy, którą tutaj nazywano kawą. Podążyła za granatowym T-shirtem Leidy, na którym żółty napis oznajmiał, że nosi go „busyness woman”. _Ciekawe, jak się ubiera po godzinach?_ – pomyślała. W głębi serca trochę zazdrościła Leidzie, że może przychodzić do pracy w dżinsach, podczas gdy ona sama musi codziennie wkładać prawniczy mundurek. Dopiero po powrocie do domu, gdy przebierała się w miękki różowy dres, czuła się naprawdę sobą. Pichciła na parze coś zdrowego, a potem, siedząc na ogromnej sofie i słuchając ballad Nicka Cave’a, dłubała widelcem w ręcznie robionej misce.
Przejście do salki konferencyjnej wymagało lawirowania między biurkami, które – zastawione wielkimi monitorami – sprawiały wrażenie opuszczonych stanowisk kontroli lotów. Tylko przy nielicznych siedzieli młodzi ludzie. Wpatrzeni w ekrany, z palcami śmigającymi po klawiaturach i słuchawkami na uszach, całkowicie nieobecni, wyglądali jak hologramy. Leida przystanęła przy zaparzaczu i napełniła dwa porcelitowe kubki. Usiadły przy niskim stole.
– Jakie wieści z sądu? – spytała, patrząc na Joannę zimnymi, wodnistymi oczami.
Aplikantka odgarnęła z twarzy niesforny kosmyk i odwzajemniła spojrzenie.
– Pozwu byłego pracownika nie udało się oddalić. Będzie pani musiała stawić się osobiście na rozprawę wraz z tłumaczem przysięgłym.
– Jeśli trzeba, chętnie rozszerzymy pełnomocnictwo…
– Tak się nie da. Pełnomocnik nie może składać za panią zeznań.
– Okej – westchnęła Leida. – Nie sądziłam, że przy całej naszej filozofii _zero hate_ ktoś może nas pozwać za mobbing.
– Sprawa jest do wygrania, pani Leido. Mamy twarde dowody, że wasz były pracownik używał niedopuszczalnego w firmie języka nienawiści i…
– Tak, tak, wiem – przerwała jej obcesowo. – Wydaje mi się, że to wszystko wyjaśniliśmy już sądowi na piśmie, czyż nie?
Joanna spuściła wzrok i zaczęła nerwowo skubać koniuszki palców.
– No właśnie… Niestety pismo złożyłam w biurze podawczym dziś rano i…
– Jak to „dziś rano”? Przecież omawiałyśmy je przed tygodniem! – Zimny wzrok Leidy stał się lodowaty.
Dziewczyna zebrała w sobie całą odwagę.
– Spotkałyśmy się w środę po południu, a następnego dnia zaczynał się długi weekend. Byłam przekonana, że ostateczny termin dostarczenia pisma mija dzisiaj, lecz niestety upłynął wczoraj. Zwyczajnie źle to oznaczyłam w kalendarzu. To mój błąd, za który bardzo przepraszam.
Zapadła ciężka cisza. Leida wpatrywała się w sufit, a Joanna udawała, że pisze coś w notesie.
– Dobrze, zostawmy to – powiedziała w końcu szefowa ESTIGAME; w jej głosie pobrzmiewało znużenie. – Ja też spędziłam weekend na daczy w Pomiechówku. Kiedy ta rozprawa?
– Sąd dopiero wyznaczy termin, przypuszczam, że za tydzień lub dwa. Do tego czasu nasze pismo i tak powinno zostać rozpoznane, więc to będzie tylko formalność.
Leida zrozumiała, że sprawa, choć się odwlecze, skończy się po jej myśli, i skwitowała to kiwnięciem głowy. Był to sygnał, że spotkanie dobiegło końca. Joanna zerknęła na zegarek i podniosła się z krzesła. Przez cały ten czas Leida wydawała się jej nieobecna i poirytowana, więc bez ociągania wyszła z biura.
Znalazłszy się na klatce schodowej, odetchnęła z ulgą. Co za historia! Nigdy nie zdarzały jej się takie wpadki. No, raczej prawie nigdy, ale to było dawno temu. Teraz jest dorosła i poważna. Ma chłopaka, który… który gdzieś się urwał. Zniknął bez słowa, a przecież się nie pokłócili. Czy można tak poważnie traktować przekomarzanie się na temat zdrowego jedzenia? Spokojnie tłumaczyła mu, że choć nie je mięsa, to kebab z sejtanu i frytki nie czynią go zdrowym. Karol nazwał ją dietetyczną terrorystką, a ona, niby grożąc, zapowiedziała, że w długi weekend będzie go karmić sałatkami. Odpowiedział na odczepnego: „Okej, zobaczymy”. Nie miał powodów do obrażania się!
Wieczorem nie odpowiedział na jej „hejkę” na WhatsAppie, następnego ranka w dniu planowanego wyjazdu telefon nadal milczał. Po południu zadzwoniła ponownie. Skutek był taki sam. W końcu się poddała. _Nie to nie! Dziwaczny sposób na zerwanie, ale niech będzie, jak chcesz…!_
Poznali się przed miesiącem, kiedy Karol przyszedł do kancelarii po wujka. Spotkanie Tomasza się przedłużało, więc Karol wszedł do dawnego gabinetu swojej matki. Nie wiedział, że wuj zatrudnił aplikantkę. Stanął w progu, zaskoczony widokiem kruczowłosej, szczupłej dziewczyny. Ona też spojrzała na niego. Zaczęli rozmawiać i początkowa wymiana uprzejmości przerodziła się we flirt. Umówili się na wyjazd na Mazury na długi weekend. Piękne plany rozsypały się w jednej chwili.
Przez cały ten czas nie mogła przestać o nim myśleć, a w końcu zaczęła się obawiać, że stało się coś złego. Pokonując ostatnie stopnie, rozpaczliwie krzyczała w myślach: _Karol, gdzie jesteś?_ Postanowiła, że jutro porozmawia z panem Tomaszem. W końcu zniknięcie Karola jest ważniejsze niż ukrywanie przed szefem, że się spotykają, a przede wszystkim miała nadzieję, że on jakoś logicznie wyjaśni milczenie jej faceta.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki