Anegrtush - ebook
Wszechświat go odrzucił. Ciemność przygarnęła. Światło i mrok nadały imię… Anegrtush.
Minęło kilka miesięcy, odkąd Nick Fuvider zabił Kato Primeona i zasiadł na tronie Wetulusów – jednej z najpotężniejszych cywilizacji we wszechświecie. Wierzył, że z tej pozycji zdoła wesprzeć rebelię i przywrócić równowagę między galaktykami. Zamiast tego uwikłał się w sieć kłamstw, zdrad i politycznych intryg.
Gdy ojciec jego ukochanej – Fatili – przekonuje córkę, że Nick zdradził sprawę buntowników, wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart. Fuvider przeczuwa nadchodzącą katastrofę i próbuje chronić swoich najbliższych, lecz nie zachowuje dość ostrożności. Prawda o jego pochodzeniu wychodzi na jaw – a to oznacza upadek jego władzy.
Pojmany przez zdrajców i porzucony na śmierć po mrocznej stronie planety zamieszkanej przez pradawne bestie, Nick musi walczyć o przetrwanie. Jednak to, co miało być jego końcem, nieoczekiwanie może stać się początkiem nowej drogi...
To opowieść o zdradzie i lojalności, cenie władzy oraz odkupieniu.
„Anegrtush” jest kontynuacją losów bohaterów znanych z powieści „Nick Primeon”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-289-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PUNKT PRZEŁOMU
Łup, łup, łup…
Wszędzie dookoła rozlegało się potężne dudnienie. Jakby ogromne trzęsienie ziemi ruszyło z posad bryłę świata. Dziesiątki tysięcy wojskowych butów raz za razem, niczym grzmoty, uderzały o kamienną powierzchnię planety Kezdeveg. Pośród kroków co chwila dało się słyszeć odgłosy wystrzałów artylerii oraz okrętowych dział. Nick Veres jak zwykle podążał zaraz za główną falą uderzeniową, przyglądając się poczynaniom podległych mu oddziałów. Jego czarny wojskowy płaszcz powiewał majestatycznie na wietrze, podczas gdy on szedł pewnym krokiem z założonymi za plecami rękoma.
– Panie generale, szturm rozpoczęty – zaraportował zdyszanym głosem jego adiutant Rav-Ravey.
– Dziękuję, Rav, widzę – odparł nieco ironicznie Nick. – Wstrzymać ostrzał metropolii. Piechota zajmie się resztą. Mają przeszukać każdy dom i wykurzyć stąd ruch oporu – dodał, po czym gestem dłoni odesłał Rava z powrotem.
– Tak jest!
Gdy szeregi armii Uzurpatorów przesuwały się w głąb przeczesywanego miasta, Nick powolnym krokiem dotarł do jego granicy. Nad dziesiątkami domów kłębiły się tumany czarnego dymu. „Chłopcy robią swoje” – pomyślał, dumny z tego, że podlegająca mu armia działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Im dłużej przemierzał miasto, tym więcej dostrzegał martwych, często zwęglonych ciał leżących na ulicach. Nie był to widok miły, jednak taka jest cena wojny. Nie miał szacunku dla lokalnych buntowników, a przede wszystkim dla metod, jakie stosowali. Uznawał, że ukrywanie się pośród niewinnych jest poniżej godności wojownika. Traktował ich więc jak zwykłych tchórzy. Wiedział, że jeśli nie wyeliminują ich w ten sposób, to następnym razem wielu jego ludzi może zginąć w jakimś podstępnym zamachu bombowym.
Z zamyślenia wyrwał go jakiś pisk, który przerodził się w jęk. Rozejrzał się, ale początkowo nie dostrzegł źródła tego dźwięku. Gdy odgłos się powtórzył, zrozumiał, że dochodzi z jednego ze zrujnowanych domostw. Zbliżył się ku niemu. Najwyraźniej któraś z tych szumowin uszła z życiem.
– Tato, tato! – dobiegał cieniutki głosik.
Nick zbliżył się i wspiął nieco na stertę gruzu, która jeszcze niedawno była czyimś domem. Na jej szczycie dostrzegł małego chłopca, który klęczał między kilkoma głazami.
– Tatusiu, tato… – zabrzmiało jego zawodzenie.
Zbliżył się jeszcze trochę, ale na tyle, by nie spłoszyć malca.
– Gdzie jest twój tata? – spytał Nick, jednak chłopczyk nic nie odpowiedział.
– Tato, odezwij się! – wrzasnął błagająco.
Nick podszedł jeszcze bliżej. Nie wiedział, co zrobić. Wychowany po uzurpatorsku, wśród przyszłych bezwzględnych żołnierzy, nie przywykł w swoim życiu do widoku bezbronnych istot. Chłopiec zdawał się mieć pięć, może sześć lat. Jego delikatna, smukła buźka i blond włosy były ledwo dostrzegalne spod grubej warstwy sadzy.
– Gdzie jest twój tata? Pomogę ci go znaleźć – spróbował ponownie.
Tym razem chłopczyk uniósł wzrok tak, że Nick dostrzegł dokładnie jego zaczerwienione oczy i cieknące z nich gęsto łzy, które spływając po czarnej od brudu twarzy, odkrywały kryjącą się pod nim bladą skórę i tworzyły dwie białe smugi, zaczynające się od powiek i ciągnące aż do brody. Malec stał nieruchomo, przyglądając się mu z przerażeniem. Gdy Nick podszedł na tyle blisko, że dzieliła ich długość ręki, już nie musiał pytać, gdzie jest jego tata. Ten widok go przeraził. Spod sterty gruzu, na której stali, wystawały dwie nienaturalnie powykrzywiane ludzkie kończyny. Na długie sekundy zamarł w bezruchu. Coś dziwnego ścisnęło mu serce i gardło. Coś, czego nigdy wcześniej nie poczuł. Gdy odzyskał mowę, wyciągnął dłoń do tej drobnej, niewinnej istoty i wyszeptał:
– A twoja mama? Chodź ze mną, pomogę ci ją znaleźć.
Chłopiec wahał się dłuższą chwilę, jednak dźwięk słowa „mama” zdawał się w nim rozpalić malutką iskierkę nadziei na to, że świat się jeszcze nie skończył. Powolnym ruchem podał Nickowi swoją dygoczącą dłoń i spytał niepewnie:
– A co z tatą?
Dowódca czuł, jak ponownie coś ściska mu gardło, a oczy płoną tak jak wtedy, gdy w dzieciństwie ojciec karcił go za złe zachowanie. Tym razem to nie był jednak ból fizyczny. Ta rana sączyła się gdzieś głęboko w jego wnętrzu. Z trudem powstrzymując łzy, odparł, wskazawszy palcem w niebo:
– Twój tata gdzieś tam na ciebie czeka. Tylko że jest bardzo daleko. Obiecuję, że jeszcze się kiedyś spotkacie, ale teraz musisz być dzielny i pomóc mi znaleźć twoją mamusię.
– Ale obiecał, że dzisiaj wieczorem mi poczyta. – Zachlipał gorzko.
Nick czuł potężną gulę w gardle i ciężar odpowiedzialności, który opadał z coraz większą siłą na jego serce i sumienie. To jego armia była odpowiedzialna za to cierpienie. On sam. A teraz trzymał tego chłopca za dłoń, czując się jak największy hipokryta w galaktyce. Gardził buntownikami, a jednak dopiero teraz tak namacalnie doświadczył tego, że za każdym razem zabijając jednego z nich, może zabijać czyjegoś męża, ojca…
– Dzisiaj nie da rady tego zrobić, ale z pewnością tam, gdzie jest, już czeka na ciebie z książką w dłoni. A dzisiaj poczyta ci mama.
Malec jeszcze przez chwilę się wahał, jednak zgodził się pójść za Nickiem, który pomógł mu zejść ze sterty kamieni, jeszcze do niedawna będącej jego domem. U podnóży dostrzegł wśród zgliszcz niewielkiego, pobrudzonego i nieco podartego pluszaka. Pochylił się, żeby go podnieść, i podał swojemu małemu towarzyszowi, który na widok zabawki nieco się rozpogodził.
– Jak masz na imię? – spytał niepewnie Nick.
– Asani – wymamrotał chłopczyk, co chwila odwracając głowę w stronę, gdzie leżało ciało jego ojca.
– Piękne imię. Asani, czy wiesz, gdzie może być twoja mama?
– Tam – odparł, nie zastanawiając się nad odpowiedzią i wskazując palcem centrum miasta, gdzie kierowały się oddziały Uzurpatorów. – Poszła na targ po składnik na dzisiejszą urodzinową kolację tatusia.
Po tej odpowiedzi, przez dłuższy czas szli w ciszy. Stopniowo zbliżali się w stronę centrum, a Nick spoglądał kątem oka na Asaniego, sprawdzając, czy nie zauważył gdzieś swojej mamy. Widział, jak zasmuca go widok kolejnych zburzonych domów, jednak nie miał pomysłu, jak odwrócić jego uwagę. Co jakiś czas ktoś wychylał się z okna, jakby sprawdzając, czy już po wszystkim. Mijali nieliczne osoby, które z grobowym wyrazem twarzy wracały sprawdzić, czy ich dom jeszcze stoi. Pośród nich pojawiały się również pierwsze oddziały żołnierzy, którzy najwyraźniej wracali już stopniowo w stronę okrętów. Ich radosne wyrazy twarzy, a czasem nawet salwy śmiechu z opowiadanych nawzajem żartów, wydały się Nickowi wyjątkowo niestosowne. Czuł za nich wstyd do tego stopnia, że starał się nie podnosić wzroku, tak żeby go nie rozpoznali.
Nagle poczuł, jak rączka chłopca zaciska się mocniej na jego palcach. Spojrzał przed siebie i dostrzegł zarys kobiecej postaci.
– Czy to…? – zaczął pytać, ale nie skończył, bo Asani puścił jego dłoń i ruszył biegiem przed siebie.
– Mamo!
– Patrz, jak popierdala! – rozległ się gdzieś z daleka zza jego pleców ryk, a potem głośny śmiech.
Po chwili rozległ się świst przecinający powietrze tuż obok niego. Rozejrzał się, po czym znowu spojrzał na chłopca, ale teraz już nie biegł. Leżał w bezruchu, a kobieta będąca jego matką, pędziła co tchu w jego kierunku. Krew odpłynęła Nickowi z twarzy, a żołądek wywrócił się na drugą stronę. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę Asaniego, nie mogąc zrozumieć – jeszcze przed chwilą trzymał go za rękę. Powoli szum w jego uszach opadł i znowu zaczęły docierać do niego dźwięki. Usłyszał przeraźliwy ryk matki chłopca, która upadła na kolana obok syna i go przytuliła, jednak było już za późno. Po chwili dotarł do niego kolejny odgłos: ohydny rechot za jego plecami.
– Generale, melduję, że zakończyliśmy operację – pojawił się w słuchawce głos adiutanta. – Nie znaleźliśmy w mieście komórek buntowników.
Przeszył go zimny dreszcz.
– Co ty powiedziałeś?! – wrzasnął wściekle.
– W mieście nie ma ruchu oporu, możemy wracać do domu – odparł Rav-Ravey.
– Do domu? A co z ich domami? Kto strzelał?! Do kogo?! – wrzeszczał, nie dając czasu na odpowiedź. I już jej nie otrzymał. Zanim nadeszła, usłyszał wystrzał. Uniósł głowę, a widok zmroził mu krew w żyłach.
Matka Asaniego leżała martwa w kałuży krwi, z dziurą w głowie, wciąż ściskając syna w ramionach.
– W dychę i to dosłownie – piał z zachwytu jeden z bydlaków stojących gdzieś za nim. – Ale się śmiesznie wyjebała.
Teraz krew Nicka nie była już zimna ani nawet letnia. Buzowała, doprowadzona do temperatury wrzenia. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wyjął blaster z kabury i obrócił w stronę potworów, którymi przecież dowodził. Zbliżył się, żeby lepiej przyjrzeć się ich twarzom. Dostrzegł radosne uśmiechy. Gardził nimi, przestali być dla niego ludźmi.
– Pan generał, miło pana widzieć – rzucił wesoło jeden z nich, kiedy rozpoznał Nicka.
Ten jednak nie odpowiedział, tylko uniósł broń i wystrzelił wiązkę, która przeleciała dokładnie między jego oczami.
– Co pan wyprawia?! – wrzasnął jego towarzysz, jednak w odpowiedzi dostał tylko trafienie w szyję i następne, które przeszyło wnętrzności, rozpruwając je i obryzgując krwią stojących w pobliżu.
Zanim pozostali zdążyli zareagować, po kolei przewracali się jak kostki domina i zastygali jeden na drugim, tworząc krwawy stos. Nicka ogarnęła dzika furia. Biegł przez miasto i bez słowa zabijał każdego ze swoich podwładnych.
– Generale, co się tam dzieje? – usłyszał w słuchawce głos, jednak wyjął ją i rozdeptał.
Chciał stąd uciec, wydostać się. W głowie wirowało mu tak, że bał się, że gdy tylko się zatrzyma, wypluje z siebie wnętrzności. Mimo to raz za razem naciskał na spust, zabijając kolejnych morderców w mundurach. Wciąż miał przed oczami ten przerażający widok.
Wreszcie dobiegł zdyszany na skraj miasta i dostrzegł swój okręt. Wbiegł na pokład Celerensisa i pospiesznie odleciał z Kezdeveg. W pokładowym komputerze jako cel podróży ustawił najdalszą planetę, jaka przyszła mu do głowy. Włączył autopilota, po czym położył się i zwinął na podłodze kokpitu, ściskając za klatkę piersiową. Serce nadal mu łomotało. Wymiotował raz za razem, a przeraźliwy ból paraliżował jego ciało, chociaż nie był to wcale ból fizyczny. Jedyne, czego teraz chciał, to się upić. Upić i zapomnieć.I
Fatila Sentil nerwowo przemierzała gabinet swojego ojca, chodząc z kąta w kąt.
– Uspokój się, córko – odezwał się spokojnym głosem Rangor, który siedział przy swoim biurku. – Przybędą lada moment – dodał, spoglądając z niepokojem na Fatilę.
– Skąd wiemy, że możemy im ufać? – Wbiła wzrok w ojca.
– Jak sama się przekonałaś, nie możemy ufać nikomu. Jednak w obliczu tego, że nasza galaktyka okazała się zaledwie jedną z wielu, nie możemy zostać obojętni wobec toczącego się we wszechświecie konfliktu.
Fatila niechętnie skinęła głową. Po chwili drzwi do gabinetu otworzyły się i weszły przez nie trzy osoby: dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Mieli szlachetne rysy twarzy, a ich stroje, mimo że były dość poniszczone, zdradzały, iż piastowali wysokie stanowiska. Pierwsza odezwała się kobieta, która zdawała się najstarsza z całej trójki:
– Królu Rangorze, księżniczko Fatilo, miło was poznać. Nazywam się Zelia, jestem przywódcą Rady Koalicji Rebeliantów, a to Damor i Lazadian, jej przedstawiciele.
Gospodarz wstał i przywitał się z całą trójką; następnie to samo uczyniła Fatila.
– Witajcie na Laternie – odezwał się król Rangor, a potem wskazał im miejsca, na których zasiedli. – Wasz wysłannik oznajmił mi, że zależy wam na spotkaniu ze mną. Nie jestem pewien, w jaki sposób moglibyśmy pomóc – odpowiedział z kurtuazją Rangor.
– Jak pewnie już wiecie, wszechświat sięga daleko poza granice waszej galaktyki. Od tysięcy lat tyrania Wetulusów odbiera wszelkim istnieniom wolność, pozbawiając je możliwości decydowania o własnym losie. Nim zrozumieli, że mogą osiągnąć więcej, działając z ukrycia, otwarcie terroryzowali pierwsze rozwijające się galaktyki. Właśnie tam zrodziła się idea buntu, a następnie Koalicja. Od wielu lat toczą się tam walki, jednak skazani na porażkę z o wiele potężniejszym wrogiem, staramy się szerzyć nasze idee do innych światów. Wasza galaktyka oraz odpieranie sił Uzurpatorów i Unii, sterowanych przez Wetulusów, to przykład tego, że walka z uciskiem ma sens. Poza tym według naszych informacji nowy cesarz Wetulusów Nick Primeon – ciągnęła powoli Zelia, uważnie obserwując reakcję rozmówców, podczas gdy Fatila wzdrygnęła się, słysząc imię Nicka – wychował się w waszej galaktyce. Wiem, że go poznaliście, dlatego wasza wiedza i wsparcie będą nieocenione.
Rangor pogładził się po brodzie i milczał dłuższą chwilę, zbierając myśli.
– Nie jestem pewien, czy faktycznie okażemy się użyteczni, ale oczywiście z chęcią dołączymy do waszej inicjatywy. – Mówił powoli, ważąc każde słowo.
– Rządy cesarza Nicka Primeona są jeszcze krwawsze niż jego ojca. Musimy działać, póki mamy jeszcze czas – oznajmiła stanowczo Zelia. – Z każdym dniem giną tysiące istnień podejrzanych o związek z naszą rebelią. Nie tylko żołnierzy ale i zwykłych cywili.
Po tych słowach w oczach Fatili pojawiły się łzy. Spuściła wzrok, żeby to zamaskować.
– Musimy spróbować przeprowadzić zamach na cesarza. Tylko to może stworzyć szansę, by wstrzymać ten terror, i dać nam czas na przegrupowanie.
Fatila otarła łzy i podniosła wzrok.
– Jeśli jest tak, jak mówicie, dołożymy wszelkich starań, by wam w tym pomóc – odparła łamiącym się głosem Fatila.
– Doskonale, wsparcie Sojuszu wiele dla nas znaczy. Wkrótce przybędzie tu nasz przedstawiciel, który będzie waszym bezpośrednim łącznikiem z Radą.
Zelia uśmiechnęła się wymownie, po czym cała trójka reprezentująca Koalicję wstała i wyszła z gabinetu Rangora. Przez dłuższą chwilę panowało milczenie, które przerwał wreszcie głos Fatili:
– Muszę się z nim spotkać – wyszeptała stanowczo.
Rangor wstał i spojrzał na nią gniewnie.
– Nie ma mowy! – krzyknął władca Laterny. – Sama słyszysz, jakim jest potworem. Nie pozwolę ci na to. Niezależnie od tego, co do niego czujesz, to zbyt niebezpieczne.
– Nie dbam o to. Czuję, że musi być jakiś powód, dlaczego to robi. Wiem to. Powiedział mi… powiedział, że będą mówić o nim straszne rzeczy, ale w środku zostanie taki sam…
– Ale, Fatila… – próbował wejść jej w słowo Rangor.
– Nieważne, muszę z nim porozmawiać! – wysyczała roztrzęsiona i wyszła.
*
Zelia, Damor i Lazadian szli tymczasem w kierunku statku, którym przylecieli na Laternę. Ciszę towarzyszącą im od wyjścia z gabinetu Króla Rangora, przerwał najmłodszy z nich – Lazadian, który jako jedyny nie miał jeszcze głowy pokrytej siwizną.
– Zelio, czy aby nie przesadziłaś? – zaczął, a starsza kobieta wpierw rzuciła mu zdumione spojrzenie, po czym kąciki jej ust wychyliły się w niewielkim uśmiechu.
– O co chodzi, Lazadianie? – Udała, że nie ma pojęcia, co jej towarzysz ma na myśli.
– Przecież armia cesarza nigdy nie dopuściła się mordowania cywili – wyszeptał stanowczo, tak jakby bał się, że ktoś go usłyszy.
– O, drogi Lazadianie! Czy wojna nie nauczyła cię jeszcze, że w walce o wyższe dobro są rzeczy ważniejsze niż prawda? – odparła ze stoickim spokojem Zelia, niczym nauczycielka do błądzącego ucznia.
– Czy przypadkiem przez takie metody nie stajemy się jak ci, których próbujemy zwalczać? – naciskał Lazadian, a uśmiech znikł z twarzy Zelii.
W jej oczach zapłonęły teraz płomienie.
– Na wojnie nie ma miejsca na sentymenty. Gdybyśmy sobie na nie pozwalali, to już dawno byśmy przegrali – wysyczała złowieszczo i dodała spokojniejszym tonem: – Poza tym to właściwie w Koalicji nie ma żołnierzy, więc w zasadzie wszyscy jesteśmy jak cywile, czyż nie?
– Cóż za relatywizm moralny – odparł gorzko Lazadian pełnym rezygnacji głosem.
– Żeby wygrać tę walkę, wszyscy musimy czasem chodzić na pewne ustępstwa – wtrącił się flegmatycznym głosem Damor, klepiąc go po ramieniu.
– Oby nie na zbyt wielkie – rzucił Lazadian tak cicho, jakby mówił sam do siebie, a cała trójka wsiadła na statek i odleciała z Laterny.Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:
CZY LOS WSZECHŚWIATA MOŻE ZALEŻEĆ OD WYJĘTEGO SPOD PRAWA NAJEMNIKA?
Nick Primeon jest młodym, bezdomnym wyrzutkiem, zbiegiem z armii kosmicznych Uzurpatorów. Jego życiowe credo jest proste – jako najemnik walczy po tej stronie konfliktu, po której może akurat więcej zarobić. Przerwy w pracy spędza w podejrzanej spelunie, pijąc i czekając na kolejne zlecenie, dzięki któremu zdoła uregulować rachunek. Któregoś dnia właściciel baru traci cierpliwość i wydaje się, że Nicka nic już nie uratuje, ale właśnie wtedy w drzwiach pojawia się tajemnicza postać z równie tajemniczą misją. Oto początek bardzo długiej podróży, podczas której Nick odkryje nie tylko sekrety skrywane przez kosmos, ale i te ukryte w jego przeszłości…
Międzygalaktyczne podróże, wysoko rozwinięte technologie, władza i miłość – wszystko to tworzy mieszankę, z której naprawdę ciężko się otrząsnąć.