Antologia z miłością - ebook
Czym jest miłość?
Na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Ilu autorów, tyle definicji i wyobrażeń.
Ta antologia eksploruje miłość w jej najpiękniejszych i najtrudniejszych odsłonach. Tej, która daje poczucie bliskości i szczęścia, oraz tej toksycznej i skazanej na niepowodzenie. To wybór historii, które poruszają i intrygują, wywołują uśmiech, zadają ból, pozostawiają cień tęsknoty...
To opowiadania o relacjach z innymi – nie tylko z ludźmi – o pragnieniu bycia zauważonym, docenionym i pokochanym, o nadziei, która wraca, i o pytaniach, na które czasem nie chcemy znać odpowiedzi.
Czy odważysz się z nimi zmierzyć?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68498-31-8 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zapałała miłością do książek dzięki zbuntowanemu aniołowi i śmiertelniczce, których uczucie okazało się silniejsze niż przeznaczenie. Nic więc dziwnego, że gdy sama zaczęła pisać, romans stał się kluczowym elementem jej twórczości. Swoje historie publikuje na Wattpadzie, ale znajdziecie ją także na TikToku i Instagramie, gdzie dzieli się miłością do książek oraz kulisami pisania. Na co dzień nie wyobraża sobie dnia bez kawy i obowiązkowego miziania swoich kotów, które czuwają nad pracami przy jej debiutanckiej powieści, mającej w przyszłości ukazać się na papierze.
TikTok & Instagram: @jo_anna.writer
Wattpad: jo_anna
Miłość cieniem malowana
Joanna Piguła
Na przestrzeni eonów nazywano mnie różnie. Tanatosem unoszącym się cicho wśród gwiazd Grecji. Kostuchą w czerni średniowiecznej Europy. Moraną wijącą się po słowiańskich polach. Skrzydlatym Azra’ilem wśród pustych niebios. Anubisem czuwającym nad zapachem kadzidła w Egipcie. Jamą w indiańskich świątyniach. Shinigami w deszczowej Japonii… Mógłbym wymieniać jeszcze długo, ale bez względu na imię, wygląd czy legendę, zawsze byłem tym samym: cichym przewodnikiem, który prowadzi na drugą stronę.
Nigdy nie przychodziłem z gniewem ani karą – raczej z melancholią chwili, z oddechem, który kończył jedno, a zaczynał drugie. Z ciszą, w której życie powoli ustępowało miejsca wieczności.
Obserwowałem, jak istnienie w ziemskim świecie mijało błyskawicznie, podczas gdy dla mnie czas był czymś rozciągniętym, niemal nieruchomym. Chwila, gdy dusza opuszczała ciało, trwała krócej, niż można by przypuszczać, lecz w moim wymiarze stawała się wiecznością. Każda śmierć wstrzymywała odwieczny zegar wszechświata.
Tak więc w ciągu czegoś, co ludzie nazywają dniem, słyszałem setki, jeśli nie tysiące historii dusz, które odprowadzałem na drugą stronę. Niektórzy witali mnie z trwogą, inni z ulgą. Jedni nie potrafili znieść mego widoku, a jeszcze inni przyjmowali odejście z cichą aprobatą.
Towarzyszyłem niezliczonej liczbie dusz podczas ostatniej wędrówki i wszystkie nosiły w sobie unikalny świat, miniaturę życia, które niegdyś tętniło w ciele. Opowiadali mi o swoich odkryciach, żalu, koszmarach i niespełnionych marzeniach.
Nie te historie jednak wciągały mnie najbardziej, lecz te prawiące o miłości. To ona zawsze przykuwała moją uwagę.
Nie znałem jej. Nie mogłem odczuwać, a jednak opowieści o niej mnie fascynowały. Siła zdolna przetrwać czas, cierpienie i niedoskonałość. Delikatność, która jednocześnie sprawiała wrażenie niezłomnej, a także ulotność czyniąca ją bezcenną.
Ludzie kochali rodziny, przyjaciół, zwierzęta, a nawet miejsca, które ich kształtowały…
Ja zostałem skazany na wieczną samotność, tułaczkę od jednej duszy do drugiej – taką grałem rolę w porządku wszechświata. W przestrzeni między życiem a wiecznością istniałem tylko jako zawieszony cień. Ulotny, a równocześnie najbardziej stały element odwiecznego prawa.
Bywały istoty, które błagały o choćby jeszcze jeden dzień, ale – mimo iż moja magia była niezmierzona i nie znała fizycznych ograniczeń – nie mogłem im go podarować. Nić życia, raz przerwana, nie mogła zostać ponownie złączona. A ja nigdy nie podejrzewałem, że nadejdzie godzina, kiedy zapragnę złamać jedyną zasadę, jaką mi narzucono.
Przychodziłem po dusze w niezliczone miejsca. Do szpitali, gdzie biel ścian odbijała strach i nadzieję. Do domów wypełnionych zapachem świeżego chleba zmieszanego z różnorakimi kadzidłami. Bywałem w pałacach i warsztatach, w świątyniach i na polach. Czasem ciało otaczali bliscy, czasem dusza odchodziła w samotności, wśród cierpienia i krwi. Żadna sceneria nie wyróżniała się w mej pamięci. Nie liczyły się: bogactwo, sława ani tragedia – tylko moment, w którym życie opuszczało ciało i dusza powoli unosiła się ku mnie.
Pewnego dnia coś się zmieniło. Ten moment już na zawsze zamieszkał w moich wspomnieniach. Było to pierwszego listopada tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku, godzina szósta czterdzieści siedem czasu ziemskiego.
Znalazłem się w niewielkiej, drewnianej chatce. Zewsząd dochodziły zapachy farb, acetonu, parafiny i róż. Światło poranka wpadało przez małe okno, sączyło się przez cienką zasłonę, kładąc na podłodze długie, złociste smugi. Unosił się w nich kurz. Wirował niczym tysiące tancerzy w melancholijnym tańcu, odpowiadał na każdy, nawet najbardziej subtelny powiew wiatru.
Dostrzegłem starca leżącego w łóżku. Jego klatka piersiowa jeszcze się unosiła, robiła to jednak coraz wolniej, coraz bardziej ociężale. Splecione dłonie spoczywały spokojnie na brzuchu. Czekał. Ciało tkwiło w nieruchomej pozie, oczy pozostawały przymknięte, skóra o kolorze pergaminu wygładziła się z ulgi przed końcem cierpienia.
Nie był w pokoju sam.
W kącie stała sztaluga, na niej płótno. Siedziała przed nim kobieta. Wyglądała na młodą. Koniuszek pędzla opierała lekko o dolną wargę, jakby wstrzymywała oddech, zastanawiając się nad następnym pociągnięciem.
Nagle jej oczy, kolorem przypominające jezioro o świcie, oderwały się od obrazu, a wzrok skierowała na mnie. Spojrzenie miała spokojne, bez strachu, bez trwogi. Znalazłem w nim tylko ciekawość. W całej postawie malarki kryła się ulotna lekkość, która sprawiała, że cała przestrzeń pokoju wypełniła się subtelną aurą życia.
Poruszyłem się niespokojnie, bo przecież ona nie mogła mnie widzieć. Istniałem jako cień bez twarzy, bez fizycznej formy. A jednak ta młoda kobieta bez wątpienia nie patrzyła w pustkę, tylko tam, gdzie powinny znajdować się moje oczy.
– Przybył – szepnęła, przez co zastygłem. – Już czas, tatku.
Odłożyła pędzel i wytarła dłonie o szmatkę, która już nosiła ślady zaschniętych pigmentów. Kurz zawirował wokół niej, gdy minęła sztalugę – jej ruchy były pełne gracji i opanowania.
Podeszła do łóżka starca, skryła jego dłonie w swoich i nachyliła się, by złożyć ostatni pocałunek na pomarszczonym czole. Samotna łza uwolniła się z kącika jej oka i poddała się grawitacji, lądując na policzku mężczyzny.
Zapragnąłem się odezwać, upewnić, że naprawdę mnie widziała, ale nie mogłem przerywać im pożegnania.
– Kocham cię – załkała. Słyszałem, jak emocje ściskały jej krtań, choć usta wykrzywiała w delikatnym uśmiechu.
Starzec nie odpowiedział, jedynie odpłacił się córce podobnym grymasem, choć kosztowało go to o wiele więcej siły. Uchylił powieki, jego oczy – kolorem podobne do jej oczu, choć odrobinę ciemniejsze – błyszczały emocjami, których już nie zdołał wypowiedzieć.
Wydał ostatnie tchnienie. Dusza zadrżała w ciele po raz ostatni, a potem niespiesznie je opuściła, lewitując w moją stronę.
Malarka wyprostowała się, obdarzając pustą skorupę jeszcze jednym spojrzeniem, a potem uniosła załzawione oczy ku mnie.
– Zadbaj o niego – poprosiła cicho, a potem, nie czekając na reakcję, opuściła pomieszczenie.
Przestrzeń wokół nas zaczęła się rozmazywać. Kolory blakły, kontury rozmywały się, dźwięki cichły, światło gasło, aż otoczyła nas Nicość.
Obróciłem się w stronę starca, który już odwzajemniał spojrzenie.
– Widziała mnie? – spytałem, a on tylko skinął półprzezroczystą głową. – Jak?
– Nie wiem… Od dzieciństwa opowiadała o ciemnej postaci w snach. Nikt nie wiedział, o kim dokładnie, lecz Eleni znała cię, nim pojęła, czym jesteś naprawdę.
Eleni. Ta malarka miała na imię Eleni.
– Opowiedz mi o niej – rzekłem zdecydowanie, nie zostawiając miejsca na sprzeciw.
***
Mimo iż byłem najbardziej samotną istotą we wszechświecie, nie byłem w nim sam. Istoty mi podobne, o mocy równej mojej, określiłbym jako – według ludzkich relacji – rodzeństwo, chociaż nie mieliśmy ojca ani matki.
Egzystowały, odpowiadając za domenę sobie przypisaną. W ziemskim świecie nazywano ich bogami. Jedni zajmowali się szeroko pojętym kosmosem – słońcem, księżycem, gwiazdami czy planetami. To do nich ludzie wznosili modły, chcąc poznać przyszłość lub odkryć tajemnice przeszłości. Inni kontrolowali żywioły, ale byli też tacy, których zadania wykraczały poza umysły zwykłych śmiertelników. Jednym z nich był Pierwszy.
To on, przed resztą z nas, obudził się w Nicości. To on powołał pozostałych do życia, rozrywając swoje jestestwo na części, a potem wykreował ówczesny świat, nadał mu kształt i wprawił go w ruch. I to do niego zamierzałem zwrócić się z nowym problemem.
Pierwszy działał poza czasem i przestrzenią. Wystarczyło go zawołać, a się zjawiał.
Stałem właśnie w ciemnym zaułku, patrząc na dziecko, które kuliło się w kącie, starając się ogrzać swoje drobne, wychudzone ciałko. Policzki się zapadły, włosy zmatowiały, spojrzenie stało się mętne, a skórę pokrywał brud życia na ulicy. Trzęsło się z zimna, głód osłabił je do tego stopnia, że za kilka chwil miało dołączyć do pozostałych dusz.
Pochyliło głowę, chowając twarz przed przeraźliwym wiatrem. Słyszałem, jak cicho modliło się o chleb lub trochę wody. Po eonach podobnych przypadków przestało to robić na mnie wrażenie, choć kiedyś próbowałem namówić Los, by im pomogła. Ona jednak była równie bezradna. Dostawała zadanie i musiała się z niego wywiązać.
– Musiałeś wybrać akurat taką scenerię. – Niski głos sprawił, że cienie wokół mnie zadrżały. Wyczuwały potęgę, choć nie obawiały się jej, bo wiedziały, że Pierwszy nie wyrządzi mi krzywdy. Zburzyłby tym porządek wszechświata, a to on miał go pilnować.
– Witaj, bracie – powiedziałem, celowo nie zwracając się do niego prawdziwym imieniem. Chciałem podkreślić naszą zażyłość, która z biegiem czasu tylko się umocniła, choć widywaliśmy się rzadko.
– Co się dzieje? – zapytał łagodnie, przystając u mego boku. Jego białe oczy omiotły dziecięce ciało, ale po chwili skupiły się na niewyraźnych konturach mojej postaci.
– Poznałem kogoś – zacząłem enigmatycznie, starając się wyczytać z jego oblicza, czy zaskoczę go nową informacją. – Ona mnie zobaczyła, widziała od dawna, zanim zdała sobie sprawę, czym jestem.
– Los wspominała o anomalii – westchnął. – O kobiecie, która ma zdolności zaglądania między światy.
– Jakie jest jej przeznaczenie?
Oddech dziecka zaczynał się normować – zapadało w sen, z którego miało się już nie wybudzić.
– Żyć, malować, umrzeć – powiedział Pierwszy po dłuższym zastanowieniu.
– A później?
– Nie wiem.
Gdybym posiadał brwi, tobym je zmarszczył. Bo przecież mój brat był wszechwiedzący. Widział więcej niż Los. Jej moce ograniczały się do żyjących istot, jego do wszelkiego istnienia, niezależnie od wymiaru, w jakim się ono znajdowało.
– Zwykle dostrzegam, co zostało zaplanowane dla danej duszy po przejściu na drugą stronę, ale w przypadku malarki pojawia się jedynie pustka – dodał.
Dusza dziecka zadrżała w ciele, odrywając się od niego kawałek po kawałku. Serce uderzyło miarowo jeszcze dwa razy, zanim nastała gęsta cisza. Lśniąca, mała poświata podpłynęła bliżej i wyciągnęła rączkę z nadzieją.
Nie pytała, ufnie obserwowała, jak świat, który znała, rozmywa się; jak otoczenie ciemnieje, aż jedynym źródłem światła została tylko nasza trójka.
– Chciałbym znów zobaczyć tę kobietę. Przekonać się, czy naprawdę mnie widzi – szepnąłem ochryple, skupiając się na Pierwszym, zanim zaprowadzę duszyczkę na wieczny spoczynek.
– Los uprzedzała, że to powiesz. – Białe oczy złagodniały, lustrując przestrzeń, która mogłaby być moją twarzą. – Wiem, że jesteś samotny, Śmierć. Odwiedź więc malarkę, bracie. Może twoja obecność ukaże nam przyszłość jej duszy. Jednak nie wolno wam się dotknąć, a ziemski czas pozostaje dla was ograniczony.
Wyciągnął dłoń, zalśniła w niej jego moc. Przypominała gęstą mgłę, zamkniętą w kulistym kształcie. Zdawała się żyć własnym życiem. Poruszała się, jak gdyby w środku panował huragan.
– Ile? – Wgapiałem się w energię Pierwszego, jakbym potrafił wyczytać z niej to, co on.
– Trzydzieści sekund ziemskiego czasu rocznie.
Zbliżaliśmy się do Kresu – miejsca oddzielającego życie od śmierci. Postać brata zamigotała. Jego moc przeczyła mojej, burzyła się przed przekroczeniem tej granicy – nie bywał tu od stuleci albo nawet i dłużej.
A potem zniknął, a cienka wstążka jasnoszarej poświaty to ostatnie, co po nim pozostało.
– Chodź, mała. Czas pokazać ci lepsze miejsce.
Duszyczka uśmiechnęła się szeroko, dzięki czemu zobaczyłem brak kilku zębów. Niestety kształt duszy odzwierciedlał ostatnie chwile człowieka na ziemi, toteż nie prezentowała się okazale i elegancko, a biednie, jak za życia.
Granica drgnęła, a potem na czarnej powierzchni ukazały się pierwsze pęknięcia. Uformowały się w drzwi – misternie ozdobione migoczącymi pnączami – bez klamki. Otworzyły się, wyczuwając nową duszę. Ten krok powinna ona postawić samodzielnie, nawet ja nie mogłem tam zajrzeć. Byłem tylko przewodnikiem, towarzyszem podczas ostatniej podróży.
Duszyczka pomachała mi krótko, a jej energia po chwili zniknęła w oślepiającym blasku, wciągnięta do wymiaru, gdzie panował wieczny spokój.
– Dobra z ciebie energia, moja mała.
***
Gdy znów odwiedziłem malarkę, za oknem jej domku panowała zima. Mimo iż minął ponad rok od naszego ostatniego spotkania, kobieta nie wyglądała ani trochę inaczej.
Znów siedziała w tamtym pokoiku, znów przed sztalugą, ale tym razem na ramiona miała narzuconą męską koszulę, której rękawy sięgały niemal do palców. Materiał był sprany, miejscami poplamiony farbą, jakby przez lata chłonął barwy i jej życie. Brązowe włosy wymknęły się z niedbałego koka, kilka pasm opadło na zmarszczone czoło. Dłonie znaczyły drobne plamy ultramaryny i ochry.
– Nie przyszedł jeszcze mój czas, nie powinno cię tu być.
Ten głos, taki opanowany, ciepły i łagodny, utwierdził mnie w przekonaniu, że tamten raz nie stanowił przypadku. Ona naprawdę wyczuwała moją obecność.
– Chciałem znów cię ujrzeć – rzekłem. – Nigdy wcześniej nie spotkałem człowieka, który mógłby mnie widzieć, nim nadejdzie jego czas. Twój ojciec zdradził, że nawiedzałem twoje sny.
Nigdy nie rozmawiałem z nikim z tych czasów, toteż musiałem się pilnować, jakich słów używałem, by Eleni mnie zrozumiała i nie odebrała mnie jako impertynenta, nawet jeśli byłem istotą wszechwieczną.
Na wzmiankę o rodzicu delikatna dłoń zawisła przed płótnem. Kobieta wychyliła się nieznacznie zza obrazu, dzięki czemu ujrzałem niebieskie oczy, blade oblicze i malinowe usta, które rozchyliły się w zaskoczeniu.
– Czy osiągnął spokój? – Pogładziła czule materiał koszuli, a ja już wiedziałem, do kogo wcześniej należała.
– Tak.
Odetchnęła z ulgą tak wyraźnie, że jeden z kosmyków włosów uniósł się od gwałtownego wydechu.
– Dziękuję.
Posłała mi uśmiech tak cudny, że gdyby nie limit czasowy narzucony nam przez Pierwszego, wpatrywałbym się w niego przez długie godziny.
– Odwiedzę cię za rok, malarko. Wówczas chciałbym ujrzeć jedno z twych dzieł.
Policzki kobiety pokryły się rumieńcem, gdy nieśmiało wbiła wzrok w podłogę.
– Dobrze – szepnęła.
To było ostatnie, co usłyszałem, zanim wszystko zaczęło ciemnieć, a Nicość przypomniała sobie o swoim władcy. Wpatrywałem się w punkt przed sobą, póki kolory nie wyblakły, a oddech Eleni przestał do mnie docierać.
***
Dusze dzieliły się na dwie kategorie: dobre i złe. Te pierwsze emanowały zielonkawym blaskiem, te drugie karmazynowym – zazwyczaj odzwierciedlały przelaną za życia krew niewinnych czy wyrządzone innym krzywdy.
I choć nie mogłem nikogo faworyzować, czerpałem swoistą przyjemność z towarzyszenia nieczystym duszom, kiedy pojawiały się przed nimi czerwone drzwi.
Koniec, którego zostałem świadkiem, właśnie do nich prowadził. Człowiek przede mną nie spodziewał się, że jego ofiara za chwilę sięgnie po kuchenny nóż i wbije mu go w krtań. Ja wiedziałem, że z tego mieszkania odejdę dziś tylko z jedną duszą.
Cierpliwie czekałem, aż jego plugawe serce wypompuje ostatnią porcję krwi, a duch uleci, by ostatecznie wylądować u mego boku. Historii takich istot nie słuchałem, więc cieniami zszyłem mu usta, a następnie podążyłem prosto tam, gdzie poczuje cierpienie wszystkich swoich ofiar.
Ludzie powszechnie nazywali ten wymiar Piekłem. Wyobrażali sobie kadzie smoły, buchające ognie i zastępy demonów. Nie miałem pojęcia, jak wyglądało naprawdę, ale chciałem wierzyć, że odpłacają się złym duszom pięknym za nadobne.
Granica zadrżała, jak zawsze w reakcji na moją obecność. Z pęknięć wyłonił się szkarłatny blask, zanim uformowały się w drzwi. Te, w przeciwieństwie do poprzednich, oplatały łańcuchy i zawsze pozostawały zamknięte, by złe duchy nie uciekły ze swojego więzienia.
Przed nami zmaterializował się demon – człekokształtny twór z rogami wyrastającymi z głowy, onyksowymi oczami bez powiek czy tęczówek. Posiadał błoniaste skrzydła i szpony, które zdolne były rozrywać istnienie na strzępy. Dla duszy u mego boku przybierał postać jego największego koszmaru, dlatego nie zdziwiło mnie, że zaczęła przeraźliwie skomleć. Demoniczny byt machnął łapą, a łańcuchy oplotły złego ducha, po czym oboje zniknęli w brunatnej mgle.
W ciągu ludzkiego miesiąca odwiedzałem te miejsca tyle razy, że gdyby Eleni wręczyła mi pędzel i płótno, mógłbym je namalować z pamięci. Z roku na rok niestety coraz częściej stawałem pod karmazynowymi drzwiami, co oznaczało, że ludzki gatunek pochłaniało zło.
W końcu nadeszła kolejna zima. Choć nie posiadałem fizycznej postaci, przed wizytą u malarki przybrałem jedną. Wciąż jednak skrywałem twarz za kapturem.
Poznała mnie od razu. Stała pośrodku pokoiku, w delikatnych dłoniach ściskała niewielkie płótno. Sprawiała wrażenie speszonej, gdy poprosiłem, aby pokazała mi obraz.
Widniała na nim droga, rozwidlająca się na dwie ścieżki. Prawa prowadziła ku drzwiom, spod których biła zielonkawa poświata; winorośle wspinały się po ich powierzchni, oplatając białe kwiaty. Lewa tonęła w cieniu – kończyła się przy czerwonych drzwiach, ciężkich od łańcuchów splamionych krwią.
Podszedłem bliżej, by przyjrzeć się szczegółom. Byłem skłonny uwierzyć, że malarka stała przed nimi niejednokrotnie, gdyż nie pomyliła się co do ani jednego detalu.
– Co to za miejsce? – spytała. – Widziałam je w snach.
– Wejścia do tego, co wy, śmiertelnicy, nazywacie Piekłem i Niebem.
Wstrzymała oddech, po czym obróciła płótno, by przestudiować własne dzieło. Ta kobieta naprawdę nie miała pojęcia, jak wielką dzierżyła moc, skoro potrafiła widzieć nie tylko mnie, ale również przejścia między wymiarami.
– Dokąd trafił mój ojciec?
– Do nieba.
Odetchnęła z ulgą, odłożyła obraz pod ścianę i nerwowo przygryzła dolną wargę.
– Przez które przejdę ja? – Padło kolejne pytanie.
– Nie posiadam takowej wiedzy.
Aura malarki lśniła szarością, z czym wcześniej się nie spotkałem, ale nie zamierzałem jej tego mówić, nie mieliśmy zbyt wiele czasu.
– Chciałbym poznać każdy z twych snów, malarko.
– Eleni, mam na imię Eleni.
Uśmiechnąłem się, choć wątpiłem, że to zauważyła, bo cienie i kaptur zakrywały część mej twarzy.
– Śmierć – przedstawiłem się, choć niepotrzebnie. Przecież zdawała sobie sprawę z tego, czym jestem. – Miło mi cię poznać, malarko Eleni.
– Kiedy jeszcze dane nam będzie się spotkać? – W tym pytaniu wyczułem nadzieję, co sprawiło, że wewnętrznie zadrżałem.
– Za rok, moja droga.
– Do zobaczenia.
Pomachała mi, co odwzajemniłem.
Ponownie stałem jak zamrożony w czasie, póki nie zniknęła, zasłonięta ciemnością. Obowiązki wzywały, więc na powrót przyjąłem cienistą formę i przeniosłem się do następnej duszy, którą miałem odprowadzić do odpowiednich drzwi.
***
Mijały lata, a ja wędrowałem od duszy do duszy, niecierpliwie wyczekując tego jednego dnia, tych trzydziestu sekund, które pozwolono mi dzielić z tą niezwykłą kobietą.
Wszystkie pokazywane przez nią obrazy przedstawiały część wymiaru, o którym nie powinna wiedzieć – raz demona, który odbierał ode mnie złe dusze; raz jej pokój, stopniowo tonący w mroku, a ostatni ukazywał… Pierwszego. Nie z twarzy, stał tyłem, jego jasna szata marszczyła się wokół postawnego ciała, białe włosy opadały na plecy.
Komuś mógł przypominać mistyczną postać, oplecioną blaskiem tak jasnym, że nawet na obrazie raził w oczy, ale ja doskonale wiedziałem, kogo przedstawiał.
Każde dzieło konsultowałem z bratem, a on z roku na rok wydawał się coraz bardziej zafrapowany malarką i jej zdolnościami. Los nadal nie mówiła, co miało stać się z jej duszą po opuszczeniu ciała, a kula energii Pierwszego wciąż nie zdradzała tajemnicy nietypowej aury tej zagadkowej śmiertelniczki.
– Daj nam więcej czasu – poprosiłem któregoś razu. Musiałem brzmieć żałośnie, próbując nagiąć zasady wszechświata dla śmiertelniczki, ale nie dbałem o to.
Eleni intrygowała mnie nie tylko pod kątem swoich umiejętności zaglądania poza ludzki wymiar. Ilekroć ją widziałem, odkrywałem w niej jakiś drobiazg, który wypalał mi się w pamięci. Marszczenie brwi, gdy zastanawiała się, który pędzel wybrać. Przygryzanie wargi, gdy nie była pewna, czy prezentowany obraz wpasuje się w me gusta. Delikatny rumieniec, kiedy wyczuwała, że jestem w pobliżu.
Raz nawet pozwoliłem sobie na żart, na który zachichotała, a ten dźwięk wdarł się do mojego umysłu i wracał niczym echo, szczególnie wtedy, gdy ujrzałem coś, co mogłoby się jej spodobać.
Moje obowiązki pozwalały zwiedzać świat wzdłuż i wszerz. Widziałem tyle wspaniałych krajobrazów i budowli, że nie mogłem przestać wyobrażać sobie, jakby wyglądały namalowane jej ręką.
– Wiesz, że nie mogę. – Głos brata wydawał się szczerze zasmucony. On i reszta rodzeństwa mogli spotykać się ze sobą dużo częściej, podczas gdy ja utknąłem w Nicości. – Ludzie i zwierzęta nie przestaną umierać tylko dlatego, że chcesz z nią pobyć. Przykro mi.
Moje siódme spotkanie z malarką znów odbyło się w tym samym pokoiku. Eleni zmieniła się od dnia, gdy przyszedłem po jej ojca. Rysy twarzy się wyostrzyły, ciało dojrzało, a oczy naznaczyła mądrość minionych lat.
Tym razem nie siedziała przed sztalugą, a na łóżku. Sukienka sięgała do połowy łydki, odkrywając grube, białe pończochy, a na plecach spoczywał koc. Nos miała zaróżowiony, oczy przeszklone, ale nie wyczułem wokół niej energii, która mówiłaby, że nie przyszedłem do niej, a po nią.
– Nie mam dziś dla ciebie obrazu – wychrypiała. – Przepraszam.
Wszedłem w głąb mieszkania, a podłoga zaskrzypiała w reakcji na mój ciężar, wciąż nie przywykłem do posiadania fizycznej postaci.
– Nic się nie stało. Mogę cię zostawić, jeśli tego sobie życzysz.
W duchu błagałem, bo pozwoliła mi zostać na te dwadzieścia sekund, które nam pozostały.
– Nie. Zaśpiewaj mi coś albo zagraj.
Zamrugałem zdumiony jej prośbą, ale nie zamierzałem odmawiać. Nie znałem żadnych kołysanek, więc postawiłem na grę.
Ułożyła się na łóżku. Wpatrzony w nią wyobraziłem sobie dźwięki harfy. Kojąca melodia rozbrzmiała wewnątrz pomieszczenia.
Kobieta uśmiechnęła się blado i zamknęła oczy.
Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wykreowałem z cieni pozytywkę, która miała grać tylko tę melodię. Obracałem pokrętłem do oporu, a potem odłożyłem urządzenie na szafkę przy łóżku.
Wycofałem się do progu pokoiku, obserwując, jak postać odziana w czarną szatę kręci się wokół własnej osi, grając malarce melancholijną pieśń.
– Dziękuję – zdążyła wyszeptać, zanim Nicość znów nas rozdzieliła.
– Śpij spokojnie, piękna malarko – powiedziałem już w nieprzeniknioną ciemność.
Z każdym rokiem moja fascynacja Eleni rosła, a ja nie potrafiłem jej zatrzymać. Kiedy znajdowałem się w okolicy jej zamieszkania, mimowolnie rozglądałem się, czy nie stoi gdzieś nieopodal i nie obserwuje mnie z ukrycia.
Pewnego dnia wylądowałem w sali. Muzyka dudniła o ściany, szkło brzęczało w rytm śmiechu, a zapach perfum mieszał się z dymem cygar. Kobiety błyszczały niczym figury z porcelany, a mężczyźni ściskali w dłoniach kieliszki, jakby na ich dnie mogli odnaleźć nieśmiertelność.
Ten, którego przyszedłem zabrać, właśnie się śmiał. Za kilka chwil miał przestać oddychać. Żona dodała mu trucizny do posiłku w zemście za to, że ją bił i zdradzał.
Przeszedłem przez tłum niezauważony. Ludzie często wyczuwali moją obecność jako przelotny chłód na karku, niewyraźny dreszcz, który szybko zrzucali z siebie, jakby dokładnie wiedzieli, kto ich mijał.
Na świecie istniała tylko jedna osoba, która potrafiła to zrobić. Kiedy podniosłem wzrok, zauważyłem ją. Stała po drugiej stronie sali, w świetle kryształowych lamp. Jej spojrzenie – bystre, nieprzeniknione – już na mnie czekało. Nie znalazłem w nim ani lęku, ani zdziwienia. Raczej ciche zrozumienie, jakby wiedziała, że spotkamy się poza ustalonym harmonogramem.
Bezpardonowo ruszyła przed siebie, a ja usunąłem się w kąt sali, gdzieś, gdzie padał cień.
Serce tamtego mężczyzny zaczęło słabnąć. Zerknąłem na niego. Właśnie wkładał palec za kołnierz i próbował go poluzować. Na jego skroni wystąpiły kropelki potu.
Eleni zatrzymała się o krok przede mną, ręce schowała za plecy, przyglądała mi się z dozą ciekawości, ale w oczach błyszczała radość.
– Nigdy bym nie przypuszczała, że spotkam cię tutaj – zaczęła, kątem oka sprawdzając, czy nikt nie widzi, że rozmawia sama ze sobą, bo dla reszty pozostawałem niewidzialny.
– Pojawiam się wszędzie tam, gdziem wzywany.
– Czy zostaniesz na dłużej? – Nie traciła czasu, zadając pytanie za pytaniem.
– Kilka sekund. – Spojrzałem nad jej ramieniem na mężczyznę, którego twarz już czerwieniała. Desperacko sięgnął po szklankę z wodą, wzbudzając swoim zachowaniem niemałe zainteresowanie.
– Jest prześliczna, ta pozytywka… Dziękuję. Może pewnego dnia zatańczymy razem do melodii, którą skrywa?
– Z największą przyjemnością. – Nie zdążyłem dodać, że nie będę mógł jej dotknąć, bo dusza właśnie oddzielała się od ciała.
Odwróciła głowę w kierunku krzyków, a kiedy ponownie spojrzała w punkt, w którym powinna być moja twarz, Nicość już pochłaniała mnie i czerwoną duszę.
***
Na wspólny taniec uszyłem sobie frak z cieni. Chciałem prezentować się godnie, nawet jeśli miało to trwać tylko pół minuty.
Czekała. Ubrała się w czerń, przypominającą tło obrazu, na którym dopiero zaczyna rodzić się światło. Suknia była długa, bez ozdób, gładka niczym tafla jeziora o zmierzchu. Tylko cienki sznur pereł wokół szyi Eleni, dodający całości elegancji, różnił się kolorystyką od reszty. Stopy pozostawiła bose, choć o tej porze roku z podłogi z pewnością bił chłód. Brązowe kosmyki upięła wysoko, a kilka z nich opadało na pociągłą twarz, nadając jej rysom lekkości.
Chłonąłbym ten widok po wieczność, gdybym mógł.
– Pięknie wyglądasz – powiedziałem szczerze, zbliżając się do niej.
– Ty również.
Pozytywka już grała. Dźwięki harfy łagodnie wypełniały przestrzeń między nami.
– Nie dane nam się dotknąć – wyznałem ze smutkiem.
Może to i lepiej. Gdybym mógł poczuć ciepło jej skóry, trudniej byłoby mi przekonywać siebie, że potrafię trzymać się od niej z daleka.
– Na pewno zdołamy sobie poradzić.
Uśmiechnęła się przyjaźnie, schowała ręce za plecami i zaczęła rytmicznie stawiać krok to w prawo, to w lewo. Bez zwłoki powtórzyłem te ruchy. Słyszałem nieśmiały szelest materiału, który bujał się razem z nią.
Niebieskie oczy patrzyły w czarne. Po raz pierwszy nie założyłem kaptura i ciekawiło mnie, czy spodoba jej się ten widok. Malarka studiowała moją twarz, prawie nie mrugając. Cały czas się przy tym uśmiechała.
– Dziękuję za taniec. – Ukłoniłem się szarmancko, a ona dygnęła. Atmosfera z ciężkiej zmieniła się w swobodną. Dwadzieścia sekund minęło zdecydowanie zbyt szybko.
– Czy zdarzy nam się to jeszcze raz? – wyszeptała z lekkim uśmiechem.
– Z pewnością.
Wycofałem się do progu, gdzie zwykle się rozstawaliśmy.
– Jesteś istotą pełną uroku – wyszeptała, a policzki przybrały kolor bladego różu.
– Nie tak urzekającą, jak ty, malarko.
Przez kilka następnych spotkań tańczyliśmy. Zawsze tak samo krótko, a jednak te chwile napawały mnie szczęściem, pozwalając przetrwać czas oczekiwania.
Eleni coraz mniej przypominała młodą kobietę, a coraz bardziej dojrzałą. Czas znaczył okolice jej oczu i ust. Marszczył skórę na zdolnych palcach, odbijał się w tęczówkach, które utraciły młodzieńczy wigor, lecz zyskały błysk, charakterystyczny dla mądrości, której nie dało się wyczytać z ksiąg.
Pewnego razu zapytałem ją o to, czy zamierza założyć rodzinę, ale pokręciła głową. Zacisnęła malinowe usta w linię i uciekła wzrokiem w kierunku ściany, pod którą ułożone zostały płótna – niektóre zasłonięte jasnobeżowym materiałem.
– Widywałam cię w snach, odkąd sięgam pamięcią. Nieraz opowiadałam o tobie ludziom, lecz zbywali to jako figlarną dziecięcą fantazję. Z biegiem lat wizje te nie słabły, przeciwnie, stawały się coraz wyraźniejsze, a wraz z nimi pojawiały się miejsca i istoty, których nigdy dotąd nie spotkałam, jakby świat sam chciał mi coś pokazać. Ojciec zawsze mi wierzył. Powtarzał, że obdarzono mnie wyjątkową wrażliwością, i dlatego nalegał, bym się kształciła. Wiedział, że moja droga nie wiedzie ku małżeństwu, lecz ku sztuce i własnej niezależności… – wyznała wtedy.
Cały rok czekałem, by zdradziła mi więcej. Znalazłem ją wtedy w fotelu, przy oknie, z kubkiem herbaty w dłoniach.
– Mówiono, że utraciłam rozum. Gdyby nie ojciec, zamknięto by mnie w przytułku dla obłąkanych, jak tylu innych, których świat nie zrozumiał. Zaczęłam więc malować. Przetapiać sny w barwy, by nadać formę temu, czego nie sposób było wyrazić słowem… – wyjaśniła, a potem wstała, zerwała z jednego z nich bawełniany materiał i pokazała mi… coś mrocznego.
Płótno spękało z biegiem lat, jakby czas próbował wydrzeć z niego wspomnienie. Kolory przygasły, a mimo to wciąż bił z niego niepokój – ten sam, który ogarnia duszę tuż przed końcem.
Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to pejzaż: bezkresna przestrzeń tonąca w szarości, w której nie można odróżnić ziemi od nieba. A jednak im dłużej patrzyłem, tym wyraźniej z mgły zaczynał wyłaniać się kształt – cień o zarysie ludzkiej sylwetki.
Ja.
W miejscu mojej twarzy zionęła pustka. Krawędzie rozmywały się w otaczającym zamgleniu, jakbym nie został namalowany pędzlem, a palcami.
Byłem przepiękny jej oczami.
W ostatnich sekundach dostrzegłem mały detal w rogu obrazu. Początkowo wziąłem to za nieszablonowy podpis autorki, ale okazało się to cienkim konturem. Gdybym potrzebował tlenu w płucach, wstrzymałbym go w szoku.
Eleni odwzorowała pozytywkę, którą dla niej stworzyłem.
– Obraz ten liczy sobie piętnaście lat – rzekła, zanim Nicość upomniała się o swojego pana.
Tkwiłem tak, zastygły niczym kukła, próbując połączyć wątki. Skoro namalowała prezent ode mnie, zanim w ogóle się poznaliśmy, to czy zdolności, które posiadła, nie tylko pozwalały jej zerknąć poza wymiar, ale także poza czas?
***
Czas był najbardziej chaotycznym i jednocześnie najbardziej zorganizowanym bytem, jaki Pierwszy stworzył. Odkąd powstał, zaszył się gdzieś na granicy wymiarów, otoczony pyłem, który nieustannie wirował wokół niego.
Musiałem się z nim zobaczyć, zapytać, czy to może on zrobił coś, co dawało tej niezwykłej malarce możliwość śnienia rzeczy przeszłych i przyszłych.
Przestrzeń Czasu nie posiadała formy. Wszystko tu istniało jednocześnie – przeszłość, teraźniejszość i to, co dopiero się wydarzy. Sekundy unosiły się w powietrzu, przypominając złociste drobinki. Pośrodku siedział On – stary jak istnienie, spokojny niczym zatrzymany oddech wszechświata.
– Dawno cię tu nie widziałem – wymamrotał, nie podnosząc wzroku.
– Nie miałem powodu, by przychodzić – odparłem. – Aż dotąd.
Zerknął na mnie złocistymi oczami, w których błysnęło zrozumienie.
– Chcesz zapytać o nią.
Skinąłem głową. Nie było sensu zaprzeczać, skoro Czas to przewidział.
– Powiedz mi… czy ona ma zdolność zaglądania w twoje wnętrze? Bo dostrzega więcej niż inni śmiertelnicy. Nie tylko istoty spoza ludzkiego świata, ale także rzeczy, które dopiero się wydarzą.
Czas uśmiechnął się lekko, jak ktoś, kto zna odpowiedź, ale nie zamierza niczego zdradzić.
– Może widzi – rzekł enigmatycznie. Najchętniej w reakcji przewróciłbym oczami, gdybym je miał.
Mogłem dociekać, ale zbyt dobrze zdawałem sobie sprawę, że Czas nie zdradzi mi więcej. Zapytałem więc o coś, co intrygowało nie tylko mnie, ale także Los i Pierwszego.
– Czy wiesz, co się stanie z jej duszą po drugiej stronie?
Brat westchnął cicho. Dźwięk ten przypominał pęknięcie kryształu, ledwie słyszalne w akompaniamencie odgrywających się wokół nas wspomnień.
– Nie wszystko dane jest mi wiedzieć – odparł. – Ja tylko odmierzam, nie rozstrzygam. – Zerknął na mnie z ukosa, a minę przybrał taką, jakby się wahał, czy dodać coś więcej. – Ale jeśli w kimkolwiek dostrzegłem coś, co potrafi przechytrzyć przeznaczenie… to właśnie w niej.
Złote drobiny osiadły na moich cieniach, lecz nie czułem ich ciężaru.
Nie wiedziałem, czy te słowa były ostrzeżeniem, czy nadzieją.
I wtedy poczułem coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Niepokój. Delikatny, niemal ulotny, ale prawdziwy. Pojawił się wraz z myślą o niej – o jej duszy. O tym, co czekało na nią po drugiej stronie.
Nie miałem żadnych odpowiedzi, ale coraz więcej pytań i obowiązki przewodnika. A mimo to… coś we mnie drżało. Po raz pierwszy od zarania dziejów czułem strach.
Lata mijały nieubłaganie. Świat wokół ewoluował – zmieniały się ubrania, fryzury, ulice, miasta. Eleni pozostawała jednak wierna swojemu płótnu, chłonąc kolory, cienie i emocje, które pojawiały się i znikały w jej życiu. Zmęczenie i troski malowały się na pięknej twarzy, a w oczach wciąż tlił się błysk, który od dawna przyciągał moją uwagę.
Zawsze, gdy wracałem, czekał na mnie nowy obraz. Niektóre jasne i radosne, inne mroczne, prawie bolesne w swojej szczerości. Wszystkie natomiast niosły przesłanie, które ja, Śmierć, potrafiłem odczytać.
Jeden obraz przedstawiał Los – splątane nici i kręte ścieżki, na których widać niewielką kobiecą postać w roli obserwatora, wpatrzoną w zakręty przeznaczenia. Kolejny ukazywał Czas – wieczne piaski przesypywane przez niewidzialne dłonie, a w nich znów ona, starająca się uchwycić każdą chwilę życia, zanim ta przeminie. Inny obraz przedstawiał Życie – eksplozję barw, ludzi, zwierząt, słońca i deszczu – w którym malarka została zarówno częścią świata, jak i postronnym obserwatorem.
Nasze spotkania każdorazowo wzbogacały mnie o nową wiedzę o niej. O tym, jak patrzy na świat, odczytuje jego rytm i potrafi nadawać znaczenie nawet tym chwilom, które dla innych byłyby ulotne i bezwartościowe. A jednocześnie z roku na rok dostrzegałem, jak lata zostawiały na niej swoje znaki – drobne zmarszczki, cień siwizny w brązowych włosach, lekką sztywność w palcach.
Jednak obrazy pozostawały wieczne. Nawet najkrótsze pociągnięcie pędzla bogaciło zatrzymany kadr, choć tylko w swojej własnej, małej rzeczywistości. I w tej melancholii, w tej niemożności zatrzymania świata, czułem coś, czego nigdy nie spodziewałem się doświadczyć – fascynację i niepokój.
Bo choć lata jej nie oszczędzały, to każdy obraz przypominał mi, że dusza, która widzi i czuje tak głęboko, nigdy nie przestanie istnieć w mojej pamięci.
***
Pewnego wieczoru, gdy mgła Nicości powoli otulała mój wymiar, pojawił się Czas. Jego sylwetka była jednocześnie lekka i wszechogarniająca – oczy, które zdawały się zawierać całe wszechświaty, przekazały mi wszystko. Nie musiał nic mówić, wystarczyło jedno spojrzenie, a wiedziałem, że życie Eleni dobiega końca.
I tak zdziwiłem się, że opuścił swoją pieczarę, by mnie uprzedzić, chociaż to ja wyczuwałem, kto i kiedy umrze. Zapewne miała to być braterska przysługa, za którą zamierzałem być wdzięczny.
Zaraz obok Czasu zjawił się Pierwszy. Pstryknięciem palców przeniósł nas do tak znajomego mi pokoiku. Gdzieniegdzie wciąż leżały farby, ale część z nich już zaschła. Pędzle suszyły się na bawełnianej ściereczce. Podobnej do tej, w którą moja malarka wycierała właśnie pomarszczone dłonie.
– Wiedziałam, że przyjdziesz – wyszeptała z łagodnym westchnieniem, wychylając się zza płótna.
Gdy dostrzegła moich braci, wargi, teraz bladoróżowe, rozchyliły się w zaskoczeniu. Powoli zeszła z drewnianego stołka, a wtedy zauważyłem, że miała na sobie tylko koszulę nocną. Speszona sięgnęła po szlafrok i się nim okryła.
– Nie spodziewałam się gości – dodała nieco zmieszana.
– Eleni – odezwał się Pierwszy. – Jesteś wyjątkową istotą, to zaszczyt cię poznać.
Wyciągnął dłoń, a jej aura zamigotała, gdy ją uścisnęła. Kobieta zamrugała gwałtownie, gdy boska moc przepłynęła przez wiotkie, przygarbione ciało.
Ja wciąż uważałem ją za najpiękniejszą istotę we wszechświecie.
– Dam wam kilka minut, nie mogę więcej – wymamrotał cicho Czas, a ja tylko skinąłem głową.
Delikatnie machnął rękami nad głową i zniknął w złocistym pyle.
Świat ucichł. Zatrzymał się tylko dla nas. Pierwszy również po chwili wrócił do siebie, dając nam namiastkę prywatności.
– Oto ostatni obraz, który chciałam ci pokazać. – Głos Eleni był zachrypnięty, ale nie czuła strachu, widziałem to. W przeciwieństwie do mnie, bo nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa. – Przyśnił mi się ubiegłej nocy. Farba wciąż jest mokra.
Wyciągnęła małe płótno, na którym subtelny blask Nicości igrał z cieniami – jej własnymi, moimi, splecionymi w taniec. Byliśmy razem, wirowaliśmy w rytmie, który znała tylko ona.
Obraz emanował spokojem, a jednocześnie echem wszystkich lat, które spędziła na malowaniu.
– Zechcesz zatańczyć? – rzekłem spokojnie, a w głosie mym drżało pragnienie. – Dotknąć cię jednak nie mogę.
– Wszak za moment przestanę istnieć… cóż więc mogłoby się stać?
Zmusiłem się, by patrzeć w te niebieskie oczy, które z wiekiem zmatowiały. Już raz w takie patrzyłem, gdy przybyłem do tego domku po jej ojca. Miał identyczne.
Podeszła do pozytywki i nakręciła ją. Pierwsze nuty zburzyły niemal sakralną ciszę, gdy zbliżyła się i musnęła jeden z moich cieni. Spodziewałem się piorunów, grzmotów, trzęsienia ziemi, ale nic się nie wydarzyło.
Rozpostarłem ramiona, a kiedy Eleni w nie wpadła, napawałem się ciepłem jej ciała i bliskością, której zabraniano nam przez dekady. Każdy ruch, obrót i dotyk był cenny. W tych kilku minutach istniał tylko taniec, cisza, światło i cienie. Spojrzenie, którym mnie obdarzyła, pełne zaufania i ciepła, spotkało się z moim po raz ostatni, zanim wyznała:
– Kocham cię, Śmierć.
Coś we mnie zadrżało tak gwałtownie, że wypadliśmy z rytmu. Moje czarne, otoczone mrokiem dłonie, chwyciły ją za twarz. Usta zbliżyły się do czoła, składając nie tylko pocałunek, ale także obietnicę wiecznej pamięci.
– Ja ciebie też, najpiękniejsza malarko.
Czas ruszył, więc musiałem się odsunąć.
Eleni ułożyła się w łóżku, słaba, choć serce wciąż biło mocno.
– Czy pozostaniesz przy mnie? – spytała łagodnie, przymykając oczy.
– Do samego końca. – Ledwo wydusiłem z siebie te słowa, czując, jak coś we mnie pęka.
Czy to była miłość? Czy właśnie odczuwałem cierpienie spowodowane jej stratą?
Pozytywka wciąż grała, ale coraz wolniej. Idealnie wpasowała się w oddechy Eleni. Przykryłem ciało malarki kocem, patrzyłem na spokojną twarz, próbując na zawsze wyryć ją w pamięci.
Gdy w pokoju rozbrzmiało ostatnie uderzenie serca, zacisnąłem powieki. Wtedy spod jednej z nich wydostała się kropla. Wylądowała na pergaminowej twarzy akurat wtedy, gdy dusza zadrżała, uwalniając się z naczynia.
Płakałem? Jakim cudem?
Poświata pojawiła się obok – srebrna, półprzezroczysta, uśmiechnięta. Nicość niespiesznie roztaczała swoje macki nad nami, aż pozostaliśmy jedynym źródłem światła. Tam przyjąłem swoją cienistą formę.
– Śmierć? – Jej głos wydawał się taki pusty.
– Tak, najdroższa?
– Dokąd powinnam teraz podążyć? – spytała z lekkim drżeniem głosu.
Eleni malowała drzwi, znała ich kolory, a otaczająca ją aura nie pasowała do żadnych z nich.
– Nie wiem – wyrzekłem z namysłem. – Od lat próbowałem zrozumieć, czym jesteś i skąd się wzięłaś. Być może gdzieś pośród ciszy znajdzie się dom dla twojej duszy.
Srebrzyste cienie oplotły czarne. Wyczułem w nich trwogę i zapragnąłem się jej pozbyć, choć z drugiej strony nie byłem gotów na pożegnanie.
– Tyś moim domem… zaopiekuj się mną, proszę.
Granica drgnęła, więc oderwałem od duszy Eleni spojrzenie, wypatrując kolorowych pęknięć, ale żadne się nie pojawiały. Wtedy przypomniałem sobie ostatni obraz, który mi pokazała. Eleni po raz kolejny nieświadomie zajrzała za ścianę czasu. Nie miała pojęcia, że znała odpowiedź na pytanie, które ja i reszta bogów zadawaliśmy sobie przez ostatnie dziesiątki lat.
– Kocham cię, moja malarko. Już zawsze będziesz częścią mnie.
– Już nigdy nie zaznasz samotności. – Kojący szept rozniósł się echem po próżni Nicości.
Zespolenie naszych energii było delikatne, niemal niewidoczne, a jednak niezwykle silne. Poczułem obecność życia Eleni, jej twórczej mocy, wnikającej w moją odwieczną, samotną naturę. Uśmiech, ciepło spojrzenia, wszelkie wspomnienia, które wyniosła ze świata ludzi, wniknęły do środka i stały się częścią mej wieczności. Granice między nami zniknęły. Zostaliśmy na zawsze spleceni w tańcu, który trwał poza czasem, poza życiem i śmiercią.
W tamtej chwili osiągnąłem absolutną pełnię istnienia, świadomy, że już nigdy więcej nie będę sam. I nagle uzmysłowienie sobie tego wycisnęło ze mnie kolejną łzę.
Tym razem srebrną.