Facebook - konwersja
Antychryst: opowieść z ostatnich dni świata - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Antychryst: opowieść z ostatnich dni świata - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
414 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Antychryst: opowieść z ostatnich dni świata - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

I.

Hen­ryk Straf­ford sie­dział przy biur­ku w swej pra­cow­ni z ręką opar­tą o kla­wi­sze ma­szy­ny do pi­sa­nia, ale ręka nie po­ru­sza­ła się, a myśl błą­dzi­ła da­le­ko. Go­dzi­na była póź­na, ale ga­bi­net zda­wał się oświe­tlo­ny dzien­nem świa­tłem, pły­nę­ło ono bo­wiem rów­no­mier­nie z ukry­tych gzem­sa­mi otwo­rów. Ume­blo­wa­nie ce­cho­wa­ła pro­sto­ta i po­wa­ga. Kil­ka sta­rych, cen­nych płó­cien, po­pier­si i grup z iwo­ary­ny, co­raz bar­dziej wy­cie­śnia­ją­cej nie­mi­ły dla oka mar­mur; parę szaf z książ­ka­mi, parę in­nych z fo­no­gra­fa­mi za­stę­pu­ją­ce­mi prze­waż­nie druk i pi­smo; pod­ło­ga okry­ta pły­ta­mi nie­daw­no wy­na­le­zio­ne­go me­ta­lo­we­go al­ja­żu, ma­ją­ce­go mięk­kość i pu­szy­stość wschod­nie­go ko­bier­ca bez jego wła­ści­wo­ści, szko­dli­wych dla: zdro­wia. Wszyst­kie sprzę­ty i dro­bia­zgi pod­ręcz­ne miłe były dla oka, ła­twe w uję­ciu i nie­spo­ży­cie trwa­łe, a za ma­te­riał dla wszyst­kich słu­ży­ły za­miast tka­nin i drze­wa roz­ma­ite inne mniej lub wię­cej nowo wy­na­le­zio­ne al­ja­że.

Była to bo­wiem epo­ka wy­na­laz­ków prak­tycz­nych, udo­god­nień ży­cio­wych i zbyt­ku. Po wszech­świa­to­wej woj­nie 1914 r. i prze­wro­tach, któ­re sta­ły się jej na­stęp­stwem, po­wtó­rzy­ło się w ca­łym świe­cie to, co prze­ży­ła. Fran­cja po upad­ku Te­ro­ru. Re­ak­cja była tem po­wszech­niej­szą i bar­dziej gwał­tow­ną, im cięż­szym był de­ma­go­gicz­ny ucisk i nie­zno­śniej­szem pa­no­wa­nie pro­le­ta­ria­tu. Miej­sce nie­na­wist­nych do­gma­tów spo­łecz­ne­go i po­li­tycz­ne­go ra­dy­ka­li­zmu za­ję­ły ha­sła ładu, ry­chło prze­isto­czo­ne­go w re­ak­cję. Ka­pi­ta­lizm mścił się, za­ku­wa­jąc pra­cu­ją­ce masy w tward­sze, niż kie­dy­kol­wiek przed­tem kaj­da­ny, krwa­we­mi re­pre­sja­mi i gło­dem zmu­sza­jąc opor­nych d!o mil­cze­nia. Tru­sty i mo­no­po­le za­wład­nę­ły świa­tem, za­stę­pu­jąc par­la­men­ta­ryzm dyk­ta­tu­rą.

A rów­no­cze­śnie z tem roz­po­czę­ła się nie­sły­cha­na or­gja bo­gactw i uży­cia. Kult zło­te­go ciel­ca i roz­ko­szy wy­gniótł wszel­ką re­li­gję i ety­kę. Znik­nął wstyd, za­mar­ła li­tość. Pra­cu­ją­ce tłu­my pod­da­ne zo­sta­ły spe­cjal­nym ry­go­rom i za­mknię­te w osob­nych dziel­ni­cach i mia­stach, by bie­dą i nie­chluj­stwem nie ra­zić wy­ra­fi­no­wa­ne­go wy­kwin­tu bo­ga­czów. Po wszyst­kich kra­jach świa­ta su­ro­we usta­wy przy­ku­wa­ły ro­bot­ni­ka do jego warsz­ta­tu, jak nie­gdyś chło­pa do gle­by. Nie­wol­nic­two zmar­twych­wsta­wa­ło, cy­nicz­nie od­rzu­ca­jąc osła­nia­ją­ce je do­tąd po­zo­ry.

Straf­ford my­ślał o tem i prze­ni­kli­wy ból ści­skał mu ser­ce. Wszak wła­sne jego ży­cie zwią­za­ne było z fak­ta­mi temi tak ści­śle. Jesz­cze był chło­pię­ciem, gdy ojca jego na śmierć ska­zał try­bu­nał re­wo­lu­cyj­ny za to, że bro­nił praw wła­sno­ści pry­wat­nej na ka­te­drze uni­wer­sy­te­tu w Cam­brid­ge. Wów­czas to mat­ka, Po­lka, wy­wio­zła go do oj­czy­zny swo­jej wraz z ma­lut­ką sio­strzycz­ką, gdzie po la­tach ob­jął w Kra­ko­wie taką samą ka­te­drę, jaka ojcu jego dała sła­wę pierw­sze­go eko­no­mi­sty w An­gl­ji. Lecz te­raz oto sta­je prze­szko­da nie tak krwa­wa jak owa, któ­ra ode­bra­ła ży­cie Syd­ne­jo­wi Straf­for­do­wi, ale może jesz­cze bo­le­śniej­sza. Wstę­pu­jąc w śla­dy ojca, zy­skał już so­bie roz­głos i uzna­nie. Mło­dzież tło­czy­ła się na jego wy­kła­dach, pod­no­sząc jego imię jak sztan­dar; świat na­uko­wy mimo mło­de­go wie­ku li­czył się z nim jak z pierw­szo­rzęd­ną po­wa­gą, i oto na­gle padł grom. Za­pa­try­wa­nia jego były ści­śle te same, za któ­re ko­mu­ni­ści ojca jego za­wie­dli na sza­fot: obec­nie war­stwy kie­ru­ją­ce uzna­ły za­pa­try­wa­nia te za nie­bez­piecz­ne dla spo­ko­ju pu­blicz­ne­go, bo za­trą­ca­ją­ce o so­cja­lizm i re­wo­lu­cję i po­sta­ra­ły się o su­spen­do­wa­mie go. Hen­ryk Straf­ford mó­wił so­bie w tej chwi­li, że ko­mu­ni­ści an­giel­scy ła­skaw­si byli dla jego ojca, niż pol­scy za­cho­waw­cy dla nie­go.

Lek­kie pu­ka­nie do drzwi roz­bu­dzi­ło go z za­du­my. Obej­rzał się: na pro­gu sta­ła jego sio­stra ze zwy­kłym swym ła­god­nym, na­pół ma­cie­rzyń­skim uśmie­chem na ustach.

– Do­bry wie­czór, dro­ga! Tak wcze­śnie wra­casz z kon­cer­tu?

– Wca­le nie tak wcze­śnie – od­par­ła swym dźwięcz­nym, kontr­al­to­wym gło­sem. – Już po je­de­na­stej!…

– Do­praw­dy? Nie przy­pusz­cza­łem. I cóż jesz­cze, sio­strzycz­ko?

– Ka­li­na Roz­toc­ka od­wio­zła mnie i jest w sa­lo­nie…

Bia­łe czo­ło pro­fe­so­ra za­chmu­rzy­ło się zlek­ka.

– Czy mam iść do niej? – za­py­tał z nie­co przy­mu­szo­nym uśmie­chem, pod­no­sząc się z krze­sła.

– Prze­szka­dza ci to?

– Tak da­le­ce nie, ale…

– Ale prze­cież prze­szka­dza! Nie kło­pocz się! Wy­mó­wię cię przed nią.

– Tak! Ta nie­oce­nio­na! mi­gre­na… Ona gło­wą po­trzą­sła.

– Nie! To był­by wy­kręt! Po­wiem po­pro­stu, żeś za­ję­ty.

– Kie­dy ja wła­ści­wie nie je­stem za­ję­ty… Pa­nien­ka za­śmia­ła się we­so­ło, chwy­ta­jąc bra­ta za rękę.

– A, je­śli tak, to za­bie­ram cię bez ce­re­mon­ji. Gdy­byś pra­co­wał to co in­ne­go, ale je­śli idzie o ode­rwa­nie cię od próż­nych my­śli, któ­re­mi się za­gry­zasz, go­to­wam użyć siły!

I po­cią­gnę­ła go za sobą przez parę po­koi do ja­sno oświe­tlo­ne­go sa­lo­ni­ku, w któ­rym po­mię­dzy gąsz­czem palm i bu­kie­ta­mi kwia­tów sy­czał srebr­ny sa­mo­war, a poza mim ró­żo­wia­ła ko­ron­ka­mi oszy­ta su­kien­ka.

– Patrz, Ka­lin­ko, jaką zdo­bycz ci przy­pro­wa­dzam. Ni­czem bor­suk w ja­mie i niedź­wiedź, kry­ją­cy się przed oga­ra­mi w naj­dal­sze ostę­py boru.

– To więc ja tak prze­stra­szy­łam pro­fe­so­ra, że aż trze­ba go było do­sta­wiać tu­taj przy po­mo­cy do­mo­wej żan­dar­me­rii? – za­śmia­ła się pa­nien­ka w ró­żo­wej suk­ni.

– Przy­zna pani, że jest to w du­chu cza­su – za­uwa­żył Straf­ford, ści­ska­jąc jej rękę.

Pan­na Ka­li­na za­trze­po­ta­ła rącz­ka­mi, sy­piąc iskry z bry­lan­to­wych pier­ścion­ków.

– Ani sło­wa o po­li­ty­ce! Nie za­snę­ła­bym tej nocy! Sni­ły­by mi się okrop­ne baby z dzieć­mi na ręku i głod­ni ro­bot­ni­cy w brud­nych blu­zach!

– Tak się pani brzy­dzi ubo­gi­mi i głod­ny­mi?

Pa­nien­ka zwró­ci­ła się do swej to­wa­rzysz­ki z miną roz­ka­pry­szo­ne­go dziec­ka.

– Po­wiedz mu, Edy­to, żeby mnie nie kłuł tymi ohyd­ny­mi, bied­ny­mi i głod­ny­mi! Papa mówi, że w naj­bliż­szej se­sji se­na­tu wnie­sie pro­jekt za­ka­zu dla tych bru­da­sów włó­cze­nia się po na­szych dziel­ni­cach i wstę­pu do pu­blicz­nych par­ków!

Edy­ta Straf­ford po­ru­szy­ła się gwał­tow­nie.

– Sama nie wiesz, co ple­ciesz, Ka­lin­ko – za­wo­ła­ła, rzu­ca­jąc nie­spo­koj­nym wzro­kiem na bra­ta. Nie zro­zu­mia­łaś pew­nie ojca i ro­bisz się gor­szą niż je­steś, któż śmiał­by do tylu udrę­czeń, ja­kie dziś zno­szą bie­da­cy, do­da­wać jesz­cze nie­wo­lę, po­zba­wiać ich odro­bi­ny świe­że­go po­wie­trza po pra­cy?

Ale Ka­lin­ka upie­ra­ła się przy swo­jem. Przy­kro jej za­smu­cać przy­ja­ciół­kę i spa­dać z czwar­te­go pię­tra w opin­ji Straf­for­da, ale trud­no! W cu­dze piór­ka stro­ić się nie bę­dzie! Ma an­ty­pa­tje, któ­rych nie my­śli ukry­wać, ale ma też i za­sa­dy. Pro­le­tar­jat trze­ba zno­sić, trze­ba też o nie­go trosz­czyć się i jego po­trze­bom czy­nić za­dość, jak trosz­czy­my się o by­dło ro­bo­cze, ale trze­ba rów­no­cze­śnie od­dzie­lić się od nie­go nie­prze­by­tym wa­łem. Czy Edy­ta za­po­mnia­ła, czem były rzą­dy pro­le­tar­ja­tu, po­cząw­szy od pa­ry­skiej ko­mu­ny i ro­syj­skich sow­je­tów, sta­no­wią­cych do­pie­ro prze­gryw­kę, a koń­cząc na tej prze­klę­tej zmo­rze, jaką były dwa­dzie­ścia kil­ka lat ko­mu­ny wszech­świa­to­wej? Nie, nie! Niech jej nie mó­wią o ro­bot­ni­kach, o głod­nych, wy­dzie­dzi­czo­nych! To dzi­ka hor­da, któ­rą trzy­mać na­le­ży na że­la­znem wę­dzi­dle i tyle wła­śnie da­wać jej praw, co bry­ta­no­wi, uwię­zio­ne­mu na łań­cu­chu.

Mó­wiąc w ten spo­sób pan­na Roz­toc­ka trzy­ma­ła głów­kę wy­so­ko pod­nie­sio­ną i noz­drza mia­ła roz­war­te jak koń ra­so­wy. Była to pięk­na dziew­czy­na, sta­no­wią­ca zu­peł­ne prze­ci­wień­stwo typu i cha­rak­te­ru z Edy­tą. Ma­leń­ka, nie­zwy­kle zgrab­na, z głów­ką ob­ra­mo­wa­ną pu­kla­mi ja­sno­zło­tych wło­sów przy­po­mi­na­ła cał­kiem dzie­cię­ce głów­ki Greu­za. Rysy nie były re­gu­lar­ne, two­rzy­ły jed­nak ca­łość nad wy­raz po­nęt­ną i uro­czą, czar­ne ak­sa­mit­ne oczy pa­li­ły jak wę­giel­ki, a cała ta min­ja­tu­ro­wa fi­gur­ka zda­wa­ła się ule­pio­ną z sa­skiej por­ce­la­ny i aż pro­si­ła się, by ją scho­wać za wi­try­nę z oba­wy po­tłu­cze­nia.

Edy­ta Strat­ford była przedew­szyst­kiem o dzie­sią­tek lat star­szą od swej bar­dzo jesz­cze mło­dziut­kiej przy­ja­ciół­ki i je­śli w tej ostat­niej było coś z prze­kor­ne­go cho­chli­ka, ją moż­na było po­rów­nać tro­chę do wy­smu­kłej lil­ji, a tro­chę do anio­ła, roz­po­ście­ra­ją­ce­go śnież­ne skrzy­dła nad du­szą zwie­rzo­ną jego pie­czy. Była prze­dziw­nie pięk­ną tą ide­al­ną pięk­no­ścią an­giel­skich dzie­wic, któ­rej tak trud­no spro­stać ko­bie­tom z kon­ty­nen­tu, ale to, co prze­wa­ża­ło w czy­nio­nem przez nią wra­że­niu, to była wprost bez­gra­nicz­na do­broć, i ona to nada­wa­ła tej ko­bie­cie, zbli­ża­ją­cej się do po­łu­dnia ży­cia, tę pro­mien­ną ja­sność, któ­ra szła od niej jak od po­sta­ci świę­tych u sta­rych bi­zan­tyj­skich mi­strzów.

Straf­ford po­rów­ny­wał w my­śli te dwie ko­bie­ty, tak pięk­ne obie, a tak od­mien­ne od sie­bie, i uczuł wiel­ki smu­tek. Cze­mu to dziew­czę, ma­ją­ce wdzięk kwia­tu, nie mia­ło du­szy?

Edy­ta, jak zwy­kle, od­czu­ła to, co się dzia­ło w ser­cu bra­ta i utkwi­ła w nim oczy, bła­ga­ją­ce o wy­ro­zu­mia­łość. On zro­zu­miał i ski­nął jej zlek­ka gło­wą, rzu­ca­jąc ja­kieś obo­jęt­ne sło­wo dla od­wró­ce­nia roz­mo­wy, ale Ka­li­na za­uwa­ży­ła gest i tem ener­gicz­niej trzy­ma­ła się draż­li­we­go te­ma­tu.

Edy­ta kil­ka­krot­nie pró­bo­wa­ła po­wstrzy­mać po­tok jej wy­mo­wy. Pięk­na jej twarz przy­bie­ra­ła co­raz bar­dziej wy­raz przy­kro­ści i za­kło­po­ta­nia, a oczy wciąż bie­gły do bra­ta z tą samą nie­mą proś­bą. Ale pan­na Roz­toc­ka uzna­ła wresz­cie, że dość już uczy­ni­ła dla za­pew­nie­nia so­bie zwy­cię­stwa. Uśmiech­nę­ła się też w spo­sób zdol­ny za­wró­cić gło­wę ca­łe­mu ko­le­gjum pro­fe­so­rów i szep­nę­ła do ucha Edy­cie, tak jed­nak, by Straf­ford mógł sły­szeć, że ona to wszyst­ko mówi je­dy­nie z przy­jaź­ni i tro­ski o nie­go, że nie chce pa­trzeć na to, jak ten gen­jal­ny czło­wiek mar­nu­je całą swą przy­szłość dla teo­ry­jek, któ­re, je­śli są praw­dą, znaj­dą dla sie­bie dro­gę i na­rzu­cą się świa­tu, te­raz jed­nak nie przy­szedł na to czas i bro­nić ich zna­czy tyle, co gło­wą w mur ude­rzać. I któż to po­peł­nia po­dob­ne sza­leń­stwo? Ten, któ­ry za lat kil­ka, gdy doj­dzie do peł­ni wpły­wów i wła­dzy, bę­dzie mógł dyk­to­wać ogó­ło­wi swe po­glą­dy, swo­ją wolę…

Pa­nien­ka mó­wi­ła w ten spo­sób przez chwi­lę, nie wy­wo­łu­jąc już jak przed­tem roz­pacz­li­wych pro­te­stów przy­ja­ciół­ki, kie­dy na­gle urwa­ła, jak­by przy­po­mi­na­jąc coś so­bie i za­la­ła się na­raz srebr­nym śmie­chem.

– Wie­cie, by­ła­bym za­po­mnia­ła, a no­szę się z tem przez cały dzień! To ta­kie pa­rad­ne!

– Cóż ta­kie­go! – spy­ta­ła Edy­ta, obej­mu­jąc mło­dą dziew­czy­nę i za­glą­da­jąc jej w oczy z ma­cie­rzyń­ską czu­ło­ścią.

– Wy­obraź­cie so­bie, że pan Hen­ryk ma ry­wa­la!

W oczach pan­ny Straf­ford mi­gnął cień za­nie­po­ko­je­nia.

– Ry­wa­la? w czem?

Pa­nien­ka śmia­ła się da­lej uba­wio­na.

– Ach, bo wy­obraź­cie so­bie tyl­ko, było u nas jak za­wsze kil­ku pa­nów z gieł­dy na śnia­da­niu i opo­wia­da­li, że po­ja­wił się pro­rok, sły­szy­cie? pro­rok w na­szych cza­sach!

– Pro­rok? – za­gad­nę­ła Edy­ta. – To bar­dzo cie­ka­we!

– Tem cie­kaw­sze, że pro­rok ten gło­si iden­tycz­nie te same pięk­ne rze­czy, z po­wo­du któ­rych pró­bo­wa­no pana wy­rzu­cić z sio­dła, na szczę­ście da­rem­nie.

– Jak­to – da­rem­nie? – za­py­ta­li rów­no­cze­śnie Strat­ford i Edy­ta.

– Ano tak, bo prze­cie to wszyst­ko, co było ro­zum­ne­go w se­na­cie wpły­nę­ło na Radę Dzie­się­ciu, któ­ra zde­cy­do­wa­ła, że do czło­wie­ka tej mia­ry, co Straf­ford, – kła­niaj­że się pan! nie moż­na sto­so­wać ta­kiej cen­zu­ry, ja­kiej pod­le­ga pierw­szy lep­szy gry­zi­pió­rek i ba­ka­łarz, i że na pew­nych bar­dzo wy­so­kich sta­no­wi­skach umiar­ko­wa­na fron­da jest tem sa­mem, czem sól w po­tra­wach.

– To mu­siał oj­ciec pani po­wie­dzieć, – uśmiech­nął się mło­dy pro­fe­sor – a i to ro­zu­miem, że on to wiel­kim swo­imi wpły­wem prze­pro­wa­dził zwrot ten tak w dzi­siej­szych cza­sach nie­zwy­kły.

– Papa mó­wił istot­nie, że nie przy­szło mu to ła­two z tem zwol­nie­niem od cen­zu­ry. Papa mówi, że mię­dzy tymi pa­na­mi są ta­kie za­ku­te gło­wy!

– Ale kon­cept z solą po­mógł pew­nie? – uśmiech­nę­ła się Edy­ta.

– Po­mógł istot­nie. Ci pa­no­wie z gieł­dy lu­bią to wszyst­ko, co ma łącz­ność z kuch­nią.

– W każ­dym ra­zie wi­nie­nem ojcu pani wiel­ką wdzięcz­ność, nie po raz pierw­szy zresz­tą, – wtrą­cił Straf­ford nie­co zdu­szo­nym gło­sem. Nie mógł od­py­chać po­mo­cy, któ­ra go chro­ni­ła przed zła­ma­niem ży­cia, ale po­moc ta przy­cho­dzi­ła z rąk czło­wie­ka, któ­re­go po­glą­dy i oso­ba nie były mu zgo­ła sym­pa­tycz­ne i wo­bec któ­re­go obo­wią­zek wdzięcz­no­ści był mu cię­ża­rem. Czy cię­ża­rem mu była i wdzięcz­ność wo­bec Ka­li­ny, któ­ra z oj­cem czy­ni­ła, co chcia­ła i wpły­wu swe­go uży­wa­ła ty­le­kroć na jego ko­rzyść? Nie miał cza­su od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, bo Edy­ta przy­po­mnia­ła mu, że nie po­dzię­ko­wał pan­nie Roz­toc­kiej.

Zmie­sza­ny ujął za rękę mło­dą dziew­czy­nę i chciał ją pod­nieść do ust, jak­kol­wiek nie było to od­daw­na w zwy­cza­ju, ona jed­nak usu­nę­ła dłoń, nad­sta­wia­jąc czo­ło.

– I beze mnie­by się to sta­ło! – szep­nę­ła. – Ta­kie­go czło­wie­ka, jak Hen­ryk Straf­ford, nie wy­rzu­ca się z ka­te­dry dla­te­go, że ja­kiś mil­jar­der czy ja­kiś trust zna­lazł w jego wy­kła­dach kil­ka zdań nie­mi­łych.

– A to dla­cze­góż kłó­ci­łaś się z nim tak za­wzię­cie o te same zda­nia? – za­uwa­ży­ła uśmie­cha­jąc się Edy­ta.

– Bo nie chciał przyjść do nas, a przy­szedł­szy tak wy­glą­dał, jak­by do­ko­nał naj­więk­sze­go po­świę­ce­nia! – za­śmia­ła się pa­nien­ka, wy­my­ka­jąc się do przed­po­ko­ju.

– Zło­to nie dziew­czy­na! – wes­tchnę­ła pan­na Straf­ford. – Żal, że nie wszy­scy ją oce­nia­ją.

– Do mnie pi­jesz? – uśmiech­nął się brat.

Może i słusz­nie! Ale co na to po­ra­dzić? Dla cie­bie Ka­lin­ka jest za­wsze jesz­cze tą dziew­czyn­ką, któ­rą przy­gar­nę­łaś do ko­cha­ją­ce­go ser­ca po śmier­ci mat­ki i dla któ­rej zro­bi­łaś tyle do­bre­go, że ją za to ko­chać bę­dziesz, do koń­ca ży­cia, za­my­ka­jąc oczy na to wszyst­ko, co mo­gło­by mi­ło­ści tej przy­nieść ujmę. Dla mnie nie­ste­ty, jest ona cór­ką si­we­go ojca, prze­sy­co­ną wpły­wa­mi tego świa­ta, któ­ry nie tyl­ko nie jest moim, ale jest prze­ci­wień­stwem mo­je­go i bu­dzi we mnie nie­prze­zwy­cię­żo­ną od­ra­zę. Po­mi­mo cały jej urok i po­mi­mo całą sym­pa­tję moją dla niej wpły­wy te od­czu­wam w niej co chwi­la, a je­den taki zgrzyt wy­star­cza, by od­rzu­cić mnie od Ka­li­ny, bo­daj na chwi­lę, za chwi­lę zaś przy­cho­dzi zgrzyt nowy… Jak­że chcesz, Edy­to, że­bym w tych wa­run­kach my­ślał o po­łą­cze­niu się z nią na­wet, gdy­by to było ską­di­nąd moż­li­we i zgod­ne z za­mia­ra­mi papy Roz­toc­kie­go? A przy­tem znasz moje za­pa­try­wa­nia na nie­ro­ze­rwal­ność mał­żeń­stwa. Na­wet u chrze­ści­ja­ni­na by­ły­by one w na­szej epo­ce bar­dzo za­co­fa­ne, tem bar­dziej u mnie, któ­ry nie je­stem chrze­ści­ja­ni­nem, ale bądź co bądź prze­ko­na­nia te są nie­złom­ne, a cały klan Roz­toc­kich przy­zna­je się wpraw­dzie do chrze­ści­jań­stwa, bo to za­czy­na być w mo­dzie, a sta­ry gieł­dziarz lubi się na­wet cheł­pić z tego, że dał Ka­li­nę ochrzcić, choć nie jest pew­ny w ja­kiem wy­zna­niu, ale za­sa­dy jego i cór­ki nie wy­kra­cza­ją poza pa­nu­ją­cy w ich świe­cie sza­blon krót­ko­ter­mi­no­we­go kon­trak­tu mał­żeń­skie­go. Nie je­den raz prze­cie mu­sia­łaś sły­szeć Ka­li­nę, za­strze­ga­ją­cą się nie tyl­ko prze­ciw do­ży­wot­nim, ale i prze­ciw dłu­go­let­nim mał­żeń­stwom.

– Męż­czy­zna może ła­two uro­bić so­bie żonę, – za­uwa­ży­ła Edy­ta.

– Roz­czy­tu­jesz się wciąż w sta­rych ro­man­sach i pa­mięt­ni­kach, a prócz Ka­li­ny ni­ko­go pra­wie nie wi­du­jesz i dla­te­go zda­je ci się, że sta­re for­muł­ki sto­so­wać moż­na do na­szych cza­sów. Pa­no­wa­nie ko­mu­ni­zmu za­cho­wa­ło wpraw­dzie cień mał­żeń­stwa, ale znisz­czy­ło ży­cie ro­dzin­ne, a tem sa­mem i od­dzia­ły­wa­nie wza­jem­ne. Mał­żeń­stwo Ja­da­ją­ce w róż­nych ja­dło­daj­niach, na­le­żą­ce do róż­nych stron­nictw i dzie­ci cho­wa­ją­ce w pań­stwo­wym przy­tuł­ku, bo tego wy­ma­ga i oby­czaj, i ko­niecz­ność, nie ma nic wspól­ne­go z temi, o ja­kich opo­wia­da­ją two­je książ­ki.

– Przy­pu­ść­my! Ale w ta­kim ra­zie cóż ry­zy­ku­jesz, wią­żąc się na czas ja­kiś z ko­bie­tą cza­ru­ją­cą, o któ­rej wiesz do­brze, że cię ko­cha?

Straf­ford po­trząsł gło­wą-

– Na­przód tego nie­do­syć, że ona mnie ko­cha: trze­ba jesz­cze ko­chać ją sa­me­mu…

– A ty?

– A ja nie wiem… Chwi­la­mi zda­je mi się, że ją uwiel­biam, a nie­raz bywa i tak, że czu­ję wstręt do niej.

– Hen­ry­ku!

– Cóż chcesz, dro­ga? Oszu­ki­wać cię nie mogę, choć wiem, jaką wagę przy­wią­zu­jesz, do tego związ­ku. I wiesz: gdy­by Ka­li­na była taką so­bie nic nie­zna­czą­cą pa­nien­ką ani złą, ani do­brą, ani pięk­ną, ani brzyd­ką, ja­kich tyle krę­ci się po świe­cie, mo­że­bym ją po­ślu­bił – ot, wprost dla do­go­dze­nia to­bie, któ­ra je­steś świa­tłem mego ży­cia. Ale wła­śnie dla­te­go, że jest taką, i wła­śnie dle­te­go, że dzia­ła i na mój mózg, i na moje zmy­sły jak ha­szysz, że śnię o niej i my­ślę w bez­sen­nych no­cach, wła­śnie dla­te­go, że ona i ja, to świa­ty od­mien­ne i że zwią­zek z nią, to zwią­za­nie się i z tym jej świa­tem tak­że – nie, Edy­to, ja tej ko­bie­ty na­zwać moją nie mogę!

Na­sta­ło dłu­gie mil­cze­nie. Edy­ta po­chy­li­ła się ni­sko nad fi­li­żan­ką her­ba­ty, sta­ra­jąc się ukryć przed bra­tem głę­bo­kie wzru­sze­nie i łzy, gwał­tem po­wstrzy­my­wa­ne. Cały gmach wy­ma­rzo­nej przez nią przy­szło­ści roz­pa­dał się W jej oczach. Po­świę­ciw­szy Ka­li­nie kil­ka lat ży­cia, ko­cha­ła ją tak, jak­by mo­gła ko­chać cór­kę i zwią­zek jej z bra­tem sta­no­wił naj­droż­sze z jej ma­rzeń, a te­raz oto z ma­rze­niem tem trze­ba było się po­że­gnać, bo Straf­ford nie był czło­wie­kiem, zmie­nia­ją­cym swe po­sta­no­wie­nia. A że zna­ła do­kład­nie stan jego ser­ca i wie­dzia­ła, jak sil­ne było uczu­cie, wią­żą­ce go z jej wy – cho­wan­ką, zro­zu­mia­ła i to jesz­cze, że od­rzu­ca­jąc mi­łość i rękę pan­ny Roz­toc­kiej, za­my­ka} on rów­no­cze­śnie drzwi do swe­go ser­ca i domu dla każ­dej in­nej ko­bie­ty. Edy­ta, któ­ra nie wy­zła za­mąż, chcąc po­świę­cić się wy­łącz­nie bra­tu, nie mia­ła w przy­wią­za­niu swem ego­izmu i czu­ła, że sama nie wy­peł­ni ży­cia Hen­ry­ko­wi i że bez umi­ło­wa­nej ko­bie­ty ży­cie to po­zo­sta­nie pu­stem i smut­nem. Był przy­tem i spe­cjal­ny po­wód, dla któ­re­go szło jej wiel­ce o jak naj­ry­chlej­sze za­bez­pie­cze­nie Strat­for­do­wi cie­płe­go do­mo­we­go ogni­ska. Po­wód ten ta­iła do­tąd przed nim tro­skli­wie, ale nie­dłu­go już mu­siał od­kryć jej ta­jem­ni­cę… A wte­dy jak­że­by mu przy­da­ło się mieć przy so­bie, jako trwa­łe uko­je­nie i osto­ję, dziew­czy­nę zło­to­wło­są, ale nie było rady. Po­czę­ła mó­wić o czem in­nem.

– Po­wiedz mi, – za­gad­nął ją na­raz brat – co ty my­ślisz o owym pro­ro­ku?

– O ja­kim pro­ro­ku? – za­gad­nę­ła nie or­jen­tu­jąc się, myśl jej bo­wiem za­ję­ta była wy­łącz­nie Ka­li­ną i roz­wia­nem ma­rze­niem.

Strat­ford nie za­uwa­żył py­ta­nia.

– Bo, wi­dzisz, tak mi się zda­je, że do­szli­śmy do prze­ło­mo­we­go mo­men­tu w dzie­jach świa­ta, a w ta­kich mo­men­tach zja­wia­ją się za­wsze lu­dzie nad­zwy­czaj­ni, po­cią­ga­ją­cy za sobą ogól na nowe tory.

– Czy przy­pusz­czasz, że czło­wiek, o któ­rym mó­wi­ła Ka­li­na, mógł­by być ta­kim?

Straf­ford ru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie wiem o nim nic: jak­że mogę wnio­sko­wać, czy on jest ta­kim? Mó­wię tyl­ko, że prę­dzej czy póź­niej czło­wiek po­dob­ny musi się po­ja­wić. A może nie je­den czło­wiek, może myśl, któ­ra sta­nie się sztan­da­rem i po­cią­gnie za sobą ludz­kość… Nie wiem wresz­cie, jak to się sta­nie, to mi jed­nak jest ja­sne, że to, w czem ży­je­my, trwać dłu­go nie może. W dep­ta­niu wszel­kie­go pra­wa i do­bra w za­par­ciu się wszyst­kich ludz­kich uczuć i w or­gjach uży­cia do­szli­śmy do ab­sur­du, i te­raz musi przyjść coś, co roz­pę­dzi tru­ją­ce nas gazy, czło­wiek czy ka­ta­klizm, może jed­no i dru­gie ra­zem…

Edy­ta wpa­trzy­ła się w bra­ta za­my­ślo­na.

– Ja o tym czło­wie­ku sły­sza­łam już – rze­kła ci­cho.

– I nie po­wie­dzia­łaś mi nic?

– Nie przy­pusz­cza­łam, byś spra­wę tę brał na ser­jo.

On zno­wu ru­szył ra­mio­na­mi.

– Ja go jesz­cze nie bio­rę na ser­jo, bo nic o nim nie wiem. Mó­wię tyl­ko, że nad­szedł czas na po­ja­wie­nie się męża chwi­li, a kto tym mę­żem bę­dzie, ten czy inny, zo­ba­czy­my póź­niej.

– Gdy­by to była praw­da, co o tym czło­wie­ku opo­wia­da­ją… – za­czę­ta; mło­da ko­bie­ta i urwa­ła.

– Cóż opo­wia­da­ją?

Edy­ta ocią­ga­ła się z od­po­wie­dzią.

– Dziw­ne rze­czy, – rze­kła wresz­cie. – Mó­wią, że gło­si pa­no­wa­nie spra­wie­dli­wo­ści.

po­cie­chę cier­pią­cym i triumf ma­lucz­kim. Wiel­kie rze­sze idą za nim, go­to­we na jego ski­nie­nie w ogień pójść i w śmierć. On… je trzy­ma na wo­dzy, bro­niąc czy­nów gwał­tu i na­ka­zu­jąc cier­pli­wość, prze­ba­cze­nie krzywd, mi­łość…

– Dziw­ne rze­czy istot­nie. Jak­że to stać się mo­gło, że o nich nie do­nio­sły do­tąd nic agen­cje ra­dio­te­le­gra­ficz­ne?

– Czyż nie wiesz, jak ści­sła jest cen­zu­ra? Ha­sła, rzu­ca­ne przez tego czło­wie­ka, są zbyt sprzecz­ne z pro­gra­mem gieł­do­wej au­to­kra­cji, rzą­dzą­cej dziś świa­tem, a ruch prze­zeń wsz­czę­ty, zbyt ła­two mógł­by stać się groź­nym po­ża­rem. Nim go zgnio­tą bom­by, trze­ba go zlo­ka­li­zo­wać mil­cze­niem.

– Ro­zu­miem! Gdzież on jest?

– Po­ja­wił się w Pa­le­sty­nie i z po­cho­dze­nia ma być Ży­dem, ale dzia­ła prze­ciw Ży­dom. Wiesz, jak bez­względ­ną i nie­li­to­ści­wą jest oli­gar­chja ży­dow­ska, spra­wu­ją­ca rzą­dy w Pa­le­sty­nie, dla lud­no­ści arab­skiej, a na­wet i dla wła­snych uboż­szych współ­ple­mień­ców. Prze­ciw temu de­spo­ty­zmo­wi pod­niósł ów czło­wiek sztan­dar opo­ru i sły­chać, że bez roz­le­wu krwi wy­gnał do­tych­cza­so­wych wład­ców z Je­ro­zo­li­my i sam w niej dziś wła­da, choć inni po­wia­da­ją, że tak nie jest.

– I o rze­czach tej wagi nie wie­my nic, bo każe o tem mil­czeć ra­djo­te­le­gra­mom cen­zu­ra! – za­śl­mial się gorz­ko Straf­ford. – Cóż da­lej jed­nak?

– Po­wia­da­ją też o nim, że wiel­kie dzi­wy i cuda czy­ni, uzdra­wia­jąc cho­rych, wra­ca­jąc wzrok śle­pym, słuch głu­chym. Żyje jak naj­bied­niej­szy z jego słu­cha­czy, roz­da­jąc, co ma, uj­mu­jąc się za krzyw­dzo­ny­mi i ko­jąc stra­pio­nych. Do­brym jest dla wszyst­kich prócz chrze­ści­jan, dla tych bo­wiem czu­je nie­na­wiść, i każe im za­pie­rać się Chry­stu­sa, za­nim przy­pu­ści ich do swych adep­tów.

– W każ­dym ra­zie musi to być nie­tu­zin­ko­wy czło­wiek, a jego wy­jąt­ko­wa siła hip­no­tycz­na przed­sta­wia­ła­by zaj­mu­ją­ce stu­djum dla le­ka­rzy, – za­uwa­żył Straf­ford.

– Więc ty to tłu­ma­czysz hip­no­ty­zmem i su­ge­stją?

Spoj­rzał na nią zdzi­wio­ny.

– A czem­że in­nem mógł­bym to tłu­ma­czyć?

Edy­ta przy­kry­ła oczy dłu­gie­mi rzę­sa­mi.

– Bo mi się zda­wa­ło… Czy nie są­dzisz, że mogą być wyż­sze siły po­nad tem co ziem­skie?

Po­ło­żył jej rękę na ra­mie­niu i wpa­trzył się w bla­dą twarz, za­ró­żo­wio­ną w tej chwi­li lek­kim ru­mień­cem.

– Skąd ty to wszyst­ko wiesz? – spy­tał.

Ona zmie­sza­ła się jesz­cze moc­niej i przez chwi­lę nie mo­gła zdo­być się na od­po­wiedź.

– Je­śli je­stem nie­dy­skret­ny, nie mów nic! – uspa­ka­jał ją ła­god­nie.

– Owszem, po­wiem ci! Wła­ści­wie chcia­łam od­daw­na… Ale bądź po­błaż­li­wym dla mnie.

Wiesz, że mnie ochrzczo­no w dzie­ciń­stwie.

Oj­ciec jako teo­zof chciał mieć w to­bie spad­ko­bier­cę swych prze­ko­nań i dla­te­go nie po­zwo­lił cie­bie chrzcić: mnie po­zwo­lił. Stąd łącz­nik mój z wy­znaw­ca­mi ma­cie­rzyń­skiej wia­ry.

– Wiem o tem, nie wie­dzia­łem tyl­ko, że masz z tymi ludź­mi sto­sun­ki.

– Mat­ka do­ra­dza­ła mi przed śmier­cią, bym po­zna­ła jej wia­rę, ale wów­czas by­łam mło­da, szczę­śli­wa i tak to le­ża­ło da­le­ko ode mnie… Dziś…

– Czy dziś nie czu­jesz się szczę­śli­wą?

– Jak mo­żesz py­tać? Sko­ro mam cie­bie… Ale, wi­dzisz!, przy­cho­dzą ta­kie chwi­le, w któ­rych po­trze­bu­je się opar­cia…

– Czy go nie mia­łaś do­tąd?

– Nie ro­zu­miesz mnie! Wi­dzisz, u tych współ­wy­znaw­ców na­szej mat­ki sły­sza­łam od zna­ne­go mi i wia­ro­god­ne­go du­chow­ne­go, że oni ocze­ku­ją zja­wie­nia się pro­ro­ka w ostat­nich dniach świa­ta. I oj­ciec Win­cen­ty (tak wła­śnie zwie się ten du­chow­ny) twier­dził, że bę­dzie to fał­szy­wy pro­rok i że ów czło­wiek wła­śnie jest tym fał­szy­wym pro­ro­kiem.

Inni jed­nak nie wie­rzy­li temu, gdyż on jest do­bry… I mnie też tak się zda­je.

Strat­ford po­ru­szył obo­jęt­nie ra­mio­na­mi.

– Wła­ści­wie, co to nas może ob­cho­dzić? Ale wi­dzę, żeś da­lej za­szła w sto­sun­kach z tymi sek­cia­rza­mi, niż przy­pusz­cza­łem. Wy ko­bie­ty ma­cie za­wsze sła­bość do wszel­kie­go ro­dza­ju ma­gów i sy­ko­fan­tów, ale je­śli ci to da|ć może ja­kiś ja­śniej­szy mo­ment w ży­ciu…
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: