-
nowość
Antropolodzy - ebook
Antropolodzy - ebook
Jedna z najgłośniejszych powieści 2024 roku. Swoją ulubioną lekturą nazwali ją między innymi Barack Obama i Marina Abramović: Afroamerykanin i emigrantka, którzy w wielokulturowym świecie osiągnęli wszystko, a teraz być może przyglądają się jego agonii.
Manu i Asya mieszkają w dużym zachodnioeuropejskim mieście. Przybyli tu z odległych krajów na studia i już zostali. On pracuje dla organizacji non-profit, ona jest dokumentalistką. Nie muszą martwić się o byt, mają znajomych i czas na przyjemności, a jednak doskwiera im poczucie, że życie ich omija. Tam, skąd pochodzą, nie czują się już u siebie, a rytuały miasta, które wybrali, nie są ich rytuałami. Chcieliby kupić własne mieszkanie, ale nie potrafią podjąć decyzji jakie. Może loft w pofabrycznej dzielnicy, większy metraż na peryferiach albo przytulny kąt w mieszczańskiej kamienicy dałyby im przyszłość, jakiej pragną?
Wykształceni i samoświadomi, oscylując między kulturami i możliwościami, dysponują krytycznym aparatem, który każe im się dystansować nie tylko do realiów innych, lecz również swoich własnych. Nie będąc ani tu, ani tam, są przekonani, że w globalnej rzeczywistości korzenie czy rodzina to kategorie archaiczne, a jednak zaczyna im doskwierać brak ugruntowania i wspólnoty.
Ayşegül Savaş napisała niewielkich rozmiarów wielką powieść o trudach budowania tożsamości w świecie, w którym oddziałują na nas sprzeczne dyskursy i wykluczające się wartości. Ale to także poruszająca książka o decydującym momencie każdej biografii, gdy niepostrzeżenie przychodzi czas, by porzucić tymczasowość i dokonać wyboru. Niekiedy okazuje się, że wystarczy po prostu wżyć się w życie, które mamy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Klasyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68180-78-7 |
| Rozmiar pliku: | 779 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przez wiele lat byliśmy tylko we dwoje. Kiedy się poznaliśmy, świat się rozrósł i jednocześnie skurczył: rozciągnął się na tyle, żeby pomieścić naszą dwójkę – stał się całym wszechświatem – a wszystko inne odsunęło się za zasłonę.
Byliśmy wtedy tacy młodzi, dopiero co wyrośliśmy z dzieciństwa. W weekendy chodziliśmy piechotą z kampusu, żeby przez cały dzień poszwendać się po mieście, wśród starszych od nas ludzi, których życie wydawało nam się zarazem rzeczywiste i nierzeczywiste. Rzeczywiste, bo tak właśnie wyobrażaliśmy sobie prawdziwe życie, w takim abstrakcyjnym sensie; nierzeczywiste, bo brakowało nam poczucia, że my też kiedyś tacy będziemy.
Zaglądaliśmy do miejskiej księgarni, kawiarni, sklepu muzycznego, choć żadne z nas w ogóle się nie znało na takiej muzyce, jaką w nim sprzedawano: stylowej, _cool_ i – dla nas – egzotycznej.
Oboje byliśmy studentami na stypendium w obcym kraju, a to oznaczało, że potrafiliśmy dostrzec w sobie nawzajem coś znajomego. Wyrośliśmy co prawda po dwóch różnych stronach świata, ale wychowali nas ludzie podobnego typu – podobni pod względem swoich zmartwień, sposobów dyscyplinowania i okazywania czułości, możliwości finansowych. Pogodziliśmy się, jak to dzieci, z tym, że bez względu na to, gdzie zamieszkamy, do końca życia pozostaniemy obcokrajowcami, i wręcz cieszyliśmy się na tę perspektywę. Wtedy jeszcze nie sądziliśmy, że kiedyś będzie nam potrzebny ktoś więcej – w tym naszym małym światku, który był jednocześnie wszechświatem.PIERWSZE SZKICE
Przeprowadziliśmy się tu pod wpływem chwili. Po studiach mieszkaliśmy w różnych mniejszych miejscowościach, więc miasto wydawało nam się kuszące: było początkiem czegoś nowego. Wyobrażaliśmy sobie, że potem będziemy mieszkać jeszcze w różnych innych miejscach. Przez pewien czas nie chcieliśmy się trapić kwestią ugruntowania.
Znaleźliśmy mieszkanko na wynajem przy jakiejś przeciętnej ulicy, w przeciętnej części miasta, i zdecydowaliśmy się na nie bez większego namysłu. Wtedy jeszcze tylko się bawiliśmy w dorosłość, nie traktowaliśmy jej na serio.
Mieszkanko było małe i ciemnawe, kuchnia składała się w zasadzie ze zlewu i z kuchenki. Mimo to pokochaliśmy je i z jakiegoś powodu, którego jasno nie wyartykułowaliśmy, osiedliśmy w mieście na dobre. Zamiast oprawionych plakatów, które mieliśmy od czasów studenckich, zawiesiliśmy na ścianach obrazy kupione na pchlim targu: półmisek z owocami, scenkę portową o zachodzie słońca. Owszem, podobały nam się same w sobie, ale podobało nam się także to, co mówiły o nas – że jesteśmy ludźmi z prawdziwymi obrazami na ścianach.
Wypracowaliśmy sobie własną rutynę i z czasem ją polubiliśmy. Może byliśmy już zmęczeni tym pierwszym dreszczem podniecenia w nowym miejscu i późniejszym stopniowym wysączaniem się kolorów.
Nadszedł czas, żeby rozwinąć skrzydła. _Ułożyć sobie życie_, jak to mawiali niektórzy. My byśmy tego tak nie nazwali, ale zgodziliśmy się, że pora już trochę się ustatkować.ŻYCIE CODZIENNE
Z rana Manu wychodził do pracy w swojej organizacji non profit po drugiej stronie miasta. Gdy on szykował śniadanie, ja nastawiałam kawę w dzbanku i nadal w piżamie siadałam razem z nim do stołu. To był taki nasz rytuał – siadanie naprzeciwko siebie, twarzą w twarz. W naszym życiu niewiele było rytuałów, a już na pewno nie takich, które niosły ze sobą jakąś historię, w każdym razie nie historię tradycji, narodowości czy wyznań religijnych. Dlatego takie drobiazgi miały znaczenie. Bardzo więc pilnowałam tego siadania z nim do stołu.
Przed jego wyjściem całowaliśmy się w przedpokoju.
No dobra, mówił Manu, i znowu buty na nogi.
Później kładłam się na kanapie i czytałam. Kiedy dzbanek z kawą był już pusty, parzyłam sobie herbatę.
Właśnie przyznano mi grant na realizację filmu dokumentalnego, ale zasady były na tyle elastyczne, że mogłam przeznaczać te fundusze na wiele różnych rzeczy. Przez najbliższy rok nie musieliśmy się martwić o czynsz. Odłożone w ten sposób pieniądze miały nam pomóc w zebraniu wkładu własnego na niewielkie mieszkanie. Mieliśmy jeszcze trochę dodatkowych oszczędności – prezent ślubny od rodziców Manu i moich, choć jedni i drudzy zarabiali skromnie, a waluty naszych rodzinnych krajów ustawicznie traciły na wartości. Oni jednak uważali to za swój obowiązek i było im przykro – mówili – że nie stać ich na to, żeby dać nam więcej.
Zawsze gdy przedstawiałam się jako dokumentalistka, moi rozmówcy zakładali, że jestem jakiegoś rodzaju reporterką i że interesuje mnie dziennikarstwo śledcze. Ale nie taka była moja motywacja, kiedy przed laty zaczęłam kręcić filmy, nagrywać rodziców i dziadków, spacery po naszej okolicy, wieczorne rozmowy. Wtedy jeszcze to była tylko taka zachcianka – robiłam to, niespecjalnie się nad tym zastanawiając. Nie przejmowałam się rezultatem, nie roztrząsałam, co zrobię z tymi godzinami zgromadzonego materiału, nie musiałam nadawać niczemu kształtu. Składałam różne kawałki tylko po to, żeby pokazać je Manu, zszywałam drobne scenki, kierując się naszym szczególnym poczuciem humoru, naszą wspólną logiką. Był na przykład jeden filmik o mojej matce, czy może raczej o garderobie mojej matki. I taki o pewnym warzywniaku w sąsiedztwie, gdzie się wychowałam, nakręcony z punktu widzenia ojca sklepikarza, który całymi dniami przesiadywał w tym sklepiku. Teraz, kiedy to wszystko zaczęło sprawiać na mnie wrażenie czegoś stworzonego przez inną osobę, mogłam stwierdzić, że to były dobre filmy, radosne i naiwne. Podczas późniejszych projektów jeździłam do krajów, o których niewiele wiedziałam. Nakręciłam coś o pewnej szkole dla dzieci uchodźców, o grupce migrantek prowadzących w autobusie kuchnię dla ubogich. Czasami byłam przekonana, że kręcenie dokumentu to proces zasadzający się na empatii, rodzaj edukacji. Kiedy indziej myślałam rozgoryczona, że dokumentaliści tylko chcieliby w to wierzyć, choć w momencie, gdy zgromadzą potrzebny materiał, porzucają tych, których on dotyczy. Niemniej w ogólnym rozrachunku z tych filmów przebijała pewna krytyka społeczna i właśnie dzięki temu otrzymałam grant, który po raz pierwszy w karierze zapewnił mi swobodę działania.
Jak na razie nie miałam żadnego pomysłu poza tym, że chcę nakręcić coś o życiu codziennym, stworzyć pochwałę jego prozaicznego uroku. Nie zamierzałam nigdzie wyjeżdżać, wdawać się w zgłębianie cudzych obyczajów – wolałam pozostać w mieście i sama ustalić tu jakieś zasady.MY W PRZYSZŁOŚCI
W pierwszych tygodniach poszukiwań oglądaliśmy pewne mieszkanko, które było jeszcze mniejsze od naszego, za to nieskazitelnie odrestaurowane, z gustownie i pomysłowo urządzoną kuchnią na planie otwartym i łazienką, w której można się było poczuć jak w jakichś luksusach.
Zawsze gdy oglądaliśmy lokal na sprzedaż, intrygowały nas te przeróżne żywoty toczące się w mieście, sposoby aranżacji przestrzeni roboczej i wypoczynkowej, to, co chowano, a co eksponowano – priorytety obcych ludzi, tak bardzo różniące się od naszych.
Właścicielem był ekstrawagancko ubrany mężczyzna po pięćdziesiątce, a wszystkie przepiękne drobiazgi, którymi się otoczył, sprawiały wrażenie kupionych jak na wymiar pod regały w jego domu. Kiedy nas oprowadził, usiadł w skórzanym fotelu i pozwolił nam pochodzić po pomieszczeniach samopas – wiedział, że nic tam nie wymaga żadnych objaśnień. Później usiedliśmy w kawiarence przy tej samej ulicy, takiej o czerwonej fasadzie z lakierowanego drewna, z marmurowymi stolikami. Gdybyśmy tutaj mieszkali – mówiliśmy sobie – przychodzilibyśmy tu na lancz i wieczorem na drinka, znalibyśmy obsługę z imienia. To była przyjemna, choć nieco obca myśl, tak jakbyśmy przymierzyli bardzo kosztowne ubranie, które do nas nie należało.
Kilka dni po tym, jak obejrzeliśmy tamto mieszkanie, spotkaliśmy się z naszym przyjacielem Ravim w barze niedaleko od nas. Zawsze się tam umawialiśmy, gdy planowaliśmy jedynie szybkiego drinka, i prawie za każdym razem kończyło się to zamówieniem półmiska smażonej cebulki, słodkich ziemniaków i panierowanych paluszków z mozzarelli, po których kilka godzin później robiło nam się niedobrze.
Siedzieliśmy z jasnym piwem przy barze i pokazywaliśmy Raviemu zdjęcia tamtego mieszkanka na stronie agencji nieruchomości. Na fotografiach wyglądało jeszcze bardziej jak muzeum.
Ravi wyjął telefon z ręki Manu. Zrobił zbliżenie na okrągłe okienko nad kącikiem do czytania.
Kurde, skomentował. Fajne te granatowe ściany.
Potem stwierdził, że to wygląda na idealne mieszkanie dla pary, która nigdy nie zaprasza gości i nie planuje dzieci. Ale co do tego ostatniego – dodał – to już sami musicie podjąć decyzję.
Czyli ci się podoba?, zapytałam.
Jasne, przytaknął, jest super. Znaczy, jakie jest, każdy widzi.
Ravi zawsze rzucał takie ogólnikowe uwagi, jakby nie do końca chciał się pod nimi podpisać, nie do końca chciał nam powiedzieć, co tak naprawdę uważa.ZASADY POKREWIEŃSTWA
Z Ravim poznaliśmy się w pierwszym roku po naszym przyjeździe do miasta. Dostrzegliśmy w nim coś takiego, co dostrzegaliśmy też w sobie nawzajem: pewną mieszankę otwartości i podejrzliwości; pragnienie ustalenia jakichś życiowych reguł, a przy tym jedynie niewyraźne pojęcie o tym, jak te reguły powinny wyglądać.
Przez pewien czas Ravi był naszym jedynym znajomym w mieście i całkiem nam to odpowiadało. Spotykaliśmy się co kilka dni i godzinami prawie nic nie robiliśmy. Szliśmy nad rzekę i zajadaliśmy tam orzeszki. Chodziliśmy po różnych dzielnicach, wybierając miejsca, w których chcielibyśmy zamieszkać. Siadaliśmy sobie na takim czy innym skwerze z butelką wina. Ravi i Manu lubili wymyślać razem skecze komediowe. Ja z kolei rozmawiałam z Ravim o tym, co czyni daną osobę pociągającą i jak znaleźć sobie pracę w dziedzinie, która człowieka interesuje. To wcale nie takie łatwe – mówiliśmy – odkryć swoją prawdziwą pasję. Wiele rzeczy z pozoru wydaje się atrakcyjnych, ale po pewnym czasie można się poczuć przytłoczonym.
Ravi utrzymywał się z udzielania korepetycji licealistom, a poza tym zajmował się prowadzeniem marketingu internetowego dla jakiegoś sklepu na drugim końcu świata. Dopiero po wielu miesiącach zdołaliśmy się dowiedzieć, z czego żyje, bo zawsze obchodził ten temat szerokim łukiem – może się krępował, że jego praca nie polega na czymś, co autentycznie kocha. Ludzie z naszego pokolenia często stawiali znak równości pomiędzy ciekawym zawodem a ciekawą osobowością.
Za każdym razem, gdy wpadaliśmy z Manu do kawalerki Raviego, przeglądaliśmy jego kolekcję zdjęć, plakatów, starych poradników, magazynów i podręczników. Wyszukiwał to wszystko na pchlich targach i na ulicy i zawsze miał pomysł, jak chce to wykorzystać, tylko że nigdy go nie realizował. Jego prawdziwą pasją było kolekcjonerstwo, akumulacja przedmiotów, które się przedawniły, ich mglista poetyka.
Ale ty masz fajne rzeczy, powtarzaliśmy mu nieustannie. Naprawdę powinieneś coś z nimi zrobić.
Tak, obiecywał Ravi, zrobię.
No właśnie, druga kwestia: to było tak, jakby nasze zainteresowania miały rację bytu wyłącznie, jeśli coś z nimi zrobimy – napiszemy książkę, urządzimy wystawę. Często powtarzaliśmy, jaka to szkoda – przecież artystów z minionych dekad otaczaliśmy romantycznym nimbem właśnie dlatego, że tworzyli dzieła tryskające radością i pomysłowością, nie zmieniając ich w produkt.
Sami jednak byliśmy dziećmi własnych czasów.SPOSOBY NA ŻYCIE
Do swojego filmu dokumentalnego brałam pod uwagę miejsca, które mogłabym z czasem poznać, miejsca, które bez oporów otwierały się na ludzi z zewnątrz.
Był na przykład pewien cmentarz niedaleko naszego domu – chodziliśmy tam pod wieczór na spacery i zaprzyjaźniliśmy się z tymi zmarłymi, których imiona i nagrobki jakoś do nas przemówiły. Były też autobusy miejskie o zmiennych nastrojach – nieśpieszna popołudniowa pustka, wieczorne tłumy, nocni pijacy. Ostatecznie zdecydowałam się na park, który pokazał nam Ravi, położony na północ od naszego mieszkania. Panowała w nim odmienna atmosfera niż w reszcie miasta – jakby swobodniejsza, bardziej otwarta. Wszędzie indziej miało się poczucie niepewności, tak jakby nasza przynależność do tych miejsc mogła się z dnia na dzień rozwiać. Ravi też to czuł, tak myślę, tylko że nie należał do ludzi, którzy wyrażają tego rodzaju emocje, żył bowiem w ciągłej obawie przed tym, że ktoś go uzna za męczyduszę.
Kilka dni po tym, jak wybrałam temat filmu, razem z Ravim i Manu poszliśmy do tego parku na piknik. Wciąż było ciepło, aż za ciepło jak na wrzesień. Nie wiedzieliśmy, czy mamy się tym cieszyć, czy martwić. Kupiliśmy sobie czipsy i browary. Spakowaliśmy piłkę, koc i książki. Przez cały dzień wylegiwaliśmy się na trawie, co kilka godzin robiąc wypady do kiosku po więcej piwa. Wyszliśmy dopiero, gdy park się zamykał i zewsząd rozległy się pogwizdywania strażników.
Uwielbiam tak się pokisić przez cały dzień, oświadczył Ravi.
I właśnie to zapragnęłam nakręcić. Powolne, nieśpieszne, całodzienne kiszenie.PERSPEKTYWY
Babcia spytała przez telefon, czy posadziłam coś w doniczkach pod oknem. Zawsze dzwoniła za wcześnie, kiedy dopiero co wstałam z łóżka, bo zapominała o różnicy czasu. I każdą rozmowę zaczynała od czegoś, co przyszło jej nocą do głowy.
Gdybyś miała ochotę, powiedziała, to mogę ci odłożyć trochę nasion i matka prześle ci je pocztą.
Babcia miała nawyk mylenia w rozmowach różnych perspektyw: małego z dużym, odległego z pobliskim. Mogła nie wiedzieć o najnowszych wydarzeniach z naszego życia – o tym, że przyznano mi grant czy że szukaliśmy mieszkania na zakup – za to nigdy nie omieszkała wypytać, co jedliśmy wczoraj na kolację i czy wyciągnęłam już zimowe ubrania, bo zaczyna się robić chłodniej.
Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby posadzić coś pod oknami. Czasami kupowałam kwiaty w donicach, ale po kilku tygodniach więdły. I potem zastępowałam je kolejnymi o kwitnących pąkach i zdrowych liściach, za każdym razem łudząc się płonną nadzieją, że takie już pozostaną.
Spytałam babcię, co powinnam posadzić. Ona wytężyła spojrzenie i wbiła je w ekran. Niedawno dostała własnego smartfona, żeby też mogła dzwonić do mnie z kamerką, a nie tylko wciskać głowę w kadr, gdy rozmawiałam z mamą. Spodziewałam się, że wyliczy mi geranium i róże. Ona jednak oświadczyła, że natkę pietruszki, oregano i szczypior.
Następnie zaczęła wymieniać kombinacje pokarmów, do których mogłabym dodawać te zioła: szczypiorek i ser, pietruszka i orzechy włoskie, oregano i pomidory, pomidory ze szczypiorkiem i z serem.
Mano też by się z nich ucieszył, zapewniła. Często myliła jego imię, a ja jej nie poprawiałam.
I co tam jeszcze u ciebie słychać?, zapytała. Opowiedziałam jej o tym, że próbuję dopracować swój nowy projekt, i o naszym pikniku w parku w ostatni weekend. O życiu codziennym – stwierdziłam – trudno się opowiada.
A tam, życie codzienne, odparła babcia. Kogo to obchodzi.
I tak w ogóle, dodała, to zawsze dawaj jakieś historyczne wzmianki, na przykład o czasach rzymskich, bo wtedy można się czegoś nauczyć.
A co, gdybyś nauczyła się czegoś nowego, ale tak w sensie emocji?
Asya, powiedziała babcia, nie komplikuj. Daliśmy ci imię po całym kontynencie, a ty mi tu chcesz filmować byle park.
Mruknęłam coś na zgodę, bo nie chciałam, żeby wzięła mnie za dziwaczkę. To była jedna z moich obaw: że moja rodzina uzna, że zaczynam się robić obca.
Zamiast tego powiedziałam babci, że trzymam na biurku jej zdjęcie. To, na którym czyta pod drzewem.
Miałam wtedy szesnaście lat, rozmarzyła się babcia. Pisałam najlepiej w całej klasie. Nikt nie umiał napisać takiego wypracowania jak ja. I jeszcze dostałam nagrodę za śpiew.
Westchnęła, co miało oznaczać, że zmarnowała sobie życie.MIASTO
Manu i ja mieszkaliśmy już razem w innych miejscach. Coś jednak w tym mieście stanowiło odbicie kadencji i proporcji, jakich pragnęliśmy od życia. Godziny tam upływały w takim tempie jak nasze; podziwialiśmy barwy tego miejsca i jego krawędzie, i upiększenia, i sposób organizacji dzielnic. Nie powiem, że wszystko to było dla nas znajome, tylko że _chcieliśmy_, aby się takie stało, więc przyjęliśmy tutejsze obyczaje.
Od początku zresztą wiedzieliśmy, że bez względu na to, gdzie się osiedlimy, wymusi to na nas pewne zmiany. Nie było takiego miejsca, gdzie moglibyśmy się poczuć swobodnie, nie było języka, w który – po tylu latach – moglibyśmy się zapaść jak w głęboki sen. A przecież nawet nie zaczęliśmy się zastanawiać nad poważniejszymi problemami wynikającymi z życia bez korzeni, na przykład gdzie powinniśmy zostać pochowani albo które słowa i z którego języka możemy stracić, gdy starość zacznie utrącać zasoby naszych umysłów.MIEJSCOWI
Moją jedyną miejscową przyjaciółką w mieście była Lena. Manu i ja trochę się wstydziliśmy, że wszyscy nasi znajomi pochodzą z zagranicy, tak jakby jakoś to o nas świadczyło. Kiedy zachodziliśmy na różne pełne życia skwery, mieliśmy poczucie wypełnionego radością świata, który nam umyka. Ale to przecież nie tak, że wszyscy na tych skwerach się znali – ludzie zbierali się w dwu- czy trzyosobowych grupkach. Mimo to odnosiło się wrażenie, że przebywają tam na mocy jakiegoś większego autorytetu.
Lenę poznałam na pikniku urodzinowym pewnej kobiety o imieniu Sharon. Ona i jej mąż Paul organizowali comiesięczne spotkania dla ekspatriantów, na które przeważnie chodziłam bez Manu, bo on był przeciwny takiej oficjalnej pogoni za przyjaźnią. Sharon często dzieliła się swoimi krytycznymi uwagami na temat miasta, jego snobizmu, nieprzyjaznego podejścia do obcokrajowców. A jednocześnie lubiła gratulować sobie swojej decyzji o przeprowadzce za granicę; wielkiej odwagi, jakiej to wymagało, i licznych korzyści, jakie z tego wyniosła.
Dotarłam na przyjęcie z butelką wina, dużym kawałem sera i tłumaczeniem powieści pewnego pisarza, którego książki widywałam na witrynach sklepowych. W mieście było tyle księgarń, pięknych i pełnych nietypowego asortymentu. Trudno mi było zmóc całe powieści w języku tego miasta, a te księgarnie, podobnie jak widok gwarnych skwerów, wprawiały mnie w bolesne poczucie, że coś mnie omija. Manu źle się czuł i chętnie wykorzystał to jako pretekst, żeby wywinąć się od imprezy. A skoro on się nie wybierał, Ravi także spasował. Ja jednak miałam wrażenie, że powinniśmy się wysilić, nawet jeśli tak do końca tych ludzi nie lubiliśmy.
Położyłam prezent na stercie upominków, która zaczynała rosnąć obok Sharon, siedzącej na kocu niczym królowa. Była ubrana w długą koralową sukienkę. Jej najbliższe przyjaciółki – trzy kobiety, które prowadziły klub degustacji win – także ubrały się na kolorowo, jak druhny. Jedna z nich biegała właśnie za córką Sharon Izzy.
Koniecznie musimy pogadać!, powiedziała do mnie Sharon, po czym jej uwaga natychmiast przeniosła się na kolejne osoby czekające, żeby się z nią przywitać. Podeszłam do stołu, żeby odłożyć wino i ser. Jedzenia było w bród: czereśnie piętrzące się w koszyku, ciastka w pastelowych kolorach, taca z ostrygami. Cieszyłam się, że nie ma tu Manu i Raviego, bo zaraz by się nabzdyczyli albo zaczęli rzucać sarkastyczne uwagi. Twierdziliby, że to wszystko jest nieszczere, że to ostentacyjne obnoszenie się z bogactwem i gustem.
Przy stole stała Lena, z rękami w kieszeniach, i przyglądała się poczęstunkowi. Była wysoka i spektakularnie _cool_. Jej ubrania wydawały się odrobinę za duże. Właśnie jej się przyglądałam, gdy odwróciła się w moją stronę i mnie zagadnęła.
Martwa natura z ostrygami i ciastem, rzekła.
Rytualne zgromadzenie _homo sapiens_, odrzuciłam.
Lena nie przeszła na angielski, jak to często robili miejscowi, gdy słyszeli mój akcent albo wyłapali jakiś błąd w odmianie czasownika.
Przegadałyśmy cały piknik, z ulgą unikając rozmowy z resztą towarzystwa i jednocześnie usiłując rozszyfrować relacje łączące pozostałe osoby. Lena oświadczyła, że czuje się speszona: wylądowała na imprezie urządzonej przez kogoś, kogo nawet nie znała – przyszła tu z jednym z innych gości, który zostawił ją i przyłączył się do przyjaciół. Powiedziała to jednak bardzo pogodnym tonem, a mnie urzekła jej otwartość.
Kiedy piknik się skończył, podała mi telefon, a ja wstukałam swój numer. Nawet nie zdążyłam dotrzeć do domu, kiedy dostałam od niej wiadomość z propozycją spotkania za kilka dni. Z radością pomyślałam, że nasze życie w tym mieście wreszcie zaczyna nabierać kształtu. Minął jednak ponad rok od czasu tamtego pikniku, a Lena pozostała moją jedyną miejscową przyjaciółką.OBCOKRAJOWCY
Tak właśnie ich nazywaliśmy, choć nie byliśmy aż tak zaślepieni, żeby siebie samych uważać za w jakikolwiek sposób bardziej zbliżonych do miejscowych. A jednak coś tych obcokrajowców wyróżniało, taka pewność siebie, z którą przyznawali sobie miejsce w mieście. Może to dlatego, że w pierwszej kolejności poznaliśmy tych, których przygarnęła do swojego towarzystwa Sharon – wszyscy byli zadbani i utalentowani. Jako grupa wydawali się od siebie nieodróżnialni: czy to pod względem pozytywnego nastawienia, spełnionego życia czy hobby, o które troszczyli się jak o ogrody pełne delikatnych kwiatów. O tych swoich dodatkowych zajęciach opowiadali skromnie, ale i gorliwie: amatorzy maratończycy, ceramicy, wspinacze skałkowi, entuzjaści opery. Ale nie były to do końca pasje, bo ci ludzie nie oddawali im się całym sercem, tylko zawsze trzymali je pod kontrolą.
Obcokrajowcy spotykali się regularnie, pilnowali jednak, aby nie naruszyć panujących w grupie zasad: ich spotkania i przyjaźnie nie nasilały się pod wpływem częstotliwości ani zażyłości. Może właśnie dlatego czuliśmy się pośród nich tak nieswojo – Ravi, Manu i ja – bo my nieustannie naruszaliśmy zasady, które dla siebie wytyczaliśmy. Umawialiśmy się, że spotkamy się na szybkiego drinka, a potem siedzieliśmy w barze przez cały wieczór. Nastawialiśmy się na to, że koniecznie musimy obejrzeć jakąś wystawę w muzeum, a potem przez cały dzień siedzieliśmy w domu i nic nie robiliśmy. Nie mieliśmy żadnych hobby, o jakich warto byłoby wspomnieć, co najwyżej pomysły, którymi się przerzucaliśmy. A tym, czego pragnęliśmy nade wszystko i co chcieliśmy znaleźć w tym mieście, byli ludzie, z którymi moglibyśmy porzucać reguły w tej samej chwili, w której je ustalaliśmy – ludzie, którzy mogliby stać się dla nas rodziną.
_Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży._