Ameryka i my - ebook
„Ameryka i my” to nie tylko obraz współczesnej Ameryki pokazanej przez pryzmat interesujących miejsc, zdarzeń i ludzi. Dziennikarze, z humorem, odsłaniają kulisy swojego prywatnego i zawodowego życia.
Kilka barwnych, kolorowych relacji, układających się, jak szkiełka w kalejdoskopie, w urzekający obrazek.
To książka zarówno dla fanów Ameryki, jak i jej przeciwników, dla tych, co planują wizytę w USA, tych, co już tam byli i tych, którzy nie wybierają się za ocean.
W książce można przeczytać między innymi o tym :
Co kryje się za drzwiami Białego Domu, Gabinetu Owalnego i innych pokoi przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie?
Jakie to uczucie: znaleźć się w samym sercu huraganu?
Dlaczego do Nowego Jorku można jeździć na okrągło i nigdy się nie nudzi?
Jak wygląda z bliska Fabryka Snów, kogo można spotkać w Hollywood i co się dzieje na czerwonym dywanie?
Jakie emocje towarzyszyły startom wahadłowców z przylądka Canaveral?
Co czujesz, widząc na własne oczy szaleńca chodzącego po linie rozpiętej między budynkami, na wysokości prawie dwustu metrów?
Jak się porywa tłumy w USA, czyli o amerykańskich kampaniach wyborczych i … oficjalnych pochówkach.
| Kategoria: | Felietony |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-957144-3-6 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
WSTĘP
Za drzwiami Białego Domu
Pierwszy raz w rezydencji. Wow!
Dawni mieszkańcy patrzą ze ścian
W ogrodzie Michelle Obamy
Tu dzieje się magia: tradycja i sezon świąteczny w Białym Domu
Selfie w Gabinecie Owalnym
Jeden siedzi, drugi stoi – faux pas na szczytach władzy
Na czerwonym dywanie w Hollywood
Glamour po amerykańsku
Paweł Pawlikowski rzuca Hollywood na kolana
Za kulisami Oscarów: fanka w różowym dresie, kucharz milioner
Mogę potrzymać Oscara? Pewnie, bierz!
Oko w oko z Bradem Pittem
W poszukiwaniu domów gwiazd
I love NYC
Na dachu świata
Kup pan Rolexa!
Droga do Nowego Jorku
Uwaga, będzie film!
Śladami filmów i seriali
Twarzą w twarz z kimś znanym
Na kursie Titanica
O matko! Człowiek na linie
Szaleniec z perspektywy 32. piętra
Szaleniec widziany z dołu
Ameryka wybiera prezydenta
Chicago w euforii, Obama wygrywa
Wyborczy test: dam radę czy nie?
Wielki, żółty ptak – gwiazda kampanii prezydenckiej
Wypieki, garnitury, sukienki, czyli barwy kampanii
Do akcji wkracza Donald Trump
Mówili, że już przegrał… a jednak wygrał
Dziennikarz?! Aaa, z Polski, to ok
3… 2… 1… Lift off! Misja: wahadłowiec
Marzenie: zobaczyć start
To co, jedziemy na przylądek Canaveral?
To dzieje się naprawdę, startuje wahadłowiec!
Przeżyjmy to jeszcze raz
Czekamy na powrót z kosmosu – uff, jak gorąco!
Z wody!!! Rekin!
Radość i smutek: Atlantis powraca na Ziemię
Na ścieżce żywiołu
Trzęsienie ziemi w Waszyngtonie
Gdy nadchodzi Frankenstorm
Przeżyję, czy mnie zmiecie?
Rzeczywistość a telewizja
Amerykańskie pożegnania
Czekając na karawan
Gdy umiera były prezydent USA
Ból jest wszędzie taki sam
Zakończenie
ŹródłaWSTĘP
To było zwyczajne popołudnie, 1 czerwca 2009 roku. Pracowaliśmy, jak zwykle, w swoich redakcjach. Jedno z nas w studiu, drugie w terenie. Jedno w publicznej rozgłośni w Szczecinie, drugie w szczecińskim oddziale radia RMF. Czuliśmy się wtedy jednak tak, jakbyśmy siedzieli na gorących krzesłach, ponieważ od dawna wiedzieliśmy, iż za kilka tygodni nasze życie wywróci się do góry nogami. Nikt, poza bardzo wąską grupą osób, nie był jeszcze wówczas wtajemniczony w nasze plany związane z przeprowadzką do Stanów Zjednoczonych.
To właśnie w tym dniu, 1 czerwca 2009 roku, na ekranach telewizorów pojawił się na żółtym pasku komunikat: Zaginął samolot Air France, lecący z Rio de Janeiro do Paryża. Z pewnością wiele osób pamięta, jak zakończył się ten lot. Samolot wpadł do Atlantyku, nikt nie przeżył.
Za kilka tygodni to my mieliśmy lecieć do USA, zmienić na jakiś czas swoje życie. Nie sposób było nie myśleć o tamtej katastrofie, zwłaszcza, gdy spędzało się w newsroomie po kilka godzin dziennie, śledząc na bieżąco kolejne doniesienia i mając w perspektywie lot przez ocean.
Dziś tamto wspomnienie nie wywołuje w nas już niepokoju. Jest tylko czymś, co potrafimy przywołać i dokładnie umiejscowić w czasie. Lato 2009 przyniosło bowiem w naszym życiu rewolucyjne zmiany i tak się akurat złożyło, że wydarzył się wypadek, którym żyły wszystkie światowe i krajowe serwisy informacyjne. Od tamtego czasu wiele się zmieniło: nasz stan cywilny, miejsce zamieszkania, kontynent. Zostaliśmy również rodzicami i odbyliśmy mnóstwo podróży samolotem. To właśnie w czasie jednej z nich, do Hollywood, zrodził się pomysł napisania tej książki. Postanowiliśmy opisać choć część zdarzeń, miejsc i spotkanych na naszej drodze ludzi – to, co zapadło nam w pamięć, w czym mogliśmy uczestniczyć dzięki podjętej pewnego dnia decyzji, by polecieć do Ameryki. Ta, mająca trwać krótko, zawodowa przygoda jest naszą codziennością do dziś.
W 2009 roku, w drugiej połowie lipca, podczas podróży do Stanów, spotkaliśmy człowieka Hollywood, zdobywcę Oscara. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że w kolejnych latach odbędziemy tak wiele podróży do stolicy kina i zobaczymy z bliska kulisy Oscarów. Podczas przesiadki na lotnisku w Berlinie, natknęliśmy się na Jana A. P. Kaczmarka, urodzonego w Polsce kompozytora, laureata nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. My lecieliśmy do Waszyngtonu, Jan A. P. Kaczmarek do Los Angeles. My pod adres, pod którym kryła się niewiadoma, Jan Kaczmarek do swojego domu w Ameryce. Spotkanie i krótka rozmowa na lotnisku były pierwszym zaskakującym momentem w drodze do Waszyngtonu. Wkrótce miało się okazać, jak wiele takich nieoczekiwanych spotkań i niespodziewanych chwil czeka nas za oceanem.
Praca dla radia RMF i RMF Classic, otworzyła nam w Stanach drzwi do miejsc, które w innych okolicznościach byłyby dla nas zamknięte. Odbyliśmy wspólnie wiele zawodowych i prywatnych podróży po USA, których nie zapomnimy do końca życia. Bywało różnie. Czasem z emocji nie mogliśmy zasnąć, czasem padaliśmy ze zmęczenia.
Przystępując do pisania, wybraliśmy kilka wątków i wydarzeń, w których uczestniczyliśmy. Doszliśmy do wniosku, że nie jesteśmy w stanie zawrzeć wszystkiego w jednej publikacji. Kluczem stały się więc odwiedzone w ciągu dekady miejsca, w których działo się coś, czym żyły światowe media. Postanowiliśmy, iż opiszemy to wszystko od kulis, z naszej perspektywy, przemycając przy okazji trochę osobistych spostrzeżeń i opowieści o życiu w Stanach. Pisanie tej książki stało się dla nas swego rodzaju podróżą sentymentalną. Praca nad tekstem wymagała od nas przejrzenia dysków ze zdjęciami i filmami wideo, które robimy od pierwszego dnia pobytu w USA. Obserwowaliśmy więc przy okazji, jak zmieniał się nam obwód pasa i fryzury. – Zobacz jaki tu byłem szczupły! – Jak mogłam dać sobie zrobić tak jasny kolor włosów?! – wykrzykiwaliśmy, pochylając się nad ekranem komputera. Ale nie skupialiśmy się tylko na naszym wyglądzie. Zdjęcia przywoływały wspomnienia. Nie raz pytaliśmy siebie nawzajem: – A pamiętasz jak…
Oddajemy w Wasze ręce kawałek naszego życia w Ameryce. Mamy nadzieję, że opowieść o zdarzeniach, które przeżyliśmy w Stanach, pozwoli Wam, w pewien sposób, choć na chwilę przenieść się za ocean.
Lidia, PawełZa drzwiami Białego Domu
Pierwszy raz w rezydencji. Wow!
Proszę pani, naprawdę proszę już wyjść!!! – agent Secret Service miał poważny wyraz twarzy i zdecydowanym gestem pokazał mi drzwi. Znajdowaliśmy się w holu Białego Domu, w pobliżu wejścia do Blue Room, jednego z najsłynniejszych pokoi w USA. Robiłam ostatnie zdjęcia. Była końcówka listopada, lecz Biały Dom tonął już w świątecznych dekoracjach. W głównym holu stało kilkadziesiąt choinek obsypanych sztucznym śniegiem. W pozostałych pokojach również było mnóstwo ozdób, bombek, kokard, a także świątecznych drzewek przystrojonych według określonego klucza. W Vermeil Room dominowało złoto. Złotego koloru wszędzie było mnóstwo, lecz w pozostałych pokojach łączył się on z dekoracjami w innych barwach – w Red Room złoto mieszało się z czerwienią, a w Green Room z zielenią. Na zrobienie zdjęć i zobaczenie wszystkich publicznych pokoi Białego Domu miałam tylko około czterdziestu minut. Naprawdę trzeba było się sprężać.
Uczestniczyłam w press preview – prezentacji, podczas której dziennikarze mogą zobaczyć w jaki sposób udekorowano Biały Dom z okazji zbliżającego się Bożego Narodzenia. Miałam wielkie szczęście. Udało mi się zdobyć akredytację już drugi rok z rzędu. Prezentacje, podczas których można na własne oczy zobaczyć świątecznie przystrojone wnętrze Białego Domu, albo nakryte elegancko stoły przed State Dinner – kolacją na cześć zagranicznego przywódcy, cieszą się olbrzymim zainteresowaniem mediów. Podobnie jak spotkania w Ogrodzie Różanym, podczas których prezydent USA daruje przed Świętem Dziękczynienia życie indykowi lub, gdy z okazji Wielkanocy, zaprasza dzieci na doroczne toczenie jajek po trawie. Ilość miejsc na tego typu wydarzenia jest zawsze mniejsza niż ilość chętnych. Paweł i ja mieliśmy kilka okazji by zobaczyć to wszystko z bliska. Czasem wspólnie, a czasem w pojedynkę, gdy jedno z nas nie otrzymało akredytacji. Tego dnia, gdy agent Secret Service kazał mi się wynosić, byłam w Białym Domu sama. Z naszej dwójki tym razem to ja miałam szczęście.
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam Biały Dom na własne oczy, wydał mi się mniejszy niż sobie wyobrażałam. Było to w słoneczny, upalny dzień, podczas spaceru wzdłuż Pennsylvania Avenue – ulicy, przy której znajduje się rezydencja prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wtedy, w to lipcowe popołudnie 2009 roku, Paweł i ja staliśmy przy ogrodzeniu Białego Domu i, jak inni turyści, robiliśmy sobie zdjęcia na tle najbardziej rozpoznawalnego budynku w Waszyngtonie. W kolejnych latach miałam okazję być w Białym Domu wiele razy. Przeczytałam sporo książek na temat jego historii, mieszkających w nim rodzin, sekretów i skandali, które się w nim rozegrały. Dlatego fakt, iż w końcu ja także mogę się w nim znaleźć, budził we mnie silne emocje.
Pierwszy rok pobytu w USA był dla mnie odkrywaniem różnych aspektów Ameryki. Będąc w Polsce wiedziałam, że prezydent USA wydaje czasami na cześć swoich gości uroczyste kolacje. Miałam w pamięci zdjęcia Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich, których z pompą podejmowano w Białym Domu. Ale poza tym, moja wiedza na ten temat była znikoma. Dopiero w Waszyngtonie zrozumiałam, o co tak naprawdę w tym chodzi i dlaczego otrzymanie zaproszenia na State Dinner jest w waszyngtońskich kręgach tak pożądane.
Była końcówka listopada 2009 roku. Wybrany rok wcześniej na prezydenta USA Barack Obama, wydawał swoją pierwszą oficjalną kolację na cześć ówczesnego premiera Indii. Przez cały wieczór telewizja CNN pokazywała gości wchodzących do Białego Domu, a także ceremonię powitania indyjskiej pary. Dla odmiany, dziesięć lat później, gdy Donald Trump podejmował w Białym Domu premiera Australii, nie było już tego typu transmisji. Nie dlatego, że mediom kolacje się znudziły. Donald Trump prowadził otwartą wojnę z CNN i stacja nie była skora do pokazywania gości i eleganckich stołów.
Przy okazji pierwszej State Dinner Baracka Obamy mówiono o tym, jakie przygotowano menu, pokazywano zastawę, aranżację stołów, bukiety kwiatów. Słowem, media o tym mówiły nieustannie.
State Dinner odbywa się z symbolicznym udziałem mediów, dziennikarze zapraszani są na tak zwane previews oraz na moment powitania gości. Ci, którym Biały Dom przyzna odpowiednie akredytacje, mogą wejść na dzień przed kolacją i zobaczyć jak będzie wyglądała sala, w której zaplanowano przyjęcie, zrobić zdjęcia stołów, na których ustawione są już talerze, kieliszki i sztućce. Amerykańskie media poświęcają temu tematowi dużo czasu i energii. State Dinner jest bowiem najbardziej prestiżowym przyjęciem w Waszyngtonie i pewnego rodzaju testem, kto się liczy, a kto nie. Jeszcze tego samego wieczoru portale internetowe publikują zdjęcia zaproszonych osób. Sporo uwagi – zwłaszcza w ostatnich latach – poświęca się temu, co miała na sobie pierwsza dama. Kreacja żony prezydenta USA ma bowiem wymiar polityczny. W Ameryce oczekuje się, że strój wyjdzie spod igły rodzimego projektanta i będzie swojego rodzaju promocją USA. Może to być ewentualnie kreacja uszyta w kraju, z którego pochodzi gość podejmowany przez parę prezydencką.
Kiedy wieczorem, 24 listopada 2009 roku, z uwagą śledziłam relację CNN i pokazywane na ekranie twarze gości wchodzących na teren Białego Domu, nie wiedziałam jeszcze, jaka burza wkrótce się rozpęta. Następnego dnia, kiedy media podawały listę gości, w komentarzach zaczęło przewijać się pytanie: dlaczego do Białego Domu zaproszono Michelle i Tareqa Salahi, małżeństwo z Virginii? – Co oni u diabła tam robili? – padały pytania. Chwilę potem Waszyngtonem, a następnie całą Ameryką, wstrząsnęła następująca wiadomość: państwo Salahi nie mieli zaproszenia na State Dinner, przyjęcie zorganizowane na cześć premiera Indii. Mimo to, zostali wpuszczeni do Białego Domu przez Secret Service. Wkrótce w internecie pojawiły się zdjęcia, na których widać jak blondwłosa była modelka Michelle Salahi, w czerwonym sari, ściska dłoń prezydenta Obamy, a jej uśmiechnięty mąż, w czarnym smokingu, jest następny w kolejce. Kolejna fotografia przedstawiała tę parę z wiceprezydentem Joe Bidenem.
Burza trwała przez wiele dni. Przedstawiciele Secret Service nie potrafili wytłumaczyć, w jaki sposób wpuszczono do Białego Domu ludzi, których nie było na liście gości i nie mieli zaproszeń. W prasie pojawiało się coraz więcej szczegółów i analiz. Michelle i Tareq Salahi dostali przydomek White House Crashers (crasher to po angielsku osoba, która dostała się gdzieś bez zaproszenia). Państwo Salahi weszli na teren Białego Domu, sfotografowali się z kim chcieli i w czasie, gdy zaproszeni goście jedli kolację, umieszczali zdjęcia na Facebooku. White House Crashers nie usiedli bowiem do stołów – nie mieli przecież wyznaczonych miejsc. Po wpadce przeanalizowano wszystkie zdjęcia z przyjęcia i na żadnych nie było zuchwałego małżeństwa. Jak się okazało, Michelle Salahi przed incydentem podpisała kontrakt z telewizją Bravo na udział w reality show The Real Housewives of Washington (Prawdziwe Gospodynie Domowe Waszyngtonu). W ramach kręcenia jednego z odcinków, które miały ukazać się na antenie po Nowym Roku, ekipa sfilmowała nawet przygotowania do kolacji w Białym Domu. Pisano, że celem małżeństwa z Virginii było wypromowanie programu z udziałem Michelle Salahi. Ostatecznie, biuro Secret Service przyznało, że w punkcie kontrolnym nie postępowano zgodnie z procedurami. Z mojej perspektywy, fakt, że ktoś był w stanie dostać się na teren Białego Domu, wchodząc przez punkt kontrolny, nie będąc na liście zaproszonych, był wręcz niewiarygodny. Wiem bowiem doskonale, jak wygląda protokół. Zasada jest zawsze taka sama: nie ma cię na liście, nie wchodzisz. Raz mi się zdarzyło, że zabrakło mojego nazwiska w zestawieniu, jakim dysponował agent w punkcie kontrolnym i Secret Service nie chciało mnie wpuścić, mimo iż pokazałam mailowe potwierdzenie akredytacji z biura prasowego Białego Domu. Moje tłumaczenia na nic się zdały. – Proszę zadzwonić i wyjaśniać – rzekł bez emocji agent, wskazując mi telefon przymocowany do ściany – Jeśli nie ma pani nazwiska na liście, nie mogę pani wpuścić – rzekł stanowczo. Okazało się, że z jakiegoś powodu system komputerowy mnie nie uwzględnił. Na szczęście, po aktualizacji moje nazwisko pojawiło się na liście i agent, który początkowo odmawiał, po kilkunastu minutach zawołał mnie i otworzył bramkę. W przypadku wspomnianej pary zadziałał chyba elegancki wygląd: czerwone sari Michelle i smoking Tareqa. Bo cóż by innego?