Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Ant-ycypacja - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Ant-ycypacja - ebook

Tymon chciał tylko spokojnie pracować. Zamiast tego odkrywa, że mrówki budują własną sieć, sztuczna inteligencja ma więcej rozsądku niż ludzie, a politycy potrafią zamienić każdy kryzys w konferencję prasową. Gdy technologia, biurokracja i owady ruszają do walki o kontrolę, zwykły dzień zamienia się w absurdalną przygodę. „Ant-ycypacja” to pełna ironii komedia o świecie, który rozwija się szybciej, niż człowiek zdąży przeczytać instrukcję.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-114-6
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

CZŁOWIEK, MRÓWKI I WANILIOWA KAWA

Gdybym wie­dział, że na­pi­sa­ny przeze mnie program do­pro­wa­dzi do kryzysu po­li­tycz­ne­go, nocnego wła­ma­nia, zalania biura i pu­blicz­ne­go upadku jednej z naj­bar­dziej wpły­wo­wych kobiet w kraju, zo­stał­bym przy ho­do­wa­niu mrówek.

Mrówki przy­naj­mniej nie or­ga­ni­zu­ją kon­fe­ren­cji pra­so­wych.

Nie mają rzecz­ni­ków, kont w mediach spo­łecz­no­ścio­wych ani do­rad­ców, którzy po każdym skan­da­lu tłu­ma­czą, że królowa została wyrwana z kon­tek­stu. Kiedy mrówka coś ukrad­nie, bierze okruch i wraca z nim do mro­wi­ska. Nie tworzy komisji śled­czej do spraw po­cho­dze­nia okrucha, nie oskarża są­sied­niej kolonii o pro­wo­ka­cję i nie wy­stę­pu­je wie­czo­rem w te­le­wi­zji, stojąc na tle sześciu flag.

Wtedy jeszcze tego nie ro­zu­mia­łem.

Wtedy byłem zwykłym pro­gra­mi­stą w firmie Innovatech i uwa­ża­łem, że naj­gor­szą rzeczą, jaka może mi się przy­da­rzyć, jest po­nie­dział­ko­we ze­bra­nie zespołu.

Myliłem się.

Naj­gor­szą rzeczą, jaka mogła mi się przy­da­rzyć, była Aneta z mar­ke­tin­gu po­zba­wio­na kawy wa­ni­lio­wej.

— Nikt nie wy­cho­dzi! — oznaj­mi­ła, stając o ósmej sie­dem­na­ście po­środ­ku open space’u.

Po­wie­dzia­ła to takim tonem, jakby właśnie odkryła sabotaż w elek­trow­ni ato­mo­wej. W prawej ręce trzy­ma­ła pusty karton po kap­suł­kach, a w lewej telefon przy­go­to­wa­ny do do­ku­men­to­wa­nia miejsca zbrodni.

W biurze zapadła cisza.

Nie dlatego, że kto­kol­wiek za­mie­rzał pod­po­rząd­ko­wać się jej po­le­ce­niu. Po prostu więk­szość pra­cow­ni­ków dopiero włą­cza­ła kom­pu­te­ry i nie miała jeszcze siły pro­te­sto­wać.

— Po­wta­rzam: nikt nie wy­cho­dzi, dopóki nie usta­li­my, kto to zrobił.

— Co zrobił? — zapytał Paweł z księ­go­wo­ści, nie pod­no­sząc głowy znad śnia­da­nia.

— Zabrał ostat­nie kap­suł­ki wa­ni­lio­we.

Paweł prze­stał sma­ro­wać bułkę serkiem.

— Wszyst­kie?

— Wszyst­kie.

— To rze­czy­wi­ście poważne — przy­znał i wrócił do je­dze­nia.

Aneta obeszła biurka, po­ka­zu­jąc pusty karton każdemu pra­cow­ni­ko­wi z osobna. Na opa­ko­wa­niu widniał napis „Delicato Vaniglia — edycja premium”, chociaż smak napoju ko­ja­rzył mi się głównie z ciepłą wodą, do której ktoś wrzucił świecz­kę za­pa­cho­wą.

— Wczoraj o sie­dem­na­stej były cztery — mówiła. — Sama li­czy­łam.

— Dla­cze­go li­czy­łaś kap­suł­ki? — za­py­ta­łem.

Od­wró­ci­ła się do mnie powoli.

Aneta po­tra­fi­ła od­wra­cać się w sposób, który su­ge­ro­wał, że roz­mów­ca za chwilę po­ża­łu­je nie tylko pytania, ale również wszyst­kich decyzji ży­cio­wych pro­wa­dzą­cych do jego zadania.

— Po­nie­waż, Tymon, w tej firmie nie można już nikomu ufać.

— My­śla­łem, że robiłaś in­wen­ta­ry­za­cję.

— To właśnie po­wie­dzia­łam.

Po­de­szła do mojego biurka i zmru­ży­ła oczy.

— Ty często pra­cu­jesz po go­dzi­nach.

— Czasami.

— Pijesz kawę?

— Taką zwykłą.

— Każdy tak mówi, dopóki nie znaj­dzie się pod presją.

— Aneta, to są kap­suł­ki, a nie wzbo­ga­co­ny uran.

— Dla ciebie może nie ma różnicy.

To akurat było prawdą. Nie lubiłem kaw sma­ko­wych. Kawa powinna sma­ko­wać jak kawa, a nie jak deser, który zre­zy­gno­wał z kariery cu­kier­ni­czej i po­sta­no­wił zostać napojem.

Aneta zaj­rza­ła do mojego kubka. Widniał na nim ciąg zer i jedynek ukła­da­ją­cy się w napis: „NIE ROZ­MA­WIAJ ZE MNĄ PRZED KAWĄ”. Do­sta­łem go od Wojtasa trzy lata wcze­śniej. Dopiero po kilku mie­sią­cach od­kry­łem, że zapis binarny w rze­czy­wi­sto­ści ozna­czał: „KUP MLEKO”.

— Czarna — stwier­dzi­ła Aneta z roz­cza­ro­wa­niem.

— Od po­cząt­ku próbuję ci to po­wie­dzieć.

— Mogłeś wypić wa­ni­lio­wą, a potem zrobić czarną dla nie­po­zna­ki.

— To naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny plan zdo­by­cia sześć­dzie­się­ciu mi­li­li­trów napoju, o jakim sły­sza­łem.

— Czyli przy­zna­jesz, że istniał plan?

Otwo­rzy­łem usta, ale zre­zy­gno­wa­łem. Dys­ku­sja z Anetą przy­po­mi­na­ła za­twier­dza­nie re­gu­la­mi­nu in­ter­ne­to­we­go. Można było czytać każde zdanie, pró­bo­wać je zro­zu­mieć i szukać lo­gicz­nych pułapek, ale osta­tecz­nie i tak czło­wiek klikał „zgadzam się”, żeby mieć spokój.

Na szczę­ście ura­to­wa­ła mnie pani Basia z kadr.

Nie­ste­ty, zrobiła to, wcho­dząc do biura w jednym pan­to­flu.

Pani Basia miała około sześć­dzie­się­ciu lat, okulary na złotym łań­cusz­ku i zdol­ność za­pa­mię­ty­wa­nia wszyst­kich prze­wi­nień pra­cow­ni­ków od momentu po­wsta­nia firmy. Wie­dzia­ła, kto spóźnił się siedem minut w marcu 2019 roku, kto nie pod­pi­sał listy obec­no­ści podczas prób­ne­go alarmu oraz kto wy­ko­rzy­stał firmową dru­kar­kę do wy­dru­ko­wa­nia za­pro­szeń na komunię.

Nigdy nie pod­no­si­ła głosu.

Nie musiała.

Kiedy wy­po­wia­da­ła czyjeś imię i na­zwi­sko, czło­wiek na­tych­miast za­czy­nał za­sta­na­wiać się, czy złożył wszyst­kie wy­ma­ga­ne oświad­cze­nia po­dat­ko­we.

Tego ranka pani Basia miała na prawej stopie beżowy pan­to­fel or­to­pe­dycz­ny. Na lewej — gra­na­to­wą skar­pe­tę.

Po­de­szła na środek biura i stanęła obok Anety. Obie spoj­rza­ły na siebie jak przed­sta­wi­ciel­ki dwóch kon­ku­ren­cyj­nych organów śled­czych, które przy­by­ły na to samo miejsce zbrodni.

— Zginął mi pan­to­fel — oznaj­mi­ła pani Basia.

— Mnie kap­suł­ki — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

— Pan­to­fel jest waż­niej­szy.

— Kawa wpływa na wy­daj­ność całego zespołu.

— Brak obuwia wpływa na moją zdol­ność prze­miesz­cza­nia się.

— Bez kawy ludzie również prze­sta­ją się prze­miesz­czać.

— Pani Aneto, proszę nie po­rów­ny­wać napoju do wyrobu me­dycz­ne­go.

Pani Basia po­ło­ży­ła na naj­bliż­szym biurku prawy pan­to­fel, żeby wszyscy wie­dzie­li, czego należy szukać. Paweł z księ­go­wo­ści na­tych­miast odsunął śnia­da­nie.

— Ostatni raz wi­dzia­łam oba wczoraj o go­dzi­nie szes­na­stej czter­dzie­ści — cią­gnę­ła. — Stały pod moim biur­kiem, usta­wio­ne rów­no­le­gle, noskami w kie­run­ku północno-wschod­nim.

— Skąd pani wie, w którą stronę były usta­wio­ne? — zapytał ktoś z końca sali.

— Po­nie­waż utrzy­mu­ję po­rzą­dek.

To za­mknę­ło temat.

— Może sprzą­tacz­ka prze­sta­wi­ła? — za­su­ge­ro­wa­łem.

Pani Basia spoj­rza­ła na mnie znad oku­la­rów.

— Panie Tymonie, sprzą­tacz­ka nie prze­sta­wia obuwia. Sprzą­tacz­ka ob­cho­dzi je zgodnie z in­struk­cją utrzy­ma­nia czy­sto­ści sta­no­wisk pracy.

Nie wie­dzia­łem, że ist­nie­je in­struk­cja re­gu­lu­ją­ca ob­cho­dze­nie pan­to­fli, ale w Innovatechu niczego nie na­le­ża­ło wy­klu­czać.

Nazwa firmy su­ge­ro­wa­ła, że zaj­mu­je­my się przy­szło­ścią tech­no­lo­gii. W rze­czy­wi­sto­ści Innovatech pro­du­ko­wał systemy, apli­ka­cje i roz­wią­za­nia in­for­ma­tycz­ne dla klien­tów, którzy sami nie wie­dzie­li, czego po­trze­bu­ją, ale wy­ma­ga­li, żeby miało no­wo­cze­sny wygląd i dzia­ła­ło „w chmurze”.

Nasz naj­waż­niej­szy produkt nazywał się Synergon 360.

Do dziś nie wiem, co do­kład­nie robił.

Pra­co­wa­łem przy nim przez dwa lata.

Na stronie in­ter­ne­to­wej firmy można było prze­czy­tać, że Synergon 360 „łączy procesy, ludzi i dane w jeden dy­na­micz­ny eko­sys­tem biz­ne­so­wy”. W prak­ty­ce główną funkcją pro­gra­mu było wy­świe­tla­nie ob­ra­ca­ją­ce­go się kółka i ko­mu­ni­ka­tu „Proszę czekać”.

Klienci czekali.

My wy­sta­wia­li­śmy faktury.

Eko­sys­tem działał.

Ja jednak od kilku mie­się­cy żyłem czymś zu­peł­nie innym. Pro­jek­tem, który two­rzy­łem po go­dzi­nach i ukry­wa­łem przed prze­ło­żo­ny­mi, po­nie­waż każda pry­wat­na ini­cja­ty­wa pra­cow­ni­ka mogła zostać uznana za wła­sność firmy, jeśli po­wsta­ła w od­le­gło­ści mniej­szej niż pięć metrów od służ­bo­we­go eks­pre­su.

Projekt nazywał się „Ant-ycypacja”.

Nazwa była ge­nial­na.

Przy­naj­mniej według mnie.

Program ana­li­zo­wał za­cho­wa­nie mrówek na na­gra­niach z kamer. Roz­po­zna­wał po­szcze­gól­ne osob­ni­ki, śledził ich trasy, badał tempo prze­no­sze­nia pokarmu i prze­wi­dy­wał reakcje kolonii na zmiany w oto­cze­niu. Jeżeli jedna ro­bot­ni­ca odkryła źródło po­ży­wie­nia, al­go­rytm po­tra­fił osza­co­wać, po jakim czasie pojawią się na­stęp­ne, którą trasę wybiorą i kiedy cały okruch zniknie w mro­wi­sku.

Nie cho­dzi­ło o prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści.

Cho­dzi­ło o ma­te­ma­ty­kę, sta­ty­sty­kę i analizę po­wta­rzal­nych za­cho­wań.

Mrówki były do tego idealne. Każda miała okre­ślo­ną funkcję. Nie spóź­nia­ły się do pracy, nie brały zwol­nień na żądanie i nie or­ga­ni­zo­wa­ły warsz­ta­tów z ko­mu­ni­ka­cji międzydziałowej. Królowa nie wy­sy­ła­ła ro­bot­ni­com ankiety do­ty­czą­cej do­bro­sta­nu. Nikt nie pytał, czy prze­no­sze­nie larw jest zgodne z jego oso­bi­stą ścieżką rozwoju.

Kolonia miała cel.

Wszyscy go ro­zu­mie­li.

Czasami za­zdro­ści­łem mrówkom.

Usia­dłem przy kom­pu­te­rze i spró­bo­wa­łem wrócić do pracy. Na drugim mo­ni­to­rze miałem otwarte śro­do­wi­sko pro­gra­mi­stycz­ne, a w nim niemal ukoń­czo­ną wersję al­go­ryt­mu. Bra­ko­wa­ło mi tylko od­po­wied­niej mocy ob­li­cze­nio­wej, żeby prze­pro­wa­dzić pełny test.

Mój laptop za­czy­nał wydawać nie­po­ko­ją­ce dźwięki już po ana­li­zie dzie­się­ciu minut na­gra­nia. Przy go­dzi­nie ma­te­ria­łu na­grze­wał się do tem­pe­ra­tu­ry po­zwa­la­ją­cej przy­go­to­wać jajko sadzone. Nie pró­bo­wa­łem, ale Wojtas uważał, że po­wi­nie­nem. Twier­dził, że czło­wiek nauki nie może od­rzu­cać eks­pe­ry­men­tu tylko dlatego, że pro­du­cent kom­pu­te­ra nie uwzględ­nił go w gwa­ran­cji.

Po­trze­bo­wa­łem fir­mo­we­go serwera te­sto­we­go.

A to ozna­cza­ło wizytę u Grześka.

Grzesiek kie­ro­wał działem IT, choć dział składał się wy­łącz­nie z niego i sta­ży­sty, który od trzech tygodni pró­bo­wał uzyskać dostęp do służ­bo­wej poczty. Grzesiek nie uznawał rozmów te­le­fo­nicz­nych, spotkań ani kon­tak­tu wzro­ko­we­go. Pre­fe­ro­wał zgło­sze­nia przez system.

System zgło­szeń nie działał.

Zgodnie z ko­mu­ni­ka­tem wy­świe­tla­nym od sześciu mie­się­cy trwała „krótka przerwa tech­nicz­na”.

Zsze­dłem do piwnicy i za­pu­ka­łem do drzwi ser­we­row­ni.

— Zgło­sze­nie — dobiegł ze środka głos Grześka.

— Nie mogę zrobić zgło­sze­nia, bo system nie działa.

— To zgłoś awarię systemu.

— W sys­te­mie?

— Taka jest pro­ce­du­ra.

— Grzesiek, otwórz.

Po chwili drzwi uchy­li­ły się na kilka cen­ty­me­trów. W szcze­li­nie po­ja­wi­ła się blada twarz i jedno nie­za­do­wo­lo­ne oko.

— Czego?

— Po­trze­bu­ję serwera te­sto­we­go na godzinę.

— Nie ma.

— Wczoraj były trzy.

— Dzisiaj nie ma.

— Co się z nimi stało?

— Zostały zajęte.

— Przez kogo?

— Przez procesy.

— Jakie procesy?

— Ważne.

Spoj­rza­łem ponad jego ra­mie­niem. Na jednym z mo­ni­to­rów widniał katalog za­ty­tu­ło­wa­ny „Do­ku­men­ta­cja tech­nicz­na”, a pod nim pasek po­bie­ra­nia pliku o nazwie, której nie zdą­ży­łem prze­czy­tać, ale za­wie­ra­ła słowa „Complete”, „Remastered” i „Season 1–9”.

— Po­trze­bu­ję tylko trochę mocy ob­li­cze­nio­wej — po­wie­dzia­łem. — Testuję model pre­dyk­cyj­ny.

Grzesiek zmrużył oko.

— Sztucz­na in­te­li­gen­cja?

— Nie do końca. Al­go­rytm ana­li­zu­je za­cho­wa­nie mrówek.

— Po co?

To pytanie sły­sza­łem często. Za­zwy­czaj za­da­wa­li je ludzie, którzy spę­dza­li osiem godzin dzien­nie na two­rze­niu pre­zen­ta­cji o zwięk­sza­niu efek­tyw­no­ści spotkań.

— Po­nie­waż mrówki tworzą jeden z naj­bar­dziej zło­żo­nych sys­te­mów spo­łecz­nych w przy­ro­dzie.

— Nie mają in­ter­ne­tu.

— Właśnie dlatego ten system działa.

Grzesiek za­sta­na­wiał się przez chwilę.

— Godzina — po­wie­dział w końcu. — Serwer numer cztery. Nie dotykaj kon­fi­gu­ra­cji, nie zmie­niaj portów i nie uru­cha­miaj niczego, co może przejąć kon­tro­lę nad światem.

— Program jest o mrów­kach.

— Każdy tak mówi na po­cząt­ku.

Zamknął drzwi.

Wró­ci­łem na górę. Śledz­two w sprawie kawy i pan­to­fla weszło tym­cza­sem w nową fazę. Aneta stwo­rzy­ła na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze grupę „KRYZYS WA­NI­LIO­WY — PILNE”, do której dodała wszyst­kich pra­cow­ni­ków, prezesa, dwóch byłych sta­ży­stów i czło­wie­ka, który od roku nie żył, ale nadal miał aktywne konto.

Pani Basia dzia­ła­ła bar­dziej me­to­dycz­nie. Roz­da­wa­ła for­mu­larz za­ty­tu­ło­wa­ny „Oświad­cze­nie pra­cow­ni­ka do­ty­czą­ce wiedzy o prze­miesz­cze­niu mienia oso­bi­ste­go na terenie zakładu pracy”.

For­mu­larz miał cztery strony.

— Każdy wy­peł­nia czy tylko po­dej­rza­ni? — zapytał Paweł.

— Na tym etapie każdy jest po­dej­rza­ny.

— Pani też?

Pani Basia spoj­rza­ła na niego.

— Panie Pawle, proszę do­łą­czyć pisemne uza­sad­nie­nie tego pytania.

Paweł prze­stał zadawać pytania.

Pod­łą­czy­łem się do serwera numer cztery, prze­sła­łem model i wska­za­łem katalog za­wie­ra­ją­cy na­gra­nia kolonii mrówki ćmawej. Program uru­cho­mił się bez błędów.

Na ekranie zaczęły po­ja­wiać się kolejne ko­mu­ni­ka­ty.

ANALIZA STRUKTURY KOLONII

IDENTYFIKACJA OSOBNIKÓW

MAPOWANIE SZLAKÓW

WYKRYWANIE ŹRÓDEŁ POŻYWIENIA

MODELOWANIE ZACHOWAŃ ZBIOROWYCH

Tem­pe­ra­tu­ra pro­ce­so­ra rosła, ale serwer pra­co­wał sta­bil­nie. Po raz pierw­szy cały system działał do­kład­nie tak, jak go za­pla­no­wa­łem.

Po­czu­łem dumę.

Nie taką zwy­czaj­ną, co­dzien­ną dumę wy­ni­ka­ją­cą z na­pra­wie­nia błędu albo zna­le­zie­nia czystej ły­żecz­ki w fir­mo­wej kuchni. To było uczucie czło­wie­ka, który mie­sią­ca­mi budował coś sa­mo­dziel­nie i właśnie zo­ba­czył, że wszyst­kie części za­czy­na­ją ze sobą współ­pra­co­wać.

Ant-ycypacja ana­li­zo­wa­ła tysiące drob­nych decyzji po­dej­mo­wa­nych przez setki mrówek. Do­strze­ga­ła wzorce nie­wi­docz­ne dla czło­wie­ka. Z chaosu two­rzy­ła po­rzą­dek.

Wtedy Aneta po­ło­ży­ła mi rękę na ra­mie­niu.

Prawie spadłem z krzesła.

— Co to jest? — za­py­ta­ła, patrząc na ekran.

— Nic.

— Widzę, że coś.

— Testuję program.

— Sztucz­ną in­te­li­gen­cję?

— Al­go­rytm za­cho­wań zbio­ro­wych.

— Czyli sztucz­ną in­te­li­gen­cję.

— Nie każda rzecz wy­ko­nu­ją­ca ob­li­cze­nia jest sztucz­ną in­te­li­gen­cją.

— Potrafi prze­wi­dy­wać przy­szłość?

— Mrówek.

— Na po­czą­tek może być.

Przy­su­nę­ła sobie krzesło bez pytania i usiadła obok mnie. Jej pa­znok­cie były in­ten­syw­nie czer­wo­ne i tak długie, że nie ro­zu­mia­łem, jak ob­słu­gi­wa­ła nimi kla­wia­tu­rę. Po­dej­rze­wa­łem, że mar­ke­ting od dawna ko­rzy­stał z tech­no­lo­gii nie­do­stęp­nych zwykłym pra­cow­ni­kom.

— Jak się nazywa? — za­py­ta­ła.

— Ant-ycypacja.

— Źle.

— To bardzo dobra nazwa.

— Nie ma emocji. Po­trze­bu­je czegoś no­wo­cze­sne­go. „AntVision AI”. Albo „FutureAnt”. Możemy zrobić logo z mrówką w oku­la­rach.

— Nie bę­dzie­my robić logo.

— Każdy produkt po­trze­bu­je logo.

— To nie jest produkt.

— Jeszcze.

Na ekranie pasek postępu dotarł do stu procent.

Aneta po­chy­li­ła się bliżej.

— No i co prze­wi­dzia­ło?

— Zaraz zo­ba­czy­my.

Program przez kilka sekund nie re­ago­wał. Potem ekran za­mi­go­tał. Po­ja­wi­ło się okno, którego wcze­śniej nie pro­jek­to­wa­łem.

PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 1

Zmarsz­czy­łem brwi.

— Coś nie tak? — za­py­ta­ła Aneta.

— Ten ko­mu­ni­kat po­wi­nien wy­glą­dać inaczej.

Pod na­głów­kiem zaczęły po­ja­wiać się kolejne słowa:

ROBOTNICA C-7 PRZEJMIE GŁÓWNE ZAPASY CUKRU.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 09:42.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 96,8%.

Spoj­rza­łem na zegar w prawym dolnym rogu mo­ni­to­ra.

Była 09:38.

— Co oznacza C-7? — za­py­ta­ła Aneta.

— Nie wiem. W danych te­sto­wych nie mam takiego ozna­cze­nia.

— A zapasy cukru?

— Pokarm kolonii. Pewnie program błędnie skla­sy­fi­ko­wał jeden z obiek­tów.

— Czyli któraś mrówka coś ukrad­nie?

— Mrówki nie kradną. Prze­no­szą zasoby zgodnie z po­trze­ba­mi kolonii.

— Jak zabiera bez pytania, to kradnie.

Na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze rozległ się dźwięk nowej wia­do­mo­ści.

Pani Basia na­pi­sa­ła na kanale ogólnym:

„W związku z trwa­ją­cym po­stę­po­wa­niem wy­ja­śnia­ją­cym proszę nie za­bie­rać z kuchni żadnych pro­duk­tów spo­żyw­czych, naczyń, sztuć­ców ani ele­men­tów wy­po­sa­że­nia. Dotyczy to również cukru.”

Aneta prze­czy­ta­ła wia­do­mość, a potem spoj­rza­ła na zegar.

09:39.

— Ciekawe — po­wie­dzia­ła.

— Przy­pa­dek.

— Oczy­wi­ście.

Wstała i ruszyła w stronę kuchni.

— Dokąd idziesz?

— Po kawę.

— Nie ma wa­ni­lio­wej.

— Wiem.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła do mnie.

— Dlatego muszę za­bez­pie­czyć cukier, zanim ktoś znowu wszyst­ko ukrad­nie.

Pa­trzy­łem, jak znika za drzwia­mi kuchni.

Potem spoj­rza­łem na jej czer­wo­ne pa­znok­cie.

C-7.

Czer­wo­na. Siedem liter: „Czer­wo­na”.

Nie. To nie miało sensu. Program ana­li­zo­wał na­gra­nia mrówek. Nie miał dostępu do danych firmy, ko­mu­ni­ka­to­ra ani kamer w biurze. Nie mógł wie­dzieć o cukrze. Nie mógł wie­dzieć o Anecie.

Na ekranie zegara po­ja­wi­ła się godzina 09:41.

Z kuchni dobiegł odgłos otwie­ra­nej szafki.

Wstałem.

Nie wiem, dla­cze­go to zro­bi­łem. Być może chcia­łem udo­wod­nić sobie, że al­go­rytm się pomylił. Być może kie­ro­wa­ła mną zwykła cie­ka­wość. A może już wtedy jakaś część mojego mózgu ro­zu­mia­ła, że właśnie wy­da­rzy­ło się coś, czego nie po­tra­fię wy­ja­śnić.

Pod­sze­dłem do kuchni.

Aneta stała przy blacie. Ro­zej­rza­ła się ostroż­nie, otwo­rzy­ła dużą torbę i zaczęła wkładać do niej firmowe sa­szet­ki z cukrem.

Wszyst­kie.

— Co robisz? — za­py­ta­łem.

Pod­sko­czy­ła i gwał­tow­nie za­mknę­ła torbę.

— Za­bez­pie­czam zasoby.

Spoj­rza­łem na zegar wiszący nad eks­pre­sem.

Wska­zów­ka mi­nu­to­wa prze­su­nę­ła się o jeden skok.

09:42.

Wró­ci­łem powoli do swojego biurka.

Na mo­ni­to­rze czekał już na­stęp­ny ko­mu­ni­kat.

PROGNOZA ZACHOWANIA KOLONII NR 2

OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.

BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.

Unio­słem wzrok.

Po drugiej stronie biura pani Basia sie­dzia­ła przy swoim biurku w jednym beżowym pan­to­flu i zszy­wa­ła wy­peł­nio­ne oświad­cze­nia.

Do roz­po­czę­cia po­stę­po­wa­nia zostały trzy­dzie­ści trzy minuty.

Wtedy jeszcze pró­bo­wa­łem sobie wmówić, że to zbieg oko­licz­no­ści.

Była to ostat­nia spo­koj­na myśl, jaką miałem przez na­stęp­ne siedem dni.Rozdział 2

PIERWSZA PRZEPOWIEDNIA

Przez na­stęp­ne trzy­dzie­ści sekund stałem przed mo­ni­to­rem i pró­bo­wa­łem znaleźć ra­cjo­nal­ne wy­ja­śnie­nie tego, co właśnie zo­ba­czy­łem.

Było ich kilka.

Program mógł wy­ge­ne­ro­wać przy­pad­ko­wy ko­mu­ni­kat. Godzina 09:42 mogła być błędnie zin­ter­pre­to­wa­nym znacz­ni­kiem czasu z na­gra­nia. Litera „C” mogła ozna­czać co­kol­wiek: część kolonii, ciąg ko­mu­ni­ka­cyj­ny, centrum po­ży­wie­nia. Sió­dem­ka równie dobrze mogła być numerem ko­lej­nej analizy.

A Aneta mogła przy­pad­kiem mieć czer­wo­ne pa­znok­cie, zabrać cały cukier i zrobić to do­kład­nie o go­dzi­nie wska­za­nej przez program.

Każdy z tych ele­men­tów dało się wy­ja­śnić osobno.

Problem polegał na tym, że wy­stą­pi­ły jed­no­cze­śnie.

— To nie była kra­dzież — oznaj­mi­ła Aneta, wra­ca­jąc z kuchni z torbą wy­pcha­ną sa­szet­ka­mi cukru. — Do­ko­na­łam pre­wen­cyj­nej re­lo­ka­cji zasobów.

— Za­bra­łaś cały cukier.

— Za­bez­pie­czy­łam go.

— Przed kim?

Ro­zej­rza­ła się po biurze.

— Przed wszyst­ki­mi.

— Gdzie go teraz trzy­masz?

— To in­for­ma­cja poufna.

Z jej torby wypadła jedna sa­szet­ka. Schy­li­łem się i pod­nio­słem ją z podłogi.

— Masz go w torbie.

— Tymon, właśnie ujaw­ni­łeś lo­ka­li­za­cję stra­te­gicz­nych rezerw.

— Sam przed sobą?

— Nie wiesz, kto nas słucha.

Spoj­rza­ła wy­mow­nie na kamerę mo­ni­to­rin­gu pod sufitem. Kamera nie dzia­ła­ła od kilku mie­się­cy, ale dzięki mi­ga­ją­cej czer­wo­nej diodzie sku­tecz­nie pod­trzy­my­wa­ła w pra­cow­ni­kach po­czu­cie nadzoru.

— Oddaj cukier do kuchni — po­wie­dzia­łem.

— Nie mogę.

— Dla­cze­go?

— Po­nie­waż pani Basia za­ka­za­ła wy­no­sze­nia pro­duk­tów. Jeżeli teraz wrócę z całym opa­ko­wa­niem, będzie wy­glą­da­ło, jakbym je wcze­śniej wy­nio­sła.

— Bo wcze­śniej je wy­nio­słaś.

— Właśnie o tym mówię. Sy­tu­acja jest bardzo de­li­kat­na.

Usiadła przy swoim biurku i zaczęła układać sa­szet­ki w szu­fla­dzie. Robiła to szybko, ale me­to­dycz­nie, dzieląc je na biały i brązowy cukier. Nawet w obliczu prze­stęp­stwa mar­ke­ting wymagał od­po­wied­niej seg­men­ta­cji.

Wró­ci­łem do kom­pu­te­ra.

Druga pro­gno­za nadal wid­nia­ła na ekranie:

OKALECZONA KRÓLOWA ROZPOCZNIE POSTĘPOWANIE.

BRAKUJĄCA LEWA KOŃCZYNA ZOSTANIE ODNALEZIONA W GNIEŹDZIE WROGA.

PRZEWIDYWANY CZAS ZDARZENIA: 10:15.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO: 99,2%.

Do wska­za­nej godziny po­zo­sta­wa­ło dwa­dzie­ścia osiem minut.

Za­mkną­łem okno pro­gno­zy.

Otwo­rzy­ło się po­now­nie.

Za­mkną­łem je drugi raz.

Po­ja­wi­ło się jeszcze raz.

Po trze­ciej próbie program wy­świe­tlił ko­mu­ni­kat:

IGNOROWANIE PROGNOZY NIE WPŁYWA NA PRAWDOPODOBIEŃSTWO ZDARZENIA.

— Bardzo zabawne — mruk­ną­łem.

Nie pa­mię­ta­łem, żebym dodawał taką funkcję.

Uru­cho­mi­łem podgląd kodu i wy­szu­ka­łem treść ko­mu­ni­ka­tu. Nie zna­la­złem jej. Spraw­dzi­łem pliki ję­zy­ko­we, moduł in­ter­fej­su i bi­blio­te­kę od­po­wie­dzial­ną za wy­świe­tla­nie ostrze­żeń.

Nic.

Tekst nie istniał w żadnym z plików pro­jek­tu.

Mógł zostać wy­ge­ne­ro­wa­ny przez moduł ję­zy­ko­wy, który eks­pe­ry­men­tal­nie dodałem kilka tygodni wcze­śniej. Jego za­da­niem było za­mie­nia­nie su­ro­wych wyników analizy na krótkie, zro­zu­mia­łe opisy. Zamiast wy­świe­tlać użyt­kow­ni­ko­wi „wzrost trans­fe­ru biomasy o 37,2 procent”, program miał pisać: „Mrówki praw­do­po­dob­nie zna­la­zły nowe źródło po­ży­wie­nia”.

Moduł naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił zostać dra­ma­tur­giem.

Spraw­dzi­łem katalog wej­ścio­wy.

Na­gra­nia kolonii znaj­do­wa­ły się tam, gdzie powinny. Pliki były pra­wi­dło­we. Czas trwania, roz­dziel­czość, liczba klatek — wszyst­ko się zga­dza­ło. Otwo­rzy­łem losowe na­gra­nie. Setki mrówek prze­miesz­cza­ły się między gniaz­dem a ka­wał­kiem jabłka.

Żadnej Anety.

Żadnego cukru.

Ani jednego pan­to­fla.

Prze­sze­dłem do logów sys­te­mo­wych. Program ana­li­zo­wał znacz­nie więcej danych, niż po­wi­nien. Oprócz dwu­dzie­stu czte­rech plików wideo po­ja­wia­ły się od­wo­ła­nia do źródła ozna­czo­ne­go jako:

COLONY_LIVE_04

Nie znałem takiego źródła.

Klik­ną­łem nazwę.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Spró­bo­wa­łem otwo­rzyć wła­ści­wo­ści.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Uru­cho­mi­łem ter­mi­nal i wpi­sa­łem po­le­ce­nie po­zwa­la­ją­ce spraw­dzić ścieżkę po­łą­cze­nia.

BRAK UPRAWNIEŃ.

Serwer od­rzu­cał każde pytanie z kon­se­kwen­cją urzęd­ni­ka, któremu brakuje jednej pie­cząt­ki.

Za­dzwo­ni­łem do Grześka.

Nie odebrał.

Za­dzwo­ni­łem po­now­nie.

Po trzecim sygnale po­łą­cze­nie zostało od­rzu­co­ne, a na fir­mo­wym ko­mu­ni­ka­to­rze po­ja­wi­ła się wia­do­mość:

GRZESIEK IT: ZGŁOSZENIE.

Od­pi­sa­łem:

TYMON: PILNE. CO TO JEST COLONY_LIVE_04?

Przez chwilę nie re­ago­wał.

GRZESIEK IT: NIE WIEM.

TYMON: TO ŹRÓDŁO JEST PODŁĄCZONE DO SERWERA NUMER CZTERY.

GRZESIEK IT: W TAKIM RAZIE COŚ.

TYMON: COŚ CO?

GRZESIEK IT: COŚ PODŁĄCZONEGO.

TYMON: MOŻESZ SPRAWDZIĆ?

GRZESIEK IT: MOGĘ.

Cze­ka­łem.

Minęła minuta.

Potem druga.

TYMON: SPRAWDZISZ?

GRZESIEK IT: NIE PISAŁEŚ, ŻEBYM SPRAWDZIŁ. PYTAŁEŚ, CZY MOGĘ.

Za­ci­sną­łem zęby.

TYMON: PROSZĘ, SPRAWDŹ.

GRZESIEK IT: UTWÓRZ ZGŁOSZENIE.

Od­chy­li­łem się na krześle i spoj­rza­łem na sufit. Czło­wiek jest jedynym ga­tun­kiem zdolnym zbu­do­wać glo­bal­ną sieć wymiany in­for­ma­cji, a na­stęp­nie wy­ko­rzy­stać ją do od­sy­ła­nia innych ludzi do nie­dzia­ła­ją­ce­go for­mu­la­rza.

— Z kim piszesz? — za­py­ta­ła Aneta.

Stała znowu za moim krze­słem.

Nie sły­sza­łem, kiedy po­de­szła. Za­czy­na­łem po­dej­rze­wać, że czer­wo­ne pa­znok­cie nie były ozdobą, tylko ele­men­tem systemu ma­sko­wa­nia.

— Z Grześkiem.

— O tym pro­gra­mie?

— O ser­we­rze.

— To prawda, że prze­wi­dział cukier?

— Nie.

— Tymon, byłam przy tym.

— Wy­świe­tlił przy­pad­ko­wy ko­mu­ni­kat, który pasował do przy­pad­ko­we­go wy­da­rze­nia.

— Z do­kład­no­ścią do minuty.

— Zbież­ność.

— I nazwał mnie ro­bot­ni­cą C-7.

— Nie wiemy, czy cho­dzi­ło o ciebie.

— Mam czer­wo­ne pa­znok­cie i siedem liter w imieniu.

— Mogło chodzić o coś innego.

— Na przy­kład?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Aneta uśmiech­nę­ła się.

— Wie­dzia­łam.

— Niczego nie wie­dzia­łaś.

— Stwo­rzy­łeś program prze­wi­du­ją­cy przy­szłość i boisz się do tego przy­znać.

— Stwo­rzy­łem program prze­wi­du­ją­cy za­cho­wa­nie mrówek.

— Ludzie są trochę jak mrówki.

— Nie są.

— Pracują, jedzą i chodzą wy­zna­czo­ny­mi ścież­ka­mi.

— To duże uprosz­cze­nie.

— Nie­któ­rzy noszą okruchy do biurka.

Spoj­rze­li­śmy na Pawła z księ­go­wo­ści, który właśnie chował do szu­fla­dy drugą bułkę.

— Nie pokazuj tego nikomu — po­wie­dzia­łem.

— Oczy­wi­ście.

— Mówię po­waż­nie.

— Ja też.

— Nie rób zdjęć.

Aneta scho­wa­ła telefon za plecami.

— Nie robię.

— Sły­sza­łem dźwięk migawki.

— To było po­wia­do­mie­nie.

— Twój telefon był skie­ro­wa­ny na monitor.

— Bardzo dużo ode mnie wy­ma­gasz jak na osobę, która właśnie stwo­rzy­ła cyfrową wy­rocz­nię.

Wy­cią­gną­łem rękę.

— Pokaż telefon.

— Nie masz do tego upraw­nień.

— Usuń zdjęcie.

— Za­sta­no­wię się.

— Aneta.

— Tymon.

Przez kilka sekund pa­trzy­li­śmy na siebie. Potem jej wzrok prze­su­nął się na zegar w rogu ekranu.

10:02.

— A co z drugą prze­po­wied­nią? — za­py­ta­ła.

— Nie ma drugiej prze­po­wied­ni.

— Wi­dzia­łam.

— Nie po­win­naś była patrzeć.

— „Oka­le­czo­na królowa roz­pocz­nie po­stę­po­wa­nie”. Brzmi jak pani Basia.

— Nie nazywaj jej tak.

— Dla­cze­go? Prze­cież nie słyszy.

— Pani Basia słyszy wszyst­ko.

— Panie Tymonie — odezwał się za nami spo­koj­ny głos.

Oboje ze­sztyw­nie­li­śmy.

Pani Basia stała dwa kroki dalej. Miała pod pachą teczkę, w ręce dłu­go­pis, a na stopie nadal tylko jeden pan­to­fel.

— Czy posiada pan jakieś in­for­ma­cje mogące mieć zna­cze­nie dla pro­wa­dzo­ne­go po­stę­po­wa­nia?

— Nie — od­po­wie­dzia­łem zbyt szybko.

— Jakiego po­stę­po­wa­nia? — za­py­ta­ła Aneta.

— Po­stę­po­wa­nia wy­ja­śnia­ją­ce­go w sprawie bez­praw­ne­go prze­miesz­cze­nia mojego obuwia.

— Już się roz­po­czę­ło? — upew­ni­ła się Aneta.

Pani Basia spoj­rza­ła na zegarek.

— For­mal­nie roz­pocz­nie się o dzie­sią­tej pięt­na­ście. Do tego czasu zbieram oświad­cze­nia wstępne.

Aneta od­wró­ci­ła głowę w moją stronę.

Nie musiała nic mówić.

Spoj­rza­łem na monitor.

10:04.

— Dla­cze­go akurat o dzie­sią­tej pięt­na­ście? — za­py­ta­łem.

— Po­nie­waż o tej go­dzi­nie kończy się usta­wo­wa przerwa pana Pawła, a bez jego oświad­cze­nia ma­te­riał do­wo­do­wy będzie nie­peł­ny.

Paweł spoj­rzał na trzy­ma­ną bułkę.

— Ja jestem na prze­rwie?

— Od dzie­wią­tej pięć­dzie­siąt siedem.

— My­śla­łem, że pracuję.

— To bardzo nie­po­ko­ją­ce, panie Pawle.

Pani Basia wrę­czy­ła mi for­mu­larz.

— Proszę od­po­wie­dzieć na wszyst­kie pytania, zwłasz­cza numer osiem: „Czy w ciągu ostat­nich czter­dzie­stu ośmiu godzin widział pan osobę niosącą po­je­dyn­czy pan­to­fel lub przed­miot, który z daleka mógł przy­po­mi­nać po­je­dyn­czy pan­to­fel?”.

— Co może z daleka przy­po­mi­nać pan­to­fel?

— To po­wi­nien pan opisać w od­po­wie­dzi.

Odeszła w kie­run­ku swojego pokoju.

Aneta na­chy­li­ła się do mnie.

— Je­de­na­ście minut.

— To nadal może być przy­pa­dek.

— O której za­zwy­czaj pani Basia roz­po­czy­na po­stę­po­wa­nia?

— Nie wiem.

— Ja też nie. I właśnie dlatego jestem pod­eks­cy­to­wa­na.

— Nie po­win­naś być. Jeżeli program prze­twa­rza dane, do których nie ma prawa dostępu, mogę mieć poważne pro­ble­my.

— A jeśli na­praw­dę prze­wi­du­je przy­szłość?

— Będę miał jeszcze większe.

Aneta spoj­rza­ła na mnie z nie­zro­zu­mie­niem.

— Dla­cze­go? Możesz zarobić miliony.

— Każda osoba, która chce zarobić miliony na prze­wi­dy­wa­niu przy­szło­ści, powinna naj­pierw prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cje.

— To bardzo dobra wy­po­wiedź do ma­te­ria­łów pro­mo­cyj­nych.

— Nie będzie ma­te­ria­łów pro­mo­cyj­nych.

— Po­win­ni­śmy zamówić domenę.

— Nie.

— An­ty­cy­pa­cja.ai może być jeszcze wolna.

— Aneta, idź pra­co­wać.

— Właśnie pracuję. Roz­po­zna­ję po­ten­cjał pro­duk­tu.

Wróciła do swojego biurka. Przez na­stęp­ną minutę udawała, że pisze służ­bo­we­go maila. Na­stęp­nie otwo­rzy­ła wy­szu­ki­war­kę domen.

Ja pró­bo­wa­łem ustalić, czym było ta­jem­ni­cze źródło danych. Program po­bie­rał z niego in­for­ma­cje w czasie rze­czy­wi­stym. Pakiety były nie­wiel­kie, ale po­ja­wia­ły się co kilka sekund. Nie za­wie­ra­ły obrazu ani dźwięku. Były to krótkie ciągi liczb, iden­ty­fi­ka­to­ry i znacz­ni­ki czasu.

Dane te­le­me­trycz­ne.

Tylko czego do­ty­czy­ły?

O 10:11 źródło wysłało serię nowych in­for­ma­cji. Program na­tych­miast je prze­two­rzył. Przy drugiej pro­gno­zie po­ja­wi­ła się ak­tu­ali­za­cja:

POSTĘPOWANIE ROZPOCZNIE SIĘ ZGODNIE Z PLANEM.

BRAKUJĄCA KOŃCZYNA POZOSTAJE W STREFIE ZIMNA.

GNIAZDO WROGA WYKAZUJE PODWYŻSZONĄ AKTYWNOŚĆ.

— Strefa zimna — prze­czy­ta­łem szeptem.

Spoj­rza­łem w stronę drzwi pro­wa­dzą­cych do piwnicy.

Ser­we­row­nia.

Dla pani Basi dział IT rze­czy­wi­ście mógł być gniaz­dem wroga. Grzesiek od siedmiu mie­się­cy nie ukoń­czył obo­wiąz­ko­we­go szko­le­nia „Cyberbezpieczeństwo zaczyna się od Ciebie”, a na trzy we­zwa­nia kadrowe od­po­wie­dział jednym plikiem gra­ficz­nym przed­sta­wia­ją­cym smut­ne­go kota.

Wstałem.

— Dokąd idziesz? — za­wo­ła­ła Aneta.

— Do Grześka.

— Prze­po­wied­nia mówi, że tam jest pan­to­fel?

— Nie wiem.

— Idę z tobą.

— Nie.

— Dla­cze­go?

— Bo nie.

— To nie jest ar­gu­ment.

— Jest krótki i zro­zu­mia­ły.

Aneta chwy­ci­ła telefon i ruszyła za mną.

O 10:14 do­tar­li­śmy pod drzwi ser­we­row­ni. Za­pu­ka­łem.

— Zgło­sze­nie — od­po­wie­dział Grzesiek.

— Otwórz. Chodzi o źródło danych.

— Ana­li­zu­ję.

— Od kiedy?

— Od kiedy po­pro­si­łeś.

— To było ponad pół godziny temu.

— Analiza trwa.

— Co usta­li­łeś?

— Że ist­nie­je.

Na­ci­sną­łem klamkę. Drzwi były za­mknię­te.

— Grzesiek, otwie­raj.

— Nie masz upraw­nień.

— Mój program ko­rzy­sta z nie­zna­ne­go po­łą­cze­nia na twoim ser­we­rze.

— Tym bar­dziej nie po­wi­nie­neś wcho­dzić.

Aneta stanęła obok mnie i za­pu­ka­ła mocniej.

— Grzesiek! Pani Basia idzie!

Drzwi otwo­rzy­ły się na­tych­miast.

— Gdzie? — zapytał, wy­glą­da­jąc na ko­ry­tarz.

— Na razie nigdzie — przy­zna­ła Aneta.

— Kłam­stwo w celu uzy­ska­nia dostępu do in­fra­struk­tu­ry kry­tycz­nej — po­wie­dział Grzesiek. — Zgłoszę to.

— W nie­dzia­ła­ją­cym sys­te­mie? — za­py­ta­łem.

— Mam notes.

Wsu­nę­li­śmy się do środka, zanim zdążył zamknąć drzwi. W ser­we­row­ni panował półmrok. Wen­ty­la­to­ry pra­co­wa­ły jed­no­staj­nie, na mo­ni­to­rach prze­su­wa­ły się linijki danych, a przy ścianie pię­trzy­ły się kartony po sprzę­cie i pizzy.

— Szukamy pan­to­fla — oznaj­mi­ła Aneta.

— Wyjdź­cie.

— Lewego, be­żo­we­go, or­to­pe­dycz­ne­go — dodała.

— Tym bar­dziej wyjdź­cie.

Ro­zej­rza­łem się. Pod biur­kiem nie było niczego. Między szafami ser­we­ro­wy­mi również. Zaj­rza­łem za stos pudełek po kla­wia­tu­rach.

— Nie dotykaj — ostrzegł Grzesiek.

— Czego?

— Niczego.

— To są puste kartony.

— Są ułożone w sys­te­mie.

— Według czego?

— Daty pizzy.

Aneta zaczęła za­glą­dać za mo­ni­to­ry. Grzesiek chodził za nią i przy­wra­cał każdy prze­su­nię­ty przed­miot na miejsce. W pewnym mo­men­cie po­trą­ci­ła wielki karton stojący pod jedną z szaf. Karton prze­su­nął się o kilka cen­ty­me­trów.

Szafa za­chwia­ła się.

Grzesiek rzucił się do niej i przy­trzy­mał me­ta­lo­wą kon­struk­cję obiema rękami.

— Nie ruszaj tego!

— Dla­cze­go szafa się chwieje? — za­py­ta­ła Aneta.

— Podłoga jest nie­rów­na.

— A czym ją pod­par­łeś?

Grzesiek milczał.

Spoj­rza­łem w szcze­li­nę między dolną kra­wę­dzią szafy a podłogą.

Tkwił tam beżowy przed­miot.

Schy­li­łem się.

— Nie wy­cią­gaj — po­wie­dział Grzesiek.

— Czy to jest…

— Element sta­bi­li­za­cyj­ny.

Chwy­ci­łem przed­miot i po­cią­gną­łem.

Szafa prze­chy­li­ła się nie­bez­piecz­nie. Grzesiek jęknął, naparł na nią ra­mie­niem i zaczął go­rącz­ko­wo roz­glą­dać się za czymś, czym mógłby za­stą­pić podporę.

W ręce trzy­ma­łem lewy pan­to­fel pani Basi.

Był lekko spłasz­czo­ny, ale poza tym wy­glą­dał na cały.

Aneta zrobiła zdjęcie.

— Skąd go miałeś? — za­py­ta­łem.

— Leżał na ko­ry­ta­rzu.

— I zamiast oddać go pani Basi, wsa­dzi­łeś pod serwer?

— Szafa się chwiała.

— Mogłeś użyć kawałka drewna.

— Nie miał od­po­wied­niej gru­bo­ści.

— To jest wyrób me­dycz­ny — przy­po­mnia­ła Aneta.

— Teraz jest częścią in­fra­struk­tu­ry.

Spoj­rza­łem na zegarek.

10:15.

W tej samej chwili wszyst­kie nasze te­le­fo­ny wydały dźwięk fir­mo­we­go po­wia­do­mie­nia.

Wia­do­mość od pani Basi:

„Z dniem dzi­siej­szym, o go­dzi­nie 10:15, wsz­czy­nam for­mal­ne po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­ją­ce w sprawie za­gi­nię­cia lewego pan­to­fla or­to­pe­dycz­ne­go sta­no­wią­ce­go wła­sność pry­wat­ną pra­cow­ni­ka. Osoby po­sia­da­ją­ce in­for­ma­cje pro­szo­ne są o ich nie­zwłocz­ne prze­ka­za­nie. Za­ta­je­nie wiedzy będzie trak­to­wa­ne jako na­ru­sze­nie zasad współ­ży­cia spo­łecz­ne­go w miejscu pracy.”

Aneta prze­czy­ta­ła wia­do­mość, spoj­rza­ła na pan­to­fel, potem na mnie.

— Dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć prze­ci­nek dwa procent — po­wie­dzia­ła cicho.

Grzesiek nadal pod­trzy­my­wał szafę.

— O czym ona mówi?

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Wró­ci­li­śmy na górę. Niosłem pan­to­fel przed sobą. Ludzie wy­chy­la­li głowy znad mo­ni­to­rów, śledząc nasz prze­marsz. Pani Basia wyszła ze swojego pokoju.

Za­trzy­ma­łem się przed nią.

— Znalazł się.

Spoj­rza­ła na pan­to­fel.

Potem na mnie.

Na­stęp­nie na Anetę, która na­gry­wa­ła wszyst­ko te­le­fo­nem.

— Gdzie był?

— W ser­we­row­ni.

— W dziale in­for­ma­tycz­nym?

— Pod szafą ser­we­ro­wą.

Twarz pani Basi nie zmie­ni­ła wyrazu, ale w biurze zrobiło się ciszej. Nawet osoby, które nie sły­sza­ły rozmowy, wyczuły, że gdzieś właśnie zapadła decyzja ad­mi­ni­stra­cyj­na o dużej sile rażenia.

— Ro­zu­miem — po­wie­dzia­ła.

Za­ło­ży­ła od­zy­ska­ny pan­to­fel, zrobiła dwa próbne kroki i po­pra­wi­ła okulary.

— Po­stę­po­wa­nie będzie kon­ty­nu­owa­ne.

— Ale pan­to­fel się znalazł — za­uwa­ży­łem.

— Zna­le­zie­nie przed­mio­tu nie wy­ja­śnia jego bez­praw­ne­go prze­miesz­cze­nia, wy­ko­rzy­sta­nia w cha­rak­te­rze ma­te­ria­łu tech­nicz­ne­go ani na­ra­że­nia wkładki or­to­pe­dycz­nej na od­kształ­ce­nie.

Od­wró­ci­ła się w stronę piwnicy.

— Pan Grzegorz jest na dole?

— Pod­trzy­mu­je serwer — od­po­wie­dzia­ła Aneta.

Pani Basia skinęła głową.

— Dobrze. Przy­naj­mniej nie uciek­nie.

Ruszyła w stronę schodów.

Kilka sekund później usły­sze­li­śmy do­bie­ga­ją­cy z piwnicy głos Grześka:

— TO NIE JEST SPRZĘT FIRMOWY!

A na­stęp­nie spo­koj­ną od­po­wiedź pani Basi:

— Właśnie dlatego sy­tu­acja jest po­waż­niej­sza, niż pan sądzi.

Wró­ci­łem do kom­pu­te­ra.

Druga pro­gno­za znik­nę­ła. W jej miejscu widniał zielony napis:

ZDARZENIE POTWIERDZONE.

DOKŁADNOŚĆ MODELU: 98,4%.

Pod nim pojawił się nowy ko­mu­ni­kat:

WYKRYTO NOWY TYP KOLONII.

TRWA ADAPTACJA MODELU.

Za­mar­łem.

Klik­ną­łem „Prze­rwij”.

Program nie za­re­ago­wał.

Spró­bo­wa­łem odłą­czyć proces od serwera.

ODMOWA DOSTĘPU.

Wpi­sa­łem po­le­ce­nie wy­mu­sza­ją­ce za­koń­cze­nie pro­gra­mu.

PROCES CHRONIONY PRZEZ ADMINISTRATORA.

— Grzesiek… — po­wie­dzia­łem pod nosem.

Na pasku postępu pojawił się jeden procent.

Potem dwa.

Program po­bie­rał dane ze źródła COLONY_LIVE_04 coraz szyb­ciej. W logach zaczęły prze­wi­jać się iden­ty­fi­ka­to­ry kart dostępu, numery urzą­dzeń, statusy dru­ka­rek, tem­pe­ra­tu­ra po­miesz­czeń, użycie eks­pre­su do kawy, re­zer­wa­cje sal kon­fe­ren­cyj­nych i setki innych in­for­ma­cji.

To nie był obraz z kamer.

To był cyfrowy układ nerwowy całego budynku.

Serwer numer cztery miał dostęp do systemu za­rzą­dza­nia biurem. Re­je­stro­wał wejścia i wyjścia pra­cow­ni­ków, ruch wind, dzia­ła­nie urzą­dzeń, za­mó­wie­nia, ko­mu­ni­ka­ty oraz ak­tyw­ność fir­mo­wej sieci. Dla mojego pro­gra­mu nie były to jednak dane przed­się­bior­stwa.

Były to in­for­ma­cje o kolonii.

Każdy pra­cow­nik został po­trak­to­wa­ny jak osobnik po­ru­sza­ją­cy się po mro­wi­sku. Karty dostępu wy­zna­cza­ły trasy. Wia­do­mo­ści wska­zy­wa­ły kon­flik­ty. Ekspres, lodówka i au­to­ma­ty z prze­ką­ska­mi stały się źró­dła­mi po­ży­wie­nia. Sale kon­fe­ren­cyj­ne były ko­mo­ra­mi. Zarząd — centrum do­wo­dze­nia.

Ant-ycypacja nie ro­zu­mia­ła ludzi.

Nie musiała.

Wy­star­czy­ło, że za­uwa­ża­ła ich przy­zwy­cza­je­nia.

Pasek postępu osią­gnął sto procent.

ADAPTACJA ZAKOŃCZONA.

MODEL KOLONII LUDZKIEJ AKTYWNY.

HORYZONT PROGNOZOWANIA: 24 GODZINY.

Na dole ekranu po­ja­wi­ło się pytanie:

ROZPOCZĄĆ ANALIZĘ?

Kursor prze­su­nął się sam.

Przy­cisk „TAK” roz­świe­tlił się na zielono.

— Nie — po­wie­dzia­łem.

Kom­pu­ter nie po­wi­nien re­ago­wać na ton głosu, ale przez krótką chwilę miałem wra­że­nie, że program czeka.

Potem przy­cisk został wci­śnię­ty.

Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się lista nowych prognoz.

— ŹRÓDŁO ENERGII ZOSTANIE ZATRUTE.

— ROBOTNICE ROZPOCZNĄ BUNT.

— STRAŻNIK CHŁODU SPRÓBUJE USUNĄĆ DOWODY.

— JEDEN Z OSOBNIKÓW OPUŚCI KOLONIĘ I JUŻ NIE WRÓCI.

Przy ostat­nim punkcie wid­nia­ła godzina:

17:03.

Praw­do­po­do­bień­stwo: 100%.

Po­czu­łem nie­przy­jem­ny ucisk w żołądku.

Program prze­wi­dział cukier.

Prze­wi­dział po­stę­po­wa­nie pani Basi.

Od­na­lazł pan­to­fel w ser­we­row­ni.

A teraz twier­dził, że przed końcem dnia ktoś opuści Innovatech i już nigdy do niego nie wróci.

Chcia­łem wy­łą­czyć monitor, ale zanim zdą­ży­łem dotknąć przy­ci­sku, usły­sza­łem za plecami serię dźwię­ków fir­mo­we­go ko­mu­ni­ka­to­ra.

Naj­pierw jeden.

Potem dzie­sięć.

Po chwili te­le­fo­ny zaczęły odzywać się w całym biurze.

Aneta stała przy swoim sta­no­wi­sku z nie­win­ną miną.

Na kanale ogólnym opu­bli­ko­wa­ła zdjęcie pierw­szej prze­po­wied­ni.

Pod­pi­sa­ła je:

„NASZ KOLEGA TYMON STWORZYŁ SZTUCZNĄ INTELIGENCJĘ, KTÓRA PRZEWIDUJE PRZYSZŁOŚĆ! PIERWSZE DWA WYNIKI JUŻ SIĘ SPRAWDZIŁY. ZADAWAJCIE PYTANIA W KOMENTARZACH. #INNOVATECHPRZYSZŁOŚCI”

Spoj­rza­ła na mnie i uniosła kciuk.

W ciągu na­stęp­nych trzy­dzie­stu sekund program otrzy­mał sto czter­dzie­ści siedem pytań.

Naj­wię­cej do­ty­czy­ło pod­wy­żek.

Drugie miejsce zajęły romanse.

Na trzecim zna­la­zło się pytanie Pawła z księ­go­wo­ści:

„Czy mogę już zjeść trzecią bułkę, czy ktoś to widzi?”.

Ant-ycypacja roz­po­czę­ła analizę.

A ja zro­zu­mia­łem, że właśnie stra­ci­łem nad nią kon­tro­lę.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij