Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Architekt Rzeczywistości. Wiosna - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
24 czerwca 2026
3074 pkt
punktów Virtualo

Architekt Rzeczywistości. Wiosna - ebook

Przyszłość została zaprogramowana... ale nie wszyscy się na nią godzą.

Klaus Vogt jest tylko programistą w potężnej korporacji Your Tomorrow. A przynajmniej tak mu się wydaje… do dnia, w którym otrzymuje zagadkową wiadomość od nieznanego nadawcy.

To ona prowadzi go do odkrycia prawdy na temat tajnych projektów firmy – eksperymentów biologicznych przeprowadzanych poza wszelką kontrolą oraz kosmicznego obiektu, który pojawił się na orbicie Ziemi dokładnie w chwili narodzin pewnych dzieci.

W tym syna Klausa.

Szybko staje się jasne, że to nie przypadek. Gdy prawda na temat manipulacji YT wychodzi na jaw, do niebezpiecznej gry wkraczają ci, którym cudem udało się wyrwać spod wpływu systemu. Zmuszeni do działania, podejmują się misji, od której może zależeć przyszłość całej ludzkości.

Jeśli zawiodą, świat, jaki znali, przestanie istnieć.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-594-2
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

„Już w 1989 roku korporacja Your Tomorrow była w posiadaniu 33% światowego rynku: od skarpetek po energetykę jądrową i podbój kosmosu. Oficjalnie. Bo nieoficjalnie? Ich macki sięgają dalej, niż ktokolwiek śmie przyznać. Papierologia kłamie. Oni są wszędzie. Kontrolują, manipulują, dyktują nam, kiedy oddychać i w jaki sposób to robić. Jesteśmy jak woda w ich rurach, płyniemy tam, gdzie otworzą zawór. Ale woda może znaleźć szczelinę, wyżłobić własne koryto. Nam tę szansę odebrano.

Rok 1990, hiperinflacja dusi każdego, od ulic Nowego Jorku po slumsy Bombaju. To ich dzieło. A winnych? Brak. Potem Kuwejt, Somalia, Zatoka Perska. Wojny, kryzysy, chaos zaprojektowany w gabinetach, gdzie liczą się tylko zyski i zasoby, które wkrótce się wyczerpią. I co wtedy? Czy ktoś w ogóle myśli o „potem”? Wybory? Teatr. Kataklizmy? Inżynieria. Wszystko sztuczne, wszystko na sprzedaż. Czas dobiega końca.

Jest jednak iskra nadziei. Matka Ziemia ma plan. Widziałem go. Nadchodzi dzień, w którym planeta zwróci się przeciwko swojemu najgroźniejszemu drapieżcy – człowiekowi. Ale nie wszyscy staną po złej stronie. Będą tacy, którzy chwycą za broń w imię przetrwania. _Homo homini lupus est_. Człowiek człowiekowi wilkiem. Wilki tworzą watahy. Mają przywódców, hierarchię, instynkt przetrwania. Może tym razem wilcza natura okaże się naszym zbawieniem. Może tym razem stado zjednoczy się przeciwko prawdziwemu wrogowi. Czeka nas walka. Ostatnia. I tylko od nas zależy, czy przetrwamy jako marionetki, czy jako ci, którzy przecięli sznurki”.

Siedzący przed komputerem Klaus Vogt wpatrywał się w tekst, który wypluwała tajemnicza jednostka. Jego dłonie wbijały się w blat biurka. Coś tu było nie tak. Każdy piksel na ekranie zdawał się drżeć od ukrytej grozy, a słowa, które się pojawiały, miały w sobie coś niepokojąco osobistego.

„Nie rozumiem” – odpisał na czacie, a jego palce zawisły nad klawiaturą zamiast wrócić do podpierania się. – „Skąd ty to wszystko wiesz”?

„To żaden sekret. To oczywistość, tylko nikt nie patrzy” – odpowiedział nieznajomy, a każde zdanie zdawało się pulsować coraz błyskotliwszym spostrzeżeniem. – „Gdybyś nie wierzył w moje słowa, nie kliknąłbyś w link”.

Klaus poczuł dreszcz, który przebiegł mu po plecach jak zimne palce obcej istoty. Ten ktoś po drugiej stronie wiedział o nim więcej, niż powinien – może więcej niż on sam. Mimo że był zdolnym informatykiem, a przy okazji lekkim paranoikiem, nie spodziewał się, że informacje, które teraz otrzymywał, mogą być aż tak… szczegółowe. Pracował dla YT, a niedawno poproszono go o stworzenie programu do przewidywania zamieszek społecznych – systemu, który nie tylko analizowałby ich przyczyny, ale też potrafił je wywoływać i kontrolować. Projekt był ściśle tajny, a jednak…

Niezdarnie poderwał się z fotela i na moment odszedł od czata. W tym pośpiechu przewrócił kubek i rozlał resztki czarnej jak smoła gorzkiej kawy.

– Cholera – syknął przez zęby, patrząc, jak ciemna plama wsiąka w drewno blatu.

Wszedł do kuchni i sięgnął po papierowy ręcznik, by wytrzeć płyn, ale jego myśli wciąż krążyły wokół tego, kim jest osoba po drugiej stronie.

W przedpokoju, na starym wieszaku, wisiała jego ulubiona, znoszona, brązowa skórzana kurtka – przesiąknięta zapachem papierosowego dymu i wspomnień, które teraz wydawały się odległe jak sen. Wciągnął jej aromat głęboko w płuca, jakby mógł w ten sposób odzyskać kontrolę nad sytuacją. Ale czy na pewno chciał wiedzieć, co czeka go dalej?

Wyjął z kurtki otwarte opakowanie mocnych, czerwonych papierosów, wytrząsnął jednego i przytrzymał go między zębami, zanim sięgnął po zapalniczkę. Gdy wracał do pokoju, dym wypełnił jego płuca. Mimo że był gorzki, to jednak znajomy i przyjemny, ale nawet ten rytuał nie przyniósł ulgi. Ekran komputera wciąż pulsował nowymi wiadomościami.

„Zapal tego papierosa i czytaj uważnie” – pojawiło się na czacie, jakby nieznajomy widział każdy jego ruch.

Klaus zamarł na moment z palcami zaciśniętymi wokół filtra. To niemożliwe. Kamera? Mikrofon? A może coś głębszego, coś, co śledziło go od dawna, czego nawet nie był świadomy? Przełknął ślinę i wrócił do klawiatury. Szare smugi dymu wiły się przed monitorem, zacierając granicę między rzeczywistością a tym, co wyświetlał ekran.

„Kim jesteś?” – chciał wysłać wiadomość, ale odpowiedź przyszła, zanim nawet skończył pisać.

„Tym, który wie, co zrobisz. I tym, który wie, co jeszcze musisz zrobić”.

Kłęby dymu uniosły się w powietrzu, a Klaus poczuł, jak zimny pot ścieka mu po plecach. To nie był już tylko czat. Historia toczyła się dalej…

„Rok 1994 – sylwestrowa zagłada i kosmiczne przełomy. Gdy świat wznosił toasty, każdy po swojemu śpiewał _Auld Lang Syne_ i wpatrywał się w fajerwerki, każdy miał swój sposób na ten wieczór, Your Tomorrow odpaliło własny pokaz sztucznych ogni – rakietę Life01, mającą zbadać obiekt, który nie powinien istnieć. Coś, co się zbliża. Coś, co wzbudza ekscytację i strach. Ten nowy gość na niebie łamie wszelkie prawa fizyki: kręci się w złą stronę – jak zegar, który został nakręcony w odwrotnym kierunku. Pędzi dziesięć tysięcy razy szybciej niż cokolwiek, co było znane ludzkości. Dotychczas znana astronomia przechodzi kryzys – czy ten obiekt naprawdę tak się zachowuje? Naprawdę taki jest? YT wie o nim więcej, niż przyznaje. Bo oni wiedzą wszystko.

Pamiętasz rok 1939? Wyjątkowy był w waszym kraju i na świecie, kosmos też to odczuł.

To rok, w którym kosmos się budził, a człowiek od dekad przygotowywał się na to spotkanie. Pierwszy sygnał nadszedł siedemdziesiąt trzy lata temu – gdy Słońce wyrzuciło w stronę Ziemi wiązkę plazmy, która zmieniła coś w naszej atmosferze. Oficjalnie – »zjawisko naturalne«. Nieoficjalnie? Pierwszy test. YT od tamtej pory budowało armię naukowców – wyciągało geniuszy z uniwersytetów, laboratoriów, więzień, szpitali psychiatrycznych. Fizycy, astronomowie, chemicy, inżynierowie. Ci, którzy widzieli więcej niż inni. Ci, którzy byli zbyt dobrzy, by żyć w normalnym świecie. A teraz? Mają broń.

Silnik Jinx: maszyna, która niszczy życie. Nazwa nie jest przypadkowa. Jinx – przekleństwo, fatum, zguba. Gdy się uruchamia, wysysa światło, dźwięk, nadzieję. W promieniu stu kilometrów nie ma już nic. Tylko czerń. Nie pył, nie popiół – unicestwienie. Jakby Bóg wymazał kawałek rzeczywistości.

Life01 miał być przełomem. Stał się masowym grobem. Tysiące ludzi? Setki tysięcy? Nie ma ciał. Nie ma śladu. Tylko pustka. Ale YT nie zatrzyma się. Bo ten obiekt… to dopiero początek.

Nadchodzi wojna, której nikt nie zrozumie. Ziemia vs. Człowiek? Może. Człowiek vs. To, Co Nadlatuje? Pewnie. YT vs. Reszta Świata? To już się dzieje. Oni grają w grę, której reguł nie znamy. A my? Jesteśmy pionkami, paliwem, statystykami. Jednak…

Jeśli ten obiekt jest tym, czym się wydaje… To może być nasza jedyna szansa, by wyrwać im ster. Czas ucieka. Czy zdążymy to zrozumieć, zanim będzie za późno?”

Klaus uderzył w klawisze z nerwowym impetem. Jego palce drżały lekko nad klawiaturą, nim napisał na czacie.

„Co masz na myśli?” – spytał, po czym wytarł wilgotne dłonie w spodnie, zanim wysłał wiadomość.

Chwila ciszy, w czasie której widział tylko migający kursor i dym z papierosa, wijący się w powietrzu jak dusząca pętla.

W końcu odpowiedź przyszła, ale nie jako tekst. Ekran zaszumiał nagle, a w głośnikach rozległ się stłumiony, zniekształcony głos:

– Nie pytaj, co mam na myśli. Pytaj lepiej… czy jesteś gotów odkryć, co ty o tym wszystkim sądzisz.

Mężczyzna cofnął się odruchowo na krześle, jakby głos wydobywał się nie z komputera, ale z samego pokoju. Z ciemności za jego plecami.

„Nie mamy czasu na twoje wątpliwości” – wyświetliło się na czacie. Litery, jak krople czarnego atramentu, wsiąkały w ekran. „Oni już go szukają. Tak jak innych. Wiesz, o czym mówię”.

Klaus zerwał się, przewracając krzesło. Telefon był w jego dłoniach, zanim zdał sobie sprawę, że wybiera numer szkoły.

– Nie zadzwonisz. – Głos z komputera był teraz całkiem wyraźny, metaliczny i zimny. – Bo jeśli to zrobisz, oni usłyszą. A wtedy będzie za późno.

Palce Klausa zawisły nad ekranem smartfona. Wiedział, że to nie jest żaden hack, żaden głupi żart.

– Co mam zrobić? – wyszeptał.

– Nie przerywaj i skup się, potem zrozumiesz – odezwał się głos, a potem znów zaczął pisać.

„Nawet ogień bał się spojrzeć w czarną otchłań po Jinxie. Grupa operacyjna, która miała nadzorować misję, zamarła w bezsilnym przerażeniu. Na ich ekranach rozgrywała się niema apokalipsa – Life01 nie poleciał w kosmos. Zniknął. A wraz z nim wszystko w promieniu stu kilometrów. Nie była to eksplozja. Nie był to żaden dźwięk. Tylko nicość. Członkowie zespołu widzieli tę śmierć przez kamery. Słyszeli jej szum w słuchawkach – jak odgłos oddechu tuż za plecami. Żaden nie śmiał mrugnąć. Strach sparaliżował ich powieki. Ale jedna osoba nie bała się wcale.

Stała w drzwiach trzystumetrowej sali operacyjnej, patrząc na wielki ekran z dzikim błyskiem w oczach. Se94 – SolarEclipse94 – to jej dziecko. Nowy obiekt na niebie. Teoretycy spiskowi szeptali, że to znak końca świata. Ona wiedziała, że to dopiero początek.

Margarita w dłoni. Tylko jedna oliwka. Zawsze tak samo. Richard, jej wierny sługa i jedyny prawdziwy przyjaciel, stał obok – cichy, posłuszny, martwy w środku. Wychowany przez tego samego człowieka, który ulepił Pannę M. Ale tam, gdzie on był lojalnym cieniem, ona była żywym płomieniem. Demonem w ciele kobiety.

Jej przydomek „M” nie wziął się znikąd. To skrót od Masakry.

Jej usta nie potrzebują szminki – są czerwone od cudzej krwi. Obcasy? Ich stukot to seria z kałasznikowa. Każdy krok, to strzał w twarz tym, którzy mają czelność oddychać w jej obecności. Uśmiech? Szyderczy. Spojrzenie? Jak dłonie gwałciciela – obmacuje, poniża, zostawia ślad. Picasso namalował _Kobietę z kotem_. Gdyby odwzorował Pannę M., obraz płonąłby czarnym ogniem.

Na ekranach obiekt wirował wbrew prawom fizyki. Panna M. drżała z podniecenia. To nie zagłada. To jej prezent urodzinowy. Za chwilę spotka się z pięćdziesiątą wiosną. Świat myśli, że to koniec. To jednak nowy początek. Jinx był tylko testem. Se94 to prawdziwa broń.

Richard milczał. Wiedział, co się stanie. Nikt nie ucieknie.

Gdy reszta świata patrzy w niebo z lękiem, Panna M. ściskała kieliszek mocniej.

– W końcu coś zabawnego – szepnęła, oblizując wargi.

A gdzieś w głębi kosmosu coś jej odpowiedziało. Obiekt przyspieszył.

– Richardzie. – Jej głos przeciął powietrze jak nóż. Powoli obróciła głowę w jego stronę, kocie pazury (czarne, ostre, zawsze gotowe do zadrapania) zaciskały się wokół kieliszka Margarity. – Czy ty to widzisz? Dlaczego nie cieszysz się jak ja? Może chcesz drinka? Nie czekała na odpowiedź. – Przynieście mu to, co mi! Tylko szybko!

Czy to był rozkaz? Prośba? Groźba? Nikt nie pytał. Nikt nie ważył się oddychać zbyt głośno, Richard jednak nadal stał nieruchomo.

– Dziękuję, pani Melanie. Nie piję.

Jej oczy zwęziły się w szczeliny.

– Ile razy prosiłam, byś nie mówił do mnie pani? Ile to lat będzie, jak się znamy?

– W tym roku… czterdzieści.

– No właśnie! – W jej głosie zabrzmiała sztuczna radość. – Napij się! Jest co świętować! Czy dobrze widzisz, co dzieje się na ekranie? POWIĘKSZCIE OBRAZ! I dlaczego NIC NIE SŁYCHAĆ?!

Dziesięć minut później sala wypełniła się toksycznym monologiem Panny M. Jej słowa odbijały się od ścian jak kule – bez celu, bez sensu, zatruwając powietrze. Nikt nie śmiał jej przerwać.

W tym czasie Life01 dotarł do celu.

– Houston, jesteśmy. Wszystko według planu.

Piiiiip.

Owacje.

– CISZA! – ryknęła M., miażdżąc kieliszek w dłoni. – To dopiero początek!

Podczas gdy M. pękała z dumy, Richard (biofizyk molekularny, Yale, z wyróżnieniem) sprawdzał stanowiska. Tlen – wystarczy. Zapasy – w normie. Paliwo – obliczone w pamięci. Dlaczego tu jest? Cztery lata w związku – tamtej kobiecie dał wszystko, ale nie potrafił jej kochać. Wrócił do M. »Oddałbym część rozumu, żeby dostać chociaż połowę serca«. Teraz opiekuje się Panną M., mając nadzieję, że w jej czarnej dziurze po duszy została jakaś iskra. Naiwny”.

Klaus wpatrywał się w pulsujący kursor, czując, jak rzeczywistość wokół niego rozmywa się jak sen. Jego syn, Lutz, urodził się dokładnie w chwili, gdy to coś pojawiło się na ziemskiej orbicie.

„To był sygnał. A dzieci urodzone tego dnia… są kluczami” – pisał nieznajomy.

Mężczyzna przed komputerem zaciągnął się papierosem tak głęboko, że aż zakręciło mu się w głowie. Żar w płucach przypomniał mu o czymś, co dawno pogrzebał w umyśle – strach, który teraz wracał, rozpalony do białości.

Architekt.

To imię (jeśli to w ogóle było imię) przewijało się w najtajniejszych plikach YT, w zaszyfrowanych folderach, do których dostęp mieli tylko nieliczni. Nawet Klaus, mimo swojej pozycji, znał je tylko z pogłosek – szeptów między programistami, którzy później… znikali.

Ekran komputera znów ożył.

„Znajdź go, niewiele o nim wiem, ale…

Oto jego historia.

Wszystko zaczęło się w środku nocy, gdy on, gdzieś w Polsce, przychodził na świat.

– Szybciej, do cholery! Ja rodzę! – Kobiecy głos rozdarł noc jak nóż.

– Szybciej nie mogę! – W odpowiedzi mężczyzny czaił się bezsilny gniew.

– To nie mów mi tego, tylko jedź!

Warkot silnika Fiata 126p zagłuszył jej słowa. Milczenie. Gęste, ciężkie, przerywane tylko jej świszczącym oddechem.

– Daleko jeszcze?! – wysapała. Jej palce wpiły się w plastikową deskę rozdzielczą.

– Kawałek.

– Jaki kawałek?! Przed chwilą mówiłeś, że zaraz będziemy! Twoje zaraz już minęło!

– Już blisko.

– To też mówiłeś!

Znowu milczenie. Tym razem bardziej wymowne niż tysiąc słów.

– Wody! Wody mi odeszły, będziesz miał co sprzątać przez to, że tak wolno jedziesz!

Cisza, w którą wcisnęło się tylko skrzypienie zawieszenia na kolejnej dziurze.

– Ile jeszcze?!

– Ostatni zakręt i jesteśmy.

– Aaaaa! – Jej krzyk wypełnił kabinę. – Miał być za dwa tygodnie! Śnieg sobie wybrał na narodziny! Jeszcze czego!

Polska w roku 1995 była krajem rozdartym między przeszłością a przyszłością. Dźwigała ciężar skutków transformacji ustrojowej jak niewygodny, ale modny płaszcz po starszym bracie. W tym tyglu sprzeczności – między peerelowskimi sklepami „za żółtymi firankami” a nowymi marketami, między trabantami a pierwszymi mercedesami – tliła się nadzieja. Na lepsze jutro, na miłość, na normalność.

Godzina była nadal wczesna. Kościoły spóźnione – ich dzwony nie zdążyły jeszcze wezwać wiernych na poranną mszę. Ale mały Cezary nie zamierzał czekać. Od miesięcy słyszał przez powłoki brzuszne, jak piękny jest świat: jak złoci się słońce, jak pachną konwalie (które, jak powtarzał ojciec, przypominały mu matkę – »niewinną, czystą i delikatną jak ich dzwoneczki«). Chłopiec od poczęcia miał swoje kaprysy. Uwielbiał chleb. Matka, Anna, w ciąży pochłaniała go w ilościach hurtowych – suchy, z masłem, z sardynką i dżemem (ta kombinacja przyprawiała ojca, Marcina, o mdłości). I właśnie w najmniej spodziewanym momencie, na długo przed śniadaniem, mały smakosz postanowił zadebiutować. Gdy Merkury wchodził w tranzyt z Baranem, Cezary kopnął tak mocno, że jego matka zrozumiała: czas nagli. Państwa Zżarskich dzieliło od szpitala dwadzieścia pięć kilometrów – niby niedaleko, ale tej nocy droga zamieniła się w iście średniowieczną pielgrzymkę. Kwiecień postanowił przypomnieć o sobie śnieżną zawieją. W radiu co chwilę powtarzano: »Uwaga! Na drogach województwa śląskiego i opolskiego ślisko! Kierowcy, zachowajcie ostrożność!«

Godzina 3.30. Pierwsze skurcze. Wschód słońca dopiero za trzy godziny.

Ich wehikuł – legendarny Maluch, Fiat 126p w kolorze „bladożółtego strachu” – stał zawsze pod blokiem, wystawiony na pastwę żywiołów. Teraz jego zimna kierownica parzyła dłonie Marcina jak rozgrzany metal. Samochód był mały (trzy metry długości i metr trzydzieści wysokości), ale dla ojca był królestwem. Kanciasta karoseria przypominała pudełko po butach, które dziecko pocięło nożyczkami. Reflektory patrzyły na świat z naiwnym zdziwieniem. Wnętrze pachniało plastikiem, gumą i benzyną (ta zawsze gdzieś przeciekała). Prędkościomierz zdawał się drwić: »Sto kilometrów na godzinę? Może kiedyś… z górki i z wiatrem«. Zawieszenie było twarde jak życie w PRL-u. Każda dziura odzywała się w kręgosłupie kierowcy. Aerodynamika? Hulający wiatr świszczący przez nieszczelności przypominał, że to pojęcie względne. Ale tej nocy Maluch był wehikułem nadziei. Droga wiodła przez las, gdzie sosny szeptały wiatrowi wieści o nadchodzących narodzinach. Brzozy w srebrzystych »kamizelkach« wskazywały drogę. W podszyciu paprocie tańczyły z jeżynami. I wtedy ojciec Cezarego ją zobaczył. Najpierw tylko cień na skraju drogi. Potem błysk oczu w świetle reflektorów. Sarna – smukła jak strzała – przemknęła przed maską. »Stój!« – usłyszał w głowie. Hamulec. Piski opon. Ślizg. Czarne myśli: »Żona… dziecko… wypadek…«. W ostatniej chwili ujrzał zielone drobinki światła na niebie. Mrugnął – i był z powrotem na drodze. Jakby nic się nie stało. A potem tylko migający szmaragdowy ślad – jak kometa – nad horyzontem.

W końcu dotarli do szpitala – jest i sala porodowa. Jarzeniowe światło drży na ścianach.

– Proszę przeć! – Komenda lekarza brzmi jak wyrok.

– Bradykardia płodu! – Głos położnej jest ostry jak skalpel.

– Cesarka! Szybko!

Łóżko mknie przez korytarz jak mustang.

Marcin zostaje w poczekalni z drżącymi wargami.

– Co się dzieje?!

Lekarz nawet się nie odwraca.

– Musimy jechać na salę operacyjną.

Anna ledwo mamrocze:

– Gdzie mój mąż…? – Światło w jej oczach rozmywa się w białą smugę.

Ostatni zapach – sterylna stal. Ostatnie słowa – »proszę policzyć do trzech…« Godziny oczekiwania. Marcin myśli o swoim synu – czy będzie miał jego oczy? Czy wystarczy pieluch? Wreszcie drzwi się otwierają.

Lekarz unika jego wzroku.

– Przepraszam… Zatorowość płynem owodniowym. Nie udało się uratować pani Anny. Ale pański syn… żyje.

Ściany szpitala nagle stają się szare. Świat milknie. Pierwsza łza spada na podłogę. Potem druga. Za Marcinem – w lustrzanym odbiciu na szybie – jego dawna twarz: uśmiechnięta, dumna. Teraz to tylko widmo. A gdzieś w oddali, w lesie, brzozy szepczą wiatrowi nową opowieść. O chłopcu, który przyszedł na świat w śnieżną noc. O matce, która została w szpitalnych murach. I o ojcu, który nagle został sam. Z małym Cezarym na rękach. I z całym światem do udźwignięcia”.

Klaus pochłaniał dym z kolejnego tlącego się papierosa w ustach i uderzał w klawisze, jego palce przesuwały się po klawiaturze jak w transie.

– Wiem o samochodzie i znam jego imię, nie rozumiem tylko, jak mam go teraz znaleźć?

Ekran zaszumiał, a potem wyświetlił odpowiedź, która sprawiła, że krew w żyłach mężczyzny zamieniła się w lód.

„Twój program i Lutz, przyjacielu, dopełniają się”.

Klaus spojrzał na stojące obok komputera zdjęcie, przedstawiające jego żonę trzymającą syna na rękach. _Mój Lutz…_ – pomyślał. _Mój mały synek?_

Czat załadował kolejną wiadomość.

– „Klausie, później, nie mamy czasu, została ostatnia kwestia, skład szajki YT. Wiem, że tego dnia…”

Wszystkowiedzący po drugiej strony pisał dalej:

„Tego samego dnia w centrum badań kosmicznych, zarządzanym przez YT, miało miejsce monumentalne zgromadzenie. Był to dzień narodzin bohaterów ziemi i zlot czarownic. Wszystkie szychy światowego półświatka zleciały się w jedno miejsce niczym czarownice na sabat. Wśród nich wyróżniał się Hassan Lesahi – irański geniusz biotechnologii i genetyki, którego osiągnięcia przyćmiewała tylko jego mroczna reputacja. W 1995 roku Iran, pogrążony w gospodarczej izolacji z powodu sankcji USA i targany wewnętrznymi sporami między reformatorami a konserwatystami, podpisał umowę z Rosją na dokończenie elektrowni atomowej w Buszehr. To w tych gorących czasach narodził się Lesahi – człowiek, którego chory umysł i niepohamowana ambicja uczyniły go jednym z najniebezpieczniejszych naukowców świata.

Nazywano go „Kucharzem”, bo potrafił łączyć geny jak składniki wykwintnej potrawy. Jako pierwszy zmutował DNA dwóch różnych gatunków, tworząc hybrydy – świecące w ciemności tygrysy były tylko początkiem jego szaleńczych eksperymentów. Obok niego, w kapeluszu i garniturze z kaszmiru włoskiego domu Kiton, stał Teddy Robin – król prania brudnych pieniędzy i przemytu. Jego sieć powiązań biznesowych oplatała glob niczym niewidzialna pajęczyna, sięgając dalej niż Mur Chiński. Restauracje, hotele, pralnie, a nawet kościoły – wszystko to mogło być jego własnością. Był jak kameleon: każdy go widział, ale nikt nie wiedział, kim naprawdę był. Jego złota zasada? Nigdy nie wracać dwa razy w to samo miejsce. Schematy prowadzą do pułapek, a Teddy nie zamierzał dać się złapać.

Trzeci w tym triumwiracie był Kim Ryong-Jin – łysy Koreańczyk w garniturze z mongolskiej wełny, którego ciemne okulary kryły oczy pozbawione naturalnego blasku. Pracował w półmroku, bo światło dzienne stało się dla niego zbyt ostre. Jego badania nad hipernapędem i teleportacją były równie szalone, co genialne. Brakowało mu tylko jednego – źródła energii o niewyobrażalnej mocy. I właśnie dlatego znalazł się tutaj. Wierzył, że nadciągający obiekt kosmiczny, SolarEclipse94 jest kluczem do jego marzeń.

Powód ich spotkania był jeden: NewLife, misja mająca zbadać tajemnicze ciało niebieskie zmierzające ku Ziemi. W centrum kontroli panowała napięta cisza, przerywana tylko popijaniem z kieliszków szampana. Na ekranach migały cyfry: 00:00:03:13… Każda sekunda przybliżała moment prawdy. Czy obiekt minie Ziemię, czy trzeba będzie zmienić jego trajektorię? Nikt nie odzywał się głośno, ale wszyscy czekali na słowo od Panny M. – tajemniczej władczyni tego przedsięwzięcia.

Tymczasem prom NewLife01, dryfujący w mgławicy van den Bergh 13, zbliżał się do SE95. Gdy mechaniczne ramię chwyciło obiekt, pokład zadrżał. Kamień, wielkości okrągłej gumy do żucia, zachowywał się wbrew prawom fizyki – nie emitował ciepła, nie reagował na pole magnetyczne, a jednak pochłaniał światło jak czarna dziura, jednocześnie rozbłyskując potężną energią. Naukowcy w kosmosie byli w euforii. Na Ziemi – zapanowała grobowa cisza. Panna M., rozczarowana, opuściła pomieszczenie bez słowa. Jej wielki dzień został przyćmiony przez nieprzewidziane odkrycie. Ale nie wszyscy byli zawiedzeni. Kim Ryong-Jin stał nieruchomo, jego serce waliło jak młotem, a w oczach płonął ogień. Adrenalina zalewała mu mózg, a usta wykrzywił dziki, niemal psychotyczny uśmiech. Śmiał się – suchym, chrapliwym śmiechem człowieka, który już dawno przekroczył granicę szaleństwa. Czy wiesz, jak brzmi śmiech kogoś, kto nie może już płakać?”

Klaus oparł spocone dłonie o biurko, jego oddech był szybki i urywany. Ekran przed nim wciąż migotał resztkami komunikatu, ale jego umysł pracował teraz na innej częstotliwości – wspomnienia wracały jak rozbite fale.

Tamta noc w laboratoriach YT.

Plik oznaczony czarną etykietą: „SolarEclipse94”.

I narodziny Lutza.

Uderzył pięścią w blat.

– Dlaczego nie dostrzegłem wcześniej?!

„Klaus…” – tajemniczy człowiek nie przerywał historii świata.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij