-
nowość
Antyporadnik dla singli - ebook
Antyporadnik dla singli - ebook
Randkowanie miało być prostsze. Zamiast tego są aplikacje, ghosting, gierki, analizowanie wiadomości i ludzie, którzy „niczego nie szukają”, ale ciągle sprawdzają, kto ich szuka. „Antyporadnik dla singli” to przewrotna instrukcja, jak skutecznie zniszczyć każdą znajomość i później uznać, że problem leży po drugiej stronie. Bez porad, bez lukru i bez udawania, że ten cały relacyjny chaos ma jeszcze jakiekolwiek zasady. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+).
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Rodzina |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8467-323-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Mów, że niczego nie szukasz. To bardzo dobry początek, jeśli chcesz skutecznie spierdolić znajomość, zanim jeszcze zdąży normalnie ruszyć. Brzmi lekko, niewinnie i nawet trochę dumnie. Niby jesteś człowiekiem bez ciśnienia. Niby masz swoje życie. Niby nie potrzebujesz nikogo. Niby nie jesteś jednym z tych desperatów, którzy po kilku wiadomościach już widzą wspólny urlop, święta u rodziców i psa z imieniem wybranym na wszelki wypadek. Ty nie. Ty jesteś na luzie. Ty niczego nie szukasz. Ty tylko jesteś, płyniesz, patrzysz, zobaczysz, życie pokaże, los rozda karty, wszechświat pierdnie w dobrą stronę i może coś z tego będzie. Pięknie.
Bardzo często to nie jest żaden luz. To jest asekuracja człowieka, który chce wejść do gry, ale tak, żeby w razie przegranej uśmiechnąć się i móc powiedzieć, że wcale nie grał. Chcesz sprawdzić, czy ktoś cię zechce, ale bez ryzyka, że będzie widać, że sam też czegoś chcesz. Chcesz dostać uwagę, ale nie chcesz przyznać, że jej potrzebujesz. Chcesz poczuć, że ktoś się interesuje, że ktoś czeka, że ktoś wraca, że ktoś ma cię w głowie, ale najlepiej bez tego niewygodnego momentu, w którym trzeba powiedzieć, co właściwie z tym zrobisz. Więc rzucasz słynne, że niczego nie szukasz i od razu jesteś bezpieczny, brawo! Bajeczna sytuacja. Nikt cię nie odrzucił, bo przecież niczego nie chciałeś. Nikt cię nie olał, bo przecież nie zależało ci. Nikt nie potraktował cię niepoważnie, bo sam od początku udawałeś, że tu nie ma nic poważnego. Idealny układ dla ego. Można stać przy drzwiach, zaglądać do środka, brać trochę ciepła, trochę światła, trochę zapachu, czyjejś obecności, a kiedy ktoś zapyta, czy wchodzisz, zrobić wielkie oczy i powiedzieć, że ty tylko przechodziłeś.
No tak. Nie szukałeś. Tylko dziwnym trafem codziennie sprawdzałeś, czy ktoś cię znalazł. Rano bierzesz telefon do ręki niby po to, żeby sprawdzić godzinę, chociaż godzinę sprawdzałeś już trzy minuty wcześniej i od tamtej pory raczej nie zdążył zacząć się listopad. Patrzysz, czy napisała. Czy odpisała. Czy wiadomość jest taka jak zwykle. Czy krótsza. Czy cieplejsza. Czy bez emotki, która była wczoraj. Człowiek, który niczego nie szuka, nagle prowadzi księgowość cudzej obecności. Wie, kto ostatni zaczął rozmowę, ile minęło od odpowiedzi i że „dobranoc” bez serca wygląda jakoś podejrzanie. Ale nie czekasz. Gdzie tam. Ty tylko kontrolujesz sytuację, w której podobno w ogóle nie bierzesz udziału.
Zaczyna się absurd. Ludzie mówią, że niczego nie szukają, ale chcą być traktowani jak ktoś wyjątkowy. Mówią, że wszystko na spokojnie, ale oczekują regularnego kontaktu. Mówią, że bez presji, ale obrażają się, kiedy druga osoba też nie robi presji. Mówią, że nie chcą niczego poważnego, ale kiedy ktoś traktuje ich lekko, nagle boli dupa, bo jednak fajnie było czuć się ważnym. To jest poziom emocjonalnej gimnastyki, przy którym joga wygląda jak siedzenie na krześle. Nie chcesz relacji, ale chcesz relacyjnych przywilejów. Nie chcesz deklaracji, ale chcesz, żeby ktoś był dostępny, ciepły, zainteresowany, cierpliwy i najlepiej jeszcze trochę zachwycony tym twoim wielkim, tajemniczym pierdolonym „nie wiem”. Czyli w skrócie chcesz całego pakietu, tylko bez rachunku. A jak chcesz zjeść ciastko, to zapłać za nie.
Najlepsze w zdaniu „niczego nie szukam” jest to, że ono robi za elegancką przykrywkę. Można pod nim schować prawie wszystko. Lęk przed odrzuceniem. Potrzebę uwagi. Chęć seksu bez odpowiedzialności. Samotność, która wieczorem gryzie mocniej, niż człowiek chce przyznać. Tę małą, wstydliwą nadzieję, że ktoś jednak będzie pisał, pamiętał, czekał, pytał i robił miejsce, ale bez zmuszania cię do powiedzenia, czy ty też robisz miejsce dla niego. Można pod tym schować zwykłe cwaniactwo, bo „niczego nie szukam” brzmi dużo lepiej niż „chcę brać, ale nie wiem, czy chcę dawać”. Brzmi lepiej niż „lubię twoją uwagę, tylko nie chcę ponosić kosztów tego, że zacznie ci zależeć”. Brzmi lepiej niż „chcę, żebyś była blisko, ale tak, żebym w każdej chwili mógł powiedzieć, że źle zrozumiałaś sytuację”.
Dlatego od początku zrób wszystko jak należy. Powiedz, że niczego nie szukasz, a potem pisz codziennie. Pytaj, jak minął dzień. Wysyłaj zdjęcia z pracy, z samochodu, z łóżka, z obiadu i z każdego miejsca, którego nikt nie zamierzał oglądać, ale teraz nagle jest częścią waszego małego rytuału. Dzwoń wieczorem. Pamiętaj szczegóły. Pytaj, czy wróciła bezpiecznie. Zauważaj gorszy humor. Wchodź w bliskość. Rób klimat. Zachowuj się tak, jakby ta osoba zaczynała zajmować miejsce w twoim życiu, tylko nigdy nie mów, jakie to miejsce. Niech sama zgaduje, czy jest kimś ważnym, luźnym kontaktem, chwilą słabości, wygodnym wieczorem czy człowiekiem, którego będziesz potrzebował tylko wtedy, kiedy zrobi się pusto.
W pewnym momencie druga osoba zacznie traktować to jak coś realnego. Nie dlatego, że jest desperatką, wariatką albo po dwóch telefonach widzi wspólny kredyt. Po prostu człowiek ma ten dziwny zwyczaj, że gdy ktoś przez tygodnie jest obecny, ciepły, zainteresowany i konsekwentnie robi mu miejsce, zaczyna podejrzewać, że może nie chodzi wyłącznie o wymianę zdjęć obiadu. I właśnie wtedy wyciągnij regulamin z drobnym drukiem. Przecież mówiłem, że niczego nie szukam. Przecież miało być na luzie. Przecież niczego nie obiecywałem. Nie obiecywałeś. Tylko zachowywałeś się tak, jakbyś rozdawał zaproszenia, a kiedy jedno zostało przyjęte, ogłosiłeś, że imprezy nigdy nie planowano.
I właśnie to jest najbardziej wkurwiające. Tacy ludzie bardzo często nie chcą wyglądać źle. Oni chcą mieć czyste ręce. Chcą korzystać z czyjejś obecności, ale jednocześnie mieć wersję obronną na każdą niewygodną rozmowę. Gdy ktoś zaczyna czuć, to jego problem. Gdy ktoś zaczyna pytać, to robi presję. Gdy ktoś chce jasności, jest zbyt intensywny. Gdy ktoś odchodzi, to za szybko się poddał. Genialne. Zawsze jesteś niewinny, bo przecież od początku mówiłeś, że niczego nie szukasz. Jedno zdanie rzucone na wejściu działa jak immunitet na wszystko, co później zrobisz. Możesz zachowywać się jak partner, zazdrościć jak partner, wymagać jak partner i wracać jak partner, ale gdy przychodzi odpowiedzialność, nagle jesteś wolnym człowiekiem, który tylko sobie przechodził.
Ludzie często myślą, że krzywdzą dopiero wtedy, kiedy coś obiecają i tego nie dotrzymają. Można niczego nie obiecać i przez długie tygodnie zachowywać się tak, żeby druga osoba czuła, że obietnica zaraz padnie. Można nie powiedzieć ani jednego zdania o przyszłości, ale zbudować codzienność, która zaczyna ją udawać. Można dawać ciepło, rytm, bliskość, uwagę i to dziwne poczucie, że coś się właśnie rodzi, a potem z pełną powagą oznajmić, że ktoś sobie dopowiedział. Zajebiście wygodne. Zwłaszcza kiedy to ty przez cały czas zostawiałeś puste miejsca, dorzucałeś kolejne sygnały i robiłeś wszystko, żeby człowiek miał co sobie dopowiadać.
Największy kabaret zaczyna się wtedy, kiedy druga osoba naprawdę przyjmuje twoje słowa do wiadomości i zaczyna traktować cię luźno. Nagle kontakt za rzadki. Nagle mniej zainteresowania. Nagle ktoś nie zabiega, nie pyta, nie czeka i nie robi z ciebie małego święta w środku zwykłego tygodnia. I wtedy człowiek, który jeszcze przed chwilą niczego nie szukał, odkrywa w sobie ogromną potrzebę bycia traktowanym wyjątkowo. Bo luz jest fajny, dopóki to ty rozdajesz karty. Kiedy druga osoba też zaczyna grać na luzie, robi się mniej przyjemnie. Nagle okazuje się, że miało być bez zobowiązań, ale nie bez twojej wygody. Miało być bez deklaracji, ale nie bez twojego poczucia ważności. Miało być bez presji, ale nie bez tego miłego komfortu, że ktoś jednak trochę stoi pod drzwiami.
Czyli miało być luźno dla ciebie. Dla drugiej osoby miało być czujnie, cierpliwie i z nadzieją w kieszeni. Ty możesz nie wiedzieć. Ona ma wiedzieć, że chce ciebie. Ty możesz znikać, wracać, sprawdzać, zastanawiać się i zmieniać temperaturę. Ona ma być dostępna, ale nie nachalna. Zainteresowana, ale bez oczekiwań. Blisko, ale bez prawa do miejsca. Ma dawać ci poczucie, że jesteś ważny, ale nie może zapytać, czy sama znaczy cokolwiek. To nie jest luz. To jest ustawienie drugiego człowieka pod ręką i oczekiwanie, że nie będzie miał własnych potrzeb, planów ani chwili, w której powie, że ma już dość.
Wiele osób nie chce relacji. Chce emocjonalnego zaplecza. Chce kogoś, kto będzie, ale nie zapyta, kim jest. Chce kogoś, kto napisze, ale nie będzie oczekiwać odpowiedzi na trudniejsze pytania. Chce kogoś, kto da ciało, uwagę, czułość, podziw, rozmowę i poczucie, że nie jest się samemu, ale nie będzie pretensji, że dostaje mieszane sygnały i trochę ładnego gówna w papierku. To nie jest wolność. To nie jest wielka niezależność współczesnego człowieka. To jest korzystanie z ludzi, nazywajmy rzeczy po imieniu.
Najlepsze jest to, że kiedy druga osoba naprawdę odpuszcza, możesz jeszcze poczuć się skrzywdzony. Jak to? Już nie pisze, nie pyta, nie wraca. Może poznała kogoś innego. Może jednak wcale jej nie zależało. Człowiek, który miesiącami nie chciał niczego nazwać, nagle oczekuje lojalności i cierpliwego czekania. Przecież jeśli komuś naprawdę zależy, to nie odchodzi tylko dlatego, że dostaje półciepło, półobecność i półnadzieję. Powinna zrozumieć. Powinna dać czas. Powinna zobaczyć, że pod twoim wielkim „nie wiem” może kiedyś będzie coś więcej. Kiedyś. Może. Jak nic lepszego się nie trafi.
Wtedy najlepiej wróć z małą porcją zainteresowania. Nie za dużą, bo jeszcze wyjdzie, że czegoś chcesz. Napisz lekkie „co tam”, zareaguj na stories, przypomnij o wspólnym żarcie albo zapytaj o rzecz, o której doskonale wiesz, że dałoby się ją sprawdzić w trzy sekundy. Nie chodzi o rozmowę. Chodzi o sprawdzenie, czy nadal masz dostęp. Jeśli odpowie, spokój wraca. Nadal jesteś ważny. Nadal możesz wejść i wyjść. Nadal ktoś stoi pod drzwiami, chociaż przecież nikogo nie zapraszałeś. Jeśli nie odpowie, możesz uznać, że szybko pokazała prawdziwą twarz. Strasznie niedojrzali są teraz ludzie. Człowiek daje im pół siebie, a oni bezczelnie chcą całości albo odchodzą.
Najlepsze jest późniejsze opowiadanie tej historii znajomym. Ty byłeś szczery. To druga osoba się nakręciła. To ona nie potrafiła być na luzie. To ona zaczęła oczekiwać. Ty od początku mówiłeś, jak jest. Nie wspominaj tylko o codziennych wiadomościach, zazdrości, telefonach, powrotach, seksie, czułości i tym, że robiłeś się nerwowy, kiedy ktoś zaczynał mieć życie poza tobą. Szczegóły psują dobrą historię. A w dobrej historii ty jesteś wolnym człowiekiem, który padł ofiarą cudzych oczekiwań, nie kimś, kto chciał być traktowany jak partner bez ryzyka, że sam będzie musiał nim zostać.
W tym wszystkim najbardziej żałosne jest to, że człowiek naprawdę potrafi uwierzyć we własną wersję. Naprawdę może sobie wmówić, że niczego nie chciał, mimo że sprawdzał telefon, pilnował kontaktu, wracał po ciszy i czuł ukłucie za każdym razem, gdy druga osoba robiła krok w tył. Może mówić, że było mu wszystko jedno, chociaż dokładnie pamięta dzień, w którym wiadomości zaczęły przychodzić rzadziej. Może uważać się za niezależnego, bo nigdy niczego nie nazwał. Jakby brak nazwy kasował potrzebę. Jakby człowiek, który miesiącami bierze od kogoś ciepło, mógł później powiedzieć, że wcale go nie potrzebował, bo nigdy nie poprosił o nie oficjalnie.
Jeśli więc chcesz skutecznie spierdolić znajomość, rób dokładnie tak. Od początku mów, że niczego nie szukasz. Niech to będzie twoja tarcza, twój parasol, twoja ucieczka awaryjna i twoje eleganckie usprawiedliwienie na wszystko, co później zrobisz. Dawaj trochę ciepła, ale nie za dużo jasności. Bądź blisko, ale tak, żeby zawsze można było powiedzieć, że to tylko luźny kontakt. Korzystaj z cudzej uwagi, ale nie nazywaj tego korzystaniem. Trzymaj człowieka w półkroku, półświetle i półnadziei. A kiedy zapyta, czym właściwie dla ciebie jest, westchnij ciężko i powiedz, że nie lubisz presji. Kiedy odpuści, uznaj, że widocznie nie zależało jej wystarczająco. Kiedy będzie miała pretensje, przypomnij jej, że przecież od początku mówiłeś. Kiedy wszystko się rozpadnie, wróć do swojej ulubionej opowieści, że znowu nie było nikogo normalnego.
I zobacz, jakie to wygodne. W tej historii zawsze jesteś trochę ofiarą. Ktoś za dużo chciał. Ktoś za szybko poczuł. Ktoś źle zrozumiał. Ktoś nie umiał być na luzie. Ktoś zrobił presję. Ktoś nie uszanował twojej wolności. Tylko jakoś nigdy nie ma w tej historii miejsca na drobny szczegół, że przez cały czas brałeś to, co było ci miłe, i odsuwałeś to, co było niewygodne. Brałeś uwagę, ale odsuwałeś odpowiedzialność. Brałeś ciepło, ale odsuwałeś jasność. Brałeś poczucie bycia chcianym, ale odsuwałeś pytanie, czy sam też jesteś gotowy kogokolwiek naprawdę chcieć. To nie jest pech. To jest bardzo sprytny sposób na to, żeby niczego nie obiecać i jednocześnie mieć pretensje, że nikt nie dał ci wszystkiego.
Potem można oczywiście powiedzieć, że nie ma normalnych ludzi. Każdy teraz czegoś chce. Każdy czegoś oczekuje. Każdy jest ciężki. Każdy robi problem i psuje lekkość. Człowiek chciał tylko kilku miesięcy codziennych wiadomości, seksu, czułości, uwagi, lojalności i poczucia, że ktoś czeka, a druga strona od razu zaczyna z jakimiś pytaniami. Nie można już normalnie niczego nie szukać, bo zaraz ktoś chce wiedzieć, czego właściwie nie szukacie razem. Normalni ludzie nie zawsze mają ochotę być czyimś emocjonalnym przystankiem na żądanie. Może po prostu w końcu pójdą dalej, bo ile można czekać pod drzwiami człowieka, który mówi, że nikogo nie zaprasza, ale obraża się, kiedy nikt już nie stoi na wycieraczce.
NIE SZUKASZ NICZEGO. JASNE. TYLKO BARDZO CHCESZ, ŻEBY KTOŚ SZUKAŁ CIEBIE.Udawaj, że masz wyjebane
To jedna z podstawowych, pierwotnych umiejętności współczesnego randkowania wyssana z mlekiem internetowego ścieku, jeśli twoim celem jest oczywiście zamienić normalną znajomość w teatr dla ludzi, którzy niby są dorośli, ale dalej boją się zachować jak człowiek. Nie pokazuj, że czekasz. Nie pokazuj, że się ucieszyłaś. Nie pokazuj, że ktoś cię ruszył, zaciekawił albo sprawił, że przez chwilę zrobiło ci się w środku trochę mniej pusto. To byłoby zbyt normalne. A normalność w relacjach jest dziś podejrzana. Człowiek, który odpisuje normalnie, pyta normalnie, mówi normalnie, że było mu miło, i nie robi z każdej wiadomości operacji wojskowej, od razu wygląda jak ktoś, kto nie zna zasad tej całej pojebanej gry.
Więc graj. Połóż telefon obok siebie i udawaj, że wcale na niego nie patrzysz. Najlepiej ekranem do dołu, bo wtedy wygląda bardziej dojrzale. Jakbyś naprawdę miała swoje życie. Jakbyś nie czekała. Jakby ten kawałek szkła nie trzymał cię za mordę mocniej niż większość ludzi, przed którymi próbujesz udawać dystans. Siedzisz, robisz cokolwiek, niby oglądasz film, niby sprzątasz, niby pracujesz, niby żyjesz, ale część ciebie cały czas stoi przy tym telefonie. Czy napisał. Czy widział. Czy milczy, bo nie widział, czy milczy, bo widział i ma w dupie. Dorosły człowiek, rachunki, obowiązki, plany, czasem nawet kredyt albo dziecko z poprzedniego związku, a potrafi zrobić z jednej wiadomości centrum dowodzenia małym państwem na granicy wojny.
I oczywiście nie odpisuj od razu. Nawet jeśli chcesz. Zwłaszcza jeśli chcesz. Bo jeśli odpiszesz szybko, to będzie widać, że czekałaś. A to przecież koniec. Upadek. Hańba. Publiczne odsłonięcie człowieczeństwa. Ktoś zobaczy, że wiadomość cię ucieszyła i co wtedy. Może pomyśli, że lubisz z nim rozmawiać. Może poczuje, że jest dla ciebie ważny. Może zrobi się prościej. A przecież nie po to ludzie latami komplikują relacje, żeby teraz jedna zwykła odpowiedź miała im zepsuć cały system udawania. Odczekaj więc. Nie wiadomo ile. Tyle, żeby wyglądało naturalnie. Czyli dokładnie tyle, żeby przestało być naturalne. Wtedy ma to sens. Psiapsi zawsze tu wie najlepiej kiedy. Najpierw przeczytaj wiadomość trzy razy. Potem napisz odpowiedź w głowie. Potem napisz ją w okienku. Potem skasuj, bo była za ciepła. Potem napisz krócej, bo przecież nie można przesadzić. Potem przeczytaj i uznaj, że wyszło zbyt sucho. Dodaj jedno słowo. Usuń emotkę. Wstaw kropkę. Usuń kropkę, bo kropka może zabrzmieć jak cichy pogrzeb. Zastanów się, czy „haha” to za dużo, czy „hehe” wygląda gorzej, czy samo „no” nie brzmi jak emocjonalne dno. Potem zablokuj telefon, odłóż go, zrób minę człowieka, który ma wyjebane, i po dwóch minutach odblokuj znowu, bo przecież mogła przyjść kolejna wiadomość. Nie przyszła. No i bardzo dobrze.
Najlepiej jeszcze zapamiętaj dokładnie, ile czekałaś poprzednim razem. On odpisał po trzydziestu siedmiu minutach, więc ty po czterdziestu pięciu. On przeczytał od razu, ale odpowiedział po godzinie, więc następnym razem dostanie dwie. Nie możesz przecież pozwolić, żeby ktoś pomyślał, że ma nad tobą przewagę. To już nie jest rozmowa. To przetarg na obojętność. Każdy dokłada trochę chłodu i czeka, aż drugiej stronie pierwszej zabraknie cierpliwości. Nikt nie wie, o co dokładnie walczycie, ale zwycięży ten, komu bardziej uda się wyglądać na człowieka, który nie chciał wygrać. Znajome? Oczywiście, że znajome. Tylko ludzie lubią udawać, że to strategia, a nie zwykła głupia gra. Nazywają to dystansem, spokojem, zdrowym podejściem, nieodkrywaniem kart, niepokazywaniem za dużo. Brzmi dumnie. Prawie elegancko. Tylko pod spodem bardzo często siedzi człowiek, który chce kontaktu, ale boi się wyglądać na kogoś, kto chce kontaktu. Głód, który udaje sytość. Duma tak krucha, że mogłaby się połamać od jednego normalnego zdania, że fajnie ci się z kimś rozmawia. Możesz oszukać znajomych. Możesz oszukać tę drugą osobę. Możesz nawet przez chwilę oszukać siebie.
To jest jeden z większych absurdów dzisiejszych relacji. Ludzie bardziej boją się pokazać zainteresowanie niż zostać sami. Wolą udawać obojętność, niż przyznać, że ktoś zrobił im dzień jedną wiadomością. Wolą grać w chłód, niż napisać wtedy, kiedy naprawdę chcą napisać. Wolą czekać, liczyć minuty, kalkulować tempo odpowiedzi i sprawdzać, czy nie wyjdą na zbyt dostępnych, jakby dostępność była brudem pod paznokciami. I potem masz dorosłych ludzi, którzy zachowują się jak dzieci chowające cukierka za plecami. Każdy widzi, że coś tam trzymasz, ale ty dalej robisz minę, że nic się nie dzieje.
Miej wyjebane. Ale tak pokazowo. Tak, żeby druga osoba przypadkiem nie pomyślała, że jest dla ciebie ważna. Możesz oczywiście sprawdzać telefon co pięć minut. Możesz pamiętać ostatnie zdanie lepiej niż własne hasło do banku. Możesz mieć w głowie cały scenariusz z możliwymi odpowiedziami, ale na zewnątrz graj człowieka, który nawet nie kupił biletu do kina. Odpowiedz sucho, jeśli zrobiło ci się miło. Odpowiedz później, jeśli chciałaś odpisać od razu. Rzuć coś niby lekkiego, jeśli w środku czekasz na ciąg dalszy. Nie pytaj za bardzo, bo jeszcze wyjdzie, że cię obchodzi. Nie dopowiadaj, bo jeszcze ktoś poczuje się pewniej. Nie pokaż za dużo, bo jeszcze zrobi się normalnie, a na normalność wielu ludzi nie ma dziś odwagi.
Najlepiej załóż, że każda odrobina ciepła jest stratą punktu. Kto pierwszy napisze, ten przegrywa. Kto zapyta drugi raz z rzędu, już się narzuca. Kto powie, że dobrze mu się rozmawia, odkrył za dużo kart. Kto zaproponuje spotkanie, najwyraźniej nie ma innych opcji. Kto odpisze po minucie, siedzi i czeka. Kto użyje serca, prawdopodobnie za chwilę będzie wybierał imiona dzieci. Prowadź tabelę w głowie. Niech każda wiadomość ma wynik, każdy znak ma znaczenie, a każdy ruch może zostać użyty przeciwko tobie. To przecież nie jest poznawanie człowieka. To finał turnieju ludzi, którzy panicznie nie chcą wyjść na bardziej zainteresowanych.
Najpiękniej działa to wtedy, kiedy po drugiej stronie siedzi ktoś dokładnie taki sam. Ty masz gotową wiadomość i nie wysyłasz. On też. Ty patrzysz na ekran i czekasz, aż on zacznie. On patrzy na swój i czeka, aż zaczniesz ty. Ty skracasz odpowiedź, bo poprzednia była za długa. On widzi chłód i skraca jeszcze bardziej. Ty zauważasz zmianę i uznajesz, że chyba traci zainteresowanie. On dochodzi do dokładnie tego samego wniosku. Dwoje ludzi, którym naprawdę dobrze się rozmawiało, siedzi po dwóch stronach ekranu i skutecznie przekonuje się nawzajem, że nikomu nie zależy. Nikt nie kłamie. Nikt nie zdradza. Nikt nie robi wielkiej awantury. Po prostu oboje tak dobrze odgrywają obojętność, że przedstawienie zaczyna wyglądać jak coś realnego.
To jest dopiero sukces. Nie trzeba wielkiego dramatu, żeby zabić coś, co mogło ruszyć. Wystarczy codziennie trochę udawać. Trochę mniej napisać, niż się chce. Trochę bardziej milczeć, niż trzeba. Trochę dłużej czekać, niż ma sens. Trochę mocniej chłodzić ton, żeby druga osoba przypadkiem nie poczuła, że ma do czynienia z kimś żywym. Jedna osoba odsuwa się o krok, bo czuje chłód. Druga widzi ten krok i odsuwa się o dwa, żeby nie wyjść na tę, która goni. Potem pierwsza robi trzy. Po tygodniu stoicie tak daleko od siebie, że nawet nie wiadomo, kto pierwszy zaczął się cofać. Każde tylko pamięta, że nie chciało zrobić z siebie głupka.
Właśnie tego ludzie boją się najbardziej. Nie samego odrzucenia. Tego, że wyjdzie, że im zależało bardziej. Możesz usłyszeć „nie”, przeżyć ciszę, rozczarowanie i koniec znajomości. Trudno. Ale myśl, że druga osoba mogła zobaczyć twoją radość, zainteresowanie albo to, że czekałaś, jest dla niektórych gorsza niż samotny powrót do domu. Serce może dostać po dupie, byle ego zachowało czyste buty. Byle można było wzruszyć ramionami i rzucić, że właściwie to nic takiego.
To jest niezła komedia. Człowiek chce odpisać, ale nie odpisuje. Chce zapytać, ale nie pyta. Chce się spotkać, ale udaje, że mu wszystko jedno. Chce wiedzieć, czy druga osoba też coś czuje, ale zamiast powiedzieć cokolwiek ludzkiego, zaczyna prowadzić tajną operację emocjonalną. Kto pierwszy napisze. Kto szybciej odpisze. Kto bardziej okaże zainteresowanie. Kto będzie miał przewagę. Kto zachowa twarz. Jakby relacja była negocjacją ceny samochodu, a nie próbą poznania drugiego człowieka. Jakby każde ciepłe zdanie było ustępstwem w umowie, a każda szybka odpowiedź oznaczała, że właśnie oddajesz komuś połowę majątku, godność i ostatnią paczkę ulubionej kawy z kuchennej szafki.
Udawanie, że masz wyjebane, daje fałszywe poczucie siły. Przez chwilę naprawdę możesz czuć, że masz kontrolę. Nie odpisałaś. Nie pokazałaś emocji. Nie odsłoniłaś się. Druga osoba może teraz myśleć, zastanawiać się, czekać, może nawet trochę się niepokoić. Pięknie. Możesz nie zostać odrzucona, bo nigdy naprawdę nie wyszłaś. Możesz nie przegrać, bo nie pokazałaś, że grasz. Możesz nie poczuć upokorzenia, bo nie dałaś nikomu dowodu, że ci zależy. Przy okazji nie dałaś też żadnego powodu, żeby ktoś uwierzył, że warto zostać. Ale tym zajmiemy się później. Na razie wynik jest dobry. Twarz uratowana. Rozmowa martwa.
Najbardziej żałosne jest to, że ten cały chłód często nie wynika z braku uczuć, tylko z lęku przed utratą przewagi. Ludzie nie boją się napisać. Oni boją się, że napiszą pierwsi. Nie boją się powiedzieć, że tęsknią. Boją się, że powiedzą to jako jedyni. Nie boją się zainteresowania. Boją się, że zainteresowanie będzie widać bardziej po nich niż po drugiej stronie. To jest cały dramat godności zbudowanej z waty. Niby dumny człowiek, niby nie do ruszenia, niby „ja nie będę się narzucać”, a w środku kalkulator. Ile minęło. Kto ostatni pisał. Kto użył więcej słów. Kto zapytał o dzień. Kto zakończył rozmowę. Kto ma teraz ruch, to nie są kurwa szachy. Nie relacja, gra dla ludzi, którzy nie umieją powiedzieć, że zależy im na rozmowie.
Najlepiej oczywiście nazywaj to szacunkiem do siebie. To brzmi lepiej niż strach. Nie będziesz się narzucać. Nie będziesz latać za nikim. Nie będziesz pokazywać, że komuś zależy bardziej. Masz godność. Masz zasady. Masz życie. Tylko dziwnym trafem cała ta godność siedzi wieczorem przy telefonie i sprawdza, czy ktoś był aktywny. Twoje życie zatrzymuje film co kilka minut, bo mogła przyjść odpowiedź. Ale nie napiszesz pierwsza. Nie po to tyle lat budowałaś poczucie własnej wartości, żeby teraz zniszczyć je jednym „jak ci minął dzień”.
Możesz nawet zasięgnąć opinii ekspertów. Wyślij screen znajomym. Zapytaj, czy odpowiedź po dwudziestu minutach nie będzie za szybka. Czy to serce nie jest przesadą. Czy „dobranoc” bez emotki nie wygląda chłodno. Jedna koleżanka powie, żebyś poczekała. Druga, że masz olać. Ktoś trzeci zauważy, że ostatnio ty pierwsza pisałaś, więc teraz absolutnie nie możesz. Nagle prosta wiadomość wymaga konsultacji sztabu. Każdy ma teorię. Każdy zna zasady. Nikt nie zna człowieka po drugiej stronie, ale to drobiazg. Ważne, żeby nie wyjść na zainteresowanego bez odpowiedniego zabezpieczenia.
Po kilku dniach tej gry rozmowa zaczyna przypominać wymianę komunikatów między dwoma urzędami. Poprawnie, chłodno i bez najmniejszego ryzyka, że ktoś poczuje cokolwiek. „Jak dzień?”. „Dobrze, a twój?”. „Też dobrze”. „To super”. Koniec transmisji. Jeszcze niedawno żartowaliście, wysyłaliście zdjęcia, wracaliście do tematów i coś naprawdę żyło. Teraz każde pilnuje, żeby nie dać od siebie za dużo. Więc nie daje prawie nic. Potem można powiedzieć, że rozmowa sama siadła. Sama. Pewnie zmęczyła się atmosferą i wyszła bez pożegnania.
To jest najlepsze w tym systemie. Nikt oficjalnie niczego nie zrobił. Nie było zdrady. Nie było kłamstwa. Nie było wielkiego zniknięcia. Odpowiadaliście. Byliście mili. Nikt się nie narzucał. Wszystko odbyło się z klasą. Kontakt umarł schludnie, cicho i bez odcisków palców. Można nawet nie wiedzieć, kto go zabił, bo oboje przez cały czas staliście obok z rękami w kieszeniach i miną ludzi, którzy przecież niczego nie dotykali.
Druga osoba na początku może próbować. Może napisać pierwsza jeszcze raz. Może dopytać. Może zaproponować spotkanie. Może uznać, że boisz się ruszyć pierwsza, masz swoje przejścia albo zwyczajnie gorszy tydzień. Dostaniesz kilka szans, żeby przestać grać. Nie korzystaj. Każdą próbę potraktuj jak dowód, że system działa. Ktoś wraca, czyli możesz być jeszcze chłodniejsza. Ktoś pyta, czyli zależy mu bardziej. Ktoś proponuje spotkanie, więc ty możesz łaskawie odpowiedzieć, że zobaczysz. Niech wie, że dostęp do ciebie nie jest łatwy. Najlepiej niech przez chwilę żałuje, że w ogóle spróbował.
W pewnym momencie przestanie. Nie z wielką awanturą. Nie napisze długiej wiadomości o tym, że ma dość twoich gierek. Po prostu nie odezwie się kolejny raz. Nie dlatego, że nigdy mu nie zależało. Może właśnie dlatego, że zależało wystarczająco długo, żeby w końcu zauważyć, że po drugiej stronie nie ma odpowiedzi, tylko test. Przestanie robić z twojej ciszy zagadkę. Przestanie dopisywać głębię do chłodu. Przestanie szukać człowieka pod pozą. W końcu potraktuje twoje zachowanie poważnie i uzna, że naprawdę masz wyjebane.
I właśnie wtedy zaczyna się najlepszy fragment przedstawienia. Jak to, już nie pisze. Już nie pyta. Już nie sprawdza. Już nie daje kolejnego sygnału. Przecież miał próbować. Przecież twój chłód był tylko dekoracją. Przecież pod spodem coś było. Może nawet dużo. Tylko skąd miał wiedzieć, skoro przez cały czas robiłaś wszystko, żeby nie było tego widać. Przez tygodnie pokazywałaś, że nie ma po co próbować, a teraz masz pretensje, że ktoś w końcu przestał. Udawałaś tak dobrze, że druga osoba zrobiła rzecz zupełnie absurdalną. Uwierzyła ci. Koniec pogoni za króliczkiem.
Wtedy nagle odzyskasz zdolność pisania. Jeszcze wczoraj nie dało się wysłać zwykłego pytania bez godzinnej narady z własnym ego, a dziś palce jakoś działają. Pojawi się żart, zdjęcie, temat, który przypomniał ci się dokładnie wtedy, kiedy zapadła cisza. Nie dlatego, że właśnie narodziło się wielkie uczucie. Po prostu rola zadziałała zbyt dobrze. Miała zrobić z ciebie kogoś trudnego do zdobycia, a zrobiła z ciebie kogoś, po kogo nikt już nie chce się schylać. I to nagle przestaje być zabawne.
Najbardziej ironiczne jest to, że wielu ludzi dopiero wtedy zaczyna chcieć. Nie wtedy, kiedy kontakt był żywy. Nie wtedy, kiedy można było normalnie pisać i spotkać się bez całego tego cyrku. Dopiero kiedy ktoś się oddala, nagle robi się ciekawiej. Człowiek, który miał wyjebane, przypomina sobie pytania, poczucie humoru i zdolność okazywania zainteresowania. Nie dlatego, że wcześniej nie mógł. Wcześniej był zajęty udowadnianiem, że nie musi. A teraz poza traci publiczność i cały spektakl obojętności zaczyna nie mieć dla kogo istnieć. Nie pomyl tego przypadkiem z wielkim uczuciem. Czasem to tylko ego zauważyło, że nikt już nie ogląda przedstawienia. Brakuje nie człowieka, tylko tego, że wcześniej czekał. Nie rozmowy, tylko pewności, że można było ją zacząć, kiedy się chciało. Nie bliskości, tylko widowni dla całej tej wielkiej niezależności. Kiedy druga osoba odpowie, poczujesz ulgę. Nie dlatego, że wreszcie coś zbudowaliście. Dlatego, że twoja rola nadal ma odbiorcę. Po chwili możesz znowu ostygnąć. Spektakl został przedłużony.
Można tak przeżyć całą znajomość. Z twarzą człowieka, któremu wszystko jedno. Z telefonem, który mówi coś odwrotnego. Z wiadomościami pisanymi za późno. Z odpowiedziami za suchymi. Z pytaniami, które nigdy nie padły, bo ktoś uznał, że to za dużo. Z miłymi słowami skasowanymi przed wysłaniem, bo mogłyby zrobić z człowieka kogoś zbyt ludzkiego. I potem można powiedzieć, że nie było chemii. Że rozmowa się wypaliła. Że zabrakło inicjatywy. Że druga strona chyba nie była zainteresowana. Jakie to wygodne. Zainteresowanie było po obu stronach. Tylko oboje tak dobrze je chowaliście, że na końcu każde uznało, że temu drugiemu nie zależy.
Udawaj więc dalej. Sprawdzaj telefon co pięć minut, ale odpisuj po dwóch godzinach. Czekaj na wiadomość, ale nie pisz pierwsza. Uciesz się, kiedy ktoś się odezwie, ale odpowiedz tak, żeby przypadkiem nie poczuł się zbyt pewnie. Chcesz zapytać, jak minął dzień. Nie pytaj. Chcesz napisać, że dobrze ci się rozmawia. Skasuj. Chcesz zaproponować spotkanie. Poczekaj, aż druga osoba zrobi to pierwsza, żebyś mogła łaskawie rozważyć. Każde cieplejsze zdanie przeczytaj tyle razy, aż zrobi się suche. Każdą spontaniczną wiadomość poddaj kontroli.
Pilnuj wyniku. Jeśli ktoś odpisał po godzinie, ty po dwóch. Jeśli napisał pierwszy dwa razy, teraz absolutnie musi trzeci. Jeśli wysłał serce, możesz dać uśmiech. Jeśli powiedział, że tęskni, odpowiedz żartem. Nie dawaj niczego w tej samej temperaturze. Zawsze pół stopnia chłodniej. W ten sposób druga osoba nigdy nie będzie pewna, czy jest blisko, czy tylko przypadkiem stanęła obok. A ty nigdy nie będziesz musiała zobaczyć własnego zainteresowania bez filtra, opóźnienia i regulacji jasności.
A kiedy wszystko się rozpierdoli, powiedz, że widocznie nie było zainteresowania. Powiedz, że ktoś nie umiał się starać. Powiedz, że rozmowa umarła sama. Powiedz, że zabrakło chemii. Powiedz, że miało być inaczej, ale wyszło jakoś chłodno. Tylko nie wspominaj, że przez cały czas oboje staliście z gotowymi wiadomościami i czekaliście, aż to drugie pierwsze zaryzykuje twarz. Nie wspominaj, że za każdym razem, gdy robiło się cieplej, ktoś musiał natychmiast przykręcić ogrzewanie, żeby przypadkiem nie zrobiło się zbyt dobrze. Nie wspominaj, że największą przeszkodą nie był brak zainteresowania, tylko paniczny lęk, że będzie go widać.
Na końcu zostaniesz z nienaruszoną dumą. Nikt nie zobaczył, że czekałaś. Nikt nie dostał dowodu, że zrobiło ci się miło. Nikt nie może powiedzieć, że zależało ci bardziej. Udało się. Kontakt zdechł, człowiek odszedł, telefon znowu leży cicho, ale przynajmniej zachowałaś przewagę w rozmowie, której już nie ma.
Ty nie miałaś wyjebane. Ty tylko tak długo udawałaś, aż ktoś w końcu uwierzył ci bardziej niż ty sama. GRATULACJE!Nie mów wprost, bo jeszcze ktoś zrozumie
Nie mów wprost, czego chcesz. To jest zbyt ryzykowne. Jeszcze ktoś mógłby cię zrozumieć, potraktować poważnie i wtedy skończyłaby się cała magia tego wygodnego pierdolenia w półmroku. Lepiej mówić tak, żeby niby coś powiedzieć, ale jednak niczego nie zostawić na stole. Najlepiej zdaniami, które brzmią dojrzale, spokojnie i bezpiecznie, ale po chwili człowiek orientuje się, że dostał zestaw słów bez jednej odpowiedzi. „Zobaczymy”. „Na spokojnie”. „Nie chcę niczego na siłę”. „Nie lubię presji”. „Lubię nasz kontakt”. „Nie wiem, co będzie”. „Nie chcę teraz nic deklarować”. Piękne zdania. Miękkie, śliskie, idealne do tego, żeby być trochę w znajomości, trochę poza nią, a najbardziej tam, gdzie w danej chwili jest wygodniej.
Mówienie wprost ma podstawową wadę. Zdanie zaczyna coś znaczyć. Jeśli mówisz „chcę cię poznać”, ktoś może sprawdzić, czy naprawdę próbujesz poznać. Jeśli mówisz „nie chcę niczego więcej”, ktoś może podziękować, zabrać swoje zainteresowanie i przestać czekać na zmianę zdania. Jeśli mówisz „chcę tylko seksu”, odpada cała poezja o wyjątkowej więzi, trudnym czasie i tym, że życie jest skomplikowane. Dlatego nie mów. Owijaj. Łagodź. Dodawaj słowa, które brzmią jak odpowiedź, ale nie dają się później użyć przeciwko tobie.
Najlepiej zrób to podczas rozmowy, w której druga osoba w końcu pyta, czego właściwie chcesz. Pytanie jest proste, więc musisz natychmiast je zepsuć. Spójrz poważnie. Zrób krótką ciszę, żeby wyglądało, że właśnie schodzisz bardzo głęboko w siebie. Potem powiedz, że trudno ci to określić. Że nie lubisz szufladek. Ważne jest to, co dzieje się teraz. Nie chcesz wybiegać w przyszłość. Przecież dobrze wam jest. Po pięciu minutach odpowiedzi człowiek nadal nie wie, czy chcesz związku, luźnej znajomości, seksu, przyjaźni, cotygodniowego obiadu czy tylko kogoś, kto odbierze telefon, kiedy znowu zrobi ci się pusto. Ale za to wie już, że jesteś osobą bardzo złożoną. Sukces, mamy to!
Najlepsze jest „zobaczymy”. Zdanie idealne, bo wygląda jak otwartość, choć często oznacza, że nie chcesz powiedzieć niczego, po czym druga osoba mogłaby podjąć własną decyzję. „Zobaczymy” niczego nie obiecuje, ale też niczego nie kończy. Nie mówi „zostań”, ale dziwnie się obraża, kiedy ktoś zaczyna wychodzić. Nie mówi „chcę”, ale zostawia wystarczająco dużo miejsca, żeby druga osoba jeszcze chwilę miała nadzieję. To randkowy odpowiednik poczekalni bez numerków. Siedzisz, patrzysz na drzwi i nie wiesz, czy ktoś cię za chwilę zawoła, czy cały personel dawno poszedł do domu, a światło świeci tylko dlatego, że nikomu nie chciało się nacisnąć wyłącznika. „Zobaczymy” ma jeszcze jedną wielką zaletę. Można mu później zmienić znaczenie. Jeśli znajomość pójdzie dobrze, powiesz, że przecież od początku byłeś otwarty. Jeśli się rozpadnie, powiesz, że od początku niczego nie obiecywałeś. Jeśli druga osoba zacznie traktować cię poważnie, przypomnisz jej, że miało być bez oczekiwań. Jeśli przestanie się angażować, zapytasz, dlaczego tak szybko odpuściła. Jedno słowo, cztery wersje wydarzeń i każda kończy się tak, żebyś to ty niczego nie stracił.
Drugie piękne zdanie to „na spokojnie”. Niby rozsądne. Niby dorosłe. Niby nikt nie chce po trzecim spotkaniu wspólnego konta, kredytu i imion dzieci. Tylko że „na spokojnie” bardzo często nie oznacza spokojnego poznawania się. Oznacza brak jakiegokolwiek ruchu przy jednoczesnym pilnowaniu, żeby druga osoba przypadkiem nie ruszyła bez ciebie. Spotykacie się, piszecie, wracacie do siebie, dzieje się między wami wystarczająco dużo, żeby nie nazwać tego niczym, ale za mało, żeby można było na czymkolwiek stanąć. Mijają tygodnie. Potem miesiące. Nadal na spokojnie. Jeszcze chwila i wasza znajomość dostanie własny numer pesel, ale rozmowa o tym, czym jest, nadal będzie za wcześnie. Kiedy ktoś pyta, czy to gdzieś zmierza, odpowiedz, że niepotrzebnie przyspiesza. Zawsze dobrze jest oskarżyć pytanie o prędkość, nawet jeśli od trzech miesięcy stoicie w tym samym miejscu. Ktoś mówi, że zaczyna mu zależeć. „Na spokojnie”. Ktoś chce wiedzieć, czy spotykasz się również z innymi. „Nie róbmy presji”. Ktoś pyta, czy widzisz sens dalszego poznawania się. „Oczywiście ale po co wszystko definiować”. I nagle zwykła prośba o jedno konkretne zdanie wygląda jak próba przejęcia firmy, mieszkania i dostępu do twojego konta. Człowiek zapytał, czy chcesz dalej się spotykać, a ty zachowujesz się, jakby przyszedł z notariuszem i obrączką w zębach.
„Nie chcę niczego na siłę” to już pełna klasa premium. Kto normalny chce czegoś na siłę. Nikt. Dlatego to zdanie tak dobrze działa. Bierzesz coś oczywistego, z czym nie da się nie zgodzić, i używasz tego przeciwko każdej próbie ustalenia, co się właściwie dzieje. Druga osoba nie chce cię do niczego zmuszać. Chce wiedzieć, czy ma dalej inwestować czas w człowieka, który od kilku tygodni zachowuje się tak, jakby coś budował, a przy każdym pytaniu nagle zachowuje się tak, jakby zwykła odpowiedź miała odebrać mu całą wolność. Pytanie nie jest kajdankami. Odpowiedź nie jest ślubem. Ale przy odpowiednim tonie możesz zrobić z każdej jasności zamach na wolność. Najważniejsze, żebyś nigdy nie wyjaśnił, co dokładnie miałoby się odbywać na siłę. Rozmowa. Decyzja. Przyznanie, że ci zależy. Przyznanie, że nie zależy. Wybranie godziny spotkania. Wszystko można wrzucić do jednego worka z napisem „presja” i natychmiast zakończyć temat. To bardzo praktyczne słowo. Działa jak przycisk alarmowy. Kiedy rozmowa zaczyna zbliżać się do miejsca, w którym musiałbyś odpowiedzieć, naciskasz i całe pomieszczenie ma zostać ewakuowane. Potem jeszcze możesz wyglądać na osobę spokojną, a drugą stronę zostawić z poczuciem, że zrobiła coś niestosownego, bo zadała pytanie składające się z siedmiu słów.
No i oczywiście „lubię nasz kontakt”. Kolejna perełka. Zdanie tak bezpieczne, że mogłoby chodzić po mieście w kasku. Niby miłe. Niby daje trochę ciepła. Niby coś potwierdza. Tylko nadal nie wiadomo co. Lubisz pisać wieczorem. Lubisz spotkania. Lubisz seks. Lubisz to, że ktoś pamięta o tobie w środku dnia. Lubisz mieć osobę, do której można wrócić po ciężkim tygodniu. Lubisz człowieka czy lubisz funkcję, którą pełni. Nie wiadomo. I właśnie o to chodzi. Druga osoba dostaje zdanie, którym może się przez chwilę nakarmić, a ty nie powiedziałeś niczego, za co można cię później złapać. Gdy usłyszysz pytanie, czy ten kontakt coś dla ciebie znaczy, nie rozwijaj. Powtórz dokładnie to samo, tylko wolniej. „Przecież mówię, że go lubię”. Możesz nawet dodać, że nie wszystko trzeba nazywać. To zawsze brzmi głęboko. Szczególnie kiedy chodzi o rzecz, której nie nazywasz wyłącznie dlatego, że nazwa mogłaby mieć konsekwencje. Nie wszystko trzeba definiować. Nie wszystko musi mieć etykietę. Nie wszystko jest czarne albo białe. Zgadza się. Tylko po jakimś czasie człowiek zauważa, że wszystkie kolory w tej znajomości występują wyłącznie wtedy, kiedy tobie jest wygodnie, a gdy trzeba coś powiedzieć, nagle zostaje samo szare.
Najlepszą odpowiedzią pozostaje jednak zwykłe „nie wiem”. Dwa słowa i nagle cała odpowiedzialność znika z pokoju. Nie wiesz, czy chcesz związku. Nie wiesz, czy widzisz przyszłość. Nie wiesz, czy zależy ci wystarczająco. Za to doskonale wiesz, że nie chcesz, żeby druga osoba przestała pisać, spotykać się i robić ci miejsce. Twoja wiedza kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się decyzja. W pozostałych sprawach wiedza działa świetnie. Wiesz, kiedy ma wolny wieczór, co lubi, czego się boi i jakim zdaniem zatrzymać ją, gdy robi krok w tył. Ale czego chcesz. No za chuja nie wiesz, tu nagle ciemność, awaria systemu i komunikat, żeby spróbować ponownie za kilka miesięcy.
„Nie wiem” brzmi uczciwie, bo przecież przyznajesz się do niepewności. Tylko że niepewność też może być bardzo wygodnie zarządzana. Możesz nie wiedzieć przez tydzień. Możesz przez miesiąc. Możesz przez pół roku, jeśli druga osoba ma dużo cierpliwości i mało szacunku do własnego czasu. Każdego dnia korzystasz z tego, co już między wami jest, ale termin odpowiedzi pozostaje nieznany. Nie prosisz oficjalnie, żeby ktoś czekał. Po prostu co jakiś czas przypominasz, że może warto. To nie jest odmowa, więc głupio odchodzić. To nie jest zgoda, więc głupio czegoś oczekiwać. Idealne miejsce dla człowieka, który chce mieć cudzą obecność i nadal nie podejmować własnej decyzji.
Możesz też korzystać ze zdań dwuczęściowych, bo one dają jeszcze więcej możliwości. „Jesteś dla mnie ważna, ale nie jestem gotowy”. „Nie chcę cię stracić, ale nie mogę ci nic obiecać”. „Lubię z tobą być, ale nie chcę tego nazywać jeszcze”. Pierwsza połowa podaje ciepło. Druga natychmiast odbiera mu znaczenie. Człowiek słyszy coś miłego i zanim zdąży się ucieszyć, dostaje małym drukiem informację, że nie powinien z tym nic robić. Potem może przez kolejne tygodnie żyć pierwszą częścią zdania i tłumaczyć sobie drugą. Ty oczywiście będziesz robił odwrotnie. Gdy potrzebujesz bliskości, przypomnisz, że jest ważna. Gdy potrzebuje jasności, przypomnisz, że niczego nie obiecywałeś.
Szczególnie dobrze działa „nie chcę cię stracić”. Brzmi prawie jak wyznanie, a wcale nie musi oznaczać, że chcesz z kimś być. Możesz nie chcieć stracić jej wiadomości, dostępności, ciała, wsparcia, zainteresowania albo możliwości powrotu w gorszy wieczór. Człowieka można nie chcieć stracić dokładnie tak samo, jak nie chce się wyrzucić starej ładowarki. Nie używasz jej codziennie, nie pamiętasz nawet, do czego pasuje, ale skoro leży w szufladzie, to po co podejmować pochopne decyzje, może się przyda. Oczywiście nie mów tego wprost. Powiedz, że ta osoba jest dla ciebie ważna. Ważna na swój sposób. To „na swój sposób” jest bardzo pojemne. Można w nim zmieścić wszystko oprócz konkretnego miejsca w życiu.
Oczywiście zawsze możesz zasłonić się tym, że naprawdę nie wiesz. Bardzo wygodne. Tylko dziwnym trafem wiesz wystarczająco dużo, żeby brać udział, ale nigdy tyle, żeby ponosić konsekwencje własnego udziału. Wiesz, że chcesz się spotkać, dopóki nikt nie pyta, po co. Wiesz, że nie chcesz stracić tej osoby, ale nie wiesz, czy chcesz ją wybrać. Wiesz, że jej obecność jest miła, ale twoja odpowiedź nadal pozostaje w zawieszeniu. Dziwnym trafem cała ta niepewność zawsze układa się tak, żebyś nie musiał niczego kończyć, niczego zaczynać i niczego oddawać.
Półzdania dają kontrolę. Jeśli nie mówisz wprost, możesz później dopasować sens do tego, co zrobi druga osoba. Zbliża się, więc przypominasz, że nie deklarowałeś związku. Oddala się, więc mówisz, że myślałeś, że między wami jest coś ważnego. Zostaje, więc wszystko jest dobrze i nie ma potrzeby rozmawiać. Odchodzi, więc nagle okazuje się, że chyba źle odczytała twoją ostrożność. Twoje słowa nie opisują rzeczywistości. One czekają, aż rzeczywistość się wydarzy, a potem wybierasz im znaczenie, które najmniej cię kosztuje.
Najlepsze jest to, że nadal możesz uważać się za człowieka szczerego. Przecież nie skłamałeś. Nie powiedziałeś, że będziecie razem. Nie powiedziałeś też, że nie będziecie. Nie obiecałeś. Nie odmówiłeś. Nie zaprosiłeś. Nie wyrzuciłeś. Cały czas mówiłeś prawdę, tylko w takich kawałkach, żeby nikt poza tobą nie wiedział, co z niej właściwie wynika.
Można nie wypowiedzieć jednego jawnego kłamstwa i nadal robić komuś wodę z mózgu. Wystarczy odpowiadać obok pytania. Wystarczy używać zdań, które uspokajają na chwilę, ale niczego nie wyjaśniają. Wystarczy raz powiedzieć, że nie jesteś gotowy, potem zachować się jak ktoś gotowy, a gdy druga osoba zauważy sprzeczność, wrócić do pierwszego zdania jak do paragonu. Przecież było mówione. Wszystko było jasne. Nie było. Było wygodnie rozmyte, a ty doskonale wiedziałeś, że im mniej wiadomo, tym dłużej można robić wszystko po swojemu.
Niejasność ma jeszcze jedną przewagę. Przerzuca całą robotę na drugiego człowieka. Ty rzucasz „zobaczymy”, a ona ma ustalić, czy to nadzieja, odmowa czy zwykłe tchórzostwo. Ty mówisz „lubię nasz kontakt”, a ona ma zgadnąć, czy chodzi o początek czegoś, luźne pisanie czy po prostu miejsce, do którego wracasz po porcję uwagi, kiedy znowu robi ci się pusto. Ty mówisz „nie chcę presji”, a druga osoba zaczyna się zastanawiać, czy zwykłym pytaniem naprawdę zrobiła coś złego. Po kilku takich rozmowach nie analizuje już tylko ciebie. Zaczyna analizować własny rozsądek.
To bardzo wygodny układ. Ty produkujesz zdania, a ktoś inny wykonuje całą pracę związaną z ich znaczeniem. Potem jeszcze ponosi odpowiedzialność za zły wynik. Źle zrozumiała. Za dużo sobie dopowiedziała. Za szybko nazwała. Nie wyczuła momentu. Nie uszanowała tempa. Zabawne, że w twoim języku prawie zawsze istnieje tylko jedna zła interpretacja. Ta, która czegoś od ciebie wymaga. Wszystkie interpretacje pozwalające ci zostać, wracać, brać ciepło i nie podejmować decyzji są oczywiście bardzo dojrzałe.
Dlatego każde pytanie zamieniaj w dyskusję o sposobie zadawania pytania. Ktoś pyta, czy chcesz związku. Powiedz, że nie lubisz takiego stawiania sprawy. Pyta, czy spotykasz się z kimś jeszcze. Zapytaj, skąd nagle brak zaufania. Mówi, że nie wie, na czym stoi. Odpowiedz, że nie lubisz presji, bo przecież do tej pory było dobrze. Nie odpowiadaj na treść. Oceniaj ton, moment, dobór słów, atmosferę i wszystko inne, co pozwoli ci nie dotknąć sedna. Po chwili druga osoba będzie przepraszać za pytanie, a ty nadal nie udzielisz odpowiedzi. To się nazywa skuteczna komunikacja.
Ludzie mówią czasem, że nie chcą kogoś zranić, dlatego nie mówią wprost. Piękna wersja. Bardzo szlachetna. Zamiast jednego konkretnego „nie”, wybierają osiem tygodni „może”. Zamiast powiedzieć, że chcą wyłącznie luźnego kontaktu, produkują ciepło dokładnie w takiej dawce, żeby człowiek jeszcze nie odszedł. Zamiast zakończyć coś, czego nie zamierzają rozwijać, zostawiają temat otwarty i nazywają to delikatnością. Potem są zdziwieni, że ktoś cierpi. Przecież chcieli zrobić to łagodnie. Tak łagodnie, że ból został rozłożony na raty i nikt nawet nie podał terminu ostatniej płatności.
Pamiętaj, prawdziwy problem nie polega na tym, że odpowiedź może zranić. Odpowiedź może zakończyć dostęp. Ktoś może powiedzieć, że takiej znajomości nie chce. Może zabrać rozmowy, spotkania, seks, zainteresowanie i to miłe poczucie, że zawsze jest do kogo napisać. Może nie zaakceptować twojej pięknej złożoności i po prostu wybrać coś prostszego. Dlatego trzeba uważać ze szczerością. Jedno nieostrożne zdanie i człowiek, którego trzymałeś obok, może odkryć, że ma nogi.
Najbardziej męczące znajomości nie zawsze są pełne awantur. Czasem są pełne zdań, po których nic nie wiadomo. Spotykacie się, ale rozmowa o kierunku jest za ciężka. Jest bliskość, ale każde jej znaczenie jest podobno nadinterpretacją. Są gesty, ale słowa nie mogą za nimi nadążyć. Ktoś pyta w końcu, czego chcesz, a ty wzdychasz, jakby poprosił cię o wyjaśnienie sensu istnienia, pochodzenia wszechświata i złożenie szafy, w której brakuje połowy śrub. Przecież było dobrze. Po co to psuć skoro mi się podoba. Racja. Jeszcze obie osoby dowiedziałyby się, że od miesięcy uczestniczą w dwóch zupełnie różnych wydarzeniach.
Najlepiej doprowadź do momentu, w którym druga osoba zna już wszystkie twoje zdania na pamięć. Wie, że gdy pyta o przyszłość, usłyszy „zobaczymy”. Gdy pyta o teraźniejszość, dostanie „na spokojnie”. Gdy mówi o własnych potrzebach, pojawi się „nie lubię presji”. Gdy próbuje odejść, usłyszy „przecież lubię nasz kontakt”. Cztery zdania, pełna obsługa całej znajomości. Nie musisz już nawet myśleć. Wybierasz odpowiednią odpowiedź jak przycisk w automacie i wracasz do życia bez przykrego poczucia, że właśnie powiedziałeś coś konkretnego.
W końcu człowiek po drugiej stronie zacznie rozumieć nie twoje słowa, tylko ich funkcję. Zauważy, że „zobaczymy” nigdy nie prowadzi do zobaczenia czegokolwiek. „Na spokojnie” oznacza, że wszystko ma zostać dokładnie tak jak jest. „Nie chcę presji” pojawia się zawsze wtedy, kiedy pytanie ma sens. „Lubię nasz kontakt” służy głównie do zatrzymywania go przy życiu. I wtedy wydarzy się najgorsze. Nie pokłócicie się o znaczenie słów. Ktoś po prostu przestanie ich słuchać.
Pilnuj, żeby każda twoja odpowiedź miała wyjście awaryjne. Mów „zobaczymy”, kiedy nie chcesz, żeby ktoś przestał czekać na Ciebie. Mów „na spokojnie”, kiedy nie zamierzasz zrobić żadnego kroku. Mów „nie chcę niczego na siłę”, gdy ktoś prosi jedynie o jasność. Mów „lubię nasz kontakt”, kiedy potrzebujesz podać trochę ciepła bez dokładania decyzji. Gdy zapyta drugi raz, użyj tych samych słów w innej kolejności. Gdy zapyta trzeci, nazwij to presją. Gdy zaczyna się oddalać, powiedz, że chyba źle cię zrozumiała. Dbaj o to, żeby twoje zdania nie mówiły, czego chcesz. One mają jedynie pilnować, żebyś nadal mógł chcieć wszystkiego, niczego albo czegoś zupełnie innego, zależnie od dnia i reakcji drugiej osoby.
A kiedy wszystko się rozpadnie, powiedz, że po prostu się nie zrozumieliście. To zawsze brzmi niewinnie. Dwie różne osoby, dwa języki, życie, okoliczności, zły moment. Tylko pomiń drobny szczegół, że jedna strona przez cały czas próbowała zrozumieć, a druga przez cały czas układała zdania tak, żeby nie dało się tego zrobić.
Nie bałeś się, że ktoś zrozumie cię źle. BAŁEŚ SIĘ, ŻE ZROZUMIE CIĘ DOKŁADNIE.