Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ani kroku do tyłu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 kwietnia 2026
39,00
3900 pkt
punktów Virtualo

Ani kroku do tyłu - ebook

W batalionach karnych Armii Czerwonej człowiek miał tylko dwa wyjścia: zginąć albo zostać rannym.

22 lipca 1942 roku Józef Stalin wydał rozkaz nr 227, znany pod hasłem „Ani kroku w tył”. Dokument ten zakazywał odwrotu z pola bitwy pod groźbą rozstrzelania. W takich realiach walczyli żołnierze batalionów karnych – jednej z najbardziej tragicznych formacji w armii radzieckiej.

Oddziały te tworzyli zarówno niesłusznie skazani żołnierze, jak i pospolici przestępcy. Za nimi podążały oddziały zaporowe, których zadaniem było powstrzymywanie odwrotu – nawet za cenę natychmiastowej egzekucji tych, którzy próbowali opuścić linię frontu.

Artiom Drabkin zebrał relacje ludzi skazanych na służbę w batalionach karnych Armii Czerwonej. Świadectwa jego rozmówców odsłaniają brutalną rzeczywistość tej służby. Dla wielu jedyną drogą „odkupienia win” była śmierć albo odniesienie ran na polu walki – przelanie krwi za ojczyznę.

Te poruszające i niezwykle realistyczne relacje żołnierzy rzucanych na pierwszą linię frontu odsłaniają bezwzględność i determinację radzieckiej machiny wojennej. Skazanym pozostawała jedynie desperacka walka o przetrwanie i świadomość, że dopóki nie zostaną ranni, nie mogą liczyć na żadne wybawienie.

Kategoria: Wywiad
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-11-18874-7
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. BRIUCHOW WASILIJ PAWŁOWICZ

W jeden z sza­rych jesien­nych dni wezwał mnie do sie­bie do zie­mianki dowódca kom­pa­nii:

– Briu­chow, pil­nie do dowódcy bata­lionu – powie­dział do mnie.

– Po co?

– Od dowódcy bata­lionu się dowiesz. – Nie­chęt­nie odpo­wie­dział kapi­tan i pochy­lił się nad map­ni­kiem, dając do zro­zu­mie­nia, że roz­mowa została zakoń­czona.

Po krót­kim spa­ce­rze w lesie odna­la­złem dowódcę bata­lionu, sie­dzą­cego pod zada­sze­niem zro­bio­nym z czoł­go­wego bre­zentu:

– Towa­rzy­szu kapi­ta­nie – zamel­do­wa­łem się. – Na wasz roz­kaz przy­był lejt­nant Briu­chow.

– A! Świet­nie. U zastępcy szefa zaopa­trze­nia dosta­niesz pakiet żela­znych racji na dobę. Za pół godziny do sztabu tyłów frontu jedzie „Stu­de­ba­ker”. Zabie­rzesz się na niego, odnaj­dziesz pro­ku­ra­turę i try­bu­nał woj­skowy. Zamel­duj się tam po przy­by­ciu. – Dowódca zamilkł.

No pięk­nie! Od samego „try­bu­nał woj­skowy” prze­bie­gły mi ciarki po skó­rze. W gło­wie od razu rój myśli: „Dla­czego? Co ja zro­bi­łem? Może coś powie­dzia­łem? Chyba nie_…_”. Nie­po­kój mia­łem wypi­sany na twa­rzy.

– Co się mar­twisz? – cicho zapy­tał dowódca. – Nie martw się. Mia­łem wybrać mło­dego, już ostrze­la­nego, fizycz­nie sil­nego, moc­nego ofi­cera. Więc wybra­łem cie­bie. A dla­czego im jest potrzebny taki – nie powiem. Dowiesz się w try­bu­nale.

Napię­cie nieco zma­lało, jed­nak brak odpo­wie­dzi na pyta­nie: „Dla­czego?” na­dal gnę­bił. Roz­kaz to roz­kaz – szybko pobra­łem racje. Zarzu­ci­łem sidor na plecy i z cięż­kim ser­cem wsia­dłem do kabiny „Stu­de­ba­kera”. Cały czas nie opusz­czała mnie nie­po­ko­jąca myśl, że to wszystko nie jest ot tak sobie. Raz za razem w gło­wie prze­bie­ra­łem wyda­rze­nia ostat­nich dni. Niby nie zro­bi­łem nic takiego. Po prze­je­cha­niu około 20 kilo­me­trów po roz­bi­tej dro­dze samo­chód zatrzy­mał się w małej wio­sce. Kie­rowca wska­zał dom, w któ­rym znaj­do­wał się try­bu­nał. Tam już mnie ocze­ki­wano. Nawet nie zdą­ży­łem zamel­do­wać o przy­by­ciu, kiedy znaj­du­jący się w pokoju pod­puł­kow­nik prze­rwał:

– Lejt­nant Briu­chow?

– Tak jest!

– My już na cie­bie cze­kamy. Masz eskor­to­wać trzech sier­żan­tów-czoł­gi­stów, ska­za­nych try­bu­na­łem woj­sko­wym na sześć mie­sięcy w kom­pa­nii kar­nej, do miej­sca ich nowej służby. Trans­portu u nas nie ma, więc popro­wa­dzisz ich pie­szo. Kom­pa­nia znaj­duje się około stu dwu­dzie­stu kilo­me­trów od nas. Myślę, że za trzy dni doj­dziesz.

– Jak ja, sam jeden, będę eskor­to­wać trzech? – zapy­ta­łem z roz­pa­czą w gło­sie.

– Wła­śnie tak, będziesz! – twardo odparł pod­puł­kow­nik. – Dosta­niesz pro­wiant dla czte­rech osób na trzy dni. Oto mapa. Sztab kom­pa­nii znaj­duje się tutaj – szturch­nął pal­cem. – Znaj­dziesz dowódcę, zdasz mu więź­niów. Otrzy­masz potwier­dze­nie, które mi przy­wie­ziesz. Uwa­żaj, zada­nie jest odpo­wie­dzialne. Uciekną – będziesz musiał jesz­cze raz prze­być tę drogę, ale już w innym cha­rak­te­rze. Dalej. Dzia­łaj – zakoń­czył.

Wzią­łem mapę, posze­dłem do maga­zynu pobrać pro­wiant. W myślach skal­ku­lo­wa­łem, jak naj­le­piej wyko­nać zada­nie. Posta­no­wi­łem, że naj­trud­niej­szą sprawą jest pil­no­wa­nie ska­za­nych w nocy, ale dwie noce można nie spać. Z tymi myślami uda­łem się do izby odbioru, by zapo­znać się z moimi „towa­rzy­szami”. War­tow­nik dopro­wa­dził ska­za­nych. Rzu­ciło mi się w oczy, że wszy­scy są starsi ode mnie. Z doku­men­tów zna­łem już ich dane i wie­dzia­łem, za co zostali ska­zani. Posta­no­wi­łem, że lepiej będzie nawią­zać z nimi kon­takt jak z czło­wie­kiem, niż stroić z sie­bie naczel­nika. Na początku oka­zało się, że oni wszy­scy są jesz­cze z przed­wo­jen­nego poboru. Dwoje miesz­kało na wsi, ale w pracy byli zwią­zani z mecha­ni­zmami – jeden był szo­fe­rem, drugi trak­to­rzy­stą. Trzeci został powo­łany w mie­ście rejo­no­wym, gdzie pra­co­wał jako mło­towy w kuźni. To on zacho­wy­wał się naj­mniej skrę­po­wa­nie, oprócz tego wspól­nota przed­wo­jen­nej pracy szybko nas zbli­żyła. Na pyta­nie, za co został ska­zany, odpo­wie­dział:

– Roz­go­rącz­ko­wa­łem się pod­czas kłótni z takim samym mło­dziut­kim jak wy lejt­nan­tem. Ude­rzy­łem go. Zła­ma­łem mu nos. Skrę­po­wano mnie. Dali mi dzie­sięć lat z zamianą na sześć mie­sięcy kom­pa­nii kar­nej.

„Trak­to­rzy­sta” wal­czył jako mecha­nik-kie­rowca od 1941 roku. Gdy jego oddział znaj­do­wał się w stre­fie ocze­ki­wa­nia, do czołgu pode­szła młoda kobieta, popro­siła o olej napę­dowy. On nalał jej wia­dro i zapro­po­no­wał zanie­sie­nie do domu. Został u niej, zasnął. Obu­dziw­szy się w nocy, pobiegł do miej­sca sta­cjo­no­wa­nia jed­nostki, ale czołgi znik­nęły. Ponie­waż nikomu nie powie­dział, dokąd idzie, nie zna­le­ziono go i za dźwi­gniami usiadł mecha­nik-kie­rowca z rezerwy. Oskar­żono go o dezer­cję i ska­zano na dzie­sięć lat z zamianą na sześć mie­sięcy kom­pa­nii kar­nej.

„Szo­fer” dowo­ził pro­wiant i zabrał boche­nek chleba oraz parę puszek tuszonki. Poczę­sto­waw­szy jed­nego żoł­nie­rza, naj­praw­do­po­dob­niej wyga­dał się o tym i ten go wydał. Oskar­żono go o kra­dzież pań­stwo­wego mie­nia. Ska­zano go na pięć lat z zamianą na trzy mie­siące kom­pa­nii kar­nej.

Te nie­skom­pli­ko­wane histo­rie spo­wo­do­wały, że kamień spadł mi z serca – ska­zani nie byli zatwar­dzia­łymi prze­stęp­cami i wpa­dli przez swoją głu­potę. Powie­dzia­łem im, dokąd ich pro­wa­dzę, poka­za­łem trasę i okre­śli­łem godzinę wyru­sze­nia. Ostrze­głem, że uciec nie będzie trudno, ale nie ma sensu, bowiem i tak zostaną zła­pani i roz­strze­lani jako dezer­te­rzy, o czym zostaną poin­for­mo­wane ich rodziny. „Tym występ­kiem zgu­bi­cie nie tylko sie­bie, ale i wszyst­kich krew­nych. W kom­pa­nii kar­nej może się poszczę­ścić – albo zra­nią, albo, być może, zgło­szą do anu­lo­wa­nia wyroku”. Ku mojemu zdzi­wie­niu słu­chali mnie uważ­nie, bio­rąc moje słowa za pew­nik. Prze­rwa­łem swoje morały, zda­jąc sobie sprawę, że im i tak jest nie­do­brze.

Poże­gnaw­szy się z dowódcą warty, usta­wi­łem ska­za­nych i na ich czele wysze­dłem pod sią­piący jesienny deszcz, mie­szać butami błoto fron­to­wych dróg. Iść było ciężko. Drogę two­rzyły dwie głę­bo­kie kole­iny wypeł­nione wodą. Pobo­czy jako takich nie było. Po godzi­nie mar­szu zarzą­dzi­łem prze­rwę. Patrząc na mapę, zro­zu­mia­łem, że prze­szli­śmy trzy, może cztery kilo­me­try. W takim tem­pie czte­rech dni może nie wystar­czyć, aby dojść do miej­sca prze­zna­cze­nia. Czy mogę zaufać tym trzem ludziom? Choćby tylko jeden uciek­nie! Będę za to odpo­wia­dać. Szu­ka­łem wyj­ścia, ale na razie nie zna­la­złem.

Wsta­li­śmy i poma­sze­ro­wa­li­śmy dalej. Obok prze­je­chało kilka cię­ża­ró­wek – skrzy­nie zała­do­wane po brzegi, w kabi­nie tylko jedno–dwa miej­sca. Wsiąść do takiego samo­chodu w czwórkę było nie­moż­liwe.

Powoli wle­czemy się po bło­cie. Nogi się roz­jeż­dżają, na buty nakła­dają się grudy błota, prze­kształ­ca­jąc wil­gotne buty w okowy nie do rusze­nia.

Póź­nym wie­czo­rem docie­ramy do małej wio­ski. Puka­li­śmy do jed­nego domku. Wpusz­czono nas. Zrzu­ci­li­śmy buty, powie­si­li­śmy przy piecu onuce celem wysu­sze­nia. Gospo­da­rze o nic nie pytali. Podobno w ciągu dwóch lat wojny przez ich dom prze­wi­nęło się wielu żoł­nie­rzy obu armii, więc było im zupeł­nie wszystko jedno, kim jeste­śmy i dokąd idziemy. Zmę­czy­li­śmy się tak bar­dzo, że bez kola­cji uło­ży­li­śmy się na pod­ło­dze i moi aresz­tanci natych­miast usnęli. Strze­głem ich czuj­nie przez całą noc, nie zmru­żyw­szy oczu. Rano, kiedy „mło­towy” obu­dził się i zoba­czył, że nie śpię, zapy­tał:

– A ty co, lejt­nan­cie, nie spa­łeś?

Nic nie powie­dzia­łem. Naj­wy­raź­niej zda­jąc sobie z tego sprawę, mruk­nął:

– No i głu­piś. Dokąd mogli­by­śmy uciec?

Nie chcia­łem o tym mówić i nachy­li­łem się do swo­jego sidora, wyj­mu­jąc pro­wiant na śnia­da­nie. Gospo­dyni ugo­to­wała gar­nek małych ziem­nia­ków i po moc­nym śnia­da­niu kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz. Cały dzień sta­ra­łem się utrzy­mać tempo czte­rech kilo­me­trów na godzinę, robiąc co pięć­dzie­siąt minut dzie­się­cio­mi­nu­towy postój. Zegarka na rękę wtedy nie mia­łem i korzy­sta­łem z wyję­tego z czołgu zegara. Bez­senna noc dawała o sobie znać – pod­czas posto­jów zasy­pia­łem. Jak byśmy się nie sta­rali, prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy tylko 25 kilo­me­trów. Noco­wa­li­śmy w wio­sce. Aresz­tanci, jak stali, od razu zaczęli chra­pać, a ja znów sie­dzia­łem, pil­nu­jąc ich. Oczy mi się kle­iły, głowa opa­dała na piersi, ale natych­miast się budzi­łem, spraw­dza­łem, czy moi pod­opieczni są na miej­scu, i wszystko powta­rzało się od nowa. Rano „mło­towy” powie­dział:

– Lejt­nant, czego nie śpisz drugą noc pod rząd? Dokąd pój­dziemy? Sam mówi­łeś – zła­pany i roz­strze­lany. I star­czy ugnia­tać błoto. Robimy tak: zatrzy­mu­jemy cię­ża­rówkę, dowia­du­jemy się, dokąd jedzie i gdzie skręca z naszej trasy. Ci, któ­rzy pojadą, scho­dzą na tym zakrę­cie i cze­kają na resztę. No jak, lejt­nant? Pasuje?

Nie wie­dzia­łem co odpo­wie­dzieć – zda­łem sobie sprawę, że jesz­cze jed­nej bez­sen­nej nocy nie wytrzy­mam. I tak na trzeci dzień auto­sto­pem zro­bi­li­śmy 50 kilo­me­trów. Nikt nie uciekł. Powe­se­la­łem i uspo­ko­iłem się. W nocy spa­łem już razem ze wszyst­kimi. Pod koniec czwar­tego dnia podróży dotar­li­śmy do miej­sca pobytu kom­pa­nii kar­nej. Kom­pa­nia została wyco­fana z linii frontu, aby uzu­peł­nić wymienny skład.

Roz­mie­ściła się w porząd­nych budyn­kach, uży­wa­nych przez Niem­ców jako maga­zyny.

Pozo­sta­wiw­szy swo­ich pod­opiecz­nych w punk­cie zbior­czym, wsze­dłem do izby, w któ­rej mie­ścił się sztab kom­pa­nii. Przy stole sie­dział kapi­tan. Zamel­do­wa­łem, że przy­wio­złem trzech ska­za­nych. Ode­rwaw­szy głowę od papie­rów, dowódca wysłu­chał mnie, a potem wstał, wyszedł zza stołu i wycią­gnął rękę. Wska­zał na krze­sło. Usia­dłem, a on usiadł na kra­wę­dzi stołu, powie­dział:

– Dobra. Poznajmy się.

W skró­cie przed­sta­wi­łem swoją bojową bio­gra­fię. Zro­biła na dowódcy bata­lionu dobre wra­że­nie, spoj­rzał na mnie uważ­nie:

– A ja myśla­łem, że jesteś jesz­cze smar­ka­czem. Bar­dzo młodo wyglą­dasz.

Zmie­sza­łem się i umil­kłem. Dowódca wezwał zastępcę-kwa­ter­mi­strza i roz­ka­zał przy­jąć trzech ska­za­nych w skład kom­pa­nii. Ode­tchną­łem, skoń­czyły się moje męki. Zada­nie zostało wyko­nane i za kilka dni będę już w rodzi­mym bata­lio­nie. Jesz­cze tro­chę poga­da­li­śmy z kapi­ta­nem, gdy nagle wcho­dzi kwa­ter­mistrz:

– Towa­rzy­szu dowódco, ska­za­nych przy­jąć nie mogę.

– Dla­czego?! – zapy­tał kapi­tan nie­za­do­wo­lo­nym tonem.

– Oni nie mają zimo­wego umun­du­ro­wa­nia, a my dosta­li­śmy tylko dla obec­nego składu. Oni gdzieś się wałę­sali, a armia prze­szła na zimowe umun­du­ro­wa­nie.

– Co robić? – współ­czu­jąco zapy­tał kapi­tan.

– To bar­dzo pro­ste – niech lejt­nant zabiera swo­ich chłop­ców z powro­tem. Tam otrzy­mają zimowe mun­dury i znów przy­wie­zie ich do nas, a my ich przyj­miemy.

Nie­mal spa­dłem z krze­sła od tych słów. Wyobra­zi­łem sobie drogę tam i z powro­tem i zro­biło mi się nie­do­brze. Widząc mój stan kapi­tan, podał szklankę wody:

– Uspo­kój się.

I zwra­ca­jąc się do kwa­ter­mi­strza:

– Może jed­nak przyj­miemy? Szkoda dzie­ciaka. Spójrz na niego, na nim twa­rzy nie ma.

– Nie możemy, towa­rzy­szu dowódco – obsta­wał przy swoim kwa­ter­mistrz.

– Dobra, teraz już za późno. Niech ska­zani spę­dzą noc w naszym zbior­czym punk­cie, a lejt­nanta wezmę do sie­bie na kwa­terę. Rano zde­cy­du­jemy, co robić.

Kwa­ter­mistrz wyszedł. Kapi­tan zwró­cił się do mnie:

– Spo­koj­nie, lejt­nan­cie, coś wymy­ślimy. Chodź teraz na kola­cję.

Wcho­dząc do znaj­du­ją­cej się w pobliżu zie­mianki, naka­zał dowódcy kom­pa­nii:

– Pie­tre­wicz, nakryjmy kola­cję dla dwojga.

Star­szy żoł­nierz szybko nakrył stół. Muszę powie­dzieć, że dowódz­two kom­pa­nii żyło nie­bied­nie. Na stole było dużo prze­ką­sek, poja­wiły się też dwie butelki wódki.

– Ty pew­nie i wódki pić nie umiesz. – Kapi­tan się uśmiech­nął.

– Umiem, umiem, nie mar­tw­cie się, towa­rzy­szu kapi­ta­nie – nad­ra­bia­łem miną.

– No, to dawaj! – Zmie­rzyw­szy mnie spoj­rze­niem, nalał tro­chę wię­cej niż pół szklanki dla mnie i pełną sobie.

– Dawaj, za twoją bez­na­dziejną sprawę.

Aby zado­wo­lić kapi­tana, jed­nym duchem opróż­ni­łem szklankę, rzu­ci­łem się na prze­ką­skę. Kapi­tan wypił, powoli posta­wił szklankę. Spoj­rzał na mnie:

– Dobra robota, chłop­cze. Widzę, że umiesz. No, a teraz dobrze zakąś.

Piłem nie­chęt­nie i naj­czę­ściej odda­wa­łem swoje sto gra­mów zało­dze. Z braku przy­zwy­cza­je­nia szybko się wsta­wi­łem, roz­luź­ni­łem, zre­lak­so­wa­łem. Nerwy czte­ro­dnio­wego mar­szu odpu­ściły. Po zaką­sze­niu kapi­tan nalał jesz­cze szklankę.

– No, dawaj! Twoje zdro­wie! – i nie cze­ka­jąc na mnie, wypił.

Co było dalej, pamię­tam mgli­ście. Rano obu­dzi­łem się w zie­miance dowódcy kom­pa­nii.

– Cóż, boha­te­rze! Kiedy ty tu spa­łeś, przy­ją­łem two­ich łotrzy­ków. Zaraz wypeł­nię pokwi­to­wa­nie i jedź do domu.

Mojej rado­ści nie było końca.

– A teraz zjedzmy śnia­da­nie, czeka cię długa droga.

Stół był już nakryty. Kapi­tan nalał sobie pół szklanki wódki. Ja odmó­wi­łem. Po wypi­ciu wzięło go na szcze­rość:

– Powiem ci, że wcale mi nie paso­wało brać two­ich żoł­nie­rzy. Jak tylko skom­ple­tuję kom­pa­nię, od razu mnie wyślą do walki na front.

Nie chcia­łem roz­wi­jać tego tematu, tylko zapy­ta­łem, jak się służy w kom­pa­nii kar­nej.

– Cała kadra jest zawo­dowa. Szta­bowa kate­go­ria wszyst­kich ofi­ce­rów o jeden sto­pień wyżej niż w zwy­kłych woj­skach, potrójny żołd, rok wysługi liczy się za trzy, a nie dwa jak u nas. Ofi­ce­ro­wie dostają normę kadry lata­ją­cej. Co naj­waż­niej­sze, ofi­ce­ro­wie nie mają w cięż­kiej sytu­acji obo­wiązku oso­bi­stego pro­wa­dze­nia żoł­nie­rzy do walki.

Po zakoń­cze­niu śnia­da­nia popro­si­łem kapi­tana o zgodę na poże­gna­nie się ze „swo­imi” sztraf­ni­kami¹. Wezwał ich. Poży­czy­łem im prze­trwa­nia, podzię­ko­wa­łem za pomoc w dro­dze.

Do pro­ku­ra­tury frontu dotar­łem po dwóch dniach. Otrzy­ma­łem pochwałę za wyko­na­nie zada­nia i wró­ci­łem do swo­jej jed­nostki.

Po kilku dniach nad­szedł roz­kaz, by prze­su­wać się naprzód w kie­runku linii frontu. W kom­pa­nii był dowódca czołgu Nej­man, sprytny przed­sta­wi­ciel żydow­skiego ludu. Pamię­tam, że po dro­dze do Kali­nina bar­dzo ład­nie śpie­wał, a jak zosta­li­śmy skie­ro­wani na for­mo­wa­nie – zamilkł i stał się jakby nie­obecny. Być może coś prze­czu­wał lub po pro­stu się prze­stra­szył.

Pod­czas mar­szu roz­ka­zał mecha­ni­kowi:

– Stój! Sil­nik coś nie­równo pra­cuje.

– Jak nie­równo? Wszystko wyre­gu­lo­wa­łem! – obu­rzył się mecha­nik.

– Roz­ka­zuję! Mam dobry słuch, sły­szę, że coś nie gra. Zatrzy­majmy się i pocze­kajmy na zastępcę dowódcy do spraw tech­nicz­nych.

Mecha­nik się nie kłó­cił, zje­chał na pobo­cze. Jedzie czołg, Nej­man go zatrzy­muje:

– Czy jest u was zastępca do spraw tech­niki?

– Nie. A ty czego sto­isz?

– Coś w tym sil­niku źle pra­cuje.

– Tak? Słu­chaj, czy masz sprawny roz­rusz­nik? Bo u mnie szwan­kuje.

– Sprawny.

– No, daj mi go, a sobie wstaw mój.

Zamie­nili się roz­rusz­ni­kami. Jedzie następny czołg:

– Co się dzieje?

– Roz­rusz­nik nie działa.

– A aku­mu­la­tory są dobre?

– Dobre, nie­dawno otrzy­ma­łem.

– No to zamień się ze mną „na mach­niom”.

Takim spo­so­bem w ciągu nocy roz­dał swój czołg na czę­ści. Załoga nic nie powie­działa. Kiedy zastępca do spraw tech­nicz­nych przy­je­chał, to, natu­ral­nie, zastał nie­sprawny czołg i musiał go ode­słać do remontu. Jed­nak ktoś poin­for­mo­wał o tym wyda­rze­niu oddział spe­cjalny. Chciano go oddać pod sąd, ale po poran­nej walce, w któ­rej spło­nęło wiele czoł­gów, prze­sa­dzono go do innego czołgu – uli­to­wali się.

Postój pod Kra­jową prze­biegł w cie­niu tra­ge­dii. U nas w bata­lio­nie dowódcą czołgu był lejt­nant Iwa­now spod Bieł­go­rodu. Rosły chłop, 32–34 lata, komu­ni­sta, z wyż­szym wykształ­ce­niem rol­ni­czym, przed wojną prze­wod­ni­czący koł­chozu. W jego wio­sce sta­cjo­no­wali Rumuni i pod­czas odwrotu zabrali ze sobą wszyst­kich mło­dych, a komu­ni­stów i ich rodziny spę­dzili do jed­nej sto­doły i spa­lili. Potem sąsie­dzi mówili, że krzy­czeli i pła­kali, kiedy żoł­nie­rze oble­wali sto­dołę ben­zyną, a potem sol­daty jesz­cze strze­lali, dobi­ja­jąc przez deski. Tak zgi­nęła rodzina Iwa­nowa – żona i dwoje dzieci. Nasza bry­gada prze­cho­dziła w pobliżu jego wsi i pozwo­lono mu tam zaje­chać. We wsi powie­dziano mu tę histo­rię, zapro­wa­dzono na pogo­rze­li­sko. Kiedy wró­cił, jakby go zamie­niono. Zaczął się mścić. Wal­czył sza­leń­czo, cza­sami nawet zda­wało się, że szuka śmierci. Do nie­woli nie brał nikogo, a gdy pró­bo­wali się pod­dać, kosił bez namy­słu. A tu_…_ Wypił i poszedł z mecha­ni­kiem szu­kać dzie­wu­chy. Był wrze­sień, ładna pogoda, zbli­żał się wie­czór. Weszli do jed­nego domu. W pokoju stary czło­wiek i młódka około 25 lat sie­dzą i piją her­batę. Na rękach trzy­mała pół­to­ra­roczne dziecko. Dziecko lejt­nant prze­ka­zał rodzi­com, do niej powie­dział: „Idź do izby”, a do mecha­nika: „Ty idź, zerżnij ją, a potem ja”. Ten poszedł, ale dzie­ciak z 1926 roku, chyba ani razu nie był z dziew­czyną. Nie wie­dział, jak się do niej dobrać. Ona, widząc to, wysko­czyła przez okno i zaczęła ucie­kać. A Iwa­now usły­szał hałas, wysko­czył: „Gdzie ona jest?”. A ona już była daleko: „Ach, ty sukin­synu, wypu­ści­łeś”. Wystrze­lił do niej serię z auto­matu. Kobieta upa­dła. Oni nie zwró­cili na to uwagi i ode­szli. Gdyby ucie­kała i trzeba byłoby ją zabić, na pewno by nie tra­fił. A tu tylko jedna kula i pro­sto w serce. Następ­nego dnia przy­szli rodzice z lokal­nymi wła­dzami do nas, do bry­gady. A kolej­nego dnia organy ich wyśle­dziły i posa­dziły – Smiersz pra­co­wał dobrze². Iwa­now od razu się przy­znał, że strze­lał, ale nie wie­dział, że zabił. Na trzeci dzień odbył się sąd. Na pola­nie usta­wiono całą bry­gadę, przy­wie­ziono bur­mi­strza i ojca z matką. Mecha­nik strasz­nie pła­kał. Iwa­now jesz­cze mu powie­dział: „Słu­chaj, bądź męż­czy­zną. Cie­bie i tak nie roz­strze­lają, nie bądź mazga­jem. Wyślą do sztra­fbatu³ – odku­pić winę krwią”. Kiedy dano mu ostat­nie słowo, cały czas tylko pro­sił o prze­ba­cze­nie. I tak wła­śnie się stało – dostał dwa­dzie­ścia pięć lat z zamianą na bata­lion karny. Lejt­nant wstał i powie­dział: „Oby­wa­tele sędzio­wie woj­sko­wego try­bu­nału, popeł­ni­łem prze­stęp­stwo i pro­szę nie robić mi żad­nej taryfy ulgo­wej”. Tak po pro­stu i mocno. Usiadł i sie­dział, grze­biąc źdźbłem trawy w zębach. Ogło­szono wyrok: „Roz­strze­lać przed fron­tem bry­gady. Wyrok wyko­nać natych­miast”. Bry­gadę usta­wiono w pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia minut. Dopro­wa­dzono ska­za­nego do wcze­śniej wyko­pa­nego grobu. Bry­gadny oso­bi­sta⁴, pod­puł­kow­nik, mówi naszemu bata­lio­no­wemu przed­sta­wi­cie­lowi spe­cjal­nego oddziału, sto­ją­cemu w sze­re­gach usta­wio­nej bry­gady: „Towa­rzy­szu Moro­zow, wyrok wyko­nać”. Ten się nie rusza. „Ja wam roz­ka­zuję!” Ten stoi jak wko­pany. Wtedy pod­puł­kow­nik pod­biega do niego, łapie za rękę, wycią­ga­jąc z szyku, i przez zęby z wyzwi­skami: „Ja ci roz­ka­zuję!”. On poszedł. Pod­szedł do ska­za­nego. Lejt­nant Iwa­now zdjął fura­żerkę, ukło­nił się w pas, mówi: „Wybacz­cie mi, bra­cia”. I to wszystko. Moro­zow mówi mu: „Na kolana. Pochyl głowę”. Powie­dział to bar­dzo cicho, ale wszystko było sły­chać – była okropna cisza. Iwa­now upadł na kolana, fura­żerkę wło­żył za pas:

– Pochyl głowę.

I kiedy on prze­chy­lił głowę, oso­bi­sta wystrze­lił mu w poty­licę. Ciało lejt­nanta upa­dło i rzu­cało się w kon­wul­sjach. Widok był straszny_…_ Oso­bi­sta odwró­cił się i odszedł, z pisto­letu wił się dymek, a on szedł, zata­cza­jąc się jak pijany. Puł­kow­nik krzy­czy: „Kon­tro­lny! Kon­tro­lny wystrzał!”. Ten nic nie sły­szy, cały czas idzie. Wtedy puł­kow­nik pod­biegł do niego, wyrwał z ręki pisto­let i wystrze­lił raz, drugi.

Co zapa­mię­ta­łem, po każ­dym wystrzale Iwa­now już nie żył, a ciało jesz­cze drgało. Puł­kow­nik pchnął ciało nogą, a ono wpa­dło do grobu:

– Zako­pać!

Zako­pano.

– Rozejść się!

Przez pięt­na­ście minut nikt się nie ruszał. Była mar­twa cisza. Wal­czył on bar­dzo dobrze, sza­no­wano go, wie­dziano, że Rumuni spa­lili jego rodzinę. Mógł prze­cież pro­sić o łaskę, mówić, że to wypa­dek, ale nie_…_

Reszta dnia upły­nęła w ponu­rym nastroju. Nie chciało się gadać, wszy­scy żało­wali Iwa­nowa. Ale po tym wypadku żad­nych eks­ce­sów z miej­scową lud­no­ścią u nas w bry­ga­dzie nie było.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Sztraf­nicy – potoczne okre­śle­nie ska­za­nych woj­sko­wych, skie­ro­wa­nych do odby­wa­nia kary w kar­nych for­ma­cjach, sto­so­wane w Armii Czer­wo­nej. To okre­śle­nie jest uży­wane rów­nież w pol­skiej lite­ra­tu­rze histo­rycz­nej – przyp. tłum.

2. Smiersz – nazwa oddziału kontr­wy­wiadu („Smiert szpio­nom” – śmierć szpie­gom) – przyp. tłum.

3. Sztra­fbat – bata­lion karny, cho­ciaż sze­re­gow­ców i pod­ofi­ce­rów kie­ro­wano do kom­pa­nii kar­nej (sztra­froty), bata­liony karne były dla kadry ofi­cer­skiej – przyp. tłum.

4. Oso­bi­sta – przed­sta­wi­ciel spe­cjal­nego oddziału (_oso­bo­wego otdieła_) – przyp. tłum.

5. Urke – w prze­stęp­czym języku to ozna­cza kry­mi­na­li­stę – przyp. tłum.

6. Kolo­nie pracy wycho­waw­czej – _Ispra­wi­tielno-tru­do­waja kolo­nia_ – w zasa­dzie był to obóz Gułagu – przp. tłum.

7. Czer­wo­niec – potoczne okre­śle­nie dzie­się­ciu – od koloru 10-rublo­wego bank­notu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij