Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Aquila - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
13 lutego 2026
54,68
5468 pkt
punktów Virtualo

Aquila - ebook

Na Utraconych Ziemiach Ferocji rozbrzmiewa krzyk, który nigdy nie ustaje. Demon zrodzony z najgłębszych czeluści piekła przybył, by skazić ludzką duszę i ją posiąść.

Aquila Danté i jego smok - Tân od lat stanowią zaporę, której legiony piekła nie potrafiły przebić. Wszystko zmienia się, gdy na ich drodze staje demon zwany Kosiarzem Dusz. Podczas gdy Aquila toczy z nim morderczy pojedynek, a w domowym zaciszu rodzi się jego syn Falko - los szykuje dla wojownika okrutny cios. Zmagając się z żałobą i intrygami magów, Aquila musi zmierzyć się z najgorszym: łuski jego smoka zaczynają ciemnieć. A jak powszechnie wiadomo, czarne smoki to odwieczni wrogowie ludzkości. Czas lojalności nieubłaganie dobiega końca.

Jedni bohaterowie upadają, nowi powstają do walki z piekielną siłą. A Aquila musi zwyciężyć, choćby jego własny los miał zostać przypieczętowany.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8375-099-6
Rozmiar pliku: 9,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W Ferocji, na Utraconych Ziemiach, słychać dźwięk, okropny ton, który wypełnia drżące powietrze.

Może to być wycie katowanej duszy lub pomruk zduszonego wulkanu.

Jedno wiadomo na pewno: nigdy nie milknie.

PROLOG
KOSIARZ DUSZ

Na Utraconych Ziemiach Ferocji z głębin piekielnych wyłaniał się na powierzchnię demon. Przepełniała go duma, spotkał go bowiem wielki zaszczyt: miał zagarnąć zbiorową duszę rodzaju ludzkiego. Inni też zabiegali o ten honor, lecz to on go sobie wywalczył.

Wśród konkurentów znalazł się Avaddon, Cierniowy Książę, okrutny i potężny demon, któremu jednakże brakowało przebiegłości, oraz Ticălos Nikczemny, który obiecał utopić ludzką duszę w oceanie krwi. Ostatecznie tylko jeden demon okazał się godny, by iść z nim w szranki, tylko jeden konkurent miał dość siły i sprytu, aby rzucić wyzwanie istocie wyłaniającej się teraz na powierzchnię.

I kimże był ten konkurent, który niemal wyrwał mu nagrodę z rąk?

Istoty zamieszkujące królestwo wiecznego potępienia nie potrzebowały imion, lecz ludzie nadali mu miano. Nazwali go od wielkiego cierpienia, które rozpętał w ponurej pustce ich snów. Cierpienia, którego przysporzył rodzajowi ludzkiemu poprzednim razem, gdy Wierni nawiedzili ich świat. Jak brzmiało to imię? Było ono tożsame z bólem… tak, Marchio Dolor, Markiz Cierpienia.

Tylko Marchio Dolor okazał się dość silny, by stawić czoła demonowi, który teraz dźwigał się na powierzchnię grobowej krainy ludzi. Oba demony dzierżyły dostatecznie wielką moc, by pokonać Przeciwników, którzy gotowi byli stawić czoła demonicznej potędze. Lecz Marchio Dolor przegrał w starciu z silniejszą istotą, którą pchała do działania jedna ambicja, jedno pragnienie – nie chciał on zniszczyć Niewiernych, lecz ich splugawić.

Nie chciał ich zabić, lecz pozyskać dla siebie.

Oto wyłaniał się właśnie spośród cieni i płomieni, a wraz z nim cztery demony zwane hakownikami, muskularne potwory władające wielką siłą. Razem odszukają Przeciwników i nagną ich do swego gniewu.

Lecz kim był ten demon, który miał obalić herosów rodzaju ludzkiego? Nie był to olbrzym ani siłacz, nie góra mięśni przyobleczona w stal wykutą w piekielnych kuźniach. W rzeczy samej, jego ziemska postać była przygarbiona i chuda, porośnięta czarnymi piórami, wyposażona w żurawi dziób i dzierżąca potworną kosę.

Ferocjanie mówili o nim: Prințul Disperării, Książę Rozpaczy. Ale pradawni czarownicy znali go pod innym imieniem, które dokładniej odzwierciedlało jego naturę.

Zwali go Caim.

Crumenifer Caim.

Kosiarz Dusz.1
JEST JAK JEST

Aquila Danté stał u boku swojego smoka, czekając na pojawienie się demona. Dotąd żaden nie zapuścił się tak daleko na zachód, ale ten okazał się zaskakująco nieustępliwy. Tygodniami śledził grupę uchodźców, nim wreszcie postanowił zaatakować. Może teraz królowie Illicji i Beltane poważniej potraktują zagrożenie ze strony Opętanych.

Aquila spoglądał z wysoka na dalekie portowe miasto Araheim, gdzie gotowały się do drogi setki uciekinierów. Niektórzy już wsiedli na długie okręty, podczas gdy inni dopiero ciągnęli ku przystani, rozpaczliwie próbując uciec przed złem, które zniszczyło ich domy.

Po skarpie, na której stał Aquila, przetoczył się powiew wiatru, a w smoczej gardzieli wzbudził się basowy warkot.

– Spokojnie, Tân. Zaraz będzie po wszystkim.

Smok pochylił łeb i obnażył kły, a z jego paszczy uniosły się smużki dymu. Sztyletopodobne szpony wpiły się w skałę. Smok rwał się do bitwy. Zarówno on, jak i Aquila wiedzieli, że demon wkrótce zaatakuje i że dotrą do przystani przed nim.

Aquila osadził dłoń na smoczej szyi, mocniej ściskając rękojeść swojego magicznego miecza.

– Nic nie poradzimy – powiedział swojemu towarzyszowi broni. – Czasem po prostu trzeba wierzyć.

Miasto Araheim leżało na wschodnim brzegu jeziora Viegal. Stanowiło ważny ośrodek rybołówstwa i handlu. Jednak ostatnimi czasy padł na nie blady strach, bowiem ze wschodu napływali do niego uchodźcy uciekający przed Opętanymi. Teraz wsiadali oni na okręty, które miały zawieźć ich gdzieś daleko od walk.

Ostatnie zapełnione po burty jednostki były już gotowe do drogi, ale wlot do przystani został zablokowany. Ktoś przeciął cumę dziobową długiego okrętu, który odbił od doku, zagradzając drogę na rozlewające się szeroko wody jeziora. Rozwiązanie wydawało się proste: przeciąć też cumę rufową i usunąć przeszkodę, ale ta przywiązana była do przysadzistego pachołka, a na nim siedział człowiek w prostym wełnianym płaszczu, który wydawał się nie dostrzegać gniewu niemogących się doczekać wypłynięcia pasażerów.

– Dalejże – poganiał go coraz bardziej nerwowy doker. – Rusz tyłek, zanim przyjdzie portmistrz ze strażą.

Obcy uniósł skrytą w kapturze głowę, a na widok jego szarozielonych oczu robotnik portowy od razu zmienił ton.

– Spokojnie, przyjacielu – rzekł, widząc, że dłoń nieznajomego spoczywa na rękojeści miecza. – Niepotrzebne nam kłopoty. Chcemy tylko odwiązać cumę, żeby wypuścić okręty z portu.

– Niestety, nie mogę na to pozwolić – odparł tamten głębokim głosem przywodzącym na myśl mocno osadzony w ziemi dąb.

– A to czemu?

– Ponieważ na coś czekam.

– Na co? – spytał doker, ale zakapturzony już odwrócił wzrok. Spoglądał teraz ponad głową rozeźlonego mężczyzny. Zwęził powieki, wodząc spojrzeniem po zatłoczonej ulicy spływającej ku przystani.

Z tłumu niosły się wściekłe krzyki. Przez ciżbę przedzierał się portmistrz o byczym karku, a za nim pół tuzina beltańskich wojów. Na widok postaci w wełnianym płaszczu, ewidentnie przybysza z daleka, przemówił wspólnym językiem Furii, ignorując dukającego nieskładne wyjaśnienia dokera.

– Co tu się wyrabia, do kroćset?

Obcy wreszcie wstał. Wciąż kierował wzrok gdzie indziej, nie zważając ani na urzędnika, ani na jego świtę. Na jego zacienionej twarzy malował się ponury wyraz. Patrzył tam, skąd na ulicy narastała wrzawa. Ludzie mamrotali coś nerwowo, prąc szybciej ku czekającym w przystani okrętom.

Przy pachołku leżała barbuta, stalowy hełm o głębokim dzwonie. Obcy sięgnął po niego, gdy wrzawa przerodziła się w panikę. Raptem powietrze wypełniło się przerażeniem. Nie marnując czasu na nałożenie hełmu, nieznajomy ruszył naprzód.

– A ty dokąd? – zapieklił się portmistrz. – Narobiłeś kłopotów, a teraz sobie…

Urwał w pół zdania, gdy obcy bezceremonialnie odepchnął go na bok. Jeden z wojowników porwał się, by zastąpić mu drogę, ale zakapturzony mężczyzna uniósł dłoń i zbrojny dryblas poleciał w tył, jakby staranował go niewidzialny wóz.

W głębi ulicy mamrotanie narosło do okrzyków strachu, gdy w powietrzu pojawił się mroczny cień, jakby to rozdarła się materia czasoprzestrzeni. Niektórym udało się odskoczyć na bok, podczas gdy inni stali jak wryci, gapiąc się w przerażeniu na wyłaniającą się z ciemności postać. Demon.

Mierzący prawie dziesięć stóp i potężnie zbudowany stwór o koźlej głowie i ludzkim ciele, o ślepiach i szponach wydzielających ognistą poświatę, kontrastującą z czarną jak węgiel skórą.

Ludzie rozbiegli się na wszystkie strony, potykając się w panice o własne nogi, tratując się wzajemnie, byle tylko uciec przed płonącym lękiem, który pragnął ich pochłonąć. Wszyscy salwowali się ucieczką, wszyscy poza nieznajomym w prostym wełnianym płaszczu.

Strwożeni ludzie mijali go, gdy szedł nabrzeżem, wkrótce zaczął przepychać się przez gęstniejący tłum, nie zatrzymał się nawet wtedy, gdy jakiś człowiek ucapił go za poły płaszcza i zawył po beltańsku:

– Við erum dauðir! Við ætlum öll að deyja! Już po nas! Wszyscy zginiemy!

Obcy parł naprzód, ale wystraszony mężczyzna nie chciał go puścić, aż wreszcie wełniane okrycie zsunęło się z ramion nieznajomego, ukazując zbroję, pancerz naznaczony piętnem wielu bitew, wgnieciony i nadpalony po latach wojen. Na metalowych elementach wytrawione były zawiłe wzory, magiczne znaki broniące przed czarami, bowiem noszącym go człowiekiem okazał się mag bitewny zwany Symeon le Roy.

Demon wreszcie go dostrzegł, jednak to już nie miało znaczenia. Symeon przez ostatnie dwanaście godzin ukrywał przed wrogiem swoją obecność, żywiąc nadzieję, że uda mu się zwabić go do portu. Wraz z Aquilą od dwóch tygodni usiłowali zaatakować demona, ale za każdym razem piekielny stwór wycofywał się z powrotem w mrok.

Tchórz, acz przebiegły; wiedzieli, że stwór czeka na okazję, by wyrządzić jak największe szkody, aby uderzyć w miejscu, gdzie zgromadzi się jak najwięcej ludzi.

Z tego właśnie powodu Aquila i Tân schowali się na uboczu, podczas gdy ukryty magicznym sposobem Symeon czekał, aż stwór wykona ruch. Teraz nie zdoła już się wymknąć i Symeon dostrzegł wahanie w jego ślepiach. Demon zrozumiał, że popełnił błąd.

Z jego gardzieli poniósł się ryk, od którego zatrzęsła się ziemia, i potwór zwrócił się ku uciekającym ludziom. Długa kończyna wystrzeliła naprzód i buchnęły z niej czarne płomienie, które trwożliwie nazywano ogniem wiecznym. Piekielne języki pożerały ciało i paliły dusze, lecz tym razem smuga demonicznego płomienia nie dosięgnęła uciekinierów. Szybko niczym myśl Symeon otoczył demona kulą magicznej mocy i ogień zakotłował się w jej wnętrzu, raniąc tego, który go zrodził.

W demonicznych ślepiach zapłonęła nienawiść i stwór zaczął się wycofywać. Udeptana ziemia ulicy zaczęła czernieć, gdy kreatura otwierała portal do podziemnego świata. Ale Symeon już był gotowy. Z jego lewej ręki wystrzeliła błękitna błyskawica, która uderzyła w ziemię i zakłóciła działanie magii, usiłującej przebić się przez barierę oddzielającą dwa światy. Prawa dłoń chwyciła za miecz i wojownik rzucił się naprzód. Jego siwiejące włosy rozwiały się za nim i Symeon już znalazł się przy demonie, który właśnie wyprowadzał magiczny atak.

Gęsta kula płomieni pomknęła z rykiem w stronę maga bitewnego, a ten ledwie miał czas, by odskoczyć na bok, nim wżarła się głęboko w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą się znajdował. Symeon usłyszał paniczne krzyki oraz wrzaski bólu. Ognista kula nadszarpnęła uciekający tłum, jednak mag nie mógł teraz pomóc ludziom.

Uświadomiwszy sobie, że nie zdoła uciec, demon zamachnął się pazurzastą łapą i posłał prosto w Symeona rozchodzącą się horyzontalnie niczym wielki wachlarz falę nadtopionego żużlu. Mag bitewny przetoczył się pod nią, a grad pocisków huknął w budynki po drugiej stronie ulicy. W ścianach otworzyły się wyrwy, balkony runęły na ulicę, a Symeon zatrzymał się na jednym kolanie i z rozmachem ciął potwora mieczem po zgięciu nogi.

Stwór zaryczał i uderzył w mężczyznę; szpony jego prawej łapy drasnęły bok hełmu, nim wpiły się w naramiennik. Tak potężne uderzenie zdruzgotałoby ludzkie ramię, ale mag bitewny w ostatniej chwili wzmocnił swoje ciało, nasycając je magiczną energią. Mimo to impet posłał go na ziemię i ledwie zdążył odtoczyć się na bok, nim spadło na niego ciężkie, najeżone ostrzami kopyto.

Symeon okręcił się i podniósł, w klindze jego miecza wzbudził się pomruk. Dźwięk przybrał na sile i wszedł w wysokie tony, a potem osiągnął śmiercionośne crescendo, gdy demon zawirował w miejscu i wyprowadził kolejny cios, mający zmiażdżyć żebra przeciwnika. Nie doszło do tego jednak, gdyż potwór przechylił się na bok, a z jego paszczy dobył się zduszony jęk, kiedy Symeon potężnym rąbnięciem uciął mu nogę przy samym biodrze.

Ciemna, podobna do rtęci krew trysnęła na piaszczystą ulicę, a demon zachwiał się w przód. Zwalił się na ziemię, ale zdążył jeszcze chwycić Symeona – jego szpony zacisnęły się na łydce maga bitewnego i zapłonęły czarno-purpurowym płomieniem. Wojownik zacisnął zęby, czując, że demon zaraz złamie mu nogę i że płomienie wiecznego ognia już sięgają po jego duszę. Ale duszy maga bitewnego nie da się tak łatwo zagarnąć.

Symeon nadzwyczajnym wysiłkiem woli stłumił demoniczny ogień, aż ten cofnął się do ręki potwora, rażąc jego skórę, która natychmiast zaczęła pękać, ukazując znajdującą się pod spodem świecącą magmę. Stwór zacharczał z bólu i syknął nienawistnie przez zaciśnięte zęby, a potem zginął, gdy brzmiący miecz Symeona rozpłatał mu czaszkę. Uścisk zelżał i demon znieruchomiał na ziemi, która spijała jego czarną krew. Czarne cielsko rozsypało się w masę popielnych drobinek, a te uleciały z wiejącym od jeziora wiatrem.

Symeon wciągnął powietrze do płuc i wbił szarozielone spojrzenie w pokonanego przeciwnika, zredukowanego do masy pierwiastków, które nie występowały w świecie ludzi. Demon pochodził z innego miejsca… skądś obok… skądś głębiej. Lecz teraz przestał już istnieć.

Mag bitewny cofnął się od dymiących szczątków i rozejrzał, chcąc zobaczyć, ilu jest rannych. Ujrzał ludzi naznaczonych oparzelinami i czarnymi śladami w miejscach, gdzie uderzył w nich płonący grad. Jedna dziewczynka zawodziła przez złamaną nogę. Stratowali ją uciekający w panice ludzie. Siedziała na ziemi, a matka usiłowała ją pocieszyć. Symeon nasycił swoją klingę magiczną mocą, a ona błysnęła światłem, doznając oczyszczenia. Następnie, nie zważając na krew broczącą spod hełmu z rozcięcia na głowie, wsunął miecz z powrotem do pochwy i pospieszył z pomocą.

– Pokaż – powiedział, klęknąwszy przy matce dziewczynki.

Kobieta, nie otrząsnąwszy się jeszcze z szoku, skierowała na niego mętne spojrzenie.

– Usłyszałam jej płacz – powiedziała ze wstydem wymalowanym na twarzy. Zahaczyła córkę spojrzeniem. – Chciałam do niej biec, ale nie mogłam… tak się bałam…

– Jesteście już bezpieczne – uspokoił ją Symeon. – Zło, które usiłowało was rozdzielić, już przeminęło. – Dotknął policzka matki, tak by poczuła coś z jego mocy. Gdyby miała opisać to słowami, powiedziałaby, że czuła ciepło i nadzieję, które nie wymazywały jej winy, lecz pomagały ją znieść. Następnie mag bitewny zbliżył się do córki i położył jedną dłoń na jej skrwawionym czole, drugą zaś na złamanej nodze.

– Trzeba ją będzie nastawić – powiedziała matka. W jej głosie brzmiało przerażenie, wiedziała bowiem, co będzie musiała jeszcze znieść dziewczynka, ale Symeon tylko się uśmiechnął.

– Nie obawiaj się – rzekł, zaciskając dłonie po obu stronach złamania. Oczy rannej błyszczały strachem, ale wtedy dłonie maga bitewnego zajaśniały płomieniem i dziewczynka zassała z mocą powietrze, czując, jak po jej nodze rozchodzi się ciepła wibracja. – A powiedz… – zagadnął Symeon – widziałaś kiedyś smoka?

Wysoko w niebie nad portem Symeon czuł nieomylnie obecność smoka Aquili, Calona Tâna. Spostrzegł, że dziewczynka podnosi wzrok. Wybałuszyła oczy i otworzyła szeroko usta, gdy zbliżający się smok sfrunął na ziemię. Przyćmiona uzdrawiającą energią i ogarnięta podziwem prawie nie zauważyła, kiedy Symeon nastawił jej nogę.

– Jakieś kłopoty? – spytał Aquila, lawirując przez tłum, który zgromadził się wokół imponującego karmazynowego smoka.

– Drasnął mnie w głowę, obił ramię i prawie zabił płonącym żużlem, ale ogólnie to nie, żadnych kłopotów.

Aquila uśmiechnął się i podszedł bliżej, by przyjrzeć się ranie na głowie Symeona.

– A ty i Tân? – Mag bitewny skrzywił się, gdy Aquila zsunął palcami brzegi rany, przyspieszając proces gojenia magią. – Musiałeś go powstrzymywać?

Obaj mężczyźni zwrócili spojrzenia na siedzącego pośród zadziwionych twarzy smoka. Był jednocześnie wyniosły i zmieszany, lecz dość dobrze znosił bycie w centrum uwagi.

– Wiedział, że sobie poradzisz – powiedział Aquila. – Dziękujmy losowi, że ten demon był sam. Tamci dwaj książęta prawie zabili Aureliana.

Aurelian Cruz był magiem bitewnym z królestwa Clemoncé. Zrzędliwy wojownik oraz jego smok akurat walczyli z Opętanymi w Beltane, gdy raptem zaatakowały ich dwa potężne demony. Aurelian został wówczas okaleczony, a jego smoka zdeformowało mordercze uderzenie ognia wiecznego, gdy osłonił rannego maga własnym ciałem.

– Dobrze, że on i Dwimervane przeżyli.

– Choć niewiele brakowało. W dodatku stracił rękę, będzie więc jeszcze bardziej wredny niż zwykle.

– Jest silny – rzekł Symeon. – I Dwimervane też.

– Wiem, ale nie możemy pozwolić, by ginęli ludzie tacy jak Aurelian Cruz.

– Prawda. Lecz pamiętaj… wkrótce do naszych szeregów dołączą trzej młodzi magowie bitewni, którzy niebawem ukończą szkolenie.

– Z Illicji, Thraecji i Beltane.

– Zgadza się. No i wciąż mamy takich ludzi jak ty i Bellator.

Aquila uniósł brew.

– Stawiasz mnie w jednym szeregu z Bellatorem?

– Tylko ze względu na kruchość twojego ego. – Symeon opromienił przyjaciela uśmiechem.

– Nie wykręcaj mi się. – Aquila uniósł rękę. – Akurat będzie na naradzie wojennej w Eltz. Nie omieszkam go powiadomić, że twoim zdaniem jestem silniejszy od niego.

– Daj spokój, nie drocz się z nim – odrzekł Symeon. – Wiesz przecież, że Beltańczyk nie będzie się śmiał z valenckich żartów.

Aquila zaśmiał się, bo wiedział, że to prawda.

– Chodźmy – powiedział Symeon. – Zaprowadźmy uchodźców na okręt, a potem weźmiesz udział w naradzie wojennej, zanim wrócisz szybko do tej swojej pięknej żonki. Już i tak siedzimy tu dłużej, niż zamierzaliśmy. Nawet Eleanora w końcu zacznie się martwić.

Aquila znów buchnął śmiechem i położył dłoń na ramieniu przyjaciela. Nie znał kobiety silniejszej niż Eleanora. Wciąż zdumiewało go, że zgodziła się poślubić maga bitewnego, choć przecież pamiętał odpowiedź, której udzieliła, gdy w końcu jakoś udało mu się oświadczyć.

– Właściwie pytanie brzmi… – W jej głosie słyszało się wyzwanie. – Czy to ty poślubisz mnie. Wiesz przecież, że wróg będzie próbował wykorzystać mnie przeciwko tobie.

– Niech tylko spróbuje – odparł wówczas Aquila.

– Dlatego właśnie – odpowiedziała, błyskając zielonymi oczami – moja odpowiedź brzmi: tak.

Aquila pamiętał, jak go wówczas pocałowała, a potem minęła, by złożyć dłoń na karmazynowym policzku Tâna.

– Zresztą jaka kobieta nie chciałaby poślubić mężczyzny, który może zabrać ją na przejażdżkę na smoku? – dodała.

Aquila uśmiechnął się do wspomnień i zerknął na Tâna, gdy twarz Eleanory zajaśniała w jego umyśle, a potem zastąpiła ją ognista smuga, górskie kwiaty i słońce zachodzące za dalekimi górami.

Tak – powiedział w myślach Aquila. Jest tym i nie tylko tym.

Pozwolili beltańskim uchodźcom podziwiać karmazynowego smoka, a sami wrócili do przystani, gdzie wyraźnie skruszony portmistrz powitał ich, skłoniwszy pokornie głowę. Symeon odpowiedział skinieniem i ruszył ku grupie ludzi, których odzienie zdradzało, że pochodzą z Valencji, królestwa leżącego na wschodzie, gdzie nie dotarły jeszcze armie Opętanych.

Niektórzy byli obwieszeni charakterystycznymi torbami uzdrowicieli, ale przynajmniej połowa miała na sobie pancerze. Rycerze pochodzili z rodzinnego miasta Aquili i Symeona, z Caer Dour. Ci dzielni mężczyźni poszli na wojnę z własnej nieprzymuszonej woli, żywiąc nadzieję, że ta nigdy nie zbliży się do ich domów. Aquila i Symeon posłali im pełne uznania uśmiechy i podeszli bliżej.

– Cadell – powiedział Aquila i uścisnął dłoń rycerzowi, który, sądząc po jakości pancerza, musiał pochodzić z wysokiego rodu.

– Danté – odpowiedział tamten na powitanie.

– Gerallt. – Symeon przeniósł spojrzenie na drugiego rycerza, ponurego mężczyznę o jasnokasztanowych włosach.

Wymienił pozdrowienia z pozostałymi krajanami, a potem gestem wskazał kobietę, która stała z pochyloną głową, obejmując się ramionami.

– Kim jest ta Thraecjanka?

– Nazywa się Asclepios – odpowiedział ten nazwany Geralltem. – Heçamedes Asclepios. Wraz z mężem przebyli Zatokę Barinthusa, nim skierowali się na północ, aby nam pomóc.

Dwaj magowie bitewni otaksowali kobietę wzrokiem. Jej ciemne włosy i karnacja były typowe dla południowych rubieży Furii.

– Znalazła się daleko od domu – skomentował Symeon.

– Jest oddana sprawie i kompetentna – zaręczył Gerallt. – Po prostu wzięła na siebie zbyt wiele.

– A jej mąż? – indagował Aquila, lecz rycerz pokręcił znacząco głową.

– Nie ma jak wrócić do domu, uznaliśmy więc, że zabierzemy ją ze sobą do Caer Dour.

– Jest ranna? – spytał Symeon.

– Nie. Uciekła w głąb siebie i inni uzdrowiciele nie potrafią do niej dotrzeć.

– Po prostu opiekujcie się nią – poradził Aquila. – Znam kogoś w rodzinnych stronach, kto zdoła jej pomóc.

Gerallt kiwnął głową i cofnął się, gdy na nabrzeże wstąpiła grupa pięciu mężczyzn w płaszczach koloru głębokiej purpury. Pycha kroczyła przed nimi jak chorąży i ludzie szybko schodzili im z drogi.

– Magowie – mruknął Symeon. – Przyszli na gotowe. Typowe.

Aquila obrzucił grupę chłodnym spojrzeniem, zwróciwszy się przodem do tego, który wystąpił, żeby się z nim rozmówić.

– Czy wolno spytać, która z was, tak zwanych Wielkich Dusz, uznała, że to dobry pomysł zwabić demona w sam środek rojnego miasta? – rzucił czarodziej, nie kryjąc się z pogardą.

Żuchwa Aquili drgnęła, pierwszy jednak odezwał się koncyliacyjnym tonem Symeon:

– Musieliśmy wyciągnąć go na otwartą przestrzeń. Nie mogliśmy ryzykować, że zaatakuje okręty, gdy te wypłyną na jezioro.

– A nie przyszło wam na myśl, żeby wpierw powiadomić nas?

– Myśleliśmy, że magowie już odpłynęli – zawarczał Aquila. – Pierwsze okręty były pełne purpurowych szat.

Blady czarodziej oblał się rumieńcem, jego nozdrza poruszyły się, gdy dotarło do niego, że mag bitewny zarzuca jego kaście tchórzostwo.

– Nie możemy dopuścić, aby którykolwiek z magów dostał się w ręce wroga – wymówił wolno. – Posiadamy wiedzę, której musimy strzec.

– Na pewno – wymamrotał Aquila i spuścił wzrok.

– Ty musisz być tym, którego zwą Aquila Danté.

Mag bitewny podniósł wzrok na czarodzieja.

– Ten czerwony smok na ulicy należy do ciebie.

Symeon stężał, dostrzegłszy spojrzenie przyjaciela.

– Jego łuski są bardzo ciemne – ciągnął purpurat. – To raczej głęboki karmazyn niż czerwień.

– I cóż z tego? – spytał Aquila tonem zaprawionym złowróżbną nutą.

– Tylko tyle, że najwyraźniej ciemnieją. Wyślemy wiadomość do wieży magów w Caer Dour. Jedynie po to, aby przypomnieć o ich powinności, w razie gdyby zrobiły się całkiem czarne.

– Miną lata, nim to nastąpi – rzekł Aquila głosem dalekim od przyjacielskiego. – Lecz nie frasujcie się. Znam swoją powinność, i on także. Gdy nadejdzie czas, żaden czarodziej nie będzie mi musiał o niej przypominać. Sam go zabiję.

Mag wydawał się zdumiony obcesowym tonem maga bitewnego.

– Chodziło mi tylko o to… – zaczął, ale Aquila wszedł mu w słowo:

– Już ja wiem, o co ci chodziło. Próbujesz podkreślić swój autorytet, bo w obecności ludzi takich jak my czujesz się nieważny.

Wszelka nadzieja na rozładowanie atmosfery rozwiała się jak kamfora. Purpurat zacisnął wargi w wąską kreskę.

– Po prostu kiedy następnym razem przyjdzie wam do głowy, by stwarzać zagrożenie dla ludzi, poinformujcie nas o tym. – Z tymi słowy strzepnął dłonią i mała grupa magów wyszła za przywódcą na ulicę.

– Aquila… – zaczął Symeon, lecz jego kompan tylko uniósł dłoń.

– Chodź – rzekł z uśmiechem. – Wyrzućmy z głowy tych niedowartościowanych głupców, którzy pomogli nas szkolić. Musisz wracać do domu, a ja muszę lecieć do Eltz.

– Nie zbaczaj z drogi – przestrzegł go Symeon. – Nie wdawaj się już w walki. Johannus i Sigrúna mają nasz region pod swoją pieczą, możemy więc odpocząć i odzyskać siły. Sam wiesz, że Sigrúna dostaje piany, kiedy podkradasz jej potyczki.

Aquila zaśmiał się i razem pomogli uciekinierom z Valencji wsiąść na okręt, gdzie Beltańczycy powitali ich jak honorowych gości.

– A więc wyruszasz wieczorem? – powiedział Aquila, podając przyjacielowi ostatnią torbę z jego osobistymi rzeczami.

– Jeśli tylko uda się załadować na pokład Stoltura – odpowiedział Symeon. – Wskaż mu Opętanych, a ten rumak wykaże się odwagą godną lwa. Znacznie gorzej radzi sobie na pokładzie okrętu. – Zaśmiali się obaj, a potem Symeon dodał: – Aquilo… co się tyczy Tâna…

– Nie przejmuj się tym – przerwał mu Danté. – Tamten mag mówił prawdę. Wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy smok czernieje. Tân nie może znieść myśli, że miałby kiedyś skrzywdzić człowieka. Jest jak jest.

Przez chwilę tylko patrzyli na siebie oczami wypełnionymi głębokim smutkiem, jaki mógł zrozumieć jedynie mag bitewny.

– Niestety, przyjacielu – rzekł Symeon. – Jest jak jest.2
COŚ O WIELKIEJ MOCY

Daleko na Utraconych Ziemiach, w miejscu nieopodal granicy oddzielającej Illicję od Beltane, mag bitewny imieniem Bellator Prinos krok po kroku oczyszczał znaczny obszar na południowy wschód od miasta Farnstadt. Wysunięty daleko za linie wroga Bellator przeczesywał wzgórza i doliny, szukając osad odciętych przez postępujące wojska Opętanych. Przez ostatnie kilka dni natrafił na kilka ukrywających się pośród wzgórz plemion, które miały nadzieję wymknąć się wrogim armiom, ale Bellator wiedział, że to tylko kwestia czasu, nim Opętani ich wykryją. Wyprowadził więc ludzi spomiędzy wzgórz ku utartym szlakom, kierującym się na zachód.

Bellator wiedział, że ma jeszcze połacie lądu do sprawdzenia, lecz teraz zamierzał już odejść. Za dwa dni miał stawić się na naradzie wojennej w mieście Eltz. Musiał zaraz ruszać, jeśli chciał zdążyć na czas. A jednak z jakiegoś powodu się wahał. Stojąc na skalistym wzniesieniu, toczył spojrzeniem po osmaganych wiatrem wzgórzach na wschodzie. Smok obok niego zmrużył przeraźliwie złociste ślepia i wydał z siebie zatroskany pomruk.

– Já – powiedział Bellator w narzeczu Plemion. – Też to wyczuwam.

Smok zwał się Illviðri. Było to budzące podziw stworzenie o mocnym ciele pokrytym łuskami w kolorze głębokiego, szarawego turkusu, który przywodził na myśl zimową burzę. Razem owe dwie Wielkie Dusze walczyły z Opętanymi na całej illicyjskiej granicy aż do gór Riffin na południu. Potrafili wykryć wroga nawet z wielkiej odległości, lecz teraz czuli coś innego. Tam, w dziczy, pojawiło się coś zgoła innego i Bellator już potrafił stwierdzić, że owo coś jest znacznie potężniejsze od wszystkich demonów, z jakimi dotąd walczył. A skoro tak, to dowództwo musiało jak najszybciej się o tym dowiedzieć.

Westchnął głęboko i zwrócił się na północny zachód, gdzie leżało odległe miasto Eltz. Naprawdę powinien już ruszać na naradę, jednak jeśli to zrobi, nie odkryje natury tego nowego zagrożenia. Rozważył swoje możliwości, a potem przypomniał sobie jednego ze zwiadowców z Farnstadt, który wracał do miasta z meldunkiem. A gdyby tak poprosić go, by poinformował radę o tym, że Bellator bada właśnie możliwość pojawienia się nowego demona? Wtedy nawet gdyby opuścił naradę, przynajmniej dowódcy poznaliby powód.

Kiwnął głową.

– Porozmawiamy ze zwiadowcą – powiedział do Illviðriego. – A później rozejrzymy się szybko za tym nowym źródłem ciemności. Tylko rzucimy okiem, a potem pomkniemy jak wiatr na spotkanie w Eltz.

Siedzący obok Illviðri uniósł głowę i wypełnił płuca potężnym haustem powietrza. Bellator poprawił miecz, przewiesił tarczę przez plecy i nałożył na głowę grawerowany hełm. Zatoczył kręgi ramionami, czując na sobie pokrzepiający ciężar kolczugi, a potem wskoczył zręcznie na grzbiet Illviðriego.

A więc nowy demon przedostał się do świata ludzi. Czymkolwiek był i jakimikolwiek piekielnymi mocami władał, stawią czoła temu potworowi.3
NA TLE NOCNEGO NIEBA

Daleko na północy Valencji nad miasteczkiem Caer Dour zachodziło słońce. Pobielone ściany budynków i pomarańczowe dachówki mroczniały wraz z narastającą szarówką, gdy ostatnie promienie niknęły za chropawą linią gór. Cień spowijał miasto, ale wysokie klify wciąż łapały światło, kontrastując z pustym jesiennym niebem. Na jednym z nich pojawiła się postać kobiety o długich, ciemnych włosach poruszanych tchnieniem wiatru. Ubrana była w spodnie wpuszczone w pasterskie buty, a z jej ramion zwieszał się prawie do kolan luźny fartuch. Biel bluzki odcinała się od ogorzałej skóry, a przed chłodem chroniła ją dopasowana kamizela z owczej skóry.

Jej pas obciążał miecz, na szyi miała zawieszony smoczy wisior. Kobieta wyglądała jak ktoś dobrze zaznajomiony z dziczą i mało kto odgadłby, że pochodzi z wysokiego rodu, że mieszka w wielkiej posiadłości na południu miasteczka.

Kobieta zwała się Eleanora Danté i była żoną Aquili. Jej jasnozielone oczy szkliły się, gdy sięgała wzrokiem daleko na wschód. Codziennie wspinała się tutaj szlakiem wiodącym z miasta i wypatrywała wracającego męża. Zwykle Eleanora, lub Ela, jak zwali ją sąsiedzi, wspinała się jeszcze wyżej, lecz w minionych tygodniach zaczęła się nieco oszczędzać. W krótszych wycieczkach towarzyszyła jej przyjaciółka, inna mieszkanka miasta, która trzymała teraz na rękach swojego ośmiomiesięcznego syna.

Ta przysadzista kobieta miała przyjazną twarz, lecz karnację znacznie bledszą od Eli. Ona nie czuła się już tak dobrze na takich wysokościach, usiadła więc w osłoniętym miejscu i tuląc dziecko do piersi, patrzyła na podobną do kamiennej figury, stojącą nieruchomo przyjaciółkę. Tą drugą kobietą była Caitrin Merryweather. Niewykluczone, że jej syn umarłby, gdyby Eli nie było przy porodzie.

Tobias urodził się kaleką. Położna zasugerowała, że może lepiej, aby chłopiec osunął się w śmierć, niż gdyby miał znosić cierpienie i upokorzenie, jakie z pewnością staną się treścią jego życia. Ela odmówiła.

Położna nie była osobą zimną czy okrutną; po prostu poród często okazywał się traumatyczny, a lata patrzenia na ludzkie nieszczęście sprawiły, że w kwestiach cierpienia obcego dla większości ludzi dominował u niej twardy pragmatyzm.

Caitrin dźwignęła się na nogi i stanęła u boku przyjaciółki.

– Czy nie masz tego dość? – spytała. – Nigdy nie wiesz, czy i kiedy wróci.

Ela westchnęła, a jej dłoń powędrowała do smoczego wisiora na szyi.

– Nie – odpowiedziała. – Raczej ogarnia mnie podniecenie na myśl, że to może dzisiaj.

– A kiedy już wiadomo, że to jednak nie dzisiaj?

– Wtedy miewam dość – przyznała Eleanora. – Wtedy moje serce wypełnia smutek, a osamotnione łoże tym bardziej ziębi.

– A jednak przychodzisz tu codziennie, dzień po dniu.

Ela uniosła głowę i zaczerpnęła tchu, który zadrżał jej w ustach.

– Przychodzę, bo dzięki temu czuję się mu bliższa – wyznała. – A moja samotność jest ledwie cieniem wyzwań, jakim on musi stawiać czoło.

– I nie przeszkadza ci to, że walczy za kogoś innego?

Teraz Ela obróciła się i osadziła wzrok na przyjaciółce. Caitrin niemal cofnęła się, widząc ogień w jej oczach.

– Może się wydawać, że wojna toczy się daleko stąd, lecz ona ciągle się zbliża. Nigdy nie zapominaj, że ci, którzy walczą, odganiają potwory od naszych drzwi.

– Ależ ona toczy się przecież daleko stąd – nie ustępowała Caitrin. – Niektórzy twierdzą, że Opętani w ogóle nie istnieją, że ci wojownicy są po prostu najemnikami, którzy za pieniądze walczą w nie swojej sprawie.

– A ty tak twierdzisz?

– Oczywiście, że nie! Tyle że są w mieście zgorzknialcy i cynicy.

– Myśl o tym, że ktoś gotów jest rzucić na szalę własne życie, aby komuś pomóc, uwiera ich szczególnie dotkliwie, bo tym bardziej podkreśla ich własną nikczemność.

Caitrin kiwnęła głową.

– Ja jestem dumna z tych, co ruszyli do walki. Dobrze wiedzieć, że nasza mała mieścina odwala swoją część roboty.

Ela uśmiechnęła się na te słowa.

– Chodźmy – powiedziała. – Wkrótce zrobi się ciemno. Czas wracać na dół.

Jakby chciał przyznać kobiecie rację, zakwilił owinięty w bety Tobias.

– Cichaj, syneczku – wymruczała do niego Caitrin. – Nakarmię cię w domu. – Z matczyną wprawą wsunęła Tobiasa do nosidełka na piersi.

– Jak on się miewa? – chciała wiedzieć Ela, gdy schodziły po skalistej ścieżynie.

– Jakoś sobie radzi. Na pewno rośnie w siłę, ale wciąż niewiele łapie, chyba tylko katar. Co rusz kaszle i prycha.

– Ale uśmiecha się radośnie, a jego spojrzenie jest pełne życia – dodała Ela.

– To prawda. Julius jest święcie przekonany, że rozumie każde słowo, jakie przy nim wypowiadamy.

– Julius kocha syna z całego serca – stwierdziła Ela i twarz Caitrin rozpromienił ciepły uśmiech.

– A wiesz, to dziwne… – podjęła po chwili Caitrin. – Czasem tak dziwnie na mnie patrzy. Zupełnie nie jak dziecko.

– Mówisz? – Ela spojrzała na nią uważnie.

– Czasem gdy mocniej boli albo gdy zmagam się z myślami o tym, co nadejdzie… wtedy mam wrażenie, że słyszy również te słowa, których nie wypowiadamy.

Ela wydęła wargi i wolno kiwnęła głową.

– Tak jak wtedy, kiedy wzięłaś go na ręce – mówiła dalej przyjaciółka. – Zaślinił ci sukienkę, a potem pochylił się nad twoim łonem i powiedział: „bobo, bobo”.

Ela zmarszczyła brwi i oparła dłoń o swój zaokrąglony brzuch. Ciąża trwała już szósty miesiąc i wyraźnie rysowała się pod ubraniem. Pamiętała ten dzień, który przywołała Caitrin. Tobias rzeczywiście poklepał ją małymi rączkami i powiedział coś podobnego. Zupełnie jakby widział coś, co wymykało się spojrzeniu.

– Ależ się Julius ucieszył – podjęła Caitrin. – Bo Tobias mało co mówi, a Julius ciągle wisi nad nim i trajkocze, żeby mały wymówił swoje pierwsze „tata” lub „mama”.

– Na pewno niedługo rozgada się na dobre – stwierdziła Ela, a Caitrin nagle łzy napłynęły do oczu.

– Mam tylko nadzieję, że będę mogła troszczyć się niego jak najdłużej, nim nadejdzie czas i Julius będzie musiał mnie zastąpić.

Ela posłała przyjaciółce smutny uśmiech. Caitrin rzadko mówiła o swojej chorobie, jednak ta nigdy nie opuszczała jej zupełnie, wisiała niczym mroczny cień w kącikach oczu kobiety. Nikt nie wiedział, czy zostały jej lata, czy miesiące, ale każdy widział gołym okiem objawy, które niechybnie musiały przywieść ją do śmierci.

– Doszłaś dzisiaj do Jastrzębich Stopni – powiedziała Ela, niezbyt umiejętnie próbując ją pocieszyć.

– To prawda. A kiedy urodzisz dziecko, zajdziemy jeszcze wyżej.

– I kto wie? – podjęła Ela. – Może wkrótce rzeczywiście zobaczymy lecącego po niebie smoka.

– Och, bardzo bym chciała! – podekscytowała się Caitrin. – Sama wiesz, że dotąd widziałam Tâna tylko dwa razy, i to z daleka.

– Kiedy wróci Aquila, poproszę, by cię przedstawił.

– Naprawdę?! – wykrzyknęła Caitrin.

– Oczywiście! Tân trzyma się z dala od miasteczka, bo ludzie są nerwowi przy smokach, ale on naprawdę jest zaskakująco łagodny.

– Chyba że akurat rozdziera gardło jakiemuś demonowi – powiedziała Caitrin, a drżenie jej głosu powiedziało Eleanorze, że jej własny entuzjazm także podszyty był obawą.

Dwie kobiety zaśmiały się, lecz uśmiech zaraz spełzł Eli z ust, gdy zastanowiła się dłużej nad tym, co właśnie usłyszała…

Rozdziera gardło jakiemuś demonowi.

To samo można było powiedzieć o Aquili. Jakie to dziwne, myślała sobie, że człowiek zdolny do tak wielkiej przemocy potrafi jednocześnie być tak ciepły i delikatny. Często rozważała tę rażącą różnicę między cichym życiem, jakie wiedli mieszkańcy Caer Dour, a tymi, których ojczyznę najechali Opętani. Takie porównania budziły w niej mieszankę współczucia i poczucia winy. Tok jej myśli przerwał głos Caitrin.

– Popatrz tylko, kto na nas czeka – rzuciła, wskazując ruchem głowy dwóch mężczyzn stojących przy ścieżce na obrzeżach miasteczka.

– Szczęście niepojęte – wymamrotała Ela. Niefrasobliwa nuta sarkazmu zabrzmiała w jej głosie, lecz serce zerwało się do biegu, a rysy twarzy skrzywiła obawa.

Mężczyźni nosili purpurowe szaty magów. A oni czasem otrzymywali wiadomości od magicznych wież zlokalizowanych bliżej frontu. Może mają jakieś wieści o Aquili? Ela wyprostowała się i zadarła głowę, gdy wraz z Caitrin zrównały się z mężczyznami.

– Pani Danté, pani Merryweather – przywitał się starszy z dwóch czarodziejów. Nazywał się David Ghent i nosił tytuł veneratu, mistrza magów Caer Dour.

Był średniej budowy i wzrostu, roztaczał aurę dobrego dziadka, co nietypowe, gdyż magowie byli zwykle aroganccy i nieprzystępni. Jego bladoniebieskie oczy zazwyczaj skrzyły inteligencją, lecz teraz spowijał je cień troski. Lata przed objęciem funkcji veneratu Ghent odegrał kluczową rolę w szkoleniu Aquili, pomógł młodemu magowi bitewnemu okiełznać i właściwie ukierunkować jego moc. Był jednym z niewielu czarodziejów, którzy zaskarbili sobie szacunek Aquili. Zaniepokoiła się więc, widząc wyraz jego twarzy.

– Lordzie Ghent – wymówiła Ela z niejaką rezerwą. – A to…?

– Lord Saker – przedstawił towarzysza starzec, wskazując mężczyznę gestem. – Obejmie schedę po mnie, gdy mój czas dobiegnie końca.

Lord Saker skłonił się z naglącą oszczędnością, co tylko wzmogło obawy Eli. Z niebieskich oczu Ghenta biło ciepło, w spojrzeniu Sakera wyczuwała chłód. Jego brązowe oczy były tak ciemne, że aż prawie czarne.

– Macie wieści z frontu? – spytała Ela wprost, a dwaj mężczyźni wymienili niepewne spojrzenia.

– Tak – odrzekł Ghent. – Zaledwie kilka godzin temu otrzymaliśmy wiadomość z wieży magów w Blestemie, nieopodal illicyjskiego miasta Eltz.

Ela wstrzymała oddech.

– Twój mąż oraz mag bitewny le Roy wrócą niebawem do Caer Dour.

Ela zdławiła rozpaczliwą ulgę, która wydusiła jej powietrze z płuc.

– To dobre wieści. Dziękuję wam za nie. – Raz jeszcze Ghent i Saker wymienili spojrzenia.

– Czy jest coś jeszcze? – dopytała Ela, a Ghent odczekał chwilę, nim wreszcie odpowiedział.

– Otrzymaliśmy także wieści od wielkiego veneratu Slayne’a z wieży magicznej w Blestemie. Zdaje się, że tamtejsi czarodzieje niepokoją się stanem smoka lorda Dantégo.

Ela nasrożyła się.

– Oni od zawsze niepokoją się jego stanem – odrzekła lodowato.

– Rzeczywiście – przyznał veneratu. – Lecz jeśli wierzyć najświeższym doniesieniom, jego łuski jeszcze nigdy nie były tak ciemne.

– Ale czarne nie są – odpowiedziała Ela, a jej dłoń spoczęła na rękojeści miecza. Czekała na odpowiedź Ghenta.

– Nie. Czarne nie są.

– Nie ma więc o czym mówić. Mogą minąć lata, nim łuski Tâna zupełnie sczernieją, a wówczas mój mąż zrobi, co będzie musiał zrobić. Nie potrzebuje, by magowie przypominali mu o tym obowiązku. Zanim ten dzień nadejdzie, magowie powinni raczej pilnować własnych spraw.

Stojąca przy Eli Caitrin zakryła dłonią nerwowy uśmiech. Nie pierwszy raz Eleanora Danté stawała okoniem w sprzeczce z magami i choć Caitrin nie potrafiła sobie wyobrazić w tej roli siebie, to ogarnęła ją duma z odważnej i ognistej przyjaciółki.

Z kolei Ghent dobrze rozumiał irytację Eli, nie mógł jednak zignorować wiadomości od wielkiego veneratu Slayne’a… Smok znany jako Calon Tân rzeczywiście stawał się coraz ciemniejszy, a magowie mieli na niego oko. Ale nie było już sensu drążyć tematu, więc jego odpowiedzią na słowa Eli był krótki ukłon.

– A zatem życzymy paniom dobrej nocy.

Nikt nie rozmawiał z magami w ten sposób i choć veneratu Ghent nie zdradzał się ze zdenerwowaniem, to Morgan Saker nawet nie próbował się z nim kryć. Czarodzieje mieli się za lepszych od zwykłych ludzi i było nie do pomyślenia, aby mieszkańcy rozmawiali z nimi jak równy z równym. Saker wysunął żuchwę, a w jego ciemnych oczach zapłonął ogień, ale Ela ani myślała odpuścić. Nawet w szóstym miesiącu ciąży potrafiła zrobić wrażenie samą postawą i spojrzeniem. Saker pokręcił głową, jakby nie potrafił zrozumieć, kto wziąłby taką heterę za żonę.

Obaj mężczyźni ruszyli ścieżką tam, gdzie jakieś trzy mile dalej stała wieża magów. Ela jeszcze chwilę wpatrywała się w ich plecy, a potem sama zwróciła się do Caitrin.

– Chodźmy – rzuciła. – Lepiej nakarmić Tobiasa, nim zacznie płakać na ulicy.

Gdy ruszyły naprzód, Caitrin obejrzała się jeszcze na mężczyzn w purpurowych szatach, którzy zaczęli wspinać się po kamienistej skarpie.

– Jemu niedawno urodziło się dziecko – powiedziała. – A przynajmniej jego żonie.

– Komu? – zdziwiła się Ela.

– Lordowi Sakerowi – powiedziała Caitrin. – Jego żona urodziła chłopca zaraz przed tym, kiedy na świat przyszedł Tobias.

Ela była zdumiona. Na myśl by jej nie przyszło, że magowie mogli mieć żony.

– Właściwie to strasznie smutne – pociągnęła Caitrin. – Będzie opiekować się dzieckiem przez pierwsze cztery lata, a potem zostanie wysłana do zacisza w Caer Laison.

– A co się stanie z dzieckiem?

– Gdyby to była dziewczynka, zostałaby z matką – powiedziała Caitrin. – A ponieważ urodził się chłopiec, zacznie się szkolić na maga.

– Przecież to jeszcze małe dziecko… – powiedziała Ela. – Nie dziwota, że magowie tak się separują od reszty świata.

Szły w ciszy, aż zbliżywszy się do obrzeży miasteczka, zatrzymały się pod średniej wielkości willą. Z kuchni dobiegał zapach jedzenia. Zmierzch gęstniał, a z otwartych drzwi wylało się na ulicę światło, gdy stanął w nich barczysty mężczyzna.

– Toż to pani Danté! – zawołał radośnie. – W samą porę! Właśnie dodałem do kurczaka ostatnie przyprawy, te z południa. Witaj, moja kochana – dodał, całując wchodzącą na werandę Caitrin.

Eleanora uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową.

– Dziś nie mogę, Juliusie. Muszę ogarnąć rachunki i zaplanować pokrycie stu owiec.

– Roboty w gospodarstwie zawsze pod dostatkiem – powiedział Julius z uśmiechem.

– Innym razem – rzuciła Ela na odchodnym.

– Innym razem – potwierdził Julius Merryweather, a potem obrócił się ku żonie i schylił się, żeby ucałować dziecko. – Jak się miewa mój synek? – spytał, gdy cała trójka wchodziła do domu.

Ela uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie. Jej własny dom leżał kawałeczek za miasteczkiem, na wzniesieniu wychodzącym na winnicę i leżące poniżej pastwiska. Z chęcią do niego wracała, lecz gdy przecinała Caer Dour, słyszała dobiegające z chat odgłosy innych rodzin, które przypomniały jej, jak pusta bywa jej własna.

„Czy nie masz tego dość? Nigdy nie wiesz, czy i kiedy wróci”.

Przypomniała sobie słowa Caitrin, wychodząc z miasteczka traktem. Gdy stały na klifach, odpowiedziała jej szczerze, lecz w ludzkim sercu jest dość miejsca, by pomieścić kilka prawd. A inna była taka, że rzeczywiście życzyłaby sobie, by Aquila bywał w domu częściej i żeby nie musiała ciągle bać się o jego życie. Nadrabiała miną i udawała, że za nim nie tęskni, choć przecież tęskniła. Och, gwiazdy na niebie, tęskniła, i to bardzo.

Raptem opadło ją zmęczenie i przycisnęła dłoń do rozrośniętego brzucha, prąc dalej przed siebie. Odgłosy Caer Dour cichły za jej plecami, a światło ćmiło się z nadejściem wieczora. Kwadrans później skręciła na drogę wiodącą już prosto do domu. Niebo wciąż było czyste, pod nieobecność słońca jaśniało głębokim błękitem. Na wschodzie dźwigał się na nie księżyc w pełni, błyszczące żółte koło, rosnące w oczach nad horyzontem pofałdowanym dalekimi wzgórzami.

Znalazłszy się sto jardów od domu, skręciła z drogi i stanęła na skalnej wychodni, by nacieszyć oczy widokiem. Nagle zerwał się wiatr, który owionął jej odsłoniętą skórę rześkim powiewem. Poczuła, jak poruszyło się dziecko w jej łonie, i uśmiech wypłynął jej na wargi. Przyłożyła rękę tam, gdzie je poczuła. Już miała odejść, gdy coś przykuło jej wzrok. Wpatrzyła się w niebo na wschodzie… Tak, daleki kształt na tle nocnego nieba.

Serce podskoczyło Eli w piersi. Ktoś inny mógłby pomylić ten ciemny kształt z konturem nocnego ptaka, a większość ludzi w ogóle nie zwróciłaby na niego uwagi. Ale Eleanorze nie tylko kształt i wielkość zdradziły, czym naprawdę był, również przypływ radości oraz poczucie mocy, która spływała ku niej z wysoka.

To był Aquila Danté na grzbiecie swojego karmazynowego smoka, którego imię znaczyło Płomienne Serce. To był jej mąż, jej mąż wracał wreszcie do domu. Ela złożyła dłonie na brzuchu i pochyliła głowę, by przemówić do rosnącego w jej łonie dziecka.

– Popatrz, mój mały sokoliku – szepnęła, czując, że oczy jej łzawią od wiatru. – Tata wraca. – Eleanora Danté uśmiechnęła się serdecznie. – Ojej… – dodała, jakby zaśmiała się z żartu, który tylko ona rozumiała. – Ależ się zdziwi na twój widok.4
SERCE WYPEŁNIONE NADZIEJĄ

W górach Illicji młody człowiek ściskał w dłoni miecz, który dopiero co został wykuty w jego własnym magicznym ogniu. Ostrze brzmiało dźwięczną, stalową nutą. Pozyskanie go w rytuale Assay kosztowało młodzieńca wszystkie siły. Był to jego ostatni sprawdzian maga bitewnego przed udaniem się w góry, gdzie miał podjąć próbę przywołania smoka. Mężczyzna czuł się silny, pozyskawszy swoje magiczne moce, uspokoił więc rozkołatane serce, zawsze bowiem istniała możliwość, że przywołanie nie doczeka się odpowiedzi. Taki cios niełatwo mu będzie znieść, ale najważniejsze było, że w końcu jest gotów dołączyć do wojny z demonami Opętanych. Mieć smoka u swego boku to wielkie ułatwienie… marzenie, które – miał nadzieję – wkrótce się ziści.

Pośród wzgórz Thraecji inny młody człowiek wpatrywał się w ostatnie promienie słońca, które ślizgały się po wypolerowanej stalowej klindze jego miecza. Owiała go ciepła, wieczorna bryza. Miecz nie tyle lśnił, co świecił wewnętrznym światłem. Brzmiała w nim głęboka nuta, rezonująca z muzyką duszy młodzieńca. Zamyślił się nad tym, co czeka na niego w przyszłości. W swoich wczesnych latach szkolił się na uzdrowiciela, lecz teraz stał się magiem bitewnym i najlepszym sposobem na ratowanie życia było w jego rozumieniu stawianie czoła demonom, które usiłowały je odbierać ludziom. Rytuał Assay się dokonał; miecz i zbroja należały do niego. Pozostało tylko przywołać smoka i młodzieniec czuł, jak ogarnia go podniecenie. Jakże będzie wspaniale, jeśli jakiś smok odpowie na jego wezwanie, i jak trudno, jeśli żaden tego nie zrobi.

Na dzikim wybrzeżu Beltane syn rybaka wsłuchiwał się w ton, jaki wydzielał jego miecz, świeżo wykute ostrze, które zdawało się śpiewać do wtóru szumu morskiej bryzy. W morzu tkwiła wielka moc, tak jak i w mieczu. Była też obecna w nadziei, która płonęła w piersi młodzieńca. Leżące na wschodzie królestwo Beltane padało ofiarą Opętanych i oto świeżo upieczony mag bitewny palił się do walki. Pozostało mu już tylko wezwać smoka, ale syn rybaka czuł zdenerwowanie. Co, jeśli jest kimś takim jak Symeon le Roy z Valencji albo Jürgen Focke z Illicji, dwaj magowie bitewni, których przywołania pozostały bez odpowiedzi. Młodzieniec westchnął, wspomniawszy słowa ojca.

– Jesteś rybakiem – powiedział jego ojciec. – Możesz tylko zarzucić sieć i być dobrej myśli.

Młodzieniec spochmurniał. Wiedział, że słowa wypowiedział życzliwie, ale jego ojciec żywił nadzieję na sieć pełną ryb, podczas gdy on liczył na smoka.DROGI CZYTELNIKU,

dziękuję, że dołączyłeś do mnie, byśmy razem mogli przeżyć przygodę z „Aquilą”. Wiem, że to dość mroczna opowieść, ale pamiętaj, że niniejsza historia jest tak naprawdę prequelem książki pod tytułem „Mag bitewny”. Wszystko zostanie w końcu wyjaśnione i wszystkie zagadki rozwiążą się same, gdy bohaterowie „Aquili” dołączą do Falka i jego przyjaciół we „Frelsunie”, trzeciej i ostatniej części trylogii „Dusze Furii” („The Souls of Wrath”).

Jeśli więc, mimo złamanego serca, wciąż możesz powiedzieć, że przeczytałeś „Aquilę” z przyjemnością, zostaw, proszę, krótką recenzję na Amazonie. Będę bardzo wdzięczny!

Jeśli chciałbyś napisać coś o moich książkach lub po prostu powiedzieć „cześć”, skontaktuj się ze mną na Bluesky (@theflanston.bsky.social) lub X (@TheFlanston) lub przez moją stronę internetową: www.peterflannery.co.uk.

Pozdrawiam serdecznie!

Peter
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij