Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Alma - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 marca 2026
3610 pkt
punktów Virtualo

Alma - ebook

Powieść o korzeniach, które mogą zarówno dawać poczucie przynależności, jak i zamykać w klatce.

Alma spędza zaledwie trzy dni w Trieście, skąd wyjechała, by ułożyć sobie życie gdzie indziej, i dokąd wróciła, by odebrać spuściznę nieoczekiwanie pozostawioną jej przez ojca. Odnajduje tu zapomnianą mapę swego życia i wraca do miejsc, od których niegdyś uciekła – na przykład do mieszkania dziadków, strażników tradycji i kultury Mitteleuropy. Wydaje się ono odległe o lata świetlne od chaosu domu na płaskowyżu Kras, dokąd Alma kiedyś przeprowadziła się z dnia na dzień wraz z rodzicami i gdzie dołączył do nich Vili, syn belgradzkich przyjaciół ojca. To właśnie Vili, dawno niewidziany brat, przyjaciel i rywal, ma jej teraz przekazać schedę po zmarłym ojcu.

Trzy dni prawosławnej Wielkanocy odgraniczą to, co bezpowrotnie minęło – dzieciństwo, wolność, Jugosławię, wyprawy na ulubioną przez marszałka Titę wyspę Brioni oraz ekscytującą atmosferę przygranicza – od tego, co będzie.

Federica Manzon napisała powieść, w której tożsamość, pamięć i Historia – pojedynczych ludzi, rodzin i narodów – nieustannie odnajdują się i gubią, a Triest jest miejscem, z którego można obserwować mozolne próby zrozumienia tego, kim jesteśmy i gdzie jest nasz dom.

Alma nie potrafiłaby powiedzieć, dokąd przynależy, i jej Miasto też tego nie wie. Wyobrażało sobie siebie w Austrii, marzyło o słowiańskim królestwie, łączyło nadzieje z państwem zjednoczonym przez Garibaldiego, ale w końcu pozostało obce wszystkim, a przede wszystkim samemu sobie.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368542684

FRAGMENT KSIĄŻKI

W kwietniu między lądem a Wyspą kursuje niewiele statków. Kobieta, która przemierza wyludnione miasteczko, ma długie, smukłe nogi i zmarszczki w kącikach błękitnych oczu jak ktoś, kto często mruży powieki, by chronić się przed wiatrem. Podnosi spojrzenie na dzwonnicę, widzi rozprostowującą skrzydła mewę. Idzie między pustymi teraz domami letniskowymi o zamkniętych okiennicach. Fasady niektórych z nich są podziurawione kulami, na kilku wiszą flagi Dinamo Zagrzeb rozpięte na sznurach do suszenia prania. Kobieta ma na imię Alma.

Rano zadzwoniła do hotelu na Wyspie z pytaniem, czy może zarezerwować pokój. Tak, może, odpowiedziano jej mało uprzejmie. Wiele się zmieniło, ale ludzie pozostali tak samo gburowaci jak kiedyś.

Tymczasem niebo się przejaśniło i zaświeciło słońce, blade jak nad Bałtykiem. Przychodzi jej na myśl, że spędziła życie, mając nad sobą niebo takie jak to i goniąc za czymś, co dla niej samej nie było jasne. Pewnej zimy w jej Mieście na wschodzie kraju – musiał to być koniec lutego – spacerowała po lasku barona Revoltelli wśród drzew kołysanych wiatrem bora, ściskając w kieszeni płaszcza drżącą dłoń mężczyzny. Często jej się to zdarzało: poznawała ludzi, z którymi spędzała czas, razem patrzyli w niebo, razem przemierzali kawałek drogi, a potem ona odchodziła.

Dzwony wybijają godzinę. Kapitan statku zniknął w kabinie, pewnie sprawdza, czy wszystko jest gotowe do drogi. Alma pośpiesznie wchodzi na trap, nikt nie sprawdza jej biletu, jest jedyną pasażerką, wygląda na cudzoziemkę z Północy.

Wszędzie, gdzie mieszkała, brano ją za przyjezdną. Może dlatego, że jej gesty przywodzą na myśl nietrwałość, jakby właśnie przenosiła się gdzieś indziej, a może zwleka o chwilę za długo z odpowiedzią na pytania i ludzie myślą, że nie rozumie ich języka, czy może nawet żadnego języka, podczas gdy Alma włada kilkoma.

Na pokładzie statku opiera łokcie na barierce i wychyla się, żeby patrzeć na wodę, której powierzchnia w momencie odpalenia silników zaczyna się marszczyć. Kiedyś wpadł jej do wody kupiony w Wenecji słomkowy kapelusik z niebieską wstążką. Była jeszcze mała, ojciec trzymał ją na rękach tuż przy burcie. Zaraz potem zszedł z nią pod pokład, by przestała płakać. Na jego widok kilku ludzi podniosło się z miejsc i uścisnęło mu dłoń. Ojciec powiedział coś do kapitana, na co ten wyjął z szafki pod sterem czapeczkę z niebieskiego materiału z naszytą na niej czerwoną gwiazdą i włożył jej na głowę. Alma podziękowała, a kapitan wymienił z ojcem porozumiewawcze spojrzenie.

Czapka jugosłowiańskich pionierów nie przetrwała jej dzieciństwa, nie ma zdjęć, które upamiętniałyby tamten dzień. Zresztą wtedy mało kto bywał uwieczniany przy świątecznych okazjach; chyba że miało się szczęście uczestniczyć w pochodzie z okazji święta państwowego i trafić do gazety „Vjesnik” czy „Novi list”.

Almie pozostało z tego dnia wspomnienie niebieskich sandałków i marynarskiej bluzki. Przez długie lata sądziła, że to wspomnienie było wytworem jej wyobraźni, wyrosłym na pustyni rodzinnej pamięci z uporem akacji na Saharze. A potem przestała o tym myśleć.

W tamtych czasach dwa lub trzy razy w roku ojciec zabierał ją na Wyspę. Panowała tam zawsze świąteczna aura, jak podczas festiwalu filmowego, z szampanem rozlewanym do kieliszków – atmosfera beztroski możliwa jedynie w państwie politycznie niezaangażowanym. Mężczyźni w marynarkach i krawatach lub w białych kapeluszach przechadzali się alejami albo wozili się po Wyspie w małych kabrioletach; stada saren skubały trawę na polach golfowych. Alma skakała do morza z płaskich skał, nurkowała wśród cefali, sargusów i ukwiałów wielkości pięści. Nie wolno jej było z nikim rozmawiać, ale nawet gdyby chciała, nie mogłaby tego robić, bo na Wyspie wszyscy mówili niezrozumiałymi dla niej językami. Tylko od czasu do czasu rozpoznawała tu i ówdzie dźwięki podobne do tych, które słyszała w Mieście, w autobusie albo na plaży za sosnowym laskiem, gdzie przychodzili się kąpać Słoweńcy z Contovello.

Od czasu do czasu na Wyspie spotykała też inne dzieci, nosiły białe bluzki, czerwone chustki na szyjach i niebieskie czapki z czerwoną gwiazdą, podobne do tej, którą dostała od kapitana. Na wyjaśnienie ojca, że to pionierzy, odparła kiedyś, że ona też chciałaby być pionierką. A niby dlaczego? Żeby nosić taki mundurek jak oni! W rzeczywistości nie znosiła pionierów. Byli jak obce plemię, banda niedostępna dla nikogo z zewnątrz. Porozumiewali się niezrozumiałym językiem i gestami tworzącymi nieprzenikniony kod. Witali się uderzeniem otwartych dłoni lub pięści, ciągle wrzeszczeli, skakali do morza z najniebezpieczniejszych klifów na południu Wyspy i gwizdali na palcach. Czasem ciągnęli ją za sobą na wyprawy do willi Marszałka i przez dziury w ogrodzeniu podglądali, jak kelnerzy w uniformach rozpalali grill i układali kwiaty w wazonach na wielkich kamiennych stołach. Wszystkie wejścia na teren willi były strzeżone przez żołnierzy, ale żaden z nich nigdy ich nie przegonił ani nawet im nie pogroził, gdy stawali się uciążliwi, ponieważ wódz uwielbiał dzieci. Fotografował się z nimi na publicznych uroczystościach, całował je i z dobrodusznym uśmiechem przyjmował od nich prezenty, nie skąpił pieniędzy na zawody sportowe i chętnie się im przyglądał wraz z żoną i dygnitarzami, którym udało się przeżyć czystki.

Czasem Alma spotykała przypadkiem ojca, kiedy spacerował alejami w towarzystwie kobiet w naszyjnikach z pereł i mężczyzn palących papierosy. Ojciec mrugał do niej wtedy porozumiewawczo, tak żeby się domyśliła, że to nie jest odpowiedni moment na przypominanie ludziom, że ma córkę. Przechodząc obok niego, słyszała, jak mówił w różnych językach, słowa gładko wypływały z jego ust, przechodziły jedno w drugie tak płynnie, że w ich ciągu nie dało się rozpoznać żadnego akcentu ani odgadnąć, skąd pochodzi i – co ważniejsze – po czyjej stoi stronie. Gdzie się urodził? Kim byli jego rodzice? Skąd się wzięło jego imię? Eleganckie kobiety i mężczyźni, z którymi spacerował, nie wiedzieli, że ojciec ma cygańską duszę, potrafi wymyślać na poczekaniu zapierające dech w piersiach historie i śpiewać przerażające kołysanki, a kiedy wychodzi z domu, nikt nie jest pewny, czy i kiedy wróci. Nie można było na nim polegać. Zawsze ciągnęło go na Wschód, a matce i jej nie pozostawało nic innego, jak na niego czekać. Wiecznie tylko czekać.

Dzieciństwo Almy, które trwało mniej więcej do czasu, gdy przenieśli się do domu na płaskowyżu Kras, wypełnione było wyczekiwaniem, z regularnie powtarzającymi się popołudniami pełnymi napięcia. Matka przynosiła do domu aluminiowe tacki z ulubionymi potrawami ojca. Były na nich smażone _ćevapčići_ i _ajvar_, _kipfel_ i duszona boćwina z ziemniakami, cała kolacja gotowa na jego powrót, ale zwykle kończyło się na tym, że zjadały ją same. To, że Almę w dorosłym życiu bardzo irytował stukot obcasów kobiecych pantofli na parkiecie, miało swój początek w owych dniach niespełnionych nadziei, kiedy matka, w zielonej satynowej sukience odsłaniającej ramiona i kolana, godzinami chodziła między kuchnią a oknem w salonie, tam i z powrotem, bez przerwy, przy dręczącym akompaniamencie obcasów, zanim poddawała się coraz głębszej ciemności, a pantofle trafiały do komórki, pozostawiwszy w powietrzu ślad niepokoju i bólu.

*

Matka przeżyła dzieciństwo pod ciężarem bielizny ze sztywnej bawełny ułożonej w szafach z wojskowym rygorem, poprzekładanej woreczkami z lawendą i płatkami mydła marsylskiego, zastawiona sofami dopasowanymi kolorem do ścian i dywanów, skrępowana idealnym porządkiem i imperatywem dobrego smaku. Stąd pewnie wziął się jej pociąg do niestabilności, patologicznej niespokojności. Była przekonana, że chce surfować po falach oceanu, ale poprzestawała na dryfowaniu na słabo skleconej tratwie po wzburzonym morzu i tęsknocie za stałym lądem. W młodości studiowała historię sztuki, bo mówiono jej, że świetnie się ubiera, ale kiedy brakowało jej już zaledwie kilku egzaminów, rzuciła naukę i wyszła za mąż za ojca Almy, Słowianina. Naraziła się w ten sposób na groźby, pomstowania, a wreszcie powściągliwą wrogość swoich rodziców.

Nie umiała robić nic konkretnego. Nigdy nie gotowała, nie wiedziała, jak założyć prześcieradło na materac, wciąż wypadało jej coś z rąk i plamiło parkiet, przez co z czasem zaczął przypominać drewniane stoły w gospodach. Nigdy w życiu nie przyszła punktualnie na umówione spotkanie. Za to kochała rośliny i ukwiecone ogrody, w ich domu żywa natura konkurowała z brudną bielizną, filiżankami z zaschniętą kawą i pozostawionymi na stole okruchami. Dostała pracę w Città dei Matti – w Mieście Pomyleńców, jak nazywano tutejszy szpital psychiatryczny – bo na rozmowę kwalifikacyjną przyszła z bukietem róż w ramionach, co spodobało się prowadzącemu rekrutację doktorowi¹. Chciał dokonać w szpitalu rewolucji, więc ją zatrudnił, żeby wprowadziła tam dobry nastrój.

Czasem wieczorami Alma słyszała, jak matka płacze w swoim pokoju. Chodźmy poszukać taty, mówiła wtedy, ale matka potrząsała głową, nie wiedziała nawet, gdzie go szukać. Pewnie gdzieś za wschodnią granicą, może w Hotelu Jugoslavija albo w czyjejś willi. Ocierała oczy brzegiem prześcieradła, pozostawiając na nim czarne smugi, i mówiła, że nigdzie nie pójdą, zostaną w Mieście, bo tatuś zawsze tutaj wróci. W wieku siedmiu czy najwyżej dziesięciu lat Alma wiedziała więc już, że ojca przyciągnąć może Miasto, nie rodzina. Gdyby ktoś powiedział jej wtedy, że pójdzie w jego ślady, spojrzałaby na niego z przerażeniem.

*

Stateczek przemierza krótką trasę między Wyspą a lądem z inercją komiwojażera. Na morzu podniosła się bora. W oddali, w szarych oparach wilgoci odznacza się sylwetka hotelu, wkrótce stanie się widoczna jego fasada, która przywodzi na myśl sanatorium z czasów monarchii austro-węgierskiej albo jakiś ponadczasowy Balbec. Ciekawe, czy pokojówki noszą jeszcze grube cieliste pończochy, czy przetrwali gogusiowaci barmani i portret Marszałka nad półką z trunkami. Ile miała lat, gdy była tu po raz ostatni? Już wtedy intuicyjnie, choć tylko niejasno wyczuwała u ojca zmianę nastroju i języka.

Na końcu mola stoi mężczyzna z rękami w kieszeniach i patrzy w stronę lądu. Alma podróżuje z torbą na ramię, do której spakowała laptop, książkę, parę bluzek, bieliznę na zmianę i najniezbędniejsze kosmetyki. Na podróż zdecydowała się pod wpływem impulsu, nie zostawiając sobie czasu na dłuższe przygotowania, w trakcie których mogłaby się rozmyślić, ulec pokusie, żeby z niej zrezygnować.

Kiedy schodzi na ląd, mężczyzna z rękami w kieszeniach pozdrawia ją po niemiecku.

W hotelu panuje atmosfera opuszczenia. Hol wejściowy oświetlają plafony ścienne pamiętające dawne czasy. Ich żółte światło uwieczniano jeszcze na filmach Kodaka, wykładzina ma ten sam co niegdyś kolor ochry, przetrwały bursztynowe popielniczki oraz fotele, w których siadywały hollywoodzkie aktorki. Przy rejestracji Alma posługuje się językiem angielskim, chłopak za kontuarem, o połowę młodszy od niej, uważnie czyta informacje w paszporcie, który mu wręczyła, i nawet przez myśl mu nie przejdzie, że ta kobieta zna jego język. Bez komentarza wręcza jej klucz.

Korytarze na drugim piętrze przypominają sowiecki internat, brakuje tylko towarzyszki sprzątaczki siedzącej na krześle przed drzwiami do wspólnej łazienki i wydzielającej kawałki papieru toaletowego albo gazety. Jak przystało na hotel dla partyjnych dygnitarzy, zadbano jednak o szczegóły. Na ścianach wiszą zdjęcia z widoczkami, w pokojach jest parkiet, ale z kurka nad wanną kapie rdzawa woda, a neonówka na suficie drażniąco mruga.

Alma wychodzi na balkon, las na tyłach hotelu jest zaniedbany, panuje w nim cisza. Zapamiętała go jako rozległy park w stylu angielskim. Świetnie się wyćwiczyła w idealizowaniu przeszłości, w jej wspomnieniach rzeczywistość zawsze płynnie zmieniała kontury. Nauczyła się tego w dzieciństwie, gdy dzieliła czas między matkę, ojca i dziadków ze strony matki. Była nicią wiążącą te trzy sprzeczne światy i musiała robić to tak, żeby wszyscy od tego nie oszaleli. W świecie, w którym żyła z matką, zlew był stale pełen brudnych naczyń, a z popielniczek wysypywały się niedopałki; na sofach nocowali wciąż inni goście, którzy przynosili do domu pizzę w kartonach, butelki z winem, akcent ze stolicy i hałaśliwą wesołość. Czasem przychodzili pomyleńcy ze szpitala i gryźli plastikowe nóżki lalek Almy, jakby to była guma do żucia. W tym świecie miała pełną swobodę, popołudniami bawiła się w ogrodzie albo jeździła na rowerze po chodnikach dokoła domu. Nikt jej nie napominał, żeby się zbytnio nie oddalała. Jeśli zdarzało jej się przewrócić i potłuc kolano, mama nawet nie słyszała jej płaczu, bo w dzień odsypiała bezsenne noce z woskowymi zatyczkami w uszach. Alma płakała przez chwilę, potem zapominała o bólu i znów wsiadała na rower. Najbardziej lubiła życie w świecie dziadków, z gorącą czekoladą na podwieczorek i kulturalnymi rozmowami, z obrazami olejnymi na ścianach i poduszkami ze scenami polowań na kanapach. Podobały jej się ich światowe maniery, lubiła myśleć, że to ona odziedziczy ich srebrne sztućce i kieliszki baccarat, a nie matka, której rodzice przypominali zawsze, by dobrze schowała antyczne monety otrzymane od nich na urodziny. U dziadków Alma odpoczywała, pod poduszką za każdym razem znajdowała czystą piżamę, do śniadania dostawała owoce, a po szkole czekały na nią zatemperowane ołówki i uporządkowane biurko, przy którym mogła odrabiać zadania domowe. I był też ojciec, który pojawiał się niespodziewanie, bez zapowiedzi. Wysoki i wyprostowany, z jasnymi, nastroszonymi włosami przypominał nieco stracha na wróble, tym bardziej że zdawał się zawsze przynosić ze sobą lato, w wygniecionej na plecach białej koszuli, w spodniach ledwo trzymających się na biodrach, z nieobecnym, jakby zdziwionym uśmiechem. Ojciec, który pojawiał się i znikał, woził ją na Wyspę komunistów, ubierał w mundurek małej pionierki i uczył melancholijnych bałkańskich pieśni, pozwalał jej czubkiem języka smakować śliwowicę i zabierał do kina.

Alma drży z zimna. Cień lasu sięga teraz okien hotelu, wypierając kojące ciepło kwietniowego słońca; temperatura spadła przez to o kilka stopni. Łapie się na tym, że trzyma się kurczowo poręczy balkonu, jakby w obawie, że wypadnie. Patrzy na napiętą, woskową skórę na wyraźnie odznaczających się kościach palców. Przestała nosić pierścionki, gdy zrozumiała, że nie są w stanie utrzymać ludzi razem.

*

Chcesz zobaczyć zoo?, pytał ojciec, kiedy tylko stawiała nogę na Wyspie, także wtedy, gdy miała już za sobą wiele wizyt w ogrodzie zoologicznym. Zebry stepowe i przywiezione z Gwinei zebry górskie, antylopy, zebu, dar premiera Indii dla Marszałka, mlecznobiałe owce somalijskie o czarnych głowach. Chodźmy! Sony i Lanka na pewno już na nas czekają!, popędzał ją wesoło i już sam jego entuzjazm wystarczał, żeby czuła, jakby przez jej ciało przebiegał strumień elektrycznych iskier. Fascynowały go dwa słonie przysłane na Wyspę przez hinduską księżniczkę, a może fascynowała go sama księżniczka. Ich wizyty w zoo nigdy nie były długie, zwykle po chwili ktoś wzywał go w inne miejsce i ojciec zaraz narzucał marynarkę na kościste ramiona. Nawet kiedy miał na sobie eleganckie spodnie od garnituru i nieskazitelnie czystą koszulę, wyglądał na kogoś, kto przychodzi na bankiet tylko po to, żeby wznieść toast i zaraz uciec gdzieś indziej, zniknąć w pyle świata. Wskakiwał do jednego z kabrioletów, które zawoziły go tam, gdzie odbywała się właśnie jakaś impreza, do ludzi podejmujących najważniejsze decyzje. Wraz z nim znikała ekscytacja egzotyką, Sony i Lanka znów były tylko dwoma słoniami leżącymi na słomie w zacienionym kącie zagrody, z głębi parku dochodziły przerażające ryki walczących bawołów i tętent kopyt stada zebr, od którego drżała ziemia pod nogami.

Czas na Wyspie wydłużał się i zamieniał w nieskończoność – aż do końca lata.

My – dzieci zapominane na obrzeżach oficjalnych uroczystości – pozostawieni samym sobie, wałęsaliśmy się bez dozoru dorosłych. Odkrywaliśmy morze za parkiem i schodziliśmy do wody między skałami, głaskaliśmy stopami ukwiały. Powstające przy tym drobne fale drażniły czarne jeżowce. Czasem podpływały do nas małe sargusy, wyciągaliśmy ręce, żeby ich dotknąć, i wyobrażaliśmy sobie, że zamieniamy je dotykiem w rekiny lub węże morskie z tysiącami zębów. Pogrążaliśmy się w sobie tylko znanych myślach i nie umieliśmy się oderwać od wody, aż w końcu fala silniejsza od innych rozbijała się na skałach i moczyła nam nawet włosy.

Wyspa to klucz, choć nie wiadomo do której szuflady. Teraz jest opuszczona i smaga ją bora, ale w czasach, gdy Alma przyjeżdżała z ojcem, były tu tłumy ludzi, samochody z kierowcami, aktorki na wysokich obcasach i wielkie zamieszanie na tyłach hotelu. Obecność pięknych kobiet sprawiała, że powietrze aż buzowało, goście mieli wakacyjny nastrój i zapominali o dyplomacji. Ojciec Almy się rozluźniał, spędzali więcej czasu razem, gonili za białym pawiem albo pływali w zatoce wśród rzymskich ruin. Woda była tam cieplejsza niż gdzie indziej, ojciec nabierał głęboko powietrza i nurkował na samo dno. Odchylał największe kamienie i odsłaniał kolonie alg. Ławice drobnych dorad podpływały do niego i podążały za nim jak szczury za flecistą z Hameln. Dzieci nurkowały obok niego, a on rozśmieszał je we wszystkich językach.

Alma nigdy nie wiedziała z wyprzedzeniem, kiedy zabierze ją na Wyspę. Ojciec pojawiał się bez zapowiedzi w drzwiach domu na Krasie, dokąd się przeprowadzili po kłótni z dziadkami, podekscytowany i szczęśliwy, łokciem podtrzymywał plik zmiętych gazet, oczy błyszczały mu z podniecenia jak komuś, kogo opływa strumień wciąż nowych wiadomości. Już od progu zapowiadał, że wyjeżdżają z Almą nazajutrz, i zabierał żonę na kolację do osmicy w Samatorzy albo do rybackiej tawerny w okolicach Duino. Potrafił sprawić, że najkrótsze, najbanalniejsze momenty stawały się niezapomniane, co jest zdolnością ludzi zmiennych i egoistów, a także tych, którzy mają potrzebę nieustannego ruchu, czego inni, a zwłaszcza rodzina, nie rozumieją. Następnego ranka ojciec i córka wymykali się z domu o świcie niczym uciekinierzy. Alma zabierała ze sobą poduszkę ze swojego łóżka.

*

Na Wyspie tego kwietniowego dnia aleje są puste, przed muzeum stoi zaparkowany Cadillac marszałka Tity, ale widać, że nikt go już nie czyści i nie poleruje, jest czymś w rodzaju relikwii w gablocie; wynajmuje się go na śluby parom stęsknionym za Jugosławią. Z umieszczonej w pobliżu tabliczki z opisem można się dowiedzieć, że to dar żyjących w Kanadzie emigrantów dla człowieka, który był kimś więcej niż szefem państwa. Był śmiałym wojownikiem, który odważył się okazać nieposłuszeństwo radzieckiemu batiuszce i uszło mu to na sucho. Alma dobrze pamięta Marszałka. Kiedy pojawiał się na molo, wszyscy mężczyźni wkładali marynarki. Był masywny, jakby wyciosany z kamienia, zawsze opalony. Zapamiętała go jako wysokiego, ale może wcale taki nie był. Oczy miał zielonkawe, bystre i spokojne (niektórzy twierdzili, że miały kolor niezapominajek, Amerykanie zaś pisali w swoich raportach, że są jak u węża), uśmiech zaś szczery, uwodzicielski. W opowieściach snutych przez ojca, gdy siedział na przybrzeżnej skale i moczył nogi w ciepłej wodzie zatoki, był władcą, którego otaczał nimb wojownika, miał trzynaście złotych szpad, dziesięć złotych naszyjników wysadzanych diamentami, szesnaście odznaczeń jugosłowiańskich i dziewięćdziesiąt dziewięć zagranicznych. W podzielonym świecie po jednej i drugiej stronie żelaznej kurtyny oddawano mu cześć należną dyktatorowi. Z czasem ojciec zaczął uzupełniać swe opowieści anegdotami odbiegającymi od obowiązującej mitologii, jak ta o grupie studentów, którzy przynieśli na pochód pierwszomajowy ogromne lustro i przed samą trybuną odwrócili je tak, żeby despotyczny przywódca mógł się w nim przejrzeć. Alma nie rozumiała, czy ten wybryk był godny podziwu, czy potępienia.

Pewnego razu na Wyspie Marszałek zwrócił się bezpośrednio do niej, stojąc tak blisko, że dostrzegła żółte iskierki w jego tęczówkach. Cofnęła się z lękiem i schowała wśród innych dzieci, a on się uśmiechnął.

Po raz ostatni widziała go pod ostrym wrześniowym słońcem w dniu rozrachunku. Ojciec polecił jej: Idź, nie kręć się w pobliżu, a barmanowi w białej koszuli i muszce kazał nalać sobie szklaneczkę travaricy.

Alma oddaliła się posłusznie, zamierzała dojść do ruin bizantyńskiego castrum w przeciwległej części wyspy, ale po drodze wystraszyła się wiatru hulającego po pustych łąkach i świszczącego w lesie. Była tylko małą dziewczynką z czerwoną chustką na szyi, krążącą samotnie pod bazą wojskową i w sąsiedztwie grobu Paula Kupelwiesera. Nie posłuchała więc ojca i skierowała się z powrotem do hotelu. Z jego sąsiedztwa zniknęły łodzie zacumowane w małej przystani i wszelkie ślady ludzkiej obecności.

Weszła po kilku schodkach, które prowadziły na patio, i zbliżyła się do wychodzących na nie okien jadalni. Były prawie w całości zasłonięte aksamitnymi kotarami. W środku paliły się lampy i unosił się gęsty papierosowy dym. Stojąca w pełnym słońcu dziewczynka z czerwoną chustką na szyi podglądała przez szparę w zasłonach pogrążone w półmroku pomieszczenie. Widziała owalny stół i bursztynowe popielniczki na szydełkowych serwetkach oraz mężczyzn siedzących z łokciami wspartymi na kolanach. Wszyscy byli zwróceni twarzami do Marszałka, który zajmował bambusowy fotel z wysokim oparciem. Między palcami trzymał papierosa i patrzył w stronę okna nieobecnym wzrokiem, jakby był pogrążony w letargu albo we wspomnieniach.

Potem zobaczyła ojca. Różnił się od pozostałych nie tylko gibkim ciałem jasnowłosego pływaka, który właśnie wyszedł z basenu, lecz także tym, że jako jedyny nie miał krawata. Przysunął sobie krzesło do stołu, ale pozostał w drugiej linii i wychylał się do przodu, jakby śledził partię szachów. Jeden z mężczyzn coś do niego powiedział, ojciec jednak nie poruszył nawet wargami i mężczyzna dał sobie spokój.

Słońce przyjemnie grzało Almę w plecy.

W pewnej chwili Marszałek zwrócił się bezpośrednio do jej ojca. Odgadła to z zachowania innych, bo odchylili się nieznacznie od stołu, tak żeby do nowo przybyłego, który właśnie zaczął się bujać na swoim krześle, dotarło spojrzenie tych zielonych, niebieskich czy też żółtych oczu. Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, Stwórca i jego stworzenie, po czym ojciec Almy przestał się kołysać i wypowiedział jakieś bardzo krótkie zdanie. Zebrani mężczyźni skrzyżowali ramiona na piersiach, a on znów zaczął mówić, tym razem dłużej. Reszta zebranych nadal siedziała z założonymi rękami, paru podniosło dłonie do ust. Alma pomyślała, że jeżeli teraz się poruszy, wszyscy ją zauważą. Słońce nadal przyjemnie grzało ją w plecy. Marszałek powiedział coś, nie odwracając wzroku od okien, i wtedy ojciec wstał z krzesła. Wystraszyła się, że dyktator rozkazał ojcu zlikwidować córkę niczym żydowski Bóg, który zażądał poświęcenia niewiniątek, tyle tylko, że w tym przypadku nikt nie mógłby powstrzymać jego ręki.

Parę miesięcy wcześniej dziadek powiedział jej, że _tam_ eliminowano ludzi bez ceregieli, idol ojca zsyłał swoich przeciwników na pewną wyspę, która była jednym wielkim więzieniem, obozem koncentracyjnym podobnym do tych, które urządzali naziści – wiesz o czym mówię, _Schatzi_? – i ślad po nich ginął. Naszło ją podejrzenie, że może to być Wyspa, na którą jeździ z ojcem, ale nie mogła zapytać o to dziadka, ponieważ obiecała ojcu, że nikomu nie powie o ich wyprawach na Wschód, a już na pewno nie dziadkowi. Słowo pioniera? Co to znaczy? Nieważne. Tak, słowo pioniera.

Ojciec nie złożył jej w ofierze tyranowi. Nie ruszył się z miejsca. Stał i gładził się po chudej szyi w zbyt luźnym kołnierzyku. Odezwał się jeden z mężczyzn z plastikową plakietką na kieszonce marynarki i od razu inny, siedzący tuż obok ojca Almy, wyrwał ojcu notes, który ten trzymał w ręce, po czym rzucił go na stół ze wstrętem, jakby to był znaleziony w zupie włos.

Niebieski notes leżał teraz wśród szydełkowych serwetek i bursztynowych popielniczek niczym mina przeciwpiechotna, w pobliżu której wstrzymuje się oddech z obawy, że wybuchnie. Nikt go nie tknął. Ojciec Almy nadal dotykał dłonią szyi, Marszałek nadal wpatrywał się w okno. Jeden z mężczyzn w krawacie w paski próbował coś powiedzieć, ale on go uciszył. Teraz wszyscy milczeli. Ojciec poruszył się, jakby chciał usiąść, ale zaraz zrezygnował z tego zamiaru.

Cisza była tak pełna napięcia, że wydawała się gęsta i kleista. Marszałek zgasił papierosa w bursztynowej popielniczce, ojciec Almy wyciągnął rękę, żeby zabrać niebieski notes, lecz człowiek siedzący obok niego złapał go za ramię, a inny wrzucił notes do teczki. Marszałek uśmiechnął się w stronę okien i ruchem ręki przywołał kelnera, który dokładniej zaciągnął zasłony.

I wtedy Alma uciekła jak najdalej od tego miejsca, żeby ojciec nigdy się nie domyślił, że wszystko widziała.

*

Także dzisiaj słońce ogrzewa powietrze, także dzisiaj w parku na Wyspie nie ma żywej duszy.

Chłopak w recepcji podnosi wzrok znad komórki i patrzy na tę blondynkę wysoką niczym Szwedka, w zbyt lekkiej na tę porę roku turkusowej wiatrówce. Wymieniają spojrzenia. Chłopak wraca wzrokiem na ekran telefonu.

Alma opuszcza jego pole widzenia, wchodzi za to w pole widzenia mężczyzny na molo. Nie ruszył się stamtąd przez cały ten czas i teraz patrzy na nią, jak idzie w kierunku zatoki; facet pewnie sądzi, że jest samotnie podróżującą cudzoziemką, jakąś ekscentryczką albo po prostu wariatką. Wiatr potrząsa nią jak jabłkiem na gałęzi, wyszarpuje myśli z jej ciała. W lasku nie ma już jeleni, nigdzie nie widać też białego pawia, o ile jeszcze żyje.

Tamtego ostatniego dnia na Wyspie ojciec znalazł ją, kiedy było już ciemno, gdy świerszcze dawno zastąpiły cykady. Dotarł do latarni morskiej zdyszany, a ona po raz pierwszy pomyślała, że jest dla niego ważna, że jest kimś, czyje zniknięcie głęboko by go poruszyło. Złapał ją za ramię i ściągnął z murka, na którym siedziała, gwałtownie i brutalnie, a może po prostu musiał uwolnić się od strachu. Już miał jej coś powiedzieć, ale zrezygnował, i ruszyli w stronę przystani. Alma zastanawia się teraz, czy jej zdolność do zachowywania milczenia przy ludziach najbliższych, z której nie zdawała sobie sprawy, dopóki ktoś nie zwrócił jej na to uwagi, nie jest przypadkiem pozostałością po dniach spędzonych z ojcem.

Statek czekał na nich przy molo. Weszli na pokład, nie oglądając się za siebie. Zostawili Balbec, a może raczej Zamek, nie wiedząc, czy jeszcze kiedyś tutaj wrócą. Dotarli na dziób, oparli się o reling i przez dłuższą chwilę wpatrywali się w pianę na wodzie rozcinanej na dwa symetryczne wachlarze. Światła na lądzie były z tej odległości niewiele większe niż gwiazdy i miały tylko trochę cieplejszy odcień. Podczas gdy statek oddalał się spokojnie od Wyspy, na morze zeszła noc.

– Musisz sobie coś zapamiętać na zawsze, Almo. To bardzo ważne – powiedział w pewnej chwili ojciec w ciemnościach, między wodą a niebem. – Nawet jeśli będziesz miała w życiu wszelkie swobody, jakich zapragniesz, ale nie będzie ci wolno mówić i pisać tego, co myślisz, możesz być pewna, że szykuje się coś bardzo złego.

Alma odgadła, że jego słowa były w jakiś sposób związane z niebieskim notesem, ale nie zrozumiała, że mówił o swoim życiu.

– Czy wiesz, kim jest człowiek, z którym dzisiaj rozmawiałem?

– To marszałek Tito – odparła, dumna ze swego obeznania.

– Wiesz, kto to jest?

– To dyktator! – uznała, że to właściwy moment, by pochwalić się wiedzą otrzymaną od dziadka.

– Od kogo to usłyszałaś? – spytał.

Poczuła, że przedramię ojca zesztywniało. Wiedziała, że pomimo mroku patrzy na nią uważnie. Wbiła wzrok w wodę. Nie zdradzi dziadka. W ich rodzinie donoszenie było uznawane za największą hańbę, donosiciele zasługiwali na pogardę. Trzeba przy tym dodać, że w jej domu pogardy nigdy nie skąpiono.

– Gdyby nie Tito, mój kraj nie pokonałby nazistów. – Głos ojca był zimny jak stal. – Kiedy wojna się skończyła, to on zdecydował, z kim będziemy trzymać, ze Stanami Zjednoczonymi czy ze Związkiem Radzieckim. Wiedziałaś o tym?

Zamilkł w oczekiwaniu na odpowiedź Almy.

– A my dwoje z kim trzymamy? – zapytała.

– Ja i ty z nikim – odparł. – Ludzie, którzy mają władzę, zawsze się w końcu ze sobą dogadają. A nam nie wolno dać się w to wciągnąć. Nie powinniśmy wykonywać niczyich rozkazów, musimy myśleć samodzielnie.

– Ale Ameryka i Rosja to nie ludzie!

– Wszystko jedno – odrzekł, po czym uniósł jej brodę czułym gestem, żeby obróciła się do niego i nie straciła w ciemnościach ani słowa z tego, co zamierzał jej powiedzieć. – To się może wydać dziwne, ale czasami państwa zachowują się jak ludzie. Wyobraź sobie, że Ameryka i Rosja to dwie osoby, które się nienawidzą i za wszelką cenę starają się, każde z osobna, przeciągnąć na swoją stronę kogoś trzeciego, bo wierzą, że dzięki temu staną się potężniejsze. Ameryka i Rosja próbowały uwieść Marszałka niczym syreny Ulissesa. Obdarowywały go cennymi prezentami, składały obietnice. Ale nigdy nie należy ufać nikomu, kto coś obiecuje. Zrozumiałaś?

Alma skinęła głową.

– To ważne. Na pewno zrozumiałaś?

Patrzył na nią z tak bliska, że czuła ciepło jego oddechu.

– Tak.

– Musisz zawsze o tym pamiętać. Spotkasz w życiu wielu ludzi, którzy będą ci obiecywali przyjaźń, miłość i lojalność – ciągnął. – A przecież takie obietnice nie mają sensu, bo te rzeczy są albo ich nie ma, istnieją tak długo, aż przyjdzie ich koniec, i tyle.

– Zrozumiałam. Puść, to boli – powiedziała Alma, bo ojciec nieświadomie coraz mocniej ściskał jej ramię.

Zwolnił uścisk i odwrócił od niej wzrok. Usiadł na jednej z ławek na pokładzie i czekał, aż ona do niego dołączy. Siedzieli potem bez słowa, blisko siebie. Na niebie ponad nimi świeciły gwiazdozbiór Łabędzia, Mały i Wielki Wóz oraz Merkury, nisko nad horyzontem.

– Tato, czy twoim krajem jest Jugosławia? – zapytała, gdy statek zaczął się ustawiać do cumowania.

Uśmiechnął się, a potem wyciągnął do niej rękę, by pomóc jej wejść na trap, tak jak to robił, gdy była małą dziewczynką.

– Jugosławia już nie istnieje, _zlato _– usłyszała w ciemności.

Był rok 1976, a może był to jeden z dni, które sobie wymyśliła.

*

Latarnia morska jeszcze stoi na cyplu i tam też nie ma śladów ludzkiej obecności. Tylko wiatr i skały, atmosfera, w której łatwo sobie wyobrazić snajperów strzelających z dachów. Wyspa jest miejscem wytchnienia lub pomostem. Alma zapragnęła odwiedzić ją jeszcze przed wizytą w Mieście, do której zmusiła ją wiadomość o spadku po ojcu. Przyszła niespodziewanie, kiedy wydawało się już zbyt późno na uregulowanie rachunków z rodziną, roztrząsanie przeszłości, wspominanie zmarłych i szukanie korzeni – na to wszystko, co zostało pogrzebane w ziemi.

Wielu jej znajomych po śmierci jednego z rodziców odczuło potrzebę powrotu do miejsc dzieciństwa, by w znajomym widoku ulic i skrzyżowań znaleźć spoiwo, które znów by ich z nimi połączyło, oraz prawdę o tym, jakimi byli ludźmi. Ale Miasto jej dzieciństwa bardziej niż spoiwem jest dla niej kalejdoskopem możliwych ścieżek życia, z tą jedną, którą mogła pójść, gdyby umiała wybrać, gdyby potrafiła trzymać się czegoś konsekwentnie, pielęgnować relacje z ludźmi tak jak jej matka pielęgnowała róże, szczepiąc je w donicach, by wzmocnić ich odporność. Almie brakowało wytrwałości. Kochała kwiaty, ale zapominała je podlewać, nie zmieniała im ziemi i w końcu nawet najodporniejsze umierały. Dlaczego nigdy nic o sobie nie mówisz?, pytali przyjaciele, których zdarzało jej się zdobyć i których potem traciła. Chcieli się dowiedzieć, dlaczego nie mówiła o swojej przeszłości, o miejscach, do których należała. Gdyby miała odpowiedzieć na ich pytanie, nie wiedziałaby nawet, od czego zacząć.

Pamięta Wyspę z dzieciństwa, z czasów, gdy była małą pionierką, ale już tak dawno nie wracała do tych wspomnień, że nie ma pewności, czy nie są wytworem jej wyobraźni. Być może służyły jej za namiastkę rzeczywistego życia z ojcem. Karierę zawodową zbudowała na umiejętności konstruowania opowieści na podstawie faktów, nie potrafiła jednak wykorzystać jej w życiu prywatnym, zwłaszcza w odniesieniu do własnej przeszłości.

To niemożliwe. O pewnych sprawach nie chcę mówić. Ale… Nie!

Trzynaście szpad Marszałka, czerwony paszport ojca, dzięki któremu mógł podróżować, dokąd tylko chciał. Odziedziczyła po nim to upodobanie do wolności, co ujawniała za każdym razem, gdy odchodziła bez wyjaśnień. A teraz iście bałkańska ironia losu chciała, że właśnie ojciec zmusił ją do powrotu do Miasta na wschodnim krańcu kraju. Zostawił dla niej wiadomość lub raczej post scriptum. To coś więcej niż spadek, to szantaż; ściągnął ją z powrotem właśnie teraz, gdy czasy się zmieniają.

Zbliża się nowa wojna, czy przed nią też zamierzasz uciec? Nie wiem, zostawcie mnie w spokoju.

Nie powinna odkładać wszystkiego na później.

Wyspa to ponadczasowa diorama. Oaza spokoju, gdzie łagodnieją wszelkie napięcia. Tutaj można się ukryć przy zatoce, pod pokrzywionymi przez wiatr sosnami, dać się zabalsamować rozpylonej w powietrzu soli morskiej, stać się jednością z rzymskimi ruinami. Baza wojskowa jako gwarancja bezpieczeństwa. Białe pawie. Marszałek, który uważał balsamowanie ciała po śmierci za odrażające i nie zamierzał skończyć jak radzieccy dyktatorzy. Musi zacząć od tego miejsca, cofnąć taśmę i obejrzeć film od samego początku, czarno-biały, ale pokolorowany zgodnie z najnowszą modą, tak uroczo kiczowaty. Wyspa była planem filmowym, na którym występowali afrykańscy władcy i hollywoodzkie gwiazdy.

Znowu zwlekasz!

Najlepiej zrobi, jeśli wróci do hotelu, rano wsiądzie na statek, popłynie na ląd i pojedzie z powrotem do granicy. Dobrze pamięta, jak kiedyś wyglądała. Dzisiaj jest inaczej – nie ma szlabanu w białe i czerwone pasy, nie ma uzbrojonych strażników. Chociaż nie, uzbrojeni strażnicy są, ale ci, którzy podróżują głównymi drogami, ich nie widzą. Natykają się na nich piesi wędrowcy, podobnie jak na wilki i niedźwiedzie, gdy gubią się w przygranicznych lasach. Strażnicy wyrywają im wtedy z rąk dokumenty w językach, których nie rozumieją. Paszport jej ojca był niegdyś bardzo cenny. Nieprawda, cenna jest tylko wolność pisania i mówienia tego, co się myśli. Jesteś pewny, tatusiu? Tak, _zlato_. Wierzyła jego słowom, zawsze mu wierzyła. To nawyk, którego nigdy nie straciła: wierzyć ludziom i okolicznościom, nawet wtedy, gdy rozsądek nakazuje ostrożność.

Podwija spodnie i wchodzi do wody po łydki. Drży z zimna. Tak, jutro opuści Wyspę, musi jak najszybciej dotrzeć do Miasta, bo jeśli chce go znaleźć, teraz jest najlepszy czas. Czas prawosławnej Wielkanocy, z malowanymi na czerwono jajkami i błogosławieństwem w Cerkwi Świętego Spirydona.

Robi dwa kroki w wodzie, stopy znikają pod dywanem wodorostów pokrywających pozostałości rzymskich murów, między przybrzeżnymi skałami błyskawicznie przemyka krab.

Czuje wewnętrzny opór na myśl o spotkaniu z nim. Z kim? Z bratem, przyjacielem, rywalem… Jej wahanie i trudności z podjęciem decyzji, to że odwiedziła najpierw Wyspę, a nie Miasto – cała ta historia jest następstwem historii większej, znacznie trudniejszej do opowiedzenia.

Ojciec zostawił jej spadek, którego się nie spodziewała. Kiedy już pogodziła się z faktem, że go nie ma, kiedy przestała myśleć o pogrzebie i całym tym szeptaniu po kątach, bo ona, córka, nie powiedziała na ceremonii ani słowa, a przecież wykonuje taki zawód, że potrafi chyba sformułować kilka zdań o ojcu, podzielić się myślami. W tamtych dniach nie miała jednak w głowie żadnych myśli, miała tylko czarną dziurę, która pochłaniała wszelką inwencję. Podzielić się mogła najwyżej swoją złością – na stracony czas, na ojca, który wmawiał jej, że ludzie nigdy tak naprawdę nie odchodzą, na matkę z tą jej niedostępną dla innych, skupioną na sobie desperacją, z jej nieprzerwanym płaczem, który sprawiał, że wszyscy starali się ją pocieszyć i jeszcze bardziej oburzał ich spokój Almy, jej dżinsy i adidasy. Bo Alma przyjechała bezzwłocznie, nie pomyślała o spakowaniu walizki ani o ciemnych okularach, a na pogrzebie była skupiona na swojej tęsknocie i pragnęła tylko uciec od ludzkich spojrzeń. Kiedyś już przeżyła coś podobnego – miała wtedy dziesięć lat i bardzo tęskniła za ojcem, więc nie zważając na nic, wsiadła na rower i puściła się pędem drogą do Wiednia, pewna, że się z nim połączy, gdziekolwiek jest.

Śnił się jej często. W snach stał oparty o reling na statku albo siedział na skałach na Wyspie. Zaledwie przed kilkoma miesiącami zdecydowała się skasować jego wiadomość z poczty głosowej, tylko parę słów: Jak się masz, _zlato_? Musiała to zrobić, żeby nie zwariować. I oto kiedy już zaczynała wierzyć, że pogodziła się z myślą o nieodwracalności śmierci, otrzymała wiadomość o spadku do odebrania i była zmuszona wrócić do Miasta, w którym się urodziła.

Od dawna nie jeździ na Wschód. Od jak dawna? Kiedy ktoś ją o to pyta, robi niewyraźny gest ręką, jakby chciała powiedzieć, że nie pamięta, ale oczywiście dobrze pamięta rok i dzień, kiedy była tam po raz ostatni.

Po wybuchu nowej wojny w Europie niektórzy skojarzyli ją z tym, co działo się w jej stronach przed trzydziestu laty. Redaktor naczelny gazety, dla której pracowała, wezwał ją i zaproponował, żeby pojechała na miejsce nowego konfliktu. Jedź i zobacz, co się _tam_ dzieje. Na pewno masz klucz do zrozumienia tej sytuacji. Nie. Nie ma żadnego klucza do zrozumienia światów, z których pochodzi. Żyłaś tam, czujesz to, lepiej się orientujesz. _Tam _– pojęcie niejasne i rozległe jak uczucie. Jedź, wyjazd da się zorganizować w ciągu kilku dni! Nie ma mowy. W jednej z gazet zobaczyła zdjęcia z Doniecka, a w informacji o ich autorach znalazła nazwisko swego brata czy też przyjaciela albo rywala. Tym razem były to zdjęcia kolorowe, ale podobne ujęcia z rozległym tłem i zniekształconymi detalami, robione szerokokątnym obiektywem z niewielkiej odległości, widziała już trzydzieści lat wcześniej w pewnym mieszkaniu w Belgradzie. Nie ma mowy. Ostatnia rzecz, jakiej Alma pragnęła, to znaleźć się razem z nim w wirze nowej wojny. A potem, ze sporym opóźnieniem, przyszedł pocztą list z testamentem ojca i podróż do Miasta na wschodzie wydała się jej mniejszym złem, wygodną wymówką, żeby się wykręcić od narzuconego zadania.PRZYPISY

¹ Postać doktora kierującego triesteńskim szpitalem psychiatrycznym wzorowana jest na Francu Basaglii, autorze reformy systemu opieki psychiatrycznej (prawo zwane Legge Basaglia zostało uchwalone w 1978 roku). Jej głównym celem była stopniowa likwidacja szpitali psychiatrycznych, przekształcenie istniejących placówek w oddziały specjalistyczne szpitali ogólnych (przy zaostrzeniu kryteriów przymusowej hospitalizacji), wzmocnienie opieki środowiskowej nad chorymi i utworzenie ośrodków opieki społecznej koncentrujących się na wspieraniu aktywizacji zawodowej oraz na terapii zajęciowej. Triest, ze swym szpitalem psychiatrycznym na 1200 pacjentów, ulokowanym w poaustriackim zespole budynków poza miastem, był polem największego eksperymentu Basaglii – szpital ten przekształcono w placówkę otwartą. W 1980 roku ośrodek został zlikwidowany, a otaczający go park oddany do publicznego użytku. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij