Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Annabelle Schwartzman. Cięcie. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 lutego 2026
3519 pkt
punktów Virtualo

Annabelle Schwartzman. Cięcie. Tom 2 - ebook

Po zakończonej chemioterapii i podwójnej mastektomii lekarka medycyny sądowej, Annabelle Schwartzman, wraca do pracy, mimo że wciąż nie czuje się dobrze. Nie potrafi jednak siedzieć bezczynnie.

 

Pierwsza sprawa, którą się zajmuje, przenosi ją z powrotem na oddział onkologiczny: ofiarą jest lekarz, który ją operował. Zmarł po spożyciu substancji chemicznej stosowanej w leczeniu jej choroby. Teraz Schwartzman i Hal Harris muszą dowiedzieć się, jak do tego doszło i powstrzymać sprawcę, zanim ten ponownie zaatakuje.

 

Dla lekarki sprawa ma wymiar osobisty, boi się również, że może być w nią zamieszany jej były partner. Jednak aby rozwiązać zagadkę śmierci chirurga, który uratował jej życie, musi skupić się na śledztwie, a nie na demonach z przeszłości.

Okładka ma mocny, niepokojący charakter, idealnie wpisujący się w klimat thrillera i kryminału. W centrum znajduje się anatomiczny rysunek szyi z widocznymi żyłami i tętnicami. Część naczyń krwionośnych jest podkreślona intensywną czerwienią, co wzmacnia dramatyzm obrazu. Na jasnym, pomarszczonym tle widać rozpryski krwi, co nadaje całości dramatyczny, mroczny charakter. Całość okładki tworzy atmosferę napięcia, medycznej precyzji i brutalności.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8425-910-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

_
ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ofiarą okazał się około trzydziestoletni mężczyzna rasy białej.

Doktor Annabelle Schwartzman wiedziała tylko tyle, ale w zupełności jej to wystarczało.

Przyjechała na miejsce zbrodni i stanęła w najdalszym kącie parkingu. Hal miał tu na nią czekać. Zadzwonił do niej blisko godzinę temu, podał adres i podstawowy opis denata. Wolała samodzielnie wyciągać wnioski, więc prosiła, aby nie udzielał informacji, które mogłyby wpłynąć na analizę miejsca zdarzenia.

Po przebytej niedawno chemioterapii miała mdłości i była ospała, przez co przyjazd zajął jej więcej czasu niż zazwyczaj. Otworzyła drzwi, zanim jeszcze przekręciła kluczyk w stacyjce. W samochodzie było jej za ciepło i duszno.

Odpięła pasy bezpieczeństwa i wysiadła. Nie przywykła jeszcze do swojego nowego auta, które okazało się wyżej zawieszone niż poprzednie. W reklamach określano takie pojazdy mianem SUV-ów, jakby w ogóle istniało coś takiego. Kupiła ten samochód tylko dlatego, żeby widzieć ponad morzem równie wielkich aut, a także dlatego, że miał przestronny bagażnik, w którym nie tylko mieścił się cały jej sprzęt, ale również łatwo się go wkładało i wyjmowało.

Ale pojazd sprawiał wrażenie… gigantycznego.

Zatrzymała się nieopodal krawędzi asfaltu. W pobliżu trwała budowa, więc słyszała dźwięki uderzających o siebie rur, brzęk metalu i zgrzyty ciężkiego sprzętu. Zapach przypalonych przewodów elektrycznych jedynie nasilił jej nudności. Pochyliła się, trzymając za brzuch, a potem powoli wciągnęła powietrze przez nos, aby wypuścić je ustami.

W trakcie dnia będzie pewnie ze dwadzieścia stopni, niemniej w tej chwili panował jeszcze chłód. Lekarkę cieszyła wilgoć porannej mgły.

Czuła, że ślina gromadzi się jej w ustach i spływa do gardła. Wdech i wydech. Wdech i wydech. To jednak nie działało. I tak chciała zwymiotować. Znowu.

Będzie to czwarty raz w ciągu ostatnich dwóch godzin.

Czuła frustrację i złość. Przyjechała na miejsce zbrodni, musiała znaleźć się w czterech ścianach. Biorąc pod uwagę fakt, że mieszkała w okolicy, powinna dotrzeć tu w zaledwie pół godziny.

Trzy i pół miesiąca temu wyrobiłaby się zapewne w dwadzieścia minut, jednak to było przed mastektomią i rozpoczęciem chemioterapii. Ból od zastrzyków i mdłości sprawiały, że czuła się, jakby nie tylko miała grypę żołądkową, ale dodatkowo przejechała ją ciężarówka.

Przez ostatnie siedem tygodni wszystko robiła znacznie wolniej. Odczuwając skutki uboczne przyjmowania chemii, nie mogła się spieszyć. Sprawiały, że szybkie tempo musiała wykreślić ze swojego słownika.

Treść żołądka ponownie podeszła jej do gardła. Odetchnęła więc powoli i czekała.

„Cierpliwości” – radził onkolog.

„Proszę pozostać na zwolnieniu przez przynajmniej miesiąc” – zalecił chirurg.

Cztery tygodnie poza prosektorium wydawały się jak cały rok. Nie znosiła bezczynności. Lubiła uporządkowany harmonogram i zajęcia, a praca przynosiła jej radość. Samotne, codzienne siedzenie w mieszkaniu przypominało, jak bardzo było ono puste i jak zupełnie nie wyglądało na przytulne domostwo.

Ponownie odetchnęła przez nos, ale jej wysiłki poszły na marne. Za dużo śliny. Pojawiła się kolejna fala mdłości. Schwartzman przeszła kilka kroków za parking i zwymiotowała. Stała pochylona, opierając ręce na kolanach, wdzięczna za mgłę i pustą przestrzeń na parkingu za nią.

Odetchnęła głęboko, ale po wciąż napływającej do ust ślinie zorientowała się, że to jeszcze nie koniec.

– Tutaj jesteś – odezwał się Hal.

Lekarka, nie odwracając się do niego, uniosła rękę, aby się nie zbliżał. Po operacji to właśnie on odwiózł ją do domu, gdzie przez kilka kolejnych dni ledwie dawała radę przemieszczać się z łóżka do łazienki i z powrotem. Od tamtej pory obserwował ją uważnie jak jastrząb.

– Już prawie koniec – zakomunikowała, gdy następna fala kwasu żołądkowego podeszła jej do gardła, więc musiała ją z siebie wyrzucić. Wypłynęła z jej ust tylko cienka strużka. Lekarka zadrżała.

Kilkakrotnie odetchnęła głęboko, aby się przekonać, czy nudności nie wrócą. Może najgorsze minęło. Poprawiła spodnie, żeby pas nie uciskał jej brzucha. Włożyła te najluźniejsze – wszystkie ostatnio zrobiły się za duże – ale dotyk materiału na skórze tylko potęgował mdłości.

Może mogłaby przyjechać na miejsce zbrodni w piżamie? Przynajmniej szybciej by się tu zjawiła.

– Proszę. – Hal włożył jej do ręki paczkę chusteczek higienicznych.

Ucisk w żołądku ustąpił. Wyjęła papier i przytknęła do ust.

– O wiele lepiej.

– Nie musisz się spieszyć.

Odetchnęła ponownie, nim się wyprostowała. Kiedy poczuła, że skończyła wymiotować, obróciła się do inspektora z wydziału zabójstw.

– Skąd wiedziałeś, że tu jestem? Ktoś usłyszał, jak rzygam?

Hal uśmiechnął się szeroko, jego zęby zalśniły na tle gładkiej, ciemnej skóry.

– Chyba słyszeli warkot silnika twojego auta, ale równie dobrze mogły to być wymioty.

Mężczyzna miał na sobie szarą koszulę i ciemną marynarkę. Prezentował się bardziej formalnie niż zazwyczaj. Elegancko.

– Nie wierzę, że tak po prostu tu stoisz i się na mnie gapisz. – Podeszła do samochodu, wyjęła paczkę miętówek, a następnie wsadziła dwie do ust. – Nie robi ci się niedobrze, kiedy widzisz, jak ktoś zwraca?

– Nie – odparł z lekką dumą w głosie.

– A ja tak – wyznała. – Jeszcze na studiach w sali operacyjnej zauważyłam pacjentkę wymiotującą po znieczuleniu. Zjadła na lunch sałatkę z kurczakiem i ją zwróciła. Widziałam czerwoną paprykę i szparagi. – Odsunęła od siebie to wspomnienie, nim zdążyło zakorzenić się w jej umyśle. Na samo to wyobrażenie znów mogła mieć torsje. – Musiałam wyjść. Przebiegłam korytarz w poszukiwaniu łazienki, ale znalazłam jedynie inną salę operacyjną. Zapaskudziłam całą podłogę w sterylnym pomieszczeniu.

Głośny rechot Hala wywołał u niej uśmiech.

– Założę się, że ekipa sprzątająca później cię uwielbiała.

– Niespecjalnie.

– Popracujesz dostatecznie długo w wydziale zabójstw, a mdłości przestaną ci doskwierać – zapewnił. – Za każdym razem, gdy mamy nowego w tej robocie, widzę, jak rzyga. Przynajmniej na kilku pierwszych miejscach zbrodni.

– Nie pomyślałam o tym – przyznała.

Potrzebowała czasu, żeby przywyknąć do widoku oraz zapachu zwłok. Obecnie ciała zmarłych nie przyprawiały jej o nudności, nawet te szczególnie śmierdzące. Zdołała przyzwyczaić się do gnijących, rozkładających się tkanek. Jednak wymiotowała, widząc, jak robią to inni – to było zbyt obrzydliwe. Lepiej zatem, żeby jej pacjenci byli martwi, a nie żywi.

Ponieważ tacy nie wymiotowali.

Wywinęła chusteczkę na lewą stronę, otarła oczy i oddała Halowi paczkę.

– Zatrzymaj to – powiedział. – I tak wziąłem je z biurka Hailey.

Schwartzman tylko się uśmiechnęła.

Zapadła chwila ciszy, podczas której Hal bacznie jej się przyglądał. Wiedziała, że rozmyślał o jej kiepskim samopoczuciu i marnym poziomie energii. Zamierzał wysłać ją do domu, by odpoczęła.

Uniosła rękę.

– Nawet tego nie mów.

– Nie musisz tu być – rzucił w tym samym momencie.

– Ale jestem. – Otworzyła bagażnik pilotem i sięgnęła po walizkę ze sprzętem kryminalistycznym.

Hal podszedł i wziął ją, nim sama zdążyła po nią sięgnąć.

Czuła się niezręcznie, idąc z założonymi rękami i pozwalając mu ją dźwigać. Po pierwszej chemii kłóciła się o to, by mogła nieść walizkę samodzielnie. Chyba jednak nie miała siły perswazji, bo Hal w ogóle jej nie słuchał. Teraz już nie protestowała.

Wcześniej nie dałaby mu nosić jej rzeczy. Ale teraz to co innego.

Dziś się cieszyła. Doświadczyła wszystkich skutków ubocznych chemioterapii – zmęczenia, mdłości, bólu – ale zarzekała się, że da radę.

– Nie zwymiotuję na miejscu zbrodni.

– Jednak to możliwe. Jeszcze go nie widziałaś.

Hal zaniósł jej walizkę kryminalistyczną do wejścia.

Annabelle po raz pierwszy uniosła głowę, aby podziwiać elegancki budynek. Miał chyba ze trzydzieści pięter, zaokrągloną linię dachu i wielkie, półkoliste okna na najwyższej kondygnacji, gdzie mieściły się apartamenty. Tam też znajdowała się ich ofiara.

Wieżowiec wpisywał się w te nowe projekty wzdłuż Bay Bridge – apartamentowce, których ceny zaczynały się od kilku milionów za zwykłe mieszkanie i szybko rosły wraz z możliwymi udogodnieniami. Mieszkali tu milionerzy z Doliny Krzemowej, którzy przenieśli firmy do San Francisco. Ona jednak pragnęła wyprowadzić się ze swojego apartamentu, miejsca naznaczonego wspomnieniem śmierci, które Spencer – wkrótce jej były mąż – sprowadził pod jej drzwi.

Hal nacisnął biodrem przycisk dla osób z niepełnosprawnościami, a potem skinął głową, aby przeszła pierwsza. Kiedy tylko znaleźli się w holu, gwizdnął pod nosem. Stało tu wiele roślin doniczkowych, przez co poczuli się, jakby weszli do szklarni. Pachniało wilgotną dżunglą i lekarka pomyślała, że z chęcią wróci do tego spokojnego miejsca, kiedy już nie będzie miała mdłości.

Przełknęła ślinę, mając nadzieję, że nie zwymiotuje ponownie.

– Kim jest ofiara?

– To Todd Posner. Jest…

– Chirurgiem onkologiem? – Schwartzman przystanęła.

– Znasz go?

Ile to już razy doktor Fraser zapewniał ją, że Todd Posner jest najlepszym chirurgiem onkologicznym w mieście? Jednak nie specjalizował się w raku piersi. Zazwyczaj operował bardziej skomplikowane przypadki. Mimo to ostatecznie się nią zajął. Miała u niego dziesięcio- może piętnastominutową wizytę, nim przeprowadził u niej podwójną mastektomię.

– To Posner mnie operował. – Znów poczuła ucisk w gardle. Kolejne połączenie z jej osobą. Następny trup. Spencer… Ale przecież on siedzi w areszcie, gdzie czeka na proces.

Jednak to wcale nie oznaczało, że nie mógł się do niej dobrać. Mógł to komuś zlecić – tak samo jak poprzednio.

Policjant natychmiast pokręcił głową.

– Nie. Nie myślisz o nim.

Ale przecież myślała. Hal najwyraźniej również. Ile minie czasu, nim jego imię nie będzie pierwszym, które przyjdzie jej na myśl, gdy odejdzie ktoś, kogo znała?

– To niemożliwe, Schwartzman – ciągnął, zanim spróbowała mu odpowiedzieć. – Nie ma mowy, żeby Spencer miał z tym cokolwiek wspólnego. Prokurator towarzyszy mu przy każdej rozmowie i kontaktach. Wie nawet, kiedy ten drań nitkuje zęby.

– Masz rację – przyznała.

MacDonald trafił za kratki, podobnie jak jego wspólniczka. Nie było szans, żeby którekolwiek z nich zabiło lekarza.

– Posner i tak nie był moim onkologiem. – Spencer nie miał podstaw, aby pozbawić go życia. – Jedynie mnie operował, a już po sprawie.

– W porządku – zgodził się Hal, jakby to miało wystarczyć, niemniej te słowa nie brzmiały przekonująco nawet w jej głowie.

Przeszli korytarzem, a następnie wjechali windą na trzydzieste piętro. Hal stanął w kącie, obserwując zmieniające się liczby na wyświetlaczu nad drzwiami. Annabelle wiedziała, jak bardzo nie znosił ciasnych kabin. Pomyślała, że odwróci jego uwagę – przynajmniej tyle mogła dla niego zrobić – ale nie potrafiła wyrzucić z głowy Spencera. Otworzyła usta, by zacząć rozmowę, jednak się powstrzymała.

Weź się w garść.

Drzwi windy rozsunęły się ze zgrzytem, a Hal odetchnął, jakby przez całą drogę na górę wstrzymywał powietrze w płucach. Minęli dwóch funkcjonariuszy, pilnujących korytarza. Przyjrzała się ich twarzom i skinęła im głową.

Mężczyźni przywitali się w ten sam sposób. Widywała ich już wcześniej, ale ich nie znała. W czasie gdy przebywała na zwolnieniu lekarskim, w strukturach zaszły zmiany. Przyjęto nie tylko nowych policjantów zaraz po akademii, ale również asystenta do laboratorium oraz pracownika prosektorium. Brakowało jej znajomych.

Szczególnie Kena Macy’ego, który często zabezpieczał miejsca zbrodni. Po napaści z użyciem noża wciąż dochodził do siebie i pracował za biurkiem. Od czasu powrotu Schwartzman z Karoliny Południowej spotykali się dość regularnie, zazwyczaj wieczorami podczas kolacji w jednej z nowych restauracji z kolejną kuchnią świata, które odkrywał mężczyzna. Niekiedy spotykali się w weekendy. Mimo iż wiedziała, że nie wrócił do patrolowania ulic, nieustannie szukała go na każdym nowym miejscu zbrodni.

Weszli z Halem do oślepiająco białego apartamentu. Przez wysokie, sięgające od podłogi aż po sufit okna, na których nie zamontowano żadnych rolet, słońce wpadało do mieszkania ze wszystkich stron. Wyposażenie stanowiły meble w odcieniach pomarańczu i czerwieni, bez nich apartament wydawałby się surowy i pusty, choć na pierwszy rzut oka były niezbyt atrakcyjne, jakby miały stanowić zamysł artystyczny, a nie coś, na czym po prostu można posiedzieć.

W centrum głównego pomieszczenia poruszała się cicho po okręgu nowoczesna metalowa rzeźba, złożona z czerwonych i złotych geometrycznych elementów. Po przeciwnej stronie znajdowały się spiralne, pomalowane na złoto schody, prowadzące na antresolę w kącie. Schwartzman zauważyła na niej fortepian, więc zaczęła się zastanawiać, jak go tam wniesiono. Albo jak ktoś go stamtąd wyciągnie.

– Jak nazywa się ten styl? – zapytał Hal, zatrzymując się, aby rzucić okiem na salon.

– Nie mam pojęcia – odparła.

Wyglądał na kosztowny, zważywszy na unikatowe, designerskie elementy jak dziwaczne suknie, które musiały pochodzić wprost z wybiegów mody. Nikt nigdy by ich nie kupił. Mimo że zrobił to doktor Posner.

– Paskudztwo Nouveau – mruknął inspektor.

Od salonu w obie strony odchodziły korytarze. Za rogiem mieściła się przestronna kuchnia, utrzymana lśniących bielach – białe szafki, a także blaty z marmuru albo z jakiegoś kompozytu. Obok chłodziarki na wino, która sięgała niemal do sufitu, znajdowała się lodówka ze stali nierdzewnej. Wnętrze nie tylko sprawiało, że był to ładny dom, ale mówiło również o bogactwie jego właściciela.

– Musiał nieźle zarabiać – stwierdziła.

– Przyjrzymy się jego finansom, ale był lekarzem.

W dzisiejszych czasach niewielu lekarzy mogło pochwalić się bogactwem – nie takim jak prezesi korporacji z sektora finansowego czy technologicznego. A już na pewno nie ci lekarze, którzy byli zmuszani do negocjacji z firmami ubezpieczeniowymi. Posner był onkologiem, więc nikt nie płacił mu gotówką. Nie wykonywał operacji powiększenia piersi, tylko mastektomie. Choć możliwe, że przeprowadzał też inne zabiegi. Jeśli pogłoski na jego temat były prawdą, z pewnością miał ogromny talent.

– Był chirurgiem – przypomniała. – Obecnie jednymi z najbogatszych lekarzy są właśnie chirurdzy. Gdzie jest ciało?

– W pokoju dziennym. – Ruszył w tamtą stronę. – Myślisz, że sobie dorabiał?

– Nie sądzę, żebym przy sekcji zwłok poznała stan jego konta – odparła.

– Może ma złote zęby.

– Jasne. Dam ci znać.

Hal zatrzymał się w progu i gestem zaprosił ją do środka. Wystrój w tym pokoju okazał się bardziej stonowany niż w innych pomieszczeniach, jeśli nie brać pod uwagę osobliwych murali na ścianach i wielkich okien ze wspaniałym widokiem na zatokę San Francisco oraz tęczę kontenerów transportowych w porcie w Oakland.

W kącie pomieszczenia, pod dużą, trójwymiarową rzeźbą ze stali i drutu, wystającą ze ściany na jakieś pół metra, leżał owczarek australijski i w ciszy obserwował, co się dzieje. Obecne tu dzieło było jednym z tych, którego żaden rodzic nie chciałby trzymać w domu w obawie, że nadzieje się na nie jego dziecko. Ale przecież Posner nie miał dzieci.

Annabelle przez chwilę patrzyła na psa. Nie wyglądało na to, że może im zagrażać, ale ta rasa potrafiła zachowywać się obronnie. Niegdyś niemal pogryzł ją owczarek niemiecki, gdy próbowała zbadać jego martwego opiekuna. Psa Posnera nie zamierzała spuszczać z oczu.

Lekarz leżał około metra od swojego pupila. Twarzą do dołu, na dywanie z indiańskim wzorem w odcieniach błękitu i czerwieni, który przykrywał prawie całą podłogę w pomieszczeniu.

Schwartzman widziała większą część prawej strony jego twarzy, choć od nosa w dół zasłaniała ją jego prawa ręka. Miał na sobie eleganckie spodnie i koszulę, a na stopach krótkie skarpety sportowe; był bez butów. Wyglądał, jakby ubrał się do pracy.

Hal postawił jej walizkę na dywanie.

– Przenoszono go? – zapytała.

– Nie, proszę pani – odparł policjant, podchodząc. – Znalazłem go z moim partnerem. To właśnie on… to znaczy mój partner sprawdził puls na szyi i nadgarstku. Nie wyczuł go, więc zabezpieczyliśmy to miejsce i zadzwoniliśmy po panią.

Hal wyciągnął rękę do funkcjonariusza.

– Dobra robota.

– Dziękuję, inspektorze.

– Widzieliście już techników? – zapytał.

– Nie.

Hal sięgnął po swój telefon i wyszedł z pokoju.

Schwartzman otworzyła walizkę oględzinową, wyjęła z niej kombinezon ochronny i maseczkę, a następnie przebrała buty na granatowe Crocsy, które zawsze miała na stopach na miejscach zbrodni. Przez kilka minut fotografowała ciało. Roger Sampers, który dowodził technikami, zazwyczaj zlecał to swoim ludziom, ponieważ przybywali przed nią, ale lekarka lubiła proces katalogowania przestrzeni, bo dzięki temu miała szerszy obraz sytuacji. Zazwyczaj podchodziła wprost do ofiary, jednak konieczność wykonania dokumentacji zdjęciowej znacząco spowalniała ten proces.

Zamordowany leżał z lekko rozchylonymi nogami i głową zwróconą w przeciwną stronę pokoju. Nie zauważyła na niej widocznych urazów, co mogłoby sugerować, że mógł stać twarzą do napastnika. Pstryknęła kilka fotek rzeźby, a także dodatkowe zdjęcia Posnera, aż nabrała pewności, że uchwyciła wszystko, na co zwróciłby uwagę zespół Rogera.

Wciąż trzymając aparat, poświęciła chwilę, aby przyjrzeć się odległości głowy ofiary od stalowej rzeźby. Gdyby stał twarzą do zabójcy, ten musiałby się znajdować w bezpośrednim pobliżu masywnej konstrukcji. Chociaż elementy rzeźby poruszały się głównie w poziomie, to niektóre wystawały do przodu i na boki niczym druciane węzły i fale.

Schwartzman odłożyła aparat, z walizki wyjęła latarkę i podeszła do konstrukcji, aby przyjrzeć się końcówkom drutów. Poświeciła po najostrzejszych metalowych elementach, szukając jakichkolwiek śladów tkanek.

Nie znalazła jednak żadnej krwi. Niemniej możliwe, że ktoś ją starł. Porozmawia o tym z technikami. Odłożyła latarkę i skierowała uwagę na ciało.

Dłońmi w rękawiczkach szukała urazów, zaczynając od czaszki, ale żadnych nie odkryła. Na ubraniu nie zobaczyła rozdarć czy innych ewidentnych śladów walki. Lewa dłoń Posnera leżała wnętrzem do góry, skóra wzdłuż palców wydawała się zaczerwieniona i z pewnością była dla niego bolesna. Widywała takie urazy najczęściej u młodych lekarzy. Nieustanne mycie rąk – zwłaszcza środkami antyseptycznymi, zapewnianymi przez szpitale – wysuszało skórę i powodowało podrażnienia. Sfotografowała to wszystko z bliska w celu dokumentacji.

Zaczerwienienia najczęściej pojawiały się wzdłuż knykci, a nie palców, bo tkanki na nich były grubsze, a skóra twardsza. Obróciła jego dłoń i przyjrzała się grzbietowi, jednak jego nie znalazła takich samych podrażnień. Wydawało się, że zaczerwienienie ogranicza się jedynie do palców. Może się oparzył? Zanotowała to.

Przeszła na drugą stronę ciała. Na prawej ręce nie zauważyła żadnych śladów. Sfotografowała jej wnętrze i grzbiet.

Dotknęła szyi denata, ale znalazła na jego skórze tylko jasnoczerwoną ciecz, która znajdowała się również na dywanie pod ciałem. Pobrała kilka próbek i włożyła nowe rękawiczki.

– Chciałabym odwrócić denata – zwróciła się do funkcjonariusza. – Proszę obserwować psa. Jeżeli zareaguje, będziemy musieli wezwać pracowników schroniska dla zwierząt.

Policjanci, zbliżając się do ciała, ostrożnie przyglądali się czworonogowi. Schwartzman podała im rękawiczki.

– Raczej będą za małe, ale muszą wystarczyć.

Pies nawet nie podniósł łba.

Funkcjonariusze włożyli ochraniacze na dłonie, a potem stanęli po obu bokach zwłok – jeden przy ramionach Posnera, a drugi przy udach.

– Na trzy proszę go przetoczyć w moją stronę – poleciła im lekarka. – Jeden, dwa, trzy.

Obserwowała psa, gdy policjanci zmieniali położenie zmarłego. Zwierzak pozostał spokojny. Kiedy nieżyjący mężczyzna znalazł się na podłodze na plecach, jego ręka opadła wzdłuż ciała.

W polu widzenia znalazła się cała jego twarz.

– O Boże – wydyszał jeden z funkcjonariuszy i zatoczył się do tyłu.

Podobnie jak palce lewej dłoni ofiary, tak i bok twarzy pokrywały wściekle czerwone plamy. Pośrodku barwa przechodziła w ciemną purpurę, jakby coś przypaliło głębsze warstwy skóry.

– Wygląda, jakby ktoś przysmażył mu twarz palnikiem – szepnął ochryple drugi policjant.

Rana ciągnęła się od dolnej wargi przez podbródek po szyję, gdzie znikała pod kołnierzykiem białej koszuli. Wyglądało to ślad po oparzeniu chemicznym. Podrażnienie przy ustach i na podbródku sugerowało, że lekarz napił się przed śmiercią jakiegoś kwasu. Skóra lśniła jeszcze od niezaschniętej krwi.

Na kołnierzyku również było widać tę jasnoczerwoną ciesz.

Takie poparzenie chemiczne nie wystarczyłoby, aby go zabić. Ale na pewno skłoniłoby go do tego, by pragnął śmierci.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij