Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Amber - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 lutego 2026
27,00
2700 pkt
punktów Virtualo

Amber - ebook

"Amber" to powieść, której bohaterem jest pamięć. Pamięć korzystająca z różnych nośników, trwała, a jednak szalenie krucha. Wymagająca od nas uwagi i... uważności. Czy losy bohaterek powieści naprawdę są powiązane? To nie jest oczywiste. Czy przedmioty, którymi się posługują, to aby na pewno te same przedmioty? Od pokoleń? Czas to sito, przez które przelatują drobiny pamięci zaklętej w rzeczach, genach, legendach i relacjach. Czy da się je połączyć w całość? Spróbowałam, a czytelnik oceni, czy mi się to udało.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788365197153
Rozmiar pliku: 503 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+

PÓŁNOCNA ANGLIA, WSPÓŁCZESNOŚĆ

Siedziała na wzgórzu z zamkniętymi oczami, przywołując obraz i zapach morza. Widok morza był najstarszym obrazem w jej pamięci. Nie twarz matki, nie szkockie wzgórza, ale właśnie morze aż po horyzont. Ten obraz działał na nią kojąco, budowanego przezeń poczucia bezpieczeństwa nie burzyły nawet wysokie morskie fale. Czuła, że jest elementem jakiejś większej układanki na planszy oceanu.

Tydzień zapowiadał się ekscytująco. Od wielu lat poświęcała wakacje na wolontariat archeologiczny, wiedząc, że zyskaną wiedzę i doświadczenie wkrótce wykorzysta zawodowo. Na razie jednak przypadała jej robota mało koncepcyjna. Zazwyczaj spędzała dzień, leżąc na którymś boku i odgarniając ziemię miotełką i szpachlą. Mycie znalezisk było miłym urozmaiceniem, to jednak była wyższa szkoła jazdy i awansowała na ten etap dopiero niedawno, na drugim roku archeologii.

Archeologia pasjonowała ją od zawsze — nie mogła zrozumieć, jak kraje tak bogate w pamiątki historyczne, jak Szkocja, mogą tak flegmatycznie podchodzić do swoich zabytków. Dla niej fascynujące było każde odkrycie lidarem, każda wzmianka o jakichkolwiek śladach sprzed setek czy tysięcy lat. Teraz wiedziała, że po czasach amatorskiej archeologii początków XX wieku nadeszła epoka precyzyjnych pomiarów, laboratoriów i interdyscyplinarnych badań.

Czuła, że uczestniczy w czymś większym niż sama praca w wykopie. Była to sztuka składania w całość rozsypanych puzzli — drobny ułamek ceramiki, zmiana barwy gleby, pyłek rośliny sprzed wieków miał znaczenie. Była już na tyle dorosła, że nie oczekiwała od archeologii nagłych fajerwerków, jak u Indiany Jonesa.

To odkrycie było jednak naprawdę elektryzujące. Najpierw lidar wykrył tajemnicze podziemne korytarze, potem okazało się, że stanowisko jest znacznie większe, bo w okolicy znaleziono też zarysy zabudowań nieznanego klasztoru, najwyraźniej zniszczonego w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia. Tu wiele klasztorów spłonęło w czasie najazdów wikingów — od Lindisfarne począwszy. Daty tych dramatycznych wydarzeń tworzyły w jej głowie coś więcej niż zwykłą oś czasu: były wskazówkami i światłem w tunelu.

W każdym razie już te wstępne badania z powietrza wystarczyły, żeby jej profesor, z błyskiem w oku i z notatnikiem pełnym szkiców, przygotował błyskotliwą dokumentację i zdobył europejski grant na wykopaliska.

Dla studentki było to niemal jak dotknięcie legendy: oto obok ruin klasztoru, który być może zniszczono w czasach najazdów wikingów, rozciągała się sieć jeszcze dawniejszych podziemnych korytarzy. Jedni widzieli w nich ślady przechowalni zboża z epoki żelaza, inni — echo jeszcze starszych rytuałów, które średniowieczni kronikarze przypisaliby druidom. Właśnie ten splot sprzecznych interpretacji sprawiał, że miała poczucie uczestniczenia w badaniach, które mogły zmienić podręcznikową historię Wysp.

Był też element, który szczególnie ją zainteresował i liczyła na to, że zdoła wykorzystać go w swojej pracy magisterskiej. Georadar wyraźnie pokazywał, że korytarze okrążają jakąś okrągłą strukturę — może cysternę, może coś innego — coś, czego lidar nie umie zinterpretować. Spędziła nad mapami tego miejsca wiele bezsennych nocy, robiła rysunki, szkice, czytała prace o podobnych zagadkach. Oświeciło ją dopiero w zeszłym roku, gdy odwiedzała ogród botaniczny w Kew i ułożyła się na odpoczynek pod starym, ogromnym dębem. Miał obwód osiem metrów, czyli o połowę mniej niż plama na obrazie z lidaru. Ale poza tym pasował idealnie!

Ostatni raz wciągnęła głęboko świeże powietrze, wyjęła z kieszeni nową maseczkę przeciwpyłową i zaczęła schodzić w stronę stanowiska. Dopiero zaczynali, a ona nie mogła się doczekać pierwszych odkryć. Nie, nie liczyła na to, że znajdą legendarny Yggdrasill. Chciała tylko, aby to faktycznie było wielkie drzewo.

Z dołu doszła ją wrzawa, a potem Iain zawołał do niej, składając ręce w trąbkę:

— Szybko, Amber, mamy tu coś specjalnie dla ciebie!+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+

DOGGERLAND, OK. 6200 P.N.E.

Dziewczynka wyciągnęła rękę w kierunku matki.

— Kamień. Słońce! — zawołała podekscytowana.

Matka pochyliła się, wzięła kamień, spojrzała przez niego w słońce, a potem uśmiechnęła się i powiedziała:

— Ładny, Aire, i bardzo duży. To hojny dar morza dla ciebie. Daj, zrobimy w nim dziurkę, żebyś go mogła nosić na szyi.

Wzięła krzemienne ostrze i zaczęła delikatnie skrobać powierzchnię bursztynu. Potem twardą kościaną igłą mozolnie wierciła otwór. Gdy był gotów, przewlekła przez niego rzemień ze ścięgna sarny i zawiesiła córce na szyi.

— Jest twój. Niech cię chroni przed utonięciem i gniewem morza — powiedziała cicho, z lękiem spoglądając w kierunku mrocznej granatowej połaci poprzecinanej ruchliwymi smugami białej piany.

Trzeba było być ostrożnym. Od pewnego czasu morze przestało być niezawodnym przyjacielem ludzi. Każdej wiosny rozlewało się coraz szerzej, wdzierało w doliny. I zalewało ścieżki, którymi chodzili, zbierając jagody i polując na ptaki. Zdarzało się, że znane i bezpieczne miejsca znikały z dnia na dzień, pozostawiając głębokie zapadliska. A wczoraj, gdy zbierały jagody, mokra ziemia wessała Aire po kolana i nie chciała jej puścić. Matka z ciotką ledwie zdołały ją wyciągnąć.

Do tego obcy. Pojawiali się coraz częściej, ciągnąc ze sobą na rozłożystych sosnowych saniach dzieci i dobytek. Czasem prosili o pozwolenie pozostania, czasem po prostu przechodzili przez obozowisko i odchodzili w kierunku wysokich brzegów na południu. Wędrowali ku ziemiom, których morze nie pożerało tak żarłocznie i gdzie z łatwością można było znaleźć suche miejsce na rozpalenie ognia i założenie osady.

Niektórzy zostawali na chwilę, dzielili się wieściami o tym, co widzieli: o lasach zalewanych słoną morską wodą, o zatopionych obozowiskach, o łowiskach znikających pod falami, o dobytku porzucanym w pośpiechu i trupach ludzi, wyrzucanych przez morze. Lepiej się przygotujcie — morze jest bezlitosne, mówili na odchodnym.

Aire słuchała tych opowieści z szeroko otwartymi oczami. Znała morze, było szczodre: dawało kobietom ryby i małże, a mężczyznom duże bale na budowę łodzi. Drzew na lądzie było wprawdzie wiele, ale ich ścięcie i obrobienie krzemiennymi toporkami było bardzo trudne. A morze dawało bale już wygładzone, wystarczyło wydłubać trochę z wnętrza i łódź była gotowa!

Matka powtarzała, że ziemia i woda nieustannie walczą, ale w tej walce woda ma przewagę, bo jest bardziej nieustępliwa i odwieczna. Najpierw była woda, dopiero potem pojawiła się ziemia i ludzie. Potem duchy dały im ogień, ale ogień łatwo gasł i trzeba go było pilnować. A woda trwała, bez niczyjej pomocy. I była wszechmocna. Plemię Aire próbowało budować tamy z darni i pni drzew, ale fale szybko je rozbierały. Po starych obozowiskach nie zostawał nawet ślad na ziemi. To, co wznosili latem, po zimie znikało bez śladu. Każda nowa tama dawała tylko chwilowe schronienie. Woda wdzierała się coraz głębiej w ich krainę, jakby chciała pokazać ludziom, że nie ma przed nią ucieczki.

Starcy przy ogniskach opowiadali, że zanim pojawiły się drzewa i zwierzęta, zanim człowiek rozpalił pierwszy ogień, była tylko ciemna toń, bez początku i bez końca. Z tej toni wynurzyła się ziemia, na plecach wielkiej ryby. Mówili, że woda ma swoje duchy, niewidzialne jak wiatr. Kiedy morze cofa się dalej niż zwykle, duchy szykują dla ludzi okrutną niespodziankę: wielką falę.

Niektóre duchy były jednak przyjazne — mieszkały w bursztynach i muszlach. Te dawały zdrowie i siłę do życia, dlatego kobiety i mężczyźni tak chętnie nosili naszyjniki i amulety. Kamienie słoneczne były tu rzadkością — przypływały z daleka, tak mówiła mama. Dlatego były tak ładnie wygładzone. Każdy kamień słoneczny był cennym znaleziskiem: zamknięty w nim duch nie pozwalał złym istotom zbliżyć się do jego posiadacza. A ten kamień, który znalazła Aire, był wyjątkowy: był bardzo duży i miał wewnątrz bąbelki, które pod światło mieniły się jak tęcza. Starszy plemienia powiedział, że to tchnienie ducha wody zamknięte w kawałku słońca, który spadł kiedyś do wody i ostygł. I że duchy są przedwieczne, starsze nawet niż woda. To one stworzyły wodę, a potem wyniosły dno na jej powierzchnię, żeby ludzie mieli gdzie żyć.

Nie była to opowieść wyłącznie ich plemienia. Inne grupy wędrowców też miały podobne opowieści — o bezkresnym oceanie, który istniał przed czasem, o duchach. A ostatnio coraz częściej o tym, że morze chce mieć ziemię z powrotem, dlatego odbiera ją po kawałku i zmusza ludzi do ucieczki na zachód i południe. Dlatego nawet najtwardsze groble miękły i kruszyły się pod naporem przypływów.

Dla dzieci takie siłowanie się z morzem było jeszcze zabawą — brodzeniem po nowej płyciźnie, gonieniem ryb uwięzionych w zatoczce — ale dorośli widzieli w tym niedobry omen. Woda nie tylko zalewała wygodne ścieżki, ale także przynosiła obcych, którzy, tak jak oni, szukali ziemi, której nie da się zatopić. I na razie byli pokojowo nastawieni, ale co będzie, gdy ziemia się skurczy i zacznie dla ludzi brakować miejsca? Zaczną pewnie walczyć o każdy jej skrawek.

Obcy byli odwiecznym zmartwieniem starszyzny. Byli inni w mowie i w ruchach, przynosili ze sobą własne opowieści, własne talizmany, własne duchy. Starsi znali też pieśni o pradawnych przybyszach, którzy byli krępi, silni, mieli szerokie nosy i niskie czoła. Przyszli z południa jeszcze zanim pojawiło się morze, w czasach, gdy duchy walczyły z olbrzymami, a więc tak dawno, że sięga tam jedynie pamięć niektórych plemion. Podobno malowali ciała kolorową ziemią i to od nich prawdziwi ludzie nauczyli się chować zmarłych w ziemi lub pod skałami, razem ze sprzętami, które mogą im być potrzebne w drodze na tamtą stronę. Jeszcze dziś woda wyrzuca na plaże misternie rzeźbione kości bawołów. Starsi mówią, że to właśnie owi przed-ludzie umieli tworzyć takie ładne rzeczy; zbierają je i wieszają na ścianach swoich szałasów jako plemienne amulety.

Przed-ludzie żyli jednak bardzo, bardzo dawno temu, kiedy jeszcze nie było morza. I nikt nie wie, co się stało z tymi dziwnymi istotami, dokąd poszły i czy w ogóle przetrwały. Starszyzna twierdzi, że pochłonęło ich morze, gdy duchy zwyciężyły nad olbrzymami. Może rozgniewali czymś duchy?

Obcy byli zawsze. Kiedy z morza wynurzyła się ziemia, zaczęli przychodzić inni ludzie. Ciemnowłosi, jasnowłosi, o włosach w kolorze ognia. Czasem zostawali, łącząc się z miejscowymi, czasem szli dalej, ale zawsze zostawiali po sobie cień niepokoju. Bo każdy wiedział, że obcy mogą czegoś chcieć — kobiet, dzieci, jedzenia. A ostatnio ziemi, bo kiedy ziemia znika z dnia na dzień, a lasy zamieniają się w jeziora, miejsce na obozowisko staje się skarbem tak samo cennym, jak ogień.

Dlatego niektórzy mówili, że obcy to największe niebezpieczeństwo. I zbroili się — najpierw w ostre kije, potem w kamienne ostrza, w siekiery z kości i krzemienia, które dotąd służyły tylko do rąbania drewna. W osadzie zamieszkał strach.

— Ale czy to spodoba się duchom? — pytali starsi, potrząsając głowami i patrząc z niepokojem w stronę morza.

Nie było już obozowiska, w którym nie trzymano by straży. Dzieci uczyły się szybciej niż dawniej, jak celnie rzucać kamieniem i jak chować się w krzakach, a nawet nurkować z trzcinową rurką. Kobiety i starcy szeptali przy ogniskach, że to znak trudnych czasów, że kiedyś było lepiej, a teraz duchy morza się gniewają, ziemi ubywa, a ludzie patrzą jak wilki.

Matka Aire nie wierzyła, że wisiorek ochroni dziewczynkę przed wodą, ale mógł jej dać nadzieję, której teraz wszyscy tak bardzo potrzebowali.

Pewnej nocy dzieci spały, a starsi rozmawiali przy dogasającym ogniu. Matka Aire wyszła przed szałas. W dolinie było dziwnie jasno. Podeszła do brzegu: księżyc odbijał się od połaci błota i odsłoniętych kamieni — morze cofnęło się bardzo daleko, zostawiając ryby miotające się na mokrym piasku. Wtedy usłyszała i wyczuła dziwne dudnienie pod stopami. To wszystko nie było normalne. Dobrze pamiętała, że takie dziwne rzeczy sprowadzają na ludzi zagniewane duchy. Pobiegła do szałasu, wzięła Aire na ręce i rzuciła się w stronę wzgórza, krzycząc z całych sił, aby obudzić resztę plemienia.

Fala, która wróciła, była wysokości drzew. Zalała dolinę, zmiotła całe obozowisko. Woda niosła ze sobą kłody, gałęzie, martwe ryby. Wyrwani ze snu ludzie nie rozumieli, co się stało.

Matka z córką wdrapywały się mozolnie na wydmę. Aire nawet nie płakała — dzieci jej plemienia dojrzewały szybko, a zagrożenie od pewnego czasu było ich chlebem powszednim. Dopiero gdy wdrapały się na sam szczyt wydmy i obejrzały, krzyknęły z przerażenia: ląd za nimi przestał istnieć. Po wzburzonym morzu, w zimnym świetle księżyca, pływały szczątki ich dotychczasowego świata: martwe ciała, skóry z szałasów, zerwane z uwięzi dłubanki.

To jednak nie był jeszcze koniec katastrofy, bo na horyzoncie wzbierało coś ogromnego — czarny, potężny wał wody i chmur gnał w ich stronę. Widać było, że mocno podmyta wydma nie da im schronienia. Matka pociągnęła Aire ku bezładnie obijającym się o siebie dłubankom. Wepchnęła dziewczynkę do jednej z nich, chwyciła unoszącą się w pobliżu skórę renifera i wskoczywszy za córką, nakryła nią córkę i siebie. Pozorny spokój nie trwał długo — już czuły drżenie wody wokół siebie.

— Aire, trzymaj się mocno, pojedziemy na grzbiecie fali! Masz swój talizman? On nas ochroni, zobaczysz!

Dziewczynka zacisnęła dłoń na bursztynie. W chłodzie nocy i wody kamień wydawał się ciepły i rzeczywiście dawał otuchę. Dziewczynka chwyciła się mocno burt dłubanki i wtuliła pod matkę, która zacisnęła dłonie na jej małych dłoniach i owinęła wokół dziecka nogi. Przez chwilę słyszały tylko ryk wody i dudnienie ziemi.

I wtedy uderzyła w nie fala.+--------------------------+--------------------------+--------------------------+
| | | |
+--------------------------+--------------------------+--------------------------+

NOWY BRZEG — FRYZJA, 5800 P.N.E.

Stara kobieta wyglądała na zniecierpliwioną. Nie lubiła hałasu, a młodzi zawsze hałasowali. Jej twarz była brązowa od wiatru, słońca i niezliczonych mroźnych zim. Niezliczonych?

Obróciła się w stronę wiązki amuletów i znalazła róg, na którym zaznaczała każdą zimę. Było tych kresek tyle! Gdyby chciała to wyrazić palcami jednej dłoni, to musiałaby pokazać ją pięć razy! Tyle lat była szamanką. I tyle lat nosiła imię Ta-wade. Wszystkie jej poprzedniczki też tak się nazywały. To było imię szamanek ich plemienia.

Tak, była wiekowa i właśnie szykowała się na śmierć. Może jeszcze nie dziś, nie jutro, ale niedługo. Wszyscy jej rówieśnicy już dawno poumierali i leżeli w ziemi koło wioski. Sama pomagała ich układać w skulonej pozycji, jak kazał zwyczaj, a potem mówiła nad nimi odpowiednie zaklęcia. Teraz musi wybrać swą następczynię, aby ktoś mógł i ją odprowadzić na drugą stronę.

Nie lubiła młodzieży, zawsze robili tyle zamieszania. Patrzyła na trzy dziewczyny i nie mogła sobie przypomnieć, która z nich to jej córka. Pewnie ta z włosami jak płomień, tak, z pewnością. Najsprytniejsza, najcichsza i najzręczniejsza. Uczyła wszystkie trzy tak samo, tak nakazywał zwyczaj. Wszystkie umiały to samo, leczyć, robić maści, pomagać kobietom i bydłu przy porodach. Żadna jednak nie znała jeszcze zaklęć, bo zaklęcia będzie musiała przekazać tej jednej, wybranej. Jej też opowie tajemną historię szamanek z ich plemienia. Tę samą, którą kiedyś usłyszała od swojej nauczycielki. Nauczycielka... Nie wiedziała, czy była jej matką — ta szczupła dziewczyna o płomiennych włosach i zielonych oczach też nie wie, że siedzi w chacie z matką. Mimo to pewnie się tego domyśla: szamanki na tym brzegu morza od niepamiętnych czasów miały czerwone włosy i zielone oczy. I tylko one wiedziały, dlaczego tak jest. I wszystkie miały na imię Ta-wade.

— Spokój — krzyknęła niecierpliwie, gdy dziewczynki znów zbyt głośno dawały wyraz swojemu podekscytowaniu.

— Wiecie, po co tu dziś jesteście? — zapytała, a gdy zgodnie kiwnęły głowami, kontynuowała:

— Jedna z was zostanie dziś ze mną i będzie ze mną mieszkać aż do mojej śmierci. A potem zostanie waszą szamanką. Pozostałe dwie będą jej pomagać i będą jej przyjaciółkami. Jak wiecie, moje przyjaciółki odeszły już na tamtą stronę, a wkrótce przyjdzie pora na mnie. Ale wasza droga dopiero się zaczyna, dlatego muszę spośród was wybrać jedną. Którą wy byście wybrały?

Dwie dziewczynki natychmiast wskazały rudą. Stara kobieta uśmiechnęła się i pokiwała głową:

— Dobrze was nauczyłam. Gosen i mnie wydaje się najmądrzejsza. To ona zostanie moją następczynią. I od dziś będzie nosiła imię Ta-wade. A teraz zostawcie mnie z nią.

Kiedy zostały same, szamanka sięgnęła do skórzanej sakwy, którą zawsze nosiła u pasa, i wyciągnęła garść ziół, po czym rzuciła je na gorące kamienie. Chatę wypełnił dym, a dziewczynka zaczęła kasłać. Stara kobieta zaśmiała się i powiedziała:

— Tylko ja znam skład tej mieszanki ziół. Teraz nauczę też ciebie. Ale najpierw podejdź, coś ci dam.

Dziewczynce zbierało się na wymioty, ale posłusznie przysunęła się do szamanki. Stara sięgnęła dłonią ku swojej szyi i coś zdjęła, po czym założyła jej na szyję.

— To twój amulet, Ta-wade. Kamień słoneczny. Moja matka mówiła, że to kawałek ognia, który duchy wody oberwały ze słońca, bo chciały, żeby woda w morzu była cieplejsza. Ale on był mały, a morze ogromne, i zamiast je ogrzać, po prostu ostygł.

Dziewczynka dotknęła dłonią amuletu, a potem zdziwiona spojrzała na szamankę.

— Poczułaś? Więc jesteś prawdziwą Ta-wade. Tylko one wyczuwają jego ciepło.

Przez chwilę siedziały w ciszy, po czym szamanka zapytała:

— Wiesz, co znaczy twoje nowe imię?

W duszących kłębach odurzających ziół dziewczynka z trudem powstrzymywała się od wymiotów.

— Ta-wade znaczy ta, która przyszła z wody — wyszeptała.

— Ta, która wyszła z wody! — szamanka pociągnęła małą pieszczotliwie za ucho.

— A teraz idź, zanim mi tu nabrudzisz — dodała i czym prędzej wypchnęła dziecko na dwór.

* * *

Był odpływ i Ta-wade ułożyła się wygodnie na piasku. Tyle się zmieniło w jej życiu, od kiedy została szamanką. Matka nauczyła ją wszystkiego, opowiedziała wszystkie legendy, a potem kazała je powtarzać wiele razy, żeby zawsze brzmiały tak samo, żeby nie wkradło się do nich żadne kłamstwo, żeby brzmiały jak w czasach pierwszej Ta-wade.

Robiły to, leżąc w oparach ziół, po których Ta-wade miała wizje i mdłości, a jej stara towarzyszka spokojnie zasypiała. Dziewczyna czuła, że to jej matka, musiało tak być: nikt więcej w tym plemieniu nie miał takich włosów i oczu. Nie wiedziała, kto był jej ojcem, ale i tak wszyscy mężczyźni mieli włosy brązowe, albo jasne. Tylko Ta-wade miała włosy czerwone jak ongiś stara szamanka. Ongiś, bo przed samą śmiercią, cztery lata temu, była już całkiem łysa.

Ta-wade znała już wszystkie opowieści na pamięć. W opowieściach ważny był rytm, a także kolejność zdarzeń — od tego zależał sens historii. Znała też już wszystkie mikstury i kiedy je stosować, ale to właśnie opowieści czyniły ją prawdziwą szamanką. Dla nich starszyzna wioski zapraszała ją do ogniska latem i zimą do paleniska w długiej chacie. To przy tych ogniach każda Ta-wade opowiadała starym i młodym o lądzie, który zniknął, udzielała rad, ostrzegała przed niebezpieczeństwami. Taka była funkcja i los każdej Ta-wade.

— Mamo — dziecko wyciągnęło rączkę, żeby pochwycić żółty wisior na szyi matki. — Czy ja też będę Ta-wade?

— Nie wiem, Tuni, o tym zawsze decyduje szamanka tuż przed śmiercią. Chyba nie chcesz, żebym już teraz umarła?

Dziewczynka spojrzała na matkę przestraszona, a jej małe usta wykrzywiły się w podkówkę. Śmierć była w ich osadzie codziennością, więc dobrze wiedziała, co to znaczy. Matka wstała, wzięła dziecko za ręce, zakręciła dookoła siebie, aż nóżki dziecka wzleciały w powietrze, a na usta powrócił uśmiech. Potem postawiła Tuni na piasku, wzięła ją za pulchną rączkę i poszły w stronę obozowiska.

* * *

Obcy pojawili się wiele lat później. Ta-wade też robiła nacięcia na rogu jelenia i wynikało z nich, że była szamanką już od piętnastu lat. Wkrótce powinna wybrać swoją następczynię, ale zwlekała z wyborem. Nie chciała obarczać swej córki obowiązkami, które zabiły w niej samej całą radość życia, a pozostałe dwie dziewczyny chyba się nie nadawały do tego trudnego zajęcia. Potrzebowała też do tego natchnienia, ale nie umiała tak, jak jej poprzedniczka, czerpać go ze snów wywoływanych palonym zielem. Lubiła myśleć, tymczasem zioło sprawiało, że było jej niedobrze, a myśli robiły się nieuchwytne jak dym. Dlatego ograniczała jego stosowanie tylko do spotkań ze starszyzną, kiedy pytano ją o radę.

Odpowiedzi miała zwykle przygotowane już wcześniej, ale tradycja wymagała, aby przekazać je w odpowiedni sposób, w odpowiedniej scenerii, w oparach odurzającego dymu. Dziś też miała udzielić odpowiedzi na pytania o obcych. O to, czy są groźni, czemu rozłożyli się obozem tak blisko i czy należy ich przegonić.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij