-
nowość
Algorytmy Awansu - ebook
Algorytmy Awansu - ebook
Wrocław, rok 2052. Każdy zna swój Indeks i każdy może go podnieść, tak brzmi obietnica. Klara ma siedemnaście lat, wynik w czołówce rocznika i pewność, że zawdzięcza go wyłącznie sobie. Nikt jej nigdy nie powiedział, ile naprawdę kosztuje taki wynik - ani kto za niego już zapłacił.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 469 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W „Pawilonie” było pusto, bo była środa i padało. Halina lubiła środy. W środę można było siedzieć przy oknie dwie godziny nad jedną herbatą i nikt nie pytał, czy podać coś jeszcze. Pisała ręcznie, w notatniku z czerwoną okładką — szóstym czy siódmym tego samego rodzaju; kupowała je przez lata w jednym sklepie na Nadodrzu, dopóki sklep istniał, a potem przez internet, co uważała za małą, prywatną porażkę.
Miała pięćdziesiąt cztery lata i od pięciu nie pracowała w żadnej redakcji. Pisała na blogu, który czytało około dwóch tysięcy ludzi — liczba, która nie ruszała się od dawna, jakby te dwa tysiące osób było stałą przyrody. Blog nazywał się „O pewnej obserwacji”. Tytuł wymyśliła w noc, gdy odeszła z gazety; wtedy wydawał jej się ironiczny, teraz po prostu dokładny.
Za oknem Odra płynęła wysoko i brązowo, niosła gałęzie i jedną przewróconą doniczkę, która co chwila zanurzała się i wynurzała, jakby się nie mogła zdecydować. Halina patrzyła na nią dłużej, niż doniczka na to zasługiwała. Pisała akurat o tym, że ludzie mylą zmęczenie z porozumieniem — że gdy temat jest trudny dostatecznie długo, przestają się spierać nie dlatego, że się zgodzili, tylko dlatego, że im się znudziło. Nie była pewna, czy to prawda. Większości rzeczy, które pisała, nie była pewna; to ją odróżniało od ludzi, którzy nawet nie podejrzewali, że mogą nie mieć racji.
Chłopak za ladą podgłośnił ekran.
Robił to rzadko — zwykle siedział ze słuchawką w jednym uchu i własnym światem w drugim — więc Halina podniosła głowę. Na ścianie nad ekspresem szła konferencja. Sala, granatowe tło, pięcioro ludzi za długim stołem, każde z małą tabliczką z nazwiskiem, którego z tej odległości nie dało się przeczytać. U dołu obrazu biały pasek: _Wspólny standard — od 1 stycznia 2036_.
— Pani Halino, niech pani posłucha — powiedział chłopak. Znał ją z imienia, bo przychodziła od lat; nie znał jej z niczego więcej i było jej z tym dobrze. — To podobno ważne.
Kobieta przy stole mówiła spokojnie, ciepło, jak ktoś, kto ćwiczył tę ciepłą spokojność z trenerem. _Przez ostatnie lata wiele osób pytało nas o to samo_, mówiła. _Skąd biorą się różnice. Dlaczego jedni dostają więcej, drudzy mniej. Pytali uczciwie i zasłużyli na uczciwą odpowiedź._ Zrobiła pauzę dokładnie tam, gdzie trzeba. _Dlatego firmy, które do tej pory mierzyły osobno — bo Apex liczył inaczej niż Lyra, a Lyra inaczej niż Nimbus — usiadły razem przy jednym stole. Po raz pierwszy. I uzgodniły, że człowiek ma prawo wiedzieć._
Na ekranie pojawiło się słowo. Jedno, białe, na granatowym tle, żeby się dobrze zapamiętało.
_Indeks._
— _Od pierwszego stycznia każdy będzie widział swój Indeks_ — mówiła kobieta. — _I, co ważniejsze, każdy będzie mógł go podnosić. To nie wyrok. To nie metka. To droga._ Uśmiechnęła się. — _Bo każdy może awansować. Wystarczy się starać._
Halina odłożyła długopis.
Nie dlatego, że ją to zaskoczyło. Wiedziała, że to przyjdzie — pisała o tym, że to przyjdzie, i nikt jej za to nie zwolnił, zwolnili ją wcześniej, za co innego. Odłożyła długopis, bo chciała mieć obie ręce wolne na to, co teraz nastąpi, choć nic nie nastąpiło, była tylko ona, herbata i kobieta na ścianie, która właśnie nazwała klasyfikację ludzi „drogą”.
Potem padło to drugie.
— _Nie doszlibyśmy tu sami_ — mówił już ktoś inny, mężczyzna z końca stołu, młodszy, w marynarce bez krawata. — _Musimy to powiedzieć wprost: zawdzięczamy to krytykom. Tym, którzy dwa lata temu napisali, że system dzieli ludzi po cichu. Pamiętacie ten esej. Wstrząsnął nami. Mieli rację — system rzeczywiście sortował w ukryciu, i to było złe. Więc go otworzyliśmy. To jest odpowiedź na ich apel. To jest system, o który prosili._
Chłopak za ladą pokiwał głową, zadowolony, jakby ktoś przy nim postąpił przyzwoicie.
Halina siedziała wyprostowana. Znała ten esej. Znała ludzi, którzy go napisali; dała im kiedyś słowa, których im brakowało, słowo „sygnał” i słowo „pętla”, i zdanie o tym, że krzywda bez sprawcy jest najtrudniejsza do udowodnienia, bo nie ma do kogo iść. Wiedziała też, co się z tymi ludźmi stało potem, choć nie mówiło się o tym na konferencjach. Zniknęli z miejsc, w których byli. Zsunęli się tam, gdzie system ich umieścił, kiedy już raz na nich spojrzał. Nie świętowali nic.
A teraz człowiek w marynarce bez krawata dziękował im ze sceny — i robił to szczerze, to było najgorsze. Nie kłamał. Naprawdę otworzyli system. Naprawdę można było teraz zobaczyć swój Indeks, czego rok temu nie było wolno. I naprawdę uważał, że to jest to, o co esej prosił.
— Ładne, nie? — powiedział chłopak. — Mój tata zawsze mówił, że i tak nas sortują, tylko nie wiadomo jak. A teraz wiadomo. To chyba lepiej, jak wiadomo.
— Lepiej, jak wiadomo — powtórzyła Halina.
Nie zepsuła mu tego. Można było mu powiedzieć, że wiedzieć, jak cię sortują, to nie to samo co przestać być sortowanym; że pokazali mu linijkę i nazwali ją wolnością; że za pół roku będzie płacił komuś za podniesienie liczby, którą dziś dostał za darmo razem z radością. Można było mu to powiedzieć i miałby gorszy dzień, a liczba i tak by została. Halina nauczyła się odróżniać prawdy, które coś zmieniają, od prawd, które tylko psują ludziom środę.
Zadzwonił telefon. Stary, z dźwiękiem, którego nie zmieniała. Na ekranie: _Iwona_.
Halina patrzyła na imię przez trzy sygnały. Iwona była naczelną, kiedy Halina jeszcze pisała. To Iwona pięć lat temu powiedziała jej, łagodnie, przy kawie dokładnie takiej jak ta, że materiał jest „za techniczny”, że „czytelnik tego nie udźwignie”, że „może za wcześnie”. Halina odeszła miesiąc później. Nie pokłóciły się. Na tym poziomie ludzie się nie kłócą, tylko przestają do siebie pisać.
Odebrała.
— Widziałaś? — Iwona nie mówiła „dzień dobry”, odkąd Halina ją znała. — Halino, widziałaś to teraz?
— Widzę właśnie.
— To jest twój moment. Rozumiesz to? To dosłownie jest moment, na który czekałaś. — Iwona mówiła szybko, z tą swoją energią, która kiedyś Halinę pociągała, a potem męczyła. — Słuchaj, robimy duży materiał, panel, troje, czworo ludzi, i ty musisz tam być. Ty to napisałaś pierwsza. Pamiętam twój tekst, ten sprzed lat, ty to powiedziałaś, zanim ktokolwiek…
— Ten, który był za techniczny.
Krótka cisza. Doniczka za oknem znów się wynurzyła.
— To było pięć lat temu — powiedziała Iwona. — Świat się zmienił. Teraz ludzie chcą o tym słuchać.
— Teraz, kiedy to jest dobra wiadomość — powiedziała Halina. Bez ostrza w głosie; po prostu nazwała, co widzi, tak jak nazywała zawsze, i to nazywanie bez ostrza było jej jedyną bronią, która niczego nie zmieniała. — Pisałam, że system dzieli ludzi i nie da się tego udowodnić, i to było dla czytelników za trudne. Oni dziś powiedzieli, że system dzieli ludzi, i to jest święto. To samo zdanie, Iwono. Różnica jest w tym, kto je mówi i z jaką miną.
— Więc przyjdź i powiedz dokładnie to. — Iwona się nie poddawała; to ją kiedyś robiło dobrą naczelną. — Powiedz to z naszej sceny. Będą cię słuchać.
I tu Halina się zawahała, bo to była prawda. Słuchaliby. Pierwszy raz od lat ktoś by jej słuchał — i słuchałby jej dlatego, że stałaby pod tym samym białym słowem na granatowym tle, jako kobieta, która „to przewidziała”, jako dowód, że nawet krytycy są już po właściwej stronie. Jej zgoda byłaby ostatnim brakującym podpisem pod tym, czego nie podpisywała. Daliby jej głos w zamian za to, że jej głos przestałby cokolwiek znaczyć.
— Nie — powiedziała.
— Halino.
— Pozdrów wszystkich — powiedziała Halina i się rozłączyła, zanim zdążyła usłyszeć, czy Iwona ma jeszcze argument. Iwona zawsze miała jeszcze argument.
Siedziała chwilę z telefonem w dłoni. Ręka jej lekko drżała, co ją zirytowało, bo nie czuła się wzburzona, czuła się obojętna, ale ciało najwyraźniej wiedziało coś, czego ona sobie nie pozwalała przyznać. Odłożyła telefon ekranem w dół.
Na ścianie konferencja już się skończyła i szła reklama tej samej rzeczy, lżejsza, z muzyką. Młoda kobieta budziła się rano, dotykała ekranu, widziała swoją liczbę, uśmiechała się i wkładała buty do biegania. _Twój dzień. Twój Indeks. Twoja droga._ Wszystko w tej reklamie było ładne i nic w niej nie było fałszywe, oto czego ludzie nie rozumieli w rzeczach, których należało się bać: że najczęściej są ładne i prawdziwe, i dopiero za tym ukrywa się reszta.
Chłopak za ladą wyjął telefon. Zerknął na niego tak, jak się zerka, gdy nikt nie patrzy — a Halina patrzyła. Zobaczyła, że chłopak sprawdza, czy już ma. Czy już mu pokazali. Twarz miał przy tym jak człowiek, który otwiera kopertę z wynikiem, na który długo czekał, i bardzo chce, żeby był dobry. Po sekundzie się rozluźnił, leciutko, w ramionach. Widać dobry. Schował telefon i wrócił do słuchawki, do swojego świata w drugim uchu, nieco lżejszy, niż był przed chwilą.
Halina przysunęła notatnik. Przekreśliła to, co pisała o zmęczeniu i porozumieniu, bo nagle wydało jej się małe. Pod spodem zapisała dzisiejszą datę. Potem siedziała nad pustą linijką dłużej, niż siedzi się nad zdaniem, które się zna — siedziała nad zdaniem, którego wolałaby nie znać.
W końcu napisała:
_Nie przegrywa się, gdy cię zakrzyczą. Przegrywa się, gdy ci przyklasną._
Popatrzyła na to. Nie spodobało jej się — było za zgrabne, a ona nie ufała zdaniom, które są zgrabne. Ale nie skreśliła. Zostawiła, żeby do niego wrócić za dwa lata i sprawdzić, czy się myliła. Tak robiła ze wszystkimi zdaniami, których się bała: zostawiała je i wracała. Większość okazywała się przesadzona. Tego akurat była niemal pewna, że nie.
Zamknęła czerwony notatnik.
Za oknem doniczka wreszcie podjęła decyzję i poszła pod wodę, i już się nie wynurzyła. Padało dalej. W kawiarni było ciepło, herbata jeszcze nie wystygła, chłopak za ladą był spokojny i miał przed sobą całe życie w świecie, który właśnie zrobił się prostszy, jaśniejszy. Stary zamknął się za nimi wszystkimi tak cicho, że tylko ona to usłyszała — a i ona nie była pewna, czy nie wyobraża sobie dźwięków.
Wstała, zostawiła na stole więcej, niż kosztowała herbata, i wyszła w deszcz.
Miała pięćdziesiąt cztery lata. Dzieci, które rodziły się tej zimy w mieście pełnym takich kawiarni, takich ekranów i takich życzliwych ludzi, nie poznają już świata, w którym nie ma Indeksu — wezmą go za powietrze, bo dzieci zawsze biorą zastany świat za powietrze. Halina, idąc nad wezbraną Odrą z postawionym kołnierzem, myślała o nich ogólnie, jak to ona, o wszystkich naraz — że przebudzenie idzie przez pokolenia, owszem.
Tylko że uśpienie też.1. INDEKS STARTOWY
Klara obudziła się minutę przed budzikiem i zanim na dobre otworzyła oczy, sprawdziła, czy w nocy coś się zmieniło.
Sięgnęła po telefon — myślą się nie dało, choć w reklamach wyglądało, że już się da. Ekran obudził się pod palcem: u góry, drobnym drukiem, data — czwartek, 12 września 2052 — a pod nią, dużą czcionką, to, na co naprawdę patrzyła. Liczba stała tam, gdzie wczoraj. Wysoko. Równo. Jej Indeks. Mały znaczek przy nim mówił, że przez noc nic nie ubyło ani nie przybyło; ludzie i tak sprawdzali rano, bo Indeks liczył się ciągle, także przez sen, i czasem rano bywało inaczej niż wieczorem, choć przecież nikt przez noc niczego nie zrobił. Klarze to nigdy nie przeszkadzało. Jej Indeks rósł albo stał. Nie spadał. Wypuściła powietrze, o którym nie wiedziała, że je trzyma.
Pokój już wiedział, że nie śpi. Rolety podjechały do połowy — nie wyżej, bo za oknem było jasno i już gorąco, wrzesień, a od tygodnia trzydzieści stopni. Z głośnika w suficie poszła ta sama poranna playlista, którą Klara ułożyła sobie kiedyś sama, a potem przestała zauważać. Octavia odezwała się półgłosem, tym swoim spokojnym, gładko amerykańskim tonem, którego rodzice używali od zawsze i którego Klara nawet nie próbowała zmienić.
— Dzień dobry, Klara. Tramwaj osiem za dwadzieścia trzy minuty. W szkole o dziesiątej wyniki pierwszego progu. Chcesz, żebym przypomniała ci o czymś jeszcze?
— Nie — powiedziała Klara.
Octavia wiedziała o niej więcej niż ktokolwiek, łącznie z mamą, tyle że Octavia nie miała o to do nikogo pretensji, a mama czasem miała.
Zanim wstała, zrobiła to, co robiła co rano. Otworzyła wczorajszą lekturę, tę, której nie skończyła, i doczytała ostatnie dwie strony naprawdę, bo niedoczytane rzeczy zostawiały po sobie ślad gorszy niż żaden. Odpisała na wiadomość od dziewczyny z grupy projektowej — krótko, ale tak, żeby było widać, że pomyślała, zanim odpisała. To wszystko zajmowało jej dziesięć minut dziennie i Klara nie nazywała tego dbaniem o sygnał. Nazywała to po prostu byciem sobą, ogarniętą, porządną wersją siebie, i nie czuła w tym fałszu, bo naprawdę wolała kończyć niż porzucać. To, że maszyna też to lubiła, było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w który wierzyła tym mocniej, im mniej go sprawdzała.
W kuchni pachniało naleśnikami.
Mama nie robiła naleśników w czwartki. Naleśniki były na niedzielę albo wtedy, gdy mama coś czuła i nie umiała tego powiedzieć inaczej niż przez patelnię. Klara nie zatrzymała się nad tym dłużej, niż trzeba; w jej domu czułość mamy była jak pogoda — bywała, nie tłumaczyła się.
Mieszkali wysoko, na ósmym piętrze nowego budynku przy bulwarze, w jednym z tych, które wyrosły nad Odrą w ostatnich latach — jasne, ciche, z oknami od podłogi i z tarasem, na którym mama trzymała pomidory w doniczkach. Podlewała je ręcznie, bo mówiła, że wie lepiej niż system, ile roślina chce pić. Z kuchni było widać rzekę, szeroką, leniwą we wrześniu, most i drugą stronę. Tam, gdzie domy stały gęściej i niżej, starsze — i gdzie ludzie czekali na tramwaj trochę dłużej.
— Dzień dobry — powiedziała, siadając.
— Jest i ona. — Marta postawiła przed nią talerz, na którym naleśników było o dwa za dużo. — Jadłabyś, bo zaraz lecisz.
Przy stole siedział tata, a przed nim, na rozłożonej ściereczce, leżał stary radioodbiornik z wyjętymi flakami. Bartek trzymał w palcach coś małego, czego Klara nie umiała nazwać, i przyglądał się temu pod światło, jakby ta rzecz miała mu zaraz coś wyznać. W domu, w którym wszystko działało samo, w którym Octavia zamawiała zakupy, zanim się skończyły, i ściągała rolety, zanim zrobiło się za jasno, tata był jedyną rzeczą, która coś robiła rękami.
— Co mu jest? — zapytała Klara, bo tata się rozjaśniał, gdy ktoś zapytał.
— Kondensator ma już dość — powiedział Bartek. — Albo ja. Zobaczymy, kto pierwszy się podda.
— Po co ci radio, które łapie trzy stacje, jak Octavia da ci każdą?
— Octavia mi je da — powiedział Bartek, nie podnosząc głowy. — A ja chcę je złapać.
Marta usiadła z herbatą, której nie piła, tylko grzała sobie o nią ręce, choć było trzydzieści stopni. Patrzyła, jak Klara je, tym swoim wzrokiem, którego Klara nie umiała nazwać inaczej niż „mama patrzy” — uważnie, trochę za długo, jakby liczyła, ile jeszcze takich poranków zostało.
— W sobotę trzeba zajrzeć do Wandy i Tomka — powiedziała.
— Muszę? — Klara nadziała naleśnik. — Byłam u nich.
— Byłaś w czerwcu.
— No właśnie niedawno.
— Klara. — Tylko tyle, bez nacisku. Marta nie naciskała na nic, co dotyczyło Lerskich; mówiła „Klara” i czekała, aż samo się ułoży.
— Dobra, w sobotę. — Klara wzruszyła ramionami.
Lubiła ciocię Wandę i wujka Tomka tak, jak się lubi krewnych, których się trochę żałuje: z daleka, krótko i z ulgą, że samemu się tak nie skończyło. Żyli po swojemu, gdzieś na Krzykach, w mieszkaniu, w którym połowa rzeczy była łatana, i nikt w rodzinie nie mówił głośno dlaczego, choć wszyscy wiedzieli, że „źle wybrali” — kiedyś, dawno, zanim Klara się urodziła. Klara nie dopytywała. W jej świecie ludzie sami sobie ustawiali poziom, na którym lądowali, i wujostwo najwyraźniej ustawiło sobie go bardzo nisko.
— Wanda pytała o ciebie — powiedziała Marta, już lżej, jakby tamta sekunda nigdy się nie zdarzyła. — Mówiłam, że idziesz na Akademię.
— Jeszcze nie idę.
— Pójdziesz.
Bartek odłożył kondensator i spojrzał na nią — krótko, ciężej, niż wymagała rozmowa przy śniadaniu. Potem wrócił do radia. Klara tego nie zauważyła. Patrzyła już w telefon, bo przyszło powiadomienie, a powiadomienia o tej porze bywały o szkole.
------------------------------------------------------------------------
Do szkoły jechała kabinowym tramwajem numer osiem, który zatrzymywał się pod samym domem i podstawiał jej wolny przedział, zanim zdążyła pomyśleć, że chce usiąść. Tak działał Wrocław dla kogoś takiego jak ona: uprzejmie, gładko, z wyprzedzeniem. Drzwi się otwierały, ławka była wolna, klimatyzacja trzymała dokładnie tę temperaturę, którą Klara lubiła, choć nigdy jej nie ustawiała — wagon znał ją z setek wcześniejszych poranków i sam się dostroił.
Kiedyś, w zeszłym roku, pomyliła linie i wsiadła w coś, co woziło głównie ludzi z drugiej strony rzeki, i zdziwiła się, że we wspólnym przedziale trzeba stać, że w środku jest o dwa stopnie za ciepło i że to nikomu nie przeszkadza, bo najwyraźniej tak miało być. Wysiadła po dwóch przystankach. Uznała, że to był jej błąd. Po to się człowiek stara, żeby błędów nie robić.
Jechała wzdłuż rzeki, przez most, i miasto przesuwało się za szybą tak, jak przesuwało się co rano: najpierw nowe bulwary, szkło i drzewa posadzone równo, kawiarnie z ogródkami, w których o ósmej rano siedzieli już ludzie, których Indeksu nie trzeba było sprawdzać, bo widać go było po tym, że mają czas siedzieć o ósmej rano. Potem stara część, Rynek z wieżami, który był teraz głównie dla turystów z północy — przyjeżdżali, odkąd na południu Europy zrobiło się latem za gorąco, żeby się chłodzić tam, gdzie kiedyś było zimno. A potem, za rzeką, tamta druga strona, bloki, niżej i ciaśniej, gdzie woda w upały szła kranami słabiej, bo ciśnienie też było dozowane, choć oficjalnie nazywało się to „priorytetem sieci”. Klara wiedziała o tym wszystkim tyle, ile się wie o pogodzie w kraju, do którego się nie jeździ.
Szkoła nazywała się Zespół, ale nikt tak nie mówił; mówiło się po prostu „u nas”. U nas nie było już ocen, odkąd Klara pamiętała, bo oceny były z czasów, gdy ktoś musiał patrzeć na ucznia i decydować, a teraz patrzyło się samo. Był sygnał. Sygnał rósł z tego, jak się pracuje: jak długo, jak dociekliwie, czy doprowadza się rzecz do końca, czy zadaje się dobre pytania, czy nie bierze się pierwszej odpowiedzi, którą poda asystent. Nauczyciele nazywali to „rozwojem sygnału” i prowadzili to jak ogrodnicy — podlewali, przycinali, pokazywali, gdzie więcej słońca. Na korytarzach wisiały hasła o tym, że każdy buduje swój Indeks codziennie, i nikt już ich nie czytał.
Klara była w tym dobra. Nie udawała przed sobą, że nie jest.
Na pierwszej godzinie mieli projekt indeksowy — w trójkach, temat o wodzie w mieście, o tym, jak rozprowadzić ją w upały, żeby starczyło dla wszystkich. Asystent, który ich słuchał i punktował, patrzył nie na to, co wymyślą, tylko jak myślą. Więc Klara myślała na głos, ładnie, szeroko. Zadawała pytania, na które znała odpowiedź, bo dobre pytanie znaczyło więcej niż dobra odpowiedź. Drążyła tam, gdzie wiedziała, że drążenie wygląda na dociekliwość.
Raz, w połowie, złapała samą siebie na tym, że właściwie nie myśli o wodzie — myśli o tym, jak wygląda jej myślenie o wodzie — i przez sekundę zrobiło jej się głupio, jakby ktoś ją przyłapał na mówieniu do lustra. Sekunda minęła. Woda i tak nie była jej problemem. Sygnał był.
— Ty to masz lekko — powiedziała Nina, gdy zbierali rzeczy. Powiedziała to bez złości, raczej z podziwem, który Klara umiała już rozpoznawać i którego potrzebowała bardziej, niż się przyznawała.
— Nie mam lekko — odpowiedziała Klara. — Po prostu się staram.
I wierzyła w to całą sobą, bo było prawdziwe: starała się. Wstawała przed budzikiem. Czytała poza tym, co podsuwał asystent. Pisała dłużej, niż musiała. To, że staranie szło jej łatwiej niż innym, nie czyniło go mniej jej własnym.
Po południu doradczyni od ścieżek zatrzymała ją na korytarzu. Była niewysoką kobietą, która lubiła Klarę tą szczególną sympatią, jaką dorośli mają do młodych, w których widzą siebie sprzed lat, tylko lepszych.
— Widziałaś, że ruszył nabór? — zapytała. — Do Akademii. Otworzyli wczoraj.
Klara widziała. Sprawdziła to już cztery razy.
— Ty się dostaniesz — powiedziała doradczyni, i powiedziała to z taką pewnością, że Klara poczuła, jak coś w niej rośnie, ciepłe i głodne. — Tylko nie zwalniaj. W tym roku jest więcej chętnych niż kiedykolwiek. Wszyscy zrozumieli, że Akademia to start, którego potem już nie trzeba nadrabiać.
Start. Wszyscy używali tego słowa. Jakby życie było biegiem, w którym jedni stają na linii równo z metą innych, a Akademia była miejscem, gdzie linię przesuwano do przodu, raz na zawsze, dla trzydzieściorga w roku.
------------------------------------------------------------------------
W domu, gdy mamy nie było, a tata siedział nad radiem w drugim pokoju, Klara grała.
Pianino stało w salonie i było poza szpargałami taty jedyną rzeczą w mieszkaniu, której nie dało się o nic zapytać. Nie podpowiadało, nie poprawiało, nie liczyło. Można było uderzyć w klawisz źle i nikt tego nie zapisywał; można było uderzyć dobrze i nikt tego nie nagradzał. Stało tu od ośmiu lat, odkąd Klara, mając dziewięć lat, na komunii kuzynki usłyszała, jak ktoś gra, podeszła i po godzinie odtworzyła to ze słuchu, a ludzie zrobili wokół niej półkole i patrzyli tak, jak się patrzy na rzecz, której się nie rozumie. Mama kupiła pianino miesiąc później, używane. Przez rok wozili Klarę na lekcje, dopóki nauczycielka nie powiedziała, że nie ma czego uczyć, że dziecko gra lepiej, niż ona umie wytłumaczyć, i że szkoda pieniędzy.
Nikt w rodzinie nie grał. Mama nie odróżniała dwóch dźwięków, tata stukał w radio, nie w klawisze. „Po kim ona to ma?” — mówili dorośli, gdy Klara była mała, i mówili to lekko, z dumą, jak się mówi o czymś, co spadło z nieba. Klara nie zastanawiała się nad tym długo. Miała to po kimś albo po nikim, tak czy inaczej było jej, i dziwne było raczej to, że tej jednej rzeczy, którą robiła naprawdę dobrze, lepiej niż cokolwiek innego, system w ogóle nie widział. Nie dało się grać na Indeks. Godzina przy pianinie była godziną wymazaną z życia.
Dlatego Klara siadała do niego rzadko i nigdy, gdy ktoś patrzył — nie dlatego, że grała źle, tylko dlatego, że grała dobrze, a granie dobrze w rzeczy, która do niczego nie prowadziła, było jak zostawianie świateł zapalonych w pustym pokoju. Marnotrawstwo, którego się trochę wstydziła i którego nie umiała sobie odmówić.
Tego popołudnia grała coś, czego nie umiałaby nazwać, bo złapała to z nagrania sprzed wielu lat i przerobiła po swojemu, wolniej. W połowie pomyliła się, zatrzymała, wróciła o takt i zagrała inaczej, lepiej. Nikt jej nie powiedział, że lepiej. Po prostu wiedziała.
Z drugiego pokoju dobiegło ciche trzaśnięcie, a potem radio — stare, prawdziwe radio — odezwało się szumem, złapało stację i zagrało pół taktu jakiejś muzyki, zanim tata ściszył je z powrotem. Wygrał z kondensatorem. Klara uśmiechnęła się do klawiszy. Pomyślała, że oboje robią teraz to samo, każde w swoim pokoju — coś, czego Indeks nie zauważy, czego nikt im nie zmierzy.
Myśl była za duża i Klara ją odłożyła.
------------------------------------------------------------------------
Kolacja była późno, bo mama wróciła późno. Jedli we troje, przy stole, z którego widać było rzekę ciemniejącą w oknie. Mama opowiadała o swoim dniu w przychodni, gdzie pracowała w rejestracji i gdzie od miesiąca wszystko szło wolniej, odkąd zmienili system kolejkowy na taki, który „lepiej priorytetyzował”. Mama nie lubiła tego słowa, „priorytetyzował”, i mówiła je z taką miną, jakby wypluwała pestkę.
— Przyszła dziś kobieta — powiedziała — starsza, z niskim Indeksem, i system zapisał ją na listopad. Na listopad, Bartek. Z bólem, który ma teraz. A piętnaście minut później chłopak, młody, wysoko, dostał termin na pojutrze, bo system uznał, że jego czas jest cenniejszy. I ja siedzę w środku tego i mówię tej kobiecie „listopad”, jakbym to ja wymyśliła.
— Nie ty wymyśliłaś — powiedział Bartek.
— Wiem, że nie ja. Ale to ja mówię.
Klara słuchała tego jednym uchem, bo słyszała podobne rzeczy nieraz, i mama zawsze mówiła je tym samym tonem, w którym była złość, ale była też bezradność — jakby uważała, że system jest niesprawiedliwy, a jednocześnie nie umiała sobie wyobrazić, że mógłby być inny.
— Mamo — powiedziała — ale gdyby wszyscy mieli ten sam termin, to nikt by nic nie zyskał na tym, że się stara. Po co byś się starała, gdyby i tak było po równo?
Marta spojrzała na nią, i przez moment w jej twarzy było coś starego i zmęczonego, czego Klara nie umiała odczytać.
— A skąd wiesz, córciu, że ta kobieta się nie starała całe życie? — zapytała cicho. — Skąd wiesz, że się nie starała bardziej niż ty i ja razem?
Klara otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, że gdyby się starała, toby miała wyższy Indeks, bo tak właśnie działa system — i nagle to zdanie, które było oczywiste, które było prawdą, zabrzmiało jej w głowie głupio, jakby zataczało koło i samo siebie goniło. Zamknęła usta. Nie lubiła rzeczy, których nie umiała rozplątać.
Bartek, który milczał, odłożył widelec.
— Daj jej jeść — powiedział do Marty, łagodnie, ale tak, że temat się skończył. A potem, do Klary, zupełnie innym tonem: — Pokażesz mi później to swoje podanie? Na Akademię.
— Ty się znasz na podaniach? — Klara się uśmiechnęła.
— Nie. — Bartek wzruszył ramionami. — Ale chcę zobaczyć, co tam napisałaś.
I było w tym coś, czego Klara nie zrozumiała, jakaś powaga nie na miejscu. Ale tata już wstał, zbierał talerze, i moment minął, jak mijały w tym domu wszystkie momenty, których nikt nie nazywał.
Później, w swoim pokoju, Klara usiadła z telefonem na parapecie, podciągnęła kolana i otworzyła formularz Akademii. Akademia brała trzydzieścioro w roku z całego województwa i brała tylko najlepszych — taki próg Indeksu, że połowa rocznika nawet nie próbowała, żeby nie zapisać sobie próby zakończonej niczym. Klara była nad progiem. Nie dużo, ale była. Poczuła znajome, ciepłe napięcie w brzuchu — nie strach, raczej apetyt — które przychodziło zawsze, gdy przed nią stawało coś, co dało się wygrać.
Na dole strony była jedna linijka, hasło Akademii, to samo, które widziała na ścianach, w tramwaju, wszędzie, odkąd umiała czytać.
_Każdy może awansować. Wystarczy się starać._
Klara w to wierzyła. Nie miała powodu, żeby nie wierzyć — wszystko, co dotąd dostała, dostała, bo się starała, a wszystko, o co się starała, dostawała. Tylko gdzieś z tyłu głowy, cicho, nie chcąc tam być, stała kobieta zapisana na listopad.
Klara odłożyła ją i zaczęła wypełniać formularz. Wpisała imię i nazwisko — Klara Sobczak — datę urodzenia, numer Indeksu, który znała na pamięć, jak inni znają numer telefonu.
Za oknem robiło się ciemno. Druga strona rzeki, ta niższa i gęstsza, zlewała się już z wieczorem, jakby ktoś ją przyciszył. Klara tam nie patrzyła. Miała próg, nad którym była.2. CO LICZY INDEKS
Wyniki pierwszego progu przyszły w poniedziałek, w środku lekcji, i przez salę przeszło to ciche poruszenie, które Klara znała na pamięć — wszyscy udawali, że patrzą na tablicę, a patrzyli w telefony pod ławkami.
Klara przeszła. Wiedziała, że przejdzie, a serce i tak podskoczyło jej wyżej, niż wypadało przy czymś, co się wiedziało. Drugi etap Akademii, dwieście osób na trzydzieści miejsc, ale ona była już w tych dwustu, a to znaczyło, że jest realnie blisko. Odczytała wiadomość dwa razy i schowała telefon, zanim ktokolwiek zdążył zobaczyć jej twarz. Cieszenie się na widoku też było sygnałem, a niekoniecznie dobrym. Trzeba było trzymać twarz, jakby się wiedziało od początku, i Klara umiała trzymać twarz.
Nina przeszła i nie umiała trzymać twarzy — pisnęła, ktoś ją uciszył, nauczyciel udał, że nie słyszy. Z tylnych ławek ktoś przeszedł, ktoś nie. A Olek nie.
Klara dowiedziała się tego nie od niego. Olek przez resztę lekcji ani razu nie wyjął telefonu. Siedział dwa rzędy dalej, duży, trochę przygarbiony chłopak, który zawsze odzywał się o pół sekundy za późno, jakby najpierw musiał sprawdzić w sobie, czy warto. Nie wyglądał na zdruzgotanego. Wyglądał jak ktoś, kto dostał wynik, którego się spodziewał, i teraz układa twarz tak, żeby nikt nie pomyślał, że liczył na coś innego.
Na przerwie nikt o tym nie mówił, i to było najdziwniejsze. Gdyby to były dawne czasy, te z opowieści babć, ktoś by powiedział, że to niesprawiedliwe, że Olek jest przecież mądry, że na lekcjach historii mówi rzeczy, na które reszta nie wpada. Ale nikt tak nie mówił, łącznie z Olkiem. Wszyscy wiedzieli, z czego się bierze Indeks, i wszyscy wiedzieli, że Olek ma niski. Świat był uczciwy. Dawał dokładnie tyle, ile się włożyło. Jeśli Olek dostał mało, to dlatego, że mało włożył — inaczej dostałby więcej, bo tak działał system, a system działał przecież dobrze. Klara nie układała sobie tego w słowa. Po prostu w tym żyła, jak się żyje w powietrzu, nie sprawdzając, czy jest.
Tylko raz, na korytarzu, usłyszała, jak dwie dziewczyny z młodszego rocznika rozmawiają o Olku. Jedna powiedziała: „on jest, no wiesz, z takiej rodziny”, a druga pokiwała głową, jakby to wszystko tłumaczyło. I może tłumaczyło. Klara poszła dalej. Nie zastanawiała się, z jakiej rodziny jest sama. Nie musiała. Z rodziny, z której się jest, gdy się nie musi o tym myśleć.
------------------------------------------------------------------------
Po południu mieli warsztat rozwoju sygnału, i to było coś, co Klara naprawdę lubiła.
Doradczyni od ścieżek rozłożyła na ścianie panel jednej z uczennic, za zgodą, anonimowo, z zakrytym nazwiskiem. Cztery słupki, cztery kolory.
— Indeks to nie jest jedna liczba — powiedziała, choć wszyscy wiedzieli, że na końcu jednak jest jedna liczba. — To cztery źródła, które się zlewają. Pierwsze: jak pracujecie. Czy drążycie, czy może bierzecie pierwszą lepszą odpowiedź, czy doprowadzacie rzecz do końca, czy zadajecie pytania, które gdzieś prowadzą. — Stuknęła w pierwszy słupek. — To jedyne źródło, które macie całe w rękach. Tu nikt wam nie pomoże i nikt nie zaszkodzi. Tylko wy.
Klara to znała, ale lubiła słuchać, bo w jej panelu ten pierwszy słupek był wysoki i miło było słyszeć, że to ten, który zależy tylko od człowieka.
— Drugie: ślad. Wszystko, co po sobie zostawiacie — co piszecie, co czytacie, czego nie kończycie. Trzecie: co mówią o was dane, których sami nie tworzycie. Gdzie mieszkacie, z kim, jaka szkoła, jakie konto, jak płacicie. — Doradczyni przesunęła palcem. — A czwarte: wyniki waszych prac. Co wam naprawdę wychodzi. I tu jest haczyk, więc słuchajcie, bo tego nie mówię na każdym roczniku. — Zawiesiła głos. — Wyniki też są powiązane z narzędziami. Im wyższy Indeks, tym lepsze dostajecie narzędzia. Lepsze narzędzia dają lepsze wyniki. Lepsze wyniki podbijają Indeks. — Zakreśliła w powietrzu koło. — To się kręci. Komu się kręci w dobrą stronę, temu się kręci coraz szybciej. Waszym zadaniem jest wskoczyć na to koło wysoko i się nie puścić.
— A jak ktoś wskoczył nisko? — zapytał chłopak z pierwszej ławki. Nie Olek; Olek nie pytał o takie rzeczy na głos.
— Wskakuje od nowa — powiedziała doradczyni, bez okrucieństwa, po prostu jako fakt pogody. — Każdy może. Po to jest system otwarty, żeby każdy mógł.
— Ale jak ma niskie trzecie źródło, te dane, których sam nie robi — drążył chłopak — to jak je podniesie? Nie wybierze sobie, gdzie się urodził.
W sali zrobiło się ciszej. Doradczyni nie straciła pogody.
— Posłuchaj — powiedziała. — Sto lat temu o twoim życiu decydowało nazwisko. Jak się nazywałeś, czyim byłeś synem, kogo znał twój ojciec. Tego nie dało się podnieść w ogóle, z tym się człowiek rodził i umierał. A dziś? Dziś trzecie źródło jest najmniejsze z czterech. — Stuknęła w słupek, mały. — Najmniejsze. Reszta zależy od ciebie. Pierwszy raz w historii o człowieku decyduje głównie to, co człowiek robi, a nie czyim jest dzieckiem. Wy tego nie doceniacie, bo nie znaliście tamtego świata. Ja go jeszcze liznęłam. — Uśmiechnęła się. — Indeks nie jest niesprawiedliwy. Indeks jest najuczciwszą rzeczą, jaką ludzkość wymyśliła. Po prostu uczciwość jest trudniejsza, niż się wam wydaje, bo nie daje taryfy ulgowej.
Chłopak skinął głową i usiadł, i Klara widziała, że jego pytanie się rozpłynęło, że doradczyni nie tyle na nie odpowiedziała, ile uczyniła je nieładnym, czymś, co zadaje ktoś, kto szuka wymówki. Zapamiętała ten ruch, bo był piękny w swojej skuteczności.
Potem ćwiczyli na własnych panelach. Doradczyni kazała im podbić pierwszy słupek — pokazać, że się drąży. Klara wiedziała, jak to zrobić: zadać pytanie dłuższe, niż trzeba, rozłożyć je na części, dorzucić „a gdyby z drugiej strony”, poczytać coś, czego się nie musiało czytać, i zostawić po tym ślad. Zrobiła to gładko, jej słupek podskoczył, doradczyni skinęła głową. I przez sekundę Klarze mignęło, że niczego nie drążyła — udała to, ładnie, na ocenę niewidzialnej maszyny. Że między drążeniem a pokazywaniem, że się drąży, jest szpara, i ona właśnie stanęła nad tą szparą i w nią nie spojrzała.
Mignęło i zgasło. Słupek był wysoki. Tylko to było ważne.
------------------------------------------------------------------------
Po lekcjach poszła z Niną do Wodnika — tak nazywało się miejsce, do którego chodziło się po szkole, na wpół kawiarnia, na wpół coś jeszcze, gdzie sprzedawano napoje, których nazw Klara nie umiała wymówić, i gdzie dało się usiąść na piętrze, jeśli się miało po co.
Przy wejściu nie było kolejki w dawnym sensie. Był próg. Drzwi rozpoznawały, kto wchodzi, i układały świat pod wchodzącego: Klarę i Ninę wpuściły od razu na górę, do chłodnej części z widokiem. Kelner — prawdziwy, człowiek, bo obsługa przez człowieka była tu częścią tego, za co się płaciło — podszedł w pół minuty i mówił do nich tak, jak się mówi do kogoś, po kim spodziewa się, że wróci. Klara nawet tego nie zauważała. To było jej tłem od urodzenia.
Bo na dole, przy barze, stała dziewczyna w ich wieku, sama, i czekała. Zamówiła coś najtańszego i czekała na to dłużej, niż wypadało, a kelnerka — inna, młodsza — obsłużyła w tym czasie dwie osoby, które przyszły później. To nie było chamstwo. Nikt nie był niegrzeczny. System po prostu ustawił dziewczynę niżej w niewidzialnej kolejce, bo jej Indeks tak podpowiadał, i wszyscy, łącznie z dziewczyną, traktowali to jak coś zupełnie normalnego. Dziewczyna dostała w końcu swój napój, zapłaciła i wyszła, nie siadając. Nikt jej nie odmówił góry. Góra się przed nią nie otworzyła. Drzwi jakby nie zauważyły, że tam jest.
— Co tak patrzysz? — zapytała Nina, mieszając słomką.
— Nic — powiedziała Klara. — Zamyśliłam się.
I rzeczywiście się zamyśliła, ale nie umiała powiedzieć nad czym; miała tylko to samo niewyraźne uczucie co przy szparze na warsztacie — że stoi nad czymś i nie patrzy w to. Dziewczyna z dołu mogła być leniwa. Mogła źle pytać, źle płacić, zostawiać zły ślad. Pewnie tak było, bo inaczej by tu nie czekała. Klara upiła łyk swojego drogiego napoju, a napój smakował dokładnie tak dobrze, jak kosztował. I to było uspokajające: świat był spójny, dobre rzeczy trafiały tam, gdzie powinny, a ona była jednym z tych miejsc.
------------------------------------------------------------------------
Olka dogoniła na schodach następnego dnia, po lekcjach, sama nie wiedząc po co. Może dlatego, że wciąż nosiła w sobie tamten poniedziałek.
— Hej — powiedziała. — Słuchaj, ten drugi etap to i tak loteria. Połowa, co przeszła, odpadnie za miesiąc.
Olek spojrzał na nią z góry, bo był wyższy, i z dołu zarazem, bo obojgu było jasne, kto jest gdzie.
— Ładnie z twojej strony — powiedział. I nie zabrzmiało to złośliwie, tylko dokładnie, jak u kogoś, kto naprawdę zauważył, że ktoś chciał dobrze. — Ale nie odpadnę za miesiąc, bo mnie tam nie ma.
— No wiem. Mówię, że niewiele tracisz.