-
nowość
-
promocja
Antidotum - ebook
Antidotum - ebook
Co pamiętamy? Co wypieramy? I kto decyduje, która wersja dziejów przetrwa?
Antidotum – preriowa wiedźma z miasteczka Uz – przechowuje cudze traumy i tajemnice jako depozyty, które w każdej chwili można odzyskać. Do czasu. 14 kwietnia 1935 roku największa w historii Ameryki burza piaskowa unicestwia wszystko, również wspomnienia, które mieszkańcy powierzyli Antidotum. Jeśli ich sekrety wyjdą na jaw, wiedźmie grozi niebezpieczeństwo.
Niespodziewanie pomoc oferuje jej Dell, nastoletnia koszykarka polskiego pochodzenia, która sama ucieka przed własną przeszłością. Między dwiema kobietami rodzi się nieoczekiwany sojusz. Wkrótce odkrywają, że nad miastem ciąży klątwa, a w pustoszących je burzach grzmią echa dawnych krzywd, które domagają się zadośćuczynienia.
Antidotum to pełna magii opowieść o kłamstwie, winie i odkupieniu. O ludziach, którzy muszą zdecydować: czy ocalić przeszłość, czy pozwolić jej zniknąć w pyle historii.
Ale czy można zbudować przyszłość na zapomnieniu?
Finalistka NATIONAL BOOK AWARD FOR FICTION 2025
Finalistka NATIONAL BOOK CRITICS CIRCLE AWARD 2025
Nominowana do DUBLIN LITERARY AWARD 2026
„Strach, szczęście, rozpacz, żal – wlejcie to wszystko we mnie. Jestem pustą butelką. Jestem nowym rodzajem antidotum na wszelkie cierpienia”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8427-151-3 |
| Rozmiar pliku: | 5,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Depozyt 69818060-1-77
Pierwsze wspomnienie Harpa Oletskiego
Wybrałeś życie nigdzie, ale i tak jesteś tutaj. Tato wciąga cię za ręce w sam środek zagrody. Setki zajęcy wpatrują się w ciebie przez druty między słupkami ogrodzenia. Jakbyś patrzył w lustro. One też nie chcą być w tej historii. Mężczyźni pracowali od świtu, by zagnać tu zające. Miasteczko zebrało się, żeby rozwiązać problem zajęcy, bo wgryzają się w pastwiska i ziemie uprawne i pożerają złotą pszenicę, którą twój tato zamienia na pieniądze. Gorsze od szarańczy, mówi Tato. Każda skóra to już jakiś grosz. Tłum ciał wydzielających pot o woni rzepy i dobry nastrój, w palcach można już pocierać monetę, w oczodoły wdarła się krew. Woń przypomina pomieszczenie, gdzie rodzą się dzieci. Próbujesz się obrócić i uciec, ale Tato cię przytrzymuje. Jest tam pan O’Malley, pan Waldowko, pan Zalewski, pani Haage. Więcej nazwisk nie pamiętasz. Setka połączonych rąk, huśtając się w powietrzu, naciera na zagrodę kipiącą zajęczym życiem, miejsce, z którego nie ma ucieczki. Teraz następuje już tylko szaleństwo. Terror pałek, terror trzonków siekier i młotów, terror tratowania. – Tato! Ratunku! Przestań! – Zające przebiegają ci między stopami. – Uspokój się, Harp. – Tato jest zły. Twoje imię wypływa z jego ust jak strumień wrzątku. Zające są złe. Zające wrzeszczą i umierają, pałki walą w dół, w dół, w dół. – Jeśli nie będziesz pomagał, to się trzymaj z daleka, chłopaku. – Dzisiaj kończysz sześć lat. Po kolacji czeka rodzinne przyjęcie. Tort był fajny, gdy przyjechałeś do miasteczka. Na myśl o nim robi ci się niedobrze. Wiśnie wyciekają z zajęcy. Rozerwane szare skóry wpadają pod obcasy buciorów i drewniane pałki. Tato pokazuje ci, w co celować: czaszki i kręgosłupy drących się zajęcy. Tak najszybciej skończysz z ich wrzaskiem. _Jest jeszcze inny sposób_, krzyczy w środku twój głos. Zmiażdż go na placek. Patrzysz, jak ojciec wali w swoim rytmie, zaczynasz zabijać razem z pozostałymi mężczyznami.
Łapiesz spojrzenie swojej siostrzyczki poprzez wachlarz jej czystych palców. Lada siedzi u matki na kolanach. Trzy znajome dziewczynki patrzą zza ogrodzenia. Dziewczynkom wolno piszczeć i zakrywać twarze rękami. Wolałbyś być dziewczynką i być z nimi. W dół, w dół, w dół walą pałki i deski. Twój żołądek to pęcznieje, to klęśnie. Wrzeszczysz razem z zającami. Masz urodzinowe życzenie, żeby doczekać, aż ten dźwięk ucichnie. Wreszcie zapada cisza. Ręce mężczyzn spoczywają wzdłuż ich ciał jak narzędzia w szopie. Żadna zajęcza łapa nie pulsuje w drgawkach. Wrzask w tobie trwa. Ciągle, stale, nieprzerwanie. Tato podchodzi tam, gdzie stoisz i zakrywasz rękami twarz, łzy masz w dłoniach. – Nie możemy pozwolić, żeby zające opanowały całą prerię. Nikomu się to nie podoba, Synu. – To kłamstwo. Wielu się to podobało. Zamykasz oczy razem z nieżywymi zającami, bo nie chcesz widzieć, kto się śmieje.
– No proszę – mówi Tato. – Jeden jeszcze żyje. Nie możesz być miękki, Harp.
Ojciec wkłada ci do ręki pałkę. A po tym wszystkim już zawsze będziesz się bał.Preriowa wiedźma
W jednej chwili można stracić wszystko. Majątek, rodzinę, słońce. Tę lekcję musiałam przerobić dwa razy w życiu. Po raz pierwszy stało się to, gdy miałam piętnaście lat i uciekłam z Domu dla Samotnych Matek. Drugi raz, kiedy byłam preriową wiedźmą przykutą łańcuchem do pryczy w więzieniu z pustaków. – Twój drugi dom – mawiał Szeryf. Oficjalnie nie istnieję na jego Zachodzie; niemniej odwiedzanie mnie jest zbrodnią.
W Czarną Niedzielę, zanim jeszcze ktokolwiek wiedział, że nazwą ten dzień Czarną Niedzielą, w więzieniu obudził mnie odgłos, jakby pociąg towarowy drążył we mnie tunel. Rozdzierające wycie, od którego trzęsły się kamienne mury. Leżałam na pryczy, drżąc jak łupina. Wpiłam się palcami w materac. Na początku zamieniłam się w jeden strach, bałam się, że gdzieś odpłynę. Co się ze mną stało podczas snu? Czułam, jak jakiś nóż wydłubuje mi z kości cały szpik. Coś istotnego we mnie stopniało i wypłynęło, a to miejsce wypełniła nowa nieważkość. Lekkość i coś niedobrego, spowijająca mnie biel przemieszczała się wzdłuż kręgosłupa i sączyła z ust. _Zbankrutowana_, to słowo powstało w moim mózgu. Na początku nie rozpoznałam, że głos, który woła o pomoc, jest mój. Spanikowana, wyciszyłam się – nie mogłam już sobie pozwolić na najmniejszą utratę ciężkości. W zdrętwiałych kończynach poczułam mrowienie, ukłucia igieł z powrotem zszywały je z mózgiem. Nie było to szczęśliwe zjednoczenie. Dziesięć białych palców u nóg wyrastało jak grzyby spod brudnego zielonego koca, przebierały w powietrzu w najwyższym wysiłku, na jaki potrafiłam się zdobyć. Lampa naftowa w korytarzu świeciła słabym szmaragdowym blaskiem, poza którym cela pogrążona była w cieniu. Ten ból wcale nie był mój. Przeleciał jak wiatr. Potem przewiercił mi skórę i pochłonął świat.
A może kiedy się obudziłam, czarna burza już na dobre się zbliżała. Dławiący gorąc wypełnił więzienie, a za nim nastąpiły smagające bicze pyłu. Dotarło do mnie, że tu zostanę pogrzebana, zanim przypomnę sobie, kim jestem. Minuty i godziny straciły dla mnie jakiekolwiek znaczenie; skuliłam się na pryczy, oczekując, że cyklon rozerwie mnie na kawałki. Wreszcie wiatr zaczął słabnąć. Smuga światła rozcięła burzowe niebo – przez okienko w celi patrzyłam na bladą ścieżkę, coraz jaśniejszą i szerszą. Zielonkawy krążek zawisł nad ścianą chmur i wieki minęły, zanim rozpoznałam, że to słońce. Przecież to nie była północ, tylko trochę po południu.
Zaczęłam sobie przypominać ziemię poza celą, prerię bez krańców. Powróciła do mnie nazwa miasteczka, gdzie pracowałam: Uz, Nebraska, na południowy wschód od Sandhills i na zachód od rzeki Platte. Od czterech lat tkwiliśmy w najgorszej suszy, jakiej kiedykolwiek doświadczył przybysz na Wielkie Równiny Prerii. Inne istnienia prowadziły dawniejsze zapiski. Topole opowiadały liczącą tysiące lat historię zapisaną w nierównych kręgach, której nie kwapił się czytać żaden polityk. Kongresmeni szkolą się, by ograniczyć myślenie do cykli wyborczych, pomijają planetarne. Zauważają spadki i wzloty na rynku, ale nie pamiętają, jak odczytywać kręgi. W Uz od miesięcy brakowało prądu. Plagi szczęk i żuwaczek. Koniki polne zbite w szumiące chmury z grzechotem tłukły o kabiny traktorów. Tysiące zajęcy rozproszonych na Równinie pożerały wszystko, co było zielone. Skrzydlate chrząszcze w kolorze indygo spadały Bóg jeden wie skąd, kolby kukurydzy w kształcie wklęsłej klepsydry, jakich przed rokiem 1931 nikt jeszcze na Wielkich Równinach nie widział. Czerwony piasek z Oklahomy, czarny pył z Kansas i gołębioszara ziemia ze wschodnich równin Kolorado uformowały nad Uz falujący dach z pyłu rozbłyskujący piorunami cieplnymi.
Szeryf z rodziną mieszkał naprzeciwko więzienia w piętrowym domu szkieletowym z cegły, projekt z katalogu Sears, Roebuck. Dom rozsiadł się na wolnym kawałku ziemi, pięćset jardów od krat w moim okienku dwie na dwie stopy. Pył wpadał do celi i to, co na zewnątrz, stawało się coraz mniej rzeczywiste. Dom Szeryfa rozmył się jak na szkicu węglem. Wymazany gumą, kolejny raz przerysowany i w końcu niewidoczny dla oka. Niebo z całą pewnością spadało.
W końcu zdobyłam się na krzyk pomocy. Czułam przerażenie, wypuszczając tyle powietrza naraz – nieważkość wdarła mi się do głowy. Nikt nie zareagował. Jak długo tkwię w tej pułapce? Cela miała siedem stóp na osiem, ze sprzętów były w niej tylko prycza i blaszane wiadro do połowy wypełnione szczynami poprzedniego więźnia. A może moimi. Byłam chyba jedyną na odsiadce w tym pudle. Jednak się myliłam. Coś delikatnie wylądowało mi na piersi, a potem wskoczyło na gzyms pod oknem celi – ogromna kotka o zjeżonym marchewkowym futrze wydawała się absurdalnie jasna. Uszy miała nastawione do przodu, pazury zaciśnięte na gzymsie. Jej złote oczy patrzyły na mnie łagodnie. Nie słyszałam, aby cokolwiek ją przywoływało. Lecz po chwili kotka przecisnęła się przez kraty i zwinnie wskoczyła w żywioł.
Gdy tylko zniknęła, poznałam ją – kotka Szeryfa, puchata i pręgowana, w czasie moich odsiadek często sypiała mi na piersi. Szeryf z głupoty i lenistwa w ogóle jej nie nazwał, nawet Kotem. Pewne wspomnienie wróciło do mnie wraz z wyciem: kiedyś Szeryf utopił w miednicy miot jej kociąt, co było dla mnie słyszalne. Zalała mnie fala pisku pięciu kociąt, wpijających pazurki w wytłumione ściany w obrębie murów. Znowu słyszałam ten plusk, gdy worek został odrzucony. Wylana woda ściekała korytarzem, ich głosy przeszły w nienaruszoną ciszę. Szeryf uwięził matkę w szafie obok, zamykając nas obie w klatce dla bezsilnych świadków. Jej wściekłe wrzaski mieszały się z gasnącymi piskami. Ostatnie głosy tego świata nie brzmiałyby bardziej rozpaczliwie.
W dziedzinie tortur i głupi człowiek potrafi być erudytą. Szeryf przykucnął przed Celą numer 8, szczerząc się do mnie przez kraty, gdy nalewał mleko dla matki nieżywych kociąt. – Był jakiś hałas, co? W moment zapomnisz ten paskudny wypadek. Taka potężna wiedźma jak ty…
Zanim przywołałam swoje imię, powróciło to, czym się zajmuję. _Tak, jestem Antidotum_, przyszło do mnie i pozostało w pamięci. _Jestem preriową wiedźmą_. Drzwi do mojego życia otwarły się na oścież. Teraz zobaczyłam swój wynajmowany pokój w pensjonacie. Mój afisz w oknie na drugim piętrze, ręczne pismo wykaligrafowane złotymi literami: ANTIDOTUM Z UZ! TERAZ PRZYJMUJE DEPOZYTY. Ogłosiłam usługi bankowe jako panaceum na wszelkie dolegliwości: od zgagi po koszmary nocne. Jak pamiętam, jacyś moi klienci ułożyli o mnie reklamę, korzystając ze słów na plakacie:
„Antidotum na chorobę z miłości! Antidotum na rozpacz! Antidotum na wzdęcia! Antidotum na wyrzuty sumienia! Antidotum na bezsenność! Antidotum na spocone dłonie! Antidotum na marzycielstwo! Antidotum na wstyd!”
Prawie wszyscy na Wielkich Równinach o nas wiedzieli, nawet ci, którzy zaprzeczali, że istniejemy. Skrytki, tak nas czasem nazywano. Preriowe wiedźmy. Teraz dopiero sobie przypomniałam, co robię, żeby zarabiać na chleb – co robiłam już od wczesnej młodości. Wchłanianie i przechowywanie wspomnień moich klientów. Deponowanie tajemnic mieszkańców Uz. Grzechy i zbrodnie, pierwsze i ostatnie razy, noce niewysłowionej grozy i radość świeżych poranków – kto by tam wiedział, co moi klienci przelewali ze swoich ciał w moje? Tego się tylko domyślałam. Podczas przekazów znikałam, stając się pojemną nijakością. Ciało preriowej wiedźmy jest do wynajęcia. Skrytką, w której przechowuje się wiedzę o czymś, czego nie można znieść lub znieść tego, że się zapomni.
Połowa miasta Uz używała mnie jak banku i nawet ci, którzy napiętnowali mnie jako oszustkę i szantażystkę, wiedzieli, że świadczę usługi w Pokoju numer 11. Ludzie przychodzili i płacili mi za przechowanie pewnych fragmentów swojego życia. Na przykład zbyt przykrego wspomnienia, z którym ciężko przychodziło im dalej żyć, lub zbyt cennego, aby myśleć o nim na co dzień. Kiedy szeptali mi coś do ucha przez zieloną trąbkę, ich wspomnienia uchodziły z nich i wnikały we mnie. Wymiana była bezbolesna. Opowieści klientów nigdy mnie nie dotykały, ponieważ nie byłam przebudzona, aby je słyszeć. Pogrążona w transie mogłam się rozszerzać, by chłonąć cokolwiek. Póki transfer się nie zakończył, nie powracałam do stanu przebudzenia. – Wiem tyle o swojej zawartości – zapewniałam klientów – co skrytka bankowa o zdeponowanej w niej forsie. Tyle co zalewa octowa w słoju wie o pływających w nim korzeniach. – _Co strych wie o swoich duchach._ Ich zmarli żyli we mnie, cierpliwie czekając na moment, kiedy zostaną wspomniani. Pod ciężarem depozytów czułam przytłoczenie. Po dokonanym transferze często miałam ostry ból w klatce piersiowej albo miednicy – czasem była to migotliwa jasność, jakby w piersi krążyła złota rybka – w ten sposób wiedziałam, że transfer zakończył się powodzeniem. Nowy klient uśmiechał się z zakłopotaniem i mówił:
– Myślę sobie, co to ja pani właśnie powiedziałem? Całkowicie wyparowało mi to z głowy!
Teraz zrozumiałam, dlaczego moje ciało odczuwało tak przerażającą lekkość, dlaczego wciąż powracało do mnie słowo _bankructwo_. Stało się ze mną coś, czego nie umiałam się bać.
Piętnaście lat depozytów jakimś sposobem zostało ze mnie wyjętych podczas snu. Wypompowano je z mojego ciała, jakby ktoś odessał wodę z liścia. Gdzie się podziały? Z mojego ciała dostały się w jakiś żywioł? Czy gdzieś, w jakimś miejscu, nadal pozostają nietknięte? Czy może pochłonął je pył? Z każdym głębszym oddechem docierało do mnie coraz więcej o skali i formie tego, co straciłam. Przewróciłam się na bok i podciągnęłam koszulę nocną – tkanina workowa z GROVER’S ORCHARD przeznaczona do innych celów, za krótka na kobietę mojego wzrostu, z nadrukiem w piaskowe brzoskwinie, które z każdym oddechem zdawały się dojrzewać i parcieć. Pięściami wymacałam brzuch, jakby tysiące tajemnic zgromadzonych we mnie mogły jedynie się przemieścić.
Właściwie nie zapomniałam tych tajemnic, bo tak naprawdę nigdy ich nie znałam. Może jednak nie jest to do końca prawdą. Znałam je w taki sposób, w jaki znałam ciebie, mój Synu, zanim się urodziłeś. Schroniony w moim ciele jako ucisk i ciężar. Wspomnienia żyją. Gdy gromadzisz ich tyle co ja, zaczynasz słyszeć trzask swoich kości. Teraz czułam zagrożenie, że sama wyparuję.
Jak się okazało, nie byłam jedyna. W tym samym czasie farmerzy z Równin tracili całe zbiory. Rodziny chowały się w piwnicach swoich domów, podczas gdy chmury tyły od czarnej ziemi. Niebo zmieniło się w burczący brzuch. Gdy ciemność zaćmiła słońce, zaskoczeni na polach Uzjanie myśleli, że oślepli.
Wielu z tych farmerów i ranczerów także straciło – o czym nie wiedzieli – potężne obszary swojej przeszłości. Dnie i noce, które trzymałam dla nich w rezerwie, podczas gdy oni pochłonięci byli sprawami życiowymi. Klienci, którzy od mojego przybycia do Uz lojalnie korzystali z oferowanych przeze mnie usług bankowych, wkrótce dowiedzą się o krachu – jak mogłabym temu zapobiec? Pojawią się, aby podjąć, co im się należy, a ja nie miałam niczego do zwrócenia. Zachowałam jedynie garść faktów o swoim samotnym życiu.
Zawsze prowadziłam skrupulatną dokumentację. Potrafiłam powiedzieć, kto był u mnie 12 lipca 1927 roku, i podać, ile trwała wizyta. Byłam w stanie oszacować co do grosza, ile pieniędzy zarobiłam w hrabstwie Uz w latach 1920–1935. Lecz jakie to miało znaczenie, że od jednego klienta pobierałam dwa dolary, a od innego dwieście? Żadna z liczb wpisanych do księgi rachunkowej nie była miarodajna w stosunku do ogromu moich strat. Prawdę oddawały skurcze żołądka i szpony rozpaczy.
Czarna Niedziela, zanim tak nazwały ją gazety i zmiotły do historii, zmiażdżyła region na pył i nadała mu nazwę Great Dust Bowl. Podobnie jak wielu moich sąsiadów obudziłam się do zgliszcz. Będąc w środku żywiołu, myślałam, że najgorsze za mną. Jednak się myliłam. Pył szykował mi jeszcze jedną lekcję: póki oddychasz, masz więcej do stracenia.
_Dom. Dom_. Dręczyłam to słowo, aż świat zdołał się podźwignąć. Przykuta do pryczy, z nozdrzami płonącymi od pyłu uśmiechałam się w ciemności. Byłam przekonana, że straciłam wszystko, ale tak się nie stało. Pamiętam Ciebie. Rosła we mnie nadzieja. Nieprzerwanie, tak jak Ty kiedyś rosłeś. Wyobraziłam sobie, że zielone liście oplatają mi klatkę piersiową, pętając mnie ze wspomnieniami o Tobie. Twoje oślizłe, ważące siedem funtów ciało i Twój donośny płacz. Powtarzałam w myślach każde Twoje kopnięcie i skręt ciała. Powitałam nawet ból, gdy Cię utraciłam. To był ciężar, którego potrzebowałam, aby usiąść i położyć stopy na podłodze celi. Póki istnieje szansa na nasze spotkanie, Synu, przyrzekam Ci, że będę żyła.
Tej nocy, kiedy się urodziłeś, jedna z pielęgniarek w Domu dla Samotnych Matek w Milford zaryzykowała zwolnienie z pracy i pozwoliła mi Cię potrzymać. _Rozluźnij się_, powiedziała, i _niech twoje dziecko się napije. On wie, co ma robić, słonko. Widzisz? Po to się urodził_. Nigdy dotąd nie napotkałam na tak głodne stworzenie, tak żądne życia. Nie pomyślałabym, że moje ciało potrafi maksymalnie zaspokoić potrzeby innej istoty. Krzyczałeś, a ja ze zdumieniem pojęłam, że to ja jestem kimś, kogo przywołujesz. Byłam odpowiedzią na twoje pytanie. Antidotum na twój stres, na twój strach, na twój wściekły głód i twoje pragnienie życia. Wpatrywałam się w twoje surowe, ciemne oczy otwarte od narodzin. Razem wlatywaliśmy w sen i się z niego uwalnialiśmy, śniąc o mleku, o cieple, o miłości. Potem nastąpiła blokada godzin, które mi ukradziono – teraz myślę, że zostałam odurzona. _Przykro nam, ale straciłaś dziecko_, powiedziała mi inna pielęgniarka, gdy się obudziłam. Doznanie, gdy mleko wzbierało mi w piersiach, by napłynąć do twoich ust, było już zaledwie wspomnieniem, gdy lekarz, którego nigdy przedtem nie widziałam, wręczył mi akt twojego zgonu. Te potwory o smętnym uśmiechu mnie okłamały. Wiedziałam, że Ty nie umarłeś.
Wciąż istniejesz?Asphodel Oletsky
Chyba wiesz, że kiedy zsynchronizujesz swój oddech z czymś, co oddycha za tobą, przestajesz go słyszeć.
Rankiem 14 kwietnia byłam jedyną dziewczyną na preriowym boisku. Lubiłam grać dwie na dwie z Valerią, Pazi i Nell, gdy tylko urwały się z domu, ale tamtego popołudnia byłam sama. Odmówiłam pójścia z wujkiem na poranną mszę, nasz niedzielny rytuał. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Uz, przez bite trzy miesiące chodziłam z nim do polskiego kościoła. Tylu wąsatych parafian czuło nieodpartą potrzebę, aby mi powiedzieć, że gdyby moja matka nie uciekła z tym wykolejeńcem, tym oszustem – moim ojcem i człowiekiem mi nieznanym – nigdy nie zostałaby zamordowana.
– Lada była takim płochliwym kwiatuszkiem. Taką słodką dziewczyną, zanim uciekła z tym drabem – powiedziała jedna z polskich babek, od której woniało boraksem i Grape Sparkle. – Żyłaby, gdyby została w Uz…
– Poczekaj, busiu – przerwał jej wujek. – To prawda. Ale gdyby została z nami, jej córka by nie żyła. To mordercę trzeba potępiać za zbrodnię, prawda? Nie moją siostrę.
Przez chwilę poczułam do wujka czystą miłość; zaraz potem ze wstydu dostałam wypieków. Co ja tu robię, oddychając? Zużywam powietrze, które było przeznaczone dla niej. Przez następne kilka tygodni żarliwie modliłam się za duszę matki, klęcząc na chybotliwym żółtym podnóżku zbitym z rzepek kolanowych lasu. Któż by mógł wiedzieć, że za sprawą modlitwy można wbić sobie drzazgę? Dłużej nie dałam rady. Chodzenie na mszę do Świętej Agnieszki było jak uczestniczenie w zbiorowym bólu głowy z pięćdziesięcioma obcymi osobami. Dzwony! Święte kadzidła! Jak kac bez bibki. Zbyt wiele oczu wpatrzonych we mnie ze współczuciem i wyższością. Jedyne spojrzenie, które lubiłam przechwytywać, należało do Weroniki z szóstej stacji drogi krzyżowej, jej onyksowe oczy były chłodne, pozbawione źrenic i rzeczowe. Weronika była ważną osobą z drużyny Jezusa, otarła mu twarz z brudu i krwi. Kiedyś sama założyłam drużynę, odkryłam własny sposób oddawania czci – pod ognistym niebem za sprawą koszykówki. Wolałam podskakiwać, niż klękać. Modlę się do Boga, który kocha wygrywać.
– Może w następną niedzielę – mruknął wujek Harp, biorąc mnie za rękę przez boczne okienko od strony kierowcy, po czym odpuścił sprzęgło. Zdążył mi jeszcze wykrzyczeć, że moja dusza jest w niebezpieczeństwie, i skręcił z piaszczystej drogi w kierunku autostrady; spieczona ziemia pod oponami wykaszlała żółty pył. Gdy się nad tym zastanowić, to tak właśnie zrobił _jego_ Bóg – zniknął w oddali, którą wujek nazywa niebem, a nas, ubogich wieśniaków, zostawił, żebyśmy zgrabiali prochy. Wujek Harp codziennie modlił się o deszcz, a potem użył kombajnu, żeby odgrzebać ganek. Na rozpoczęcie naszego ostatniego sezonu koszykówki matka Dagmary wręczyła każdemu zawodnikowi maskę przeciwpyłową z Czerwonego Krzyża ufarbowaną w barwy naszej drużyny.
Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Uz, kaszel budził mnie każdej nocy. Siadałam w łóżku z rękami przy twarzy i przez dobrą chwilę myślałam, że mama nadal żyje. Że mieszkamy w żółtym domu w Hubbell. A potem sobie przypominałam: mama została zamordowana, a mnie odesłano do jej siwego brata i u niego miałam dalej żyć. Codziennie rano, kiedy się budzę, tam i z powrotem przemierzam ten sam tunel zdarzeń. Po przebudzeniu widzę ugór, jestem zaplątana w niebieską pościel umarłej mamy, leżę w łóżku umarłej mamy; ten zły sen trwa niemal nieprzerwanie od dwóch lat.
Śledczy z naszego miasteczka nigdy nie złapali mordercy mojej matki, ale udało im się zlokalizować jej żyjącego brata. Wysłali mnie do Uz 4 sierpnia 1933 roku, w środku najgorętszego lata w historii. Tamtego popołudnia, gdy pociąg dowiózł mnie na stację, były sto cztery stopnie. Wujek nawet uważał, że ten rekordowy upał nie był przypadkowy – z pewnością nie winił mnie za to, widział we mnie tylko dodatek pogłębiający już zaistniałe nieszczęście.
Nie było we mnie jakichś konkretnych oczekiwań, kiedy wyszłam na peron w Uz, rozglądając się za wujkiem, którego nigdy nie widziałam. Gdy przed nim stanęłam, cień ewentualnej nadziei zlał się z uczuciem rozczarowania wywołanym jego wzrostem i posturą. Ten obgryziony przez szczury ludzki kaczan kukurydzy wziął ode mnie torbę i odgarnął mi włosy z twarzy, jakby rozsuwał zasłony – przez ten gest zapragnęłam go ugryźć.
– No, ani trochę jej nie przypominasz! – zwrócił się do mnie. – Twoja matka była ślicznym dzieckiem.
Rozczarowanie było naszym pierwszym wspólnym odczuciem. Harp Oletsky, jak się zorientowałam, nie miał pojęcia, kim była moja matka. Kiedy wypowiadał „Lada Oletsky”, widział swoją małą siostrzyczkę. Najmłodsza matka, jaką zapamiętałam, ma dwadzieścia siedem lat, wieczorami wyszminkowane na karminowo usta i piegi od słońca. Harp Oletsky nie miał pojęcia o najlepszych cechach mojej matki ani też o tych innych – o jej nieumiejętności oceny męskich charakterów; o jej miłości do polki i do każdej potańcówki; o jej walce, by mieć pracę i pieniądze; o jej darze wskrzeszania chorych ptaków i uschniętych roślin; o jej śmiechu, który spadał jak deszcz w środku naszego domu, zmywając ze ścian lepki smutek; o jej zwyczaju wysuwania języka, kiedy czytała albo szyła. Od samego początku rozumiałam, że będąc z nią, pozostanę sama. Ja jedna poniosę trumnę mamy. Nawet umarła potrzebuje mojej opieki. Miałam nadzieję, że Harp Oletsky pomoże mi ją lepiej zapamiętać. Jej prawdziwy głos odpływał ode mnie, coraz bardziej pobrzmiewając jak moje kiepskie brzuchomówstwo. Ale ten obcy człowiek jedynie potrafił bajdurzyć o jakimś szkrabie.
_Nadzieja urasta i uczy nas, jakimi jesteśmy głupcami_ – mawiała mama, gdy rozczarowywała ją nowa praca lub nowy mężczyzna. Obserwując pomarszczoną twarz wujka, czułam zażenowanie z powodu swoich nadziei. Wujek nigdy nie zdobył się na to, by odnaleźć siostrę, choć rozgłaszał swoją rozpacz, gdy znikła. – Wcale daleko nie uciekła – zwracałam uwagę. Do miasteczka, gdzie mieszkałyśmy na granicy z Kansas, z Uz jechało się pociągiem trzy godziny.
– Lada nie chciała, żebyśmy ją odnaleźli – powiedział szorstko. – Mogę pokazać ci jej listy.
Mojego pierwszego dnia w Uz wujek oprowadził mnie po domu Oletskich. Pokazał mi wyblakły portret rodzinny wiszący w salonie. – To była Lada – wskazał na zamazane dziecko o płochliwym wyrazie twarzy ściskające w ręce blaszaną konewkę. Na zawsze tam zastygła, pomiędzy moimi dziadkami koloru budyniu i jej dwoma nieuśmiechniętymi braćmi.
– Wy, Polacy, wszyscy wyglądacie, jakbyście mieli zatwardzenie i ciągle się czemuś dziwili – powiedziałam wujkowi.
– Jesteś Polką, Dell.
Prowadził mnie dalej, prawie się nie odzywając. Czułam spojrzenie jego oczu wwiercające się we mnie jak dzioby dzięciołów. Zabrał mnie na górę i otworzył drzwi do pokoju dziecinnego mamy – teraz mojego.
– No, Dell. – W końcu coś powiedział. – Widzę, że to nie jest to, co sobie wyobrażałaś. Mów, czego tu brakuje. Co by trzeba zrobić, żebyś poczuła, że to miejsce jest twoim domem?
– Zakopać moje kości w ziemi – odrzekłam mu. – Ale nawet wtedy będę tu tylko z wizytą.
W Czarną Niedzielę, zanim się dowiedziałam, że była to Czarna Niedziela, wzięłam piłkę i weszłam do rozpalonego pieca. Od trzech tygodni codziennie było dziewięćdziesiąt stopni. Na horyzoncie wyrosła ciężarówka wujka, bliźniacze reflektory rozświetlały skrzące się cząsteczki minerałów zawarte w pyle. Nikt już się nie dziwił, że samochody jadą w południe na światłach.
Miałam ochotę na przejażdżkę do miasta, ale nie ośmieliłam się o to prosić. Przeszłam cztery mile na niegdyś trawiaste pagórki. Strumień wysechł zeszłego lata. Brakowało stopy ziemi. Każdy nowy podmuch wiatru wywiewał jej jeszcze więcej. Bankierzy zamartwiali się o swoje odfruwające pieniądze, ale wujek powiedział, że złoto to małe piwo w porównaniu do tego, co w tej suszy straciły Wielkie Równiny: ziemię.
– Sześć cali gleby uprawnej daje wszystko, Dell. Całe jedzenie, jakie jadłaś w życiu, zależy od tych sześciu cali.
Gdy zniknie gleba, zostaje orsztyn. Ziemia wyschnięta na kość tak, że można od niej odbijać piłkę.
Żyłam tylko po to, żeby grać w kosza. Dzięki temu miałam powód, aby wyjść z łóżka, i powód do podtrzymania oddechu. Będąc sama w Czarną Niedzielę, udawałam, że Trener mnie obserwuje. Biegłam przez boisko, pył drapał mnie w łydki do krwi, strzelałam pudło za pudłem, wrzeszcząc, gdy nagle dopadał mnie podmuch wiatru. Poruszanie się było walką. Oddychanie przez maskę. Rzucanie piłki pod wiatr wymagające ogromnej siły. Siatka ochronna drżała _już_, _już. W dół-w dół-w dół_, powtarzała piłka do podłoża.
Grałyśmy na tajnym boisku o milę na zachód od centrum miasteczka, na betonie, który Trener osobiście wylał na prerię. Na ziemi niczyjej, zbyt piaszczystej, by kiedyś mogła przynieść plony.
– Nikt nie da centa, żeby patrzeć, jak dziewczyny grają w kosza – powiedziała mi kiedyś Dottie Iscoe. – Kobieca koszykówka to teraz pokaz dla czubów.
Dottie Iscoe wyraźnie nie miała pojęcia o Babe Didrikson i Barnstorming Reds ani o rozgrywkach Amatorskiej Unii Atletycznej z nagrodami pieniężnymi i uniwersyteckimi stypendiami. Wszystkie liczyłyśmy na taką perspektywę, same nią będąc. Wyłowione przez trenerów i wysłane dalej, aby grać o dobre pieniądze. Ale to nie pieniądze, lecz miłość nas napędzała i wyciągała z domów we wszystkie pory roku. Wariacka miłość, to ona rzucała nas na pastwę pyłu, miotała naszymi ciałami w środek piekła, które Trener wciąż nazywał Wiosennym Treningiem.
– Dziewczyny, po co wam drużyna przeciwniczek? – krzyczał Trener z linii bocznej. – Jak możecie grać kontra wiatr?
Później było już lepiej. Gdy tylko się dało – nie każda dziewczyna tak łatwo mogła się urwać z domu – kilka z nas spotykało się przy księżycu. Trener był szorstkim głosem w naszych głowach kierującym naszymi ruchami. Podczas popołudniowych treningów, kiedy obecność była obowiązkowa, zbierała się cała drużyna i czekała na instrukcje Trenera. Dmuchał w gwizdek i z wrzaskiem krytykował wszystko, co robiłam, jego głos przeorywał mnie na wskroś i wlewał we mnie nową tajemną krew. To było fantastyczne uczucie. Trener mnie nie kochał. Żadnej z nas za bardzo nie lubił. Podczas treningów i meczy nie przejmował się naszymi imionami. Wołał na nas po numerach naszytych na koszulkach. Byłyśmy jak zadanie z matematyki, które Trener nieustannie rozwiązywał. Chciał tego samego co ja, czyli wygrywać.
Trener stawał pod koszem i wyszczekiwał do nas obelgi, jego auto przypominające ryj zwierzęcia stało z zapalonymi reflektorami na końcu boiska. Światła miało tak ustawione, że widać było linię środkową. Trenowałyśmy na wpół ślepe, przebiegając przez wirujące słupy pyłu układające się w kielichy kwiatów. Nasze różowe szorty wydymały się jak balony i przelatywały przez bliźniacze snopy światła; potem powtarzało mi się to w snach, trening trwał bez końca. Z jednego krańca boiska na drugi. Po każdym trafnym rzucie Trener wciskał klakson trzy razy, kierując na nas światła. Koszykówka zmieniła mnie w coś dużo większego ode mnie. Wszystkie nogi na boisku należały do jednego niepowstrzymanego zwierzęcia.
Ziemia tutaj jest tak płaska, że łatwo stracić orientację. Gdy słońce zaczyna się obniżać, nawet weterani Równin używają kompasu. Słyszałam, że jest to takie uczucie, jakby się było zagubionym na morzu. Nigdy nie widziałam oceanu, ale wiem, że to oznacza życie bez punktów odniesienia. Obróciłam się, aby trafić na drogę. Gdy spojrzałam na południowy wschód, dostrzegłam, że nad ziemią pojawił się czarny pas. Nie był to jakiś niezwykły widok. Pył potrafił nas oszukiwać. Na przykład wydawało się, że miasto zmniejsza się i faluje nad horyzontem, a potem znowu opada. Tak nieraz było, powiedział wujek, nawet przed suszą. Zabrał mnie do Mirage Flats niedaleko Sandhills, gdzie światło i trawiaste wydmy wywołują w ludzkich umysłach różne iluzje. Według jednej z nich te piaszczyste obszary mogły zostać korzystnie zagospodarowane przez farmerów. Klasyczne miraże zdobią wnętrze Grange Hall. Całą ścianę pokrywają plakaty kolejowe, które dla takich ludzi jak moi dziadkowie reklamują Uz w Nebrasce jako „Amerykański Eden”: ZBIORY PSZENICY JAK GÓRY ZŁOTA W POŁUDNIOWEJ NEBRASCE! PO ORCE GWARANTOWANY DESZCZ!
Patrząc na spragnioną prerię, czułam się samotna i ważna. Ten kraj mnie potrzebował. Potrzebował moich koleżanek z drużyny, wojowniczek z liceum, które grały w Regionie 7 Ligi Koszykówki Licealistek z Równin Zachodnich. Niestety nazwę drużyny narzucił nam nasz sponsor: Drób i Jaja z Uz. Przez drugi rok z rzędu od Mistrzostw Regionu 7 dzieliły nas trzy mecze. Farmerów i ranczerów pochłonął stracony sezon, ale Drób i Jaja z Uz szły po zwycięstwo. W pierwszych miesiącach 1935 roku mało kto oglądał nasze mecze, lecz wyniki podawano w gazetach lokalnych i wiedziałam, że coś znaczą – dużo więcej, niż sugerowała prawie pusta sala. Nasza wygrana, myślę, podtrzymała na duchu każdego mieszkańca tego rozpadającego się miasteczka.
W tym sezonie dzięki swoim umiejętnościom byłam w drużynie pierwszą rozgrywającą, ale także dzięki temu, że nie robiłam nic oprócz treningów. Pozostałe dziewczyny miały domy, do których tęskniły, wodę do napompowania i kury do nakarmienia, matki do łajania i przytulania, ojców do wrzasków, żeby zapierniczały z robotą, co równało się pracy przy tysiącach młodszych sióstr i braci, które trzeba odbeknąć, przewinąć i ukołysać do snu. Były wyczerpane miłością. Ja oprócz koszykówki nie miałam niczego, co opróżniłoby moje rezerwy gniewu. Musiałam mieć rywali, aby go z siebie wytrząsnąć. Dzień meczu był największą ulgą, jedyny dzień w tygodniu, gdy czułam wyłącznie spokój. Trener powiedział mi, co mam robić, a tablica wyników, co czuć. Stopy oderwały się od ziemi, piłka od palców i w tym momencie już wiedziałam, czy rzut będzie trafiony. _Do i przez_. Grałam przy księżycu, w letnie miesiące codziennie, kiedy wszystkie dziewczyny w moim wieku pracowały przy żniwach. Wujek Harp nie oczekiwał ode mnie pomocy. Poddał się i przestał mnie prosić, żebym w czymkolwiek pomagała (mimo to często zostawiał drzwi do swojego pokoju otwarte, tak że słyszałam, jak modli się głośno o moje zbawienie). Nikt nie potrafił mnie powstrzymać od robienia tego, na co cholernie się uparłam. Moja zamordowana mama umierała po raz drugi – stawała się we mnie coraz bardziej postrzępiona i wyblakła – ziemia atakowała nas z nieba, a jedyne, co mnie pocieszało i w co wciąż wierzyłam, to to, że każda pogoda jest na chwilę. Pogoda potrafiła błyskawicznie się zmienić.
Czarna chmura, zauważyłam, zaczęła napływać w głąb lądu. Pędziła na mnie – czyli na _nas_. Pył zaczął się unosić i tworzył zasłonę. Wiatr zapowiadał śmierć na prerii i już nic nie mogło rozsadzić jego oszalałego, głębokiego wycia. Nawet wtedy wiedziałam, że nadal muszę kozłować. Jedynie piłka przygważdżała mnie do Ziemi. Łup! Łup! Łup! Wpatrzona w swoje ręce biegałam po boisku tam i z powrotem, a wiatr usiłował skraść mi piłkę.
Ciężarowy Dodge powoli i chybotliwie pokonywał kanciastą drogę. Minęło pięć minut, gdy pokazała się przerażona twarz wujka, szary otoczak za przednią szybą.
– Chciałam iść.
– Zwariowałaś? Zaraz uderzy nawałnica. Wsiadaj.Farmer na suchej ziemi, Harp Oletsky
; fot. Russell Lee, Biblioteka Kongresu, Dział Druków i Fotografii, Urząd do spraw Bezpieczeństwa Rolnictwa / Biuro Informacji Wojennej, zbiory czarno-białych negatywów.
Czarna Niedziela zaczęła się na Zachodzie od rany ciętej nieba, która coraz bardziej się rozstępowała i zamiast krwi wylewała ziemię. Czasem wyobrażam sobie wesołość owych dziennikarzy z nowojorskich gazet wystukujących w swoim wymyślnym języku opowieść o naszym najgorszym dniu. Wyznaczających marginesy i wciskających naszą tragedię w ciasną kolumnę, jak stary Marvin w domu przedpogrzebowym wpychający wysokiego nieboszczyka w za mały garnitur.
OFIARY PYŁU w NEBRASCE MODLĄ SIĘ o DESZCZ!
_MESJASZ_ ŚPIEWANY w SANDHILLS
Biedni niedouczeni farmerzy! Czy tak uważają dziennikarze?
Biedni hazardziści, wszystko stawiają na pszenicę.
Wyobraźcie sobie duchy powstające z grobów, by ciskać cmentarną ziemią w żywych. Taki dźwięk usłyszeliśmy w ostatnią niedzielę. O trzeciej po południu słońce zostało zamordowane z zimną krwią na oczach wszystkich kobiet i dzieci. Utonęło w czarnej chmurze. Pogrzebane żywcem na szokującej wysokości przez burzę pyłową, która nadciągnęła, aby położyć kres wszystkim burzom.
Lecz kwadrans po drugiej niebo było niebieskie, a ja czułem w sobie niemal radość. Jadąc do domu z Mass, zatrzymałem się na pogawędkę z Edem Leedskalinem. Ed, zgięty w pół, zbierał osty przy drodze. Wyrywał młode zielone rośliny, zanim uformowały się na nich kolce. Ranczerzy w Uz podtrzymywali wygłodzone bydło przy życiu, karmiąc je biegaczami pustynnymi; Ed mi powiedział, że ostami karmi czworo swoich głodnych dzieci, gotując te rośliny ze smalcem i z solą. Serce mi się krajało, gdy wyobraziłem sobie posiłek z ostów. Przypominało to scenę prosto z filmu katastroficznego tamtego gościa.
Kilka miesięcy wcześniej w Grange’u pojawił się wysoki Jankes z prelekcją o naszej roli w katastrofie. Przedstawiciel Nowego Ładu zatrudniony przez jedną z agencji Roosevelta z całej tej zupy alfabetycznej i posłany, aby nas zreformować. Koleś z uniwersytetu, bo miał nadęty akcent znikąd. Musiał przyjechać do Uz prosto z jakiegoś modnego spotkania na szczycie na temat pyłu. Byli tam naukowcy z całego świata, powiedział. Palestyna, Cejlon! Miejsca, gdzie koloniści zaorali ziemię. Gdzie też występowały burze pyłowe. – Ameryka to nie jedyny kraj zmagający się z erozją gleby! – krzyczał z podium. Miał poparzoną od słońca twarz i kanarkowe włosy. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że dzieciak z farmerskiej rodziny w wieku dwudziestu lat dostał państwową posadę.
Chłopak zrugał nas za wykorzenienie rodzimej trawy i wystawienie gleby na działanie żywiołów. Chciał, żebyśmy uprawiali rośliny okrywowe i byliny. By w ziemi pozostawało więcej korzeni. Pokazał nam przedpremierowy film _Pług, który zniszczył Równiny_. Reżyser przedstawił farmerów jako czarne charaktery, albo mi się tak wydawało. Czy byliśmy nimi? – Co to za bzdury?! – krzyknął mój przyjaciel Otto. Z sali padały gorsze słowa. Gdy pojawiły się napisy końcowe, młody człowiek obniżył ton głosu, jakby chciał uogólnić sens filmu: – Musicie zmienić sposób uprawiania tej ziemi. Trwająca tysiące lat urodzajność sprowadza się do warstwy uprawnej gleby. A wy z każdą minutą tracicie całe jej tony.
– Jak odzyskać straconą glebę? – spytałem.
– Nie da się, proszę pana – powiedział ekspert o twarzy dziecka. – Aby odbudować cal gleby uprawnej, potrzeba pięćset lat. Musicie chronić to, co zostało. – Następnie czknął na podium i już nie odzyskał opanowania. Prelekcja chłopaka nas wkurzyła, ale tak naprawdę nie była żadną nowością. Im więcej zrywaliśmy darni, tym mniej było wody. Naturalna gąbka zanikła. Obrobiliśmy pola na pył. Wciągnęliśmy wszelkie kotwice. A teraz wszystko wirowało w powietrzu.
Kwiatostany, liście, łodygi. Domy, drzewa, serca.
Najsuchszy kwiecień w historii według Biura Meteorologicznego. Najbardziej wietrzny za ludzkiej pamięci.
14 kwietnia wtargnął bez zapowiedzi, a o trzeciej po południu, niespełna pół godziny po pożegnaniu z Edem, gdy znów byłem w drodze, północ pochłonęła słońce. Nigdy dotąd bezksiężycowa noc nie była tak ciemna i głośna. Gleba powstała w buncie przeciwko farmerom. Nikt, kto tego nie przeżył, nie byłby w stanie zrozumieć, co się działo. Za sprawą jakiejś łaski udało mi się dotrzeć do Dell, zanim runęła na nas ściana pyłu. – Jakby huczało tysiąc tornad – powiedziała moja siostrzenica. Czy czerpałem jakąś satysfakcję ze strachu wsączającego się w jej głos? Tak. Aby ocalić jej życie, zaryzykowałem własnym. Dziewczynka Lady przyjechała do Uz z uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. Nie uśmiechem. Czymś jak węzeł ratowniczy. Przyznaję, że czerpałem przyjemność z patrzenia, jak się rozluźnia. Był to dowód, że moja siostrzenica jest tylko dzieckiem. Dell nigdy się ze mną wspólnie nie modliła, ale wtedy poczułem przypływ wdzięczności wobec upartej siostrzenicy, kiedy bała się razem ze mną. Dopiero trzeba było armagedonu, aby rozluźniła zaciśniętą szczękę. Wjechaliśmy w złą drogę, gdy gwałtownie skręciłem, aby uciec przed ścianą pyłu.
Nagle dziewczynka zaczęła oddychać równo ze mną, nie była już sama we własnej ciemności. Czuliśmy, jak to się rozprzestrzenia. Trwoga, jeśli chcecie tak to nazwać. Pędząc naprzód, widzieliśmy ogień buchający z młyna na polu Sendera wyrzucający szkarłatne płomienie pod złowieszcze chmury. Pył spadał na przednią szybę, krew huczała mi w uszach, aż w głowie zanikła granica pomiędzy dźwiękami wewnętrznymi a zewnętrznymi. Płaski horyzont unosił się i rozciągał w ogromne połykające usta. Leciał na nas, kulisty i otwarty.
– Możesz szybciej jechać? – wrzeszczała do mnie Dell. – Nie chcę, żeby na moim nekrologu napisali, że zostałam żywcem pogrzebana na miejscu pasażera.
– Myślisz, że twoja śmierć zainteresuje gazety?
Miałem na oczach gogle i tknęło mnie, żeby namoczyć szmatkę wodą z chłodnicy. Dziewczyna przytknęła szmatkę do twarzy i w końcu umilkła.
To był cud, że dotarliśmy do domu przy widoczności na kilka stóp i ziemi spadającej na kabinę ciężarówki. Zasłona z ciemności nacierała na północny wschód, przed nią leciały tysiące ptaków. Przez wyjący wiatr nie słyszałem, aby choć jeden wydawał jakieś dźwięki. Ale ten widok nigdy mnie nie opuści. Fale ziemi rozbijające się o prerię. Niebo wydychające wszystkie jej ptaki.