Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Ameryka i my - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
9 października 2020
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Ameryka i my - ebook

„Ameryka i my” to nie tylko obraz współczesnej Ameryki pokazanej przez pryzmat interesujących miejsc, zdarzeń i ludzi. Dziennikarze, z humorem, odsłaniają kulisy swojego prywatnego i zawodowego życia.

Kilka barwnych, kolorowych relacji, układających się, jak szkiełka w kalejdoskopie, w urzekający obrazek.

To książka zarówno dla fanów Ameryki, jak i jej przeciwników, dla tych, co planują wizytę w USA, tych, co już tam byli i tych, którzy nie wybierają się za ocean.

W książce można przeczytać między innymi o tym :

Co kryje się za drzwiami Białego Domu, Gabinetu Owalnego i innych pokoi przy Pennsylvania Avenue 1600 w Waszyngtonie?

Jakie to uczucie: znaleźć się w samym sercu huraganu?

Dlaczego do Nowego Jorku można jeździć na okrągło i nigdy się nie nudzi?

Jak wygląda z bliska Fabryka Snów, kogo można spotkać w Hollywood i co się dzieje na czerwonym dywanie?

Jakie emocje towarzyszyły startom wahadłowców z przylądka Canaveral?

Co czujesz, widząc na własne oczy szaleńca chodzącego po linie rozpiętej między budynkami, na wysokości prawie dwustu metrów?

Jak się porywa tłumy w USA, czyli o amerykańskich kampaniach wyborczych i … oficjalnych pochówkach.

Kategoria: Felietony
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-957144-3-6
Rozmiar pliku: 11 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPIS TRE­ŚCI

WSTĘP

Za drzwia­mi Bia­łe­go Domu

Pierw­szy raz w re­zy­den­cji. Wow!

Daw­ni miesz­ka­ńcy pa­trzą ze ścian

W ogro­dzie Mi­chel­le Oba­my

Tu dzie­je się ma­gia: tra­dy­cja i se­zon świ­ątecz­ny w Bia­łym Domu

Sel­fie w Ga­bi­ne­cie Owal­nym

Je­den sie­dzi, dru­gi stoi – faux pas na szczy­tach wła­dzy

Na czer­wo­nym dy­wa­nie w Hol­ly­wo­od

Gla­mo­ur po ame­ry­ka­ńsku

Pa­weł Paw­li­kow­ski rzu­ca Hol­ly­wo­od na ko­la­na

Za ku­li­sa­mi Osca­rów: fan­ka w ró­żo­wym dre­sie, ku­charz mi­lio­ner

Mogę po­trzy­mać Osca­ra? Pew­nie, bierz!

Oko w oko z Bra­dem Pit­tem

W po­szu­ki­wa­niu do­mów gwiazd

I love NYC

Na da­chu świa­ta

Kup pan Ro­le­xa!

Dro­ga do No­we­go Jor­ku

Uwa­ga, będzie film!

Śla­da­mi fil­mów i se­ria­li

Twa­rzą w twarz z kimś zna­nym

Na kur­sie Ti­ta­ni­ca

O mat­ko! Czło­wiek na li­nie

Sza­le­niec z per­spek­ty­wy 32. pi­ętra

Sza­le­niec wi­dzia­ny z dołu

Ame­ry­ka wy­bie­ra pre­zy­den­ta

Chi­ca­go w eu­fo­rii, Oba­ma wy­gry­wa

Wy­bor­czy test: dam radę czy nie?

Wiel­ki, żó­łty ptak – gwiaz­da kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej

Wy­pie­ki, gar­ni­tu­ry, su­kien­ki, czy­li bar­wy kam­pa­nii

Do ak­cji wkra­cza Do­nald Trump

Mó­wi­li, że już prze­grał… a jed­nak wy­grał

Dzien­ni­karz?! Aaa, z Pol­ski, to ok

3… 2… 1… Lift off! Mi­sja: wa­ha­dło­wiec

Ma­rze­nie: zo­ba­czyć start

To co, je­dzie­my na przy­lądek Ca­na­ve­ral?

To dzie­je się na­praw­dę, star­tu­je wa­ha­dło­wiec!

Prze­żyj­my to jesz­cze raz

Cze­ka­my na po­wrót z ko­smo­su – uff, jak go­rąco!

Z wody!!! Re­kin!

Ra­do­ść i smu­tek: Atlan­tis po­wra­ca na Zie­mię

Na ście­żce ży­wio­łu

Trzęsie­nie zie­mi w Wa­szyng­to­nie

Gdy nad­cho­dzi Fran­ken­storm

Prze­ży­ję, czy mnie zmie­cie?

Rze­czy­wi­sto­ść a te­le­wi­zja

Ame­ry­ka­ńskie po­że­gna­nia

Cze­ka­jąc na ka­ra­wan

Gdy umie­ra były pre­zy­dent USA

Ból jest wszędzie taki sam

Za­ko­ńcze­nie

Źró­dłaWSTĘP

To było zwy­czaj­ne po­po­łud­nie, 1 czerw­ca 2009 roku. Pra­co­wa­li­śmy, jak zwy­kle, w swo­ich re­dak­cjach. Jed­no z nas w stu­diu, dru­gie w te­re­nie. Jed­no w pu­blicz­nej roz­gło­śni w Szcze­ci­nie, dru­gie w szcze­ci­ńskim od­dzia­le ra­dia RMF. Czu­li­śmy się wte­dy jed­nak tak, jak­by­śmy sie­dzie­li na go­rących krze­słach, po­nie­waż od daw­na wie­dzie­li­śmy, iż za kil­ka ty­go­dni na­sze ży­cie wy­wró­ci się do góry no­ga­mi. Nikt, poza bar­dzo wąską gru­pą osób, nie był jesz­cze wów­czas wta­jem­ni­czo­ny w na­sze pla­ny zwi­ąza­ne z prze­pro­wadz­ką do Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

To wła­śnie w tym dniu, 1 czerw­ca 2009 roku, na ekra­nach te­le­wi­zo­rów po­ja­wił się na żó­łtym pa­sku ko­mu­ni­kat: Za­gi­nął sa­mo­lot Air Fran­ce, le­cący z Rio de Ja­ne­iro do Pa­ry­ża. Z pew­no­ścią wie­le osób pa­mi­ęta, jak za­ko­ńczył się ten lot. Sa­mo­lot wpa­dł do Atlan­ty­ku, nikt nie prze­żył.

Za kil­ka ty­go­dni to my mie­li­śmy le­cieć do USA, zmie­nić na ja­kiś czas swo­je ży­cie. Nie spo­sób było nie my­śleć o tam­tej ka­ta­stro­fie, zwłasz­cza, gdy spędza­ło się w new­sro­omie po kil­ka go­dzin dzien­nie, śle­dząc na bie­żąco ko­lej­ne do­nie­sie­nia i ma­jąc w per­spek­ty­wie lot przez oce­an.

Dziś tam­to wspo­mnie­nie nie wy­wo­łu­je w nas już nie­po­ko­ju. Jest tyl­ko czy­mś, co po­tra­fi­my przy­wo­łać i do­kład­nie umiej­sco­wić w cza­sie. Lato 2009 przy­nio­sło bo­wiem w na­szym ży­ciu re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny i tak się aku­rat zło­ży­ło, że wy­da­rzył się wy­pa­dek, któ­rym żyły wszyst­kie świa­to­we i kra­jo­we ser­wi­sy in­for­ma­cyj­ne. Od tam­te­go cza­su wie­le się zmie­ni­ło: nasz stan cy­wil­ny, miej­sce za­miesz­ka­nia, kon­ty­nent. Zo­sta­li­śmy rów­nież ro­dzi­ca­mi i od­by­li­śmy mnó­stwo pod­ró­ży sa­mo­lo­tem. To wła­śnie w cza­sie jed­nej z nich, do Hol­ly­wo­od, zro­dził się po­my­sł na­pi­sa­nia tej ksi­ążki. Po­sta­no­wi­li­śmy opi­sać choć część zda­rzeń, miejsc i spo­tka­nych na na­szej dro­dze lu­dzi – to, co za­pa­dło nam w pa­mi­ęć, w czym mo­gli­śmy uczest­ni­czyć dzi­ęki pod­jętej pew­ne­go dnia de­cy­zji, by po­le­cieć do Ame­ry­ki. Ta, ma­jąca trwać krót­ko, za­wo­do­wa przy­go­da jest na­szą co­dzien­no­ścią do dziś.

W 2009 roku, w dru­giej po­ło­wie lip­ca, pod­czas pod­ró­ży do Sta­nów, spo­tka­li­śmy czło­wie­ka Hol­ly­wo­od, zdo­byw­cę Osca­ra. Nie przy­pusz­cza­li­śmy wów­czas, że w ko­lej­nych la­tach od­będzie­my tak wie­le pod­ró­ży do sto­li­cy kina i zo­ba­czy­my z bli­ska ku­li­sy Osca­rów. Pod­czas prze­siad­ki na lot­ni­sku w Ber­li­nie, na­tknęli­śmy się na Jana A. P. Kacz­mar­ka, uro­dzo­ne­go w Pol­sce kom­po­zy­to­ra, lau­re­ata na­gro­dy Ame­ry­ka­ńskiej Aka­de­mii Fil­mo­wej. My le­cie­li­śmy do Wa­szyng­to­nu, Jan A. P. Kacz­ma­rek do Los An­ge­les. My pod ad­res, pod któ­rym kry­ła się nie­wia­do­ma, Jan Kacz­ma­rek do swo­je­go domu w Ame­ry­ce. Spo­tka­nie i krót­ka roz­mo­wa na lot­ni­sku były pierw­szym za­ska­ku­jącym mo­men­tem w dro­dze do Wa­szyng­to­nu. Wkrót­ce mia­ło się oka­zać, jak wie­le ta­kich nie­ocze­ki­wa­nych spo­tkań i nie­spo­dzie­wa­nych chwil cze­ka nas za oce­anem.

Pra­ca dla ra­dia RMF i RMF Clas­sic, otwo­rzy­ła nam w Sta­nach drzwi do miejsc, któ­re w in­nych oko­licz­no­ściach by­ły­by dla nas za­mkni­ęte. Od­by­li­śmy wspól­nie wie­le za­wo­do­wych i pry­wat­nych pod­ró­ży po USA, któ­rych nie za­po­mni­my do ko­ńca ży­cia. By­wa­ło ró­żnie. Cza­sem z emo­cji nie mo­gli­śmy za­snąć, cza­sem pa­da­li­śmy ze zmęcze­nia.

Przy­stępu­jąc do pi­sa­nia, wy­bra­li­śmy kil­ka wąt­ków i wy­da­rzeń, w któ­rych uczest­ni­czy­li­śmy. Do­szli­śmy do wnio­sku, że nie je­ste­śmy w sta­nie za­wrzeć wszyst­kie­go w jed­nej pu­bli­ka­cji. Klu­czem sta­ły się więc od­wie­dzo­ne w ci­ągu de­ka­dy miej­sca, w któ­rych dzia­ło się coś, czym żyły świa­to­we me­dia. Po­sta­no­wi­li­śmy, iż opi­sze­my to wszyst­ko od ku­lis, z na­szej per­spek­ty­wy, prze­my­ca­jąc przy oka­zji tro­chę oso­bi­stych spo­strze­żeń i opo­wie­ści o ży­ciu w Sta­nach. Pi­sa­nie tej ksi­ążki sta­ło się dla nas swe­go ro­dza­ju pod­ró­żą sen­ty­men­tal­ną. Pra­ca nad tek­stem wy­ma­ga­ła od nas przej­rze­nia dys­ków ze zdjęcia­mi i fil­ma­mi wi­deo, któ­re ro­bi­my od pierw­sze­go dnia po­by­tu w USA. Ob­ser­wo­wa­li­śmy więc przy oka­zji, jak zmie­niał się nam ob­wód pasa i fry­zu­ry. – Zo­bacz jaki tu by­łem szczu­pły! – Jak mo­głam dać so­bie zro­bić tak ja­sny ko­lor wło­sów?! – wy­krzy­ki­wa­li­śmy, po­chy­la­jąc się nad ekra­nem kom­pu­te­ra. Ale nie sku­pia­li­śmy się tyl­ko na na­szym wy­glądzie. Zdjęcia przy­wo­ły­wa­ły wspo­mnie­nia. Nie raz py­ta­li­śmy sie­bie na­wza­jem: – A pa­mi­ętasz jak…

Od­da­je­my w Wa­sze ręce ka­wa­łek na­sze­go ży­cia w Ame­ry­ce. Mamy na­dzie­ję, że opo­wie­ść o zda­rze­niach, któ­re prze­ży­li­śmy w Sta­nach, po­zwo­li Wam, w pe­wien spo­sób, choć na chwi­lę prze­nie­ść się za oce­an.

Li­dia, Pa­wełZa drzwia­mi Bia­łe­go Domu

Pierw­szy raz w re­zy­den­cji. Wow!

Pro­szę pani, na­praw­dę pro­szę już wy­jść!!! – agent Se­cret Se­rvi­ce miał po­wa­żny wy­raz twa­rzy i zde­cy­do­wa­nym ge­stem po­ka­zał mi drzwi. Znaj­do­wa­li­śmy się w holu Bia­łe­go Domu, w po­bli­żu we­jścia do Blue Room, jed­ne­go z naj­słyn­niej­szych po­koi w USA. Ro­bi­łam ostat­nie zdjęcia. Była ko­ńców­ka li­sto­pa­da, lecz Bia­ły Dom to­nął już w świ­ątecz­nych de­ko­ra­cjach. W głów­nym holu sta­ło kil­ka­dzie­si­ąt cho­inek ob­sy­pa­nych sztucz­nym śnie­giem. W po­zo­sta­łych po­ko­jach rów­nież było mnó­stwo ozdób, bom­bek, ko­kard, a ta­kże świ­ątecz­nych drze­wek przy­stro­jo­nych we­dług okre­ślo­ne­go klu­cza. W Ver­me­il Room do­mi­no­wa­ło zło­to. Zło­te­go ko­lo­ru wszędzie było mnó­stwo, lecz w po­zo­sta­łych po­ko­jach łączył się on z de­ko­ra­cja­mi w in­nych bar­wach – w Red Room zło­to mie­sza­ło się z czer­wie­nią, a w Gre­en Room z zie­le­nią. Na zro­bie­nie zdjęć i zo­ba­cze­nie wszyst­kich pu­blicz­nych po­koi Bia­łe­go Domu mia­łam tyl­ko oko­ło czter­dzie­stu mi­nut. Na­praw­dę trze­ba było się sprężać.

Uczest­ni­czy­łam w press pre­view – pre­zen­ta­cji, pod­czas któ­rej dzien­ni­ka­rze mogą zo­ba­czyć w jaki spo­sób ude­ko­ro­wa­no Bia­ły Dom z oka­zji zbli­ża­jące­go się Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Mia­łam wiel­kie szczęście. Uda­ło mi się zdo­być akre­dy­ta­cję już dru­gi rok z rzędu. Pre­zen­ta­cje, pod­czas któ­rych mo­żna na wła­sne oczy zo­ba­czyć świ­ątecz­nie przy­stro­jo­ne wnętrze Bia­łe­go Domu, albo na­kry­te ele­ganc­ko sto­ły przed Sta­te Din­ner – ko­la­cją na cze­ść za­gra­nicz­ne­go przy­wód­cy, cie­szą się ol­brzy­mim za­in­te­re­so­wa­niem me­diów. Po­dob­nie jak spo­tka­nia w Ogro­dzie Ró­ża­nym, pod­czas któ­rych pre­zy­dent USA da­ru­je przed Świ­ętem Dzi­ęk­czy­nie­nia ży­cie in­dy­ko­wi lub, gdy z oka­zji Wiel­ka­no­cy, za­pra­sza dzie­ci na do­rocz­ne to­cze­nie ja­jek po tra­wie. Ilo­ść miejsc na tego typu wy­da­rze­nia jest za­wsze mniej­sza niż ilo­ść chęt­nych. Pa­weł i ja mie­li­śmy kil­ka oka­zji by zo­ba­czyć to wszyst­ko z bli­ska. Cza­sem wspól­nie, a cza­sem w po­je­dyn­kę, gdy jed­no z nas nie otrzy­ma­ło akre­dy­ta­cji. Tego dnia, gdy agent Se­cret Se­rvi­ce ka­zał mi się wy­no­sić, by­łam w Bia­łym Domu sama. Z na­szej dwój­ki tym ra­zem to ja mia­łam szczęście.

Gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam Bia­ły Dom na wła­sne oczy, wy­dał mi się mniej­szy niż so­bie wy­obra­ża­łam. Było to w sło­necz­ny, upal­ny dzień, pod­czas spa­ce­ru wzdłuż Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue – uli­cy, przy któ­rej znaj­du­je się re­zy­den­cja pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Wte­dy, w to lip­co­we po­po­łud­nie 2009 roku, Pa­weł i ja sta­li­śmy przy ogro­dze­niu Bia­łe­go Domu i, jak inni tu­ry­ści, ro­bi­li­śmy so­bie zdjęcia na tle naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­ne­go bu­dyn­ku w Wa­szyng­to­nie. W ko­lej­nych la­tach mia­łam oka­zję być w Bia­łym Domu wie­le razy. Prze­czy­ta­łam spo­ro ksi­ążek na te­mat jego hi­sto­rii, miesz­ka­jących w nim ro­dzin, se­kre­tów i skan­da­li, któ­re się w nim ro­ze­gra­ły. Dla­te­go fakt, iż w ko­ńcu ja ta­kże mogę się w nim zna­le­źć, bu­dził we mnie sil­ne emo­cje.

Pierw­szy rok po­by­tu w USA był dla mnie od­kry­wa­niem ró­żnych aspek­tów Ame­ry­ki. Będąc w Pol­sce wie­dzia­łam, że pre­zy­dent USA wy­da­je cza­sa­mi na cze­ść swo­ich go­ści uro­czy­ste ko­la­cje. Mia­łam w pa­mi­ęci zdjęcia Jo­lan­ty i Alek­san­dra Kwa­śniew­skich, któ­rych z pom­pą po­dej­mo­wa­no w Bia­łym Domu. Ale poza tym, moja wie­dza na ten te­mat była zni­ko­ma. Do­pie­ro w Wa­szyng­to­nie zro­zu­mia­łam, o co tak na­praw­dę w tym cho­dzi i dla­cze­go otrzy­ma­nie za­pro­sze­nia na Sta­te Din­ner jest w wa­szyng­to­ńskich kręgach tak po­żąda­ne.

Była ko­ńców­ka li­sto­pa­da 2009 roku. Wy­bra­ny rok wcze­śniej na pre­zy­den­ta USA Ba­rack Oba­ma, wy­da­wał swo­ją pierw­szą ofi­cjal­ną ko­la­cję na cze­ść ów­cze­sne­go pre­mie­ra In­dii. Przez cały wie­czór te­le­wi­zja CNN po­ka­zy­wa­ła go­ści wcho­dzących do Bia­łe­go Domu, a ta­kże ce­re­mo­nię po­wi­ta­nia in­dyj­skiej pary. Dla od­mia­ny, dzie­si­ęć lat pó­źniej, gdy Do­nald Trump po­dej­mo­wał w Bia­łym Domu pre­mie­ra Au­stra­lii, nie było już tego typu trans­mi­sji. Nie dla­te­go, że me­diom ko­la­cje się znu­dzi­ły. Do­nald Trump pro­wa­dził otwar­tą woj­nę z CNN i sta­cja nie była sko­ra do po­ka­zy­wa­nia go­ści i ele­ganc­kich sto­łów.

Przy oka­zji pierw­szej Sta­te Din­ner Ba­rac­ka Oba­my mó­wio­no o tym, ja­kie przy­go­to­wa­no menu, po­ka­zy­wa­no za­sta­wę, ara­nża­cję sto­łów, bu­kie­ty kwia­tów. Sło­wem, me­dia o tym mó­wi­ły nie­ustan­nie.

Sta­te Din­ner od­by­wa się z sym­bo­licz­nym udzia­łem me­diów, dzien­ni­ka­rze za­pra­sza­ni są na tak zwa­ne pre­views oraz na mo­ment po­wi­ta­nia go­ści. Ci, któ­rym Bia­ły Dom przy­zna od­po­wied­nie akre­dy­ta­cje, mogą we­jść na dzień przed ko­la­cją i zo­ba­czyć jak będzie wy­gląda­ła sala, w któ­rej za­pla­no­wa­no przy­jęcie, zro­bić zdjęcia sto­łów, na któ­rych usta­wio­ne są już ta­le­rze, kie­lisz­ki i sztu­ćce. Ame­ry­ka­ńskie me­dia po­świ­ęca­ją temu te­ma­to­wi dużo cza­su i ener­gii. Sta­te Din­ner jest bo­wiem naj­bar­dziej pre­sti­żo­wym przy­jęciem w Wa­szyng­to­nie i pew­ne­go ro­dza­ju te­stem, kto się li­czy, a kto nie. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ru por­ta­le in­ter­ne­to­we pu­bli­ku­ją zdjęcia za­pro­szo­nych osób. Spo­ro uwa­gi – zwłasz­cza w ostat­nich la­tach – po­świ­ęca się temu, co mia­ła na so­bie pierw­sza dama. Kre­acja żony pre­zy­den­ta USA ma bo­wiem wy­miar po­li­tycz­ny. W Ame­ry­ce ocze­ku­je się, że strój wyj­dzie spod igły ro­dzi­me­go pro­jek­tan­ta i będzie swo­je­go ro­dza­ju pro­mo­cją USA. Może to być ewen­tu­al­nie kre­acja uszy­ta w kra­ju, z któ­re­go po­cho­dzi gość po­dej­mo­wa­ny przez parę pre­zy­denc­ką.

Kie­dy wie­czo­rem, 24 li­sto­pa­da 2009 roku, z uwa­gą śle­dzi­łam re­la­cję CNN i po­ka­zy­wa­ne na ekra­nie twa­rze go­ści wcho­dzących na te­ren Bia­łe­go Domu, nie wie­dzia­łam jesz­cze, jaka bu­rza wkrót­ce się roz­pęta. Na­stęp­ne­go dnia, kie­dy me­dia po­da­wa­ły li­stę go­ści, w ko­men­ta­rzach za­częło prze­wi­jać się py­ta­nie: dla­cze­go do Bia­łe­go Domu za­pro­szo­no Mi­chel­le i Ta­re­qa Sa­la­hi, ma­łże­ństwo z Vir­gi­nii? – Co oni u dia­bła tam ro­bi­li? – pa­da­ły py­ta­nia. Chwi­lę po­tem Wa­szyng­to­nem, a na­stęp­nie całą Ame­ry­ką, wstrząsnęła na­stępu­jąca wia­do­mo­ść: pa­ństwo Sa­la­hi nie mie­li za­pro­sze­nia na Sta­te Din­ner, przy­jęcie zor­ga­ni­zo­wa­ne na cze­ść pre­mie­ra In­dii. Mimo to, zo­sta­li wpusz­cze­ni do Bia­łe­go Domu przez Se­cret Se­rvi­ce. Wkrót­ce w in­ter­ne­cie po­ja­wi­ły się zdjęcia, na któ­rych wi­dać jak blon­dwło­sa była mo­del­ka Mi­chel­le Sa­la­hi, w czer­wo­nym sari, ści­ska dłoń pre­zy­den­ta Oba­my, a jej uśmiech­ni­ęty mąż, w czar­nym smo­kin­gu, jest na­stęp­ny w ko­lej­ce. Ko­lej­na fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła tę parę z wi­ce­pre­zy­den­tem Joe Bi­de­nem.

Bu­rza trwa­ła przez wie­le dni. Przed­sta­wi­cie­le Se­cret Se­rvi­ce nie po­tra­fi­li wy­tłu­ma­czyć, w jaki spo­sób wpusz­czo­no do Bia­łe­go Domu lu­dzi, któ­rych nie było na li­ście go­ści i nie mie­li za­pro­szeń. W pra­sie po­ja­wia­ło się co­raz wi­ęcej szcze­gó­łów i ana­liz. Mi­chel­le i Ta­req Sa­la­hi do­sta­li przy­do­mek Whi­te Ho­use Cra­shers (cra­sher to po an­giel­sku oso­ba, któ­ra do­sta­ła się gdzieś bez za­pro­sze­nia). Pa­ństwo Sa­la­hi we­szli na te­ren Bia­łe­go Domu, sfo­to­gra­fo­wa­li się z kim chcie­li i w cza­sie, gdy za­pro­sze­ni go­ście je­dli ko­la­cję, umiesz­cza­li zdjęcia na Fa­ce­bo­oku. Whi­te Ho­use Cra­shers nie usie­dli bo­wiem do sto­łów – nie mie­li prze­cież wy­zna­czo­nych miejsc. Po wpad­ce prze­ana­li­zo­wa­no wszyst­kie zdjęcia z przy­jęcia i na żad­nych nie było zu­chwa­łe­go ma­łże­ństwa. Jak się oka­za­ło, Mi­chel­le Sa­la­hi przed in­cy­den­tem pod­pi­sa­ła kon­trakt z te­le­wi­zją Bra­vo na udział w re­ali­ty show The Real Ho­use­wi­ves of Wa­shing­ton (Praw­dzi­we Go­spo­dy­nie Do­mo­we Wa­szyng­to­nu). W ra­mach kręce­nia jed­ne­go z od­cin­ków, któ­re mia­ły uka­zać się na an­te­nie po No­wym Roku, eki­pa sfil­mo­wa­ła na­wet przy­go­to­wa­nia do ko­la­cji w Bia­łym Domu. Pi­sa­no, że ce­lem ma­łże­ństwa z Vir­gi­nii było wy­pro­mo­wa­nie pro­gra­mu z udzia­łem Mi­chel­le Sa­la­hi. Osta­tecz­nie, biu­ro Se­cret Se­rvi­ce przy­zna­ło, że w punk­cie kon­tro­l­nym nie po­stępo­wa­no zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi. Z mo­jej per­spek­ty­wy, fakt, że ktoś był w sta­nie do­stać się na te­ren Bia­łe­go Domu, wcho­dząc przez punkt kon­tro­l­ny, nie będąc na li­ście za­pro­szo­nych, był wręcz nie­wia­ry­god­ny. Wiem bo­wiem do­sko­na­le, jak wy­gląda pro­to­kół. Za­sa­da jest za­wsze taka sama: nie ma cię na li­ście, nie wcho­dzisz. Raz mi się zda­rzy­ło, że za­bra­kło mo­je­go na­zwi­ska w ze­sta­wie­niu, ja­kim dys­po­no­wał agent w punk­cie kon­tro­l­nym i Se­cret Se­rvi­ce nie chcia­ło mnie wpu­ścić, mimo iż po­ka­za­łam ma­ilo­we po­twier­dze­nie akre­dy­ta­cji z biu­ra pra­so­we­go Bia­łe­go Domu. Moje tłu­ma­cze­nia na nic się zda­ły. – Pro­szę za­dzwo­nić i wy­ja­śniać – rze­kł bez emo­cji agent, wska­zu­jąc mi te­le­fon przy­mo­co­wa­ny do ścia­ny – Je­śli nie ma pani na­zwi­ska na li­ście, nie mogę pani wpu­ścić – rze­kł sta­now­czo. Oka­za­ło się, że z ja­kie­goś po­wo­du sys­tem kom­pu­te­ro­wy mnie nie uwzględ­nił. Na szczęście, po ak­tu­ali­za­cji moje na­zwi­sko po­ja­wi­ło się na li­ście i agent, któ­ry po­cząt­ko­wo od­ma­wiał, po kil­ku­na­stu mi­nu­tach za­wo­łał mnie i otwo­rzył bram­kę. W przy­pad­ku wspo­mnia­nej pary za­dzia­łał chy­ba ele­ganc­ki wy­gląd: czer­wo­ne sari Mi­chel­le i smo­king Ta­re­qa. Bo cóż by in­ne­go?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij