Ant-ycypacja - ebook
Tymon chciał tylko spokojnie pracować. Zamiast tego odkrywa, że mrówki budują własną sieć, sztuczna inteligencja ma więcej rozsądku niż ludzie, a politycy potrafią zamienić każdy kryzys w konferencję prasową. Gdy technologia, biurokracja i owady ruszają do walki o kontrolę, zwykły dzień zamienia się w absurdalną przygodę. „Ant-ycypacja” to pełna ironii komedia o świecie, który rozwija się szybciej, niż człowiek zdąży przeczytać instrukcję.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-114-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
CZŁOWIEK, MRÓWKI I WANILIOWA KAWA
Gdybym wiedział, że napisany przeze mnie program doprowadzi do kryzysu politycznego, nocnego włamania, zalania biura i publicznego upadku jednej z najbardziej wpływowych kobiet w kraju, zostałbym przy hodowaniu mrówek.
Mrówki przynajmniej nie organizują konferencji prasowych.
Nie mają rzeczników, kont w mediach społecznościowych ani doradców, którzy po każdym skandalu tłumaczą, że królowa została wyrwana z kontekstu. Kiedy mrówka coś ukradnie, bierze okruch i wraca z nim do mrowiska. Nie tworzy komisji śledczej do spraw pochodzenia okrucha, nie oskarża sąsiedniej kolonii o prowokację i nie występuje wieczorem w telewizji, stojąc na tle sześciu flag.
Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem.
Wtedy byłem zwykłym programistą w firmie Innovatech i uważałem, że najgorszą rzeczą, jaka może mi się przydarzyć, jest poniedziałkowe zebranie zespołu.
Myliłem się.
Najgorszą rzeczą, jaka mogła mi się przydarzyć, była Aneta z marketingu pozbawiona kawy waniliowej.
— Nikt nie wychodzi! — oznajmiła, stając o ósmej siedemnaście pośrodku open space’u.
Powiedziała to takim tonem, jakby właśnie odkryła sabotaż w elektrowni atomowej. W prawej ręce trzymała pusty karton po kapsułkach, a w lewej telefon przygotowany do dokumentowania miejsca zbrodni.
W biurze zapadła cisza.
Nie dlatego, że ktokolwiek zamierzał podporządkować się jej poleceniu. Po prostu większość pracowników dopiero włączała komputery i nie miała jeszcze siły protestować.
— Powtarzam: nikt nie wychodzi, dopóki nie ustalimy, kto to zrobił.
— Co zrobił? — zapytał Paweł z księgowości, nie podnosząc głowy znad śniadania.
— Zabrał ostatnie kapsułki waniliowe.
Paweł przestał smarować bułkę serkiem.
— Wszystkie?
— Wszystkie.
— To rzeczywiście poważne — przyznał i wrócił do jedzenia.
Aneta obeszła biurka, pokazując pusty karton każdemu pracownikowi z osobna. Na opakowaniu widniał napis „Delicato Vaniglia — edycja premium”, chociaż smak napoju kojarzył mi się głównie z ciepłą wodą, do której ktoś wrzucił świeczkę zapachową.
— Wczoraj o siedemnastej były cztery — mówiła. — Sama liczyłam.
— Dlaczego liczyłaś kapsułki? — zapytałem.
Odwróciła się do mnie powoli.
Aneta potrafiła odwracać się w sposób, który sugerował, że rozmówca za chwilę pożałuje nie tylko pytania, ale również wszystkich decyzji życiowych prowadzących do jego zadania.
— Ponieważ, Tymon, w tej firmie nie można już nikomu ufać.
— Myślałem, że robiłaś inwentaryzację.
— To właśnie powiedziałam.
Podeszła do mojego biurka i zmrużyła oczy.
— Ty często pracujesz po godzinach.
— Czasami.
— Pijesz kawę?
— Taką zwykłą.
— Każdy tak mówi, dopóki nie znajdzie się pod presją.
— Aneta, to są kapsułki, a nie wzbogacony uran.
— Dla ciebie może nie ma różnicy.
To akurat było prawdą. Nie lubiłem kaw smakowych. Kawa powinna smakować jak kawa, a nie jak deser, który zrezygnował z kariery cukierniczej i postanowił zostać napojem.
Aneta zajrzała do mojego kubka. Widniał na nim ciąg zer i jedynek układający się w napis: „NIE ROZMAWIAJ ZE MNĄ PRZED KAWĄ”. Dostałem go od Wojtasa trzy lata wcześniej. Dopiero po kilku miesiącach odkryłem, że zapis binarny w rzeczywistości oznaczał: „KUP MLEKO”.
— Czarna — stwierdziła Aneta z rozczarowaniem.
— Od początku próbuję ci to powiedzieć.
— Mogłeś wypić waniliową, a potem zrobić czarną dla niepoznaki.
— To najbardziej skomplikowany plan zdobycia sześćdziesięciu mililitrów napoju, o jakim słyszałem.
— Czyli przyznajesz, że istniał plan?
Otworzyłem usta, ale zrezygnowałem. Dyskusja z Anetą przypominała zatwierdzanie regulaminu internetowego. Można było czytać każde zdanie, próbować je zrozumieć i szukać logicznych pułapek, ale ostatecznie i tak człowiek klikał „zgadzam się”, żeby mieć spokój.
Na szczęście uratowała mnie pani Basia z kadr.
Niestety, zrobiła to, wchodząc do biura w jednym pantoflu.
Pani Basia miała około sześćdziesięciu lat, okulary na złotym łańcuszku i zdolność zapamiętywania wszystkich przewinień pracowników od momentu powstania firmy. Wiedziała, kto spóźnił się siedem minut w marcu 2019 roku, kto nie podpisał listy obecności podczas próbnego alarmu oraz kto wykorzystał firmową drukarkę do wydrukowania zaproszeń na komunię.
Nigdy nie podnosiła głosu.
Nie musiała.
Kiedy wypowiadała czyjeś imię i nazwisko, człowiek natychmiast zaczynał zastanawiać się, czy złożył wszystkie wymagane oświadczenia podatkowe.
Tego ranka pani Basia miała na prawej stopie beżowy pantofel ortopedyczny. Na lewej — granatową skarpetę.
Podeszła na środek biura i stanęła obok Anety. Obie spojrzały na siebie jak przedstawicielki dwóch konkurencyjnych organów śledczych, które przybyły na to samo miejsce zbrodni.
— Zginął mi pantofel — oznajmiła pani Basia.
— Mnie kapsułki — odpowiedziała Aneta.
— Pantofel jest ważniejszy.
— Kawa wpływa na wydajność całego zespołu.
— Brak obuwia wpływa na moją zdolność przemieszczania się.
— Bez kawy ludzie również przestają się przemieszczać.
— Pani Aneto, proszę nie porównywać napoju do wyrobu medycznego.
Pani Basia położyła na najbliższym biurku prawy pantofel, żeby wszyscy wiedzieli, czego należy szukać. Paweł z księgowości natychmiast odsunął śniadanie.
— Ostatni raz widziałam oba wczoraj o godzinie szesnastej czterdzieści — ciągnęła. — Stały pod moim biurkiem, ustawione równolegle, noskami w kierunku północno-wschodnim.
— Skąd pani wie, w którą stronę były ustawione? — zapytał ktoś z końca sali.
— Ponieważ utrzymuję porządek.
To zamknęło temat.
— Może sprzątaczka przestawiła? — zasugerowałem.
Pani Basia spojrzała na mnie znad okularów.
— Panie Tymonie, sprzątaczka nie przestawia obuwia. Sprzątaczka obchodzi je zgodnie z instrukcją utrzymania czystości stanowisk pracy.
Nie wiedziałem, że istnieje instrukcja regulująca obchodzenie pantofli, ale w Innovatechu niczego nie należało wykluczać.
Nazwa firmy sugerowała, że zajmujemy się przyszłością technologii. W rzeczywistości Innovatech produkował systemy, aplikacje i rozwiązania informatyczne dla klientów, którzy sami nie wiedzieli, czego potrzebują, ale wymagali, żeby miało nowoczesny wygląd i działało „w chmurze”.
Nasz najważniejszy produkt nazywał się Synergon 360.
Do dziś nie wiem, co dokładnie robił.
Pracowałem przy nim przez dwa lata.
Na stronie internetowej firmy można było przeczytać, że Synergon 360 „łączy procesy, ludzi i dane w jeden dynamiczny ekosystem biznesowy”. W praktyce główną funkcją programu było wyświetlanie obracającego się kółka i komunikatu „Proszę czekać”.
Klienci czekali.
My wystawialiśmy faktury.
Ekosystem działał.
Ja jednak od kilku miesięcy żyłem czymś zupełnie innym. Projektem, który tworzyłem po godzinach i ukrywałem przed przełożonymi, ponieważ każda prywatna inicjatywa pracownika mogła zostać uznana za własność firmy, jeśli powstała w odległości mniejszej niż pięć metrów od służbowego ekspresu.
Projekt nazywał się „Ant-ycypacja”.
Nazwa była genialna.
Przynajmniej według mnie.
Program analizował zachowanie mrówek na nagraniach z kamer. Rozpoznawał poszczególne osobniki, śledził ich trasy, badał tempo przenoszenia pokarmu i przewidywał reakcje kolonii na zmiany w otoczeniu. Jeżeli jedna robotnica odkryła źródło pożywienia, algorytm potrafił oszacować, po jakim czasie pojawią się następne, którą trasę wybiorą i kiedy cały okruch zniknie w mrowisku.
Nie chodziło o przepowiadanie przyszłości.
Chodziło o matematykę, statystykę i analizę powtarzalnych zachowań.
Mrówki były do tego idealne. Każda miała określoną funkcję. Nie spóźniały się do pracy, nie brały zwolnień na żądanie i nie organizowały warsztatów z komunikacji międzydziałowej. Królowa nie wysyłała robotnicom ankiety dotyczącej dobrostanu. Nikt nie pytał, czy przenoszenie larw jest zgodne z jego osobistą ścieżką rozwoju.
Kolonia miała cel.
Wszyscy go rozumieli.
Czasami zazdrościłem mrówkom.
Usiadłem przy komputerze i spróbowałem wrócić do pracy. Na drugim monitorze miałem otwarte środowisko programistyczne, a w nim niemal ukończoną wersję algorytmu. Brakowało mi tylko odpowiedniej mocy obliczeniowej, żeby przeprowadzić pełny test.
Mój laptop zaczynał wydawać niepokojące dźwięki już po analizie dziesięciu minut nagrania. Przy godzinie materiału nagrzewał się do temperatury pozwalającej przygotować jajko sadzone. Nie próbowałem, ale Wojtas uważał, że powinienem. Twierdził, że człowiek nauki nie może odrzucać eksperymentu tylko dlatego, że producent komputera nie uwzględnił go w gwarancji.
Potrzebowałem firmowego serwera testowego.
A to oznaczało wizytę u Grześka.
Grzesiek kierował działem IT, choć dział składał się wyłącznie z niego i stażysty, który od trzech tygodni próbował uzyskać dostęp do służbowej poczty. Grzesiek nie uznawał rozmów telefonicznych, spotkań ani kontaktu wzrokowego. Preferował zgłoszenia przez system.
System zgłoszeń nie działał.
Zgodnie z komunikatem wyświetlanym od sześciu miesięcy trwała „krótka przerwa techniczna”.
Zszedłem do piwnicy i zapukałem do drzwi serwerowni.
— Zgłoszenie — dobiegł ze środka głos Grześka.
— Nie mogę zrobić zgłoszenia, bo system nie działa.
— To zgłoś awarię systemu.
— W systemie?
— Taka jest procedura.
— Grzesiek, otwórz.
Po chwili drzwi uchyliły się na kilka centymetrów. W szczelinie pojawiła się blada twarz i jedno niezadowolone oko.
— Czego?
— Potrzebuję serwera testowego na godzinę.
— Nie ma.
— Wczoraj były trzy.
— Dzisiaj nie ma.
— Co się z nimi stało?
— Zostały zajęte.
— Przez kogo?
— Przez procesy.
— Jakie procesy?
— Ważne.
Spojrzałem ponad jego ramieniem. Na jednym z monitorów widniał katalog zatytułowany „Dokumentacja techniczna”, a pod nim pasek pobierania pliku o nazwie, której nie zdążyłem przeczytać, ale zawierała słowa „Complete”, „Remastered” i „Season 1–9”.
— Potrzebuję tylko trochę mocy obliczeniowej — powiedziałem. — Testuję model predykcyjny.
Grzesiek zmrużył oko.
— Sztuczna inteligencja?
— Nie do końca. Algorytm analizuje zachowanie mrówek.
— Po co?
To pytanie słyszałem często. Zazwyczaj zadawali je ludzie, którzy spędzali osiem godzin dziennie na tworzeniu prezentacji o zwiększaniu efektywności spotkań.
— Ponieważ mrówki tworzą jeden z najbardziej złożonych systemów społecznych w przyrodzie.
— Nie mają internetu.
— Właśnie dlatego ten system działa.
Grzesiek zastanawiał się przez chwilę.
— Godzina — powiedział w końcu. — Serwer numer cztery. Nie dotykaj konfiguracji, nie zmieniaj portów i nie uruchamiaj niczego, co może przejąć kontrolę nad światem.
— Program jest o mrówkach.
— Każdy tak mówi na początku.
Zamknął drzwi.
Wróciłem na górę. Śledztwo w sprawie kawy i pantofla weszło tymczasem w nową fazę. Aneta stworzyła na firmowym komunikatorze grupę „KRYZYS WANILIOWY — PILNE”, do której dodała wszystkich pracowników, prezesa, dwóch byłych stażystów i człowieka, który od roku nie żył, ale nadal miał aktywne konto.
Pani Basia działała bardziej metodycznie. Rozdawała formularz zatytułowany „Oświadczenie pracownika dotyczące wiedzy o przemieszczeniu mienia osobistego na terenie zakładu pracy”.
Formularz miał cztery strony.
— Każdy wypełnia czy tylko podejrzani? — zapytał Paweł.
— Na tym etapie każdy jest podejrzany.
— Pani też?
Pani Basia spojrzała na niego.
— Panie Pawle, proszę dołączyć pisemne uzasadnienie tego pytania.
Paweł przestał zadawać pytania.
Podłączyłem się do serwera numer cztery, przesłałem model i wskazałem katalog zawierający nagrania kolonii mrówki ćmawej. Program uruchomił się bez błędów.
Na ekranie zaczęły pojawiać się kolejne komunikaty.
ANALIZA STRUKTURY KOLONII
IDENTYFIKACJA OSOBNIKÓW
MAPOWANIE SZLAKÓW
WYKRYWANIE ŹRÓDEŁ POŻYWIENIA
MODELOWANIE ZACHOWAŃ ZBIOROWYCH
Temperatura procesora rosła, ale serwer pracował stabilnie. Po raz pierwszy cały system działał dokładnie tak, jak go zaplanowałem.
Poczułem dumę.
Nie taką zwyczajną, codzienną dumę wynikającą z naprawienia błędu albo znalezienia czystej łyżeczki w firmowej kuchni. To było uczucie człowieka, który miesiącami budował coś samodzielnie i właśnie zobaczył, że wszystkie części zaczynają ze sobą współpracować.
Ant-ycypacja analizowała tysiące drobnych decyzji podejmowanych przez setki mrówek. Dostrzegała wzorce niewidoczne dla człowieka. Z chaosu tworzyła porządek.
Wtedy Aneta położyła mi rękę na ramieniu.
Prawie spadłem z krzesła.
— Co to jest? — zapytała, patrząc na ekran.
— Nic.
— Widzę, że coś.
— Testuję program.
— Sztuczną inteligencję?
— Algorytm zachowań zbiorowych.
— Czyli sztuczną inteligencję.
— Nie każda rzecz wykonująca obliczenia jest sztuczną inteligencją.
— Potrafi przewidywać przyszłość?
— Mrówek.
— Na początek może być.
Przysunęła sobie krzesło bez pytania i usiadła obok mnie. Jej paznokcie były intensywnie czerwone i tak długie, że nie rozumiałem, jak obsługiwała nimi klawiaturę. Podejrzewałem, że marketing od dawna korzystał z technologii niedostępnych zwykłym pracownikom.
— Jak się nazywa? — zapytała.
— Ant-ycypacja.
— Źle.
— To bardzo dobra nazwa.
— Nie ma emocji. Potrzebuje czegoś nowoczesnego. „AntVision AI”. Albo „FutureAnt”. Możemy zrobić logo z mrówką w okularach.
— Nie będziemy robić logo.
— Każdy produkt potrzebuje logo.
— To nie jest produkt.
— Jeszcze.
Na ekranie pasek postępu dotarł do stu procent.
Aneta pochyliła się bliżej.
— No i co przewidziało?
— Zaraz zobaczymy.
Program przez kilka sekund nie reagował. Potem ekran zamigotał. Pojawiło się okno, którego wcześniej nie projektowałem.
PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 1
Zmarszczyłem brwi.
— Coś nie tak? — zapytała Aneta.
— Ten komunikat powinien wyglądać inaczej.
Pod nagłówkiem zaczęły pojawiać się kolejne słowa:
ROBOTNICA C-7 PRZEJMIE GŁÓWNE ZAPASY CUKRU.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 09:42.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 96,8%.
Spojrzałem na zegar w prawym dolnym rogu monitora.
Była 09:38.
— Co oznacza C-7? — zapytała Aneta.
— Nie wiem. W danych testowych nie mam takiego oznaczenia.
— A zapasy cukru?
— Pokarm kolonii. Pewnie program błędnie sklasyfikował jeden z obiektów.
— Czyli któraś mrówka coś ukradnie?
— Mrówki nie kradną. Przenoszą zasoby zgodnie z potrzebami kolonii.
— Jak zabiera bez pytania, to kradnie.
Na firmowym komunikatorze rozległ się dźwięk nowej wiadomości.
Pani Basia napisała na kanale ogólnym:
„W związku z trwającym postępowaniem wyjaśniającym proszę nie zabierać z kuchni żadnych produktów spożywczych, naczyń, sztućców ani elementów wyposażenia. Dotyczy to również cukru.”
Aneta przeczytała wiadomość, a potem spojrzała na zegar.
09:39.
— Ciekawe — powiedziała.
— Przypadek.
— Oczywiście.
Wstała i ruszyła w stronę kuchni.
— Dokąd idziesz?
— Po kawę.
— Nie ma waniliowej.
— Wiem.
Zatrzymała się i odwróciła do mnie.
— Dlatego muszę zabezpieczyć cukier, zanim ktoś znowu wszystko ukradnie.
Patrzyłem, jak znika za drzwiami kuchni.
Potem spojrzałem na jej czerwone paznokcie.
C-7.
Czerwona. Siedem liter: „Czerwona”.
Nie. To nie miało sensu. Program analizował nagrania mrówek. Nie miał dostępu do danych firmy, komunikatora ani kamer w biurze. Nie mógł wiedzieć o cukrze. Nie mógł wiedzieć o Anecie.
Na ekranie zegara pojawiła się godzina 09:41.
Z kuchni dobiegł odgłos otwieranej szafki.
Wstałem.
Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Być może chciałem udowodnić sobie, że algorytm się pomylił. Być może kierowała mną zwykła ciekawość. A może już wtedy jakaś część mojego mózgu rozumiała, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie potrafię wyjaśnić.
Podszedłem do kuchni.
Aneta stała przy blacie. Rozejrzała się ostrożnie, otworzyła dużą torbę i zaczęła wkładać do niej firmowe saszetki z cukrem.
Wszystkie.
— Co robisz? — zapytałem.
Podskoczyła i gwałtownie zamknęła torbę.
— Zabezpieczam zasoby.
Spojrzałem na zegar wiszący nad ekspresem.
Wskazówka minutowa przesunęła się o jeden skok.
09:42.
Wróciłem powoli do swojego biurka.
Na monitorze czekał już następny komunikat.
PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 2
OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.
BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.
Uniosłem wzrok.
Po drugiej stronie biura pani Basia siedziała przy swoim biurku w jednym beżowym pantoflu i zszywała wypełnione oświadczenia.
Do rozpoczęcia postępowania zostały trzydzieści trzy minuty.
Wtedy jeszcze próbowałem sobie wmówić, że to zbieg okoliczności.
Była to ostatnia spokojna myśl, jaką miałem przez następne siedem dni.Rozdział 2
PIERWSZA PRZEPOWIEDNIA
Przez następne trzydzieści sekund stałem przed monitorem i próbowałem znaleźć racjonalne wyjaśnienie tego, co właśnie zobaczyłem.
Było ich kilka.
Program mógł wygenerować przypadkowy komunikat. Godzina 09:42 mogła być błędnie zinterpretowanym znacznikiem czasu z nagrania. Litera „C” mogła oznaczać cokolwiek: część kolonii, ciąg komunikacyjny, centrum pożywienia. Siódemka równie dobrze mogła być numerem kolejnej analizy.
A Aneta mogła przypadkiem mieć czerwone paznokcie, zabrać cały cukier i zrobić to dokładnie o godzinie wskazanej przez program.
Każdy z tych elementów dało się wyjaśnić osobno.
Problem polegał na tym, że wystąpiły jednocześnie.
— To nie była kradzież — oznajmiła Aneta, wracając z kuchni z torbą wypchaną saszetkami cukru. — Dokonałam prewencyjnej relokacji zasobów.
— Zabrałaś cały cukier.
— Zabezpieczyłam go.
— Przed kim?
Rozejrzała się po biurze.
— Przed wszystkimi.
— Gdzie go teraz trzymasz?
— To informacja poufna.
Z jej torby wypadła jedna saszetka. Schyliłem się i podniosłem ją z podłogi.
— Masz go w torbie.
— Tymon, właśnie ujawniłeś lokalizację strategicznych rezerw.
— Sam przed sobą?
— Nie wiesz, kto nas słucha.
Spojrzała wymownie na kamerę monitoringu pod sufitem. Kamera nie działała od kilku miesięcy, ale dzięki migającej czerwonej diodzie skutecznie podtrzymywała w pracownikach poczucie nadzoru.
— Oddaj cukier do kuchni — powiedziałem.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Ponieważ pani Basia zakazała wynoszenia produktów. Jeżeli teraz wrócę z całym opakowaniem, będzie wyglądało, jakbym je wcześniej wyniosła.
— Bo wcześniej je wyniosłaś.
— Właśnie o tym mówię. Sytuacja jest bardzo delikatna.
Usiadła przy swoim biurku i zaczęła układać saszetki w szufladzie. Robiła to szybko, ale metodycznie, dzieląc je na biały i brązowy cukier. Nawet w obliczu przestępstwa marketing wymagał odpowiedniej segmentacji.
Wróciłem do komputera.
Druga prognoza nadal widniała na ekranie:
OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.
BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.
PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.
PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.
Do wskazanej godziny pozostawało dwadzieścia osiem minut.
Zamknąłem okno prognozy.
Otworzyło się ponownie.
Zamknąłem je drugi raz.
Pojawiło się jeszcze raz.
Po trzeciej próbie program wyświetlił komunikat:
IGNOROWANIE PROGNOZY NIE WPŁYWA NA PRAWDOPODOBIEŃSTWO ZDARZENIA.
— Bardzo zabawne — mruknąłem.
Nie pamiętałem, żebym dodawał taką funkcję.
Uruchomiłem podgląd kodu i wyszukałem treść komunikatu. Nie znalazłem jej. Sprawdziłem pliki językowe, moduł interfejsu i bibliotekę odpowiedzialną za wyświetlanie ostrzeżeń.
Nic.
Tekst nie istniał w żadnym z plików projektu.
Mógł zostać wygenerowany przez moduł językowy, który eksperymentalnie dodałem kilka tygodni wcześniej. Jego zadaniem było zamienianie surowych wyników analizy na krótkie, zrozumiałe opisy. Zamiast wyświetlać użytkownikowi „wzrost transferu biomasy o 37,2 procent”, program miał pisać: „Mrówki prawdopodobnie znalazły nowe źródło pożywienia”.
Moduł najwyraźniej postanowił zostać dramaturgiem.
Sprawdziłem katalog wejściowy.
Nagrania kolonii znajdowały się tam, gdzie powinny. Pliki były prawidłowe. Czas trwania, rozdzielczość, liczba klatek — wszystko się zgadzało. Otworzyłem losowe nagranie. Setki mrówek przemieszczały się między gniazdem a kawałkiem jabłka.
Żadnej Anety.
Żadnego cukru.
Ani jednego pantofla.
Przeszedłem do logów systemowych. Program analizował znacznie więcej danych, niż powinien. Oprócz dwudziestu czterech plików wideo pojawiały się odwołania do źródła oznaczonego jako:
COLONY_LIVE_04
Nie znałem takiego źródła.
Kliknąłem nazwę.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Spróbowałem otworzyć właściwości.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Uruchomiłem terminal i wpisałem polecenie pozwalające sprawdzić ścieżkę połączenia.
BRAK UPRAWNIEŃ.
Serwer odrzucał każde pytanie z konsekwencją urzędnika, któremu brakuje jednej pieczątki.
Zadzwoniłem do Grześka.
Nie odebrał.
Zadzwoniłem ponownie.
Po trzecim sygnale połączenie zostało odrzucone, a na firmowym komunikatorze pojawiła się wiadomość:
GRZESIEK IT: ZGŁOSZENIE.
Odpisałem:
TYMON: PILNE. CO TO JEST COLONY_LIVE_04?
Przez chwilę nie reagował.
GRZESIEK IT: NIE WIEM.
TYMON: TO ŹRÓDŁO JEST PODŁĄCZONE DO SERWERA NUMER CZTERY.
GRZESIEK IT: W TAKIM RAZIE COŚ.
TYMON: COŚ CO?
GRZESIEK IT: COŚ PODŁĄCZONEGO.
TYMON: MOŻESZ SPRAWDZIĆ?
GRZESIEK IT: MOGĘ.
Czekałem.
Minęła minuta.
Potem druga.
TYMON: SPRAWDZISZ?
GRZESIEK IT: NIE PISAŁEŚ, ŻEBYM SPRAWDZIŁ. PYTAŁEŚ, CZY MOGĘ.
Zacisnąłem zęby.
TYMON: PROSZĘ, SPRAWDŹ.
GRZESIEK IT: UTWÓRZ ZGŁOSZENIE.
Odchyliłem się na krześle i spojrzałem na sufit. Człowiek jest jedynym gatunkiem zdolnym zbudować globalną sieć wymiany informacji, a następnie wykorzystać ją do odsyłania innych ludzi do niedziałającego formularza.
— Z kim piszesz? — zapytała Aneta.
Stała znowu za moim krzesłem.
Nie słyszałem, kiedy podeszła. Zaczynałem podejrzewać, że czerwone paznokcie nie były ozdobą, tylko elementem systemu maskowania.
— Z Grześkiem.
— O tym programie?
— O serwerze.
— To prawda, że przewidział cukier?
— Nie.
— Tymon, byłam przy tym.
— Wyświetlił przypadkowy komunikat, który pasował do przypadkowego wydarzenia.
— Z dokładnością do minuty.
— Zbieżność.
— I nazwał mnie robotnicą C-7.
— Nie wiemy, czy chodziło o ciebie.
— Mam czerwone paznokcie i siedem liter w imieniu.
— Mogło chodzić o coś innego.
— Na przykład?
Nie odpowiedziałem.
Aneta uśmiechnęła się.
— Wiedziałam.
— Niczego nie wiedziałaś.
— Stworzyłeś program przewidujący przyszłość i boisz się do tego przyznać.
— Stworzyłem program przewidujący zachowanie mrówek.
— Ludzie są trochę jak mrówki.
— Nie są.
— Pracują, jedzą i chodzą wyznaczonymi ścieżkami.
— To duże uproszczenie.
— Niektórzy noszą okruchy do biurka.
Spojrzeliśmy na Pawła z księgowości, który właśnie chował do szuflady drugą bułkę.
— Nie pokazuj tego nikomu — powiedziałem.
— Oczywiście.
— Mówię poważnie.
— Ja też.
— Nie rób zdjęć.
Aneta schowała telefon za plecami.
— Nie robię.
— Słyszałem dźwięk migawki.
— To było powiadomienie.
— Twój telefon był skierowany na monitor.
— Bardzo dużo ode mnie wymagasz jak na osobę, która właśnie stworzyła cyfrową wyrocznię.
Wyciągnąłem rękę.
— Pokaż telefon.
— Nie masz do tego uprawnień.
— Usuń zdjęcie.
— Zastanowię się.
— Aneta.
— Tymon.
Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie. Potem jej wzrok przesunął się na zegar w rogu ekranu.
10:02.
— A co z drugą przepowiednią? — zapytała.
— Nie ma drugiej przepowiedni.
— Widziałam.
— Nie powinnaś była patrzeć.
— „Okaleczona królowa rozpocznie postępowanie”. Brzmi jak pani Basia.
— Nie nazywaj jej tak.
— Dlaczego? Przecież nie słyszy.
— Pani Basia słyszy wszystko.
— Panie Tymonie — odezwał się za nami spokojny głos.
Oboje zesztywnieliśmy.
Pani Basia stała dwa kroki dalej. Miała pod pachą teczkę, w ręce długopis, a na stopie nadal tylko jeden pantofel.
— Czy posiada pan jakieś informacje mogące mieć znaczenie dla prowadzonego postępowania?
— Nie — odpowiedziałem zbyt szybko.
— Jakiego postępowania? — zapytała Aneta.
— Postępowania wyjaśniającego w sprawie bezprawnego przemieszczenia mojego obuwia.
— Już się rozpoczęło? — upewniła się Aneta.
Pani Basia spojrzała na zegarek.
— Formalnie rozpocznie się o dziesiątej piętnaście. Do tego czasu zbieram oświadczenia wstępne.
Aneta odwróciła głowę w moją stronę.
Nie musiała nic mówić.
Spojrzałem na monitor.
10:04.
— Dlaczego akurat o dziesiątej piętnaście? — zapytałem.
— Ponieważ o tej godzinie kończy się ustawowa przerwa pana Pawła, a bez jego oświadczenia materiał dowodowy będzie niepełny.
Paweł spojrzał na trzymaną bułkę.
— Ja jestem na przerwie?
— Od dziewiątej pięćdziesiąt siedem.
— Myślałem, że pracuję.
— To bardzo niepokojące, panie Pawle.
Pani Basia wręczyła mi formularz.
— Proszę odpowiedzieć na wszystkie pytania, zwłaszcza numer osiem: „Czy w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin widział pan osobę niosącą pojedynczy pantofel lub przedmiot, który z daleka mógł przypominać pojedynczy pantofel?”.
— Co może z daleka przypominać pantofel?
— To powinien pan opisać w odpowiedzi.
Odeszła w kierunku swojego pokoju.
Aneta nachyliła się do mnie.
— Jedenaście minut.
— To nadal może być przypadek.
— O której zazwyczaj pani Basia rozpoczyna postępowania?
— Nie wiem.
— Ja też nie. I właśnie dlatego jestem podekscytowana.
— Nie powinnaś być. Jeżeli program przetwarza dane, do których nie ma prawa dostępu, mogę mieć poważne problemy.
— A jeśli naprawdę przewiduje przyszłość?
— Będę miał jeszcze większe.
Aneta spojrzała na mnie z niezrozumieniem.
— Dlaczego? Możesz zarobić miliony.
— Każda osoba, która chce zarobić miliony na przewidywaniu przyszłości, powinna najpierw przewidzieć konsekwencje.
— To bardzo dobra wypowiedź do materiałów promocyjnych.
— Nie będzie materiałów promocyjnych.
— Powinniśmy zamówić domenę.
— Nie.
— Antycypacja.ai może być jeszcze wolna.
— Aneta, idź pracować.
— Właśnie pracuję. Rozpoznaję potencjał produktu.
Wróciła do swojego biurka. Przez następną minutę udawała, że pisze służbowego maila. Następnie otworzyła wyszukiwarkę domen.
Ja próbowałem ustalić, czym było tajemnicze źródło danych. Program pobierał z niego informacje w czasie rzeczywistym. Pakiety były niewielkie, ale pojawiały się co kilka sekund. Nie zawierały obrazu ani dźwięku. Były to krótkie ciągi liczb, identyfikatory i znaczniki czasu.
Dane telemetryczne.
Tylko czego dotyczyły?
O 10:11 źródło wysłało serię nowych informacji. Program natychmiast je przetworzył. Przy drugiej prognozie pojawiła się aktualizacja:
POSTĘPOWANIE ROZPOCZNIE SIĘ ZGODNIE Z PLANEM.
BRAKUJĄCA KOŃCZYNA POZOSTAJE W STREFIE ZIMNA.
GNIAZDO WROGA WYKAZUJE PODWYŻSZONĄ AKTYWNOŚĆ.
— Strefa zimna — przeczytałem szeptem.
Spojrzałem w stronę drzwi prowadzących do piwnicy.
Serwerownia.
Dla pani Basi dział IT rzeczywiście mógł być gniazdem wroga. Grzesiek od siedmiu miesięcy nie ukończył obowiązkowego szkolenia „Cyberbezpieczeństwo zaczyna się od Ciebie”, a na trzy wezwania kadrowe odpowiedział jednym plikiem graficznym przedstawiającym smutnego kota.
Wstałem.
— Dokąd idziesz? — zawołała Aneta.
— Do Grześka.
— Przepowiednia mówi, że tam jest pantofel?
— Nie wiem.
— Idę z tobą.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo nie.
— To nie jest argument.
— Jest krótki i zrozumiały.
Aneta chwyciła telefon i ruszyła za mną.
O 10:14 dotarliśmy pod drzwi serwerowni. Zapukałem.
— Zgłoszenie — odpowiedział Grzesiek.
— Otwórz. Chodzi o źródło danych.
— Analizuję.
— Od kiedy?
— Od kiedy poprosiłeś.
— To było ponad pół godziny temu.
— Analiza trwa.
— Co ustaliłeś?
— Że istnieje.
Nacisnąłem klamkę. Drzwi były zamknięte.
— Grzesiek, otwieraj.
— Nie masz uprawnień.
— Mój program korzysta z nieznanego połączenia na twoim serwerze.
— Tym bardziej nie powinieneś wchodzić.
Aneta stanęła obok mnie i zapukała mocniej.
— Grzesiek! Pani Basia idzie!
Drzwi otworzyły się natychmiast.
— Gdzie? — zapytał, wyglądając na korytarz.
— Na razie nigdzie — przyznała Aneta.
— Kłamstwo w celu uzyskania dostępu do infrastruktury krytycznej — powiedział Grzesiek. — Zgłoszę to.
— W niedziałającym systemie? — zapytałem.
— Mam notes.
Wsunęliśmy się do środka, zanim zdążył zamknąć drzwi. W serwerowni panował półmrok. Wentylatory pracowały jednostajnie, na monitorach przesuwały się linijki danych, a przy ścianie piętrzyły się kartony po sprzęcie i pizzy.
— Szukamy pantofla — oznajmiła Aneta.
— Wyjdźcie.
— Lewego, beżowego, ortopedycznego — dodała.
— Tym bardziej wyjdźcie.
Rozejrzałem się. Pod biurkiem nie było niczego. Między szafami serwerowymi również. Zajrzałem za stos pudełek po klawiaturach.
— Nie dotykaj — ostrzegł Grzesiek.
— Czego?
— Niczego.
— To są puste kartony.
— Są ułożone w systemie.
— Według czego?
— Daty pizzy.
Aneta zaczęła zaglądać za monitory. Grzesiek chodził za nią i przywracał każdy przesunięty przedmiot na miejsce. W pewnym momencie potrąciła wielki karton stojący pod jedną z szaf. Karton przesunął się o kilka centymetrów.
Szafa zachwiała się.
Grzesiek rzucił się do niej i przytrzymał metalową konstrukcję obiema rękami.
— Nie ruszaj tego!
— Dlaczego szafa się chwieje? — zapytała Aneta.
— Podłoga jest nierówna.
— A czym ją podparłeś?
Grzesiek milczał.
Spojrzałem w szczelinę między dolną krawędzią szafy a podłogą.
Tkwił tam beżowy przedmiot.
Schyliłem się.
— Nie wyciągaj — powiedział Grzesiek.
— Czy to jest…
— Element stabilizacyjny.
Chwyciłem przedmiot i pociągnąłem.
Szafa przechyliła się niebezpiecznie. Grzesiek jęknął, naparł na nią ramieniem i zaczął gorączkowo rozglądać się za czymś, czym mógłby zastąpić podporę.
W ręce trzymałem lewy pantofel pani Basi.
Był lekko spłaszczony, ale poza tym wyglądał na cały.
Aneta zrobiła zdjęcie.
— Skąd go miałeś? — zapytałem.
— Leżał na korytarzu.
— I zamiast oddać go pani Basi, wsadziłeś pod serwer?
— Szafa się chwiała.
— Mogłeś użyć kawałka drewna.
— Nie miał odpowiedniej grubości.
— To jest wyrób medyczny — przypomniała Aneta.
— Teraz jest częścią infrastruktury.
Spojrzałem na zegarek.
10:15.
W tej samej chwili wszystkie nasze telefony wydały dźwięk firmowego powiadomienia.
Wiadomość od pani Basi:
„Z dniem dzisiejszym, o godzinie 10:15, wszczynam formalne postępowanie wyjaśniające w sprawie zaginięcia lewego pantofla ortopedycznego stanowiącego własność prywatną pracownika. Osoby posiadające informacje proszone są o ich niezwłoczne przekazanie. Zatajenie wiedzy będzie traktowane jako naruszenie zasad współżycia społecznego w miejscu pracy.”
Aneta przeczytała wiadomość, spojrzała na pantofel, potem na mnie.
— Dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dwa procent — powiedziała cicho.
Grzesiek nadal podtrzymywał szafę.
— O czym ona mówi?
Nie odpowiedziałem.
Wróciliśmy na górę. Niosłem pantofel przed sobą. Ludzie wychylali głowy znad monitorów, śledząc nasz przemarsz. Pani Basia wyszła ze swojego pokoju.
Zatrzymałem się przed nią.
— Znalazł się.
Spojrzała na pantofel.
Potem na mnie.
Następnie na Anetę, która nagrywała wszystko telefonem.
— Gdzie był?
— W serwerowni.
— W dziale informatycznym?
— Pod szafą serwerową.
Twarz pani Basi nie zmieniła wyrazu, ale w biurze zrobiło się ciszej. Nawet osoby, które nie słyszały rozmowy, wyczuły, że gdzieś właśnie zapadła decyzja administracyjna o dużej sile rażenia.
— Rozumiem — powiedziała.
Założyła odzyskany pantofel, zrobiła dwa próbne kroki i poprawiła okulary.
— Postępowanie będzie kontynuowane.
— Ale pantofel się znalazł — zauważyłem.
— Znalezienie przedmiotu nie wyjaśnia jego bezprawnego przemieszczenia, wykorzystania w charakterze materiału technicznego ani narażenia wkładki ortopedycznej na odkształcenie.
Odwróciła się w stronę piwnicy.
— Pan Grzegorz jest na dole?
— Podtrzymuje serwer — odpowiedziała Aneta.
Pani Basia skinęła głową.
— Dobrze. Przynajmniej nie ucieknie.
Ruszyła w stronę schodów.
Kilka sekund później usłyszeliśmy dobiegający z piwnicy głos Grześka:
— TO NIE JEST SPRZĘT FIRMOWY!
A następnie spokojną odpowiedź pani Basi:
— Właśnie dlatego sytuacja jest poważniejsza, niż pan sądzi.
Wróciłem do komputera.
Druga prognoza zniknęła. W jej miejscu widniał zielony napis:
ZDARZENIE POTWIERDZONE.
DOKŁADNOŚĆ MODELU: 98,4%.
Pod nim pojawił się nowy komunikat:
WYKRYTO NOWY TYP KOLONII.
TRWA ADAPTACJA MODELU.
Zamarłem.
Kliknąłem „Przerwij”.
Program nie zareagował.
Spróbowałem odłączyć proces od serwera.
ODMOWA DOSTĘPU.
Wpisałem polecenie wymuszające zakończenie programu.
PROCES CHRONIONY PRZEZ ADMINISTRATORA.
— Grzesiek… — powiedziałem pod nosem.
Na pasku postępu pojawił się jeden procent.
Potem dwa.
Program pobierał dane ze źródła COLONY_LIVE_04 coraz szybciej. W logach zaczęły przewijać się identyfikatory kart dostępu, numery urządzeń, statusy drukarek, temperatura pomieszczeń, użycie ekspresu do kawy, rezerwacje sal konferencyjnych i setki innych informacji.
To nie był obraz z kamer.
To był cyfrowy układ nerwowy całego budynku.
Serwer numer cztery miał dostęp do systemu zarządzania biurem. Rejestrował wejścia i wyjścia pracowników, ruch wind, działanie urządzeń, zamówienia, komunikaty oraz aktywność firmowej sieci. Dla mojego programu nie były to jednak dane przedsiębiorstwa.
Były to informacje o kolonii.
Każdy pracownik został potraktowany jak osobnik poruszający się po mrowisku. Karty dostępu wyznaczały trasy. Wiadomości wskazywały konflikty. Ekspres, lodówka i automaty z przekąskami stały się źródłami pożywienia. Sale konferencyjne były komorami. Zarząd — centrum dowodzenia.
Ant-ycypacja nie rozumiała ludzi.
Nie musiała.
Wystarczyło, że zauważała ich przyzwyczajenia.
Pasek postępu osiągnął sto procent.
ADAPTACJA ZAKOŃCZONA.
MODEL KOLONII LUDZKIEJ AKTYWNY.
HORYZONT PROGNOZOWANIA: 24 GODZINY.
Na dole ekranu pojawiło się pytanie:
ROZPOCZĄĆ ANALIZĘ?
Kursor przesunął się sam.
Przycisk „TAK” rozświetlił się na zielono.
— Nie — powiedziałem.
Komputer nie powinien reagować na ton głosu, ale przez krótką chwilę miałem wrażenie, że program czeka.
Potem przycisk został wciśnięty.
Na monitorze pojawiła się lista nowych prognoz.
— ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.
— ROBOTNICE ROZPOCZNĄ BUNT.
— STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.
— JEDEN Z OSOBNIKÓW OPUŚCI KOLONIĘ I JUŻ NIE WRÓCI.
Przy ostatnim punkcie widniała godzina:
17:03.
Prawdopodobieństwo: 100%.
Poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Program przewidział cukier.
Przewidział postępowanie pani Basi.
Odnalazł pantofel w serwerowni.
A teraz twierdził, że przed końcem dnia ktoś opuści Innovatech i już nigdy do niego nie wróci.
Chciałem wyłączyć monitor, ale zanim zdążyłem dotknąć przycisku, usłyszałem za plecami serię dźwięków firmowego komunikatora.
Najpierw jeden.
Potem dziesięć.
Po chwili telefony zaczęły odzywać się w całym biurze.
Aneta stała przy swoim stanowisku z niewinną miną.
Na kanale ogólnym opublikowała zdjęcie pierwszej przepowiedni.
Podpisała je:
„NASZ KOLEGA TYMON STWORZYŁ SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ, KTÓRA PRZEWIDUJE PRZYSZŁOŚĆ! PIERWSZE DWA WYNIKI JUŻ SIĘ SPRAWDZIŁY. ZADAWAJCIE PYTANIA W KOMENTARZACH. #INNOVATECHPRZYSZŁOŚCI”
Spojrzała na mnie i uniosła kciuk.
W ciągu następnych trzydziestu sekund program otrzymał sto czterdzieści siedem pytań.
Najwięcej dotyczyło podwyżek.
Drugie miejsce zajęły romanse.
Na trzecim znalazło się pytanie Pawła z księgowości:
„Czy mogę już zjeść trzecią bułkę, czy ktoś to widzi?”.
Ant-ycypacja rozpoczęła analizę.
A ja zrozumiałem, że właśnie straciłem nad nią kontrolę.