Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Antypodróż : Podsumowanie ćwierćwiecza istnienia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lipca 2026
2800 pkt
punktów Virtualo

Antypodróż : Podsumowanie ćwierćwiecza istnienia - ebook

Pierwsza z serii o ucieczce przed cudzymi definicjami sukcesu. Historia kobiety wychowanej na finansach, przedsiębiorczości i przepowiedniach, która zamiast odpowiedzi znajduje kolejne pytania. Między ironią a filozofią, między klubem a cybernetyką, między rodzicami a własnym głosem próbuje odzyskać prawo do jednego zdania: „Jestem - I to wystarczy.”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398196208
Rozmiar pliku: 295 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

SPOWIEDŹ

Dobijam ćwierćwiecza istnienia i podobnie jak rówieśnicy jestem już zmęczona studiami, a zarazem jeszcze nie zmęczona pracą zawodową. Zbyt stara aby zaczynać kolejny kierunek i zbyt młoda na _seniora_. Jest to ten idealny wiek kiedy masz doświadczenie _mida_, pozycję _juniora_ i zarazem zarobki _stażysty_, które wydajesz w większości na wynajem, paliwo i jedzenie w wielkim mieście.

Wypełniłam sumiennie każde powierzone mi zadanie – odpowiedni wynik matury, prestiżowa uczelnia, ciekawy kierunek. Prawo jazdy, tytuł zawodowy inżyniera i magister na finiszu (kiedyś tzw. wyższe niepełne – dla ludzi starszej daty), praca w stolicy. Mam 25 lat, posiadam wszystko i jednocześnie nie mam nic.

• • •

Historię zaczynam w pomorskim miasteczku, gdzie stawiam pierwsze kroki pod czujnym okiem światopoglądowo spolaryzowanych rodziców. Jedno miasteczko wkrótce zamieniamy na inne w związku ze zbyt silnym antagonizmem moich biologicznych rodzicieli, przezwyciężającym skutecznie moc słów urzędnika stanu cywilnego. W wieku siedmiu lat czytam płynnie _„Akademię Pana Kleksa”_, zaś jako dziewięcioletnie dziecko sięgam już po książki z zakresu rozwoju osobistego, gdzie nieświadomie zaznajamiam się z pierwszą przepowiednią na swój temat. Lekturę podsuwają mi i siostrze mama z ojczymem – moi bardziej-dla-mnie rodzice.

Każdą szkołę i każdą klasę pokonuję gładko. Wzorowa uczennica niewielkiej, wiejskiej podstawówki bez problemu zbiera kolejne piątki do (wtedy wówczas jeszcze) papierowego dziennika. Jestem inteligentna. Już w podstawówce rozumiałam Roberta Kiyosakiego¹dorastającego w otoczeniu dwóch zupełnie różnych ojców – ojca jego przyszłego sukcesu i ojca jego spektakularnej porażki. Chociaż uczyłam się _dobrze_ to nie uczyłam się _pilnie_ – nie było takiej potrzeby. Ku uciesze matki nie zawalam niczego związanego ze szkołą, gdyż jestem taka jak ona – urodzona szkolna prymuska, bez względu na etap edukacji powszechnej.

Podobnie jak moi ćwierćwieczni rówieśnicy ukończyłam gimnazjum, czyli szkołę która nie była podstawówką, nie była też szkołą średnią i nie była nawet odrębną szkołą tylko trzyletnim wstępem do ogólniaka (dla pożądanych i cenionych prymusów jak ja) bądź technikum/zawodówki (dla tych mniej pochwalanych przez system szkolny). Jako dziecko lekarza nie zaznałam nigdy biedy, chociaż bieda była blisko mnie. Pamiętam dzieci znające ciepły, treściwy obiad tylko ze szkolnej stołówki i tylko ten dofinansowany przez gminę. Nie pasowałam tam - nie znałam wykopków, nie umiałam wciągać tabaki, nie wyniosłam z domu kaszubskiego ani nie spotykałam się z dzieciakami poza szkołą. Byłam dobrym dzieckiem osadzonym w słabej szkole, odstającym i odrębnym od reszty bytem którego jedynym zadaniem było rozwiązywanie zadań i to najczęściej cudzych (moje zawsze były bowiem w zeszycie!).

Przeszło dziesięć lat wstecz uruchomiono z przytupem Pendolino na trasie Gdynia Główna – Warszawa Zachodnia. Z okazji Dnia Dziecka AD 2014 ogłoszono darmowe bilety na przejazd do STOLICY. Wystarczyło jedynie podstawić autokar, zapakować dzieciaki, zawieźć do Głównej, wsadzić w pociąg i pokazać dumnie Pałac zwany Pekinem, po czym z braku czasu wykonać czynności dokładnie odwrotne tak, aby każdy dotarł na swój ostatni PKS do domu. Plany te były ambitne, a determinacja nauczycieli do wyrwania dzieci poza powiat godna szacunku i podziwu. Nie pojechaliśmy. Większość rodziców nie chciała lub nie mogła pozwolić sobie na taki wydatek jak kieszonkowe na magnes i pocztówkę…

Jako byt odrębny od reszty postawiłam ministerialne założenia oświatowe na głowie i trzymałam się bliżej nauczycieli niż uczniów. Trwało to do momentu, gdy nie uświadomiłam sobie że jakkolwiek niski poziom według systemu edukacyjnego posiadała większość nastolatków, grono pedagogiczne wcale nie było lepsze. Na tapetę historia. Na każdej lekcji odpytanie ustne z treści podręcznika i zadanie domowe z tej samej treści tego samego podręcznika. Jako istota myśląca logicznie zawsze najpierw czytałam zadane do zeszytu polecenia, odpowiadałam na podstawie książki a potem ewentualnie doczytywałam resztę rozdziału. Po co wykonywać tę samą pracę dwa razy? Schemat był zawsze ten sam wystarczyło więc wdrożyć szablon i cieszyć się pochwałą na każdej kolejnej lekcji. Jeszcze bardziej schematyczna była matematyka, której poziom pozwalał mi wówczas na przechodzenie od razu do rozwiązywania zadań przy kompletnym olaniu całej pozostałej treści, która wkrótce pokryła się gęstą siatką gryzmołów. Nawet język polski, przedmiot o którym usłyszałam że jest „kulturalny” mógł być co najwyżej pretensjonalny. Spełnił jednak swoją rolę bo i do tego przedmiotu złamałam bardzo szybko szyfr układając słowa w zdania elokwentne i podrzędnie złożone i z bogatym słownictwem i takie udające że umiem więcej niż umiem (a nie umiem). Łatwo wypowiadałam się na temat obrazów poznanych mi pięć minut wcześniej na zdjęciu w podręczniku i jeszcze łatwiej opisywałam je w zeszycie jako dzieła sztuki, chociaż dla mnie były dalej tylko zdjęciami w podręczniku.

Szkoła podstawowa i gimnazjum niczym dwie osoby w jednym ciele tudzież budynku nie różniły się absolutnie _niczym_. Istniała w nim także trzecia osoba czyli gimnazjum wieczorowe „dla dorosłych” i zawsze zastanawiało mnie czy osoba z wykształceniem podstawowym skończyła szkołę podstawową, podstawową i gimnazjum a może w zależności od interpretacji i reformy była jak kot Schroedingera przeskakując z jednej kolumny tabeli osób bez wykształcenia do drugiej - z wykształceniem podstawowym. Bywałam na różnych etapach nauki z osobami, które na studiach określałoby się mianem „spadochroniarzy” z wyższych roczników. Już wtedy z trudem i mozołem wypełniały rolę szeroko pojętego marginesu społecznego od mocnego makijażu i wyjątkowo nieskromnego ubioru, przez papierosy, tabakę i narkotyki aż po nastoletnie ciąże. Nie żywiłam do nich ani wstrętu ani urazy ani innych negatywnych uczuć, gdyż taki styl życia był mi zwyczajnie obcy jak kosmita jest obcy Ziemi.

W tym wieku zaczęłam przygodę z pisaniem, popełniając pierwsze felietony. Mogę więc powiedzieć nieskromnie iż jestem felietonistą idealnym² – młodym, w czasie studiów, z wykształceniem wyższym technicznym i dziesięcioletnim doświadczeniem w pisarstwie. Nauczyła mnie tego zafascynowana teatrem polonistka, która właściwie mnie nie uczyła i przy okazji nauczyła czegoś ważnego o sobie. Ona wypowiedziała drugą przepowiednię na mój temat.

Zainteresowana byłam wówczas tematami inwestowania na giełdzie, mazurowskiej³ cybernetyki, cywilizacją chińską czy Rothschildami, które rozwinęły się dużo bardziej w szkole średniej. Nie chcę powiedzieć, że wybrałam średnią szkołę średnią ale rzeczywiście tak było i tego wyboru nigdy nie żałowałam. Wmawiano mi, że osoba z moimi osiągami w nauce powinna przekonać rodziców do gdyńskiej trójki⁴ i opłacalności absurdalnie długiego czasu dojazdu z przesiadkami. Ostatecznie zwyciężył pragmatyzm oraz rodzinne dziedzictwo i padło na lokalizację do której wystarczył jeden PKS. Te same przyziemne przyczyny przekonały po dwóch latach moją siostrę do podjęcia tej samej decyzji i liczenia się z wiecznym porównywaniem do starszej siostry (wciąż) prymuski.

Do najważniejszych osiągnięć licealnych nie licząc jego ukończenia i zdania matury zaliczam nigdy nie wydany lecz arcyciekawy artykuł traktujący o najstarszym istniejącym banku centralnym. Udowodniłam w nim, że wojny prowadzone przez Szwecję w drugiej połowie XVI oraz na początku XVII w były konsekwencją powstania tamtejszego banku centralnego, a w zasadzie konsekwencją odkrycia przez owy bank nowego zastosowania wynalazku Gutenberga. Tezę tę popierają m. in. znaleziska archeologiczne – kości żołnierzy zmarłych po zamachu na Karola XII Wittelsbacha⁵ świadczą o tym że byli oni wyraźnie wyżsi od tych którzy służyli za jego życia - i to pomimo małego zlodowacenia. Sam okres największego ochłodzenia pokrywa się z okresem imperialnym Szwecji i powszechnym nieurodzajem. Do przeprowadzenia całej ścieżki dowodowej wystarczyły trzy dotąd nie wypożyczane książki z zasobów biblioteki szkolnej.

W klasie o profilu matematyczno-fizyczno-angielskim było nas trzydzieści sześć, skończyło zaś trzydzieści pięć, chociaż do ostatniej chwili wydawało się że będą to zaledwie trzydzieści cztery osoby. Paradoksalnie najbardziej rozpoznawalny dziś kolega z dawnej klasy licealnej był tym zagrożonym niedopuszczeniem do matury z powodu frekwencji. Wtedy nie rozumiałam opuszczania lekcji na rzecz pakowania na drążkach w parku ale po paru latach stało się dla mnie jasne, że to moje własne ograniczenie nie widziało w tej pasji potencjału biznesowego. To samo ograniczenie powstrzymuje mnie dziś przed założeniem własnej firmy.

Stroniąc wcześniej od tzw. social media zaczęłam przywiązywać do nich wagę. Po pierwsze znalazłam się w końcu w gronie osób bardziej zbliżonych poziomem, po drugie wymagania nauczycieli a więc i wymagania moje wobec mnie wzrosły, po trzecie zaś uaktywniła się własna, spóźniona socjalizacja rówieśnicza. Po tylu latach edukacji ta w końcu dała plony w postaci wzmożonego sarkazmu, kąśliwych (aczkolwiek inteligentnych) uwag, dosadności i życia w ciągłej czarno-białej ironii poza którą dopiero przebijał się do mnie świat szarości. Wciąż pozostając w ciepłym konformizmie starałam się nieudolnie pokazywać że jest dokładnie na odwrót, podpierając to własnymi „badaniami” prowadzonymi na kanwie _„Cybernetyki i charakteru”_ Mariana Mazura. Istnieje dla mnie ścisły związek między fizycznym a cybernetycznym potencjałem, gdyż jedno i drugie powoduje przepływ energii - z tą różnicą że to pierwsze zachowuje przy tym jakiś konkretny kontekst materialny. Bez różnicy potencjałów nie ma przepływu energii, a bez przepływu energii nie ma świata o czym uświadomiła mnie fizyczka na przemian wykładając (mi) i okładając (mnie) na lekcji termodynamiką.

Był to także czas pierwszych prawdziwych przyjaźni, pierwszej miłości, pierwszego złamanego serca i krótko po maturze – pierwszego księgarskiego wydania. Pod tym względem wiele łączy mnie z Dorotą Masłowską⁶. Praca nad książką w klasie maturalnej, pierwszy debiut wydawniczy zaraz po maturze i zmiana jednego miasta powiatowego na „W” na inne również zaczynające się od tej samej litery, choć zdecydowanie większe. Na tym podobieństwa się kończą. Masłowska rozlicza innych ludzi słowem, ja słowem rozliczam samą siebie.

Skrupulatne kształtowanie mojego warsztatu pisarskiego, dbanie o ciekawe tezy rozprawek i produkowanie ich w znacznej ilości oraz (zdaniem polonistek) bez utraty jakości pozwoliło mi na współautorstwo i udane wydanie monografii historycznej. Ku rozpaczy kolejnych nauczycielek języka polskiego nie udało mi się dotąd wydać ani prozy ani poezji, psalmu, dramatu, trenów, pieśni czy choćby fraszki. Śledzę, opracowuję i wydaję historię starając się składać jej hołd językiem faktów i logiki, oburzając przy tym wykształconych historyków dopiskiem „inż.” przed nazwiskiem. Równie święte (jeśli nie świętsze!) oburzenie wywoływały w latach 2020-2022 same moje poglądy na temat, którego nazwy przytaczać nie będę. Do dziś żywię szczerą pogardę wobec osób odpowiedzialnych za tamte wydarzenia i życzę im jak najgorzej. Są to ludzie, których sprzedałabym za czapkę gruszek bez mrugnięcia okiem. Takich jak ja samozwańczy inkwizytorzy prawdy chcą do dziś palić na stosie swoich “obiektywnych” opinii - stosie, który nigdy nie wyjdzie poza granice ich ciasnych umysłów.

W liceum zaliczyłam także pierwszy spektakularny upadek matematycznego geniuszu, nie zdając dużego sprawdzianu najpierw z planimetrii, później ze stereometrii. Szczęście w nieszczęściu towarzyszyło mi przy tym przeszło trzydziestu innych współtowarzyszy niedoli i na tle takiej próby losowej gorycz porażki była wówczas trochę bardziej do przełknięcia. Ostatecznie udało się pokonać przestarzałą już nową formułę z matematyki rozszerzonej na poziomie osiemdziesięciu czterech procent. Podobnej katastrofy matematycznej nie zaliczyłam nawet na studiach, gdzie z powodzeniem zdałam wszystkie cztery przedmioty matematyczne bez konieczności udziału w wojnie obronnej między mną a wykładowcą zwanej (nie)słusznie kampanią wrześniową. Ponieważ do ogólniaka poszłam z myślą o naukach ścisłych i inżynierskich, dostanie się na takie studia były jedynym sensem mojej przygody z trzyletnią szkołą średnią. Najważniejsze było jej ukończenie oraz nieskończona produkcja rozwiązań do równie nieskończonych zasobów zbiorów zadań rozszerzonych z matematyki i fizyki. Zadania te były moimi najwierniejszymi towarzyszami zarówno na samym początku, na drugim roku (najgorszym) jak i w klasie maturalnej. Nigdy nie pytały mnie o samopoczucie, czas wolny, dzień tygodnia, godzinę ani nawet miejsce mojego chwilowego pobytu, prosząc o rozwiązanie na lekcji, w domu, w weekendy, w autobusie. W święta, wakacje, urodziny mamy czy babci oraz w dniu uroczystego nawożenia nawozem kwiatków na podwórku. Tak się złożyło, że mój rocznik zaliczył miesiąc usprawiedliwionych wakacji z powodu strajków nauczycieli i to tuż przed maturą. Dar ten pozwolił mi na solidne przerobienie kursu matury rozszerzonej z fizyki i napisanie jej na poziomie satysfakcjonującym. Zapisałam się wtedy również na kurs prawa jazdy, który okazał się być absolutnym koszmarem i wyboistą drogą której kres miał miejsce dopiero kilka lat później. Do szkoły poszliśmy już tylko na odbiór świadectwa i maturę.

Byłam kolejny rok z rzędu i po kolejnym niezdanym egzaminie na prawko w tej samej pracy sezonowej kiedy otrzymałam wyniki matur. Złożyłam podania na trzy uczelnie i ostatecznie zostałam przyjęta na dwie politechniki – jedną blisko, jedną zdecydowanie dalej. Dylemat dotyczący tego gdzie się udać rozstrzygałam za radą kolegi z pracy sprawdzając w Google Maps, która uczelnia leży w odległości skutecznie zapobiegającej zbytniemu zaangażowaniu rodziców w mój przyszły studencki żywot. Z tyłu głowy miałam już wtedy plany na umawianie się z innymi studentkami. Wybór ten był strzałem w dziesiątkę w czasie jego dokonywania, po to by po paru latach stać się dla mnie udręką.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij