Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

AMERYKA - TAM, WZDŁUŻ, WSZERZ I Z POWROTEM - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
11 sierpnia 2026
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

AMERYKA - TAM, WZDŁUŻ, WSZERZ I Z POWROTEM - ebook

Przed każdą podróżą warto zrobić szybki rachunek sumienia i zadać sobie jedno kluczowe pytanie: WYGODY CZY PRZYGODY? Ta książka to zapis wieloletnich podróży po Stanach Zjednoczonych (i nie tylko)... Od zamieci śnieżnych po palące słońce Arizony, od kosmicznych krajobrazów Utah i dzikiego Yellowstone po wyludnione ulice Detroit, od filozoficznych rozmów z Wodzem Nawaho i gęstwinę Alaski po tropiki Kostaryki – to nie jest zwykły reportaż z trasy. Zapakuj plecak i ruszaj w drogę przez kontynent pełen skrajności. Pamiętaj: możemy znać cel naszej podróży, ale nie znamy swojego przeznaczenia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Podróże
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 10 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1 USA - tam, wzdłuż, wszerz i z powrotem

Przed każdą podróżą dobrze zrobić rachunek sumienia i świadomie wybrać: wygody czy przygody?

Michigan – Ohio – Kentucky – Tennessee – Arkansas – Texas – New Mexico – Arizona – California.

California – Arizona – Oklahoma – Missouri – Illinois – Indiana – Michigan.

New Hampshire – Massachusetts – Rhode Island – Connecticut – New Jersey – Maryland – Virginia – North Carolina – South Carolina – Georgia – Floryda, i z powrotem.

Illinois – Wisconsin – Minnesota – North Dakota – South Dakota – Nebraska – Iowa – Illinois.

Utah – Idaho – Wyoming – Colorado – New Mexico – Arizona.

Nevada – California – Arizona – Nevada.

Alaska.

Hawaje.

Dziesiątki, może setki kilometrów pieszo. Tysiące, bardziej dziesiątki tysięcy kilometrów samochodami. Różnymi. Większymi i niedużymi, sportowymi, ze zbyt małym bagażnikiem, ale za to z tylnymi siedzeniami w sam raz na dodatkowe bagaże. Po kilku dniach podróży samochód zmienia się w mały tabor cygański. Wszędzie ciuchy, mapy, atlasy, kubki do herbaty i kawy, jedzenie, owoce, słodycze i inne różności.

Pierwsza wyprawa z północy na południe i ze wschodu na zachód. Zaczyna się w zamieci śnieżnej, potem kilometr za kilometrem przez pustynie Nowego Meksyku i Arizony. Klimat się ociepla, by w końcu osiągnąć pełnię słońca w upalnym San Diego. Praktycznie cała podróż toczy się na autostradzie, czasem zapchanej przy większych miastach, ale częściej pustej, prostej i niemal nieskończonej…

Kolejne podróże, innym samochodem, innymi autostradami, przez inne lasy, góry, pustynie i wybrzeża. W samochodzie zazwyczaj podobna monotonia, poza samochodem zupełnie inne światy.

Najwyższy szczyt Teksasu

Ciepła i przyjemna pogoda zachęca, by zwolnić, zjechać z głównej drogi i zatrzymać się na dłużej — nie tylko po to, by kupić kawę.

Najwyższy szczyt Teksasu, leżący w Górach Guadalupe, wznosi się niemal na 2900 metrów n.p.m. Jego stoki, porośnięte trawami i kaktusami, tworzą pejzaż przypominający scenerię z innego, nieprzyjaznego świata.

Zdobycie szczytu Guadalupe, poza niezapomnianymi widokami, godzinami zmagania się ze swoimi słabościami i chwilami mistycznej przyjemności w odświeżającym pustynno-górskim powietrzu, niespodziewanie obdarowuje mnie głęboką mądrością.

Na samym szczycie, dostojnie udekorowanym metalowym ostrosłupem, spotyka nas jednak dziwna, nieco odrzucająca niespodzianka...

Przedstawiciel gatunku Homo sapiens (choć wątpię, by był to Homo sapiens sapiens) pozostawił pokaźny ślad swojej obecności. Może, kierowany pradawnym instynktem, zapragnął zaznaczyć swój byt i wybrał do tego wgłębienie przypominające niemal toaletę, tuż przy samym ostrosłupie? Wiedział przecież, że każdy zdobywca szczytu skieruje pierwsze kroki do tego tajemniczo lśniącego szpica, by go dokładnie zbadać.

A może jednak był to prawdziwy filozof, który w swojej mądrości wybrał doskonałą metodę nauczania? Uniesienie i szczęście po zakończonej, wyczerpującej wędrówce, majestat nieopisanych widoków i wszechogarniająca przestrzeń, zderzyły się tam ze zwykłymi ludzkimi ekskrementami. Mózg graweruje wyobraźnią nieistniejący podpis: Nie ekscytuj się za bardzo szczytami, które zdobywasz, bo czasem jest tam ciasno, a czasem jest to gówno warte.2 Nowy Meksyk

Poza tym droga, długa i trochę pofalowana przez wiatr jak zastygła wstęga. Asfaltowa, niebieska, jaśniejsza, ciemniejsza, z lewej nieskończona przerywana biała linia, z prawej trochę grubsza i ciągła... Umysł wpada w rytm monotonnej mantry: kaktus, kamień, piach... Zamrożony krajobraz nie zmienia się godzinami... Sucha trawa, płaty śniegu, kaktusy. Na horyzoncie szczyty gór. Karłowate palmy porastające pagóry przypominają zastygłą w szarży hordę krasnoludów z bujnymi czuprynami.

Jedziemy wzdłuż granicy z Meksykiem. Droga jest absolutnie pusta, a krajobraz ciągnie się monotonnie, jak to na pustyni. Nagle z tego spalonego słońcem niebytu wyłania się blokada drogi. Border Patrol – straż graniczna prowadzi tu wyrywkową kontrolę. Zatrzymują nas. Do okna naszego czerwonego auta podchodzi umundurowany żołnierz i zagląda do środka. Widzi białego gościa i Azjatkę – zestaw na pierwszy rzut oka zupełnie niepodejrzany. Czysta formalność. Znudzonym głosem pyta, czy jesteśmy Amerykanami, z góry oczekując mechanicznego potaknięcia.

Moja towarzyszka w tej podróży bez wahania odpowiada: „Tak”. Wzrok mundurowego natychmiast przenosi się na mnie. Gość jest w stu procentach pewny, że za chwilę usłyszy to samo słowo, po czym machnie ręką i każe nam jechać w diabły. Przez ułamek sekundy mocno się waham. W głowie przemyka mi szybka myśl: „Powiem tak, skłamię, chłop odpuści i będziemy mieć święty spokój”. Coś jednak we mnie pęka. Intuicja podpowiada mi, żeby nie ryzykować – z amerykańskimi służbami granicznymi nie ma żartów. – Nie, Polak – mówię.

Żołnierz na moment zamiera, lekko zdziwiony. Następuje krótka, chłodna komenda: prosi o dokumenty i nakazuje nam wyjść z samochodu. Wysiadam na ten pustynny upał. Chyba nie do końca zrozumiałem jego kolejną instrukcję, albo po prostu podszedłem do sprawy ze zbytnią, europejską swobodą. W powietrzu zaczyna wisieć gęste napięcie. Odruchowo, zupełnie bezwiednie, wpycham ręce głęboko do kieszeni spodni. Moja partnerka też już jest wyraźnie spięta. Robię parę kroków w stronę żołnierzy, którzy trzymają mój paszport, i nagle sytuacja gęstnieje w ułamku sekundy.

Jeden z nich unosi dłoń, brutalnie blokując mnie w miejscu. Atmosfera robi się tak napięta, że można by ją kroić nożem. Mundurowy patrzy mi głęboko w oczy i mówi – bardzo, ale to bardzo powoli, akcentując każde słowo: – Wyciągnij. Ręce. Z. Kieszeni.

W tym momencie dociera do mnie powaga sytuacji. Przecież to jest prawdziwa Ameryka. Tutaj nie trzyma się rąk w kieszeniach, zwłaszcza stojąc przed uzbrojonym po zęby patrolem. Na karku natychmiast pojawia się lodowaty pot. Widzę po ich minach, że to nie są żarty – ci faceci są śmiertelnie poważni, a ich dłonie spoczywają niebezpiecznie blisko kabur z bronią. Bardzo, bardzo powoli, starając się nie wykonać żadnego gwałtownego ruchu, wyciągam ręce i trzymam je rozpostarte na widoku.

Gdy zauważają, że nie mam zamiaru wyciągnąć z gaci rewolweru ani granatu, napięcie nagle opada. Pojawia się potężna fala ulgi. Kończy się na krótkim, szorstkim pouczeniu i możemy ruszać dalej. Ta wyprawa miała miejsce jeszcze zanim zrobiłem amerykańskie prawo jazdy i zanim na własnej skórze przekonałem się, jak obsesyjnie podchodzi się tutaj do procedur bezpieczeństwa. Przed wyjazdem do USA po prostu tego nie doczytałem. A przecież scenariusz mógł być zupełnie inny. Mogli mnie bez ostrzeżenia rzucić na ziemię, wykręcić ręce, kolanem docisnąć do rozgrzanego asfaltu i dopiero wtedy pytać, co właściwie trzymałem w kieszeniach...

Lud Chaco i kontrola pogody

Na meksykańskiej prerii czasem stoi suche drzewo. Zamiast dzikich zwierząt, jak bizony, pasą się krowy. Samochód mknie jak rumak, a melodie z radia szumią w rytmie wiatru. Trudno rozróżnić, co się porusza: samochód czy otoczenie. Jedynie wędrujące słońce i rosnące góry na horyzoncie przypominają, że czas wciąż płynie, a cel podróży jest coraz bliżej.

Odbijamy z gładkiego asfaltu. Zjeżdżamy na długą, szutrową drogę prowadzącą do ruin tysiącletniego miasta. Trasa okazuje się potężnym wyzwaniem dla naszego samochodu, który nie ma ani napędu na cztery koła, ani wysokiego zawieszenia. Każdy większy kamień to modlitwa o miskę olejową. Cel jest jednak wart ryzyka. Miasto zostało wybudowane przez tajemniczy lud Chaco. Do dziś badacze głowią się, czy była to regularna osada, czy raczej olbrzymi kompleks o przeznaczeniu sakralnym, naukowym i administracyjnym.

Lud Chaco był zafascynowany niebem. Perfekcyjnie opanowali obserwację Słońca – potrafili z niesamowitą dokładnością wyznaczać cykle pór roku, przesilenia, równonoce i kierunki świata. Ich monumentalna architektura była z tym ściśle powiązana: promienie słoneczne wpadały do wnętrz budowli w ściśle określonych miejscach i tylko w konkretne dni roku. Ten potężny kult widać na każdym kroku – w wyrytych na skałach symbolach oraz w tajemniczych, okrągłych, podziemnych pomieszczeniach zwanych kivami. Naukowcy uważają, że jeden z petroglifów przedstawia pełne zaćmienie Słońca, a inny – wybuch supernowej. Oba te zjawiska miały miejsce, gdy Chaco tętniło życiem. Dla ludu żyjącego z powtarzalnych cykli natury takie nagłe, niewytłumaczalne anomalie musiały być kosmicznym szokiem, który mógł dramatycznie zachwiać ich całym porządkiem świata.

Największe budowle miały setki pomieszczeń i wznosiły się nawet do pięciu pięter – część ukryto pod ziemią, część dumnie strzelała w górę. W planach architektonicznych dominował kształt okręgu lub półokręgu. To fascynujący paradoks, bo powszechnie uważa się, że mieszkańcy nie znali koła albo po prostu uparcie go nie używali.

Podobnie jak inne słynne osady w regionie (choćby Mesa Verde), kompleks Chaco powstał dzięki gigantycznemu, morderczemu wysiłkowi ludzkich mięśni. I nagle, w tajemniczych okolicznościach, został opuszczony. Najpopularniejsza teoria mówi o wielkiej, trwającej czterdzieści siedem lat suszy. Ale na miejscu nikt nie ukrywa prawdy: nic nie jest pewne, a cała współczesna wiedza o Chaco to tylko luźne domysły i akademickie spekulacje.

Po Chetro Ketl, drugiej co do wielkości budowli, oprowadza nas lokalny ranger. Gość ma świetny dystans i raczy nas zabawną historią o filmowcach z Niemiec. Przyjechali tu kiedyś, żeby nakręcić paradokument. Wmawiali w nim widzom, że tajemnicze kivy w rzeczywistości służyły do… kontroli pogody. Według ich teorii, w pewnym momencie mieszkańcy popełnili błąd, budując kivę w kształcie ósemki, co ściągnęło na nich ostateczny kataklizm.

– W jednej ze scen – opowiada z uśmiechem ranger – niemiecki para-naukowiec stoi na środku największej kivy, macha komicznie rękami i z przejęciem przekonuje do kamery, że „pole energetyczne” jest tu tak potężne, że fizycznie nie da się podnieść rąk. Ranger parska śmiechem.

– Sprawdziłem to potem z chłopakami ze straży. Ręce podnosiliśmy bez żadnych przeszkód, obalając ten cały niemiecki hit. Pozostaje tylko pytanie, ilu naiwnych widzów wciąż w to wierzy.

Gdy pytam go o prawdziwe przyczyny porzucenia tego spektakularnego miasta, ranger tylko kręci głową, rzucając standardowe: „może to, a może tamto”. W końcu jednak poważnieje i mówi coś, co zapada w pamięć: – A może ludzie po prostu doszli do wniosku, że styl życia, jaki wiedli zanim zbudowali to wszystko, był po prostu lepszy? Współcześni potomkowie ludu Chaco są w tej kwestii mocno podzieleni. Dla jednych tamte czasy to szczyt i rozkwit ich cywilizacji, dla innych – mroczny, ponury okres.

I to drugie mocniej do mnie przemawia. Ciągnięcie dziesiątek tysięcy potężnych drewnianych bali z odległości wielu mil, łupanie skał na setki tysięcy cegieł. Pokolenia niewolniczej, katorżniczej pracy. Raczej niewielu widziało w tym wyższy sens. A już na pewno nie ci, którzy musieli te drągi targać na plecach i kruszyć kamienie w pełnym słońcu. Wizję wielkości mieli zapewne tylko ci, którzy zamiast narzędzi trzymali w rękach baty. Może w końcu ludzie przejrzeli na oczy? Zrozumieli, że ta harówka odbiera im resztki radości życia. Powiedzieli „dość”, rzucili kilofy, rozliczyli się z nadzorcami i po prostu wrócili do swoich rodzinnych wiosek. Rewolucja.

Niestety, powrót na parking brutalnie sprowadza mnie z poziomu filozoficznych rozważań na ziemię. Kubeł zimnej wody: dwie dziurawe opony. Chodzę wokół auta, myślę, kopię w gumę, bezradnie sprawdzając, czy to ordynarny flak, czy tylko jakaś fatamorgana. Moje zakłopotanie dostrzega kierowca potężnego, amerykańskiego pickupa, dla którego ta szutrowa droga była ledwie rozgrzewką. Z kabiny wysiada Teksańczyk.

– Co tam się stało, przyjacielu? – pyta z tym swoim uroczym, głębokim, południowym przeciąganiem samogłosek. Pokazuję palcem na koła i tłumaczę sytuację. Gość pochyla się, przygląda oponom i kiwa głową.

– Przebite jak nic. Ale głowa do góry, mam coś na to. Specjalne korki do łatania z Walmarta. Prosta robota: znajdziemy dziury, wyciągniemy to, co tam siedzi, wciśniemy korek, napompujemy i ruszacie w drogę.

Nigdy w życiu nie bawiłem się w wulkanizatora, ale wyjścia nie ma. Środek pustyni, brak odpowiedniego ubezpieczenia, trzeba działać. Szukam dziur, lokalizuję, wciskam korki, pompuję. Udało się! Powietrze nie schodzi.

Z całego serca dziękuję mojemu wybawcy. Zanim się rozjeżdżamy, ucinamy sobie jeszcze krótką pogawędkę – o Teksasie, o Polsce, o życiu. Mój mechanik z przypadku okazuje się inżynierem pracującym w przemyśle naftowym. Szybko znajdujemy wspólny język i psioczymy na ekologiczne, absurdalne unijne i amerykańskie pomysły wtłaczania dwutlenku węgla pod ziemię w ramach „ratowania planety”.

Jak się okazało, obie opony załatwiły malutkie, ale ostre jak igły metalowe opiłki. Złapaliśmy je najpewniej jeszcze gdzieś na autostradzie, a szuter dokończył dzieła. Na szczęście koła trzymają ciśnienie, więc ruszamy dalej.

Nasz kolejny przystanek to absolutna nagroda za pustynne trudy – gorące źródła San Antonio. To kaskada cudownych, ciepłych basenów termalnych, usytuowana na stoku góry, z której rozpościera się uroczy widok na przeciwległe formacje skalne. Plan na ten dzień jest prosty: ciepła kąpiel, relaks w cieniu, i znowu ciepła kąpiel.

W pewnym momencie z głębi lasu wyłania się kowboj na rumaku. Scena jak z westernu. Gość zanurza się w basenie obok nas. Wskazuje palcem na majaczącą w oddali górę i zaczyna snuć mroczną opowieść o ukrywającym się tam seryjnym mordercy, którego lokalni nazwali Cookie Bandit.

– Gość ubił kilka par – mówi z kowbojskim akcentem. – Polował na tych, którzy żyli bez ślubu. A ksywkę dostał stąd, że regularnie okradał namioty i przyczepy kempingowe. Głównie z jedzenia i słodyczy.

Słucham tej historii z mocnym przymrużeniem oka. Gawędziarz ma już swoje lata, a na dodatek właśnie popala jakieś mocno podejrzane, pachnące zioła… Jednak wieczorem odpalam internet i okazuje się, że Google nie kłamie. Historia jest w stu procentach prawdziwa. Co gorsza, fatum tego miejsca dopada również mnie. Może nie sam Ciasteczkowy Bandyta, ale gang jego godnych potomków. Ich bezczelnym łupem padają moje niemal nowe, markowe sandały trekkingowe, które zostawiłem na polu namiotowym. Od tej chwili muszę zadowolić się gumowymi klapkami.3 KOLORADO

Boulder jak w domu

Mocno wymoczeni i zrelaksowani ruszamy na północ. Los, a raczej czysty przypadek sprawia, że na kilka dni lądujemy w Boulder w stanie Kolorado. Znam to miasto doskonale. Bywałem tu wielokrotnie w przeszłości, współpracując z lokalnym uniwersytetem. Korzystając z okazji, odwiedzam profesora Jana Mycielskiego, wybitnego polskiego matematyka, z którym miałem okazję się zaprzyjaźnić. Jan zrobił doktorat jeszcze we Wrocławiu, pod okiem samego profesora Hugo Steinhausa, a do Stanów ściągnął go legendarny Stanisław Ulam, z którym Mycielski współpracował przez długie lata. Podczas rozmowy postanawiam zweryfikować pewną historię.

– Jan – pytam – a jak to było z tą anegdotą o Ulamie i prezydencie Kennedym? Podobno jechali razem windą, a Kennedy głośno zastanawiał się, co ma powiedzieć w najbliższym przemówieniu, żeby porwać naród. I wtedy Ulam miał mu rzucić: „Panie prezydencie, niech pan im obieca, że postawimy człowieka na Księżycu”. To prawda? Jan uśmiecha się ciepło, lekko mrużąc oczy. – To całkiem możliwe. Stan miał mnóstwo takich absolutnie niecodziennych, błyskotliwych pomysłów.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij