Anatomia szczęścia - ebook
Powieść, która wstrząsnęła Niemcami
Kiedy w 1989 roku upada mur berliński, Stine ma zaledwie trzy lata. To za mało, by pojąć sens wydarzeń, ale dość, by cień rewolucji położył się na całymjej dorastaniu. Urodziła się w NRD, a wychowała już w zjednoczonych Niemczech. Jej rodzina, głęboko związana z dawnym systemem i przekonana o słuszności swoich idei, próbuje ukryć przeszłość za szczelną zasłoną milczenia. Gdy Stine zostaje matką, zaczyna zadawać pytania, których nie może dłużej ignorować. Mierzy się z zepchniętymi na krawędź świadomości traumami i z obezwładniającą przemocą, która przenika każdy aspekt jej życia. Długo skrywana tajemnica domaga się ujawnienia.
Anne Rabe, urodzona w 1986 roku, nie ma sentymentów. Z heroiczną wręcz odwagą pokazuje, jak przeplatają się prywatne i polityczne sfery życia, a totalitarny reżim rozsiewa zatrute ziarna na kolejne pokolenia. Autorka nie gloryfikuje przemocy – chce się z niej wyrwać. Z niemal chirurgiczną precyzją obnaża mechanizm jej działania, ujawnia jej destrukcyjne skutki i pyta o to, co naprawdę zostaje po historii, której nikt nie chce opowiadać.
O niedawnej przeszłości Niemiec Wschodnich nigdy wcześniej nie pisano z taką szczerością.
Rabe pisze o cenie, jaką za zjednoczenie zapłaciło pokolenie pozbawione przeszłości. O złu, które zaczęło wymykać się spod kontroli i doprowadziło do ponownych narodzin rasizmu i kultu siły. O nadziei, którą odebrano tym rzekomo gorszym.
„Anatomia szczęścia”to ciekawe i udane połączenie gatunków – od autobiografii po esej. Otwiera oczy tym, którzy nie do końca rozumieją, dlaczego obecne Niemcy trzeszczą w posadach.
Michał Nogaś
Gdy na naszych oczach dzieje się tak zwana wielka historia, nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, zwłaszcza gdy jesteśmy dziećmi. Jednak pewne wydarzenia w nas osiadają, wpływają na to, jakimi stajemy się dorosłymi, a z czasem rezonują na kolejne pokolenia i to wielka sztuka uchwycić ten wpływ w powieści. Rabe jest w tej dziedzinie arcymistrzynią.
To nie jest książka o przeszłości, tylko o jej złożonych konsekwencjach. Dajcie się jej zaskoczyć.
Justyna Suchecka
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-242-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KAIROS TO CHWILA, W KTÓREJ KSZTAŁTUJE SIĘ NASZ ŚWIAT.
TO MOMENT, KTÓREGO NIE MOŻEMY PRZEOCZYĆ.
Seria Kairos to książki, które mówią nam coś ważnego o czasach, w których żyjemy. Niektóre są ostrzeżeniem, inne pokazują, jacy jesteśmy i dokąd zmierzamy. Powieści z różnych stron świata, pisane w różnych językach, oddające polifoniczność rzeczywistości.
NIE PRZEGAP TYCH KSIĄŻEK, JEŚLI CHCESZ ZROZUMIEĆ DUCHA NASZYCH CZASÓW.
W SERII UKAZAŁY SIĘ:
Ulrich A. Boschwitz, _Podróżny_, tłum. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Ahmed Saadawi, _Frankenstein w Bagdadzie_, tłum. Magdalena Zawrotna
Adeline Dieudonné, _Prawdziwe życie_, tłum. Beata Geppert
Sofi Oksanen, _Psi park,_ tłum. Katarzyna Aniszewska
Jennifer Egan, _Domek z piernika_, tłum. Anna Gralak
Jenny Erpenbeck, _Kairos_, tłum. Eliza Borg
Jenny Erpenbeck, _Opowieść o starym dziecku_, tłum. Eliza Borg1
_Próbujesz sobie przypomnieć._
_Jest morze. Bałtyk, którego ciemne, niespokojne wody rytmicznie tłuką o ląd. Nigdy bezgłośnie. Port i stare spichlerze. Żurawie portowe i łodzie rybackie. Dalej rynek, a na nim Wasserkunst. Już samą nazwą – „sztuka (z) wody” – oddaje cześć perfekcyjnie opanowanej sztuce projektowania wodociągów i fontann. Pod nim zaś, w podziemiach, miał podobno zostać uwięziony dobosz – przeklęty i skazany na to, aby noc w noc bić w werble. Pozbawiona nawy głównej wieża kościelna wybija godziny. Za ogrodzeniem ponura ruina, która kiedyś również była kościołem, a opodal wąskie uliczki z kocimi łbami._
_Na tym rogu były stragany z owocami. Ciotka kładła na wagę kilka bananów i brzoskwiń. Pracujący w małym bistro vis-à-vis przyjaciel ciotki przygotowywał dla ciebie i matki frytki z ketchupem._
_Droga do dziadków wspinała się na Russenberg i prowadziła obok starych koszar._
_Wcześniej, jak ci opowiadano, po mieście miały paradować Rosjanki w prawdziwych futrach. W czasach, kiedy to była jeszcze Rosa-Luxemburg-Straße, wpadająca w Karl-Liebknecht-Straße – jak ciągle nazywają te ulice rodzice, gdy wysyłają cię po coś do znajomych._
_Nieco dalej jest wasze pierwsze mieszkanie, bez toalety i łazienki, a jeszcze kawałek dalej drugie – dwa pokoje, kuchnia, łazienka i oddzielna toaleta. Naprzeciwko plac zabaw, na którym zwykli przesiadywać wygoleni neonaziści. A za rogiem mieszkanie ciotki Sabine i twojej kuzynki Katji. Pokoje zastawione popielniczkami i mebelkami Barbie, do tego wszędzie walają się kupowane na polskim targu w Berlinie kasety wideo, które całymi tuzinami znosili nowi ojcowie Katji._
_W piaskownicach przed budynkiem przedszkola tkwią wbite w piasek kije od szczotek. Są owinięte kolorową bibułą i obwieszone bzem i balonami! Jest czerwiec, Dzień Dziecka i pada. Słyszysz, jak z płaskiego budynku dobiega śpiew, twój i innych: Kochane, kochane słońce…_
_To dom, który zbudował twój ojciec. W nim malutki pokój bez klucza, który był twój._
_Łóżko, w którego mroku się zatapiasz._
_To jest matka._
_To ojciec._
_To jest Tim. Twój brat._3
Dnia swoich narodzin oczywiście nie pamiętam. Wiem tyle, ile mi opowiedziano.
Urodziłam się trzy tygodnie przed terminem. Matka zdążyła jeszcze odprowadzić na dworzec ojca, który studiował wówczas w innym mieście. I wtedy odeszły jej wody. Pędem wróciła do domu i poprosiła sąsiada, żeby zawiózł ją do szpitala. Później, gdy raz zwierzyłam się matce, że ja bałabym się porodu rzuciła tylko: „Nie trzeba krzyczeć przy porodzie”. Wyobraziłam sobie, jak musiała się z całych sił starać, żeby – umieszczona w wieloosobowej sali na porodówce – zachować fason. Jak położne oschłym tonem nakazywały jej, żeby wzięła się w garść. _Co weszło, musi też wyjść!_ To żaden wyczyn, miliony kobiet to przeszły.
Dwadzieścia lat po moim urodzeniu sama będę leżała w bólach porodowych i myślała o słowach matki. „Nie trzeba krzyczeć przy porodzie”. Długo będę się tego trzymała i starała nie być dla nikogo ciężarem. Ale w kluczowym momencie poddam się bólowi i wykrzyczę go, żeby móc nareszcie po raz pierwszy wziąć na ręce i utulić Klarę.
_Nigdy tego nie zapomnisz._
Ten moment niczym niezmąconego, bezgranicznego szczęścia, gdy Klara przyglądała mi się spokojnie swoimi dużymi oczami i usłyszała, jak do niej mówię: „Jestem twoją mamą, kocham cię”. Tej pierwszej nocy w szpitalu wzięłam ją do siebie do łóżka, a gdybym nie była tak wyczerpana, wpatrywałabym się w nią pewnie całą noc.
_Klara była tak malutka i delikatna. Czasem bałaś się, że zrobisz jej krzywdę samym wpatrywaniem się w nią._
Ja musiałam spędzić pierwsze dni na tym świecie w sali pośród innych rozwrzeszczanych noworodków. W ściśle wyznaczonych godzinach karmienia przekazywano nas matkom, a potem od razu z powrotem wkładano do łóżeczek. Aby jak najszybciej stanąć na nogi, kuśtykające i obolałe matki musiały przechadzać się po korytarzach kliniki.
Gdy ojciec dowiedział się o moich narodzinach, wsiadł w pociąg powrotny i postanowił kupić mamie kwiaty. W tym kraju, zwłaszcza o tej porze roku, nie było to takie proste – jak podkreślał po latach. W szpitalu wyciągnięto mnie z łóżeczka, podniesiono i pokazano ojcu przez szybę. To byłam właśnie ja. Najmłodsze ogniwo nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, których łańcuchem miała się okazać moja rodzina.
Były momenty, gdy Klara leżała przede mną na przewijaku. Uśmiechała się do mnie, a czysta radość istnienia przepełniała ją od stóp po czubek głowy. Cała szczęśliwa wierzgała nóżkami i wymachiwała rączkami. Jej uśmiech, jej zaufanie do mnie… Pamiętam, jak delikatnie gładziłam jej stópki… Nie miała najmniejszych wątpliwości, że jestem dla niej w sam raz, taka, jaka jestem, że jestem jej mamą. I wtedy jej powiedziałam: „Cieszę się, że jesteś, Klaro, zawsze będę cię chronić”. Postanowiłam, że niezależnie od wszystkiego każdego dnia będę jej mówić, że ją kocham.
Ale czasem, gdy trzymałam ją na rękach, wyobrażałam sobie, jak upuszczam ją na ziemię. Wtedy zniknie, myślałam. Będzie po wszystkim.
_Skąd się to brało? Skąd pragnienie zniszczenia całego tego szczęścia?_
Układałam ją delikatnie na łóżku. Bezpiecznie. I kładłam się obok, aby na nią patrzeć.
_Wyobrażasz sobie, jak sama kiedyś leżałaś na jakimś przewijaku. A może raczej na jakimś łóżku. Albo na stole kuchennym. I jak uśmiechałaś się do matki, wyczekując jej uśmiechu._
_Ale nie byłaś Klarą. Między tobą a matką musiało być jakoś inaczej._
Gdy Klara miała pięć lat, a jej młodszy brat Kurt właśnie kończył trzy, odwiedzili nas rodzice. Mieliśmy świętować urodziny Kurta.
Żeby nie być sam na sam z rodzicami, zaprosiłam przyjaciół. Między innymi Victorię, którą znałam jeszcze ze szkoły i która sama właśnie została mamą. Pomyślałam, że gdy matka będzie mogła potrzymać na rękach niemowlę, będzie miała zajęcie. I faktycznie, dziecko Vicky wylądowało u matki – i wtedy się wygadała. _Ja_ miałam być podobno dzieckiem nieskomplikowanym. _Mnie_ można było już po kilku tygodniach po prostu położyć wieczorem do łóżeczka. I tam sobie zasypiałam. Całkowicie samodzielnie.
_Albo w zupełnej samotności._
Najważniejsze dla prawidłowego rytmu snu jest przestrzeganie czasu karmienia, podkreślała matka. Ja już podobno po czterech tygodniach miałam przesypiać całe noce.
Trajkotała dalej niezbyt składnie i kazała Vicky nalać sobie jeszcze kieliszek wina Crémant.
– No i doczekałam momentu… alkohol na stole… w tym domu – westchnęła matka. – Jak dobrze, że jesteś, Vicky.
Nie skomentowałam tego ani słowem. Wiedziałam, co za chwilę usłyszę.
Znałam dobrze opowieść o tym, że w Niemieckiej Republice Demokratycznej trzeba było regularnie chodzić na ważenie dzieci. Wtedy stwierdzono, że mam niedowagę. Mimo że w pierwszych tygodniach nie nabrałam odpowiedniej masy ciała, matka w dalszym ciągu stosowała się do reżimu karmienia. Postanowiła w prosty sposób obejść kontrolę i tuż przed następnym ważeniem zaaplikowała mi jakiś specyfik. Dzięki niemu kolejna wypadła zgodnie z normą.
– I jak widać, Stine to nie zaszkodziło.
W momencie, w którym dotarła do punktu kulminacyjnego, przez jej twarz przemknął uśmiech triumfu i zabrzmiało to tak, jakby w ten sposób stawiła opór władzy.4
Wspomnienie kraju, który wystawił dokument poświadczający moje przyjście na świat, jest zamglone. W 1986 roku Niemiecka Republika Demokratyczna była już w agonii, ale o tym nie mogłam mieć najmniejszego pojęcia, gdyż leżałam w swoim łóżeczku. W połowie lat osiemdziesiątych z całą pewnością nie było nikogo, kto by uwierzył, że wkrótce nie będzie już muru, że trzy lata później pokojowa rewolucja zmiecie dyktaturę i uwolni nas od inwigilacji ze strony służby bezpieczeństwa – owianej złą sławą Stasi. Miałam cztery lata, gdy w końcu mógł wybrzmieć zakazany wers powojennego enerdowskiego hymnu: „Niemcy jedną ojczyzną”.
Pamiętam, jak pewnego razu całe miasto było obwieszone flagami. Musiało to być w okolicach siódmego października, Dnia Republiki – święta upamiętniającego powstanie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Szłam przez miasto z matką za rękę. Mijałyśmy rynek i ratusz. Na budynku powiewały flagi, a na środku każdej z nich widniały młot i cyrkiel otoczone kłosianym wieńcem.
– Czy my mieszkamy w Niemczech? – spytałam matkę, a ona spojrzała na mnie z wyraźną naganą i natychmiast sprostowała:
– Nie. Mieszkamy w NRD.
Jakbym palnęła coś przerażająco głupiego, skrajnie przeinaczonego, coś, co podpada pod kategorię „zaraz-oberwiesz-za-te-herezje”. Dużo później, gdy była mowa o NRD, często wracałam myślami do tego ostatniego Dnia Republiki, kiedy zadałam niewłaściwe pytanie.
O momencie, w którym przyszłam na świat, mówi się dzisiaj: cezura historyczna. Rokrocznie jesienią na ekranach telewizorów pojawiają się obrazy szczęścia, które ogarnęło ludzi na wieść o upadku muru. Ludzi, którzy padają sobie w ramiona i nie mogą pojąć, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Studiuję ich twarze. Maluje się na nich poczucie ulgi, otwarcia się kompletnie nowej perspektywy: szansy na szczęście.
Za każdym razem myślę sobie: dopiero teraz wojna dobiega końca.
Nadszedł jakby moment ukojenia, nadziei, że wszystkie – skryte głęboko w niemieckich trzewiach i duszach – bolesne miejsca, które długo nie mogły się wygoić, teraz w końcu się zabliźnią. Wielokrotnie oglądałam te obrazy, przez co mam wrażenie, że znam tych wszystkich ludzi osobiście. Ich łzy, ich śmiech, ale też ich zwyczajne wyczerpanie. Można je wyczytać z ich twarzy, mimo że uczucie radości wydaje się wszystko przysłaniać. Zdania, które wypowiadają, mogę powtarzać razem z nimi.
Każdy dokładnie wie, gdzie był i co robił w dniu upadku muru, i pewnie nigdy tego nie zapomni.
A ja leżałam w łóżeczku i przespałam cały ten spektakl.
Matka siedziała sama przed telewizorem. A może była już w łóżku? Może też spała? Od ojca wiem, że następnego dnia jako ostatni opuścił plac budowy niedaleko Berlina, na którym dorabiał jako student. Razem z kolegami przeszli na drugą stronę muru, żeby zobaczyć, jak tam jest.
– Nikt nie wiedział, czy czasem znowu wszystkiego nie pozamykają, a ja byłem przecież w pracy – wyjaśniał później swoje wahania.
Tego, że wszystko dobrze się skończy, a granica rzeczywiście pozostanie otwarta, nie wiedział wówczas nawet ostatni w historii Niemieckiej Republiki Demokratycznej pierwszy sekretarz partii komunistycznej SED, Egon Krenz.
Zawsze w momencie, w którym pod zachodnioniemiecką ambasadą w Pradze z ust Hansa-Dietricha Genschera, ministra spraw zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec, wybrzmiewają słowa: „Przyszliśmy tu do państwa, aby poinformować, że jeszcze dzisiaj państwa wyjazd…”, na co reakcją jest wybuch entuzjazmu zgromadzonych, niepowstrzymanie stają mi łzy w oczach.
A gdy ktoś mnie pyta, kiedy coś ma się wydarzyć, kiedy dana rzecz dojdzie do skutku, przemyka mi przez myśl i ciśnie się na usta: „Według mojej wiedzy natychmiast. Niezwłocznie”.
W ogóle wszystkie te wydarzenia są mi tak bliskie, że nie mogę się od nich uwolnić. Wyszukuję zdjęcia z tamtych czasów i usiłuję zrozumieć, jak to było. Dlaczego mnie to tak porusza?
Znajduję na przykład zdjęcia miasta, w którym mieszkałam. To obraz szarzyzny, pogrążania się w ruinie i biedzie. Rzędy domów, w których na parterze znajdują się wprawdzie sklepy, ale już z okien wyższych pięter można spoglądać w niebo. Ruiny kościołów. Nieczynne spichlerze w porcie.
Przypominam sobie mieszkanie bez toalety, bez łazienki. Pamiętam, że razem z kuzynką Katją brzydziłyśmy się korzystać z toalety na korytarzu. Jak było w niej zimno. Do tego pełno wielkich, czarnych pająków. Pamiętam piec, o który się oparłam i oparzyłam sobie rękę, gdy jeździłam na hulajnodze. I jeszcze to, że nigdy, u żadnego z przyjaciół nie pomyślałam sobie: „O, jakie ładne mieszkanie!”.
Wszędzie identyczne meble, ten sam brąz. Komplet wypoczynkowy „Uzbekistan”. Banany, których nie lubiłam, bo jedliśmy je jeszcze zielone. Długo myślałam, że gdy pojawiają się na nich pierwsze brązowe plamki, są już niedobre.
Miasto, w którym dorastałam, leży nad Bałtykiem. Miasto o hanzeatyckiej przeszłości, którego ceglany gotyk został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dzisiaj już nie ma śladu po krajobrazie ruin, który towarzyszył mi, gdy uczyłam się chodzić.
Przez to, że odbudowa wschodniej części Niemiec została przeprowadzona z takim pietyzmem, trudno wręcz uwierzyć, że minęło dopiero trzydzieści czy czterdzieści lat. Obrazom entuzjazmu okresu przełomu rytualnie towarzyszy dyskusja o różnicach między obydwiema częściami kraju. Z takim samym zapałem, z jakim wschodnioniemieckie miasta przemalowano na pastelowo, poszukuje się wyjaśnień, dlaczego cały ten Wschód inaczej funkcjonuje, ma inne preferencje wyborcze, jest bardziej prawicowy i przemocowy.
Moje reminiscencje z czasów przełomu są tak fragmentaryczne, tak rozchybotane, że nie układają się w żaden realny obraz, żadne jednoznaczne odczucie. Poszukując odpowiedzi na swoje pytania, znajduję film _7/10/89_ – _Makulatura_ autorstwa Kerstin Süske.
Szóstego i siódmego października 1989 roku dziennikarka studia dokumentalnego DEFA razem z gronem przyjaciół ze szkoły filmowej zarejestrowała przygotowania do obchodów czterdziestolecia Niemieckiej Republiki Demokratycznej, bez oficjalnego pozwolenia – to znaczy bez konkretnych wytycznych – z Berlina. Przemieszczała się z kamerą po ulicach miasta. Nagrała pochód komunistycznej organizacji młodzieżowej, Wolnej Młodzieży Niemieckiej. Członkowie FDJ – w charakterystycznych ciemnoniebieskich koszulach – maszerują z pochodniami w dłoniach. Potem przeprowadziła rozmowy w Kościele Zbawiciela, krążące wokół pytania o możliwe zmiany w kraju. Następnie widzimy grupę przedszkolaków. Możemy zobaczyć przedszkolankę, która odbiera od swoich podopiecznych uroczyste ślubowanie z okazji pompatycznie obchodzonych urodzin ich ojczyzny. W ten sposób filmowi udało się utrwalić obraz ostatnich dzieci socjalizmu. Widzimy, jak stoją i deklamują to, czego wyuczono je w poprzedzających nagranie dniach i tygodniach.
Na pytanie wychowawczyni, kto taki ma dzisiaj urodziny, odpowiadają posłusznie chórem: „Republika!”. Natomiast gdy pada pytanie o to, kim jest ta republika, dzieci wyraźnie ociągają się z odpowiedzią. Zaczynają odrobinę bezradnie wykonywać różne obroty kijkami zwieńczonymi kwiatami z bibuły. Same je zrobiły i będą nimi wymachiwać w trakcie odświętnego pochodu. Całą scenę oświetla jesienne słońce.
– My wszyscy, jak tu stoimy. Wszystkie dzieci, wszyscy wychowawcy, pan woźny, nasze panie kucharki, wszyscy jesteśmy naszym krajem… – recytuje oklepaną formułę wychowawczyni, starając się ratować sytuację.
Kolejny raz powtarza dzieciom, że „ubrano je odświętnie i przygotowano”, bo ten _Naszkraj_ ma dzisiaj urodziny. Potem poleca najmłodszym z nich, aby weszły na niewielką scenę. Maluchy wspinają się dzielnie po schodach większych od nich. Niektóre tracą równowagę, a wszyscy przyglądają się, jak z wielkim zapałem starają się przed kamerą wywiązać ze swojego, tak poważnego, zadania. W końcu ustawiają się z przodu sceny, po czym wybrzmiewa piosenka:
_Hej! Leć, leć, samolocie!
I złap moje pozdrowienia w locie!
Leć, leć do Związku Radzieckiego!
Przekaż im „drużba” i „wszystkiego najlepszego”!_
W tym samym czasie ulicami stolicy – jako część hucznego pochodu – przetaczały się już kolumny świeżo wypolerowanych czołgów Narodowej Armii Ludowej.
Czy którekolwiek z tych dzieci poznało Związek Radziecki? Czy rozumieją, co miała na myśli przedszkolanka, gdy mówiła, że wszyscy są republiką? Czy wiedzą, że słowo „drużba” znaczy „przyjaźń” i że przygotowywano je, by za chwilę głośno i z pełną powagą głosiły ją przy każdej okazji w formie powitania?
W każdym razie słowa piosenki wywietrzeją im z głów już za kilka tygodni, a wraz z nimi ulotni się także ta dziwaczna republika.
_Mogłaś być jednym z tych dzieci. Melodię kojarzysz i są to raczej przyjemne skojarzenia._
_Trzymasz pod słońce powiewającą chorągiewkę. Lubisz śpiewać i wysyłasz pozdrowienia daleko, daleko, do kraju o dziwnej nazwie._
Pewnego razu zapytałam matkę ojca, babcię Ursel, o czasy nazistowskie. Opowiedziała mi, jak po wojnie, wchodząc do sklepu, powiedziała na powitanie „Heil Hitler!” – tak jej to weszło w krew. I jak została za to zwymyślana, choć nie miała absolutnie nic złego na myśli, o czym mnie solennie zapewniała.