Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Alicja w Krainie Czarów - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 sierpnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
4,50 zł
Audiobook
5,00 zł
4,50
450 pkt
punktów Virtualo

Alicja w Krainie Czarów - ebook

Nieśmiertelny klasyk literatury w nowoczesnej formie ebooka. Pobierz go już dziś na swój podręczny czytnik i ciesz się lekturą!

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7991-611-5
Rozmiar pliku: 425 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Gdzie złoty popołudnia blask

suniemy wprzód jak we śnie.

U wioseł łapki mamy dwie

niewprawne i niespieszne,

zaś trzecia nam wskazuje cel,

chociaż go nie zna jeszcze.

Okrutne trzy! że właśnie dziś,

gdy wokół tak gorąco,

musicie żądać baśni, słów,

co bezruch parny mącą!

Ulegnie przecież jeden głos

trzem, gdy się w chórek złączą.

Oto więc Pierwsza skacze wprzód

i nakazuje mówić!

Druga dorzuca szybko: «Niech

w tej baśni sens się zgubi!»

Trzecia przerywa co i rusz

(czyli… rzadziej niż lubi).

Zapadła cisza, wszystkie trzy

już zasłuchane leżą,

śledząc dziewczynki pewnej sen

pełen mówiących zwierząt,

cudownych i dziwacznych scen

i trochę w niego wierzą!

A gdy fantazji gaśnie czar,

pomysłów nie ma dosyć

zmęczony mówca znów i znów

o zmiłowanie prosi.

«Dopowiem później…» «Czyli już!»

radosne krzyczą głosy.

Kraina Czarów rosła więc,

zawsze zdumiewająca,

bogatsza w coraz więcej scen,

aż doszliśmy do końca.

Pora nam wracać, płyńmy w blask

zachodzącego słońca.

Alicjo! Weź dziecięcą baśń

w swoje maleńkie dłonie

i złóż ją wśród Dzieciństwa snów,

owiń w pamięci promień.

Niech leży niczym suchy kwiat

w odległej rwany stronie.ROZDZIAŁ 1. W GŁĄB KRÓLICZEJ NORY

Alicja była już bardzo zmęczona bezczynnym siedzeniem z siostrą nad brzegiem rzeki: kilka razy zerknęła do książki siostry, ale nie było tam ani obrazków, ani rozmów. „A po co komu — pomyślała Alicja — taka książka bez obrazków i rozmów?”.

Rozważała właśnie (choć tego upalnego dnia czuła się senna i otępiała), czy warto wstać i pozbierać stokrotki, żeby potem upleść z nich wianek, gdy nagle tuż obok niej przebiegł biały królik z różowymi oczami.

Nie było w tym nic przesadnie niezwykłego, a Alicja wcale nie zdziwiła się też, gdy usłyszała, jak Królik mamrocze pod nosem: „Ojej! Ojej! Na pewno się spóźnię!” (Potem uznała, że może powinno ją to było zastanowić, ale w tamtej chwili wydawało się całkowicie naturalne). Kiedy jednak Królik wyciągnął z kieszeni kamizelki zegarek na łańcuszku, sprawdził godzinę i zaraz pognał dalej, Alicja skoczyła na równe nogi, bo pomyślała, że przecież nigdy jeszcze nie widziała królika w kamizelce, ani królika noszącego w kieszeni zegarek. Ogromnie zaciekawiona, pobiegła za nim przez pole i akurat zdążyła zobaczyć, jak wskakuje do dużej nory pod żywopłotem.

Natychmiast skoczyła w jego ślady, nie zastanowiwszy się wcale, jak później wróci na powierzchnię.

Królicza nora przypominała tunel, który przez dłuższy czas prowadził prosto, ale kończył się rozpadliną tak niespodziewanie, że zanim Alicja zdążyła choćby pomyśleć o tym, że mogłaby przystanąć, już leciała w głąb jak gdyby głębokiej studni.

Albo ta studnia była naprawdę bardzo głęboka, albo Alicja leciała wyjątkowo powoli, miała bowiem mnóstwo czasu, żeby spojrzeć wokół i pomyśleć, co też wydarzy się dalej. Najpierw wytężyła wzrok, żeby zobaczyć, co czeka na nią w dole, panowały tam jednak zbyt gęste ciemności. Potem popatrzyła na ściany i zauważyła, że są wyłożone szafami i półkami na książki; widziała również mapy i obrazy zawieszone na gwoździach. Sięgnęła do jednej z mijanych półek i zdjęła z niej słoik z napisem „Dżem z pomarańczy”. Przeżyła wielkie rozczarowanie, kiedy okazał się pusty, nie chciała go jednak wyrzucić, żeby nie spadł i nie zabił kogoś stojącego poniżej, odłożyła go więc do kolejnej szafy, kiedy akurat przelatywała obok.

„Jedno jest pewne!”, pomyślała Alicja. „Po takim locie żaden upadek ze schodów nie zrobi już na mnie wrażenia! W domu wszyscy uznają mnie za niezwykle dzielną! Nawet gdybym spadła z samego czubka dachu, nie pisnę ani słowa!” (Tu akurat miała chyba całkowitą rację).

W dół, w dół, w dół. Czy miała tak spadać już zawsze?

— Ile kilometrów przeleciałam? — spytała na głos. — Muszę być blisko środka Ziemi. Niech pomyślę… to by oznaczało chyba jakieś sześć i pół tysiąca kilometrów…

Trzeba wam wiedzieć, że Alicja poznała w szkole wiele podobnych ciekawostek, a choć nie był to najlepszy moment, by popisywać się wiedzą (nikt jej przecież nie słyszał), i tak uznała, że warto powtórzyć poznany materiał.

— Tak, dystans się zgadza… ale ciekawa jestem, na jaką trafiłam długość i szerokość geograficzną. (Alicja nie miała pojęcia, czym jest długość geograficzna, ani też szerokość, lubiła jednak wymawiać te przyjemnie wymyślne słowa).

Mówiła dalej:

— Ciekawe, czy przelecę prosto przez centrum Ziemi! Zabawnie będzie wypaść wśród ludzi chodzących do góry nogami, czyli, zdaje się, Antypatydów… (tym razem ucieszyła się, że nikt jej nie słyszy, bo słowo zabrzmiało jakoś niewłaściwie). — Cóż, będę musiała zapytać ich, jak nazywają swój kraj. „Przepraszam panią bardzo, czy tu jest Nowa Zelandia, czy Australia?” (I spróbowała dygnąć na próbę. Wyobrażacie sobie? Dygnąć podczas spadania! Myślicie, że wam by się udało?) Albo nie! Po takim pytaniu rozmówczyni na pewno uznałaby mnie za durną! To wykluczone! Może wypatrzę gdzieś napis z nazwą kraju.

W dół, w dół, w dół. Nie było nic do roboty, Alicja zaczęła znowu mówić.

— Dina będzie dziś za mną bardzo tęsknić (Dina była kotką). Oby pamiętali, żeby wystawić dla niej spodeczek mleka. Moja kochana Dino! Szkoda, że cię tu ze mną nie ma! W powietrzu co prawda nie latają myszy, ale mogłabyś capnąć gacka, a to przecież prawie jak mysz. Ciekawe czy kotki jedzą gacki.

Tu Alicja zrobiła się senna, mruczała więc sobie pod nosem: „Kotki jedzą gacki? Kotki jedzą gacki?”, a czasem „Gacki jedzą kotki? Gacki jedzą kotki?”. Ponieważ nie znała odpowiedzi na żadne z tych pytań, kolejność słów nie miała większego znaczenia. Czuła, że przysypia i zaczął jej się śnić sen, w którym szła po plaży ręka w łapkę z Diną, i prosiła ją bardzo poważnym tonem:

— Słuchaj, Dino, powiedz prawdę. Czy zjadłaś kiedyś jakiegoś gacka?

A potem nagle: Bum! Wylądowała na stercie patyków i suchych liści i taki był koniec długiego lotu.

Alicji nic się nie stało, więc natychmiast wstała. Spojrzała w górę, ale nad jej głową było zupełnie ciemno. Przed sobą miała długi korytarz. Zobaczyła Białego Królika, który właśnie biegł nim ile sił w nogach. Nie było chwili do stracenia: Alicja pomknęła jak strzała i zdążyła jeszcze usłyszeć słowa Królika, który, znikając za rogiem, mamrotał: „Na moje uszy i wąsy! Ależ jest późno!”. Niemal deptała mu po piętach, ale kiedy sama skręciła, nie było po nim ani śladu. Znalazła się w kolejnym długim i wąskim korytarzu, oświetlonym przez rząd wiszących pod sufitem lamp.

Po obu stronach ciągnęły się długie rzędy drzwi, niestety zamkniętych na klucz. Kiedy spróbowała już — bezskutecznie — otworzyć je wszystkie po kolei, ruszyła środkiem korytarza ze spuszczoną głową, bo nie miała pojęcia, jak zdoła się stąd wydostać.

Niespodziewanie trafiła na stolik o trzech nogach, zrobiony ze szkła. Na blacie leżał tylko maleńki złoty kluczyk — Alicja od razu uznała, że musi pasować do którychś drzwi, ale niestety! Albo dziurki były za duże, albo kluczyk za mały, w każdym razie żadnych nie udało się otworzyć. Kiedy znów przemierzała korytarz, odkryła jednak sięgającą aż do podłogi kotarę, którą wcześniej musiała przegapić. Za nią znajdowały się drzwiczki o wysokości mniej więcej czterdziestu centymetrów. Alicja wsunęła złoty klucz do zamka i poczuła ogromną radość, gdy okazało się, że pasuje jak ulał!

Otworzyła drzwiczki i zobaczyła tunel nieszerszy od wejścia do szczurzej nory. Kiedy uklękła, żeby lepiej spojrzeć, na jego drugim końcu dostrzegła najpiękniejszy ogród, jaki tylko można sobie wyobrazić. Zapragnęła opuścić ciemny korytarz i pospacerować wśród barwnych rabatek i fontann chłodnej wody, ale w drzwiczkach nie mieściła się nawet jej głowa. „A gdyby jakimś cudem głowa przeszła”, pomyślała biedna Alicja, „bez ramion i tak byłaby do niczego! Jaka szkoda, że nie potrafię złożyć się niczym teleskop! Chyba dałabym radę, gdybym tylko wiedziała, od czego zacząć”. Ostatnio wydarzyło się bowiem tak wiele niezwykłych rzeczy, że Alicja mało co uznawała już za całkiem niemożliwe.

Nie było chyba sensu czekać przy drzwiczkach, wróciła więc do stolika. Miała nadzieję, że znajdzie na nim kolejny klucz albo chociaż poradnik dla ludzi pragnących składać się teleskopowo, tym razem zastała tam jednak małą buteleczkę. („Z pewnością jej tu wcześniej nie było!”, stwierdziła Alicja). Wokół szyjki była owinięta kartka z pięknie wykaligrafowanym napisem „WYPIJ MNIE”.

Wiadomość była jednoznaczna, ale mądra Alicja nie zamierzała działać pochopnie.

— Nie — stwierdziła. — Najpierw spojrzę, czy na butelce nie ma aby napisu „trucizna”.

Czytała bowiem wiele przeuroczych opowiastek o dzieciach, które się poparzyły, zostały pożarte przez dzikie zwierzęta albo musiały znosić inne nieprzyjemności, ponieważ nie stosowały się do nauk udzielanych im przez dobrych przyjaciół. Na przykład: że rozpalony do czerwoności pogrzebacz może cię sparzyć, jeśli przytrzymasz go w dłoni zbyt długo. Albo: jeśli naprawdę głęboko zatniesz się nożem w palec, palec zapewne zacznie krwawić. Alicja doskonale pamiętała, że ten, kto napije się z butelki oznaczonej słowem „trucizna”, prędzej czy później niemal na pewno będzie miał sensacje żołądkowe.

Tym razem jednak napisu „trucizna” nie było, Alicja postanowiła więc wziąć szybki łyk, a kiedy poczuła, że płyn jest przepyszny (smakował jak mieszanka tarty czereśniowej, budyniu, ananasa, pieczonego indyka, grzanek z masłem i toffi), szybko wypiła wszystko do dna.

*

— Co za dziwne uczucie! — zawołała Alicja. — Chyba składam się jak teleskop!

Rzeczywiście: miała teraz tylko dwadzieścia pięć centymetrów wzrostu. Uśmiechnęła się szeroko na myśl, że będzie mogła przejść przez drzwiczki i zbadać piękny ogród. Najpierw zaczekała jednak kilka minut, żeby upewnić się, że bardziej nie zmaleje. Ta perspektywa trochę ją zresztą zaniepokoiła. „Ostatecznie mogłabym całkowicie zniknąć”, powiedziała do siebie, „zgasnąć jak świeczka. Ciekawe, jak też bym wtedy wyglądała!”. Spróbowała wyobrazić sobie zdmuchnięty płomień świecy, bo chyba jeszcze nigdy czegoś podobnego nie widziała.

Po pewnym czasie, gdy nie wydarzyło się już nic więcej, postanowiła ruszyć w stronę ogrodu, ale… o, biedna Alicja! Gdy dotarła do drzwi, zrozumiała, że zapomniała o złotym kluczyku, a kiedy wróciła do stołu, nie mogła go już dosięgnąć; widziała go doskonale przez szklany blat, ale szklane nogi były zbyt śliskie na wspinaczkę. Alicja próbowała wejść po nich znów i znów, aż całkiem się zmęczyła, usiadła na ziemi i zaczęła płakać.

— No już, nie maż się, to bez sensu! — nakazała sobie ostrym tonem. — W tej chwili przestań, dobrze ci radzę!

Zwykle udzielała sobie naprawdę świetnych rad (choć bardzo rzadko się do nich stosowała), a czasem beształa się tak surowo, że aż łzy stawały jej w oczach. Pewnego razu spróbowała dać sobie prztyczka w ucho, bo oszukiwała podczas gry w krokieta, choć grała sama ze sobą. To nadzwyczajne dziecko chętnie bowiem udawało, że jest dwiema osobami na raz. „Teraz jednak nie ma sensu udawać!”, pomyślała biedna Alicja. „Zostało mnie zbyt mało nawet na jedną porządną osobę!”.

Niespodziewanie zauważyła leżące pod stolikiem szklane pudełeczko. Gdy je otworzyła, znalazła w środku babeczkę, pięknie przyozdobioną rodzynkami ułożonymi w napis „ZJEDZ MNIE”.

— W porządku, zjem ją — stwierdziła Alicja. — Jeśli sprawi, że urosnę, dosięgnę klucza, a jeśli zmaleję, prześlizgnę się przez szparę pod drzwiczkami. Tak czy owak dotrę do ogrodu, więc wszystko mi jedno, co będzie!

Odgryzła kawałek, po czym zapytała nerwowo: „W którą stronę? No, w którą?”, trzymając dłoń na czubku głowy, żeby od razu wyczuć, czy zacznie rosnąć, ale ze zdziwieniem odkryła, że jej rozmiar wcale nie ulega zmianie. Tak to zwykle bywa, rzecz jasna, kiedy je się ciastka, Alicja przywykła już jednak do zdarzeń całkiem nietypowych. Zaczęła się ich spodziewać, normalny obrót wydarzeń uznała zatem za nudny i głupi.

Dlatego, nie tracąc już więcej czasu, szybko dokończyła ciastko.ROZDZIAŁ 2. JEZIORO ŁEZ

— Coraz zdziwniej i zdziwniej! — zawołała Alicja (bo była tak zaskoczona, że na chwilę zapomniała, jak się poprawnie mówi). — Rozsuwam się niczym największy teleskop świata! Żegnajcie, stopy! (kiedy na nie spojrzała, wydawały się tak odległe, że prawie niewidoczne). — Och, moje biedne stópki! Kto włoży na was teraz pończochy i buty, skarby moje? Ja na pewno nie dam rady! Będę o wiele za daleko, żeby się wami kłopotać… musicie radzić sobie same!

„Powinnam być dla nich miła”, pomyślała Alicja, „bo inaczej mogą przestać chodzić tam, gdzie zechcę… Już wiem! Mogę kupować im nową parę butów na każde Święta Bożego Narodzenia”.

I zaczęła planować, jak tego dokona. „Nie obejdzie się bez kuriera” — pomyślała. „Śmiesznie będzie wysyłać prezenty własnym stopom! I to na taki przedziwny adres!”

Szanowna Pani Prawa Stopa Alicji,

Dywanik, Niedaleko Kominka

(z ucałowaniami od Alicji).

„Jejku, co za bzdury wymyślam!”

Wtedy właśnie uderzyła głową w sufit korytarza: miała prawie trzy metry wzrostu, chwyciła więc szybko złoty kluczyk i ruszyła w stronę drzwi do ogrodu.

Biedna Alicja! Musiała położyć się na boku, żeby zajrzeć w głąb tunelu choć jednym okiem! Wejście do środka było dla niej teraz jeszcze bardziej niewykonalne niż przed chwilą. Usiadła i znowu zaczęła płakać.

— Wstydź się! — powiedziała. — Taka duża dziewczynka (dosłownie!), a ciągle się mazgai! Natychmiast przestań, słyszysz? — Ale i tak płakała, wylewała kolejne litry łez, aż utworzyły wokół niej jezioro o głębokości dziesięciu centymetrów, sięgające do połowy długości korytarza.

Po pewnym czasie usłyszała gdzieś w oddali tupot nóg, więc szybko otarła oczy, aby przekonać się, kto też nadbiega. Okazało się, że to Biały Królik: wrócił odświętnie ubrany, ściskając w jednej dłoni rękawiczki z jasnej skórki, a w drugiej wachlarz; pędził przed siebie, wciąż mamrocząc pod nosem:

— Ach, Księżna! Księżna! Wścieknie się, jeśli będzie musiała na mnie czekać!

Alicja czuła taką rozpacz, że była gotowa poprosić o pomoc każdego. Kiedy Królik się zbliżył, przemówiła cichym, nieśmiałym głosem:

— Przepraszam pana najmocniej…

Królik stanął jak wryty, upuścił rękawiczki i wachlarz, i umknął w mrok najszybciej jak potrafił.

Alicja podniosła porzucone rzeczy, a jako że w korytarzu było okropnie gorąco, zaczęła się wachlować, mówiąc dalej:

— O rety, jakie dziś wszystko dziwne! A jeszcze wczoraj nic nie odbiegało od normy. Może odmieniono mnie w nocy? Niech pomyślę… czy kiedy się obudziłam, byłam taka, jak zwykle? Chyba pamiętam, że czułam się troszkę inna. Ale jeśli ja to nie ja, nasuwa się kolejne pytanie: kim jestem? Tak, to największa zagadka!

Zaczęła przypominać sobie wszystkie znajome dzieci w jej wieku, żeby ocenić, czy mogła stać się którymś z nich.

— Z pewnością nie jestem Adą — stwierdziła — bo ona ma długie włosy w lokach, a moje się w ogóle nie kręcą. Ani Mabel, bo ja wiem mnóstwo rzeczy, a ona… cóż, ona nie wie prawie nic! Poza tym ona to ona, a ja to ja i… rety, jakie to zagmatwane! Sprawdzę, czy wiem wszystko, co wiedziałam dawniej. Pomyślmy: cztery razy pięć to dwanaście, a cztery razy sześć trzynaście, a cztery razy siedem… ojej! W tym tempie nigdy nie dojdę do dwudziestu! Tabliczka mnożenia nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Sięgnijmy do geografii. Londyn jest stolicą Paryża, Paryż stolicą Rzymu, a Rzym… nie, wszystko źle, jestem pewna, że źle! Na pewno zmieniono mnie w Mabel! Spróbuję zaśpiewać Iskiereczkę.

Splotła dłonie przed sobą, jakby wywołano ją do odpowiedzi na lekcji i zaczęła nucić kołysankę; jej głos brzmiał jednak ochryple i obco, a słowa okazały się zupełnie inne niż dawniej:

Z popielnika na Wojtusia

mruga pan krokodyl.

Błyska łuską, łapą rusza,

skacze w Nilu wody.

Tam uroczo się uśmiecha,

rozczapierza szpony.

Na ławicę rybek czeka

słodko wyszczerzony.

— Nie, to z pewnością szło jakoś inaczej — stwierdziła nieszczęsna Alicja, a jej oczy znów napełniły się łzami. — Chyba rzeczywiście jestem Mabel, przyjdzie mi żyć w jej ciasnym domu bez prawie żadnych zabawek i ciągle, ciągle będę musiała się uczyć! Nie! Już postanowione! Jeżeli jestem Mabel, zostanę tutaj! Na nic będą wtykać głowy pod ziemię i mówić: „Wychodź, skarbie!”. Spojrzę na nich tylko i odpowiem: „A kim właściwie jestem? Powiedzcie, kim jestem, a jeśli okaże się, że kimś, kogo lubię, to wyjdę. Jeżeli nie, zostanę tutaj i zaczekam, aż zmienię się w kogoś innego”. Ale… o rety! — zaszlochała niespodziewanie Alicja. — Naprawdę chciałabym, żeby ktoś do mnie zajrzał! Mam już okropnie dość tego, że jestem zupełnie sama!

Po tych słowach spojrzała na swoje dłonie i ze zdziwieniem stwierdziła, że podczas mówienia włożyła jasne rękawiczki Królika. „W jaki sposób?”, pomyślała. „Chyba znowu jestem coraz mniejsza”. Kiedy wstała i podeszła do stołu, aby zmierzyć się przy blacie, odkryła, że ma teraz mniej więcej sześćdziesiąt centymetrów wzrostu i maleje z każdą chwilą. Wkrótce wyjaśniła się tego przyczyna: Alicję zmieniał wachlarz, który trzymała w dłoni. Cisnęła go na ziemię, żeby się doszczętnie nie skurczyć.

— Niewiele brakowało! — stwierdziła, nieco przestraszona nagłą przemianą, ale zadowolona, że nie przestała istnieć. — A teraz do ogrodu! — I ruszyła pędem w stronę maleńkich drzwiczek. Ale niestety! Znów były zamknięte, a złoty kluczyk leżał z powrotem na szklanym stole.

„Jest gorzej niż kiedykolwiek” pomyślała biedna dziewczynka. „Bo taka mała przecież nie byłam jeszcze nigdy, przenigdy! Oficjalnie uznaję sytuację za fatalną!”

Gdy tylko to wszystko pomyślała, poślizgnęła się, a sekundę później rozbrzmiało głośne „plusk!”: Alicja po szyję skąpała się w słonej wodzie! Najpierw przyszło jej do głowy, że jakimś cudem wpadła do morza. „W takim razie wrócę koleją”, stwierdziła. (Choć była nad morzem tylko raz w życiu, nabrała pewności, że wszędzie na angielskim wybrzeżu znaleźć można przebieralnie, dzieci kopiące w piasku drewnianymi łopatkami, rząd pensjonatów, a za nimi stację kolejową). Szybko jednak zrozumiała, że wpadła do jeziora łez, które sama wypłakała, kiedy miała trzy metry wzrostu.

— Szkoda, że tak się wtedy mazgaiłam! — stwierdziła Alicja, pływając w kółko i usiłując znaleźć wyjście z tej sytuacji. — Oto kara za moje zachowanie: utonę we własnych łzach! To będzie dopiero dziwaczne, nie ma dwóch zdań! Choć dzisiaj dziwaczne jest przecież wszystko.

W tej samej chwili usłyszała plusk dochodzący z sadzawki. Podpłynęła bliżej, żeby zbadać jego źródło. Sądziła, że za hałasy odpowiada mors albo hipopotam, ale potem przypomniała sobie, jaka jest obecnie maleńka, a po chwili przed sobą dostrzegła mysz, która musiała poślizgnąć się tak samo jak ona.

„Czy warto gadać do myszy?”, pomyślała Alicja. „Wszystko jest tutaj tak nietypowe, że nie zdziwię się, jeżeli ona będzie potrafiła mówić. Cóż szkodzi spróbować?”

Zaczęła więc od:

— O, Myszy! Czy wiesz może, jak się wydostać z jeziora? Jestem już bardzo zmęczona pływaniem, o Myszy! (Alicja sądziła, że tak właśnie należy przemawiać do myszy. Nigdy wcześniej tego nie robiła, pamiętała jednak podręcznik do gramatyki łacińskiej swojego brata. „Kto co mysz, kogo czego myszy, komu czemu myszy, z kim z czym z myszą, o myszy!”) Mysz posłała jej ciekawe spojrzenie i chyba nawet puściła oczko, ale się nie odezwała.

„Może nie zna angielskiego”, pomyślała Alicja. „Niewykluczone, że to francuska myszka, która przybyła do Anglii z Wilhelmem Zdobywcą”. (Alicja była świetna z historii, ale nie bardzo wiedziała, jak dawno temu coś się wydarzyło). Zaczęła od początku:

— Où est ma chatte? — Tak brzmiało pierwsze zdanie z jej książki do francuskiego.

Mysz natychmiast wyskoczyła z wody i zaczęła dygotać ze strachu.

— Przepraszam najmocniej! — zawołała Alicja przerażona, że uraziła biednego zwierzaka. — Całkiem zapomniałam, że pani nie lubi kotów.

— Nie lubię kotów?! — zakrzyknęła piskliwie Mysz. — A ty byś je lubiła na moim miejscu?

— Cóż, może i nie — łagodnie przyznała Alicja. — Ale proszę się już o to nie złościć. Chętnie przedstawiłabym pani naszą kotkę Dinę. Gdyby ją pani zobaczyła, polubiłaby pani wszystkie koty. To cudowne, ciche stworzenie. — Alicja mówiła dalej, trochę do Myszy, a trochę do siebie, pływając leniwie w kółko. — Kiedy siedzi przy palenisku, wspaniale mruczy, liże sobie łapki i myje pyszczek. Jest mięciutka, więc uwielbiam ją tulić. No i fantastycznie radzi sobie z łowieniem myszy… och, przepraszam najmocniej! — zawołała Alicja, bo Mysz cała się zjeżyła, niewątpliwie śmiertelnie urażona. — Jeśli pani woli, przestaniemy już o niej mówić.

— „My”?! Jakie „my”?! — zawołała Mysz i zadygotała aż po czubek ogona. — Przecież ja nigdy nie podjęłabym podobnego tematu! Moja rodzina od zawsze nienawidzi kotów! To okrutne, prymitywne, wulgarne istoty! Nie mów mi o nich więcej ani słowa!

— Nie powiem! — zapewniła Alicja, aby jak najszybciej zmienić temat. — A czy… a czy lubi pani… no, psy? — Mysz milczała, Alicja ciągnęła więc: — Niedaleko naszego domu żyje wspaniały piesek, którego chętnie bym pani pokazała! Mały terierek o błyszczących oczach, rozumie pani, z długą, kręconą sierścią! Potrafi aportować, siadać i prosić o kolację, robić różne sztuczki… połowy z nich nawet nie pamiętam… a należy do farmera, rozumie pani, który mówi, że pies jest niezwykle przydatny i wart nawet sto funtów! Podobno zagryza na farmie wszystkie szczury oraz… o rety! — zawołała Alicja ze smutkiem. — Chyba znowu ją uraziłam!

Mysz odwróciła się bowiem i spróbowała jak najszybciej odpłynąć, rozbryzgując przy tym wodę w jeziorze.

Alicja zawołała cicho:

— Kochana Myszko! Wróć proszę, nie będę już mówić ani o kotach, ani psach, skoro tak ich nie lubisz!

Na te słowa Mysz odwróciła się ponownie i powoli podpłynęła bliżej. Miała pobladły pyszczek (z emocji, uznała Alicja), a odezwała się głosem cichym i drżącym:

— Dopłyńmy do brzegu. Tam opowiem ci moją historię i zrozumiesz, czemu nienawidzę kotów oraz psów.

Rzeczywiście była już pora wyjść, bo w jeziorze zaroiło się od ptaków oraz innych zwierząt, które wpadły do wody: była tam Kaczka, Ptak Dodo, Papuga Lora, Orlątko i kilka innych dziwnych stworzeń. Alicja ruszyła przodem, a cała menażeria popłynęła za nią do brzegu.

_Koniec wersji demonstracyjnej._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij