-
nowość
-
promocja
Amerykańska afera - ebook
Amerykańska afera - ebook
Londyn, 1890 rok. Tajemniczy zamachowiec podkłada w klubie arystokratów bombę, która ma zabić sir Richarda Barwooda. Ocalenie dżentelmen zawdzięcza jedynie szczęśliwemu zbiegowi okoliczności.
W tym samym czasie w Królestwie Polskim zabójcy polują również na Stanisława Liszewskiego, szlachcica i członka organizacji niepodległościowej. Wkrótce okazuje się, że ataki na Barwooda i Liszewskiego są ze sobą powiązane.
Stateczny Barwood i wyrywny Liszewski muszą połączyć siły, by odkryć, kto oraz dlaczego czyha na ich życie. Trop prowadzi do Paryża, a następnie za ocean, na ranczo megalomana, który nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swoje zbrodnicze zamiary. Tylko Barwood i Liszewski, razem z niespodziewanymi sojusznikami, mogą go powstrzymać.
Od eleganckich londyńskich klubów, poprzez paryskie ulice, aż po zagubione pośród prerii Dzikiego Zachodu miasteczko, na Richarda i Stanisława wszędzie czekają kłopoty.
Angielski dżentelmen i polski szlachcic powracają w jeszcze bardziej klimatycznym kryminale, od którego nie da się oderwać.
| Kategoria: | Sensacja |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68542-32-5 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Paryż, marzec 1890
Cios przyszedł nieoczekiwanie. Kobieta maszerująca bulwarem wzdłuż Sekwany w ostatniej chwili uchyliła się przed dzierżącą nóż dłonią napastnika. Odskoczyła, krzywiąc twarz w grymasie bólu, gdy przewieszona przez jej ramię skórzana torba uderzyła ją w udo.
– Zostaw mnie! – krzyknęła donośnie, mając nadzieję, że w ten sposób zwróci na siebie uwagę przechodniów.
Niestety, zmrok zapadł już dawno, a okolica nie należała do najbezpieczniejszych, więc nikt nie zapuszczał się tu przypadkowo po zachodzie słońca.
Kobieta zrozumiała, że jest zdana wyłącznie na siebie. Nie pierwszy zresztą raz – uświadomiła sobie. Stanęła na lekko ugiętych nogach i przygotowała się na kolejny atak. Za plecami słyszała wartki w tym miejscu nurt rzeki, co nasunęło jej pewien pomysł.
Napastnik nie tracił czasu. Rzucił się na nią, z jego lśniących pod rondem steranego kapelusza oczu biła wściekłość. W świetle gazowej latarni dostrzegła, że nadal kurczowo ściska rękojeść noża.
Błyskawicznie oceniła swoje szanse. Mężczyzna był silniejszy, ale w jego ruchach dostrzegła pewną nieporadność. Ona, drobniejsza, lecz zwinniejsza, musiała polegać na zręczności.
Odskoczyła na bok i podstawiła napastnikowi nogę, a ten potknął się i z krzykiem poleciał do przodu. Zwalił się na murawę opadającą łagodnym łukiem do Sekwany. Wilgotna po niedawnym deszczu trawa i śliski grunt utrudniały bandziorowi odzyskanie równowagi. Z głowy spadł mu kapelusz i wtedy dziewczyna dostrzegła, że napastnik jest całkiem łysy.
Nie czekała, by sprawdzić, co się z nim stało. Rzuciła się do ucieczki. Biegła ile sił w nogach. Nim bandyta, złorzecząc, wygramolił się z powrotem na bulwar, ona już skręcała w najbliższą uliczkę.
Przedzierała się przez labirynt zaułków, zaludnionych teraz głównie przez podchmielonych studentów oraz zniszczone życiem prostytutki, zwane tutaj horizontales, mocno przyciskając do siebie skórzaną torbę. To właśnie kryjąca się w niej zawartość była powodem napaści. Wiedziała, że tamten nie spocznie, dopóki jej nie znajdzie. Wtedy jednak będzie lepiej przygotowana.
Potrzebowała tylko trochę czasu. I pomocy.
***
Trzydzieści minut później
Człowieka określającego się pseudonimem D’Artagnan zgubiło zamiłowanie do nowinek technologicznych.
Wpatrując się w mapę Europy, a dokładniej w powbijane w nią cztery czerwone chorągiewki, z uwielbieniem wsłuchiwał się w dźwięki dobiegające z fonografu, który sobie niedawno sprawił i z którego był nadzwyczaj zadowolony. Nie przypuszczał, że właśnie to futurystyczne urządzenie, specjalnie zamówione za oceanem, stanie się przyczyną jego śmierci. Skupiony na recytowanym przez Sarah Bernhardt¹ wierszu i głęboko zamyślony nie usłyszał kroków zbliżającego się napastnika, a gdy poczuł ostrze noża przebijające skórę w okolicach nerki oraz zaciskającą się na ustach odzianą w rękawiczkę dłoń, na jakąkolwiek reakcję było już za późno. Pytanie, jakim cudem ktoś wtargnął do jego biura, nawet nie zdołało przemknąć mu przez głowę. Nie zauważył również, że zabójca ma wilgotne i brudne od ziemi ubranie, jakby tarzał się w błocie.
Kolejne ciosy nadeszły natychmiast po pierwszym. D’Artagnan, wciąż w szoku, nie rejestrował właściwie bólu. Poczuł jedynie ściekającą po skórze, wypływającą z ran lepką ciecz. Było jej coraz więcej, ponieważ serce, nieświadome, że jego rola w teatrze życia dobiega właśnie końca, mozolnie kontynuowało pracę, wybijając coraz słabszy rytm.
Napastnik wypuścił D’Artagnana z objęć. Mężczyzna osunął się na podłogę, w tym samym niemal momencie, gdy dochodzące z fonografu dźwięki ucichły.
Gasnącymi oczami D’Artagnan obserwował poczynania bandyty, który metodycznie przeszukiwał biuro umierającego. Szperał wśród półek zastawionych książkami, buszował w szafie kryjącej teczki z mniej ważnymi dokumentami, po czym zaczął sprawdzać ich zawartość. Najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał. Podszedł więc do misternie rzeźbionego biurka i wysunął jego szuflady. Nie dbając o zachowanie porządku, przerzucał poukładane w nich papiery. Lampy elektryczne, z pewnością niedawno zainstalowane, ułatwiały mu zadanie. Gdy skończył, wciąż nieusatysfakcjonowany stanął przed kasą pancerną umieszczoną w kącie pomieszczenia. Wydobył z kieszeni stetoskop, uklęknął przy drzwiczkach i sięgnął dłonią do pokrętła.
D’Artagnan nie miał już siły, by choć najciszej zaprotestować, a co dopiero spróbować powstrzymać napastnika czy wezwać pomoc. Resztkami zanurzającej się w ciemność świadomości czuł, że bandyta nie znajdzie tego, czego szuka. Gdyby tylko mógł jeszcze kontrolować swoje ciało, uśmiechnąłby się lekko. Z satysfakcji, że pokrzyżował złoczyńcy, a raczej złoczyńcom, plany.
W ostatniej chwili życia pozwolił sobie na mały przejaw radości. Wiedział już, że nie ma szans wyjść z tego cało, ale wcześniej zdążył nadać wypadkom określony bieg. Popchnął jedną kostkę domina i jeśli tylko los okaże się łaskawy, udaremni przestępcom ich zamiary.
D’Artagnan nie zdołał wprawdzie poznać motywacji tych, którzy wysłali do jego biura zabójcę, ale w ciągu ostatnich kilku tygodni natknął się na wyraźne ślady ich działalności. I, na szczęście, postanowił się im przyjrzeć. Przeczuwał, że szykuje się coś dużego, co wkrótce wejdzie w etap realizacji.
Niestety, zabrakło mu czasu. A raczej nie wykazał się odpowiednią dozą czujności. Oby tylko…
Jego ciałem targnął spazm, gdy serce zatrzymało się – jak w wielkim zegarze, w którym ktoś unieruchomił wahadło. Człowiek zwany D’Artagnanem, szef Deuxième Bureau², zamknął oczy i umarł.
Zabójca otworzył w końcu szafę pancerną i rzucił się na ukryte w niej dokumenty jak wygłodniałe zwierzę na suty posiłek. Przejrzał je wszystkie gorączkowo, ale nie znalazł pośród nich tego, po który tu przyszedł.
Zaklął szpetnie, posłał martwemu D’Artagnanowi nienawistne spojrzenie, po czym bezszelestnie opuścił gabinet naczelnika francuskiego wywiadu.
Zbrodnię odkryto dopiero następnego dnia rano.ROZDZIAŁ I
Londyn, Anglia, tydzień później
Filię londyńskiego klubu arystokratów zasnuwał dym z cygar i fajek, namiętnie palonych przez zgromadzonych w przybytku mężczyzn. Utrzymane w brązach wysokie pomieszczenie, z figlarnie tańczącym w kominku ogniem, wielką mapą świata w kolorze sepii zawieszoną naprzeciwko okna oraz wygodnymi, obitymi zielonym suknem fotelami, przy których znajdowały się stoliki kawowe, zastawione teraz szklankami z burbonem, a także imbrykami i filiżankami z herbatą, sprawiało przytulne wrażenie. Zwłaszcza w porównaniu do panującej na zewnątrz typowej angielskiej słoty, która stanowiła doskonałą odpowiedź na pytanie, dlaczego Anglików postrzega się jako pozbawionych radości życia ponuraków.
Na ścianach przestronnego pokoju wisiały portrety zasłużonych członków klubu, a pod najbardziej okazałym z nich stał doskonale zaopatrzony barek. Zawieszone pod sufitem żyrandole, ze stosunkowo niedawno zainstalowanymi żarówkami elektrycznymi, oświetlały wnętrze ciepłym, żółtym blaskiem. Wokół pobrzmiewał szmer przyciszonych rozmów. Czterech dystyngowanych jegomościów z pasją oddawało się grze w brydża, a z sąsiedniego pokoju dobiegały odgłosy uderzania kijów w kule bilardowe.
Sir Richard Barwood siedział w fotelu najbliżej kominka. Wyciągnął nogi przed siebie i choć odezwał się ból w starej ranie wojennej, to na szczęście nie na tyle silny, by poczuł dyskomfort. Sięgnął do miseczki z pistacjami, wziął jedną, a następnie starannie wydobył orzeszka ze skorupki i powoli wsadził go do ust. Odkąd kilka miesięcy wcześniej, po powrocie z paryskiej Wystawy Światowej, postanowił rzucić opium, nie wyobrażał sobie dnia bez chrupania przekąsek. Początkowo głód narkotykowy niemal go obezwładniał i nie pozwalał skupić się na niczym innym niż pragnienie wypalenia kolejnej fajki. Richard nie zrezygnował jednak z raz podjętej decyzji i trwał w swoim postanowieniu, choć chwilami miał wrażenie, że zwariuje. Mimo to zdołał opanować i utrzymać nałóg w ryzach. Miewał jeszcze momenty, w których złamałby swoje przyrzeczenie, gdyby tylko dysponował choć niewielką ilością opium, ale zdarzały się one coraz rzadziej. Zazwyczaj wtedy, kiedy wspominał swoją tragicznie zmarłą ukochaną żonę, Emily.
Nagle usłyszał hałas dochodzący od strony wejścia do klubu. Rozbawione męskie głosy rozbrzmiewały coraz donośniej. Barwood rozpoznał jeden z nich i skrzywił się z niesmakiem.
Chwilę później do pomieszczenia wkroczył wysoki mężczyzna obdarzony chudą, wąską twarzą o drapieżnych ustach i zadartym nosie.
– Sir Barwood! – krzyknął na widok Richarda.
Ten odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem i również się przywitał:
– Sir Jim Lovell, co pan tu robi o tak wczesnej porze?
Dochodziła szesnasta, a Lovell zazwyczaj przybywał do klubu nie wcześniej niż około szóstej wieczorem.
– Pomyślałem sobie, że dotrzymam panu dziś towarzystwa, Barwood. A może znów pokonam pana w bilard?
– Jak to „znów”, Lovell. Szwankuje panu pamięć czy też zaczął pan wierzyć w cuda?
Obaj dżentelmeni nie przepadali za sobą i nie szczędzili sobie złośliwości. Oczywiście w ramach dozwolonych przez etykietę.
Lovell coś jeszcze odpowiedział, ale w tym momencie Richard zauważył, że sir Artur Smythe przechodzi do czytelni. Od rana chciał z nim porozmawiać na temat gonitwy konnej w Ascot z poprzedniego dnia. Z prawdziwą ulgą podniósł się więc z fotela i powiedział:
– Wybaczy pan, Lovell, ale mam pewną sprawę niecierpiącą zwłoki. Porozmawiamy później.
Jim wzruszył ramionami.
– Naturalnie, niech pan odwleka to, co nieuniknione, Barwood.
Richard już go nie słuchał, szedł w stronę przejścia do biblioteki klubu arystokratów, zaopatrzonej w kilkadziesiąt tysięcy woluminów, starannie poustawianych na półkach. Wkrótce zniknął Lovellowi z oczu, nie zapomniawszy zabrać ze sobą solidnej porcji pistacji.
Jim odprowadził go wzrokiem, w którym niechęć mieszała się z rozbawieniem. Z prawdziwą przyjemnością podszedł za to do zajmowanego przez rywala fotela i usiadł na miękkiej poduszce.
– Przeklęty Barwood! – mruknął do siebie. – Zawsze znajduje najwygodniejsze miejsce.
Machnął na kamerdynera, a ten ruszył ku niemu, niosąc tacę z butelką burbona i jedną szklanką. Służący w klubie znali zwyczaje i upodobania dżentelmenów.
Lovell ledwo zdążył zanurzyć usta w trunku i wziąć małego łyka, gdy od strony wejścia rozległ się głos:
– Paczka dla sir Richarda Barwooda!
Do pomieszczenia wkroczył niski, drobny mężczyzna ubrany w luźny, znoszony płaszcz, wilgotny od siąpiącej mżawki. Jego wysoki cylinder, nasadzony na głowę i opadający aż na uszy, lata świetności również miał już za sobą. Jedynie buty nie pasowały do wyglądu przybysza – wypastowane, lśniły nowością. Sumiaste wąsy, jakby chciały nadrobić fizyczną mizerność jegomościa, bujnie ozdabiały mu twarz, przyciągając wzrok. Obcy dzierżył pakunek wielkości kilku książek, zawinięty w dobrze nawoskowany papier pakowy i przewiązany konopnym sznurkiem.
Wszystkie oczy zwróciły się na niego.
– Paczka dla sir Richarda Barwooda! – powtórzył kurier, a Jimowi wydało się, że jego angielski brzmi dziwnie, jakby tamten przybył z daleka.
Lovell uśmiechnął się i oddalił tę myśl, postanowił bowiem spłatać swojemu rywalowi figla.
– Tutaj! – rzekł, podnosząc dłoń.
Pozostali mężczyźni obecni w pokoju spojrzeli na Jima, niektórzy unieśli brwi na znak zdumienia. Wiedzieli o wzajemnej niechęci Barwooda i Lovella i dziwili się, że ten drugi chce wyświadczyć pierwszemu przysługę. Albo zrobić dowcip. Nikt jednak nie zareagował, ponieważ zaciekawił ich rozwój sytuacji. Od dawna z rozbawieniem obserwowali rywalizację obu mężczyzn.
Nieznajomy podszedł do Jima, który już wyciągał do niego monetę pięciopensową.
– Proszę bardzo – rzekł i położył paczkę na stole obok fotela.
Następnie dłonią odzianą w skórzaną, mokrą od mżawki rękawiczkę podetknął Lovellowi pod nos kartkę z pokwitowaniem. Jim wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki wieczne pióro, która to nowość zrobiła w ostatnich latach karierę na angielskich salonach, i złożył niewyraźny podpis. Kurier schował papier za pazuchę i się oddalił. Gdy tylko zniknął za drzwiami, gwar głosów momentalnie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wrócił do stanu sprzed jego przybycia.
Lovell przez chwilę wpatrywał się w pakunek. Ciekawiło go oczywiście, co też Barwood zamówił, jednak nie przyszło mu do głowy, by otworzyć przesyłkę. Mógł nie przepadać za sir Richardem, ale wciąż był dżentelmenem i takie faux pas nie wchodziło w grę.
Duszkiem wypił szklankę burbona, po czym naszła go ochota na herbatę z mlekiem, a earl grey parzony w klubie uchodził za wyjątkowo smaczny. Znów przywołał gestem lokaja, lecz ten, zajęty spełnianiem życzeń innych arystokratów, nie zauważył go. Lovell skrzywił się, wstał i ruszył ku stolikowi, na którym stały imbryk i filiżanki.
Zdołał ujść zaledwie dwa kroki, gdy rozległ się ogromny huk. Poczuł na plecach gorąco, a następnie gwałtowny podmuch powietrza pchnął go do przodu. Później zapadła ciemność.
***
Richard Barwood słyszał w życiu wystarczająco dużo wybuchów, by zorientować się, że to nie grzmot nadchodzącej burzy dobiegł jego uszu. Ruszył natychmiast do sąsiedniego pomieszczenia, tak szybko, na ile pozwalała mu chroma noga. Odzywała się bólem podczas biegu, ale starał się to ignorować.
Wpadł do największego pokoju w klubie i ocenił sytuację. Kurz jeszcze nie opadł. Fotel, na którym wcześniej siedział Lovell, zamienił się w strzępy filcu, jego drewniane części były nadpalone, podobnie jak znajdujący się obok stolik. Ściana za fotelem została osmalona, a wiszący na niej portret spadł na podłogę i leżał teraz wykrzywiony, z pękniętą ramą. Pozostałe meble w pobliżu miejsca eksplozji przewróciły się lub przesunęły. Na podłodze walały się potłuczone szklanki i filiżanki po tym, jak przerażony lokaj upuścił je razem z tacą.
Większość członków klubu wciąż jeszcze dochodziła do siebie. Kilku z nich otrzepywało surduty, a inni krzyczeli, wzywając pomocy lub próbując dojść, co się właściwie stało. Ktoś wołał, że jest ranny.
Wzrok Barwooda zatrzymał się na leżącym na brzuchu mężczyźnie. Bez trudu rozpoznał w nim Lovella.
Wyglądało na to, że Jim ucierpiał najbardziej ze wszystkich. Jego elegancki, szyty na miarę garnitur, teraz miejscami poczerniały i dziurawy, nadawał się już tylko do wyrzucenia. Nieszczęśnik zgubił też gdzieś jeden z butów, a kilka czerwonych plam na ciele wskazywało, że odniósł liczne obrażenia.
Klęczały przy nim dwie osoby. Jedną z nich był doktor Hugh Mansion. Ostrożnie obrócili ofiarę eksplozji na plecy. Lovell miał zamknięte oczy, ale jego pierś unosiła się i opadała w słabym oddechu. Prawdopodobnie wskutek upadku rozbił sobie nos i krew spływała z niego po obu policzkach.
Barwood momentalnie ruszył ku lekarzowi.
– Co z nim? – spytał.
Mansion sprawdził stan pacjenta.
– Musimy go zabrać do szpitala – zawyrokował poważnie.
W jednej chwili Richard złowił spojrzeniem kamerdynera i krzyknął:
– Abbott! Poślij kogoś po karetkę!
Następnie zwrócił się do sir Myrona Falsteina i lorda Clinta Aherna, którzy przyglądali się miejscu eksplozji:
– Panowie, co tu się stało, na Boga?!
Obaj jak na komendę obrócili się w jego stronę.
– Wszystko wskazuje na to, że ktoś próbował pana zabić, panie Barwood – odparli bez emocji, z typową angielską flegmą. – Jak pan sądzi, lordzie Ahern?
Ten chrząknął.
– Masz rację, mój drogi – odparł, a następnie zwrócił się do Barwooda: – Gotów jestem się założyć, że wybuch miał zakończyć pański żywot, sir Richardzie.
Barwood uniósł brwi.
– Jak to?
– Jakiś mężczyzna przyniósł dla pana paczkę. Lovell ją odeb…
– Gdzie jest ten mężczyzna?! – wszedł mu w słowo Richard.
– Wyszedł tuż po dostarcz…
– Jak wyglądał?! – Barwood znów nie dał Ahernowi dokończyć.
– Niechlujnie. Był w cylindrze i brązowym, sfatygowanym płaszczu. Raczej niski, filigranowej budowy. A na twarzy miał wielkie wąsiska.
– Zauważyłem też jego wypastowane buty. Powiedział, że… – próbował uzupełnić Falstein.
Richard nie słuchał już dalszej części wypowiedzi Myrona. Zaciskając zęby z bólu, popędził co sił w stronę wyjścia. Dopadł drzwi i zbiegł po kilku schodkach na mokry chodnik.
Ulicą przejeżdżały dorożki, a kopyta koni wybijały na bruku równomierny rytm. Jeden ze stangretów gwizdał skoczną melodię. Piesi ignorowali wiszącą w powietrzu wilgoć i wciąż padającą mżawkę, otulając się płaszczami. Niektórzy mieli parasole. Jedynie siwy żebrak zdawał się nie zwracać na nic uwagi, wykrzykując prośby o jałmużnę.
Barwood skierował się w jego stronę.
– Widział pan mężczyznę, który przed chwilą wyszedł z tego budynku?! – spytał, wskazując klub.
Odziany w łachmany nieszczęśnik, siedząc na trotuarze, rzucił w górę spojrzenie spod bujnych, krzaczastych brwi.
– A może żem i widział…
Richard zrozumiał aluzję. Sięgnął do kieszeni marynarki. Zacisnął palce na monecie i nie sprawdzając, co to za nominał, wręczył ją żebrakowi.
– Słucham.
– No mówię, żem widział. Tam poszedł. – Brudnym paluchem wskazał na zachód.
– Wsiadł do dorożki?
– A gdzie tam. Na nogach poszedł.
– Dziękuję panu – pożegnał się Barwood.
Ruszył we wskazanym kierunku. Mijał zaskoczonych przechodniów, uchylając się przed ich parasolami. Mżawka coraz bardziej osiadała mu na włosach, twarzy i wąsach, ale on skupiał się na wypatrywaniu podejrzanego mężczyzny.
Przebiegł obok kilku zaułków, zastanawiając się, czy nie powinien ich sprawdzić. Liczył jednak na to, że zamachowiec chciał jak najszybciej oddalić się główną ulicą i ukryć w tłumie.
Po paru minutach truchtu zasapał się i zaczął ciężko oddychać. Pożałował, że nie wziął swojej laseczki. Już miał zawrócić, gdy wtem spostrzegł mężczyznę odpowiadającego opisowi. Przestępca szedł szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.
Barwood przyspieszył, choć dużo go to kosztowało. Zaczął się już zbliżać do podejrzanego. Usiłował nie zwracać na siebie uwagi, by zamachowiec się nie obrócił i nie spostrzegł go.
Mżawka przeszła tymczasem w lekki deszcz. Włosami i marynarką Barwooda targały powiewy wiatru. Nie wziął płaszcza i teraz poczuł chłód. Ale odległość między nim a złoczyńcą zmniejszała się z każdą chwilą.
W pewnym momencie, tuż obok, przysadzista kobieta, spiesząc się do oczekującej dorożki, wpadła na młodego chłopaka rozładowującego kosze z owocami, które przenosił z konnego wozu na stragan. Pojemnik wypadł mu z rąk i jabłka posypały się na chodnik. Kilka z nich poturlało się na środek drogi.
– Jak chodzisz, chłopcze? – ofuknęła młodzieńca matrona.
Ten również się obruszył.
– Sama pani na mnie wpadła! I kto teraz za to zapłaci?! – krzyknął, wskazując na leżące obite owoce.
Jedno jabłko wturlało się pod koła przejeżdżającego omnibusu i zostało zmiażdżone.
– Co za impertynencja! – prychnęła kobieta i zadzierając głowę, wsiadła do dorożki.
Całe zajście sprawiło jednak, że zamachowiec się obejrzał. I zauważył wpatrującego się w niego Barwooda. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, niczym dwóch rewolwerowców oceniających nawzajem swoje szanse.
Wtem przestępca rzucił się do ucieczki. Barwood natychmiast podążył za nim, choć od razu ocenił, że nie ma szans go dogonić. Chroma noga skutecznie mu to uniemożliwiała.
Przystanął i ciężko dysząc, rozejrzał się za dorożką. Jak na złość żadnej nie było. Dostrzegł, że zamachowiec skręca w pobliski zaułek. Barwood ponowił pościg. Kulał, ale nie zwalniał. Dopadł narożnika budynku, za którym zniknął uciekinier, i pomknął ciemną uliczką. Na jej końcu znajdował się wysoki ceglany mur. Przestępca właśnie wdrapywał się na jego szczyt. Wnet przeskoczył na drugą stronę i zniknął.
Barwood błyskawicznie znalazł się przy przeszkodzie i spróbował się na nią wspiąć, ale dłonie i stopy ślizgały mu się na mokrych kamieniach. W końcu dał za wygraną i przystanął na uboczu.
Obcy uciekł, a Richard nie zamierzał dłużej moknąć. Chwilę jeszcze wpatrywał się w mur, po czym ruszył z powrotem do klubu arystokratów. Wtem coś leżącego na ziemi przykuło jego wzrok. Pochylił się i podniósł przedmiot. To były czarne, sumiaste wąsy, za pomocą których zamachowiec próbował ukryć swoją tożsamość. I wszystko wskazywało na to, że przynajmniej pod tym względem odniósł sukces.
Richard wrócił do klubu tak szybko, jak tylko pozwalała mu na to okulawiona noga. Przed wejściem stał już ambulans. Zaprzężone do niego konie prychały wesoło, jakby na przekór nerwowej krzątaninie. Gapie otaczali pojazd.
Barwood przecisnął się między nimi w samą porę, by ujrzeć dwóch pielęgniarzy dźwigających na noszach Lovella. Jim wciąż miał zamknięte oczy. Ktoś starł krew z jego twarzy. Sanitariusze załadowali rannego do ambulansu i sami wsiedli do środka. Stangret gwizdnął i konie ruszyły.
– Co tu się stało? – spytał ktoś z gawiedzi.
– Bomba! – odparł inny.
Richard zadygotał z zimna. Deszcz wciąż padał i jego ubranie zdążyło całkiem nasiąknąć wodą. Włosy kleiły mu się do czaszki. Jak nigdy w życiu zapragnął gorącej herbaty. I opium. Zdążył wejść na pierwszy stopień prowadzących do klubu arystokratów schodków, gdy spostrzegł nadchodzących uliczką konstabli.
***
Przybyły na miejsce zdarzenia inspektor Adam Hitchcock obrzucił wnętrze szacownego przybytku chłodnym, surowym wzrokiem. Nie umknął mu żaden szczegół. Starannie uczesane, posiwiałe już tu i tam włosy oraz sumiaste wąsy z widocznymi srebrnymi pasemkami nadawały stróżowi prawa poważny wygląd. Trzymał się prosto, a jego wystudiowane ruchy sprawiały, że biła od niego powaga, powszechnie kojarzona z pracownikami Scotland Yardu.
– Panie Barwood, jak to jest, że zawsze spotykamy się w niecodziennych okolicznościach? – spytał i tylko najbardziej wyczulony mistrz retoryki dostrzegłby w tych słowach ślad ironii.
Barwood, okryty teraz ciepłym wełnianym kocem, trzymał filiżankę w jednej dłoni, a spodek w drugiej. Z lubością upił łyk parującego płynu.
– Istotnie, los bywa przewrotny, nieprawdaż, inspektorze?
Poprzednim razem spotkali się, gdy Hitchcock wypytywał go o okoliczności śmierci lorda Aldena Williamsa, przyjaciela Richarda. Był to początek długiej i skomplikowanej afery, która zawiodła Barwooda w dalekie krainy.
– Ufam, że tym razem nie przeszkodzi nam żaden wysłannik królowej – nadmienił z przekąsem inspektor.
Sir Barwood odstawił filiżankę na spodeczek.
– Mam taką nadzieję, choć nie mogę tego panu zagwarantować – odparł ze śladem rozbawienia w głosie.
Hitchcock poruszył wąsem. Przywykł do faktu, że ludzie czują przed nim respekt i strach, a ten jegomość wykazywał zdecydowanie zbyt dużą swobodę. Cóż, to zapewne dlatego, że rozmawiają w klubie arystokratów. Gdyby znajdowali się w siedzibie Scotland Yardu, wszystko wyglądałoby inaczej, skonstatował w myślach.
– No dobrze. – Chrząknął, wyjmując notes i ołówek. – Czy wie pan, dlaczego ktoś mógłby chcieć pana zabić?
Barwood wziął kolejny łyk, by dać sobie chwilę na sformułowanie wypowiedzi. Zastanawiał się nad tym pytaniem już wcześniej. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy.
– Nie mam pojęcia. Nie kojarzę, żeby ktoś żywił do mnie aż taką niechęć.
Inspektor zanotował coś w notesie.
– I nie zauważył pan żadnych dziwnych zdarzeń w ostatnim czasie?
Richard pokręcił przecząco głową.
– Nie. No może z wyjątkiem tego, że wczoraj dostarczono mi dwa egzemplarze „Timesa” zamiast jednego. Wszelako nie sądzę, by to miało jakikolwiek związek ze sprawą.
– Nikt pana nie śledził?
– Nie. A przynajmniej nie zauważyłem.
Trzech lokajów krzątało się po pomieszczeniu, usuwając pozostałości po eksplozji. Mogli zacząć sprzątać dopiero teraz, gdy konstable skończyli oględziny.
– Na pewno nikt nie szedł za panem aż tutaj? Nie widział pan nikogo podejrzanego? – upewnił się inspektor.
Barwood dopił herbatę i poszukał wzrokiem Abbotta, by ten nalał mu kolejną porcję. Kamerdyner natychmiast spełnił prośbę Richarda.
– Nie, panie Hitchcock. Dzisiejszego dnia jak zwykle przybyłem do klubu około południa. Od tamtego czasu stąd nie wychodziłem, a po drodze nie dostrzegłem, by ktokolwiek mnie obserwował.
– A może ktoś ukrył przed panem swoją obecność?
Barwood ledwo dostrzegalnie uniósł kąciki ust.
– Może, choć to mało prawdopodobne.
Inspektor zapisał kolejną informację w notesie. Wtedy do pomieszczenia wkroczył wysoki, tęgi mężczyzna. Na jego widok Hitchcock poczerwieniał.
– O nie! – stęknął.
Richard rozpoznał w przybyszu Mycrofta, który pojawił się poprzednim razem, gdy rozmawiał z inspektorem, a później okazał się wysłannikiem królowej Wiktorii. Monarchini zaprosiła Barwooda na audiencję i zleciła ważną misję. Hitchcock został wtedy postawiony przed faktem dokonanym.
– Znów chce mi pan podkraść sir Barwooda? – rzucił inspektor nieco zaczepnie do Mycrofta.
Ten uśmiechnął się, ale jego szare oczy patrzyły czujnie.
– Nie, dziś jestem tylko obserwatorem. Członkami klubu są rozmaite ważne persony. Królowa chciała się upewnić, że nikomu nic się nie stało. – Następnie zwrócił się do Richarda: – Dzień dobry panu, Barwood.
Richard skinął mu głową.
– Witam, Mycroft. Dobrze widzieć pana w dobrym zdrowiu. A jeśli chodzi o królową, to może pan ją zapewnić, że nikt poza Jimem Lovellem poważnie nie ucierpiał – zauważył.
– Mam nadzieję, że szanowny pan Lovell szybko wróci do zdrowia. – To powiedziawszy, spojrzał znów na inspektora. – Proszę sobie nie przeszkadzać i traktować mnie jak powietrze – rzekł.
– Ukłony dla pańskiego szanownego brata, Mycroft – dodał Barwood.
– Nie omieszkam przekazać, sir Richardzie – odparł przybysz i skierował się ku innym dżentelmenom.
Hitchcock wpatrywał się chwilę w jego plecy, by przenieść wzrok z powrotem na Richarda.
– Przejdźmy do podejrzanego – mruknął. – Zna go pan?
– Nie.
– Może go pan opisać?
Richard przytoczył wszystkie szczegóły, które zapamiętał. Zgadzały się z tym, co Hitchcock usłyszał od innych członków klubu, świadków dostarczenia przesyłki. Nie przybliżało to jednak rozwiązania zagadki. Barwood wręczył też Hitchcockowi znalezione wcześniej sztuczne wąsy.
Inspektor zdziwił się, widząc osobliwy przedmiot, ale przekazał go jednemu z konstabli.
– Czy jest jeszcze coś, o czym chciałby pan wspomnieć? – spytał, gdy w notesie zapisał ostatnią rzecz.
Barwood zaprzeczył.
– W takim razie dziękuję panu, sir Richardzie. Zapewne jeszcze będę chciał z panem porozmawiać.
– Oczywiście, inspektorze.
Hitchcock skinął mu głową i ruszył ku pozostałym świadkom zdarzenia. Richard dopił herbatę i odstawił filiżankę na stolik. Pomacał się po marynarce i spodniach. Jego ubranie już prawie wyschło.
Na zewnątrz zapadła ciemność, pojawiła się również mgła. Jedynie żółtawa poświata wokół gazowych latarni dawała jako taką widoczność. Świat poza murami klubu wydawał się Richardowi wrogi i nieprzyjemny.
Gdzieś tam czają się ci, którzy czyhają na moje życie, pomyślał.
I nagle poczuł przypływ złości. Chciał zaledwie rozkoszować się miłym popołudniem w klubie, porozmawiać o gonitwie konnej i ostatniej ofierze mordercy zwanego Kubą Rozpruwaczem. Zamiast tego mało co nie zginął z rąk tajemniczego zamachowca.
Postanowił za wszelką cenę dowiedzieć się, dlaczego ktoś próbował wysadzić go w powietrze.ROZDZIAŁ II
Królestwo Polskie, Warszawa
Sala Balowa Pałacu na Wyspie, mieszczącego się w warszawskich Łazienkach, była rzęsiście oświetlona kandelabrami oraz lampami oliwnymi umieszczonymi na suto zastawionych potrawami stołach. W obu kominkach dodatkowo buzował ogień. Lokaje dbali, by wszystkie świece na żyrandolach zawsze się paliły. W wielu miastach na zachodzie Europy i za oceanem funkcjonowały już elektrownie dostarczające prąd, ale w Warszawie dopiero planowano budowę nowoczesnego zakładu energetycznego.
Stanisław Liszewski nie miał zamiaru narzekać. Według niego świece oraz płomienie pełgające w palenisku stwarzały miłą atmosferę, doskonale pasującą do przyjęcia zorganizowanego przez rosyjskie władze na cześć urodzin cara Aleksandra III. Wprawdzie sam zainteresowany się nie pojawił, ale jego namiestnik nie przepuszczał żadnej okazji, by dać świadectwo, jak bardzo szanuje i docenia swojego pana ze wschodu.
Goście wirowali w rytm walca wygrywanego przez czterech muzyków ulokowanych w narożu pomieszczenia. Bal przywodził Liszewskiemu na myśl przyjęcia organizowane przez renesansowych mecenasów sztuki. Roześmiane kobiety ze starannie utrefionymi fryzurami, odziane w fantazyjne suknie, flirtowały z próbującymi podbić ich serca kawalerami w eleganckich przebraniach. Wszyscy nosili maski, a bogato zdobione kapelusze i czapki również nie należały do rzadkości. Ci z przybyłych, którzy nie tańczyli, utworzyli grupki i rozmawiali, plotkowali oraz opowiadali sobie rozmaite historie i anegdoty. Raz po raz wybuchały salwy śmiechu. Niektórzy przechadzali się z talerzami w rękach wzdłuż stołów, wybierając co smakowitsze kąski, inni zaś z kieliszkami, racząc się winem lub innymi napojami. Panował nastrój radosnej zabawy i rozprężenia.
Pieczeń z dzika wyglądała wyjątkowo apetycznie, więc Liszewski nałożył sobie solidną porcję i zaczął jeść, obserwując bal.
– Nie żałowali środków – zauważył Maciej Skrzetuski, młody, ledwie dwudziestoletni towarzysz Stanisława.
– Nigdy nie żałują – skwitował Liszewski, gdy przełknął porcję mięsa.
Do jedzenia nie musiał na szczęście zdejmować maski, która zasłaniała mu tylko górną połowę twarzy.
Maciej spojrzał na niego z ukosa.
– Często bywasz na takich zabawach?
– Kilka razy mi się zdarzyło.
Jakaś dama w mocno wydekoltowanej sukni złowiła spojrzenie Liszewskiego i uśmiechnęła się promiennie. Stanisław skinął jej głową.
Maciej zerknął na stojący koło kominka zegar z wahadłem. Wskazywał dziesiątą wieczór.
– Mamy jeszcze prawie godzinę. Co robimy?
Liszewski odstawił pieczeń. Wytarł usta chustką. Nalał wina do dwóch kieliszków i zrobił krok w stronę wydekoltowanej damy.
– Jesteś na przyjęciu. Korzystaj z jego uroków – odparł, nie odwracając się w stronę Macieja.
Podszedł do kobiety i wręczył jej jeden z kieliszków.
– Ściągnęła mnie pani spojrzeniem – oznajmił wesoło.
– Ja? Musiało się panu wydawać – oświadczyła, ale jej mina i mowa ciała wyrażały coś całkiem przeciwnego.
Upiła łyk. Liszewski zauważył, że szminka kobiety zostawiła ślad na krawędzi szkła.
– Też się pani nudzi na tym przyjęciu? – zatoczył dłonią krąg, uważając, by ani kropla wina nie kapnęła na podłogę.
Kobieta wydęła wargi.
– Inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą, panie…?
– Witold Dębicki – podał fałszywe personalia. – Najwyraźniej więc nie jestem równie inteligentny jak pani, pani…?
– Kalicka, Maria Kalicka.
Liszewski znał to nazwisko. Wysilił pamięć i przypomniał sobie, że to żona jednego z urzędników współpracujących z Rosjanami, często przebywającego w towarzystwie namiestnika cara w Królestwie Polskim, czyli generała-gubernatora Josifa Hurki³. Na tym przyjęciu aż się roiło od kolaborujących z Moskalami sprzedawczyków. Co doskonale komponowało się z planami Stanisława.
– Zdaje się, że spotkałem kiedyś pani męża – zagadnął.
Maria upiła łyk, po czym spytała ze śmiechem:
– Będziemy rozmawiać o nim, czy poprosi mnie pan wreszcie do tańca?
Liszewski odstawił kieliszek i bez słowa podał kobiecie ramię. Wnet dołączyli do wirujących na środku sali par. Maria kilka razy przywarła do niego, wtedy czuł na policzku jej ciepły oddech, a w nozdrzach zapach perfum. Nie miał wprawdzie ochoty na miłostki, ale towarzystwo Kalickiej znacznie ułatwiało mu wykonanie zadania, dla którego znalazł się na balu. Wiedział, że spotka tu właściwe osoby; poszło jednak znacznie prościej, niż się spodziewał.
– Doskonale pan tańczy – oceniła Maria.
– Moja nauczycielka była innego zdania. A miała bardzo twardą rękę. I kompletny brak poczucia humoru.
Perlisty śmiech Kalickiej poniósł się po sali.
– Zawsze powtarzam, że właściwa motywacja potrafi zdziałać cuda.
Utwór dobiegł końca, więc Stanisław wraz z partnerką wykonali popisowy ukłon i wrócili do stołu.
Maciej tymczasem wdał się w konwersację z dwoma Moskalami i rozprawiał, o ile Liszewski dobrze zinterpretował posłyszane słowa, o guzikach w mundurach, na które skarżyli się żołnierze.
– Ma pan ochotę na coś mocniejszego? – zagadnęła go Maria.
Pokręcił głową.
– Obawiam się, że wtedy zbyt szybko opuściłbym to przyjęcie.
Wziął szklanicę z wodą i upił spory łyk. Jednocześnie dyskretnie zerknął na zegar. Zostało jeszcze trochę czasu.
– Może usiądziemy? – zaproponował.
Nie czekając na odpowiedź, poprowadził damę do jednego z wolnych stolików ustawionych pod ścianą, tuż pod herbem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który przed laty rozbudował Pałac na Wyspie.
Podjął z Marią luźną rozmowę, ale nie poświęcał jej całej uwagi, wpatrując się we wskazówki zegara. Od czasu do czasu rzucał jakieś pytanie lub celny żart i pozwalał, by to kobieta perorowała. Często spotykał znużone wystawnym życiem małżonki notabli i wiedział, że wystarczy poświęcić im odrobinę uwagi doprawionej szczyptą łobuzerskiej bezczelności, by z łatwością zyskać ich zainteresowanie.
Wreszcie, gdy wybiła godzina jedenasta, wraz z ostatnim uderzeniem zegara do sali wkroczył Josif Hurko we własnej osobie. Na jego widok Liszewski niedostrzegalnie zacisnął pięści. Rosjanin należał do grupy najzagorzalszych zwolenników rusyfikacji i dążył do bezwzględnego usunięcia języka polskiego ze szkół oraz całej kultury polskiej z życia codziennego.
Oczy wszystkich zwróciły się na generała-gubernatora. Ten postanowił podkreślić swoją władzę, pojawiając się na balu bez żadnego przebrania. W paradnym mundurze, obwieszony lśniącymi orderami, wydawał się jeszcze bardziej wyniosły i pełen pychy niż zwykle. Jego ogromne wąsiska przechodziły w bokobrody, a te opadały mu na ramiona. Całość tworzyła komiczny efekt, a jednocześnie nadawała gubernatorowi wygląd przebiegłego lisa. Po jego prawicy kroczyła małżonka w eleganckiej niebieskiej sukni.
– Proszę sobie nie przeszkadzać i kontynuować zabawę – powiedział uroczystym tonem po rosyjsku, machnąwszy przyzwalająco ręką.
Goście na powrót zajęli się swoimi sprawami, a Hurko podszedł do jednej z grupek, która ulokowała się blisko kominka.
– Teraz dopiero zrobi się nudno – skomentowała przybycie carskiego namiestnika Maria.
Liszewski nie zareagował na jej uwagę w żaden sposób. Wymienił natomiast spojrzenia z Maciejem.
– Zna pani generała Hurkę? – zadał po chwili pytanie niezobowiązującym tonem.
– Owszem, choć mój mąż zna go lepiej. Ale nie mógł dzisiaj przyjść…
Liszewski chrząknął, udając zakłopotanie.
– Zawsze chciałem go spotkać osobiście…
Maria znów się roześmiała.
– Czyżby miał pan już dość mojego towarzystwa, panie Dębicki?
Błysk w jej oczach i figlarny ton pozwalał uznać to za żart.
– Gdzieżby tam! – zaprzeczył w ten sam sposób. – Ale uścisnąć dłoń samemu namiestnikowi Aleksandra Trzeciego…
Kobieta uniosła oczy ku niebu w udawanej dezaprobacie.
– Mężczyźni… – Pokręciła głową. – No dobrze, chodźmy zatem.
Wstała i wolnym krokiem ruszyła w stronę Hurki. Stanisław podążył za nią. Znów wymienili spojrzenia z Maciejem, a ten ledwo dostrzegalnie kiwnął głową. Liszewski odpowiedział takim samym gestem.
Razem z Marią podeszli do generała-gubernatora i jego totumfackich. Gdy znaleźli się w odległości kilku kroków, oczy wszystkich momentalnie zwróciły się w ich kierunku.
Hurko rozpoznał kobietę i jego rysy nieco złagodniały, co nadało twarzy Rosjanina tylko trochę mniej drapieżny wygląd.
– Pani Kalicka – rzekł po rosyjsku. – Ufam, że dobrze się pani bawi.
– Dziękuję, nienajgorzej.
Następnie zmierzył Liszewskiego niechętnym spojrzeniem spod lekko przymrużonych powiek.
– Przedstawi mi pani swojego towarzysza? – zapytał, wciąż patrząc na Stanisława.
– Naturalnie. To Witold Dębicki.
– Polak… – stwierdził Hurko, a w jego ustach zabrzmiało to jak najgorsza obelga.
Liszewski walczył w duchu ze sobą, by nie zacisnąć dłoni w pięści i nie wymierzyć temu przeklętemu Moskalowi celnego ciosu w zęby. Zamiast tego uśmiechnął się i miał nadzieję, że nie wyglądało to sztucznie.
– To dla mnie zaszczyt, panie generale-gubernatorze – powiedział, używając całej siły woli, by jego słowa nie ociekały jadem. A ponieważ mówił to po rosyjsku, trudność była podwójna. Pochylił jednocześnie głowę w lekkim ukłonie, co kosztowało go ogromnie dużo samozaparcia. – Od dawna chciałem pana poznać osobiście. – Przynajmniej w tym przypadku nie kłamał.
– Doprawdy?
Hurko nie wydawał się zainteresowany rozmową z Polakiem. Oceniwszy go jako niewartego uwagi, odwrócił od niego wzrok i zaczął ostentacyjne ignorować. Czarował za to Marię oraz żartował z pozostałymi towarzyszami.
Liszewskiego nie zbiło to z tropu. Dyskretnie zerknął za siebie. Maciej rozmawiał z jakąś kobietą. Razem szli w jego stronę.
Doskonale, pomyślał. Zaraz się zacznie.
Stanął tak, by być naprzeciw generała-gubernatora. Mimo okazywanego mu chłodu udawał zainteresowanie jego wywodem; w rzeczywistości w ogóle nie słuchał, co ten zadufany w sobie Moskal mówi.
Za plecami Stanisław słyszał już podniecony głos Macieja. Skrzetuski próbował wywrzeć jak najlepsze wrażenie na damie, z którą rozmawiał. Szło mu jednak tragicznie. Lekko się zataczał, jakby wypił za dużo wina i miał już mocno w czubie.
Liszewski skupił się na opowieści swojego towarzysza. Wybrzmiewała coraz głośniej. Napiął mięśnie.
Po chwili usłyszał donośny krzyk Macieja:
– Łaaa!
A następnie poczuł uderzenie w plecy i został pchnięty prosto na Josifa Hurkę. Wszystko szło zgodnie z planem.
Generał-gubernator nie zdążył się odsunąć, a Liszewski nawet nie próbował zrobić uniku, by na niego nie wpaść. Pod wpływem zderzenia Rosjanin wylał sobie na spodnie wino z kieliszka, który trzymał.
– Co robisz, polski psie?! – warknął Hurko.
Stanisław udał zmieszanie i zaczął go przepraszać, jednocześnie wskazując kciukiem za siebie, na Macieja.
Sprawca incydentu już się pozbierał, przeprosił i popędził za obrażoną kobietą. Dogonił ją i zaczął się kajać. Po chwili nad panujący w Sali Balowej hałas wzniósł się jej krzyk:
– Jak pan śmie?!
Po czym rozległo się głośne echo policzka wymierzonego Maciejowi. Wszystkie oczy momentalnie zwróciły się w stronę Skrzetuskiego i adorowanej przez niego damy.
– Za co to?! – krzyknął Maciej, przyciskając dłoń do twarzy.
– Cham, gbur i prostak! Ciesz się, że nie mam przy sobie nahajki! – warknęła kobieta i szybko ruszyła przed siebie, byle dalej od nieszczęsnego absztyfikanta.
Liszewski, korzystając z zamieszania, wymamrotał jakieś pożegnanie, głównie pod adresem Marii, i skierował się do wyjścia. Gdy tylko odwrócił się tyłem do Hurki, pozwolił sobie na lekkie uniesienie ust w uśmiechu.
Zdołał przebyć połowę drogi do drzwi wyjściowych, gdy generał-gubernator wrzasnął po rosyjsku:
– Mój order! Gdzie jest mój order?!
Stanisław zaklął, ale kroczył przed siebie jakby nigdy nic, wciskając do kieszeni medal, który ukradł namiestnikowi cara.
Usłyszał kolejny okrzyk Hurki:
– To on! Polska swołocz! Złodziej! Zatrzymać go!
Momentalnie w drzwiach stanęli dwaj rosyjscy strażnicy, zaalarmowani krzykami. Rzucili się na Stanisława.
– Brać go!
Liszewski nie zwlekał. W jednej chwili skręcił w stronę zastawionych potrawami stołów. Roztrącił stojących na jego drodze gości. W biegu chwycił krzesło. Wskoczył na stół i, trzymając mebel przed sobą, odbił się w kierunku okna, po drodze zrywając firany. Rozległ się trzask tłuczonego szkła. Wypadł na zewnątrz i runął na trawnik.
Pozbierał się, nim pierwszy Moskal dopadł okna. Odrzucił krzesło. Sekundę później biegł już w kierunku parkowych drzew. Jakaś kula gwizdnęła mu koło nóg. Na szczęście tylko kilku strażników posiadało broń palną, a z niej nie dało się prowadzić ognia ciągłego. Jeśli uniknie początkowych pocisków, zyska trochę czasu, nim Rosjanie ponownie nabiją karabiny.
Zdołał oddalić się na dobre od budynku. Za plecami słyszał rosyjskie okrzyki. Moskale już ruszyli w pogoń. Przyspieszył kroku, lecz nagle zabrakło mu sił. Tak bez zapowiedzi. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Zacisnął zęby i mimo to parł naprzód. Jednak każdy kolejny metr przebywał w coraz wolniejszym tempie. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, oblał go zimny pot. Oparł się o pień dorodnego dębu i dyszał ciężko.
Poczuł, że nie da rady. Wiedział, że w tej sytuacji zaraz go złapią. A później… tortury i w najlepszym razie Sybir…
Złe myśli przerwał mu nagle męski głos:
– Chodź!
Liszewski usłyszał też tętent końskich kopyt.
– No dalej! – powtórzył ten sam głos.
Dopiero teraz Stanisław zorientował się, że to Maciej do niego krzyczy. Co więcej, dosiada konia.
Wykrzesał z siebie resztkę sił i podbiegł do wierzchowca. Młody Skrzetuski wyciągnął do Liszewskiego rękę. Ten pochwycił ją i jeździec energicznym ruchem wciągnął towarzysza na grzbiet. W samą porę, bo policyjny pościg już się zbliżał.
– Szybko! Są tuż za nami!
Maciej uśmiechnął się przebiegle. Udami ścisnął boki wierzchowca. Koń zarżał i popędził ścieżką. Żwir i ziemia ulatywały mu spod kopyt.
– Bez koni nas nie dogonią!
Liszewski zmarszczył brwi.
– A ty skąd masz tę chabetę?
– Jeden z ludzi Hurki lubi się popisywać! Przyjechał nim na bal! Więc go sobie pożyczyłem!
Usłyszawszy okrzyki, Stanisław zerknął w kierunku Pałacu na Wyspie. Moskale biegli, wściekle gestykulując, ale zostali daleko w tyle. Zanim dosiądą wierzchowców, o ile w ogóle je mieli, uciekinierzy będą już daleko.
Bezwiednie westchnął i poczuł się tak wycieńczony, że niemal spadł z siodła. Mocniej chwycił Macieja i pozwolił, by towarzysz wywiózł ich w bezpieczne miejsce.
***
Dwa dni później
– Otwierać!
Głośny krzyk i walenie w drzwi obudziły Stanisława. Zajmował przestronny pokój na poddaszu jednej z kamienic przy ulicy Trębackiej, blisko Krakowskiego Przedmieścia.
Zwlekł się z łóżka i podszedł do drzwi. Rozpoznał głos intruza. Przekręcił klucz w zamku i wrócił na posłanie.
Gość wszedł do izby i od razu wypalił:
– Czy możesz mi wyjaśnić, coś ty znowu najlepszego zrobił?!
Kapitan Jan Skrzetuski, przywódca organizacji niepodległościowej „Głos Orła”, która wszelkimi możliwymi sposobami uprzykrzała życie zaborcy, trząsł się z gniewu. W ręku trzymał fajkę i energicznie gestykulował.
– A co dokładnie masz na myśli? – Liszewski zapytał tonem pozbawionym cienia pokory.
Skrzetuski zacisnął wargi i wziął kilka głębokich oddechów. Przez chwilę milczał, a gdy znów się odezwał, jego głos miał temperaturę Wisły w najmroźniejszą noc stycznia.
– Powiedz mi, proszę, że relacja, którą rano usłyszałem, to stek bzdur. Że nie poszedłeś na przyjęcie na cześć urodzin cara i nie sprowokowałeś Josifa Hurki, kradnąc mu order. Że to wszystko wymysł, dykteryjka i anegdota.
Stanisław udał, że się zastanawia.
– Jeśli chcesz, mogę ci tego nie mówić…
Jan przysiadł na stołku i ukrył twarz w dłoniach.
– W porządku – odezwał się po kilkunastu sekundach – w porządku. Na pewno miałeś dobry powód, żeby się tak głupio zachować. Zdobyłeś jakieś informacje? Coś w ten sposób osiągnąłeś?
– Nie.
Skrzetuski uniósł wysoko brwi. Całkowicie siwe włosy opadały mu na czoło. Jego twarz nie nosiła natomiast żadnych oznak starości. Nie miał właściwie zmarszczek. Oczy patrzyły czujnie, ale w jego spojrzeniu kryła się łagodność. Przynajmniej zazwyczaj, bo teraz miotały gromami.
– To po coś tam w ogóle polazł?!
Liszewski oparł się o ścianę.
– Założyłem się, że ukradnę jedno z odznaczeń przyznanych Hurce. Przyjęcie to była najlepsza okazja do spotkania go na w miarę neutralnym gruncie. Najpierw musiałem załatwić sobie zaprosz…
Skrzetuski przerwał mu gestem dłoni.
– Założyłeś się?! Czyli cała ta awantura, ryzykowanie życiem swoim i mojego syna były tylko po to, żebyś mógł komuś udowodnić, że… – Urwał, porażony wnioskiem, który mu się nasunął.
Przez chwilę kręcił z niedowierzaniem głową. Gdy w końcu przemówił, w jego tonie dało się usłyszeć, oprócz z trudem tłumionego gniewu, już tylko troskę.
– Chłopcze, co się z tobą dzieje?
– Nie rozumiem – odparł Liszewski, marszcząc brwi.
Skrzetuski wydobył z kieszeni woreczek z tytoniem, nabił fajkę i zapalił ją.
– Zawsze rwałeś się do bitki i postępowałeś lekkomyślnie. Wiele razy tylko łutowi szczęścia zawdzięczałeś, że nie znalazłeś się dwa metry pod ziemią albo uniknąłeś zsyłki na Sybir. Ale teraz twoje zachowanie to czysta głupota. Ryzykujesz bez żadnego sensu, narażasz na szwank siebie i innych. Sprawiasz wrażenie, jakbyś umyślnie igrał ze śmiercią. Dlaczego?
Liszewski milczał, a Skrzetuski spokojnie pykał z fajki, oczekując wyjaśnienia. W końcu Jan się odezwał:
– Chodzi o twojego ojca, prawda? – Znów pokręcił głową. – Przecież to nie twoja wina, że ruscy wysłali go na Syberię. Wiedział, w co się angażuje. Wszyscy wiemy. Wydawało mi się, że już to zrozumiałeś. Pogodziłeś się z tym. Nawet zacząłeś wykazywać jakieś oznaki rozsądku. Jednak ostatnio… – Zamilkł na moment, próbując znaleźć właściwe słowa: – Ostatnio zacząłeś szarżować jak wyjątkowo narowisty koń. Bardziej niż w przeszłości. Twoja brawura i, przykro to mówić, lekkomyślność strasznie mnie niepokoją.
– Przepraszam – szepnął Stanisław.
Skrzetuski przekrzywił głowę.
– Słucham?
– Przepraszam, że naraziłem twojego syna. Nie powinienem był tego robić, to się więcej nie powtórzy.
– Świetnie, ale nie w tym rzecz. Chciałbym…
– Czy to już wszystko? – bezceremonialnie przerwał mu Liszewski, patrząc w jakiś nieokreślony punkt za plecami Skrzetuskiego.
Kapitan wydął wargi. Dłuższą chwilę milczał, a gdy w końcu się odezwał, przemawiał niezwykle stanowczo:
– W porządku, sam tego chciałeś. Od tej pory zakazuję ci jakiejkolwiek działalności w ramach naszej organizacji. Jesteś zawieszony w prawach członka „Głosu Orła”. Rada podjęła taką decyzję. Wszystko, co od tej chwili robisz, czynisz na swój rachunek i własną odpowiedzialność. Nie będziemy wyciągać cię z tarapatów. Jak trafisz do mamra, radź sobie sam. Jak wyślą cię na Sybir, pomachamy ci na do widzenia.
– Doskonale – skwitował Liszewski. – Czy teraz to już wszystko?
Jan Skrzetuski nie ruszył się z miejsca. Bolało go, że Stanisław zachowuje się w tak arogancki sposób. Wiedział, że coś go gryzło, ale jeśli nie chciał się tym z nim podzielić, nie mógł nic zrobić.
Miał wszelako jeszcze jedną istotną sprawę do Liszewskiego.
– Niezupełnie. Jakiś mężczyzna, obcokrajowiec, rozpytywał o ciebie kilka dni temu.
Dopiero ta informacja wywołała żywe zainteresowanie ze strony Stanisława.
– Jaki mężczyzna?
– Niewiele wiemy. Tylko tyle, że próbował cię odszukać. Kręcił się w miejscach, gdzie czasem bywasz. Zagadywał barmanów, prostytutki i ludzi, którzy mogą cię znać. Starał się robić to dyskretnie, na szczęście jednak doniesiono mi o jego działaniach…
– Zatrzymaliście go?
Skrzetuski nie odpowiedział od razu. Gdy przemówił, intensywnie wpatrywał się w Liszewskiego.
– Próbowaliśmy. Ale zaczął uciekać.
– Czyli zwiał?
– Można tak powiedzieć.
– Mów jaśniej, do diabła! – zirytował się Liszewski.
Przywódca „Głosu Orła” zaciągnął się dymem z fajki.
– Podczas ucieczki wpadł do Wisły i utonął. Wyłowiliśmy ciało, ale nie znaleźliśmy przy nim żadnych dokumentów. Miał za to całkiem spory oręż składający się z noży, pistoletu, garoty i kilku innych narzędzi do zadawania bólu.
Stanisław zamyślił się, a Skrzetuski zakończył:
– Nie wiem, komu znowu nadepnąłeś na odcisk, ale ktoś najwyraźniej na ciebie poluje. Ktoś chce twojej śmierci.------------------------------------------------------------------------
¹ Sarah Bernhardt (1844–1923) – jedna z najbardziej znanych artystek francuskich przełomu wieków; była aktorką teatralną oraz filmową, reżyserką, malarką i rzeźbiarką; Victor Hugo twierdził, że ma „głos ze złota”.
² Deuxième Bureau – właściwie Deuxième Bureau de l’État-major général – biuro francuskiego wywiadu wojskowego utworzone w 1871 roku.
³ Josif Hurko – feldmarszałek rosyjski, żył w latach 1828–1901; walczył między innymi w wojnie krymskiej, a w okresie 1883–1894 pełnił funkcję generała-gubernatora Warszawy.