Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Algorytm - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3399 pkt
punktów Virtualo

Algorytm - ebook

Wejdź do świata zbrodni, hakerów i cybersłużb.

„Niebezpiecznie dobre” - Vincent V. Severski.

Jak daleko posuną się ludzie, by zdobyć dostęp do sztucznej inteligencji?

Stworzyć program, który namierzy każdego przestępcę i szpiega w sieci – brzmi jak marzenie. Dla genialnego programisty Karola Koppela, pracującego dla rządu USA, to rzeczywistość. Jego dzieło – przełomowa sztuczna inteligencja – nazywa się ZEUS. Ale właśnie zamieniło się w koszmar.

Koppel znika wraz z dostępem do programu. Niemal w tym samym momencie z ambasady Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w Warszawie wypływa gigantyczny transfer danych. Zaczyna się polowanie. Na scenę wkraczają twarda policjantka z Komendy Stołecznej Policji, agent ABW depczący po piętach Koreańczykom i CIA, która… skupia się na własnych problemach. Wszyscy szukają Koppela. Każdy ma swoje cele i nikt nikomu nie ufa. ZEUS bowiem to cyfrowy klucz, który otwiera wszystkie drzwi. A w grze o taką stawkę nie ma przyjaciół. Są tylko poszczególni gracze.

Czy Koppel uciekł? A może go porwano? Kto jest zdrajcą w tej grze wywiadów? Komu tak naprawdę zagrażał program?

Zapnijcie pasy. W tej rozgrywce jedynym algorytmem są ludzkie żądze i strach.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8338-649-2
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_listo­pad, dwa lata wcze­śniej,_

_War­szawa_

Chło­piec miał nie wię­cej niż sie­dem, osiem lat – trudno było to oce­nić z cał­ko­witą pew­no­ścią, ponie­waż sie­dział odwró­cony tyłem do lampki noc­nej, jedy­nego źró­dła świa­tła w pokoju. Jego drobna syl­wetka nik­nęła w pół­mroku, a twa­rzyczka skryta w cie­niu zda­wała się nie­ru­choma jak u por­ce­la­no­wej lalki. Przy­siadł na samym skraju ogrom­nego hote­lo­wego łóżka, z nogami zwie­szo­nymi tuż nad puszy­stym dywa­nem; plecy miał lekko przy­gar­bione, instynk­tow­nie pró­bu­jąc skur­czyć się do roz­miaru, który nie będzie już nikomu prze­szka­dzał.

W pra­wej dłoni trzy­mał mały czer­wony samo­cho­dzik – meta­lowy, z lakie­rem star­tym na rogach i lekko wgnie­cio­nym dachem, pełen blizn zebra­nych w tysiącu takich podróży. Prze­su­wał go powoli po śnież­no­bia­łej, ide­al­nie nacią­gnię­tej koł­drze. W przód. W tył. W przód. W tył. Mono­tonny, pozba­wiony jakiej­kol­wiek dzie­cię­cej rado­ści ruch miał dawać złu­dze­nie odro­biny kon­troli.

Pozorny luk­sus apar­ta­mentu był przy­tła­cza­jący. Banalne, grube, pochła­nia­jące dźwięk zasłony, beżowe ściany i ano­ni­mowe gra­fiki tylko uda­wały prze­pych. Wszystko było stan­da­ry­zo­wane, bez­oso­bowe, włącz­nie z zapa­chem – sub­tel­nie cytru­so­wym, z led­wie wyczu­walną nutą środka dezyn­fe­ku­ją­cego. Tutaj się nie żyło; to miej­sce słu­żyło sta­wa­niu się bez­i­mien­nym i nie­wi­dzial­nym. I ta cisza… Mogłoby się zda­wać, że ktoś sta­ran­nie usu­nął wszel­kie ślady życia. Kli­ma­ty­za­cja, zazwy­czaj dająca o sobie znać cichym szu­mem, została wyłą­czona; lodówka, z któ­rej zwy­kle ofe­ruje się nie­bo­tycz­nie dro­gie napoje, zabu­do­wana w cięż­kiej maho­nio­wej szafce, mil­czała odcięta od prądu; nawet tele­wi­zor stra­szył czer­nią mar­twego ekranu. W tej abso­lut­nej ciszy dało się wychwy­cić tylko ten jed­no­stajny suchy sze­lest – dźwięk malut­kich pla­sti­ko­wych kółek obra­ca­ją­cych się na gład­kim mate­riale pościeli.

Pięć­dzie­się­cio­letni męż­czy­zna stał kilka kro­ków dalej, dopi­na­jąc man­kiety koszuli. Robił to z chi­rur­giczną pre­cy­zją, bez pośpie­chu i w cał­ko­wi­tym sku­pie­niu. Drobne złote spinki z onyk­so­wym oczkiem były dys­kret­nym deta­lem, który ide­al­nie kom­po­no­wał się z szy­tym na zamó­wie­nie gar­ni­tu­rem, śnież­no­białą koszulą i kra­wa­tem w kolo­rze głę­bo­kiego bur­gunda. Per­fek­cyj­nie wypo­le­ro­wana skó­rzana teczka stała przy jego nodze, gotowa do wyj­ścia. On sam też był gotów.

Nie patrzył już na dziecko. Wzrok zatrzy­mał na wła­snym odbi­ciu w przy­ciem­nio­nej szy­bie pano­ra­micz­nego okna, za którą maja­czyła roz­myta poświata mia­sta, znie­kształ­cona jesien­nym zmierz­chem. Świa­tła ulic, mostów i wie­żow­ców pobły­ski­wały, two­rząc abs­trak­cyjne, pul­su­jące kształty. Dla niego był to widok, w któ­rym nie dostrze­gał piękna. Koja­rzył mu się z mapą, tere­nem ope­ra­cyj­nym, po któ­rym musi się poru­szać bez emo­cji i nie tra­cąc czasu na kon­tem­pla­cję.

Ważne spo­tka­nie, przed któ­rym dał upust swoim żądzom, miało się roz­po­cząć za trzy­dzie­ści pięć minut w pry­wat­nej salce restau­ra­cyj­nej na pozio­mie minus jeden. Jego gość znany był z punk­tu­al­no­ści i cho­ro­bli­wego wyczu­le­nia na hie­rar­chię, zatem przyj­ście przed cza­sem sta­no­wiło nie­pi­sany, lecz obli­ga­to­ryjny ele­ment pro­to­kołu. Towa­rem były infor­ma­cje, a ich prze­ka­za­nie odby­wało się bez zbęd­nych uprzej­mo­ści. Potem, w zupeł­nej samot­no­ści, pozo­sta­nie mu tylko napi­sa­nie raportu, który zapie­czę­tuje nie­moż­li­wym do zła­ma­nia szy­frem, i cier­pliwe ocze­ki­wa­nie na nagrodę.

Odwró­cił się i prze­szedł przez pokój. Dźwięk jego kro­ków uto­nął cał­ko­wi­cie w gru­bej wykła­dzi­nie. Zatrzy­mał się przy sto­liku noc­nym. Otwo­rzył port­fel i wyjął przy­go­to­wany plik uży­wa­nych, lekko zmię­tych bank­no­tów, sta­ra­jąc się stwo­rzyć ilu­zję, że to, co się wyda­rzyło, nie było wyni­kiem chłodno wykal­ku­lo­wa­nej trans­ak­cji, a raczej czymś spon­ta­nicz­nym i rado­snym, co zasłu­żyło na hoj­ność. Taki głupi, nie­istotny szcze­gół, ale ważny dla niego, dla pod­trzy­ma­nia poczu­cia wła­snej war­to­ści, a przy­naj­mniej jej resz­tek. Poło­żył je obok cięż­kiej pod­stawy mosięż­nej lampki bez odli­cza­nia, bo prze­cież już wcze­śniej wszystko prze­li­czył.

Chło­piec nie poru­szył się nawet o mili­metr. Nie spoj­rzał. Wie­dział, że chwilę po tym, jak męż­czy­zna wyj­dzie z pokoju, pojawi się jego wuj i zabie­rze go do domu.

Męż­czy­zna nie ode­zwał się ani sło­wem. Pod­niósł teczkę, spraw­dził tele­fon i widząc jedno pozba­wione zna­cze­nia powia­do­mie­nie, odrzu­cił je mecha­nicz­nym ruchem kciuka. W opra­wio­nym w ciężką ramę lustrze w przed­po­koju ostatni raz skon­tro­lo­wał węzeł kra­wata. Jego twarz była gładka, pusta i pozba­wiona wyrazu.

Moral­ność ludzi z zewnątrz, z tam­tego świata naiw­nie wie­rzą­cego w czerń i biel, zupeł­nie się dla niego nie liczyła. Nie uwa­żał się za złego ani też za dobrego. Po pro­stu rze­czy­wi­stość, w któ­rej ope­ro­wał, nie znała takich pojęć. Ist­niały tylko sku­tecz­ność, mini­ma­li­za­cja ryzyka i szczel­ność pro­ce­dur, a dyle­mat, czy zło to realna kate­go­ria onto­lo­giczna, czy tylko pro­blem poję­ciowy, w ogóle go nie zaj­mo­wał.

Spoj­rzał po raz ostatni na pokój, na chłopca i na czer­wony samo­cho­dzik, który wciąż poru­szał się ryt­micz­nie po tej samej bez­na­dziej­nej tra­jek­to­rii. W przód. W tył. W przód…

Wyszedł, a drzwi domknęły się z cichym, pre­cy­zyj­nym klik­nię­ciem. W jego myślach nie było już chłopca. Został za zamknię­tymi drzwiami. A zamknięte drzwi prze­sta­wały ist­nieć.ROZDZIAŁ 1

_ponie­dzia­łek, 19 sierp­nia,_

_Fort Meade w sta­nie Mary­land_

Biurko Jona­thana, wci­śnięte w kąt nie­wiel­kiego, pozba­wio­nego okien gabi­netu, było zasta­wione trzema sze­ro­ko­ekra­no­wymi moni­to­rami, które niczym mur for­teczny cał­ko­wi­cie zasła­niały sie­dzą­cego przed nimi męż­czy­znę. Gość wcho­dzący do pokoju dostrzegłby tylko ich matowe pla­sti­kowe obu­dowy, a obec­no­ści samego Jona­thana mógłby się jedy­nie domy­ślić, widząc świe­tli­ste, migo­tliwe odbla­ski na ścia­nie. Pro­ce­dury panu­jące w Fort Meade bez­względ­nie naka­zują wylo­go­wa­nie z sys­temu i wyłą­cze­nie ekra­nów, gdy opusz­cza się sta­no­wi­sko pracy. Sygnał był więc pro­sty i czy­telny, przy­naj­mniej w teo­rii: ciemna ściana – Jona­thana nie ma, jasna ściana – Jona­than jest w pokoju.

Prawdę mówiąc, tego rodzaju sygnały były zupeł­nie zbędne, ponie­waż w jego klitce nikt go ni­gdy nie odwie­dzał. Bo i po co? Nie miał tu przy­ja­ciół, z któ­rymi mógłby zamie­nić kilka słów w prze­rwie, ani nikogo, z kim uma­wiałby się na lunch w gło­śnej kan­ty­nie, gdzie zawsze sia­dał samot­nie przy naj­dal­szym od zgiełku sto­liku. Jako ana­li­tyk na naj­niż­szym szcze­blu dra­biny to on, w razie rzad­kiej potrzeby, musiał poko­ny­wać dłu­gie kory­ta­rze i bie­gać do biur swo­ich prze­ło­żo­nych. W ciągu kilku lat spę­dzo­nych w Agen­cji Bez­pie­czeń­stwa Naro­do­wego widy­wał sze­fo­stwo głów­nie pod­czas regu­lar­nych coty­go­dnio­wych odpraw, a jedy­nie dwa lub trzy razy oso­bi­ście dostar­czył jakieś infor­ma­cje, które i tak nie miały więk­szego zna­cze­nia.

Kie­dyś, jesz­cze na stu­diach, Jona­than wyobra­żał sobie pracę w NSA zupeł­nie ina­czej: tro­pie­nie ter­ro­ry­stów, nie­ustanne wykry­wa­nie spi­sków, dostar­cza­nie klu­czo­wych danych, które mogłyby zmie­nić bieg histo­rii… Ech, minęły już trzy lata, odkąd utknął za tym biur­kiem, a jedyne, co zyskał, to trzy moni­tory. Trzy lata – trzy moni­tory i cią­głe, mono­tonne śle­dze­nie nasłu­chów pla­có­wek dyplo­ma­tycz­nych Korei Pół­noc­nej.

Amba­sady i kon­su­laty wszyst­kich państw sta­no­wią dosko­nałe schro­nie­nie dla wszel­kiej maści szpie­gów i agen­tów, a Korea Pół­nocna nie jest tu wyjąt­kiem. Pjon­gjang utrzy­my­wał w Euro­pie, włącz­nie z Rosją, jede­na­ście amba­sad i jak wszy­scy wymie­niał z nimi infor­ma­cje drogą elek­tro­niczną. Prze­chwy­ce­nie takich pli­ków było sto­sun­kowo łatwe, a COMINT, czyli wywiad sygna­łowy, robił to w spo­sób nie­zwy­kle sku­teczny i pro­fe­sjo­nalny. Trud­no­ści poja­wiały się dopiero przy pró­bach odczy­ta­nia tre­ści. Od dłuż­szego czasu wszyst­kie prze­kazy były sil­nie zabez­pie­czane klu­czem kwan­to­wym, co czy­niło ich zła­ma­nie prak­tycz­nie nie­moż­li­wym. Zazwy­czaj jedyne, co dawało się uzy­skać, to infor­ma­cje o przy­bli­żo­nej wiel­ko­ści pakietu i czę­sto­tli­wo­ści wymiany wia­do­mo­ści. Jed­nak nawet takie nie­pełne dane oka­zy­wały się przy­datne. Drobne odchy­le­nie od rutyny mogło świad­czyć o czymś szcze­gól­nym. Sumu­jąc te wszyst­kie ele­menty, można było wycią­gnąć wnio­ski o ponadnor­ma­tyw­nej aktyw­no­ści poszcze­gól­nych pla­có­wek, co skut­ko­wało bar­dziej wytę­żo­nymi dzia­ła­niami CIA.

Jona­than ni­gdy nie wni­kał w rela­cje panu­jące pomię­dzy CIA a NSA. Dla niego obie insty­tu­cje dzia­łały z pobu­dek czy­sto patrio­tycz­nych. Jego rolą było dostar­cza­nie rapor­tów i nic wię­cej. Raporty Jona­thana były zazwy­czaj krót­kie, ruty­nowe i wiało z nich doj­mu­jącą nudą. Więk­szość danych pocho­dziła z kon­tak­tów mię­dzy Pjon­gjan­giem a Chi­nami czy Rosją. Reszta świata wypa­dała dość mizer­nie.

Ale nie tego poranka. W ruty­nie jed­nej z pla­có­wek w Euro­pie nastą­pił dziwny wyłom. Jona­than wpa­try­wał się w środ­kowy moni­tor i coraz moc­niej wytrzesz­czał oczy. _Co jest grane?_ Z zesta­wie­nia wyni­kało, że w ciągu ostat­niej doby amba­sada Kore­ań­skiej Repu­bliki Ludowo-Demo­kra­tycz­nej w War­sza­wie wysłała sie­dem­na­ście dużych pakie­tów danych do swo­jej sto­licy.

W jed­nej chwili zro­zu­miał, że to nie mogły być zwy­czajne depe­sze dyplo­ma­tyczne. _Tylko co…? Muszę z tym lecieć do szefa_ – pomy­ślał. Wydru­ko­wał spra­woz­da­nie i dla pew­no­ści przej­rzał archi­wum, poszu­ku­jąc śla­dów cze­goś podob­nego. Szybko zano­to­wał swoje spo­strze­że­nia na dru­giej stro­nie kartki i ner­wowo wycią­gnął iden­ty­fi­ka­tor ze sta­cji doku­ją­cej. Po chwili jego trzy ekrany zga­sły i Jona­than ruszył kory­ta­rzem do biura Majora. Mimo że sta­rał się iść szybko, wej­ście na trze­cie pię­tro zajęło mu dobry kwa­drans.

Drzwi do gabi­netu szefa strze­gła sekre­tarka w biu­ro­wym uni­for­mie. Sie­dząc za sze­ro­kim biur­kiem, roz­ma­wiała przez tele­fon, raz po raz zaśmie­wa­jąc się cicho. Na widok sze­re­go­wego pra­cow­nika prze­rwała, zasło­niła dło­nią słu­chawkę i spoj­rzała wymow­nie na intruza.

– Ja do Majora, to chyba pilne… – Jona­than wybą­kał nie­śmiało, uno­sząc trzy­many w dłoni wydruk niczym magiczną prze­pustkę.

Znał tę kości­stą, zasu­szoną babę, odkąd pra­co­wał w NSA, i zawsze sta­rał się uni­kać z nią kon­taktu. Jej haczy­ko­waty nos i wiecz­nie zaci­śnięte wargi koja­rzyły mu się z naj­gor­szymi posta­ciami z hor­ro­rów.

– Szef ma teraz wide­okon­fe­ren­cję – rzu­ciła nie­dbale i wró­ciła do roz­mowy. Po chwili prze­rwała, obser­wu­jąc ze zdzi­wie­niem, jak Jona­than, zamiast znik­nąć, sadowi się na krze­śle przy jej biurku. – Hej, prze­cież mówi­łam, że dyrek­tor jest zajęty. Chyba nie masz zamiaru tu cze­kać?

Jona­than posta­no­wił zigno­ro­wać jej opry­skliwy ton. Patrzył w mil­cze­niu ponad jej głową, stu­diu­jąc kształt drob­nej rysy na ścia­nie.

– Jak tam sobie chcesz… – mruk­nęła poiry­to­wa­nym tonem i szybko zakoń­czyła roz­mowę.

Po dzie­się­ciu minu­tach krę­pu­ją­cej ciszy asy­stentka dostrze­gła, że zga­sła lampka na inter­ko­mie. Pod­nio­sła kości­ste ciało z fotela i ruszyła do drzwi. Oczyma wyobraźni Jona­than zoba­czył, jak kobieta chwyta za mio­tłę, dosiada jej i unosi się nad zie­mią. Widział, jak ląduje przed dębo­wymi wro­tami i uchyla je na tyle, by wetknąć do środka swój ostry nochal. Po chwili, świ­dru­jąc czar­nymi oczami pro­sto w serce Jona­thana, skrze­kli­wie wydo­bywa spo­mię­dzy cien­kich warg roz­kaz wej­ścia do cze­lu­ści…

Prze­ra­żony wstał w jed­nej chwili i z ulgą dostrzegł, że zło­wroga wizja znik­nęła. Na wszelki wypa­dek, mija­jąc kobietę, patrzył na wprost, po czym z kamienną twa­rzą sta­ran­nie zamknął za sobą cięż­kie drzwi.

Major stał przy oknie, odwró­cony ple­cami do gościa, a jego smu­kła nie­ru­choma syl­wetka odci­nała się na tle roz­świe­tlo­nej poran­nym słoń­cem szyby.

– Jona­than, tak? – powie­dział Major, nie odwra­ca­jąc się.

– Tak jest, panie Majo­rze! – odpo­wie­dział tak szybko, że zabrzmiało to bar­dzo służ­bi­ście.

– Nie­czę­sto cię widuję…

Jona­than już chciał odkrzyk­nąć „Tak jest, panie Majo­rze!”, ale w porę ugryzł się w język. Słowo „Major” było tu czymś w rodzaju tytułu i przy­domka, jak „dok­tor”, i nie okre­ślało sta­no­wi­ska. Eliot J. Bor­go­vich od pię­ciu lat pia­sto­wał funk­cję wice­dy­rek­tora zespołu wywiadu sygna­ło­wego, którą objął zaraz po przej­ściu na woj­skową eme­ry­turę. Służba na nie­zli­czo­nych misjach utwar­dziła mu cha­rak­ter i nauczyła roz­po­zna­wa­nia zagro­żeń. Suk­cesy, jakie odno­sił, brały się z wyjąt­ko­wej umie­jęt­no­ści czy­ta­nia w ludziach. Na eme­ry­turę prze­szedł bez żalu. Pra­gnął zająć się łowie­niem ryb lub piciem bim­bru z młod­szym bra­tem, ale wtedy zadzwo­nił do niego ważny kon­gres­men, stary przy­ja­ciel z cza­sów pierw­szej misji w Iraku. Frogg i Brogg – jak się sami prze­zwali – przez lata two­rzyli zgrany duet. Od słowa do słowa, wspo­mi­na­jąc dawne czasy, Bor­go­vich dał się prze­ko­nać do jesz­cze jed­nej misji.

– Nie­czę­sto cię widuję, ale wiem, czym się zaj­mu­jesz, Jona­tha­nie – dokoń­czył Bor­go­vich i odwró­cił się do niego.

– Panie dyrek­to­rze – Jona­than posta­no­wił wyło­żyć sprawę jak naj­pro­ściej – dzi­siej­szy raport z nasłu­chu amba­sad kore­ań­skich wyka­zuje duży i bar­dzo nie­ty­powy trans­fer danych z War­szawy do Pjon­gjangu, wprost do Komi­tetu Infor­ma­tyki i Tech­nik Infor­ma­cyj­nych. Nie­ty­powy jest roz­miar pli­ków, ich liczba, sie­dem­na­ście pakie­tów, i co naj­waż­niej­sze, zaska­kuje adre­sat. Amba­sada komu­ni­kuje się nie­mal wyłącz­nie z tam­tej­szym MSZ. Spraw­dzi­łem archi­wum z ostat­nich pię­ciu lat i niczego podob­nego nie zna­la­złem.

Major wziął do ręki przy­nie­siony przez ana­li­tyka arkusz.

– Dobra robota, Jona­tha­nie. Wyka­za­łeś się czuj­no­ścią i dobrze zro­bi­łeś, przy­cho­dząc z tym bez­po­śred­nio do mnie. – Bor­go­vich umiał doce­nić pod­wład­nych.

– Dzię­kuję, sze­fie… Ja i tak bym to opi­sał w rapor­cie… – Jona­than tylko na chwilę spu­ścił wzrok, zaraz jed­nak zebrał się na odwagę i pod­niósł głowę.

– Wiem. – Major uśmiech­nął się nie­znacz­nie. – Czas odgrywa ważną rolę. Coś jesz­cze?

– Nie, to wszystko. Jeśli pan dyrek­tor pozwoli, wrócę do sie­bie i prze­ślę ory­gi­nalne pliki.

– Oczy­wi­ście. Możesz iść. Drzwi zostaw otwarte.

Jona­than, wycho­dząc, spoj­rzał trium­fal­nie na kości­stą jędzę i znik­nął w kory­ta­rzu. Chwilę po jego wyj­ściu Major wysta­wił głowę z gabi­netu.

– Ivonne, połącz mnie z Theo z CIA. Nie­ważne, jak go znaj­dziesz, zrób to sku­tecz­nie. Wiem, że dasz radę.

Wró­cił do pokoju i szczel­nie zamknął drzwi. Usiadł za biur­kiem, spla­ta­jąc dło­nie na karku. Cze­kał na kon­takt. Wła­śnie na tym pole­gała jego robota: budo­wać i wzmac­niać współ­pracę pomię­dzy dwiema klu­czo­wymi agen­cjami wywiadu, które z nie­wia­do­mych powo­dów od lat ze sobą rywa­li­zo­wały. Przez całe życie uży­wał tylko jed­nej waluty – lojal­no­ści – i liczył, że jej war­tość zosta­nie wysoko wyce­niona. I nie pomy­lił się. W ciągu pię­ciu lat zro­bił coś, co nikomu przed nim się nie udało.

Tele­fon zater­ko­tał cicho. Major pod­niósł słu­chawkę i usły­szał lekko sapiący głos The­odora.

– Czo­łem, Majo­rze! – wydy­szał tele­fon.

– Theo, musimy się umó­wić na żeberka. – To był kod ozna­cza­jący, że sprawa jest ważna.

– Oho ho! – Roz­mówca zaśmiał się rubasz­nie. – A gdzież to je upie­czono?

– W War­sza­wie, Theo. W Pol­sce.

– O, to dobrze. Tam mają świetną wie­przo­winkę. Tym­cza­sem zapra­szam cię do mojej budy na mostek wołowy w stylu tek­sań­skim. Zamó­wi­łem całą sze­ścio­fun­tową sztukę na jutrzej­szy wie­czór.

– Z naj­więk­szą rado­ścią! Do zoba­cze­nia.

Brogg się roz­łą­czył, myśląc, że będzie musiał zre­zy­gno­wać ze śnia­da­nia i lun­chu, aby wie­czo­rem nie wyjść na mię­czaka.ROZDZIAŁ 2

_wto­rek, 20 sierp­nia,_

_War­szawa_

Sier­pień zawisł nad War­szawą gęstą, duszącą zasłoną; czas zda­wał się zwal­niać w drga­ją­cym od upału powie­trzu. Jedy­nie tury­ści z upo­rem reali­zu­jący swój żela­zny pro­gram zwie­dza­nia igno­ro­wali spie­kotę, oble­ga­jąc kawiar­niane ogródki i taras wido­kowy Pałacu Kul­tury i Nauki.

Tomasz Szcze­rzec, mija­jąc ten monu­men­talny relikt prze­szło­ści, myślał nie­kiedy z wła­ści­wym sobie chłod­nym prze­ką­sem, że Pałac, nie­gdyś abso­lutna domi­nanta pano­ramy, dziś przy­po­mina sta­rego, przy­gar­bio­nego gene­rała, któ­rego oto­czyli wyro­śnięci szklani adiu­tanci rodem z Man­hat­tanu. Dys­ku­sje o jego wybu­rze­niu czy zacho­wa­niu uwa­żał za jałowe; dla niego budowla ta była po pro­stu ele­men­tem miej­skiego kra­jo­brazu, trwa­łym jak podatki i rów­nie nie­unik­nio­nym.

Myślał o tym w kon­tek­ście całego mia­sta, które na oso­bi­sty roz­kaz Him­m­lera zostało osiem­dzie­siąt lat temu obró­cone w morze ruin. Z tych zgliszcz kolejne poko­le­nia wznio­sły metro­po­lię eklek­tyczną i kosmo­po­li­tyczną, która w odczu­ciu Toma­sza coraz bar­dziej zatra­cała swoją dawną toż­sa­mość. Potom­ko­wie rdzen­nych War­sza­wia­ków, do któ­rych sam się z pew­nym sno­bi­zmem zali­czał, sta­no­wili dziś grupę nie­mal egzo­tyczną, a opo­wie­ści o Ker­ce­laku czy Nalew­kach brzmiały jak legendy z zapo­mnia­nego świata.

Mece­nas Tomasz Szcze­rzec, męż­czy­zna po pięć­dzie­siątce, nosił swoją histo­rię i teraź­niej­szość niczym nie­na­ganny, szyty na miarę gar­ni­tur. Jego wypro­sto­wana, zdra­dza­jąca woj­skową prze­szłość syl­wetka sta­no­wiła sztywną ramę, pod­czas gdy dys­kretne zaokrą­gle­nie w pasie było cichym świa­dec­twem upływu czasu i sła­bo­ści do dobrej kuchni. W jego gar­de­ro­bie pano­wał abso­lutny porzą­dek: obok rzędu bia­łych koszul i kolek­cji jedwab­nych kra­wa­tów bate­ria wypo­le­ro­wa­nych butów – oxfor­dów, brog­sów i szty­ble­tów – stała na bacz­ność, lśniąc w pół­mroku. Strój sta­no­wił jego zbroję, a głę­bo­kie prze­świad­cze­nie, że adwo­ka­towi nie wypada ina­czej, było jed­nym z nie­na­ru­szal­nych fila­rów jego do bólu upo­rząd­ko­wa­nego życia.

Pły­nęło ono ryt­mem nie­zmien­nym i bez­piecz­nym, wyzna­cza­nym przez te same godziny pobudki, te same płatki z jogur­tem i tę samą poko­ny­waną pie­chotą trasę z Powi­śla do kan­ce­la­rii na Moko­tow­skiej. Miesz­kał sam, choć ni­gdy nie okre­śliłby się mod­nym mia­nem „sin­gla”, które wyda­wało mu się pre­ten­sjo­nalne. Po pro­stu był sam. Wra­cał z ulgą do swo­jej ciszy i porządku po kilku krót­kich roman­sach, które zawsze wno­siły w jego życie nie­po­żą­dany chaos.

Jedy­nym wyło­mem w tej sta­ran­nie pie­lę­gno­wa­nej samot­no­ści była Diana, wyżlica weimar­ska o hip­no­ty­zu­ją­cych, nie­mal ludz­kich błę­kit­nych oczach, które wpa­try­wały się w niego z mie­sza­niną odda­nia i cichego osądu. Była pre­zen­tem od star­szej sio­stry na pięć­dzie­siąte uro­dziny, daro­wa­nym wbrew jego woli, lecz zgod­nie z zale­ce­niem od kar­dio­loga, by wię­cej się ruszał. Ostat­nim pre­zen­tem, jaki od niej dostał. Eliza i jej mąż, Esben Kop­pel, zgi­nęli cztery lata temu, gdy nagły szkwał na Bał­tyku poło­żył ich jacht na burtę, a wzbu­rzone morze pochło­nęło gdzieś na tra­sie do Tal­lina.

To wła­śnie Eliza, wró­ciw­szy przed laty ze sty­pen­dium w Bosto­nie z mężem Estoń­czy­kiem i nowo naro­dzo­nym syn­kiem, zało­żyła kan­ce­la­rię, korzy­sta­jąc ze środ­ków kon­ser­wa­tyw­nej rodziny Esbena. Ona też, z wła­ściwą sobie ener­gią gra­ni­czącą z nado­pie­kuń­czo­ścią, zmu­siła młod­szego brata, by ten porzu­cił myśl o woj­sku, skoń­czył apli­ka­cję i do niej dołą­czył. Tak powstała firma „Kop­pel i Szcze­rzec”, którą po śmierci sio­stry Tomasz pro­wa­dził dalej, wchło­nąw­szy port­fo­lio jej klien­tów, spe­cja­li­zu­jąc się w obsłu­dze praw­nej spółek – pracy może i pozba­wio­nej eks­cy­ta­cji, ale za to sowi­cie wyna­gra­dza­nej.

Tego dnia mece­nas Szcze­rzec wstał jak zwy­kle o siód­mej. Ubrany w popie­laty gar­ni­tur wyszedł z Dianą na spa­cer. Ni­gdy nie zosta­wiał psa samego w domu. Pro­wa­dząc wyżlicę, wkro­czył do biura punk­tu­al­nie o dzie­sią­tej. Przy­wi­tała go asy­stentka Monika.

– Dzień dobry, sze­fie!

– Dzień dobry, pani Moniko.

– Już bie­gnę po espresso dla pana.

– Dzię­kuję. Pro­szę się nie spie­szyć.

Był to ich codzienny rytuał. Jego praca pole­gała głów­nie na spo­tka­niach. W dni, gdy pra­co­wał sam w gabi­ne­cie, zwy­kle po połu­dniu robił prze­rwę i parzył kawę dla sie­bie i dla Moniki. Ten gest budził w niej zakło­po­ta­nie, ale dla niego był wyra­zem tro­ski.

– Czy pani Joanna była rano w biu­rze i wzięła do sądu doku­menty ESTI­GAME? – zapy­tał, lekko uno­sząc brwi.

Młoda apli­kantka w ostat­nim cza­sie była roz­ko­ja­rzona, co go nieco iry­to­wało.

– Tak, tak! Zabrała kom­pletne akta i pobie­gła do tak­sówki – odkrzyk­nęła Monika zza eks­presu, któ­rego war­kot na chwilę wypeł­nił recep­cję.

Odbie­ra­jąc od niej fili­żankę, posłał jej przy­ja­zny uśmiech i wszedł do gabi­netu. Pies podą­żył za nim i od razu zajął miej­sce na lego­wi­sku za lampą. Tomasz odchy­lił się w fotelu i siorb­nął łyk gorą­cej kawy, na co Diana z dez­apro­batą unio­sła głowę. _Szlach­cianka, psia mać_ – pomy­ślał z roz­ba­wie­niem. Odsta­wił fili­żankę i otwo­rzył lap­top. W poczcie zna­lazł jedy­nie krótką wia­do­mość od apli­kantki Joanny, pod­su­mo­wu­jącą jej har­mo­no­gram na dzień. Wyglą­dało na to, że mimo roz­tar­gnie­nia miała wszystko zapla­no­wane. Ode­tchnął z ulgą. Już miał otwo­rzyć plik z doku­men­ta­cją, gdy usły­szał brzę­cze­nie tele­fonu. Na ekra­nie wyświe­tliło się nazwi­sko Grze­go­rza, kolegi, z któ­rym dzie­lił pasję do gór­skich wędró­wek, a poza tym nie miał z nim pra­wie żad­nego kon­taktu. To było na tyle nie­zwy­kłe, że Tomasz poczuł nie­ja­sne ukłu­cie nie­po­koju.

– Witam, Grze­siu! Co tam? – zapy­tał, sta­ra­jąc się, by jego głos brzmiał swo­bod­nie.

– Cześć, Toma­szu! Słu­chaj… – Męż­czy­zna zawie­sił głos, a w tej krót­kiej pau­zie Tomasz wyczuł napię­cie. – Wiesz może coś o Karolu?

– O moim Karolu? – zdzi­wił się. – Widzie­li­śmy się jakiś mie­siąc temu na obie­dzie. A dla­czego pytasz? Prze­cież on pra­cuje w twoim Insty­tu­cie.

– Niby tak, ale w nowym, nie­za­leż­nym zakła­dzie, więc for­mal­nie pod­lega mi tylko admi­ni­stra­cyj­nie i rzadko się widu­jemy. Dzwo­nię, bo Woj­tek z kadr mnie o to popro­sił. Karol od zeszłego tygo­dnia nie poja­wił się w pracy.

Powie­trze w gabi­ne­cie stało się cięż­kie i nie­ru­chome. Diana unio­sła głowę, wbiła w Toma­sza prze­ni­kliwe spoj­rze­nie błę­kit­nych oczu.

– Jak to nie ma go w pracy? – zapy­tał, a wła­sny głos zabrzmiał mu obco.

– W ostat­nią środę wyszedł na lunch i po pro­stu nie wró­cił. Nie odbiera tele­fonu, nie odpi­suje na maile, co jest do niego kom­plet­nie nie­po­dobne, bo zawsze był nie­zwy­kle obo­wiąz­kowy. Jedna z prak­ty­kan­tek pode­szła nawet do jego miesz­ka­nia, ale nikt nie otwo­rzył. Pomy­śle­li­śmy, że może ty coś wiesz.

Upo­rząd­ko­wany świat Toma­sza, budo­wany latami z żela­zną kon­se­kwen­cją, zaczął drżeć w posa­dach.

– Nic mi o tym nie wia­domo. Spró­buję się z nim skon­tak­to­wać, a jeśli nie odbie­rze, pod­jadę do jego miesz­ka­nia. Mam zapa­sowy kom­plet klu­czy. Oddzwo­nię do cie­bie za godzinę.

– Dzię­kuję. To pew­nie fał­szywy alarm, ale… zasta­na­wia­li­śmy się, czy zgło­sić to na poli­cję.

– Naj­pierw spraw­dzę na miej­scu. W kon­tak­cie.

Po zakoń­cze­niu roz­mowy natych­miast wybrał numer sio­strzeńca, lecz usły­szał jedy­nie bez­na­miętny komu­ni­kat ope­ra­tora. Wyjąw­szy z szu­flady klu­cze, cicho zagwiz­dał na Dianę.

– Muszę wyjść. Wra­cam za godzinę – rzu­cił do zdzi­wio­nej Moniki, która odpro­wa­dziła go pyta­ją­cym spoj­rze­niem.

Szedł szybko, pra­wie biegł Moko­tow­ską i Piękną, czu­jąc, jak z każ­dym kro­kiem nara­sta w nim nie­po­kój. Wpadł do klatki scho­do­wej i poko­nał stop­nie w kilku susach, po czym sta­nął zdy­szany przed drzwiami miesz­ka­nia Karola. Prze­krę­cił klucz w zamku. Z wnę­trza ude­rzył go ciężki zaduch. W powie­trzu uno­sił się zapach resz­tek pizzy zmie­szany z wonią prze­po­co­nych ubrań. Z nie­po­ko­jem wszedł do środka i zlu­stro­wał pobież­nie sypial­nię, łazienkę i na końcu salon połą­czony z anek­sem kuchen­nym. Rozej­rzał się po panu­ją­cym tam bała­ga­nie, aż jego wzrok padł na niski sto­lik, na któ­rym leżały jakieś kartki.

Pod­szedł bli­żej. Nie wyglą­dało to na notatki do pracy. Kartki pokry­wały nie­zro­zu­miałe sche­maty skła­da­jące się z kwa­dra­tów, trój­ką­tów i poplą­ta­nych linii. Obok nich, naba­zgrane ner­wo­wym, pośpiesz­nym pismem, wid­niały poje­dyn­cze słowa. Tomasz pochy­lił się, mru­żąc oczy i bez­sku­tecz­nie sta­ra­jąc się je odczy­tać.

Wycią­gnął tele­fon, by sta­ran­nie sfo­to­gra­fo­wać kartki, z doj­mu­ją­cym prze­czu­ciem, że patrzy na coś nie­bez­piecz­nego. _Czym ty się zaj­mu­jesz, Karolu?_ – pomy­ślał, wybie­ra­jąc numer Grze­go­rza, ale włą­czyła się poczta gło­sowa.

– Karola nie ma w domu – powie­dział cicho, a zda­nie to zawi­sło w zatę­chłym powie­trzu. – Nic nie wska­zuje na to, żeby wyje­chał. Idę na poli­cję zgło­sić zagi­nię­cie.

Dopiero wypo­wia­da­jąc ostat­nie słowa, Tomasz zdał sobie sprawę, że jego sio­strze­niec naprawdę znik­nął i że od roz­mowy z Grze­go­rzem czuje spe­cy­ficzny, prze­ni­kliwy chłód. Był to ten sam rodzaj zim­nego dresz­czu, który poczuł cztery lata temu, gdy w słu­chawce tele­fonu usły­szał obcy, pozba­wiony emo­cji głos mówiący o wypadku na Bał­tyku. Wyszedł z miesz­ka­nia i skie­ro­wał się szyb­kim kro­kiem w stronę komendy na Wil­czej. Diana, czu­jąc napię­cie pana, posłusz­nie trzy­mała się przy nodze, od czasu do czasu pod­no­sząc na niego uważny wzrok.ROZDZIAŁ 3

_wrze­sień 1991, Tal­lin,_

_Estoń­ska Socja­li­styczna Repu­blika Radziecka_

Leida wró­ciła do domu póź­nym popo­łu­dniem, czu­jąc w mię­śniach przy­jemne zmę­cze­nie po tre­ningu siat­kówki, który miała zaraz po lek­cjach. Choć skoń­czyła dopiero dwa­na­ście lat, wzro­stem góro­wała nawet nad star­szymi od sie­bie zawod­nicz­kami, a tre­ner nie­ustan­nie powta­rzał, że ma wro­dzony talent i warunki do upra­wia­nia sportu. Leida naj­chęt­niej zamie­ni­łaby szkolne ławki na salę tre­nin­gową, ale mate­ma­tyka też spra­wiała jej nie­kła­maną, inte­lek­tu­alną przy­jem­ność. Rodzice, będący naukow­cami, twier­dzili z kolei, że ma smy­kałkę do języ­ków i w ogóle jest ponad­prze­cięt­nie uzdol­niona i roz­wi­nięta, co w dużej mie­rze było efek­tem ich spe­cy­ficz­nych metod wycho­waw­czych. Nie­ustan­nie roz­bu­dzali w córce cie­ka­wość, od przed­szkola pod­su­wa­jąc jej róż­nego rodzaju łami­główki i dając nie­ogra­ni­czony dostęp do potęż­nego księ­go­zbioru, który wypeł­niał ich dom. Dzięki temu Leida wyróż­niała się w tłu­mie rówie­śni­ków nie tylko wzro­stem, ale także wie­dzą i inte­lek­tem.

Rzu­ciw­szy torbę z książ­kami i spor­to­wym ubra­niem na pod­łogę w przed­po­koju, pobie­gła do kuchni. Zawsze wra­cała z tre­ningu głodna jak wilk. Jej matka, Oksana, naj­czę­ściej przy­no­siła obiady z uczel­nia­nej sto­łówki, które po odpo­wied­nim dopra­wie­niu sma­ko­wały cał­kiem zno­śnie. Pod­grze­wała je dla córki, a potem sta­wała obok i obser­wo­wała, jak Leida, sie­dząc przy małym kuchen­nym stole, zmiata wszystko z dużego tale­rza. Dla matki zawsze była to oka­zja do zada­nia kilku pytań o szkołę, kole­żanki i inne codzienne sprawy, na które dziew­czynka odpo­wia­dała zdaw­kowo, co matce zda­wało się w zupeł­no­ści wystar­czać. Zresztą Oksana też nie była wylewna. Z pew­no­ścią kochała córkę, ale nie potra­fiła oka­zy­wać mat­czy­nego cie­pła, co współ­grało z jej chłodną, posą­gową urodą. Była wysoką, smu­kłą, jasną blon­dynką o wod­ni­stych oczach, a z każ­dym rokiem te same cechy uwi­dacz­niały się u Leidy coraz wyraź­niej.

Idąc do kuchni, by pod­grzać sobie _szczi_, gęstą zupę z kapu­sty z dodat­kiem mięsa, usły­szała dobie­ga­jący z gabi­netu głos ojca. Roz­ma­wiał z kimś po rosyj­sku, więc domy­śliła się, że mają gościa. Pomy­ślała, że to pew­nie któ­ryś z jego kole­gów z uni­wer­sy­tetu, ponie­waż matka wyje­chała na sym­po­zjum do Kali­nin­gradu. Poczuła ukłu­cie żalu, że ojciec nie zje razem z nią, uwiel­biała jego żarty i opo­wie­ści, a nade wszystko cie­pły uśmiech, któ­rym potra­fił prze­go­nić wszyst­kie jej smutki. W głębi duszy cie­szyła się z kil­ku­dnio­wej nie­obec­no­ści matki, ponie­waż mogła mieć ojca tylko dla sie­bie. Sta­wia­jąc talerz na stole, strą­ciła leżącą tam łyżkę. Metal ude­rzył z brzę­kiem o kamienną posadzkę, a roz­mowa w gabi­ne­cie urwała się w pół słowa. Po chwili w uchy­lo­nych drzwiach sta­nął ojciec.

– Leida, to ty, córeczko? – spy­tał.

– Tak, tatku, jem _szczi_. Może chcesz tro­chę?

– Nie, dzię­kuję, kwia­tuszku. Nie jestem głodny. Przyjdź do nas, gdy skoń­czysz, dobrze?

– Jasne, zaraz wpadnę! – odkrzyk­nęła i schy­liła się po łyżkę.

Zupa była sycąca, gęsta od poszat­ko­wa­nej kapu­sty, pokro­jo­nych w grubą kostkę warzyw i ziem­nia­ków, a pasta pomi­do­rowa nada­wała jej inten­syw­nie czer­wony kolor. Leida dodała na wierzch kleks kwa­śnej śmie­tany i zaczęła jeść nie­spiesz­nie, delek­tu­jąc się każdą łyżką. Gdy skoń­czyła, umyła naczy­nia, obmyła twarz pod kra­nem i wytarł­szy ją wierz­chem dłoni, ruszyła do gabi­netu.

Jej tatko, Lew Sier­gie­je­wicz, pra­co­wał na uni­wer­sy­te­cie, będąc jed­no­cze­śnie wyso­kiej rangi funk­cjo­na­riu­szem par­tyj­nym, i dzięki tym przy­wi­le­jom zapew­nił rodzi­nie prze­stronne miesz­ka­nie w jed­nej z uro­czych kamie­nic na obrze­żach tal­liń­skiego Sta­rego Mia­sta. Na stu pięć­dzie­się­ciu metrach mie­ściły się trzy sypial­nie, salon i wypeł­niony książ­kami po sufit gabi­net, w któ­rym ojciec czę­sto się zamy­kał. To prze­by­wa­nie w odosob­nie­niu nasi­liło się zwłasz­cza minio­nego lata. Gabi­net zamie­nił się w praw­dziwą enklawę, opusz­czaną nie­chęt­nie i zazwy­czaj tylko na wie­czorny posi­łek.

Lew Sier­gie­je­wicz, Rosja­nin i czło­nek KPZR, nie przy­wią­zy­wał wagi do przy­na­leż­no­ści naro­do­wej; jego ojczy­zną był Zwią­zek Radziecki, a komu­nizm sta­no­wił wiarę i życiową powin­ność. Taka postawa w natu­ralny spo­sób prze­ło­żyła się na karierę naukową, w ramach któ­rej roz­wi­jał idee inter­na­cjo­na­li­zmu. Gor­liwe podej­ście zapew­niło mu sta­no­wi­sko zastępcy sekre­ta­rza w biu­rze poli­tycz­nym okręgu moskiew­skiego, a póź­niej nomi­na­cję pro­fe­sor­ską. W ramach współ­pracy nauko­wej czę­sto gościł u sie­bie zagra­nicz­nych uczo­nych, głów­nie z kra­jów demo­kra­cji ludo­wej, i zawsze nawią­zy­wał z nimi cie­płe rela­cje. Jego dok­to­ranci także darzyli go sym­pa­tią, a z racji urody i wzro­stu, które przy­wo­dziły na myśl sław­nego aktora Wia­cze­sława Ticho­nowa, dok­to­rantki prze­zy­wały go „Stir­lit­zem”.

Gdy przy­szłość zapo­wia­dała się nie­zwy­kle obie­cu­jąco, wyda­rzyło się coś nie­wy­tłu­ma­czal­nego: komuś na samej górze towa­rzysz pro­fe­sor prze­stał się podo­bać. Ni­gdy się nie dowie­dział, czym pod­padł, choć podej­rze­wał, że praw­do­po­dob­nie jego moskiew­ski awans był przed­wcze­sny. W ostat­nim dniu rzą­dów Breż­niewa został odde­le­go­wany do towa­rzyszy estoń­skich, by kie­ro­wać orga­ni­za­cją par­tyjną na uni­wer­sy­te­cie w Tal­li­nie.

Tę nagłą decy­zję przy­jął ze spo­ko­jem. Wie­rzył w swoją szczę­śliwą gwiazdę, która naj­wi­docz­niej świe­ciła mu jasno, bo już w pierw­szym mie­siącu w Tal­li­nie poznał młodą dok­to­rantkę, towa­rzyszkę Oksanę Iva­rowną, córkę wice­prze­wod­ni­czą­cego rady miej­skiej. Ktoś mógłby powie­dzieć, że rodzinne konek­sje pięk­nej Oksany wzmoc­niły rodzące się uczu­cie, ale jego miłość była auten­tyczna. Zna­lazł swoje szczę­ście w Tal­li­nie, tak odmien­nym od monu­men­tal­nej Moskwy. Wygna­nie na pro­win­cję oka­zało się bło­go­sła­wień­stwem. Zanim nade­szła zima, Lew i Oksana zło­żyli przy­rze­cze­nie mał­żeń­skie, a w pre­zen­cie od rady miej­skiej otrzy­mali przy­dział na miesz­ka­nie.

Burz­liwe wyda­rze­nia poli­tyczne, jakie w ciągu ostat­nich mie­sięcy prze­to­czyły się przez ZSRR, pozba­wiły go wszyst­kiego, w co wie­rzył. Matuszka par­tia zakoń­czyła swój żywot, a jego ojczy­zna roz­pa­dła się na dzie­siątki nie­za­leż­nych kra­ików. Naj­bar­dziej bole­sne było to, że roz­kład zaczął się od Esto­nii. Lew nie potra­fił się z tym pogo­dzić…

Leida sta­nęła przy ojcu; mimo tak mło­dego wieku nie­wiele ustę­po­wała mu wzro­stem. Naprze­ciwko nich stał męż­czy­zna o azja­tyc­kim wyglą­dzie.

– Pamię­tasz, kwia­tuszku, towa­rzy­sza pro­fe­sora Parka? – Lew zapy­tał po rosyj­sku, co było dla Leidy sygna­łem, w jakim języku będzie pro­wa­dzona roz­mowa.

Dziew­czynka wpa­try­wała się w męż­czy­znę ubra­nego w zwy­czajny ciemny gar­ni­tur z przy­pię­tym do klapy zło­tym znacz­kiem z wize­run­kiem Kim Ir Sena. Zlu­stro­wała jego zacze­sane do tyłu, siwie­jące na skro­niach włosy i nie­śmiały, nieco chy­try uśmiech. Zmarsz­czyła brwi, usi­łu­jąc sobie przy­po­mnieć, gdzie mogli się spo­tkać.

– Lody mali­nowe, Lenin­grad, twoje siódme uro­dziny… – pod­po­wie­dział Park, wyma­wia­jąc _mali­no­woje moro­że­noje_ ze śmiesz­nym akcen­tem i odsła­nia­jąc przy tym rząd zło­tych zębów.

Leidzie sta­nął przed oczami obraz z prze­szło­ści, na któ­rym zabawny męż­czy­zna pró­buje wytrzeć ama­ran­tową plamę z bia­łej koszuli.

– Wujek Lan! – wykrzyk­nęła z satys­fak­cją, po czym zaczer­wie­niła się ze wstydu na wspo­mnie­nie, jak zabru­dziła mu ubra­nie. W pre­zen­cie uro­dzi­no­wym dostała wtedy od niego przy­pinkę kore­ań­skiego pio­niera, z któ­rej tak się cie­szyła, że aż pod­ska­ki­wała z rado­ści, co skoń­czyło się wylą­do­wa­niem lodów mali­no­wych na koszuli wujka.

Lan Park i ojciec Leidy roze­śmiali się na widok jej reak­cji.

– Na lody dziś nie mamy czasu, ale bar­dzo się cie­szę, że mogę cię zoba­czyć. Wyro­słaś na piękną pannę! – powie­dział z podzi­wem Park.

– Oj tak! – odrzekł Lew. – Wybu­jała nam tego lata bar­dzo, może nawet za bar­dzo.

– Takie geny. – Uśmiech­nął się Lan, myśląc, że Leida odzie­dzi­czyła po Zaj­ce­wach nie tylko wzrost i urodę, ale zapewne także wła­ściwą postawę. – Masz jesz­cze zna­czek pio­nie­rów kore­ań­skich? – spy­tał son­du­jąco.

– Tak, wujaszku, cały czas trzy­mam go na biurku! – odpo­wie­działa z nie­kła­maną dumą.

Towa­rzysz Park uśmiech­nął się, mru­żąc oczy.

– To dobrze… Musimy trzy­mać się razem!

Jej ojciec poki­wał głową z posęp­nym uśmie­chem. Nad­cho­dzące czasy zapo­wia­dały trudne zmiany, które miały cał­ko­wi­cie odmie­nić jego świat. Przy­zna­wał rację towa­rzy­szowi Par­kowi, że prze­trwać można poprzez zwar­cie szy­ków. Oby jego córka to zro­zu­miała…

– No, na mnie już pora. Do widze­nia, Lwie Sier­gie­je­wi­czu, mam nadzieję, że do zoba­cze­nia wkrótce. – Park wycią­gnął żyla­stą dłoń.

– Byle prędko! – odparł ojciec, ser­decz­nie potrzą­sa­jąc jego ręką.

– _A my wstrie­tim­sia wnow’_ – rzu­cił gość, uno­sząc dłoń w geście poże­gna­nia pod adre­sem dziew­czynki, po czym wyszedł z gabi­netu.

Lew Sier­gie­je­wicz odpro­wa­dził go, szep­cząc w kory­ta­rzu nie­zro­zu­miałe dla Leidy słowa. Została sama w nagle opu­sto­sza­łym pokoju. „Znów się spo­tkamy” – w jej uszach wciąż brzmiał głos wujaszka Lana. Wtedy nie wie­działa, że w przy­szło­ści tych spo­tkań będzie wiele.ROZDZIAŁ 4

_wto­rek, 20 sierp­nia,_

_War­szawa_

Od dobrych pięt­na­stu minut Joanna stała na chod­niku przed biu­rem swo­jej klientki. Z nie­chę­cią myślała o spo­tka­niu z sze­fową ESTI­GAME, zwłasz­cza że musiała się przy­znać do popeł­nio­nego błędu. Wyobra­ziła sobie jej prze­szy­wa­jący wzrok i spo­sób, w jaki wykrzy­wia usta, demon­stru­jąc nie­za­do­wo­le­nie zmie­szane z iro­nicz­nym poli­to­wa­niem. Każdy inny klient przy­jąłby ze spo­ko­jem, że pomy­liła daty. I cóż z tego, że wyrok zapad­nie z mie­sięczną obsuwą, skoro będzie korzystny dla firmy? Zamknęła oczy i zaapli­ko­wała sobie kilka głę­bo­kich wde­chów. Poczuła powra­ca­jący spo­kój. Spoj­rzała na swoje odbi­cie w lustrza­nej szy­bie budynku. Biała bluzka, ciemna spód­nica do kolan i kla­syczne czó­łenka nada­wały jej wygląd pro­fe­sjo­na­listki. Ufar­bo­wane na czarno włosy upięła w koczek. Popra­wiła zsu­wa­jące się z nosa oku­lary w gru­bych opraw­kach i zwil­żyła czub­kiem języka usta. Była gotowa.

Był to jeden z tych kil­ku­pię­tro­wych biu­row­ców na gór­nym Moko­to­wie, które coraz cia­śniej upa­ko­wy­wano wokół Pola Moko­tow­skiego. Przed pan­de­mią było to atrak­cyjne miej­sce, lecz w wyniku lock­dow­nów wiele się zmie­niło. Firmy zaczęły redu­ko­wać powierzch­nię biur. Budy­nek, w któ­rym mie­ściła się sie­dziba ESTI­GAME, nie sta­no­wił wyjątku – w więk­szej czę­ści stał pusty.

Prze­szklone drzwi otwo­rzyła sze­fowa firmy, Leida Zaj­cewa, wysoka, szczu­pła blon­dynka z krótko obcię­tymi wło­sami i nie­mal prze­zro­czy­stymi nie­bie­skimi oczami. Wyspor­to­wana syl­wetka czter­dzie­sto­latki domi­no­wała nad drobną posta­cią mło­dej apli­kantki. Leida wycią­gnęła na powi­ta­nie smu­kłą, lecz silną dłoń.

– _Good after­noon, Ms. Żelko._ – Jej głos, choć wysoki, był jakby odro­binę mecha­niczny.

– _Good after­noon_ – odpo­wie­działa Joanna, odwza­jem­nia­jąc uścisk z siłą, która miała zama­sko­wać jej brak pew­no­ści sie­bie.

Na początku spo­tkań z ludźmi na sta­no­wi­skach była zazwy­czaj nieco spe­szona, lecz po kilku chwi­lach zawsze odzy­ski­wała rezon. Jej stra­te­gią było uni­ka­nie poga­du­szek i sku­pie­nie się na fak­tach, szcze­gó­łach i prze­pi­sach. Miała genialną pamięć i w zna­jo­mo­ści kodek­sów była mistrzy­nią.

– Zapra­szam do kon­fe­ren­cyj­nej. Kawy?

Joanna nie umiała odmó­wić kubka parzo­nej w eks­pre­sie prze­le­wo­wym, ciem­no­brą­zo­wej cie­czy, którą tutaj nazy­wano kawą. Podą­żyła za gra­na­to­wym T-shir­tem Leidy, na któ­rym żółty napis oznaj­miał, że nosi go „busy­ness woman”. _Cie­kawe, jak się ubiera po godzi­nach?_ – pomy­ślała. W głębi serca tro­chę zazdro­ściła Leidzie, że może przy­cho­dzić do pracy w dżin­sach, pod­czas gdy ona sama musi codzien­nie wkła­dać praw­ni­czy mun­du­rek. Dopiero po powro­cie do domu, gdy prze­bie­rała się w miękki różowy dres, czuła się naprawdę sobą. Pich­ciła na parze coś zdro­wego, a potem, sie­dząc na ogrom­nej sofie i słu­cha­jąc bal­lad Nicka Cave’a, dłu­bała widel­cem w ręcz­nie robio­nej misce.

Przej­ście do salki kon­fe­ren­cyj­nej wyma­gało lawi­ro­wa­nia mię­dzy biur­kami, które – zasta­wione wiel­kimi moni­to­rami – spra­wiały wra­że­nie opusz­czo­nych sta­no­wisk kon­troli lotów. Tylko przy nie­licz­nych sie­dzieli mło­dzi ludzie. Wpa­trzeni w ekrany, z pal­cami śmi­ga­ją­cymi po kla­wia­tu­rach i słu­chaw­kami na uszach, cał­ko­wi­cie nie­obecni, wyglą­dali jak holo­gramy. Leida przy­sta­nęła przy zapa­rza­czu i napeł­niła dwa por­ce­li­towe kubki. Usia­dły przy niskim stole.

– Jakie wie­ści z sądu? – spy­tała, patrząc na Joannę zim­nymi, wod­ni­stymi oczami.

Apli­kantka odgar­nęła z twa­rzy nie­sforny kosmyk i odwza­jem­niła spoj­rze­nie.

– Pozwu byłego pra­cow­nika nie udało się odda­lić. Będzie pani musiała sta­wić się oso­bi­ście na roz­prawę wraz z tłu­ma­czem przy­się­głym.

– Jeśli trzeba, chęt­nie roz­sze­rzymy peł­no­moc­nic­two…

– Tak się nie da. Peł­no­moc­nik nie może skła­dać za panią zeznań.

– Okej – wes­tchnęła Leida. – Nie sądzi­łam, że przy całej naszej filo­zo­fii _zero hate_ ktoś może nas pozwać za mob­bing.

– Sprawa jest do wygra­nia, pani Leido. Mamy twarde dowody, że wasz były pra­cow­nik uży­wał nie­do­pusz­czal­nego w fir­mie języka nie­na­wi­ści i…

– Tak, tak, wiem – prze­rwała jej obce­sowo. – Wydaje mi się, że to wszystko wyja­śni­li­śmy już sądowi na piśmie, czyż nie?

Joanna spu­ściła wzrok i zaczęła ner­wowo sku­bać koniuszki pal­ców.

– No wła­śnie… Nie­stety pismo zło­ży­łam w biu­rze podaw­czym dziś rano i…

– Jak to „dziś rano”? Prze­cież oma­wia­ły­śmy je przed tygo­dniem! – Zimny wzrok Leidy stał się lodo­waty.

Dziew­czyna zebrała w sobie całą odwagę.

– Spo­tka­ły­śmy się w środę po połu­dniu, a następ­nego dnia zaczy­nał się długi week­end. Byłam prze­ko­nana, że osta­teczny ter­min dostar­cze­nia pisma mija dzi­siaj, lecz nie­stety upły­nął wczo­raj. Zwy­czaj­nie źle to ozna­czy­łam w kalen­da­rzu. To mój błąd, za który bar­dzo prze­pra­szam.

Zapa­dła ciężka cisza. Leida wpa­try­wała się w sufit, a Joanna uda­wała, że pisze coś w note­sie.

– Dobrze, zostawmy to – powie­działa w końcu sze­fowa ESTI­GAME; w jej gło­sie pobrzmie­wało znu­że­nie. – Ja też spę­dzi­łam week­end na daczy w Pomie­chówku. Kiedy ta roz­prawa?

– Sąd dopiero wyzna­czy ter­min, przy­pusz­czam, że za tydzień lub dwa. Do tego czasu nasze pismo i tak powinno zostać roz­po­znane, więc to będzie tylko for­mal­ność.

Leida zro­zu­miała, że sprawa, choć się odwle­cze, skoń­czy się po jej myśli, i skwi­to­wała to kiw­nię­ciem głowy. Był to sygnał, że spo­tka­nie dobie­gło końca. Joanna zer­k­nęła na zega­rek i pod­nio­sła się z krze­sła. Przez cały ten czas Leida wyda­wała się jej nie­obecna i poiry­to­wana, więc bez ocią­ga­nia wyszła z biura.

Zna­la­zł­szy się na klatce scho­do­wej, ode­tchnęła z ulgą. Co za histo­ria! Ni­gdy nie zda­rzały jej się takie wpadki. No, raczej pra­wie ni­gdy, ale to było dawno temu. Teraz jest doro­sła i poważna. Ma chło­paka, który… który gdzieś się urwał. Znik­nął bez słowa, a prze­cież się nie pokłó­cili. Czy można tak poważ­nie trak­to­wać prze­ko­ma­rza­nie się na temat zdro­wego jedze­nia? Spo­koj­nie tłu­ma­czyła mu, że choć nie je mięsa, to kebab z sej­tanu i frytki nie czy­nią go zdro­wym. Karol nazwał ją die­te­tyczną ter­ro­rystką, a ona, niby gro­żąc, zapo­wie­działa, że w długi week­end będzie go kar­mić sałat­kami. Odpo­wie­dział na odczep­nego: „Okej, zoba­czymy”. Nie miał powo­dów do obra­ża­nia się!

Wie­czo­rem nie odpo­wie­dział na jej „hejkę” na What­sAp­pie, następ­nego ranka w dniu pla­no­wa­nego wyjazdu tele­fon na­dal mil­czał. Po połu­dniu zadzwo­niła ponow­nie. Sku­tek był taki sam. W końcu się pod­dała. _Nie to nie! Dzi­waczny spo­sób na zerwa­nie, ale niech będzie, jak chcesz…!_

Poznali się przed mie­sią­cem, kiedy Karol przy­szedł do kan­ce­la­rii po wujka. Spo­tka­nie Toma­sza się prze­dłu­żało, więc Karol wszedł do daw­nego gabi­netu swo­jej matki. Nie wie­dział, że wuj zatrud­nił apli­kantkę. Sta­nął w progu, zasko­czony wido­kiem kru­czo­wło­sej, szczu­płej dziew­czyny. Ona też spoj­rzała na niego. Zaczęli roz­ma­wiać i począt­kowa wymiana uprzej­mo­ści prze­ro­dziła się we flirt. Umó­wili się na wyjazd na Mazury na długi week­end. Piękne plany roz­sy­pały się w jed­nej chwili.

Przez cały ten czas nie mogła prze­stać o nim myśleć, a w końcu zaczęła się oba­wiać, że stało się coś złego. Poko­nu­jąc ostat­nie stop­nie, roz­pacz­li­wie krzy­czała w myślach: _Karol, gdzie jesteś?_ Posta­no­wiła, że jutro poroz­ma­wia z panem Toma­szem. W końcu znik­nię­cie Karola jest waż­niej­sze niż ukry­wa­nie przed sze­fem, że się spo­ty­kają, a przede wszyst­kim miała nadzieję, że on jakoś logicz­nie wyja­śni mil­cze­nie jej faceta.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij