Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Amandine - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 maja 2011
Produkt chwilowo niedostępny

Amandine - ebook

Marlena de Blasi, autorka bestsellerowych książek Tamtego lata na Sycylii i Tysiąc dni w Wenecji tym razem opowiada losy sieroty Amandine, która pragnie odnaleźć swoje korzenie.

Historia zaczyna się w Krakowie w 1931 roku, kiedy na świat przychodzi nieślubne dziecko nastoletniej córki harbiny Czartoryskiej i polskiego szlachcica. Hrabina kłamiąc, że dziecko zmarło, wywozi je do klasztoru Montpellier i tam pozostawia pod opieką guwernantki Solange. Dziewczynka dorasta w surowej atmosferze, zmagając się z niechęcią otoczenia. Gdzieś w głębi serca czuje, że nie pasuje do tego świata i tęskni do biologicznej matki. Gdy wybucha wojna troskliwa Solange postanawia wywieźć Amandine do swojej rodzinnej posiadłości na północy Francji. Ta podróż przez okupowany kraj staje się odyseję w poszukiwaniu prawdy, szczęścia i miłości… Czy Amandine znajdzie odpowiedź na pytania: Kim jest? Skąd pochodzi?

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-247-2579-3
Rozmiar pliku: 1,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

DEDYKACJA

_Pauli i Stuartowi Hermanom_

_Z wyrazami miłości za wtedy, teraz i zawsze_

_Giuseppinie Sugaroni Pettinelli,_

_Autentycznej bohaterce, mojej jedynej_

PROLOG

W jesienny wieczór tysiąc dziewięćset szesnastego roku, w jednej z posiadłości należących do arystokratycznej rodziny Czartoryskich niedaleko Krakowa, hrabia Antoni Czartoryski zamordował swoją kochankę, młodą baronową. Potem strzałem odebrał sobie życie. Pozostawił żonę, hrabinę Walewską, i dwuletnią córkę o imieniu Andżelika.

Czternaście lat później hrabina Walewska zaprosiła siostrzeńca męża i jego przyjaciela ze szkoły z internatem w Warszawie, by spędzili część letnich wakacji w jej krakowskim pałacu. Przyjacielem był młody baron Piotr Drucki. W tym czasie ani hrabina, ani jej siostrzeniec nie wiedzieli, że Drucki jest bratem kochanki Antoniego Czartoryskiego. Córka hrabiny, szesnastoletnia Andżelika, nawiązała z Druckim potajemny romans i poczęła dziecko.

Kiedy odkryto prawdziwą tożsamość Druckiego, hrabina Walewska, która przez lata żyła w pogardzie i wstydzie po zdradzie męża, przysięgła, że nie uzna za swojego wnuka żadnego dziecka, w którego żyłach płynie krew tej – w jej oczach – okrytej hańbą rodziny. Andżelika, przekonana, że darzy Druckiego głęboką, odwzajemnioną miłością, nie zgodziła się na usunięcie ciąży. Nie chcąc zakłócić delikatnego stanu psychiki swojej córki, hrabina Walewska powzięła plany, by w sekrecie raz na zawsze pozbyć się dziecka.

Kiedy dziecko Andżeliki – córeczka urodzona z poważną wadą serca – miało pięć miesięcy, hrabina Walewska udała się w podróż z Krakowa do rzymskokatolickiego klasztoru znajdującego się niedaleko Montpellier, miasta położonego w południowo-zachodniej Francji. Torując sobie drogę wielkimi sumami pieniędzy, zostawiła tam dziecko, które jako swoją podopieczną miała wychować tamtejsza kuria. Jeszcze przed narodzinami dziecka hrabina Walewska wprawiła w ruch skomplikowaną machinę, by zniknęło z powierzchni ziemi. Choć była przekonana co do słuszności swojej misji, ona też poniosła jej konsekwencje.

CZĘŚĆ I

1931-1939

Montpellier

Rozdział 1

Stare platany splatają się gałęziami nad szeroką aleją, a pod parasolem ich żółtych wrześniowych liści sunie wolno czarny packard. Rozproszone światło rzuca różowo-brązowy blask na trójkę pasażerów. W grobowym milczeniu samochodem jadą dwie kobiety i mężczyzna. Jedna z kobiet trzyma niemowlę. Na jego buzię pada promień światła, w którym niemal granatowe oczy lśnią jak klejnoty. Maleństwu światło jednak nie przeszkadza, nie zamyka oczu ani nie odwraca wzroku, patrzy poważnie na kobietę, która siedzi naprzeciwko na miękkiej szarej kanapie z twarzą skierowaną ku oknu. Ponury i wyniosły szofer w czarnej liberii jedzie wolniej, niżby mógł. Słychać tylko chrzęst opon toczących się po asfalcie.

,,Żałuję, że nie zakryła tego stworzenia. Dlaczego zdjęła mu czapeczkę? Rozwiązała powijaki, gdy byliśmy już tak blisko klasztoru? To chyba kres naszej podróży. Nie zapytam ponownie Jean-Pierre'a, jak daleko jeszcze? Jak daleko? Boli mnie szyja od odwracania głowy przez tyle godzin. Ale przecież i tak widzę, jak bardzo urosła. Nie patrzyłam na nią tak naprawdę od chwili, gdy przyszła na świat. Co mnie wtedy opętało, by poprosić pielęgniarkę, żeby ją do mnie przyniosła? Zakazałam Andżelice ją oglądać,

a sama poprosiłam o to. Kiedy ją ujrzałam, czułam się zupełnie jak wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyłam Andżelikę. Sięgnęłam po nią, jak sięgnęłam po moją córkę. Ramiona wzywały ją z tęsknotą, jakby była moja. Bo jest moja. Muszę o niej myśleć w ten sposób. Jest moja, ale to ja podjęłam decyzję, by ją odesłać. Andżelika jest niedojrzałą siedemnastolatką, która opłakuje ukochanego i nie dba o dziecko. Jej instynkt macierzyński jest stłumiony, zupełnie jakby nosiła i urodziła to dziecko tylko dla niego. Dość wątpliwy dar dla chłopaka, który uciekł od niej tak szybko i tak daleko. Jest przebiegły. Jak cała jego rodzina. Ze wszystkich chłopców i mężczyzn, którym mogła się oddać, dlaczego wybrała właśnie jego? Co tak bardzo przyciąga nasze rodziny? Czy dwie śmierci nie wystarczą, by to zgasić? Gdybym tylko tamtego pierwszego wieczoru pojęła, kim on jest. Dzikie czarne oczy, szczupła biała dłoń, którą odgarniał gęste, lśniące włosy. Bolszewicka pogarda ukryta w głębokim ukłonie. Słyszę, jak Staś mówi: «Ciociu, czy mogę ci przedstawić przyjaciela z akademii, Piotra Druckiego?». Tak, tak, witamy serdecznie. Oczywiście, witamy. Twoje nazwisko nic dla mnie nie znaczy, ty nic nie znaczysz. Jesteś kolejnym błędnym rycerzem? A może kawalerem o błękitnej krwi i mizernych środkach? Tak, przez dwa tygodnie będziesz ładnie wyglądał przy stole. Mogłam go zastrzelić tam, na dziedzińcu, w migającym świetle pochodni. Gdybym tylko wiedziała. A ja go powitałam. Kolega Stasia. Tak, tak, zostań proszę. Adam pospieszył, by zanieść ich bagaże na trzecie piętro. A potem uwiódł Andżelikę. Brat tej rozpustnej dziewczyny uwiódł moją Andżelikę. Brat czarującej baronowej Urszuli. Urszula. Jej bujne tycjanowskie kształty oplatały mojego męża nawet po śmierci. Ile nocy tak spali? Polowania Antoniego, wyjazdy w interesach do Pragi, Wiednia. Odwiedziny w gospodarstwach, wioskach. Zawsze z nią. Zawsze z Urszulą. Dwa strzały z pistoletu, by mogli razem spać na zawsze. Czy nigdy nie uwolnię się od jej widoku? Od widoku ich razem?

Toussaint stał za mną, gdy tamtego ranka patrzyłam na nich, stojąc w drzwiach. Zacisnął dłonie na moich ramionach. Co wtedy szepnął? «Nawet Rudolf i jego baronówna mieli dość przyzwoitości, by się zakryć». Touissant wyszedł wtedy przede mnie, schylił się, by podnieść rzucony przez Antoniego na marmurową podłogę kontusz. Jak on kochał to okrycie, symbol swojej sympatii dla chłopów. Podciągał rozcięte rękawy wysoko nad rękawy koszuli i skórzanej marynarki i paradował w nim dumnie, z każdym krokiem podmuch powietrza rozwiewał jego poły. Toussaint zakrył ich oboje kontuszem, który stał się odpowiednim całunem dla dobrego szlachcica i jego ukochanej. Nadal pamiętam czasy, gdy to ja byłam jego ukochaną.

Czy to ja rozpoczęłam ciąg zdrad? Czy pozostałbyś mi wierny, Antoni, gdybym dochowała ci wiary? Przyprawiając rogi wspaniałemu hrabiemu Czartoryskiemu tak szybko po ślubie, zachowałam się skandalicznie i arogancko. To ja pierwsza zdradziłam. A jednak okazałeś się sprytniejszy ode mnie, umożliwiając mi zdradę. Nawet wypłacałeś przez jakiś czas pensję temu Francuzowi, prawda? Instruowałeś go, aranżowałeś schadzki, kupowałeś prezenty, które mi wręczał. Tak, rozwiązła i arogancka, byłam idealnym celem. Kiedy już upadłam, uwolniłeś się od życia małżeńskiego i szlachetnej wendety bez słowa skargi ze strony swojej zbrukanej, bogatej żony. Kto mógł cię winić? Byłeś sprytny, ja łatwa, a nasze zachowanie to klasyczny przykład życia ludzi z naszej sfery, gdzie wierność już dawno stała się fantastyczną rozrywką, scherzem granym w zaciszu prywatnym, a czasem publicznie. Nie lepsi i nie gorsi od innych, żylibyśmy tak dalej, zestarzelibyśmy się i przekazali nasze udręczone dziedzictwo Andżelice. Tak zakończyłby się nasz związek. Ale zakochałeś się, Antoni.

Andżelika miała dwa lata, kiedy zamordowałeś swoją dziewkę, a potem wsunąłeś lufę pistoletu w swoje piękne usta. Czy pomyślałeś o Andżelice, zastanowiłeś się nad jej losem? Zrobiła to twoja i moja rodzina oraz wszyscy najdalsi nawet krewni. Zdziwiło mnie, że tak mało cię opłakiwali, a cały swój żal i smutek skierowali na nas, na mnie i Andżelikę. «Biedne aniołki», tak nas nazywali. «Zajmiemy się wami, będziemy blisko, będziemy was chronić». Balsam. A z tej pociechy narodziło się mocne postanowienie. Podwójne. Po pierwsze, będę chronić naszą córkę, moją córkę. Tak, wychowam ją w luksusie, lecz nie rzucę na pożarcie naszej rozpustnej sfery. Po drugie, stanę się lepszą kobietą niż ta, którą byłam za twojego życia. I zrobiłam to, Antoni. Bez ciebie naprawdę jestem lepsza. Ale w mojej czułej opiece nad Andżeliką, w moim – nazwijmy to – czuwaniu nad nią, zawiodłam. Kiedy zaledwie parę dni po jego przyjeździe powiedziała mi – tym samym cichym, lekko zachrypniętym głosem, którym wypowiedziała swoje pierwsze słowa, pamiętasz, jak się śmialiśmy, że taki głos wydobywa się z maleńkiej i delikatnej jak kwiatuszek dziewczynki? – że zakochała się w Druckim, spojrzałam w jej poważne, wilgotne, czarne oczy i z uśmiechem odparłam, jakby jej uczucia były chorobą, że to minie. Czy pamiętała swoją «miłość» do nauczyciela gry na skrzypcach, a potem do przystojnego blondwłosego chłopca, który zeszłego lata pracował w kuchni? Nie byłam wyczulona na jej szesnastoletnią delikatną urodę, na jej moc zauroczenia chłopca, który niebawem stanie się mężczyzną. Tak, nie byłam też wrażliwa na okrucieństwo i cud namiętności. Pierwszej namiętności. Jej, jego. Przytuliłam Andżelikę i pocałowałam ją w czoło, obiecałam tydzień lub dwa w Baden-Baden, a może wolałaby Merano? Tak, Merano, a potem kilka dni w Wenecji, co powie na to największy skarb mamy? Dobranoc, maleńka. Dobranoc, mamo. Znalazł drogę do jej łóżka albo ona do jego. Przez wszystkie te tygodnie, a może tylko raz? Nigdy jej o to nie pytałam. Pewnego ranka zniknął. Nawet Staś nie wiedział, dokąd pojechał.

Toussaint znalazł go bardzo łatwo, a jego pytania szybko wyjaśniły pochodzenie chłopaka. Odrażające pochodzenie. Czy ten chłopak wiedział, kim jesteśmy? Czy przysłała go rodzina, by pomścił dziewkę o bujnych kształtach, która była jego siostrą? Schadenfreunde. Czy to go do nas sprowadziło?

Teraz już prawie koniec. Chłopak zniknął, Toussaint się o to zatroszczył. A teraz, gdy to stworzenie też niebawem zniknie, Andżelika będzie mogła żyć jak przedtem. Będziemy żyć dalej razem, nietknięte. Jakby to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Jakby oni nigdy się nie wydarzyli, ani chłopak, ani to stworzenie. Po bękarcie Druckiego nie pozostanie najmniejszy ślad. Andżelika nie będzie nic wiedzieć o tym, co zrobiłam, co zrobię dzisiaj. Czy w piekle, do którego trafiłeś, potrafisz zrozumieć, dlaczego?”.

Nadal odwracając wzrok od dziecka, kobieta, wyczerpana swoimi rozmyślaniami, opiera szczupłe ramiona o siedzenie i odchyla głowę. Błagalnie? Zamyka oczy, które poruszają się pod niemal przezroczystymi powiekami, jakby śniła. Czuje na sobie spojrzenie dziecka.

„Wybacz mi, Andżeliko, to co zrobiłam i to, co zrobię dzisiaj. Jakże obojętnie przyjmowałaś wszystko oprócz nowin o chłopcu. Myślałam, że będzie walczyć, by zobaczyć dziecko, wziąć je w ramiona, ale ona jak urzeczona trwała w swojej iluzji. Czekała na niego. W ciągu tych pięciu miesięcy od narodzin dziecka rzucała na temat chłopaka tylko przelotne uwagi. Kiedyś zapytała (jakby miał przyjechać wieczornym pociągiem z Warszawy, a my miałyśmy w zwyczaju miło rozmawiać o nim i o dziecku): «Sądzisz, mamo, że będzie z niej zadowolony?». Spuściłam wzrok na masę ciemnoczerwonych piwonii, leżących w koszyku, który przewiesiłam przez ramię.

Andżelika ufa, że zajmę się dzieckiem. Kiedy wyjechałyśmy z Krakowa przed blisko dwoma tygodniami, powiedziałam jej, że zabieram je ze szpitala, w którym przyszło na świat i gdzie pozostało – zbyt słabe, by je można przenieść – do kliniki w Szwajcarii. By je uratować. Operacja na uszkodzonym sercu. To prawda. A jeszcze większą prawdą jest to, że podjęłam decyzję przeciwko operacji. Przeciwko ratowaniu dziecka. Wolę uratować moją córkę. W każdym razie, szansa na przeżycie pierwszych urodzin, nawet po operacji, jest niemożliwa, mówią lekarze. Niech więc tak będzie. Niech się dzieje wola Boża. Nie dostanie go żaden polecany sierociniec. Pomimo wspaniałych ofert Toussainta, by pozbyć się tego stworzenia za pomocą odpowiedniej adopcji, nikt go nie chciał. A nie oddam jej w nieodpowiednie ręce. Mogę ją ukryć, wyprzeć się jej, pozostawić losowi, ale nigdy nie oddam jakimś szubrawcom”.

Kobieta gwałtownie otwiera oczy, pochyla się do przodu.

„Niech no na ciebie spojrzę, muszę się na to odważyć. Jesteś taka śliczna. Moje długie palce. Długie palce Andżeliki. Jej oczy. Ależ się we mnie wpatrujesz. Ach, jeszcze uśmiech? Czy to uśmiech dla twojej babci? Ale nawet on nie zmieni mojego postanowienia. Można było uniknąć tego koszmaru, gdyby tylko Andżelika wyraziła zgodę na zabieg. Szybki, potajemny. Ale musiałam się zgodzić. Andżelika jest taka delikatna. Dlaczego zadałam sobie tyle trudu z powodu tego małego, chorego stworzenia? Machinacje, niekończące się wypisywanie czeków, duszące wątpliwości, podróż morzem, długie dni jazdy samochodem w złowieszczym milczeniu. Spojrzę na ciebie, piękna mała bestio. No, jak ci się to podoba? Widzisz? W zbroi, którą się przed tobą opancerzyłam, nie ma ani jednej rysy. Ani jednej. Najmniejszej. Myślisz, że mnie znasz? Nie, nigdy mnie nie poznasz”.

Rozdział 2

Trzynastowieczny klasztor St. Hilaire i przylegająca do niego prestiżowa szkoła z internatem dla les jeunes filles de la noblesse wznoszą się nad małą wioską w południowo-zachodniej Francji nieopodal miasta Montpellier leżącego na rzeką Lez. Choć zakon nie zapewnia oficjalnego azylu dla sierot lub porzuconych dzieci, nie raz pozostawiano przy jego bramie niemowlę w koszyku lub drewnianej skrzynce na owoce z ledwo czytelnym liścikiem przyczepionym do powijaka i kilkoma frankami zawiniętymi w kawałek gazety. Dobre siostry szukały potem odpowiedniego miejsca dla dziecka. Trwało to kilka dni lub kilka tygodni, a pobyt dziecka prawie nie zakłócał pustelniczego życia poświęconego pracy, modlitwie i medytacji. Jednak tego popołudnia pod opiekę sióstr trafi zupełnie inne dziecko.

Packard przejeżdża przez wielką żelazną bramę i zatrzymuje się pod portykiem głównego wejścia do klasztoru. Szofer szybko wysiada, by otworzyć drzwi pulchnej pielęgniarce w uniformie, która trzyma niemowlę. Warstwy białych i czerwonych szat maleństwa spływają bogato na fałdy jej granatowej peleryny. Z samochodu wysiada potem wysoki, szczupły mężczyzna, wygładzając klapy długiego płaszcza z aksamitnym kołnierzem, poprawia kapelusz i przesuwa dłońmi w rękawiczkach po rzadkich siwych wąsach. Na koniec z samochodu wysiada druga kobieta. Ma jakieś czterdzieści lat, jej uroda nadal zniewala mimo ciemnych kręgów pod dużymi, czarnymi, sarnimi oczami, skromnie umalowane usta ma smutno zaciśnięte. Kobieta ubrana jest w krótką kurtkę ze srebrnych lisów narzuconą na szary kostium z grubego jedwabiu, na nisko nasunięty na czoło kapelusz. To hrabina Walewska Czartoryska.

Hrabina ujmuje szofera pod ramię i ruszają przodem. Drzwi ukryte pod obrośniętym bluszczem portykiem otwierają się, zanim zdążyli zadzwonić. Stoi w nich przygarbiony ksiądz w sutannie noszącej ślady wielu zbyt szybko pochłanianych kolacji i wprowadza grupkę do środka. Prosto z sali przyjęć przechodzą przez podwójne białe drzwi, które ksiądz bezgłośnie za nimi zamyka.

W tej chwili pojawia się stara zakonnica; końce wykrochmalonego kornetu podskakują z każdym jej krokiem, a barbet wpija się w zwiotczałą szyję. Bez słowa kiwa głową i prowadzi hrabinę – nadal trzymającą pod ramię szofera – do skromnego salonu. Mężczyzna w kapeluszu idzie za nimi. Hrabina i stara zakonnica siadają naprzeciwko siebie. Mężczyzna, w jednej ręce trzymając kapelusz, drugą skubiąc siwe wąsy, siada w pewnej odległości. Szofer się wycofuje. Nie ma żadnych oficjalnych prezentacji. Choć kobieta zna doskonale pozycję i charakter starej zakonnicy, która nosi imię matka Paul, zakonnica nie wie nic o hrabinie. Nie zna jej nazwiska, tytułu ani narodowości.

Hrabina zaczyna mówić, a mężczyzna z kapeluszem tłumaczy jej słowa na francuski – cicho i z wielką łatwością – na potrzeby zakonnicy.

– Nie zajmę matce dużo czasu. Wierzę, że rozumie matka moją potrzebę. A także, ile jestem gotowa zapłacić, by tę potrzebę zrealizować. Ufam też, że kuria odpowiednio matkę poinstruowała.

– Rozumiem, madame. Rozumiem doskonale.

Mężczyzna tłumaczy, choć hrabina nie czeka, by skończył,

zanim znów zaczyna mówić. Jakby nie był jej potrzebny, jakby silił się na próżno. Ale nadal oboje podtrzymują grę pozorów.

– Proszę mi więc powiedzieć, co matka rozumie.

Kiedy mężczyzna zadaje to pytanie po francusku, stara zakonnica wyjmuje chusteczkę z szerokiego rękawa habitu i przykłada ją do górnej wargi. Do czoła. Język, w którym przemawia kobieta, jest dla niej całkowicie niezrozumiały. Podejrzewała, że spotka się z cudzoziemką, ale przychodziła jej do głowy Angielka, Niemka lub Beligijka. Język brzmi jednak trochę jak rosyjski lub jakiś inny słowiański. Trochę egzotycznie. Zdecydowanie nie jak język europejski. Jakikolwiek jest, kobieta najwyraźniej wydaje polecenia. Jednak w tym domu polecenia wydaje ona, matka Paul. W tej szkole. Oferta jest jednak ogromna. Onieśmielająca. Nie może niczego ryzykować, przypominając kobiecie o jej pozycji. Matka Paul bierze więc głęboki oddech, układa duże, zniekształcone dłonie na szorstkim materiale habitu i wbija wilgotny wzrok w łagodne czarne oczy swojej ofiarodawczyni. Jest przygotowana.

– Od tego dnia nie zobaczy pani dziecka ani nie otrzyma o nim żadnych wiadomości. Nawet gdyby to pani się dopytywała, nalegała, prawnie lub w inny sposób, by je zobaczyć albo otrzymać jakąś wiadomość. Obejmuje to również wszystkie osoby związane z panią, jej rodziną albo tych, które by twierdziły, że są związane z panią, pani rodziną lub dzieckiem. Dotyczy to również adwokatów wynajętych przez panią, rodzinę lub przedstawicieli państwa. Kiedy opuści pani ten pokój, dziecko przestanie istnieć. Otrzyma prawną tożsamość, która nigdy nie zostanie wyjawiona pani lub osobom, o których wcześniej wspomniałam. Jedyną informacją, która pojawi się w jego dokumentach, jest data urodzenia: trzeci maja tysiąc dziewięćset trzydziestego pierwszego roku. Nie zostaną tu zachowane żadne dokumenty, oryginały bądź kopie, dotyczące dziecka. Oczywiście, madame, nie mogę się wypowiadać o już istniejących dokumentach złożonych w archiwach w miejscu, gdzie dziecko przyszło na świat. Zakładam, że tam, skąd pani przybywa, istnieją podobne prawa dotyczące rejestracji narodzin. Nie mogę ponosić za nie żadnej odpowiedzialności.

Hrabina wie, że stara zakonnica ma nadzieję, że padnie jakaś przelotna wskazówka dotycząca miejsca ich pochodzenia. Ciekawska stara baba.

– Wcale tego od matki nie oczekuję. Proszę mówić dalej. Co z samym dzieckiem?

– Ponieważ ani ja, ani nikt inny nie zna okoliczności, w jakich przyszło na świat – dotyczy to zarówno miejsca, jak i rodziców – zostanie poinformowane o wymyślonych narodzinach, o smutnych okolicznościach, w wyniku których pozostało sierotą. Nie będzie żadnych dowodów dotyczących jej historii. Żadnych zdjęć ani listów, które można by wyśledzić i na ich podstawie zweryfikować fakty. Nic. Dziecko nie będzie miało żadnej historii, z wyjątkiem tej wymyślonej bajki.

– A kto opowie jej tę bajkę?

– Ja, oczywiście. Ja to zrobię.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij