Ania z Zielonej Góry - ebook
Przeszłość jest jak cień, zawsze dotrzymuje ci kroku… Jest upalny sierpień dwutysięcznego roku, gdy dziewiętnastoletnia Anna Szalej wychodzi na wieczorny spacer i przepada jak kamień w wodę, pozostawiając w domu kilkumiesięczną córeczkę. Poszukiwania nie przynoszą rezultatu, ale policji udaje się ustalić, że dziewczyna legalnie przekroczyła granicę z Niemcami. Osiemnaście lat później córka zaginionej odkrywa, że to, co przez lata mówiono jej o matce, nie do końca pokrywa się z prawdą, i rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Co tak naprawdę wydarzyło się osiemnaście lat temu? Czy Anna zdoła odkryć prawdę o swoim pochodzeniu, zanim będzie za późno?
„Ania z Zielonej Góry” to trzymający w napięciu kryminał o mrocznej tajemnicy sprzed lat.
Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68736-29-8 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ROK 2018
Dźwięk dzwonka sprawił, że klasę wypełniło jedno zbiorowe westchnienie ulgi, którym dwudziestu ośmiu uczniów podsumowało ostatnią piątkową lekcję, i nawet siedzący za nauczycielskim biurkiem Adam Wilga, któremu nie dane było dokończyć przedstawiania różnic między przestępstwem a wykroczeniem, nie wydawał się zawiedziony. Poprawił tylko przekrzywiony krawat, przerzucił kilka kartek w podręczniku i odchrząknął, by choć jeszcze na moment skupić na sobie uwagę uczniów.
– Ci, którzy będą chcieli wiedzieć, doczytają w domu, a reszta niech się modli przed przyszłotygodniową klasówką – rzucił i poszedł w ślady uczniów, czyli zaczął się pakować.
Anna wsunęła zeszyt do plecaka, ten zapięła jednym, zdecydowanym ruchem i wstała z twardego drewnianego krzesła, które po całym tygodniu siedzenia wydawało się jeszcze mniej wygodne niż zwykle.
– Niby mamy wrzesień, a leje jak w październiku albo nawet w listopadzie – mruknęła siedząca obok Klaudia, zerkając na pokryte kroplami deszczu szyby, wyglądające jak smugi, które ktoś od niechcenia rozmazał pędzlem.
– Ale chociaż jest jeszcze zielono – zauważyła Anna, która próbowała znaleźć jakiś pozytywny aspekt w tym, co przez ostatnie dni mieszkańcom Zielonej Góry fundowała pogoda. – Jak zacznie sypać śnieg, zatęsknisz za tym deszczem.
– Ja jednak wolałabym słońce – skwitowała Klaudia.
– Przynajmniej na musztrze człowiek nie przypominałby mokrej kury – dodała, przewieszając torbę przez ramię.
Wyszły na korytarz, gdzie gęsto było od granatowych mundurków, stukotu ciężkich butów i fragmentów rozmów o kartkówkach, WF-ie i planach na weekend. Ktoś szturchnął kogoś łokciem, ktoś inny parsknął śmiechem, a gdzieś w tle jeden z nauczycieli przywoływał do porządku grupkę pierwszaków.
– Ej, Nowak i Szalej, idziecie z nami na kebsa? – rzucił Czarek Kulesza, wysoki, trochę za chudy jak na mundurówkę, z wiecznie rozczochraną czupryną i uśmiechem, który nigdy nie znikał mu z twarzy. Chłopak od kilku miesięcy konsekwentnie krążył wokół Anny, raz podał plecak z szafki, innym razem otworzył drzwi, niby przypadkiem siadał obok na strzelnicy. Zdarzało się, że przyniósł jej wydrukowane notatki z prawa albo przesłał mema o nauczycielu WF-u. Raz czy dwa pożyczył długopis, często oferował pomoc przy przygotowaniu do musztry, ale przede wszystkim regularnie inicjował grupowe wyjścia na kebaba lub pizzę, z czego Anna i Klaudia chętnie korzystały.
– Ja dzisiaj odpuszczam – odpowiedziała Anna, zarzucając plecak na ramiona i poprawiając przekręcony pasek, który uwierał w obojczyk. – Muszę wracać do domu.
– Ja też odpadam, bo jadę do Wrocka na osiemnastkę kuzynki – głośno zawtórowała Klaudia. Zbliżyła usta do ucha Anny i wyszeptała: – Twój cichy wielbiciel będzie wielce niepocieszony.
– Ten wielbiciel niech się w końcu zdobędzie na odwagę i zaprosi mnie na kawę – mruknęła Anna, której Czarek nawet się podobał, ale nie zamierzała robić pierwszego kroku w kierunku zacieśnienia ich znajomości. W kontaktach towarzyskich wyznawała prostą zasadę, według której to facet musi się postarać, a nie odwrotnie. Wystarczyło, że ona, podobnie jak setki tysięcy innych kobiet i dziewczyn, poświęcała czas na robienie makijażu, malowanie paznokci czy układanie fryzury.
– Przy najbliższej okazji mu to powiem – zapowiedziała przyjaciółka, gdy wychodziły z budynku.
– Tylko spróbuj, a wysmagam cię pokrzywami – zagroziła Anna, unosząc ostrzegawczo palec, ale w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie.
Po chwili przytuliły się na pożegnanie i rozeszły w przeciwnych kierunkach. Klaudia pobiegła w stronę przystanku, a Anna życzyła jej udanego weekendu i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia ze szkolnego dziedzińca. Choć lubiła paczkowe wyjścia w miasto, rozmowy o byle czym oraz śmiech do późnego popołudnia, to teraz jej głowę zaprzątała babcia Marysia, która od kilkunastu dni narzekała na zmęczenie, duszności i bóle w klatce piersiowej. Anna widziała, że w ostatnich tygodniach babcia jakby skurczyła się w sobie, częściej też siadała na taborecie w kuchni, żeby odpocząć w trakcie obierania ziemniaków. Jednak wszystkie próby przekonania jej, aby poszła do lekarza, kończyły się fiaskiem.
Babcia powtarzała, że poboli i przejdzie, że złego diabli nie wezmą, a poza tym jak boli, to znaczy, że człowiek jeszcze żyje. Anna doskonale wiedziała, że z podobnymi objawami nie ma żartów, ale przywykła do tych utyskiwań tak samo jak do śpiewu kosów za oknem domu babci czy odgłosu dzwonu z kościelnej wieży. Zbyt często słyszała podobne teksty, żeby za każdym razem wszczynać alarm. Poza tym gdzieś w tyle głowy wciąż powtarzała sobie uspokajające zdanie, że gdyby było naprawdę źle, babcia sama by powiedziała.
Gdy przeszła kilkadziesiąt metrów od szkoły, deszcz przestał padać, chmury, pchane południowym wiatrem, odsłoniły fragment nieba, a nad blokami pobliskiego osiedla pojawiła się ogromna i wyraźna tęcza. Kolory układały się w niemal idealny łuk, jakby został namalowany ręką malarza perfekcjonisty.
Zaskoczeni i zachwyceni ludzie przystawali na chodnikach, wyciągali smartfony i uwieczniali to niezwykłe zjawisko. Jakaś matka wskazała tęczę swojemu kilkuletniemu synkowi, ten zapiszczał z zachwytu, a stojący obok starszy pan uśmiechnął się pod nosem.
Nawet Anna uległa urokowi chwili, odruchowo sięgnęła po telefon i zrobiła zdjęcie.
Dopiero gdy wielobarwny most rozpięty na błękitnym niebie stracił na intensywności i zaczął się rozmywać w szarej poświacie, ruszyła dalej.
Przemierzając ulice Zielonej Góry, podziwiała malownicze polodowcowe wzgórza, na których przed wiekami wzniesiono miasto mogące stanowić dobry przykład trwania na pograniczu. W końcu przez stulecia Zielona Góra funkcjonowała jako rdzennie niemiecki Grünberg, by po wojennej zawierusze stać się sercem polskiego regionu kojarzonego z winem. Duszne piwnice winiarskie, które pamiętały dawnych gospodarzy, teraz służyły obecnym właścicielom. Czasem gdy wracała wieczorem, wyczuwała w powietrzu lekki, słodkawy zapach moszczu dobiegający z jednej z takich piwnic.
Było to miejsce, w którym przeszłość nie zniknęła, lecz przybrała polskie imię. Tak przynajmniej powtarzał nauczyciel historii, którego rodzina miała kresowe korzenie i który potrafił opowiadać o dawnych czasach z prawdziwą pasją. Anna nie zawsze miała cierpliwość do dat i bitew, ale lubiła słuchać, gdy mówił o ludziach, o rodzinach, które musiały zostawić wszystko i zacząć od nowa, o tych, którzy przyjechali tu z Kresów i z biegiem lat uznali Zieloną Górę za swój dom.
Anna minęła galerię handlową, a następnie, korzystając ze skrótu, ominęła duże osiedle bloków powstałych w okresie prosperity Polski Ludowej z identycznymi klatkami schodowymi, których wieku nie zdołały zamaskować nawet nowe elewacje.
Po dwudziestu minutach intensywnego marszu znalazła się w spokojnej, niemal wiejskiej okolicy, która dopiero z początkiem dwa tysiące piętnastego roku została włączona do Zielonej Góry. Dla mieszkańców Zatonia właściwie nic się nie zmieniło, co najwyżej mogli mówić, że od teraz mieszkają w Zielonej Górze, a nie w jakiejś podmiejskiej wsi, a mimo to część z nich nadal hodowała kury, gęsi, kaczki czy króliki.
Kiedy skręciła w wąską, bitą drogę, natychmiast dostrzegła dom cioci Doroty, u której mieszkała niemal od urodzenia i którą traktowała jak własną matkę, bo jej biologiczna rodzicielka z tylko sobie znanego powodu wyjechała w nieznane, gdy Anna miała kilka miesięcy, porzucając ją jak zabawkę, która tylko przeszkadza.
Nowoczesna bryła o pastelowej elewacji miała duże okna, prosty dach i garaż. Wiosną przed domem zawsze stały donice z pelargoniami, zimą na tarasie pojawiał się świecący renifer, a w salonie jasno świeciły lampki. Mimo to dom, choć zadbany i przytulny, kompletnie nie pasował do pozostałych budynków, wzniesionych jeszcze przed drugą wojną światową.
To właśnie w takim starym domu z czerwonej cegły, ze spadzistym dachem i drewnianymi oknami, stojącym tuż obok, całe swoje życie spędziła babcia Marysia.
Jako dziecko Anna uwielbiała myszkować po babcinej piwnicy pachnącej wilgotną ziemią, przetworami i starymi gazetami. Lubiła przesuwać palcami po zakrętkach słoików z ogórkami i kompotami, czytać pożółkłe tytuły sprzed lat i wyobrażać sobie, jak wyglądało życie, kiedy te gazety były nowe.
Innym razem wspinała się na strych: spowity pajęczynami, pełen zakurzonych mebli, skrzyń i innych gratów, między którymi można było dostrzec ścieżki pozostawione przez myszy. Czasem siadała tam na starej skrzyni i słuchała, jak deszcz bębni w dachówki, a wiatr łomocze w rynny.
Uwielbiała też siadać z dziadkami na ganku i zajadać kwaśne papierówki oraz soczyste, słodkie gruszki z sadu za domem. Latem po trawie biegały kurczaki, a kot łasił się do nóg, licząc na kawałek szynki z kanapki. W jej głowie te obrazy były tak żywe, jakby wydarzyły się wczoraj, choć dziadka Jana nie było już z nimi od pięciu lat.
Wspomnienia beztroskiego i szczęśliwego dzieciństwa przerwał widok karetki, która właśnie odjeżdżała sprzed domu babci. Biały furgon z czerwonym pasem ruszył gwałtownie, rozbryzgując kołami brudną wodę z kałuż i kołysząc się na wybojach.
Anna natychmiast zrozumiała, że musiało stać się coś złego, i poczuła, jak lodowaty dreszcz przebiega przez jej ciało. Nie zważając na kałuże, puściła się biegiem w kierunku stojącej przed furtką cioci. Woda chlupotała pod podeszwami, błoto pryskało na nogawki spodni, ale dziewczyna nie zwracała na to uwagi. Czuła tylko, jak płuca palą ją z wysiłku, a serce wali tak głośno, że aż dudni jej w uszach.
Gdy wreszcie dobiegła na miejsce, karetka znikała za zakrętem, pozostawiając w powietrzu dojmujący ryk syreny alarmowej zwiastującej nieszczęście.
– Co z babcią? – rzuciła Anna, próbując uspokoić oddech. Czuła, jak serce wali jej w piersi, a dłonie drżą, choć był dopiero środek września, a temperatura sięgała dwudziestu stopni.
– Zawał – wyszeptała ciocia, której twarz była nienaturalnie blada. – I powinniśmy się przygotować na najgorsze – dodała tonem, w którym nie było żadnej nadziei.ROZDZIAŁ DRUGI
ROK 1999
Anna weszła do łazienki i zamknęła drzwi na zasuwkę. Następnie wzięła głęboki oddech, jakby miało jej to dodać odwagi, po czym opuściła majtki, usiadła na sedesie i z bijącym sercem spojrzała na podpaskę, licząc, że tym razem zobaczy na niej bordowe plamy. Nie dostrzegła jednak żadnych oznak miesiączki, co mogło oznaczać, że przelotna wakacyjna przygoda będzie miała konsekwencje, o których dziewczyna wcześniej za bardzo nie myślała. Oczywiście prawie za każdym razem się zabezpieczali. Tylko ten jeden, jedyny raz, gdy namiętność wzięła górę nad rozsądkiem, zaryzykowali. Wtedy wydawało się to ekscytujące, dorosłe, prawie filmowe. Teraz uświadomiła sobie, że to mógł być największy błąd jej życia. Owszem, zawsze istniała szansa, że to po prostu fizjologia spłatała jej figla i zafundowała kilka tygodni niepewności, po których, jak gdyby nigdy nic, pojawi się okres. Jednak Anna zdawała sobie sprawę, że takie myślenie to w większości przypadków tylko pobożne życzenie, a te rzadko kiedy się spełniały. Po powrocie do swojego pokoju wyjęła z szuflady biurka mały kalendarzyk, w którym zaznaczała czerwonym długopisem dni miesiączki. Usiadła przy biurku, otworzyła na wrześniu i przesunęła palcem po drobnych, kolorowych kratkach.
Od ostatniej miesiączki, którą dostała w połowie sierpnia, minęło już czterdzieści pięć dni, a feralne spotkanie w pałacowych ruinach miało miejsce w przededniu nowego roku szkolnego. Wtedy śmiali się, że to idealne pożegnanie wakacji. Teraz to wspomnienie bolało.
– Pomyliłam się – uspokajała sama siebie, patrząc na datę. – Przesunął się cykl, stres, szkoła, matura na horyzoncie…
Próbowała zaklinać rzeczywistość, jakby od samego powtarzania słów miała dostać okres. Odkładając kalendarzyk na miejsce, postanowiła, że jeszcze poczeka. Jeden dzień, drugi, tydzień.
Przez kilka kolejnych dni starała się o tym nie myśleć. Zajmowała głowę lekcjami, czytaniem lektur, wybieraniem butów do sukienki, którą krawcowa miała jej uszyć na studniówkę. Udawała przed sobą, że wszystko jest w porządku. Jednak każda wizyta w łazience kończyła się tym samym: szybkim, pełnym napięcia sprawdzaniem bielizny i tym samym rozczarowującym wnioskiem. Nic.
Wreszcie, w pochmurne czwartkowe popołudnie, kiedy wracała ze szkoły, zamiast pójść prosto na autobus jadący do Zatonia, skręciła w stronę centrum. Plecak ciążył jej na ramieniu bardziej niż zwykle, jakby wypełniały go nie zeszyty, lecz wszystkie jej strachy.
Po kilku minutach minęła gmach domu towarowego Pod Kotwicą, zlokalizowanego na skrzyżowaniu ulic Kazimierza Wielkiego i Reja. Chropowata elewacja z szarego tynku przypominała zwały chmur, które szczelnie zasłaniały niebo, i tylko duże wystawowe witryny, w których na tle wyblakłych dekoracji prężyły się sztywne manekiny w ortalionowych dresach, trochę ożywiały fasadę budynku.
Anna skręciła w Reja, gdzie bita nawierzchnia ustępowała miejsca wyślizganym kocim łbom. Chłodny, wilgotny wiatr od strony Starego Rynku niósł ze sobą subtelny zapach mielonej kawy z pobliskiej kawiarni i dymu papierosowego z bramy, w której stali jacyś licealiści.
Po chwili przed Anną wyrosły charakterystyczne arkady. Pod filarami panował półmrok i przeciąg, a jej kroki niosły się głośnym echem po kamiennych płytach. Na chwilę zwolniła, jakby ostatnie metry przed celem były najtrudniejsze.
Stanęła przed ciężkimi, drewnianymi drzwiami Apteki Pod Lwem, nacisnęła starą, mosiężną klamkę i pchnęła skrzydło. Wchodząc do środka, przesyconego aromatem ziół, maści i preparatów dezynfekujących, usłyszała krótki, metaliczny dźwięk dzwonka zawieszonego nad drzwiami. Brak innych klientów podziałał na nią mobilizująco. Zdecydowanym krokiem podeszła do lady, za którą stała dość młoda farmaceutka w białym fartuchu, i wbijając spojrzenie w drewniany, wytarty blat, jednym tchem wyrzuciła kwestię, którą ćwiczyła przez pół drogi.
– Poproszę test ciążowy.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJSpis treści
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DRUGI
ROK 1999
ROZDZIAŁ TRZECI
ROK 2018
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROK 1999
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROK 2018
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
ROK 2000
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY
ROK 2018
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY
ROK 2000
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY
ROK 2018
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY
ROK 2018
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI
ROK 2000
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI
ROK 2018
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY
ROK 2000
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY
ROK 2018
EPILOG
POSŁOWIE