-
nowość
Ani kroku do tyłu - ebook
Ani kroku do tyłu - ebook
W batalionach karnych Armii Czerwonej człowiek miał tylko dwa wyjścia: zginąć albo zostać rannym.
22 lipca 1942 roku Józef Stalin wydał rozkaz nr 227, znany pod hasłem „Ani kroku w tył”. Dokument ten zakazywał odwrotu z pola bitwy pod groźbą rozstrzelania. W takich realiach walczyli żołnierze batalionów karnych – jednej z najbardziej tragicznych formacji w armii radzieckiej.
Oddziały te tworzyli zarówno niesłusznie skazani żołnierze, jak i pospolici przestępcy. Za nimi podążały oddziały zaporowe, których zadaniem było powstrzymywanie odwrotu – nawet za cenę natychmiastowej egzekucji tych, którzy próbowali opuścić linię frontu.
Artiom Drabkin zebrał relacje ludzi skazanych na służbę w batalionach karnych Armii Czerwonej. Świadectwa jego rozmówców odsłaniają brutalną rzeczywistość tej służby. Dla wielu jedyną drogą „odkupienia win” była śmierć albo odniesienie ran na polu walki – przelanie krwi za ojczyznę.
Te poruszające i niezwykle realistyczne relacje żołnierzy rzucanych na pierwszą linię frontu odsłaniają bezwzględność i determinację radzieckiej machiny wojennej. Skazanym pozostawała jedynie desperacka walka o przetrwanie i świadomość, że dopóki nie zostaną ranni, nie mogą liczyć na żadne wybawienie.
| Kategoria: | Wywiad |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-11-18874-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W jeden z szarych jesiennych dni wezwał mnie do siebie do ziemianki dowódca kompanii:
– Briuchow, pilnie do dowódcy batalionu – powiedział do mnie.
– Po co?
– Od dowódcy batalionu się dowiesz. – Niechętnie odpowiedział kapitan i pochylił się nad mapnikiem, dając do zrozumienia, że rozmowa została zakończona.
Po krótkim spacerze w lesie odnalazłem dowódcę batalionu, siedzącego pod zadaszeniem zrobionym z czołgowego brezentu:
– Towarzyszu kapitanie – zameldowałem się. – Na wasz rozkaz przybył lejtnant Briuchow.
– A! Świetnie. U zastępcy szefa zaopatrzenia dostaniesz pakiet żelaznych racji na dobę. Za pół godziny do sztabu tyłów frontu jedzie „Studebaker”. Zabierzesz się na niego, odnajdziesz prokuraturę i trybunał wojskowy. Zamelduj się tam po przybyciu. – Dowódca zamilkł.
No pięknie! Od samego „trybunał wojskowy” przebiegły mi ciarki po skórze. W głowie od razu rój myśli: „Dlaczego? Co ja zrobiłem? Może coś powiedziałem? Chyba nie_…_”. Niepokój miałem wypisany na twarzy.
– Co się martwisz? – cicho zapytał dowódca. – Nie martw się. Miałem wybrać młodego, już ostrzelanego, fizycznie silnego, mocnego oficera. Więc wybrałem ciebie. A dlaczego im jest potrzebny taki – nie powiem. Dowiesz się w trybunale.
Napięcie nieco zmalało, jednak brak odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego?” nadal gnębił. Rozkaz to rozkaz – szybko pobrałem racje. Zarzuciłem sidor na plecy i z ciężkim sercem wsiadłem do kabiny „Studebakera”. Cały czas nie opuszczała mnie niepokojąca myśl, że to wszystko nie jest ot tak sobie. Raz za razem w głowie przebierałem wydarzenia ostatnich dni. Niby nie zrobiłem nic takiego. Po przejechaniu około 20 kilometrów po rozbitej drodze samochód zatrzymał się w małej wiosce. Kierowca wskazał dom, w którym znajdował się trybunał. Tam już mnie oczekiwano. Nawet nie zdążyłem zameldować o przybyciu, kiedy znajdujący się w pokoju podpułkownik przerwał:
– Lejtnant Briuchow?
– Tak jest!
– My już na ciebie czekamy. Masz eskortować trzech sierżantów-czołgistów, skazanych trybunałem wojskowym na sześć miesięcy w kompanii karnej, do miejsca ich nowej służby. Transportu u nas nie ma, więc poprowadzisz ich pieszo. Kompania znajduje się około stu dwudziestu kilometrów od nas. Myślę, że za trzy dni dojdziesz.
– Jak ja, sam jeden, będę eskortować trzech? – zapytałem z rozpaczą w głosie.
– Właśnie tak, będziesz! – twardo odparł podpułkownik. – Dostaniesz prowiant dla czterech osób na trzy dni. Oto mapa. Sztab kompanii znajduje się tutaj – szturchnął palcem. – Znajdziesz dowódcę, zdasz mu więźniów. Otrzymasz potwierdzenie, które mi przywieziesz. Uważaj, zadanie jest odpowiedzialne. Uciekną – będziesz musiał jeszcze raz przebyć tę drogę, ale już w innym charakterze. Dalej. Działaj – zakończył.
Wziąłem mapę, poszedłem do magazynu pobrać prowiant. W myślach skalkulowałem, jak najlepiej wykonać zadanie. Postanowiłem, że najtrudniejszą sprawą jest pilnowanie skazanych w nocy, ale dwie noce można nie spać. Z tymi myślami udałem się do izby odbioru, by zapoznać się z moimi „towarzyszami”. Wartownik doprowadził skazanych. Rzuciło mi się w oczy, że wszyscy są starsi ode mnie. Z dokumentów znałem już ich dane i wiedziałem, za co zostali skazani. Postanowiłem, że lepiej będzie nawiązać z nimi kontakt jak z człowiekiem, niż stroić z siebie naczelnika. Na początku okazało się, że oni wszyscy są jeszcze z przedwojennego poboru. Dwoje mieszkało na wsi, ale w pracy byli związani z mechanizmami – jeden był szoferem, drugi traktorzystą. Trzeci został powołany w mieście rejonowym, gdzie pracował jako młotowy w kuźni. To on zachowywał się najmniej skrępowanie, oprócz tego wspólnota przedwojennej pracy szybko nas zbliżyła. Na pytanie, za co został skazany, odpowiedział:
– Rozgorączkowałem się podczas kłótni z takim samym młodziutkim jak wy lejtnantem. Uderzyłem go. Złamałem mu nos. Skrępowano mnie. Dali mi dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
„Traktorzysta” walczył jako mechanik-kierowca od 1941 roku. Gdy jego oddział znajdował się w strefie oczekiwania, do czołgu podeszła młoda kobieta, poprosiła o olej napędowy. On nalał jej wiadro i zaproponował zaniesienie do domu. Został u niej, zasnął. Obudziwszy się w nocy, pobiegł do miejsca stacjonowania jednostki, ale czołgi zniknęły. Ponieważ nikomu nie powiedział, dokąd idzie, nie znaleziono go i za dźwigniami usiadł mechanik-kierowca z rezerwy. Oskarżono go o dezercję i skazano na dziesięć lat z zamianą na sześć miesięcy kompanii karnej.
„Szofer” dowoził prowiant i zabrał bochenek chleba oraz parę puszek tuszonki. Poczęstowawszy jednego żołnierza, najprawdopodobniej wygadał się o tym i ten go wydał. Oskarżono go o kradzież państwowego mienia. Skazano go na pięć lat z zamianą na trzy miesiące kompanii karnej.
Te nieskomplikowane historie spowodowały, że kamień spadł mi z serca – skazani nie byli zatwardziałymi przestępcami i wpadli przez swoją głupotę. Powiedziałem im, dokąd ich prowadzę, pokazałem trasę i określiłem godzinę wyruszenia. Ostrzegłem, że uciec nie będzie trudno, ale nie ma sensu, bowiem i tak zostaną złapani i rozstrzelani jako dezerterzy, o czym zostaną poinformowane ich rodziny. „Tym występkiem zgubicie nie tylko siebie, ale i wszystkich krewnych. W kompanii karnej może się poszczęścić – albo zranią, albo, być może, zgłoszą do anulowania wyroku”. Ku mojemu zdziwieniu słuchali mnie uważnie, biorąc moje słowa za pewnik. Przerwałem swoje morały, zdając sobie sprawę, że im i tak jest niedobrze.
Pożegnawszy się z dowódcą warty, ustawiłem skazanych i na ich czele wyszedłem pod siąpiący jesienny deszcz, mieszać butami błoto frontowych dróg. Iść było ciężko. Drogę tworzyły dwie głębokie koleiny wypełnione wodą. Poboczy jako takich nie było. Po godzinie marszu zarządziłem przerwę. Patrząc na mapę, zrozumiałem, że przeszliśmy trzy, może cztery kilometry. W takim tempie czterech dni może nie wystarczyć, aby dojść do miejsca przeznaczenia. Czy mogę zaufać tym trzem ludziom? Choćby tylko jeden ucieknie! Będę za to odpowiadać. Szukałem wyjścia, ale na razie nie znalazłem.
Wstaliśmy i pomaszerowaliśmy dalej. Obok przejechało kilka ciężarówek – skrzynie załadowane po brzegi, w kabinie tylko jedno–dwa miejsca. Wsiąść do takiego samochodu w czwórkę było niemożliwe.
Powoli wleczemy się po błocie. Nogi się rozjeżdżają, na buty nakładają się grudy błota, przekształcając wilgotne buty w okowy nie do ruszenia.
Późnym wieczorem docieramy do małej wioski. Pukaliśmy do jednego domku. Wpuszczono nas. Zrzuciliśmy buty, powiesiliśmy przy piecu onuce celem wysuszenia. Gospodarze o nic nie pytali. Podobno w ciągu dwóch lat wojny przez ich dom przewinęło się wielu żołnierzy obu armii, więc było im zupełnie wszystko jedno, kim jesteśmy i dokąd idziemy. Zmęczyliśmy się tak bardzo, że bez kolacji ułożyliśmy się na podłodze i moi aresztanci natychmiast usnęli. Strzegłem ich czujnie przez całą noc, nie zmrużywszy oczu. Rano, kiedy „młotowy” obudził się i zobaczył, że nie śpię, zapytał:
– A ty co, lejtnancie, nie spałeś?
Nic nie powiedziałem. Najwyraźniej zdając sobie z tego sprawę, mruknął:
– No i głupiś. Dokąd moglibyśmy uciec?
Nie chciałem o tym mówić i nachyliłem się do swojego sidora, wyjmując prowiant na śniadanie. Gospodyni ugotowała garnek małych ziemniaków i po mocnym śniadaniu kontynuowaliśmy marsz. Cały dzień starałem się utrzymać tempo czterech kilometrów na godzinę, robiąc co pięćdziesiąt minut dziesięciominutowy postój. Zegarka na rękę wtedy nie miałem i korzystałem z wyjętego z czołgu zegara. Bezsenna noc dawała o sobie znać – podczas postojów zasypiałem. Jak byśmy się nie starali, przemaszerowaliśmy tylko 25 kilometrów. Nocowaliśmy w wiosce. Aresztanci, jak stali, od razu zaczęli chrapać, a ja znów siedziałem, pilnując ich. Oczy mi się kleiły, głowa opadała na piersi, ale natychmiast się budziłem, sprawdzałem, czy moi podopieczni są na miejscu, i wszystko powtarzało się od nowa. Rano „młotowy” powiedział:
– Lejtnant, czego nie śpisz drugą noc pod rząd? Dokąd pójdziemy? Sam mówiłeś – złapany i rozstrzelany. I starczy ugniatać błoto. Robimy tak: zatrzymujemy ciężarówkę, dowiadujemy się, dokąd jedzie i gdzie skręca z naszej trasy. Ci, którzy pojadą, schodzą na tym zakręcie i czekają na resztę. No jak, lejtnant? Pasuje?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć – zdałem sobie sprawę, że jeszcze jednej bezsennej nocy nie wytrzymam. I tak na trzeci dzień autostopem zrobiliśmy 50 kilometrów. Nikt nie uciekł. Poweselałem i uspokoiłem się. W nocy spałem już razem ze wszystkimi. Pod koniec czwartego dnia podróży dotarliśmy do miejsca pobytu kompanii karnej. Kompania została wycofana z linii frontu, aby uzupełnić wymienny skład.
Rozmieściła się w porządnych budynkach, używanych przez Niemców jako magazyny.
Pozostawiwszy swoich podopiecznych w punkcie zbiorczym, wszedłem do izby, w której mieścił się sztab kompanii. Przy stole siedział kapitan. Zameldowałem, że przywiozłem trzech skazanych. Oderwawszy głowę od papierów, dowódca wysłuchał mnie, a potem wstał, wyszedł zza stołu i wyciągnął rękę. Wskazał na krzesło. Usiadłem, a on usiadł na krawędzi stołu, powiedział:
– Dobra. Poznajmy się.
W skrócie przedstawiłem swoją bojową biografię. Zrobiła na dowódcy batalionu dobre wrażenie, spojrzał na mnie uważnie:
– A ja myślałem, że jesteś jeszcze smarkaczem. Bardzo młodo wyglądasz.
Zmieszałem się i umilkłem. Dowódca wezwał zastępcę-kwatermistrza i rozkazał przyjąć trzech skazanych w skład kompanii. Odetchnąłem, skończyły się moje męki. Zadanie zostało wykonane i za kilka dni będę już w rodzimym batalionie. Jeszcze trochę pogadaliśmy z kapitanem, gdy nagle wchodzi kwatermistrz:
– Towarzyszu dowódco, skazanych przyjąć nie mogę.
– Dlaczego?! – zapytał kapitan niezadowolonym tonem.
– Oni nie mają zimowego umundurowania, a my dostaliśmy tylko dla obecnego składu. Oni gdzieś się wałęsali, a armia przeszła na zimowe umundurowanie.
– Co robić? – współczująco zapytał kapitan.
– To bardzo proste – niech lejtnant zabiera swoich chłopców z powrotem. Tam otrzymają zimowe mundury i znów przywiezie ich do nas, a my ich przyjmiemy.
Niemal spadłem z krzesła od tych słów. Wyobraziłem sobie drogę tam i z powrotem i zrobiło mi się niedobrze. Widząc mój stan kapitan, podał szklankę wody:
– Uspokój się.
I zwracając się do kwatermistrza:
– Może jednak przyjmiemy? Szkoda dzieciaka. Spójrz na niego, na nim twarzy nie ma.
– Nie możemy, towarzyszu dowódco – obstawał przy swoim kwatermistrz.
– Dobra, teraz już za późno. Niech skazani spędzą noc w naszym zbiorczym punkcie, a lejtnanta wezmę do siebie na kwaterę. Rano zdecydujemy, co robić.
Kwatermistrz wyszedł. Kapitan zwrócił się do mnie:
– Spokojnie, lejtnancie, coś wymyślimy. Chodź teraz na kolację.
Wchodząc do znajdującej się w pobliżu ziemianki, nakazał dowódcy kompanii:
– Pietrewicz, nakryjmy kolację dla dwojga.
Starszy żołnierz szybko nakrył stół. Muszę powiedzieć, że dowództwo kompanii żyło niebiednie. Na stole było dużo przekąsek, pojawiły się też dwie butelki wódki.
– Ty pewnie i wódki pić nie umiesz. – Kapitan się uśmiechnął.
– Umiem, umiem, nie martwcie się, towarzyszu kapitanie – nadrabiałem miną.
– No, to dawaj! – Zmierzywszy mnie spojrzeniem, nalał trochę więcej niż pół szklanki dla mnie i pełną sobie.
– Dawaj, za twoją beznadziejną sprawę.
Aby zadowolić kapitana, jednym duchem opróżniłem szklankę, rzuciłem się na przekąskę. Kapitan wypił, powoli postawił szklankę. Spojrzał na mnie:
– Dobra robota, chłopcze. Widzę, że umiesz. No, a teraz dobrze zakąś.
Piłem niechętnie i najczęściej oddawałem swoje sto gramów załodze. Z braku przyzwyczajenia szybko się wstawiłem, rozluźniłem, zrelaksowałem. Nerwy czterodniowego marszu odpuściły. Po zakąszeniu kapitan nalał jeszcze szklankę.
– No, dawaj! Twoje zdrowie! – i nie czekając na mnie, wypił.
Co było dalej, pamiętam mgliście. Rano obudziłem się w ziemiance dowódcy kompanii.
– Cóż, bohaterze! Kiedy ty tu spałeś, przyjąłem twoich łotrzyków. Zaraz wypełnię pokwitowanie i jedź do domu.
Mojej radości nie było końca.
– A teraz zjedzmy śniadanie, czeka cię długa droga.
Stół był już nakryty. Kapitan nalał sobie pół szklanki wódki. Ja odmówiłem. Po wypiciu wzięło go na szczerość:
– Powiem ci, że wcale mi nie pasowało brać twoich żołnierzy. Jak tylko skompletuję kompanię, od razu mnie wyślą do walki na front.
Nie chciałem rozwijać tego tematu, tylko zapytałem, jak się służy w kompanii karnej.
– Cała kadra jest zawodowa. Sztabowa kategoria wszystkich oficerów o jeden stopień wyżej niż w zwykłych wojskach, potrójny żołd, rok wysługi liczy się za trzy, a nie dwa jak u nas. Oficerowie dostają normę kadry latającej. Co najważniejsze, oficerowie nie mają w ciężkiej sytuacji obowiązku osobistego prowadzenia żołnierzy do walki.
Po zakończeniu śniadania poprosiłem kapitana o zgodę na pożegnanie się ze „swoimi” sztrafnikami¹. Wezwał ich. Pożyczyłem im przetrwania, podziękowałem za pomoc w drodze.
Do prokuratury frontu dotarłem po dwóch dniach. Otrzymałem pochwałę za wykonanie zadania i wróciłem do swojej jednostki.
Po kilku dniach nadszedł rozkaz, by przesuwać się naprzód w kierunku linii frontu. W kompanii był dowódca czołgu Nejman, sprytny przedstawiciel żydowskiego ludu. Pamiętam, że po drodze do Kalinina bardzo ładnie śpiewał, a jak zostaliśmy skierowani na formowanie – zamilkł i stał się jakby nieobecny. Być może coś przeczuwał lub po prostu się przestraszył.
Podczas marszu rozkazał mechanikowi:
– Stój! Silnik coś nierówno pracuje.
– Jak nierówno? Wszystko wyregulowałem! – oburzył się mechanik.
– Rozkazuję! Mam dobry słuch, słyszę, że coś nie gra. Zatrzymajmy się i poczekajmy na zastępcę dowódcy do spraw technicznych.
Mechanik się nie kłócił, zjechał na pobocze. Jedzie czołg, Nejman go zatrzymuje:
– Czy jest u was zastępca do spraw techniki?
– Nie. A ty czego stoisz?
– Coś w tym silniku źle pracuje.
– Tak? Słuchaj, czy masz sprawny rozrusznik? Bo u mnie szwankuje.
– Sprawny.
– No, daj mi go, a sobie wstaw mój.
Zamienili się rozrusznikami. Jedzie następny czołg:
– Co się dzieje?
– Rozrusznik nie działa.
– A akumulatory są dobre?
– Dobre, niedawno otrzymałem.
– No to zamień się ze mną „na machniom”.
Takim sposobem w ciągu nocy rozdał swój czołg na części. Załoga nic nie powiedziała. Kiedy zastępca do spraw technicznych przyjechał, to, naturalnie, zastał niesprawny czołg i musiał go odesłać do remontu. Jednak ktoś poinformował o tym wydarzeniu oddział specjalny. Chciano go oddać pod sąd, ale po porannej walce, w której spłonęło wiele czołgów, przesadzono go do innego czołgu – ulitowali się.
Postój pod Krajową przebiegł w cieniu tragedii. U nas w batalionie dowódcą czołgu był lejtnant Iwanow spod Biełgorodu. Rosły chłop, 32–34 lata, komunista, z wyższym wykształceniem rolniczym, przed wojną przewodniczący kołchozu. W jego wiosce stacjonowali Rumuni i podczas odwrotu zabrali ze sobą wszystkich młodych, a komunistów i ich rodziny spędzili do jednej stodoły i spalili. Potem sąsiedzi mówili, że krzyczeli i płakali, kiedy żołnierze oblewali stodołę benzyną, a potem soldaty jeszcze strzelali, dobijając przez deski. Tak zginęła rodzina Iwanowa – żona i dwoje dzieci. Nasza brygada przechodziła w pobliżu jego wsi i pozwolono mu tam zajechać. We wsi powiedziano mu tę historię, zaprowadzono na pogorzelisko. Kiedy wrócił, jakby go zamieniono. Zaczął się mścić. Walczył szaleńczo, czasami nawet zdawało się, że szuka śmierci. Do niewoli nie brał nikogo, a gdy próbowali się poddać, kosił bez namysłu. A tu_…_ Wypił i poszedł z mechanikiem szukać dziewuchy. Był wrzesień, ładna pogoda, zbliżał się wieczór. Weszli do jednego domu. W pokoju stary człowiek i młódka około 25 lat siedzą i piją herbatę. Na rękach trzymała półtoraroczne dziecko. Dziecko lejtnant przekazał rodzicom, do niej powiedział: „Idź do izby”, a do mechanika: „Ty idź, zerżnij ją, a potem ja”. Ten poszedł, ale dzieciak z 1926 roku, chyba ani razu nie był z dziewczyną. Nie wiedział, jak się do niej dobrać. Ona, widząc to, wyskoczyła przez okno i zaczęła uciekać. A Iwanow usłyszał hałas, wyskoczył: „Gdzie ona jest?”. A ona już była daleko: „Ach, ty sukinsynu, wypuściłeś”. Wystrzelił do niej serię z automatu. Kobieta upadła. Oni nie zwrócili na to uwagi i odeszli. Gdyby uciekała i trzeba byłoby ją zabić, na pewno by nie trafił. A tu tylko jedna kula i prosto w serce. Następnego dnia przyszli rodzice z lokalnymi władzami do nas, do brygady. A kolejnego dnia organy ich wyśledziły i posadziły – Smiersz pracował dobrze². Iwanow od razu się przyznał, że strzelał, ale nie wiedział, że zabił. Na trzeci dzień odbył się sąd. Na polanie ustawiono całą brygadę, przywieziono burmistrza i ojca z matką. Mechanik strasznie płakał. Iwanow jeszcze mu powiedział: „Słuchaj, bądź mężczyzną. Ciebie i tak nie rozstrzelają, nie bądź mazgajem. Wyślą do sztrafbatu³ – odkupić winę krwią”. Kiedy dano mu ostatnie słowo, cały czas tylko prosił o przebaczenie. I tak właśnie się stało – dostał dwadzieścia pięć lat z zamianą na batalion karny. Lejtnant wstał i powiedział: „Obywatele sędziowie wojskowego trybunału, popełniłem przestępstwo i proszę nie robić mi żadnej taryfy ulgowej”. Tak po prostu i mocno. Usiadł i siedział, grzebiąc źdźbłem trawy w zębach. Ogłoszono wyrok: „Rozstrzelać przed frontem brygady. Wyrok wykonać natychmiast”. Brygadę ustawiono w piętnaście, dwadzieścia minut. Doprowadzono skazanego do wcześniej wykopanego grobu. Brygadny osobista⁴, podpułkownik, mówi naszemu batalionowemu przedstawicielowi specjalnego oddziału, stojącemu w szeregach ustawionej brygady: „Towarzyszu Morozow, wyrok wykonać”. Ten się nie rusza. „Ja wam rozkazuję!” Ten stoi jak wkopany. Wtedy podpułkownik podbiega do niego, łapie za rękę, wyciągając z szyku, i przez zęby z wyzwiskami: „Ja ci rozkazuję!”. On poszedł. Podszedł do skazanego. Lejtnant Iwanow zdjął furażerkę, ukłonił się w pas, mówi: „Wybaczcie mi, bracia”. I to wszystko. Morozow mówi mu: „Na kolana. Pochyl głowę”. Powiedział to bardzo cicho, ale wszystko było słychać – była okropna cisza. Iwanow upadł na kolana, furażerkę włożył za pas:
– Pochyl głowę.
I kiedy on przechylił głowę, osobista wystrzelił mu w potylicę. Ciało lejtnanta upadło i rzucało się w konwulsjach. Widok był straszny_…_ Osobista odwrócił się i odszedł, z pistoletu wił się dymek, a on szedł, zataczając się jak pijany. Pułkownik krzyczy: „Kontrolny! Kontrolny wystrzał!”. Ten nic nie słyszy, cały czas idzie. Wtedy pułkownik podbiegł do niego, wyrwał z ręki pistolet i wystrzelił raz, drugi.
Co zapamiętałem, po każdym wystrzale Iwanow już nie żył, a ciało jeszcze drgało. Pułkownik pchnął ciało nogą, a ono wpadło do grobu:
– Zakopać!
Zakopano.
– Rozejść się!
Przez piętnaście minut nikt się nie ruszał. Była martwa cisza. Walczył on bardzo dobrze, szanowano go, wiedziano, że Rumuni spalili jego rodzinę. Mógł przecież prosić o łaskę, mówić, że to wypadek, ale nie_…_
Reszta dnia upłynęła w ponurym nastroju. Nie chciało się gadać, wszyscy żałowali Iwanowa. Ale po tym wypadku żadnych ekscesów z miejscową ludnością u nas w brygadzie nie było.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Sztrafnicy – potoczne określenie skazanych wojskowych, skierowanych do odbywania kary w karnych formacjach, stosowane w Armii Czerwonej. To określenie jest używane również w polskiej literaturze historycznej – przyp. tłum.
2. Smiersz – nazwa oddziału kontrwywiadu („Smiert szpionom” – śmierć szpiegom) – przyp. tłum.
3. Sztrafbat – batalion karny, chociaż szeregowców i podoficerów kierowano do kompanii karnej (sztrafroty), bataliony karne były dla kadry oficerskiej – przyp. tłum.
4. Osobista – przedstawiciel specjalnego oddziału (_osobowego otdieła_) – przyp. tłum.
5. Urke – w przestępczym języku to oznacza kryminalistę – przyp. tłum.
6. Kolonie pracy wychowawczej – _Isprawitielno-trudowaja kolonia_ – w zasadzie był to obóz Gułagu – przp. tłum.
7. Czerwoniec – potoczne określenie dziesięciu – od koloru 10-rublowego banknotu.