-
nowość
Ania Szczawnica i Kali-Babka - ebook
Ania Szczawnica i Kali-Babka - ebook
Kryminał obyczajowo-romantyczny. Ania przyjeżdża do sanatorium Dzwoneczek w Szczawnicy, chcąc odpocząć po bolesnych doświadczeniach i odzyskać spokój. Na miejscu spotyka trzech mężczyzn: troskliwego Wojtka, Michała, z którym łączy ją trudna przeszłość, oraz Kalego – charyzmatycznego oszusta i manipulatora. Gdy Ania próbuje uporządkować swoje życie i zamknąć dawny rozdział, coraz mocniej uświadamia sobie, jak niebezpieczny wpływ ma na nią Kali. Tymczasem on prowadzi własną grę, uwodząc i wykorzystując kolejne kobiety, by zdobywać pieniądze i kontrolę. Losy Ani i Kalego splatają się w historii pełnej emocji, niepokoju, manipulacji i walki o odzyskanie siebie. To opowieść o uczuciach, złudzeniach i pułapkach, jakie zastawiają na nas inni – oraz o sile, by się z nich uwolnić.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 263 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
- Rozdział 1. Przyjazd do Dzwoneczka
- Rozdział 2. Trzy Korony — granica zaufania
- Rozdział 3. Spacer z rozmowami w parku górnym
- Rozdział 4. Wojtek kontra Michał – ostateczna konfrontacja
- Rozdział 5. W cieniu prawdy – Ania zaczyna dochodzenie
- Rozdział 6. Gra na żywo – głos z budki
- Rozdział 7. Michał odchodzi, ale Ania staje się silniejsza
- Rozdział 8. Kalego rozmowy w Niki…
- Rozdział 9. Cięcie lin: Niki-for odwołuje akcję
- Rozdział 10. Dzień pierwszy: oddech bez wspomnień
- Rozdział 11. Herbata w parku: pierwsza rozmowa naprawdę
- Materiały dodatkoweROZDZIAŁ 1. PRZYJAZD DO DZWONECZKA
Ani nie było łatwo się zdecydować. W jej życiu przyszedł moment, kiedy musiała zrobić krok w nieznane, odciąć się od przeszłości, dać sobie szansę na coś nowego. Choć życie w Warszawie było pełne wrażeń, codziennego pędu i niekończących się obowiązków, Ani brakowało przestrzeni do oddechu. Zdecydowała się na wyjazd do sanatorium, które miało być jej ucieczką i miejscem odpoczynku, nie tylko fizycznego, ale i psychicznego.
Dzień przyjazdu, choć spokojny, wprowadzał ją w dziwne poczucie niepewności. Wysiadła z autobusu na Dworcu PKS w Szczawnicy, otoczoną malowniczymi górami, które tworzyły naturalną granicę między światem zgiełku a spokojem. Choć była zmęczona długą podróżą, nie mogła oprzeć się uczuciu, że to miejsce w jakiś sposób ją przyciąga. Miała nadzieję, że tu odnajdzie spokój i odpocznie od zgiełku codziennego życia.
Na peronie czekało na nią taksówkarz, który z uśmiechem zaprosił ją do swojego samochodu. „Do Dzwoneczka, prawda?” zapytał, gdy Ani wsiadła. Zgodziła się, a taksówka ruszyła w stronę sanatorium. W drodze zauważyła malownicze uliczki Szczawnicy, które były wypełnione urokliwymi, starymi kamienicami. W powietrzu unosił się zapach lasów, a nad wszystkim wznosiły się góry. Wszystko zdawało się być tak spokojne, aż do momentu, gdy dostrzegła kolejnego pasażera w samochodzie.
Był to młody mężczyzna, około trzydziestki, z wyrazistą twarzą i ciemnymi oczami. Nie wydawał się być turystą, raczej kimś, kto zna to miejsce. Przywitał się ciepło, ale nie od razu rozmawiali. Całą drogę spędzili milcząco, aż w końcu dojechali do Dzwoneczka. Sanatorium, przypominające elegancki, choć trochę zapomniany obiekt, górowało nad okolicą. Kiedy Ania wysiadła z taksówki, poczuła dziwną atmosferę tego miejsca, jakby coś z przeszłości czaiło się za jego murami.
„To tutaj” – powiedział mężczyzna, wskazując na budynek.
Ania podziękowała taksówkarzowi i weszła do środka, czując lekkie zdenerwowanie, ale także ekscytację. W końcu miała rozpocząć nowy etap swojego życia.
Ania wzięła głęboki oddech, gdy przekroczyła próg Dzwoneczka. Wnętrze sanatorium było eleganckie, ale miało coś z zaniedbanego, starego świata. Drewniane meble, ozdobne żyrandole, ciepłe kolory ścian – wszystko wydawało się być jakby wciąż żyjące w czasach minionych, gdy miejsce to tętniło życiem. Na recepcji stał mężczyzna o siwych włosach, w eleganckim garniturze, który powitał ją z uśmiechem.
„Pani Anno, zapraszam do swojego pokoju. Proszę nie martwić się, wszystko będzie w porządku. To wyjątkowe miejsce, tutaj naprawdę można odpocząć” – powiedział z akcentem, który zdradzał wieloletnie doświadczenie w pracy w tym miejscu. Ania dostrzegła w jego oczach pewien rodzaj tajemniczości, jakby sanatorium miało skrywać jakieś sekrety.
Właściciel Dzwoneczka poprowadził ją do pokoju, który mieścił się na pierwszym piętrze. Ania poczuła, że jest tutaj inaczej niż w zwykłych hotelach, w których bywała wcześniej. „Na pewno się pani tutaj zrelaksuje” – mówił mężczyzna, zanim wyszedł, zostawiając ją samą. Pokój był przytulny, z dużym oknem, z którego roztaczał się widok na góry. Ściany były ozdobione starymi obrazami, a na komodzie stała porcelanowa figurka, przypominająca o elegancji minionych lat.
Ania poczuła, jak zmęczenie podróżą zaczyna ją przytłaczać. Zdecydowała, że najpierw zrobi krótki spacer po okolicy, a potem zje kolację w hotelowej restauracji. W końcu to miała być chwila odpoczynku, a nie tylko zamknięcie się w pokoju. Na razie nie myślała o niczym innym. Po drodze zauważyła piękny ogród, w którym rosły różne rośliny – ich zapach niósł się w powietrzu, tworząc atmosferę spokoju. Zatrzymała się na chwilę, by poczuć tę magię miejsca.
W restauracji czekała ją miła niespodzianka. Po pierwsze, miał to być wyjątkowy wieczór, ponieważ tego dnia odbywały się tańce. Restauracja, choć niepozorna z zewnątrz, kryła w sobie wiele uroku. Na stolikach paliły się świeczki, a w tle grała muzyka, która sprawiała, że atmosfera była nastrojowa. Ania usiadła przy jednym z wolnych stolików i zamówiła lekką kolację. Gdy kelner przyniósł jej danie, zauważyła, że restauracja oferuje wyjątkowe danie „placki po góralsku”, co było jedną z ich specjalności.
Po chwili zaczęły przybywać kolejne osoby. Byli to goście z sanatorium, ale także mieszkańcy Szczawnicy, którzy przyszli na kolację i tańce. Ania poczuła się trochę obco w tym gronie, ale nie zamierzała rezygnować z tego wieczoru.
Wtedy, kiedy już miała skończyć kolację, usłyszała za sobą głos. Odwróciła się, a na jej widok pojawił się ten sam mężczyzna, którego spotkała w taksówce. Jego obecność była zaskoczeniem, ale zarazem czuła, jak jej serce przyspiesza, gdy spojrzała w jego oczy. Uśmiechnął się do niej lekko.
„Pani Anno, nie spodziewałem się, że spotkamy się tutaj. To miła niespodzianka” – powiedział, siadając obok niej bez zaproszenia. Ania poczuła, jak dziwnie jest to dla niej. Z jednej strony mężczyzna wydawał się być atrakcyjny, ale z drugiej – jego pewność siebie sprawiała, że czuła się trochę niepewnie. Na pewno nie był tu przypadkowo. Pytanie, co właściwie go tu sprowadzało.
„Jestem Wojtek” – dodał, wyciągając dłoń. „Pewnie będziemy się spotykać przez najbliższe dni, więc dobrze się poznać.”
Ania odwzajemniła uścisk, czując, jak delikatnie jej dłoń drży. Ich spojrzenia się spotkały, a Wojtek z uśmiechem zaczął opowiadać o Szczawnicy. Okazało się, że mieszka tutaj od lat, znał to miasto jak własną kieszeń. Zdecydowanie sprawiał wrażenie mężczyzny, który nie przyjechał tu na wakacje, lecz miał głębszy cel, a dziewczyna zaczęła czuć, że coś w jego zachowaniu wydaje się zbyt intrygujące, by go zignorować.
Zanim kelner przyniósł deser, drzwi restauracji sanatorium DZWONECZEK otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Wszedł mężczyzna w popielatym płaszczu, z mokrą od mżawki klapą. Nieśpieszny, jakby ważył każde stąpnięcie. Głowę miał lekko pochyloną, dłonie – zaciśnięte na skórzanej teczce. Nie wdzięczył się do nikogo, nie próbował przeciąć sali nonszalanckim krokiem. Po prostu przystanął w świetle lampy i odetchnął, jakby dopiero teraz dotarł naprawdę.
Wojtek, który przed chwilą usiadł przy Ani, śledził przybysza wzrokiem. – A to kto? – wymknęło mu się, niby obojętnie.
Mężczyzna rozejrzał się, jakby szukał orientu – recepcji, kierownika, może stołu z wolnym krzesłem. Ania przez ułamek sekundy poczuła coś dziwnego; tę samą delikatną igiełkę w żołądku, co na Dworcu PKS, kiedy zaniosła walizkę do taksówki. Jakby czyjeś spojrzenie zdążyło ją wybrać, zanim ona w ogóle zauważyła obecność tego kogoś.
–Dzień dobry – powiedział przybysz do kelnera z akcentem miękkim, nieco sennym. – Proszę o herbatę… lipową, jeśli macie. I stolik gdzieś z boku.
Przysiadł na końcu sali, tuż pod lustrem w złoconej ramie. Ściągnął płaszcz, pod którym miał granatowy sweter i koszulę w drobną kratę. Nie był przystojny w filmowy sposób, a jednak w jego wyglądzie było coś, co nie dawało spokoju: spokój właśnie, a w nim ukryta intensywność. Jak pejzaż Pienin w listopadzie – przygaszony, a przecież z tysiącem niuansów.
–Michał – rzucił Wojtek nagle, niby sobie, niby do Ani. – Widziałem go dziś w rejestracji. Nowy. Niby kuracjusz, ale… – urwał, wzruszając ramionami.
–Znasz wszystkich? – Ania się uśmiechnęła.
–Szczawnica jest mała. Znam to miasto jak własną kieszeń. – Nachylił się. – Ale jeśli chcesz zjeść dobrą kolację, to jutro nie tutaj. Pójdziemy do Halki. Mają jedzenie na wagę, ale robią to z klasą: pieczone warzywa, dorsz z masłem szałwiowym, kluski jak u babci. A wieczorem dancing. Muzyka nie młóci, tylko niesie. Zatańczymy?
Słowo „zatańczymy” zawirowało nad stołem jak piórko. Ania przez sekundę widziała już siebie na parkiecie – lekką, ogłuszoną od spraw świata. Ale obraz pękł, gdy dostrzegła, że mężczyzna z końca sali – Michał – zerknął w ich stronę. Nie dłużej niż trzeba, a jednak wystarczająco, by poczuła w tym spojrzeniu znak interpunkcyjny: pytajnik, może zawias nowego zdania.
Kelner postawił herbatę przy stoliku Michała. Para uniosła się jak mgiełka nad Homolami o świcie. Ania westchnęła; przyszedł jej do głowy Wąwóz Homole z przewodników w recepcji, te zielone zakosy, drewniane kładki, wodny szept między głazami. A zaraz potem Trzy Korony, jak obietnica. I jeszcze plakat przy windzie: „biuro turystyki Szczawnica – wycieczki codziennie! Chochołowskie Termy, jaskinie Słowackiego Krasu, Trzy Korony, Wąwóz Homole.” Żółty kartonik, czarne litery, intrygująco precyzyjny rozkład godzin.
–PCT organizuje jutro wyjazd na termy – powiedziała na głos, bardziej do siebie niż do Wojtka. – Przydałoby się ciepło.
–Termy to towarzyski kocioł – prychnął lekko. – Za dużo ludzi, za mało wody. Ale jeśli chcesz, mogę ci pokazać coś lepszego.
–Lepszego niż gorąca woda w październiku? – uśmiech drgnął jej w kąciku ust.
–Jazz Bar w Dworku. Dziś gra TATO. Znasz go? Gość ma ucho, miesza klasykę z elektroniką, a parkiet sam robi się sprężysty.
Słowo „TATO” w tej sali zabrzmiało jak kryptonim. Ania uświadomiła sobie, że potrzebuje rytmu tak samo jak ciepła. Ale cokolwiek miało się wydarzyć w Jazz Barze, wolała nic nie zakładać. Zbyt szybko można się pomylić, zbyt łatwo – uwierzyć, że ktoś coś obiecuje, kiedy tylko sprzedaje klimat.
–A pan? – zwróciła się do kelnera, który właśnie dolewał im wody. – Wie pan coś o tych wycieczkach z biurem PCT?
Kelner, młody chłopak z piegami, rozpromienił się. – Jasne. Jutro Chochołowskie Termy, wyjazd o 9:00 spod DZWONECZKA. Pojutrze jaskinie na Słowacji, w środę Trzy Korony, a w czwartek Homole. To dobra ekipa, pani się nie zawiedzie. Można się dopisać u nas na liście.
–Słyszałaś – skwitował Wojtek, jakby sprawa była załatwiona. – A dziś… Jaz?
Zanim odpowiedziała, stało się coś prozaicznie ważnego: podłoga jęknęła pod czyimiś krokami, a przy ich stoliku stanął… Michał.
–Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział cicho. – Czy mogę o coś zapytać? – Miał głos niski, łagodny. – Pani też nowa? Widzę plik materiałów z rejestracji.
Ania skinęła. – Dzisiaj przyjechałam.
–Ja też. – Uśmiechnął się niepewnie. – I… wolę pytać niż błądzić. Czy ta lista biura PCT jest u recepcji czy w restauracji? Bo plakat mówi jedno, a pan z ochrony – drugie.
Wojtek wykonał dyskretny ruch brwią, jakby mówił: „Serio?” Ale Ania poczuła, że chce pomóc, choćby z przekory wobec tej brwi.
–Chodźmy razem – zaproponowała. – I tak miałam zapytać.
Wyszli we troje. Korytarz pachniał drewnem i starą politurą. Na końcu, obok okna, wisiał żółty kartonik z logo biura PCT. Pod nim – zeszyt w kratkę, długopis przywiązany do biurka sznurkiem. Michał odłożył teczkę i wpisał się starannym pismem: „Michał Sawicki – Chochołowskie Termy – 9:00”. Ania też dopisała swoje imię. Pióro drapało cicho.
–Decyzja szybka – mruknął Wojtek. – Myślałem, że dziś Jaz Bar, a jutro odpoczynek.
–Mogą być i termy, i taniec – odparła bez wahania. – Szczawnica jest od tego, żeby żyć. – Uśmiechnęła się, bo zdała sobie sprawę, że użyła jego tonu: zuchwałego, lekko zaczepnego.
Michał spojrzał na nią wdzięcznie. – Dziękuję. – Po chwili dodał: – A skoro o tańcu mowa, słyszałem o miejscu w mieście…Halka? „Jedzenie na wagę”, a wieczorami dancingi. To prawda? Trochę to brzmi jak żart.
–Prawda – odpowiedział Wojtek za szybko. – I bardzo dobry żart, dopóki nie spróbujesz klusek. Jutro – Halka, dziś –Jaz Bar. Tak to widzę. – Spojrzał na Anię. – Co ty na to?
Michał nie drążył. A mimo to Ania wyczuła, że w jego milczeniu rodzi się cicha rywalizacja. Nie taka, co trzaska drzwiami; raczej taka, co zakłada długą grę. I nagle wiedziała, że to, co miało być „sanatorium i spokój”, zaczyna przeobrażać się w opowieść, w której kroki stawia się po linie.
Wieczorne powietrze było chłodne, czyste jak dzwonek na wejściu do kapliczki. Dworek Gościnny mieścił w sobie Jaz Bar jak serce w klatce – pulsował ciepłem i rytmem. W środku, pod łukami, gęstniało od rozmów i muzyki. DJ TATO w białej bejsbolówce pochylał się nad mikserem, splatając stary soul z nowymi bitami. Bas miękko obejmował biodra, a werbel przestawiał myśli na parkiet.
–Tańczymy? – Wojtek wyciągnął rękę.
Ania skinęła. Nie dlatego, że trzeba – dlatego, że ciało już było po drugiej stronie. Weszli w rytm płynnie, jakby ktoś ich wcześniej przetrenował. Wojtek prowadził pewnie, może zbyt pewnie; czasem nie pytał, tylko decydował. Z kolei Michał – który w pierwszej chwili został przy barze – wszedł na parkiet dopiero, kiedy TATO wpuścił w set smyczki. Zatańczył jak mężczyzna, który nie musi udowadniać kroku: prosty walc wyciągnięty z elektronicznej tkanki. Było w tym coś rozbrajającego. Dziewczyna śmiała się sama do siebie na zmianę – bo zaskoczenie mieszało się z ulgą. Może wcale nie musi „wybierać” już teraz.
–Widzisz? – krzyknął jej do ucha Wojtek. – Mówiłem, że parkiet sam się robi.
–Widziałam – odkrzyknęła.
Po trzech kawałkach poprosiła o oddech i wyszła na taras. Noc ślizgała się po dachach, w oddali Biała Woda szeptała o kamieniach. Wtedy drzwi uchyliły się miękko –to był Michał.
–Dziękuję za listę biura PCT – powiedział. – Bez ciebie szukałbym jej jutro pół dnia. – Zawahał się. – A tak w ogóle… widziałem panią wcześniej. Na Dworcu PKS. Pas z walizki się pani zsunął. Już chciałem podbiec, ale pierwszy był taksówkarz.
–Naprawdę? – zdumiała się. – Nic nie zauważyłam.
–Ja zauważyłem. – Uśmiech, drobny i nieśmiały. – Czasem za dużo zauważam. To kłopot.
–A czasem dar – przyznała.
Cisza nie była niezręczna. Bardziej – pojednawcza.
Gdy wrócili do środka,TATO zagrał niespodziewanie wolno. Wojtek od razu stanął przed Anią. – Pozwolisz? – zapytał. Było w tym coś „sprawiedliwego”: prośba zamiast decyzji. I w tej chwili, lżejszej niż poprzednie, Ania pomyślała, że może to jest jej Szczawnica – nie do podziału między dwóch mężczyzn, tylko do odzyskania siebie. A męska rywalizacja? Niech płynie, byle nie robiła sztormu.
Nazajutrz w autobusie biura PCT pachniało kawą z termosów i nową mapą. Pilotka – pani w zielonym soft shellu – rozdawała opaski. – Chochołowskie Termy, kochani. Wyjazd o dziewiątej, powrót o siedemnastej. Po drodze opowiem o regionie, a chętnych na jaskinie na Słowacji proszę o podpisy na liście. W środę Trzy Korony, w czwartek Homole. – Mówiła pogodnie, prosto, pewnie.
Ania usiadła przy oknie. Obok – wolne miejsce. Michał stanął w przejściu z kubkiem. – Zajęte?
–Tylko przez przypadek – odparła.
Uśmiechnął się i usiadł. Wojtek przyszedł chwilę później i zajął miejsce rząd dalej, pod kątem, z którego doskonale widać było Anię i Michała. Przez moment pomyślała, że to będzie niewinne – przekomarzanie, żarty. Ale kiedy autobus szarpnął, a telefon w kieszeni zawibrował, zobaczyła na ekranie wiadomość od numeru, którego nie miała w kontaktach:
„Zobaczysz, że Szczawnica bywa mniejsza, niż się wydaje. Podpisano,,– W.”
Nie poprosiła Wojtka o wyjaśnienie. Odłożyła telefon do torebki, patrząc w okno na drzewa gaszone mgłą. Bo cokolwiek ten SMS znaczył, Ania nie chciała dać się zasznurować sugestiom. Przyjechała do DZWONECZKA odpocząć – i to też będzie częścią tej historii. Ale równie prawdziwe było drżenie w łopatkach: coś się zaczyna; coś, co może przemienić ciepło term w temperaturę serca.
Woda w Chochołowie parowała jak z górskiego kociołka. Ania zanurzyła się po szyję. Michał wypłynął obok, w bezpiecznej odległości.
–Wiesz – powiedział po chwili – ludzie trafiają do sanatoriów z różnych powodów. Czasem trzeba zregenerować kolano. Czasem – pamięć.
–A ty?
–Jedno i drugie – uśmiechnął się krótko. – Ale o tym później.
Później – myśl zanurkowała głęboko, jakby właśnie tam, w ciepłej wodzie, miała zacząć rosnąć. A potem, już przy wyjściu, Ania poczuła nagle impuls: spojrzała na ekran i zobaczyła, że Wojtek wrzucił na swój profil wideo z poprzedniego wieczoru. Parkiet, ona, Michał w tle. Podpis brzmiał: „Jaz Bar. DJ TATO w formie. Kto nie tańczył, ten nie żył.” Publiczne. Widoczne. Seria lajków leciała jak koniki polne.
Nie powinna była poczuć ukłucia. A jednak. Prywatne chwile, jarzeniowe światło, czyjaś dłoń na plecach – wyciągnięte jak pranie na sznurku. To nie była zdrada, nie jeszcze; ale było to pierwsze naruszenie czegoś, co dopiero się rodziło. Czegoś delikatnego jak mgła nad Dunajcem.
–Coś nie tak? – zapytał Michał.
–Nic – skłamała.
I zrozumiała, że w Szczawnicy trzeba będzie nie tylko wybierać, z kim tańczy, ale i kiedy mówi „tak”, a kiedy mówi „nie”.
Wieczorem wrócili do DZWONECZKA, a w recepcji leżał już nowy plan wycieczek biura PCT. Na czwartek – Homole; na piątek –jaskinie na Słowacji; w sobotę – Trzy Korony. A pod spodem – przyklejona notka o „Halkę – dancing od 19:00, kuchnia wagowa do 21:00”. Kierownik, ten z ciepłym spojrzeniem i sekretami w zmarszczkach, skinął do Ani, jakby mówił: „Proszę iść. Miasto czeka.”
W pokoju Ania położyła telefon na parapecie. Krople deszczu składały się w rytm. Pomyślała o Wojtku: o szybkości, z jaką zagarnia świat. Pomyślała o Michale: o spokoju, który stawia małe, pewne mosty. A potem – o sobie, o kobiecie, która przyjechała tu, żeby znaleźć miłość albo siebie; może jedno przez drugie.
Tego wieczoru zasnęła z wyciągniętą ręką – jakby trzymała niewidzialną dłoń, jeszcze nie wiedząc czyją.
Deszczowy dzień rozsunął się jak ciężka kurtyna, a pod wieczór Szczawnica wypolerowała swoje witryny. Na bulwarze mignęła reklama „Halka – kuchnia wagowa, dancing od 19:00”, a z wnętrza lokalu sączył się gwar, który nie męczył – raczej zapraszał. Ania, w granatowej sukience z wąską talią, poprawiła włosy w odblasku szyby i złapała oddech, jak przed wejściem na scenę. Z boku pojawił się Wojtek – znów o krok szybszy, z tym swoim czujnym uśmiechem, który potrafił zamienić wątpliwość w obietnicę.
–Gotowa? – zapytał. – Dziś wagowo, ale elegancko. Pokażę ci, jak się smaków nie przelicza na gramy.
–A tańce? – upewniła się.
–Będą. W Halce tańczą nawet ci, którzy przysięgali, że mają dwie lewe nogi.
Weszli. Zapachy przeniosły ich jak łagodny prąd: pieczona dynia z rozmarynem, barszcz z jabłkiem, schab z majerankiem, dorsz z pietruszkowym masłem, makaron z grzybami, sałatki połyskujące jak ogrody po deszczu. Bufet lśnił, a przy nim waga – bezlitosna i sprawiedliwa. Ania najpierw patrzyła, dopiero potem nakładała: plaster pieczeni, łyżka buraczków, kilka pieczarek, pieczone ziemniaki z papryką. Na końcu deser – sernik, cieniutki jak szept. Wojtek skomponował talerz tak, jak tańczył: pewnie, bez zawahania, jakby znał tu każdy smak z osobna i wszystkie razem.
–Za Szczawnicę – powiedział, stukając się z nią kieliszkiem nalewki. – I za DZWONECZEK, który umie sprowadzić ludzi w odpowiednie miejsce o odpowiednim czasie.
–I za biuro PCT – dodała z uśmiechem. – Bo jutro jadę z nimi w góry albo do jaskiń, jeszcze nie wiem. – Celowo użyła liczby mnogiej, jakby w tych planach miał się już mieścić nie tylko jeden towarzysz.
Wojtek skinął, ale w jego oczach przemknęło coś, co przypominało ostrze pod jedwabiem.
Muzyka z głośników była na razie towarzyska, nieinwazyjna. Kelnerzy posyłali sobie uśmiechy, starsze małżeństwa siedziały blisko, jakby wciąż chciały pamiętać ciepło dłoni. W drzwiach stanął Michał – późniejszy, jak zawsze. Płaszcz odwiesił uważnie, jakby odkładał cięższą wersję siebie. Zauważył Anię i tylko kiwnął głową – żadnej przesady. To kiwnięcie Ania poczuła aż w mostku: prostota, która nie żąda nic w zamian.
–Chodź po więcej, zanim uruchomią parkiet – rzucił Wojtek, a potem dodał już ciszej: – Niech on nie myśli, że zostawiam cię bez opieki.
–Nie potrzebuję opiekuna – odparła łagodnie.
–Wiem – uśmiechnął się – ale rycerzowi czasem trzeba pozwolić włożyć hełm.
Wzięła jeszcze odrobinę pieczonej dyni. Kąt oka zarejestrował, jak Michał staje przy bufecie. Był ostrożny; smakował jak ktoś, kto wraca do życia powoli, bez fanfar. Płacił w milczeniu, potem usiadł sam – dwa stoliki dalej, skosem. Nie zasłaniał jej pola widzenia. Nie robił nic, co byłoby ruchem na planszy. A jednak obecność Michała zmieniała gęstość powietrza.
–Po kolacji taniec – obwieściła prowadząca, kobieta w srebrnym żakiecie. – Zaczniemy wolniej, żeby żołądki miały czas! A potem zobaczymy, kogo musicie trzymać za rękę do rana.
Śmiech zlał się w falę. Podłoga zadrżała. Pięciotakt, w którym nogi pamiętały, że są od radości.
Wojtek poprowadził Anię niepodważalnie, jakby ich kroki były wspólnym planem miasta. Obroty były czyste, ruchy lekkie, a wokół nich wstawał dywan z rozmów, gwaru, przytupów. Ania oddała mu prowadzenie – to było łatwe, słodkie jak miąższ brzoskwini. A jednak przy czwartym utworze dostrzegła, że jego telefon, zostawiony na stole, rozświetla się co chwilę. Zajrzała tam tylko przez ułamek, w rytm obrotu: „K. ❤️: Będziesz? Tęsknię. Nie każ mi czekać.” Potem kolejne: „K. ❤️: Pamiętasz nasze piątki?”
Uścisk na talii Wojtka stał się twardszy, jakby wyczuł, że coś się zmieniło. Kiedy melodia przygasła, wrócili do stolika. Wojtek wziął telefon odruchowo, ale tak, by widziała. Nie ukrywał. Albo – udawał, że nie ma czego.
–Wszystko w porządku? – zapytała.
–Praca – odparł zbyt szybko. – Klientka. – Wahał się pół sekundy. – Klaudia. Z Krakowa.
–Z serduszkiem?
–Mamy… swój język. – Uśmiechnął się niby nonszalancko, ale mięsień przy jego żuchwie zdradził napięcie.
Ania nie odpowiedziała. Zamiast tego spojrzała na parkiet. W tym samym momencie Michał podszedł do prowadzącej, coś szepnął, a po chwili rozbrzmiała piosenka, której nie sposób było nie kochać: powolna, z czystą linią, od której ciało prostowało się samo. Michał stanął przed Anią. Nie od razu wyciągnął dłoń; najpierw popatrzył tak, jakby pytał o zgodę na coś więcej niż taniec.
–Mogę? – zapytał.
Wojtek zamarł, ale nie zareagował. Tylko odsunął krzesło, i to odsunięcie brzmiało jak zarzut. Ania wstała.
Kroki Michała były spokojne, troskliwe. Nie „prowadził”, raczej prosił ruch o współpracę. W tym tańcu nie było nic z rywalizacji, która twardnieje między łopatkami. Było tylko zaufanie: ty zrobisz to, ja zrobię tamto, spotkamy się w pół kroku.
–Masz dziś w oczach wiatr – powiedział cicho.
–Szczawnica tak działa – uśmiechnęła się, a potem dodała, jakby we śnie: – A czasem ludzie.
Wojtek patrzył. Jego telefon znów zamigotał. „K. ❤️: W Dworku dzisiaj TATO. Wiesz. Potrafisz być dwa miejsca naraz?” Ania nie widziała treści, ale słyszała w sobie echo: Jaz Bar. Dworek. DJ TATO. Świat wieczoru rozdwajał się jak rzeka przy kamieniu. Z jednej strony Halka, tańce, uśmiech, jedzenie na wagę; z drugiej – puls miasta, sety TATO, parkiet, gdzie łzy zdarzają się równie często jak pocałunki.
Kiedy utwór dobiegł końca, Ania i Michał wrócili do stolika. Na krześle Wojtka leżała już kurtka – znak, że się zbiera.
–Coś się dzieje? – zapytała najspokojniej, jak umiała.
–Dostałem telefon – skłamał i nie skłamał równocześnie, bo telefon dzwonił. – Muszę skoczyć na chwilę do Dworku. Sprawdzę coś w Jaz Barze. TATO gra, znam organizatorów, była drobna awaria, prosili mnie o pomoc. – Uśmiechnął się, ale uśmiech nie sięgnął oczu. – Wrócę.
–Jasne – powiedziała Ania.
–Odprowadzę cię potem do DZWONECZKA – dodał pospiesznie, jakby chciał przykryć lęk kołdrą. – Zaufaj mi.
–Czasem lepiej zaufać rytmowi – wtrącił półżartem Michał, ale natychmiast spoważniał. – Przepraszam.
Wojtek skinął mu chłodno i wyszedł. Drzwi zamknęły się miękko, niemal czułe. Przez moment Ania usłyszała tylko krople w rynnach, jak ziarna przesypywane z dłoni do dłoni. Potem muzyka znów przywróciła barwy.
Pomiędzy kolejnymi tańcami Ania sprawdziła telefon. Wiadomości brak. Weszła na profil Wojtka – odruch, który sama w sobie potępiła. Nic nowego. Ulga spadła jak lekki płaszcz na ramiona. „Nie będę detektywem” – pomyślała. „Przyjechałam tu oddychać.”
–Zatańczysz jeszcze? – Michał nie naciskał. Stawał do niej frontem swoją ciszą.
–Jeszcze jeden.
Tańczyli tak, jak rozmawia się po długiej drodze: powoli, oszczędnie, przytomnie. Ania zaczęła rozróżniać drobne rzeczy: jak słucha, kiedy nie mówi; jak czeka pół uderzenia, aby nie urwać jej kroku; jak się uśmiecha bez potrzeby bycia zabawnym.
–Wiesz – powiedział wreszcie – każdy ma swoje „K.”. Literę, która coś ukrywa. Jeśli to coś jest ważne, prędzej czy później pokaże się samo.
–A twoja litera?
– „M.” – odpowiedział, biorąc wdech. – Jak „Michał”. Uczę się, żeby nic za nią nie chować.
Kiedy wrócili do stołu, zobaczyli kierownika Halki, jak nagle nawołuje obsługę, ktoś w kuchni woła o ściereczki, a w przejściu robi się zamieszanie. Ania bezwiednie obejrzała się do tyłu: w korytarzu mignęła sylwetka Wojtka. Stał półskręcony do wejścia, z pochyloną głową, blisko drobnej brunetki w czerwonej kurtce. Mówił szybko, bardzo blisko jej ucha. Brunetka dotknęła jego przedramienia odruchowo, jak się dotyka kogoś, kto właśnie obiecał ratunek. Kątem oka dziewczyna zobaczyła też telefon w dłoni Wojtka – serduszko przy „K.” błysnęło neonowi. Brunetka uniosła twarz; słowo, które złożyły jej usta, wyglądało na „wreszcie”.
To nie był pocałunek. To nie była zdrada. Ale dokładnie w tym miejscu wewnątrz Ani coś pękło minimalnie, jak szkło, które jeszcze trzyma kształt, tylko zaczyna grać własną melodię. Spojrzała na Michała. Nie zapytał, co widzi; wystarczyło, że towarzyszył.
–Chcesz wyjść na chwilę? – zaproponował.
–Chcę zatańczyć jeszcze raz – odparła z uporem, który ją samą zdziwił. – Potem wyjdziemy.
Grali szybciej, pewniej. Pary wirowały jak liście, którym ktoś przypomniał o niebie. Ania tańczyła tak, żeby poczuć własne kości, własną skórę, własny uśmiech. A jednak obraz z korytarza wracał: czerwony kaptur kurtki, bliskość głów, neonowy błysk serduszka. Na ostatnim takcie poczuła znów trzeźwość. Zatrzymała się, dziękując gestem Michałowi, i wyszła do holu.
Wojtek z brunetką już zniknęli. Został jedynie zapach perfum, ciepły, miodowy, oraz ślad wilgoci na kamiennej posadzce. W drzwiach mignęła kurtka Wojtka; wybiegł z telefonem przy uchu. – Zaraz wrócę! – rzucił w przestrzeń, do nikogo konkretnego. – Dajcie mi dziesięć minut!
Ania wróciła do sali. Kelner przyniósł herbatę z cytryną, jakby przeczuł. – Na rozgrzanie – powiedział. – Na nastrój.
–Dziękuję – uśmiechnęła się.
Michał milczał. „Nie pytaj mnie teraz, co czuję” – pomyślała i poczuła, że on to milczenie rozumie. Błahy cud.
Po kwadransie Wojtek wrócił. Na policzkach miał rumieniec, oddech krótki, w oczach iskry. Usiadł, jakby nic się nie wydarzyło. – Wszystko ogarnięte – oznajmił. – W Jaz Barze poszła nagłośnieniowa pierdoła. TATO gra dalej, parkiet żyje. – Roześmiał się, ale śmiech zabrzmiał jak metalowa zabawka.
–Dobrze, że zdążyłeś – powiedziała Ania.
–Zawsze zdążę – odparł, i to „zawsze” zaiskrzyło jak zapowiedź, której nieproszony świadek zbladłby w świetle dnia.
Zamówili deser – karmelizowane jabłka, cynamon i lody. Ania próbowała zapamiętać smak, żeby przykrył wspomnienie obrazu w korytarzu. Wtedy telefon zawibrował. Jej telefon. Wiadomość od nieznanego numeru: „Widzimy się za dziesięć? – K.” Serce zrobiło salto. To nie do niej. To do Wojtka. Ale przyszło do niej.
Chwilę zajęło jej zrozumienie: brunetka w czerwonej kurtce musiała w biegu podyktować jej numer, a Wojtek – w pośpiechu – wpisał go źle do telefonu i wysłała wiadomość pod niewłaściwy kontakt. „K.” pisała do niego, trafiła do niej. Ironia, która nie potrzebowała komentarza.
Ania schowała ekran powoli. Pomyślała o tym, co powiedział Michał: „Każdy ma swoje ‘K.’, które coś ukrywa. Jeśli to coś jest ważne, pokaże się samo.” I właśnie się pokazało. Prosto, nieelegancko, bez pretekstu.
–Jesteś blada – stwierdził Wojtek, naprawdę zaniepokojony. – Źle się czujesz?
–W sam raz – odpowiedziała. – Po prostu… myślę, że na dziś tańców dość.
Zapłacili. Ulica połyskiwała wodą. Wiatr niósł cichą muzykę, a latarnie rysowały na asfalcie drżące elipsy. Doszli do rozjazdu: w prawo DZWONECZEK, w lewo Dworek i Jaz Bar.
–Odprowadzę cię – powiedział Wojtek.
–Wrócę z Michałem – Ania spojrzała mu w oczy. – Ty pewnie masz jeszcze sprawy w Dworku.
Po raz pierwszy zabrakło mu szybkiej odpowiedzi. – Masz do mnie żal?
–Jeszcze nie – odparła. – Ale nie każ mi zgadywać. Zgadywanki są dla dzieci.
Popatrzył na nią jak na kogoś, kto odebrał mu ulubioną zabawkę po to, by nauczyć go grać na instrumencie. Skinął krótko i odszedł w stronę Dworku. Wkrótce zniknął za rogiem.
Michał nie skomentował. Ruszyli powoli, ramię w ramię, w stronę DZWONECZKA. Gdy mijali plakat biura PCT, Ania zatrzymała się na sekundę. „Środa – Trzy Korony. Czwartek – Homole. Piątek – Jaskinie Słowackie. Sobota – Chochołowskie Termy.” Plan tygodnia brzmiał jak kołysanka, jak rękojmia, że świat ma strukturę, nawet gdy serce wybija własny rytm.
–Na co się zapisujemy jutro? – spytał Michał.
–Na ciszę z wysokością – odparła. – Trzy Korony.
–Dobrze – po chwili powiedział. – Z wysokości zdrady i pomyłki wyglądają inaczej.
–A skąd wiesz, że jest zdrada? – podniosła brwi.
–Nie wiem. Mówię o słowie, które wkurza, bo tańczy blisko słowa „podejrzenie”. A „podejrzenie” odcina mu tlen.
Ania parsknęła śmiechem, krótkim i wdzięcznym. W głowie zadzwoniły dzwoneczki – te z szyldu sanatorium, i te, które posiało w niej życie: „Wracaj do wytycznych – pamiętaj, gdzie jesteś, w Szczawnicy, w DZWONECZKU; masz romans, masz rywalizację, masz Halkę, masz Jaz Bar. To się splata, to cię prowadzi.”
Przy wejściu do sanatorium kierownik stał jak latarnia. – Dobrze się tańczyło? – zapytał.
–Dobrze – odpowiedziała Ania. – I wystarczająco.
–A jutro? – Zawiesił głos.
– Trzy Korony – powiedziała.
–To dobrze. Z wysokości pewne rzeczy widać jaśniej – rzekł kierownik i uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy znają mapy miasta i ludzi lepiej, niż to wypada.
W pokoju Ania usiadła na łóżku i wyciągnęła telefon. Wiadomość od „K.” wciąż czekała, absurdalna i oczywista. Skasować? Odpisać: „Pomyłka”? Zostawić jak kamień w kieszeni, który przypomina o brzegu?
Napisała: „Pomyłka. To nie ten numer.” I dodała – sama nie wiedząc po co: „Powodzenia w Dworku.” Wysłała. Odłożyła telefon ekranem do dołu. Okno przymknęła na szczelinę, żeby słyszeć noc. Noc śpiewała: rzeką, drzewami, dalekim śmiechem z miasta. Gdzieś między tym wszystkim DJ TATO wycinał w powietrzu rytmy dla tych, którzy czuli się jeszcze na tyle młodzi, by przetańczyć kłopot.
Ania zasnęła późno. Śniła o wagach, które mierzą coś, czego nie widać. O dłoniach, które prowadzą i o tych, które pytają. A poranek miał przynieść wysokość – i może nową miarę.ROZDZIAŁ 2. TRZY KORONY — GRANICA ZAUFANIA
Autobus biura PCT ruszył spod DZWONECZKA o 8:58, jakby chciał udowodnić, że w Szczawnicy czas też bywa punktualny. Kierownik turnusu kiwał ludziom na do widzenia, a Ania siedziała
przy oknie, z kubkiem kawy w dłoni i z tą kruchą gotowością, którą przynoszą góry: wszystko może się wydarzyć, ale najlepiej, jeśli wydarzy się we właściwym tempie. Po wczorajszej Halce — jedzeniu na wagę, tańcach i tym cieniu na korytarzu, gdzie Wojtek zniknął z brunetką „K.”, a neonowe serduszko zamigotało jak sygnał do odwrotu — dziewczyna tęskniła za powietrzem, które nie pachnie niczym innym poza wodą i lasem.
–Bilety, opaski, lista powrotna – zaśmiała się pilotka w zielonym soft shellu, ta sama co na Chochołowie. – Kochani, dzisiaj Trzy Korony. Zaczniemy spokojnie. Pogoda: mgła, ale dobra widoczność niżej. Z góry… zobaczymy. A jak wiadomo, w Pieninach nawet „zobaczymy” bywa warte drogi.
Michał usiadł obok, z tą swoją ciszą, która nie milknie, tylko daje przestrzeń. Pachniał deszczem i czymś jak świeże drewno. Pomyślała, że w DZWONECZKU nie ma takiego zapachu — tam dominuje politura i dzwonki kręcące się w przeciągu. Spojrzała mu w oczy i nie musieli mówić: oboje pamiętali wczorajszą noc, jej równowagę i nagłe ukłucie. Oboje wiedzieli, że dzisiaj szukają równowagi w innym miejscu.
–Jak spaliśmy? – zapytał cicho, gdy autobus minął tablicę z nazwą Krościenko.
–Jak po długim pływaniu. Ciężko, ale ciało dziękowało – uśmiechnęła się. –A t y?
–Z przerwami. Niektóre noce bardziej słuchają niż śpią.
–I co usłyszały?
–Że… warto iść. Bez wielkich planów, ale iść.
Ktoś z tyłu opowiadał o Wąwozie Homole, ktoś inny – o planowanych jaskiniach na Słowacji.
Wysiedli na parkingu jeszcze wysrebrzonym rosą. Szlak z początku obiecywał łagodność — łąki zawieszone w półśnie, strumień, który mówił szeptem, a nie krzykiem. Grupa rozciągnęła się jak gumka w starych spodniach — każdy znalazł swój rytm. Pilotka szła przodem z ręką wzniesioną do góry; w dłoni miała małą chorągiewkę biura PCT, która trzepotała jak mały, zuchwały ptak.
–Idźmy wolniej – zaproponował Michał, kiedy pierwsze podejście rozgrzało płuca. – Mamy czas. – Dobrze – odparła z ulgą. – Dzisiaj nie chcę niczego gonić. Ani siebie.
Szli obok siebie. Nie dotykali się, ale obecność Michała była jak kij trekingowy — niekonieczny, a jednak przyjemny w dłoni. Mijali niewysokie brzózki i wysokie milczenia. Dało się słyszeć kroki.
Kiedy dotarli do pierwszego wypłaszczenia, pilotka odwróciła się do grupy z szerokim uśmiechem.
–Kochani! – zawołała. – Mamy dla was niespodziankę od biura. Bonus, tak zwany prezent od losu: zwiedzimy dziś Krościenko. Nie tylko przejdziemy szlak, ale ruszymy też tropem miejscowej historii. Zobaczycie kościółek Wszystkich Świętych, izbę regionalną i stary cmentarz. To mało znane, a naprawdę wyjątkowe miejsca.
Grupa zareagowała szmerem zaciekawienia. Ktoś mruknął: „W końcu coś konkretnego”, ktoś inny: „A będzie czas na zdjęcia?”, a jakaś starsza pani przejęła się do tego stopnia, że już wyciągała aparat, choć przed nimi wciąż była tylko ścieżka i dwa krzewy jałowca.
Kościółek objawił się im za zakrętem jak coś, co wyrasta z czasu, a nie z ziemi. Pilotka poprowadziła ich przez niewielkie podwórze, a potem do środka.
–Tu proszę uważać, stopień niski, ale zdradliwy – rzuciła rutynowo.
Wnętrze było chłodne i pachniało drewnem, jakby stulecia nie upływały, tylko powoli osiadały w powietrzu.
–To najstarsza część Krościenka – zaczęła szeptem pilotka, jakby bała się obudzić przodków. – Prezbiterium pochodzi z XIV wieku. Mamy tu połączenie gotyckiej bryły z barokowymi detalami. A ta chrzcielnica… proszę spojrzeć.
Ludzie zbliżyli się, robiąc półkole.
–Piętnastowieczna, kamienna, podarowana przez króla Jana Olbrachta w 1493 roku. Widzicie orła Jagiellonów? I herby wokoło? – Ktoś przyklęknął, żeby zobaczyć lepiej.
– A polichromie? – zapytała młoda dziewczyna.
– O właśnie – pilotka podniosła wzrok. – Bezcenne. XIV–XV wiek. Sceny biblijne, które cudem przetrwały. A do tego barokowe stacje Drogi Krzyżowej, malowane na desce, XVII–XVIII wiek.
Ktoś spytał:
– A te witraże takie… nowoczesne?
– Tak. Zaprojektowane przez Edwarda Kwiatkowskiego w latach 1964–1966 na milenium chrztu Polski. Krościenko potrafi połączyć epoki lepiej niż niejeden architekt.
Grupa trwała przez chwilę w cichym zdumieniu, jakby coś odrywało się od przeszłości i osiadało na ich ramionach.
Tuż obok kościoła znajdowała się stara plebania, dziś Izba Regionalna. Weszli do środka, a drzwi zapiszczały tak, jak piszczą tylko rzeczy z historią.
W izbie pachniało kurzem, lnianą tkaniną i czymś jeszcze — może czasem, może solą ze starych narzędzi.
–To było serce Krościenka – powiedziała pilotka. – Zgromadzono tu stroje, narzędzia, przedmioty codziennego użytku. Zobaczycie, jak wyglądały dawne domy, jak pracowano, jak świętowano.
–A te sanie? – zapytał mężczyzna w czapce z daszkiem.
– Oryginalne, używane do zwożenia drewna z Pienin.
– A to? – wskazała starsza pani na masywny kocioł.
– W nim robiono pranie. Ciężkie, mozolne. Nikt tu nie znał słowa „pralka automatyczna”.
Grupa przechadzała się między eksponatami, jakby w każdym z nich ukryta była drobna cząstka ludzi, którzy tu żyli.
Potem poszli na stary cmentarz. Leżał nie opodal, cichy, jakby pilnował Krościenka od góry.
–Powstał w 1788 roku – opowiadała pilotka. – Pożar zniszczył dawny cmentarz przykościelny, więc założono nowy. Ostatni pochówek miał miejsce w 1897 roku.
Michał dotknął palcami zardzewiałej tabliczki.
– Ile osób tu leży?
– Około pięciu tysięcy – odparła pilotka. – A tam, w centrum, obelisk po grobie Hieronima Dziewolskiego i jego żony Anny. Tu obok – grób powstańca styczniowego, Józefa Nałęcza-Hakowskiego. A tamten pomnik z trzema krzyżami to mauzoleum upamiętniające ofiary zbrodni hitlerowskich.
Wiatr poruszył suchą gałąź, a dźwięk zabrzmiał jak westchnienie.
–A legenda o świętej Kindze? – zapytało nagle dziecko, trzymające matkę za rękę. – To tu też?
Pilotka uśmiechnęła się, jakby na to czekała.
–Oczywiście. Kinga uciekała tędy przed Tatarami. Kiedy usłyszała, że są tuż za nią, rzuciła za siebie grzebień — z ziemi wyrosły gęste lasy. Potem, gdy znów zaczęli ją dopędzać, rzuciła perłowy różaniec i zrosły się z ziemią białe, wapienne skały Pienin. Tatarzy nie ustępowali — więc rzuciła zwierciadełko. Rozprysło się i zamieniło w wodę. Woda płynęła za nią, aż Dunajec przegryzł się przez skały. Tak dotarła św. Kinga do zamku w Pieninach, a krajobraz, który widzicie, to podobno pamiątka po jej ucieczce.
Dziecko patrzyło szeroko otwartymi oczami, jakby widziało to wszystko naprawdę.
Michał i ona spojrzeli po sobie — jakby legenda mogła być metaforą czegoś ich własnego, czego jeszcze nie nazwali.
Kiedy opowieść o świętej Kindze ucichła, a echo jej legendy jakby zawisło w powietrzu nad starym cmentarzem, pilotka spojrzała na grupę z lekkim uśmiechem.
–Skoro byliśmy już w świecie historii i legend… czas, byśmy wrócili do czegoś bardzo prawdziwego – do wód, które od stuleci uzdrawiają ludzi. W Krościenku mamy trzy źródła, choć tylko dwa są oficjalnie znane.
Mężczyzna w czapce z daszkiem uniósł brwi.
– Trzy? A przecież wszędzie piszą tylko o „Stefanie” i „Michalinie”.
–No właśnie – pilotka skinęła głową. – „Stefan” i „Michalina” to nasze słynne szczawy. A trzecie… trzecie jest trochę jak cień legendy, trochę jak tajemnica. Ale po kolei.
Ruszyli ścieżką w dół, w stronę drzew porastających podnóże Stajkowej Góry. Ziemia tu pachniała wilgocią i żywicą.
–Widzicie tę altanę? – wskazała pilotka. – Tu zaczynał się cały ruch uzdrowiskowy Krościenka. W 1827 roku zagospodarowano oba źródła. Postawiono niewielkie łazienki, ocembrowano ujęcia, a wodę zaczęto wywozić aż do Krakowa i Lwowa.
–I to wszystko z tak małych źródeł? – zdziwiła się starsza pani.
–Małe, ale mocne – odparła przewodniczka. – W 1859 roku doktor Dietl, jeden z największych znawców wód mineralnych w Europie, sam tu przyjechał. Komisja Balneologiczna uznała potem Krościenko za zdrojowisko. A w 1934 roku – oficjalnie za Uzdrowisko Krajowe.
Michał zatrzymał się przy balustradzie.
–Ale skoro tak, czemu nie stało się kurortem jak Szczawnica?
Pilotka wzruszyła ramionami.
–Za mała wydajność źródeł. Wielkie marzenia, zbyt skromny wydatek wody. „Stefan” i „Michalina” dawały cudowną szczawę, ale nie dość, by utrzymać wielki kurort.
Dziewczyna, ta od pytania o polichromie, schyliła się nad ujęciem.
–A mogę spróbować?
–Proszę. Tylko powoli – powiedziała pilotka. – To szczawa wodorowęglanowo-chlorkowo-sodowo-jodkowa. Osiem koma dwa grama składników stałych na litr. Dużo dwutlenku węgla. Mocna, ale dobra dla serca i żołądka.
Dziewczyna wzięła mały łyk – i natychmiast zmrużyła oczy.
–Uff… jakby mi język zapiekł i jednocześnie odetkało wszystko w środku!
Grupa roześmiała się, a pan Józef poklepał ją po ramieniu.
–Pierwszy etap inicjacji uzdrowiskowej masz za sobą.
Pilotka uśmiechnęła się i wskazała drogę prowadzącą w bok, ku gęstym drzewom.
–A teraz trzecie źródło. Nie znajdziecie go na większości map. Starzy mieszkańcy nazywali je Źródłem Kingi. Legenda mówiła, że to właśnie ta woda rozlała się, gdy rozprysło się jej zwierciadełko.
–Ono naprawdę istnieje? – zapytało dziecko z szeroko otwartymi oczami.
–Istnieje – odparła cicho pilotka. – Jest małe, ukryte, od dawna niewykorzystywane. Wydajność ma znikomą, ale skład… podobny do tamtych dwóch, a jednak bardziej delikatny. Miejscowi pili tę wodę „na ukojenie”. Na serce. Na smutek.
Chwila ciszy zapadła w grupie. Jakby każdy z nich nagle poczuł, że taka woda może być potrzebna.
W końcu dotarli do niewielkiej, skalnej niecki. Woda sączyła się powoli, leniwie, jakby od tysiącleci trwała w tym samym rytmie.
Dziecko chwyciło dłonią kroplę.
–Ciepła… myślałem, że będzie lodowata.
–Widzicie? – uśmiechnęła się pilotka. – Źródła Krościenka mają różne oblicza. „Stefan” – mocny jak sól ziemi. „Michalina” – przejrzysta i rześka. A to – jak oddech legendy.
Michał spojrzał na nią. Ona odpowiedziała spojrzeniem. Jakby ta woda, powoli kapiąca ze skały, miała w sobie coś, co rozplątuje serca.
Pilotka westchnęła lekko, jakby zamykała cały dzień w jednym zdaniu:
–I dlatego – powiedziała – Krościenko to nie tylko historia, nie tylko legendy. To też ludzie, którzy wierzyli, że woda potrafi uzdrawiać. I może naprawdę potrafi. Ale tylko wtedy, gdy człowiek pozwoli sobie zatrzymać się na chwilę… tak jak teraz.
Grupa stała w milczeniu, wsłuchując się w pojedyncze krople. I po raz pierwszy od początku wycieczki każdy czuł, że ta cisza też ma swoje źródło.
Udali się w stronę kierunkowskazów z kolorowymi oznaczeniami szlaków gdzie i był ten na Trzy Korony. Szlak z początku obiecywał łagodność — łąki zawieszone w półśnie, strumień, który mówił szeptem, a nie krzykiem. Grupa rozciągnęła się jak gumka w starych spodniach — każdy znalazł swój rytm. Pilotka szła przodem z ręką wzniesioną do góry; w dłoni miała małą chorągiewkę biura PCT, która trzepotała jak mały, zuchwały ptak.
–Idźmy wolniej – zaproponował Michał, kiedy pierwsze podejście rozgrzało płuca. – Mamy czas.
–Dobrze – odparła z ulgą. – Dzisiaj nie chcę niczego gonić. Ani siebie.
Szli obok siebie. Nie dotykali się, ale obecność Michała była jak kij trekingowy — niekonieczny, a jednak przyjemny w dłoni. Mijali niewysokie brzózki i rosnąca ciszę. Dało się słyszeć kroki innych, oddalające się w mgłę, a z przodu ktoś zaintonował piosenkę o szczytach, których się nie zdobywa, tylko się na nie wychodzi po to, by wrócić do siebie. Ania pomyślała, że ktoś mądry musiał to wymyślić.– Pamiętasz, jak w Halce prowadził cię w tańcu Wojtek? – zapytał po chwili Michał, jakby wracał do wątku, który nie wymaga pośpiechu. – Patrzyłem na was i pomyślałem, że to ładne, kiedy ciało mówi „ufam”.
–Ciało jest prostsze od głowy – uśmiechnęła się. – Czasem to pułapka.
–A czasem ratunek – powiedział. – Głowa potrafi wszystko zamotać.
Zatrzymali się przy drewnianej ławie. Z termosu uniósł się dymek. Michał nalał herbaty. Nie pytał, czy z cytryną — po prostu podał plaster i zostawił wybór.
–Dlaczego jesteś w DZWONECZKU? – zapytała, nie patrząc. – Mówiłeś, że „kolano i pamięć”.
–To prawda – skinął. – Kolano po starym urazie. Pamięć po nowym. – Zawahał się. – Pięć miesięcy temu zrozumiałem, że można w życiu iść na skróty tak długo, aż skrót staje się jedyną drogą i nagle nie wiesz, gdzie jesteś. Przestałem pisać. Przestałem dzwonić. Zniknąłem na chwilę. No i… ktoś zniknął dla mnie.
–Kto? – zapytała miękko.
–Miałem kiedyś narzeczoną. – Uśmiechnął się krótko, bez goryczy. – To „miałem” jest odpowiednie. Myślałem, że miłość da się trzymać w teczce, jak dokument. A miłość nie lubi teczek.
–Ja też coś „miałam” – odparła. – Kiedy przyjeżdżałam, obiecałam sobie, że nie będę rekultywować ruin. Ruiny są po to, by do nich przychodzić w pogodę, a nie po to, żeby w nich mieszkać.
–Dobre – przyznał. – Może zapiszę.
–Pisz. – Uśmiechnęła się. – Ale nie do teczki.
Mgła położyła się na ramionach jak ciepły szal. Ruszyli dalej. Z każdym krokiem słowa osiadały w nich równo, bez przesytu. Ominęli grupkę wesołych kuracjuszy, którzy debatowali o tym, czy jutro lepsze będą jaskinie na Słowacji, czy Wąwóz Homole.
Po godzinnym marszu ścieżka zwęziła się, a kamienie pod butami zaczęły mówić ostrzej. Z przodu grupa rozbiła się na małe wysepki. Pilotka zniknęła na moment za zakrętem. Ktoś krzyknął, że idzie dobrze, ale jak to bywa w górach — „dobrze” nie zawsze pokrywa się z mapą.
–Zgubiliśmy ogon – zauważył Michał. – To znaczy, że idziemy głową.
–Nie boję się – powiedziała Ania i dopiero wtedy poczuła, jak to brzmi w środku: odważniej, niż czuła jeszcze wczoraj.
Przed nimi wyrósł las jak zielona katedra. Krople spadały z gałęzi w równym rytmie. Skręcili w prawo, gdzie ścieżka była bardziej miękka, a potem — dla równowagi — w lewo, gdzie zaczęła piąć się jak skala. Nagle las rozrzedził się i zobaczyli porę przewiewną od przestrzeni: już niedaleko do platformy.
–Zatrzymajmy się na minutę – poprosił Michał. – Nie dlatego, że kolano. Dlatego, że dobrze.
Usiedli na głazach. Zatrzymana w płucach mgła poczuła się jak w domu. Z góry zeszła para turystów, mówiąc o widoku: „Tak, widać, ale jak przez firankę”. Ania pomyślała, że to idealne podsumowanie życia: zwykle przez firankę, rzadziej panoramicznie.