Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Anatom - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 września 2026
15,00
1500 pkt
punktów Virtualo

Anatom - ebook

Bydgoszcz, Fordon na przełomie wieków. W niedzielny poranek przy pomniku na Dolinie Śmierci znalezione zostają zwłoki mężczyzny. Ciało jest okaleczone - wycięto powieki, usunięto serce. Na czole denata nacięto skórę, tworząc idealnie równą cyfrę 5. Wokół ciała, na oszronionej trawie, leżą 2 mosiężne budziki. Każdy pokazuje inną godzinę. Inspektor Grzech i psycholog Ewka ruszają tropem mordercy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 286 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ANATOM

AKT I

Prolog

Niedzielny poranek na przełomie listopada i grudnia 1999 roku w Fordonie nie przypominał kadrów z filmów. Nie było w nim dramatycznego deszczu ani widowiskowych błyskawic – został tylko ołowiany, ciężki chłód i tłusta mgła schodząca z doliny Wisły, oblepiająca betonowe wieżowce szarym, wilgotnym nalotem. Na osiedlu Przylesie cuchnęło powszechnie spalaną w domowych piecach tanią odmianą węgla kamiennego, przemieszanym z odorem gnicia z pobliskich wąwozów Doliny Śmierci. Zjeżdżające z wiaduktu autobusy Jelcz PR110 wyły na niskich biegach, a osiedlowe chodniki z płyty betonowej pokrywała cienka warstwa zmarzniętego błota.

U stóp monumentalnego, betonowego pomnika stojącego na wzgórzu ciało wyglądało niemal jak sterylna rzeźba ustawiona przez obłąkanego artystę. Ofiara – mężczyzna w wieku około trzydziestu pięciu lat, o szerokiej klatce piersiowej i potężnym karku – siedziała oparta plecami o zimny cokół. Dłonie miał ułożone płasko na kolanach, jakby skamieniał w trakcie cichej medytacji.

Powieki zostały precyzyjnie usunięte tuż przy nasadzie; martwe, przesuszone gałki oczne wpatrywały się uporczywie i nieruchomo w odległe, rozmyte we mgle światła blokowiska przy ulicy Swinarskiego.

Usta zaszyto grubą, czarną nicią szewską, drastycznie rozciągając kąciki warg w górę, tworząc przerażający, sztywny uśmiech. Na czole denata, z chirurgiczną precyzją niedopuszczającą ani jednego poszarpanego brzegu, nacięto skórę, tworząc idealnie równą cyfrę 5.

Z rozciętej klatki piersiowej wyjęto serce. W miejscu, gdzie powinno znajdować się naczynie krwionośne i mięsień, między odsłoniętymi, idealnie przepiłowanymi żebrami spoczywał ciężki, szklany przycisk do papieru. Wewnątrz przezroczystej kuli zatopiona była zasuszona, czarna róża.

Wokół ciała, na oszronionej trawie, leżały dwa mosiężne budziki. Oba głośno cykały w ciszy poranka, ale tylko w jednym czarna wskazówka zatrzymała się nieruchomo na godzinie czwartej piętnaście. Ani na ubraniu ofiary, ani na ziemi nie było ani jednej kropli krwi. Czysta, wręcz laboratoryjna inscenizacja.

Błękitno-granatowy Polonez Caro z naklejoną na drzwiach taśmą POLICJA stanął w błocie obok dwóch krawężników, którzy trzęsącymi się rękami palili Popularne bez filtra. Grzech wysiadł niespiesznie, a drzwi Poloneza zamknęły się z metalicznym stęknięciem. Czterdziestopięcioletni śledczy o surowej twarzy poprawił kołnierz mocno zniszczonej, brązowej skórzanej kurtki. Znał Fordon od podszewki – pamiętał czas, kiedy zamiast wielkiej płyty rosło tu żyto. Ale to, co widział przed sobą, przekraczało dotychczasowy osiedlowy brutalizm.

Ciszę poranka przerwał głęboki pomruk ośmiocylindrowego silnika V8. Z mgły wyłonił się czarny Mercedes S Coupe C126. Samochód zatrzymał się płynnie tuż za polówką, a z wnętrza wysiadła Ewka. Dwa grube, długie blond warkocze opadały jej na ramiona czarnego, dopasowanego w talii płaszcza z wełny, spod którego prześwitywała krawędź spódnicy. Klasyczna, mocno krwistoczerwona szminka i idealnie pociągnięta czarna kreska na powiece odcinały się ostro od szarości krajobrazu. Jej igłowe szpilki bez wahania wbiły się w oszronioną glinę. Ignorując bezczelne spojrzenia krawężników, podeszła do Grzecha, a w powietrzu uniósł się zapach drogich, francuskich perfum – nuty różane zmieszane ze słodką wanilią.

– Nawet na moment nie można cię zostawić samego, Grzech – powiedziała cicho, obracając w palcach mosiężną zapalniczkę Zippo i zamykając ją z głuchym kliknięciem. Spojrzała w stronę pomnika, a jej niebieskie oczy w ułamku sekundy spadły z lekkości, ustępując miejsca analityce. – Ten człowiek nie zginął w złości. On zginął, bo ktoś chciał zaprezentować swoje możliwości.

– Wycięta cyfra na czole, szklane kule, budziki, chirurgiczne cięcie bez kropli krwi – mruknął Grzech, nie odrywając wzroku od denata. – W tym mieście nikt tak nie zabija, Ewka. To nie są porachunki spod budki z piwem.

– Bo to nie jest miejscowy dresiarz z bejsbolem – odszepnęła, stając ramię w ramię ze śledczym. – On dopiero zaczyna swoją wystawę. A my jesteśmy jego pierwszą widownią.

Grzech przykucnął przy oszronionej trawie. Przy stopach zamordowanego leżały dwa budziki.

Pierwszy miał unieruchomione wahadło – czarna wskazówka zatrzymała się na czwartej piętnaście.

Drugi żył własnym rytmem: jego głośne cykanie brzmiało w ciszy Doliny Śmierci jak odliczanie zapalnika. Wskazówki pokazywały siódmą trzydzieści, ale alarm ustawiono rygorystycznie na szóstą rano dnia następnego.

– On nam dyktuje harmonogram – rzuciła cicho Ewka, a jeden z jej warkoczy opadł na pierś, gdy schyliła się, by przyjrzeć się szwom na wargach ofiary. – Pierwszy budzik to podpisany wyrok. Drugi to zapowiedź następnego aktu. A ta piątka na czole nie znalazła się tam przypadkiem.

Rozdział 1.

Prosektorium przy ulicy Jagiellońskiej tonęło w chłodnym świetle starych jarzeniówek. Zapach formaliny, zakrzepłej krwi i starej stali osiadał na wargach. Doktor Stryjczyński – facet po sześćdziesiątce ze skołtunioną brodą – zrzucił zakrwawione rękawice do kosza.

– Godzina zgonu? Dokładnie czwarta piętnaście. Pierwszy budzik nie kłamał ani o minutę – burknął, pociągając nosem. – Ale spójrzcie na tę klatkę piersiową. Żadnych postrzępionych brzegów, tkanki przecięte z dokładnością do dziesiątej części milimetra. Serce wycięte z anatomiczną perfekcją, naczynia podwiązane chirurgiczną nicią. To robota kogoś, kto operuje na co dzień albo uczył się tego latami.

Zapowiedź z drugiego budzika ziściła się z przerażającą punktualnością. Dokładnie o szóstej rano mgła znów zeszła na Fordon. Drugie ciało odnaleziono w głębi wąwozu, u podnóża zbocza.

Scenariusz powtórzył się bez najmniejszego odstępstwa: wycięte powieki, usta zaszyte czarną nicią i chirurgicznie opróżniona klatka piersiowa. Na czole widniała cyfra 4. Tym razem w miejscu serca morderca umieścił mosiężny, zabytkowy klucz rurowy.

W komendzie wojewódzkiej zawrzało. W poniedziałkowym wydaniu “Expressu Bydgoskiego”

na pierwszej stronie rozlał się czarny, krzykliwy nagłówek: „ANATOM ATAKUJE W FORDONIE”.

Ewka usiadła na brzegu biurka Grzecha w jego ciasnym gabinecie, krzyżując nogi w czarnych rajstopach.

– Grzech, to nie przypadek, że on wraca w to samo miejsce. Dolina Śmierci to dla niego scena –rzuciła cicho, opierając dłoń obok porysowanego kubka z kawą. – Mamy czas tylko do północy. Drugi budzik bije, a Anatom czeka na nasz ruch.

Stryjczyński rzucił na metalowy wózek dwa arkusze z toksykologii. Igłowa drukarka wypluła je z jazgotem.

– Obaj byli czyści pod kątem alkoholu czy ulicznych świństw – zaczął doktor, przecierając okulary. – Za to krew mają gęstą od metanabolu i omadrenu. Koksowali na potęgę. Ale to nie sterydy ich zabiły.

Grzech podszedł bliżej stołu sekcyjnego. Dwie pierwsze ofiary – faceci po sto kilo, z karkami szerokimi na drzwi. A jednak żaden nie zadał ani jednego ciosu.

– Co ich powaliło bezszelestnie? – zapytał śledczy.

– Chlorek suksametonium – odparł Stryjczyński z ponurym uznaniem. – Silny lek znoszący napięcie mięśniowe. Jedno błyskawiczne ukłucie cienką igłą. W dziesiątek sekund tracisz kontrolę nad mięśniami. Jesteś w pełni świadomy, widzisz wszystko, słyszysz własny oddech, ale nie możesz nawet drgnąć. A potem ktoś zaczyna cię powoli patroszyć.

Ewka wyprostowała się, a stukanie jej szpilek odbiło się echem od kafelków. Podeszła bliżej, sprawiając, że zapach jej perfum zagłuszył odór formaliny.

– To jest klucz do jego profilu, Grzech – powiedziała cicho. – Anatom nie wybiera przypadkowych ciał.

On poluje na symbole osiedlowej siły. Wybiera kolesi, którzy uchodzili za nietykalnych, i w sekundę zamienia ich w woskowe figury. Czysta kompensacja i poczucie absolutnej władzy.

– W Fordonie – wtrącił Grzech.

Ewka posłała mu szybkie spojrzenie, przewracając lekko oczami.

– Obaj byli stałymi bywalcami w piwnicy na obiektach przy Piwnika-Ponurego – rzucił powoli śledczy.

– Znałem ich z widzenia. Dwa samce alfa z osiedla.

– Więc mamy wzorzec – podsumowała dziewczyna. – Cyfra pięć na czole pierwszego, czwórka na drugim… On prowadzi odliczenie. Chce wyeliminować dokładnie pięciu takich jak oni. W siłowni zaraz wybuchnie panika, a Anatom stoi w cieniu i wybiera numer trzy.

Mruk ośmiocylindrowego silnika C126 brzmiał głęboko. Wnętrze Mercedesa pachniało skórą i wanilią, gdy Ewka prowadziła pewnie, omijając głębokie wyrwy w asfalcie przy Akademickiej.

– Jak wieść o drugim trupie rozjedzie się po osiedlu, chłopaki zaczną skakać sobie do gardeł –zauważyła, zerkając w lusterko.

– W Fordonie – poprawił ją spokojnie Grzech. – I nie zaczną skakać sobie do gardeł. Oni się boją.

Mercedes skręcił w plac przy obiektach sportowych przy Piwnika-Ponurego. Pod niskim budynkiem z wielkiej płyty stały dwa podrasowane Golfy dwójki i czarny Polonez. Kilku osiedlowych chłopaków w dresach grzało dłonie przy dymiącej studzience. Na widok luksusowego coupe ucichli.

Gdy Ewka wysiadła z auta – zjawiskowa, w czarnym płaszczu i na szpilkach – wstrzymali oddech. Schodami w dół, do piwnicy, buchało gęste powietrze przesiąknięte starą gumą, rdzawym żelastwem i tanim białkiem. W półmroku pod żarówkami stłoczyło się kilkunastu osiłków. Największy z nich, z bicepsami twardymi od sterydów, odstawił hantle. To był „Łapa”.

– Łapa, wstrzymajcie ten złom – rzucił Grzech twardym głosem. – Wyłączcie kaseciaka. Rozmawiamy o waszych kumplach, zanim któryś z was zostanie numerem trzy.

Łapa zacisnął szczęki, mierząc Ewkę bezczelnym wzrokiem.

– A ta panienka to co, na występ przyjechała? Co wy tu, psiarnia…

Grzech zrobił krok naprzód.

– Łapa, zamknij gębę i siadaj. Twój ziomek leży w sztywniarni z wyciętym sercem, a ty cwaniakujesz przed ludźmi, którzy próbują cię uratować.

– Daj spokój, Łapa, siadaj na dupie – mruknął z kąta Broda. Sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, ramiona nabite do granic możliwości, wyciskał na klacie 220 kilo. Podał ręcznik, przenosząc pełny szacunku wzrok na Ewkę. – Cześć, Grzech. Uszanowanie, pani psycholog.

– Ktoś sprząta najsilniejszych kolesi w Fordonie – powiedziała Ewka.

– W Fordonie – wymamrotał automatycznie Grzech, na co Ewka posłała mu kolejne ostre spojrzenie spod czarnej kreski na powiece.

– Czy zanim znaleziono pierwszego trupa, ktoś obcy kręcił się wokół siłowni? – dociągnęła pytaniem.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij