Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

ARKA. Nowy Kosmos. - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
12 września 2026
29,99 zł
2999 pkt
punktów Virtualo

ARKA. Nowy Kosmos. - ebook

Marta miała tylko odpocząć, wrócić do domu i zdać egzamin. Zamiast tego budzi się w świecie, który przestaje zachowywać się zgodnie z jakimikolwiek znanymi zasadami. Najpierw milknie morze. Potem zatrzymuje się czas. Wreszcie zaczyna znikać sama rzeczywistość. W miejscu, którego nie potrafi nazwać, spotyka ludzi równie zagubionych jak ona. Każde z nich coś utraciło. A kiedy pośród bezkresnej pustki pojawiają się drzwi, stają przed wyborem: pozostać w miejscu, które powoli znika, czy przekroczyć granicę prowadzącą w nieznane. Kim byli wcześniej? Dlaczego właśnie oni znaleźli się tutaj? I co czeka ich po drugiej stronie? „ARKA. Nowy Kosmos. Tom I — Początek podróży” to science fiction o wyprawie poza granice znanego świata, nieznanej technologii, tajemnicy kosmicznej misji i załodze, która musi na nowo odkryć własną przeszłość. To opowieść o pamięci, stracie i przetrwaniu w rzeczywistości, w której nic nie jest takie, jakim wydawało się na początku.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398297417
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Marta po raz pierwszy od wielu tygodni pozwoliła sobie zasnąć. Leżała na drewnianym leżaku przyniesionym z pensjonatu. Dłonie swobodnie opadły wzdłuż ciała, a ciemne włosy poruszały się lekko na wietrze. Obok leżały gruba książka do astrofizyki, zeszyt i ognistoczerwony zakreślacz. Morze oddychało spokojnie, fala za falą.

Powietrze drżało od ciepła. Maj bardziej przypominał lipiec niż wiosnę. Woda migotała tysiącami srebrnych refleksów. Z deptaka dobiegał stłumiony gwar. Mewy leniwie krążyły nad wodą. Słony zapach plaży mieszał się z wonią kremu do opalania i rozgrzanych pomostów.

Znów śniła o swoich dwudziestych czwartych urodzinach, obchodzonych dwa miesiące wcześniej. Tak dobrze było jej w objęciach mamy. Czuła się bezpieczna i kochana. Słyszała jej wesoły śmiech.

Łagodny sen zaczął się rozpływać, gdy dotarł do niej cichy, wibrujący dźwięk. Brzmiał jak daleki, potężny silnik pracujący pod ziemią. Otworzyła oczy. Dźwięk nie zniknął.

Nie mogła odróżnić, gdzie kończył się sen, a zaczynała rzeczywistość. Ton wciąż trwał jak drganie biegnące przez piasek i kości. Światło miało chłodniejszy odcień, jakby słońce nagle zmieniło barwę. Wszystko wyglądało normalnie. A jednak nikt się nie poruszał. Mężczyzna przy budce z goframi zastygł z banknotem w dłoni, a dziewczynka przy brzegu trwała nieruchomo z uniesionym wiaderkiem. Mewa zawisła z rozpostartymi skrzydłami. Nawet fale znieruchomiały w pół ruchu, tworząc szklane ściany. Zerwała się z leżaka.

— Halo!

Serce uderzyło jej mocno o żebra. Piasek parzył stopy. Zamrugała gwałtownie i potarła twarz. Pod palcami wyczuła ziarenka piasku przyklejone do skóry. Zacisnęła powieki tak mocno, jak potrafiła.

— No, dalej — mruknęła do siebie. — Obudź się!

Wzięła głęboki oddech i policzyła do trzech. Dopiero potem otworzyła oczy. Nic się nie zmieniło. Roześmiała się nerwowo. Do głowy przyszło jej absurdalnie proste wyjaśnienie: ktoś robił sobie z niej żart. Może zasnęła tylko na chwilę, a jakiś internetowy żartowniś postanowił nagrać idiotyczny filmik? Odwróciła się gwałtownie.

— Dobra! Bardzo śmieszne. Możesz już wyjść!

Cisza. Nawet szum morza zniknął. Uszczypnęła się mocno w przedramię. Ból był prawdziwy. Spróbowała jeszcze raz, tym razem mocniej. Nic. Żadnego przebudzenia.

Przerażenie, dotąd spychane na skraj świadomości, zaczęło przejmować nad nią kontrolę. Chcąc czymś zająć dłonie, sięgnęła po leżący obok zeszyt. Otworzyła go drżącymi rękami i przeczytała ostatnie zdanie podkreślone czerwonym zakreślaczem: „Granicę, poza którą ucieczka jest niemożliwa, nazywa się horyzontem zdarzeń”. Na dole strony dostrzegła jednak jeszcze jedno, samotne zdanie: „Jeśli percepcja czasu może zostać zakrzywiona, obserwator nie zauważy momentu przejścia”. Zmarszczyła brwi. Nie pasowało do pozostałych notatek, a mimo to właśnie ono wydawało się teraz najważniejsze. Nie pamiętała, żeby je zapisywała. Wpatrywała się w nie przez kilka sekund, jakby litery mogły ułożyć się w bardziej zrozumiałą wypowiedź.

Jej umysł, przywykły do szukania naukowych zależności, natychmiast połączył fakty.

_Zakrzywienie percepcji... horyzont zdarzeń... zatrzymany czas... Czy to możliwe, że...?_

Nie. Nie teraz. To bez sensu. Zanim jednak absurdalna hipoteza zdążyła się uformować, potrząsnęła głową, wściekła na samą siebie.

— Dobrze, Marta, brawo. Oficjalnie zwariowałaś — mruknęła, a brzmienie własnego głosu przyniosło jej chwilową ulgę.

Teoretyczne modele astrofizyczne na majowej plaży w Polsce? Kosmos nie działa w ten sposób.

— To przecież niemożliwe.

Za dużo kawy. Za mało snu. Trzy tygodnie nauki po nocach i notatek porozrzucanych po całym pokoju. Jej mózg prawdopodobnie właśnie się buntował. To miało sens. Zdecydowanie większy niż nieruchome morze. Usiadła z powrotem na leżaku i przycisnęła dłonie do skroni. Pod palcami czuła pulsowanie. Od miesięcy żyła tylko studiami. Egzaminy. Terminy. Poprawki. Ten wyjazd nad morze miał być krótką przerwą przed najważniejszym egzaminem semestru. Ostatnim. I właśnie teraz jej organizm postanowił się poddać?

— Super — mruknęła gorzko. — Po prostu super.

Spojrzała na nieruchomą plażę. Nieważne, czym było to, czego doświadczała — halucynacją, snem, atakiem paniki czy skutkiem przegrzania. Musiała przestać się nakręcać. Wciągnęła głęboko powietrze.

— Nie teraz.

Zacisnęła dłonie w pięści.

— Nie rozwalę sobie życia przez... cokolwiek to jest.

Słowa brzmiały rozsądnie. Prawie. Jutro miała wrócić do domu. Pojutrze usiąść w sali egzaminacyjnej. Tak wyglądał plan. Tak miało być. Tyle że świat wokół najwyraźniej przestał przejmować się jej planami.

Wstała gwałtownie i zarzuciła torbę na ramię. W nieruchomym krajobrazie zaszła kolejna zmiana. Ludzie wokół niej zaczęli blednąć. Najpierw ledwie zauważalnie. Zamrugała szybko, próbując odzyskać ostrość widzenia, ale obraz stawał się coraz bardziej nierealny. Skóra kobiety z książką stawała się półprzezroczysta. Przez moment była w stanie dostrzec przez nią pas mokrego piasku. Zamknęła oczy.

— To nie jest możliwe.

A potem je otworzyła. Nie wiedziała, czy uciekać, czy zostać, czy po raz kolejny próbować się obudzić. Jednego była pewna: to nie przypominało już snu. I wtedy pojawiła się myśl — nagła i obca, jakby ktoś umieścił ją w jej głowie.

— A dlaczego ja nie znikam?

Spojrzała na własne dłonie. Były normalne. Rozejrzała się gwałtownie. Kolejne postacie na plaży zmieniały się w blade zarysy. Tylko ona pozostawała wyraźna. To przerażało ją najbardziej. Skoro wszyscy inni znikali, a ona nie, coś musiało ją od nich odróżniać. Coś, czego jeszcze nie rozumiała albo co dopiero zaczynało działać. Przełknęła ślinę.

— Czy ze mną będzie tak samo?

Odwróciła się, żeby zabrać leżak i dopiero wtedy zauważyła, że jego również już nie było. Zniknęło morze. Budka z goframi rozpłynęła się bez śladu. Kolory gasły. Najpierw błękit wody. Potem niebo. Wreszcie kontury przedmiotów, jakby ktoś ścierał je z fotografii. Strach mieszał się z pewnością, że dzieje się coś bardzo złego, a jednak nie potrafiła oderwać wzroku od rozpadającej się rzeczywistości. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś podobnego.

Nie zamierzała poddawać się panice ani bezczynnie czekać, aż zniknie kolejny fragment świata. Musiała zrozumieć, dlaczego nadal tu była i dokąd prowadziło to, czego doświadczała. Jeśli rzeczywistość rozpadała się na jej oczach, zamierzała podążyć za tym rozpadem aż do końca.

Zrobiła krok i nagle… zamarła. Pod jej stopami nie było już piasku. Jeszcze przed chwilą czuła jego miękką, ciepłą powierzchnię. Teraz stała na gładkim, jasnym podłożu, którego nie potrafiła rozpoznać. Powoli podniosła wzrok. Linia horyzontu zatarła się całkowicie. Po raz pierwszy oprócz strachu poczuła samotność — ciężką, niemal namacalną.

Serce wybijało miarowy rytm. Przycisnęła dłoń do piersi, zaciskając palce na pasku torby tak mocno, że knykcie pobielały. Ostatnie trzy tygodnie spędziła wśród stert książek – analizując równania, badając teoretyczne anomalie i oswajając czarne dziury w bezpiecznych ramach akademickich definicji. Znała matematyczny opis końca świata; o jego teoriach wiedziała znacznie więcej niż o ludziach, którzy jeszcze przed chwilą ją otaczali.

Teraz rozejrzała się po bezkresnej przestrzeni i zacisnęła usta. Została tylko ona. I coś, co wymykało się jej zrozumieniu.II

Długo szła przez martwą przestrzeń. Świat był teraz ogromną, jasnoszarą pustką oświetloną bezcieniowym światłem. Mimo to wciąż czuła ciężar własnego ciała, przyspieszony oddech i zmęczenie mięśni. Jej ciało funkcjonowało tak, jakby świat nadal istniał. W oddali dostrzegła ciemny punkt. Zatrzymała się. Po kilku minutach była już pewna.

_To człowiek!_

Wysoki mężczyzna spokojnie przemierzał pustkę, jakby szedł nią od bardzo dawna. Miał około czterdziestu lat, siwiejące włosy i ciemny płaszcz – zupełnie niepasujący do miejsca, które jeszcze niedawno było plażą. Na plecach niósł wojskowy plecak, a w dłoni trzymał niewielki notes. Kiedy zauważył Martę, nie wyglądał na zdziwionego.

— Nowa? — zapytał.

Zmarszczyła brwi.

— Nowa? Co to właściwie znaczy?

Mężczyzna wzruszył ramionami, jakby odpowiedź była oczywista.

— To, co zwykle. Kogoś, kto pojawił się tutaj niedawno.

Chciała zaprotestować, lecz kiedy otworzyła usta, zabrakło jej słów. Skinęła tylko głową.

— Tak. Chyba jestem nowa.

— Tak myślałem. Jestem Wiktor.

Spotkanie drugiego człowieka powinno przynieść jej ulgę. I częściowo przyniosło. Wiktor był pierwszym, którego zobaczyła, odkąd świat zaczął się walić. A jednak coś nie pozwalało jej się odprężyć. Mężczyzna zachowywał się zbyt spokojnie. Przyglądała mu się ukradkiem. Nie znała go. Nie miała powodu, by mu ufać. W tym miejscu równie dobrze mógł być prawdziwym człowiekiem albo kolejnym elementem zjawiska, którego nie rozumiała. Mocniej ścisnęła pasek torby.

— Marta — przedstawiła się, nie spuszczając z niego wzroku. — Kim jesteś?

Mężczyzna zerknął na nią, lecz nie odpowiedział.

— Jak długo tu jesteś? Co się stało z twoim światem? Dlaczego zachowujesz się tak, jakby to wszystko było normalne?

Nie zauważyła nawet, kiedy przyspieszyła.

— I skąd w ogóle wiesz, czym jest to miejsce?

Milczał.

— Nie mam pojęcia, czym to jest — wyjaśnił w końcu. — Gdybym wiedział, to pewnie by mnie tu już nie było.

To wcale jej nie uspokoiło.

— Opowiedz mi, jak zniknął twój świat — powiedziała. — I kiedy to się stało?

— Przypuszczam, że miało to miejsce około trzech miesięcy temu. O ile to, co tutaj upływa, nadal można jeszcze nazywać czasem.

— Co to znaczy?

— Dni mijają. Przynajmniej tak mi się wydaje. Śpię, budzę się, odczuwam zmęczenie. Ale nie mam pewności, czy to naprawdę dni.

Chciała zadać kolejne pytanie, lecz Wiktor ją uprzedził.

— Wracałem od córki.

Po raz pierwszy jego spokojny głos zadrżał.

— Masz córkę?

Rysy jego twarzy złagodniały.

— Miała wtedy trzynaście lat. Mieszkała z matką. Rozwiedliśmy się wiele lat wcześniej.

Uśmiechnął się blado.

— Była mądrzejsza ode mnie w jej wieku. Pewnie nadal jest.

Nie odezwała się ani słowem.

— Odwiozłem ją do domu. Potem ruszyłem z powrotem. Jechałem starą polną drogą między polami rzepaku. Pamiętam radio. Leciała jakaś beznadziejna piosenka, której nie mogłem wyłączyć, bo przycisk od miesięcy był zepsuty.

Westchnął.

— I nagle wszystko ucichło.

Jej puls przyspieszył.

— Tak po prostu?

— Tak po prostu.

Patrzył przed siebie.

— Najpierw zniknął dźwięk silnika. Pomyślałem, że samochód zgasł. Potem zauważyłem, że nie czuję drgań kierownicy. Spojrzałem na deskę rozdzielczą. Zniknęła.

Przestał mówić.

— Chwilę później nie było już także samochodu.

Po plecach dziewczyny przebiegł zimny dreszcz.

— Co zrobiłeś?

— To samo, co ty, zapewne.

— Spanikowałeś?

— Bardzo.

Uśmiechnął się krzywo.

— Krzyczałem. Biegałem. Przez kilka godzin próbowałem znaleźć drogę. Potem szukałem czegokolwiek.

Jego wzrok stwardniał.

— Ale droga już nie istniała. Wokół była tylko ta sama jasna pustka, którą widzisz teraz.

— A co z twoją córką?

Zatrzymał się. Przez kilka sekund nie odpowiadał.

— Nie wiem.

Te dwa słowa zabrzmiały ciężej od całej wcześniejszej opowieści.

— Nie wiem, czy istnieje. Nie wiem, czy świat nadal tam jest.

Opuścił wzrok.

— Najgorsze nie jest to, że mogła zniknąć.

— To co?

— Najgorsze jest to, że po trzech miesiącach dopada mnie lęk, czy wciąż pamiętam jej głos.

Przyjrzała mu się w milczeniu. Jeśli jego opowieść była prawdziwa, to znaczy, że obok niej szedł ojciec. Człowiek, który pożegnał córkę, nie wiedząc, że widzi ją być może po raz ostatni. W piersi poczuła trudny do zignorowania ciężar.

— Przykro mi — powiedziała cicho.

Były to słowa niewystarczające. Oboje o tym wiedzieli. Jak pocieszyć człowieka, który najprawdopodobniej nigdy więcej nie zobaczy własnego dziecka? Kogoś, komu odebrano nawet możliwość pożegnania?

— Te notatki… — zaczęła ostrożnie. — Czym zajmowałeś się tam, po drugiej stronie?

— Całe życie próbowałem wyjaśniać świat — powiedział z goryczą. — A kiedy zaczął się rozpadać, nie potrafiłem wyjaśnić niczego. Wiara w rozum nikogo nie uratowała. Cała moja wiedza… na nic się nie zdała. Teraz zostało nas tak niewielu.

— Ilu?

— Trudno powiedzieć. Jedni przychodzą. Inni znikają.

Zatrzymała się.

— Znikają?

Nie odwrócił wzroku od pustki.

— Tutaj wszystko w końcu znika.

Nie powiedział nic więcej. Ruszyła za nim, lecz jego słowa nie dawały jej spokoju.

_W końcu znika._

Czy to samo miało spotkać ją? Czy zniknięcie było nieuchronne, czy też jego przyczyna tkwiła w czymś nieodkrytym przez pozostałych?

Po kilku minutach marszu szarość przed nimi zaczęła nabierać kształtu. Najpierw pojawiły się niewyraźne kontury. Potem ciemniejsze plamy. Wreszcie dostrzegła budynek. Był stary i częściowo zrujnowany. Nad wejściem wisiał okrągły zegar. Jego wskazówki zatrzymały się na godzinie 14:12.

— Nasz obóz — powiedział mężczyzna. — Jeśli można to tak nazwać.

Przyjrzała się ruinie. Weszli do środka. Powietrze wewnątrz było chłodne i nieruchome. W poczekalni stały stare ławki. Niektóre przewrócone, inne zniszczone przez upływ czasu.

— Mamy gościa! — rozległ się kobiecy głos. — I proszę mi powiedzieć, że to dobra wiadomość, bo bardzo jej dzisiaj potrzebuję.

Odwróciła się. Przy jednym z okien siedziała ciemnoskóra kobieta. Uśmiechała się. Naprawdę się uśmiechała.

— Witaj! — powiedziała, zbliżając się do niej. — Widzę, że przyszła kolejna osoba. To dobra wiadomość.

Odwzajemniła ostrożny uśmiech.

— Dobra?

— Oczywiście. Każdy nowy człowiek oznacza, że poza nami nadal istnieje coś jeszcze. Cokolwiek to jest.

Wyciągnęła rękę.

— Jestem Ada.

— Marta.

— Miło cię poznać.

Wyglądała na szczerze zadowoloną z jej przybycia. Wiktor nachylił się do Marty.

— Ada była śpiewaczką operową.

— Nadal jestem — poprawiła go natychmiast.

— Nadal jest śpiewaczką operową.

— To już lepiej.

Zaśmiała się cicho. Jej śmiech zabrzmiał zaskakująco normalnie.

— Śpiewam, kiedy pilnuję okolicy — wyjaśniła. — W tej ciszy można oszaleć. Muzyka pomaga.

Na moment jej uśmiech przygasł.

— Miałam psa. Rufusa. Przetrwał ze mną kilka tygodni.

— Co się z nim stało?

Spuściła wzrok.

— Zniknął.

Tutaj nie trzeba było niczego więcej wyjaśniać. Po chwili kobieta ponownie się uśmiechnęła.

— Ale skoro ty się pojawiłaś, to znaczy, że świat jeszcze nie skończył ze swoimi niespodziankami.

Marta nie wiedziała, czy to optymizm, czy desperacja. Może jedno i drugie.

— A tam siedzi Michał — powiedział Wiktor.

Pod ścianą siedział potężnie zbudowany mężczyzna. Jego barki były tak szerokie, że mógłby bez wysiłku podnieść jedną z betonowych ścian stacji. Miał na sobie rozciągnięte dresy, sportową koszulkę i czarne buty treningowe. W dłoni trzymał zielony bidon. Nie pił z niego. Co jakiś czas przesuwał palcami po powierzchni, po czym odkładał go obok siebie. Obserwował ją od chwili, gdy weszła do budynku. W jego spojrzeniu nie było ani życzliwości, ani ciekawości. Tylko chłodna ocena.

— Cześć — odezwała się ostrożnie.

Nie odpowiedział. Zacisnął szczęki. Wiktor westchnął.

— Michał.

— Wiem, jak mam na imię — mruknął mężczyzna.

— Marta jest nowa.

— Widzę.

— Proszę, nie przejmuj się tym — powiedział cicho Wiktor. — Ma trudny okres.

Mężczyzna prychnął.

— Trudny okres? Świetne określenie.

Wziął bidon i wstał. Dopiero w tym momencie zobaczyła, że przewyższał wszystkich swoją posturą.

— Najpierw znika rodzina. Potem znajomi. Potem cały pieprzony świat! A teraz siedzimy w ruinie stacji kolejowej pośrodku niczego i udajemy, że wszystko jest w porządku?

Ada przewróciła oczami.

— Michał.

— Co „Michał”? Mam śpiewać razem z tobą?

Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Po kilku krokach jednak stanął. Spojrzał na bidon. Ponownie przesunął po nim palcami, a potem przeniósł wzrok na Martę.

— Mamy wszyscy założyć stroje kąpielowe i udawać, że jesteśmy na urlopie?

Odprowadziła go wzrokiem.

— Zawsze taki jest?

— Nie — odpowiedziała Ada.

— Kiedyś był weselszy — dodał Wiktor. — A potem zrozumiał, że to miejsce nie ma żadnych odpowiedzi.

W Marcie wezbrał sprzeciw.

— Nie.

Wiktor uniósł brwi.

— Co nie?

Pokręciła głową.

— Nie wierzę w to.

Rozejrzała się po martwej stacji, po szarej pustce, która rozciągała się za oknami, i po nieruchomym zegarze, który nie odmierzał już czasu.

— Wierzę, że istnieje odpowiedź.

Wiktor milczał.

— Wszystko ma jakąś przyczynę — ciągnęła z rosnącą pewnością. — Każde zjawisko, bez wyjątku. Nawet jeśli jeszcze nie ogarniamy tego umysłem.

— A jeśli tym razem jest inaczej?

— To będę pierwszą osobą, która udowodni, że się mylisz.

Milczał chwilę, po czym odwrócił wzrok. Nagle dotarło do niej, że od wielu tygodni w tym otoczeniu nikt nie wypowiadał się w podobny sposób. Już nikt nie wspominał o poszukiwaniach. Nikt nie mówił już o nadziei. Zacisnęła pięści. Ta pustka mogła pochłonąć morze. Mogła zabrać miasta i ludzi. Ale nie pozbawi jej tego, co najważniejsze — ciekawości, która od zawsze prowadziła ludzi dalej niż strach.III

Zza ściany dawnej poczekalni wyjrzał kolejny mężczyzna. Był młody, niewiele starszy od niej. Miał jasne włosy, słuchawki na szyi i urządzenie przypominające tablet. Nie wiedziała, czy to był zwykły komputer, czy coś znacznie bardziej zaawansowanego. Kiedy podszedł bliżej, zauważyła jego oczy – tak intensywnie zielone, że wydawały się niemal nierealne.

— Nowa osoba — powiedział.

Jego głos był lekki, niemal pogodny.

— Jestem Marta.

— A ja Sławek.

Wyciągnął rękę.

— Tak po prostu, Sławek. Rodzice mieli najwyraźniej sentyment do przeszłości. Mało bohaterskie imię jak na koniec świata, co?

Po raz pierwszy od chwili, gdy trafiła do pustki, roześmiała się. Uścisnęli sobie dłonie.

— Cóż, Marto. Wyglądasz na kolejną zagadkę.

— Zagadkę?

— Podobnie jak każdy obecny. Nie wiemy, skąd przychodzimy i gdzie jesteśmy. Nie wiemy, dlaczego akurat my. Same zagadki.

— I nic więcej.

Głos dobiegł spod ściany. Odwróciła się w tamtą stronę i zamarła. Siedziała tam kobieta. Uderzająco piękna, choć jej twarz nosiła ślady rozpaczy. Wyglądała na jakieś trzydzieści pięć lat. Krótkie blond włosy sterczały na wszystkie strony, jakby sięgała po nie drżącymi palcami. Jej oczy były niemal czarne. Ten kontrast pomiędzy włosami a oczami powinien razić, a jednak nadawał jej twarzy niezwykłą harmonię. Miała na sobie eleganckie ubrania, które w dawnym świecie świadczyłyby o pieniądzach i pozycji. Tutaj nie miały żadnego znaczenia. Wyglądała, jakby płakała od wielu dni. Powieki miała opuchnięte. Długie rzęsy posklejane od łez. Patrzyła gdzieś przed siebie. Gdzieś dalej.

— To Diana — powiedział cicho Wiktor.

Kobieta nawet nie drgnęła.

— Diana, mamy nową osobę.

Brak reakcji. Po kilku sekundach kobieta mrugnęła. Tylko tyle.

— Straciła męża i dwoje dzieci — dodał Wiktor jeszcze ciszej.

Słowa zawisły w powietrzu. Marta usiadła obok niej. Jej własny lęk stracił nagle na znaczeniu.

— Przykro mi — powiedziała.

Zabrzmiało to banalnie i bezradnie. Kobieta milczała. Potem skinęła głową.

— Mnie też.

Nic więcej. Marta nie wiedziała, co odpowiedzieć. Wstała i odeszła. Musiała zająć czymś ciało, ponieważ ruch pozwalał jej uciec od myślenia. Chciała wreszcie wydostać się z tego stroju kąpielowego. Majowa plaża przestała istnieć, a piasek przyklejony do jej skóry stał się zimny i obcy. Otworzyła wypchaną torbę, szukając czegoś, czym mogłaby się osłonić przed wszechobecną szarością.

_Strój kąpielowy w tej pustce nie jest szczytem moich marzeń._

Później siedzieli wspólnie na pozostałościach peronu, na kilku popękanych betonowych płytach, które wystawały z pokrywającej wszystko szarej pustki.

— Czy ona zawsze tak reaguje? — zapytała.

Ada westchnęła.

— Nie zawsze.

— Czasami płacze — dodał Michał z drugiego końca peronu.

Było to najdłuższe zdanie, jakie dotąd od niego usłyszała. Sławek oparł tablet o kolana.

— Każdego dnia czeka.

— Na co?

— Na dzieci. Myśli, że się tutaj pojawią.

— A mogą?

Nikt nie rozwiał jej wątpliwości. Szara przestrzeń wokół stacji wydawała się nagle jeszcze większa.

— Każdego ranka siada przy wejściu — powiedziała Ada. — I patrzy.

Wskazała miejsce przed stacją.

— Dokładnie tam. Twierdzi, że jeśli przyjdą, nie może ich przegapić.

Marta poczuła ukłucie bólu. Nagle zrozumiała. Gdyby miała dzieci, pewnie robiłaby dokładnie to samo. Nawet gdyby nie było żadnej nadziei.

Kiedy poczuła zmęczenie, uznała, że musiał nadejść wieczór. W pustce był to jedyny sygnał upływu czasu. Wskazówki zegara pozostawały nieruchome. 14:12. Wiktor twierdził, że odkąd się tutaj znalazł, wskazówki ani razu nie drgnęły. Spojrzała na tarczę. Zamrugała i znieruchomiała.

— Wiktor... — szepnęła ostrzegawczo.

Odwrócił głowę.

— Co?

— Zegar.

W jednej chwili wszyscy spojrzeli w górę. Zapadła cisza. Wskazówka minutowa przesunęła się. Prawie niezauważalnie. Ale przesunęła się. Teraz wskazywała 14:13. Nikt się nie odezwał. Ada zakryła usta dłonią. Sławek poderwał się na nogi, a tablet niemal wysunął mu się z dłoni. Nawet Diana podniosła wzrok. Wpatrywali się w zegar, jakby nawet najmniejsze spojrzenie w bok mogło sprawić, że wskazówka cofnie się do poprzedniej pozycji.IV

Przez długą chwilę nikt się nie poruszył. Wszyscy patrzyli na zegar. 14:13. Jedna minuta. Czas ruszył. Marta pierwsza oderwała wzrok od tarczy.

— Wiktor...

Tym razem jej głos zabrzmiał inaczej. Mężczyzna odwrócił się. Pozostali również. Ściana nie istniała. Popękana i zniszczona, ale nadal widoczna, wznosiła się za nimi jeszcze przed chwilą. Teraz zniknęła. Razem z nią przepadł fragment podłogi. Beton kończył się kilka metrów dalej. Za nim nie było już nic. Tylko szara pustka. Michał zaklął tak głośno, że Ada aż wstrzymała oddech.

— No i pięknie. Po prostu pięknie.

Sławek wpatrywał się w pustkę po ścianie.

— To pierwszy raz? — zapytał.

— Pierwszy, który widzimy — odpowiedział Wiktor.

— Świetnie.

— Wcale nie świetnie.

— Ironia, panie profesorze.

— Wiem.

Marta rozejrzała się po grupie. Wszyscy nadal tu byli. Wiktor. Ada. Michał. Sławek. Diana. I ona. W oddali coś mignęło. Błysk był tak krótki, że uznała go za złudzenie. Ale po chwili przez szarą zasłonę znów przedarł się maleńki promyk.

— Widzieliście?

— Co? — zapytał Sławek.

— Tam.

Wskazała ręką. Pozostali spojrzeli w tym samym kierunku. Ada westchnęła.

— O…

Michał zmrużył oczy.

— Faktycznie.

— To światło — wyszeptała Marta.

— Albo kolejna pułapka — mruknął Michał.

Marta poczuła prawdziwą ciekawość. Lęk nadal ściskał jej żołądek, lecz nie panował już nad nią całkowicie.

— Pójdę tam!

— Jesteś pewna?

— Nie.

— To dobrze. Pewność tutaj zwykle kończy się źle.

Uśmiechnęła się blado. Po chwili powiedziała spokojniej:

— Dzisiaj śpię. Jutro ruszam.

— Sama?

— Jeśli będzie trzeba.

* * *

Obudziła się równie zmęczona jak wcześniej. Usiadła. Szarość była identyczna. Powietrze również. Nic się nie zmieniło. Poza nią. Nagle ogarnęła ją tęsknota.

— Chciałabym zobaczyć słońce.

Słowa same wyrwały się z jej ust. Po chwili odezwał się Wiktor.

— Ja też.

Ada skinęła głową.

— Nawet deszcz byłby miły.

— Zwłaszcza po twoim śpiewaniu — mruknął Michał.

— Och, dziękuję.

— To nie był komplement.

— Nadal dziękuję.

Marta wstała.

— Dobrze. Jestem gotowa. Idę.

Rozejrzała się po pozostałych.

— Kto ze mną?

Pierwsza odezwała się Diana. Nie musiała nawet podnosić wzroku.

— Nigdzie nie idę.

— Diano...

— Nie.

Jej głos był spokojny. Prawie obojętny.

— Zostanę tutaj.

— Może tam znajdziemy jakieś odpowiedzi.

— Moje odpowiedzi przyjdą tutaj.

Nikt się nie odezwał. Diana spojrzała na pozostałych, co zdarzyło się jej pierwszy raz od wielu godzin.

— Będę czekać.

— Na dzieci?

Skinęła głową.

— Tak. Na moją rodzinę.

Po chwili odezwała się:

— I nie obchodzi mnie już, co myślą inni.

Michał parsknął.

— Wreszcie ktoś mówi normalnie.

Po kilku minutach byli gotowi do drogi. Marta szła pierwsza. Za nią Michał i Wiktor. Dalej Ada. Ostatni w pochodzie był Sławek. Maszerowali przez pustkę. Ada nuciła pod nosem arię operową. Jej głos niósł się daleko w nieruchomej przestrzeni.

— Dlaczego ciągle śpiewasz? — zapytała Marta.

Kobieta uśmiechnęła się.

— Ponieważ lubię, gdy coś się dzieje.

— To wystarczy?

— Czasami udaję, że wystarczy.

Po raz pierwszy dostrzegła zmęczenie ukryte pod jej pogodnym uśmiechem.

— Myślę — ciągnęła Ada — że skoro do tej pory nie zniknęliśmy, to może przetrwamy.

— Bardzo naukowe podejście — zauważył Wiktor.

— Jestem artystką. Nie płacono mi za naukowe podejście.

— Płacono ci za śpiewanie.

— I proszę, nadal to robię.

Sławek zaśmiał się. Nawet Marta się uśmiechnęła. Tylko Michał pozostał ponury.

— Nie każdy ma tak pogodne nastawienie jak ty.

Maszerowali w ciszy. Światło nadal tam było — odległe, ale wyraźnie większe niż wcześniej.

— A jeśli coś tam jest? — odezwała się w końcu Marta.

— Co miałoby tam być? — zapytał Wiktor.

— Nie wiem. Cokolwiek.

To wystarczyło, by rozpoczęła się kolejna dyskusja. Czy w tej pustej krainie mogło istnieć jakiekolwiek zagrożenie? Czy w miejscu, które wydawało się zupełnie puste, mogło kryć się coś więcej niż tylko szarość i cisza?

Nikt nie znał odpowiedzi. Światło rosło. W końcu zobaczyli jego źródło. Michał zatrzymał się tak nagle, że idący za nim Wiktor omal na niego nie wpadł.

— Nie... — wycedził.

Jego twarz stężała.

— Nie ma mowy.

— Co się stało? — zapytała Ada.

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w dal z niedowierzaniem i gniewem. Tam, pośród pustki, stały drzwi. Ogromne. Pokrywał je dziwny, połyskujący materiał. Migotał delikatnie, jakby zrobiono go z tej samej substancji, co otaczającą przestrzeń.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Drzwi wyglądały normalnie. I właśnie dlatego budziły niepokój.

— Dlaczego one nadal istnieją? — zapytała w końcu Marta.

Nikt nie potrafił odpowiedzieć. W tym miejscu wszystko wydawało się nietrwałe. Rozmyte. A jednak drzwi pozostawały niewzruszone.

— Może były tu od początku — odpowiedział Wiktor.

— A może pojawiły się dopiero przed chwilą — odparł Michał.

— Albo czekały na nas — dodała Ada.

Pozostali spojrzeli na nią niepewnie. Wzruszyła ramionami.

— Co?

— Nic — mruknął Michał.

Ada ponownie utkwiła wzrok w drzwiach.

— Może po drugiej stronie jest Rufus.

Michał gwałtownie odwrócił głowę.

— Twój pies?

— Tak.

— Oczywiście.

W jego głosie zabrzmiała gorycz.

— Co to ma znaczyć?

— Nic. Po prostu... nie każdy stracił tylko jednego członka rodziny.

Napięcie pomiędzy nimi natychmiast wzrosło.

— Nie wiesz, co dla mnie znaczył.

— A ty nie wiesz, co stracili inni.

W końcu odezwała się Marta.

— A kto właściwie decyduje, czyja strata jest większa?

Michał nie odpowiedział.

— Czy ból da się zważyć? — ciągnęła. — Porównać?

Po dłuższej chwili mężczyzna zwrócił się do Ady.

— Przepraszam. Człowiekowi zawsze wydaje się, że jego własna strata jest największa. Wtedy trudno słuchać o nadziei.

— Wiem. Rufus też był moją rodziną.

— Wybacz. Nie powinienem był porównywać naszych strat.

— Odpuśćmy ten temat — ucięła Ada.

Ponownie spojrzeli na drzwi.

— Musimy je otworzyć — oznajmił stanowczo Michał.

— Razem — dodała Marta.

Wiktor pokręcił głową.

— Nie.

— Co „nie”?

— Ja to zrobię.

— Dlaczego?

Jego głos spoważniał.

— Bo jestem z was najstarszy i powinienem dawać przykład.

Zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, ruszył w stronę drzwi. Pozostali zostali na miejscu, obserwując każdy jego krok. Zatrzymał się przed drzwiami. Wyciągnął rękę i dotknął klamki. Metal był zimny. Za jego plecami nikt się nie odezwał. Wszyscy wstrzymali oddech. Zacisnął dłoń na klamce. Powoli ją nacisnął.V

Wiktor powoli otwierał drzwi, centymetr po centymetrze. Wszyscy wstrzymali oddech. Trwali w oczekiwaniu na coś, czego nie potrafili konkretnie nazwać. Za drzwiami nie było jednak niczego, co mogliby uznać za odpowiedź. Za uchylonym skrzydłem rozciągała się ciemność. W samym jej centrum pulsowała samotna czerwona dioda, mrugając miarowo niczym oko uśpionej maszyny. Gdy Wiktor przekroczył próg, nad jego głową automatycznie rozbłysło ostre, białe światło. Pomieszczenie wyłoniło się z mroku. Pozostali ruszyli za nim, wyraźnie się wahając. Pierwszą niepokojącą zmianę zauważyli dopiero po przekroczeniu progu. Przedmioty, które ze sobą nieśli, zniknęły. Torby, plecak i notes Wiktora, bidon Michała. Nawet to urządzenie, które miał Sławek. To właśnie on zareagował najgwałtowniej.

— Co tu się właśnie stało? Ktoś nas okradł w chwili przejścia przez drzwi?

Zamiast odpowiedzi usłyszeli krzyk. Tak nagły i przeszywający, że wszyscy zamarli. To była Diana. Spojrzeli po sobie, zdezorientowani i przerażeni. Zanim strach zdążył ich sparaliżować, Marta podjęła decyzję.

— Idziemy — powiedziała stanowczo, patrząc prosto na Michała. — Ty i ja. Przyprowadzimy Dianę tutaj. To chyba nie przypadek, że zegar ruszył akurat, gdy byliśmy razem. Dasz radę?

Skinął głową.

— Tak. Pójdę z tobą. Przynajmniej nie będę musiał słuchać śpiewu Ady.

Odwrócił się do pozostałych.

— Nie zamykajcie tych drzwi. Nie wiemy, dokąd prowadzą ani czy uda się je później otworzyć. Zaczekajcie na nas.

Po krótkim wahaniu odezwał się ciszej:

— I trzymajcie za nas kciuki.

Marta ruszyła już w stronę wyjścia.

— Michał, szybciej! Mam wrażenie, że kończy nam się czas.

Przez moment nikt się nie poruszył. Jej słowa zabrzmiały jak ostrzeżenie, którego znaczenia jeszcze nie rozumieli. Wszyscy czuli jednak to samo. Niewidzialny mechanizm został uruchomiony, a wskazówki zegara zaczęły odmierzać czas do czegoś, czego żadne z nich nie potrafiło jeszcze nazwać.

Biegli przez pustkę. Nie było tam dróg ani punktów orientacyjnych. Tylko bezkresna szarość, która rozciągała się we wszystkich kierunkach niczym wnętrze martwej chmury. Każdy krok zdawał się ginąć w tej nicości, jakby świat połykał ślady, dźwięki i wspomnienia. Nie wiedziała, dokąd zmierzają. Nie miała nawet pewności, czy poruszają się we właściwym kierunku. A jednak biegła. Michał prowadził. Coś ciągnęło go naprzód z siłą większą niż rozsądek. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego wybrał właśnie ten kierunek. Miał tylko wrażenie, że jeśli skręci gdziekolwiek indziej, będzie za późno. Czas ponownie stracił znaczenie. Minuty mogły być godzinami, a godziny zaledwie chwilami. Gdy płuca zaczęły palić żywym ogniem, a nogi ciążyły jak ołów, zatrzymali się, by łapczywie chwytać oddech. Oparła dłonie na kolanach.

— Michał... — wyszeptała między kolejnymi oddechami. — Dlaczego jesteś taki zły? Skąd w tobie tyle agresji?

Słyszała tylko ich urywany oddech.

— Bo to, co straciłem, sprawiało, że czułem się dobrym człowiekiem.

Jego głos był cichy, ale brzmiał jak pękające szkło.

— Kiedy to zniknęło, zostałem pusty.

Urwał na moment.

— Została ze mnie tylko część człowieka. A osoba, którą zostawiłem... beze mnie stoi nad przepaścią.

Uniosła głowę.

— Kto?

Nie odpowiedział. Wiedział, że każde kolejne słowo grozi otwarciem rany, którą z wielkim wysiłkiem próbował utrzymać w ryzach.

— Nie dyskutujmy o tym — odparł — pośpieszmy się.

Ruszył pierwszy. Pobiegła za nim. Po pewnym czasie w oddali pojawił się ciemniejszy zarys. Stacja. A właściwie tylko to, co z niej zostało — kilka szarych płyt, które jeszcze niedawno nazywali peronem.

— Widzisz Dianę? — zapytała.

Rozglądał się gorączkowo. Nigdzie jej nie było.

— Michale, spójrz…

Oboje spojrzeli na kamieniste, martwe podłoże. Pojawiły się na nim wybrzuszenia, jakby fragmenty jego powierzchni zaczynały się unosić i składać niczym elementy ogromnej gry planszowej.

— Widzę. Ale Diana…

— Wiem, szukajmy jej!

Rozbiegli się w przeciwnych kierunkach, nie oddalając się jednak zbyt mocno od pozostałości stacji.

— Diana! — krzyknęła Marta.

Jej głos rozpłynął się w pustce.

— Diana! — zawołał Michał.

Żadnej odpowiedzi. Poczuła, jak narasta w niej panika. W końcu Michał dostrzegł nieruchomą sylwetkę kilka metrów od resztek peronu.

— Tutaj!

Dopadła do niego. Diana leżała na boku, z twarzą zwróconą ku jasnej powierzchni. Jej torebka zniknęła. Marta dostrzegła jej dłoń. Mały palec został odcięty. Krew zdążyła zaschnąć na skórze, pozostawiając ciemne ślady przypominające pęknięcia na porcelanie. Zamarła. Przerażenie zacisnęło się wokół jej gardła. Nie potrafiła wydobyć głosu. Wpatrywała się w okaleczoną dłoń, próbując pojąć, co się wydarzyło. To Michał pierwszy odzyskał panowanie nad sobą. Dopadł do kobiety, uklęknął przy niej i ostrożnie uniósł ją w ramionach. Była niepokojąco lekka.

— Marta!

Jego krzyk przeciął martwą ciszę pustki.

— Gdzie jest jej palec? Może da się go jeszcze uratować?

— Nigdzie go nie widzę — gorączkowo rozglądała się wokół.

Powierzchnia pod ich stopami zadrżała. Fragment starego peronu uniósł się, przechylił i zaczął znikać w szarości.

— Michał, resztki peronu znikają!

— Musimy biec. Natychmiast!

W jego oczach zobaczyła strach – nagi, pozbawiony gniewu i wszelkich wątpliwości. Przycisnął Dianę mocniej do piersi i ruszył. Marta pobiegła obok niego. Za ich plecami kolejne fragmenty stacji znikały, jakby pustka pochłaniała je kawałek po kawałku. Nie oglądali się więcej.

Do drzwi dotarli ostatkiem sił. Michał niemal wpadł do środka, ściskając nieprzytomną Dianę w ramionach. Ona wbiegła tuż za nim. W tej samej chwili pozostali rzucili się do ciężkich wrót i zatrzasnęli je z głuchym hukiem. Przez moment panowała cisza.

Wszyscy patrzyli na Dianę. Jej głowa bezwładnie opierała się o ramię Michała. Oddychała płytko, niemal niedostrzegalnie. Na bladej dłoni, w miejscu, gdzie brakowało małego palca, widniała głęboka rana. Martę przeszył lodowaty strach.

— Połóż ją — powiedziała cicho.

Uklęknął i ostrożnie ułożył Dianę na podłodze.

— Czy zorientowaliście się, gdzie jesteśmy? — zapytała Marta. — Czy wiemy cokolwiek?

— To wygląda jak jakiś korytarz... — zaczął Wiktor. — Może część statku albo…

Nie zdążył dokończyć. Powietrze przeciął spokojny, pozbawiony emocji głos.

— Witajcie z powrotem. Dobrze, że jesteście wszyscy.

Wszyscy drgnęli. Nie dochodził z żadnego konkretnego miejsca. Wydawało się, że płynie zewsząd: ze ścian, z sufitu i z podłogi.

— Otwieram moduł mieszkalny.

Wzdłuż korytarza rozległy się ciche trzaski. Fragmenty ścian rozsunęły się, odsłaniając rząd jednakowych drzwi.

— Zgodnie z procedurą powrotu powinniście spędzić najbliższe dwadzieścia cztery godziny w swoich kabinach, oczekując na kolejny etap.

— Chwileczkę — przerwał ostro Wiktor. — Jakiej procedury?

Głos go zignorował.

— Każdy moduł mieszkalny przeznaczony jest dla jednej osoby. Dostęp uzyskacie po zeskanowaniu dłoni.

— To jakiś żart? — Mruknął Michał. — Powinniśmy ufać czemuś, co nie jest w stanie odpowiedzieć na zadane pytanie?

— Gdzie jesteśmy? — zapytała Marta, podnosząc głos.

Wydawało się, że głos zamilkł. Po chwili odezwał się ponownie, niezmiennie spokojnym tonem.

— W korytarzu znajdują się wejścia do waszych osobistych modułów mieszkalnych, zachowanych od czasu waszego wyjścia. Znajdziecie tam również swoje prywatne rzeczy.

Zapadła ciężka cisza.

— Nasze rzeczy? — powtórzyła Ada niepewnie. — Te, które przed chwilą zniknęły?

— Jakie rzeczy? — zapytała Marta.

— Skąd je macie? — dodał Wiktor.

— Przedmioty, które chcieliście wnieść po powrocie, zniknęły bezpowrotnie — odpowiedział system. — W kabinach znajdują się rzeczy osobiste, które zostawiliście przed wyjściem.

_Przed wyjściem._

Marta poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. System informował o wydarzeniach, których żadne z nich nie pamiętało. Michał zmrużył oczy.

— Skąd mamy wiedzieć, że to prawda?

Nikt nie odpowiedział. Nawet komputer. Wszyscy patrzyli na rząd identycznych drzwi. Nic w ich wyglądzie nie sugerowało, że za którymkolwiek z nich mogły znajdować się osobiste wspomnienia.

— Nie podoba mi się to — powiedziała cicho Ada. — Ani trochę.

— Mnie też nie — przyznała Marta. — Najpierw ktoś prowadzi nas przez pustkę, a następnie rozkazuje nam się rozdzielić i zamknąć na dobę. To nie brzmi rozsądnie.

— Właśnie dlatego nie powinniśmy się rozdzielać — odezwał się Wiktor. — Jeśli to pułapka, osobno będziemy bezbronni.

— A jeśli zostaniemy tutaj? — zapytała Ada.

Pytanie zawisło między nimi. Nikt nie znał odpowiedzi. Korytarz i drzwi były obce. Głos również. Wyglądało to tak, jakby przygotowano to specjalnie dla nich, chociaż nic nie wskazywało, że naprawdę tu należeli.

— W module Diany uruchomiono panel medyczny — oznajmił nagle komputer. — Pacjentka zostanie objęta opieką.

— A jeśli nie chcemy jej oddać? — zapytał natychmiast Michał.

Po raz pierwszy w syntetycznym głosie pojawiła się ledwie wyczuwalna zmiana. Coś przypominającego zdziwienie.

— Opieka medyczna jest konieczna.

— To nie jest odpowiedź — odparł Michał.

Zapadła długa, nieprzyjemna cisza. W końcu głos odezwał się ponownie.

— Będziecie mogli zobaczyć się za dwadzieścia cztery godziny.

— A jeśli odmówimy? — zapytała Marta.

Żadne drzwi się nie otworzyły. Żadne światło nie zostało wyłączone. Przez kilka sekund słychać było tylko ich oddechy.

— Procedura powrotu została rozpoczęta — odpowiedział komputer. — Zalecana jest jej kontynuacja.

Nie zabrzmiało to jak groźba. I właśnie to było powodem, dla którego stało się to jeszcze bardziej niepokojące. Procedura sprawiała wrażenie mechanizmu starszego i większego od nich wszystkich – uruchomionego dawno temu i nieprzewidującego sprzeciwu. Stali nieruchomo pośrodku korytarza, otoczeni milczącymi drzwiami. Nikt nie spieszył się, by ich dotknąć. A jednak każdy czuł, że prędzej czy później będzie musiał podjąć decyzję. Wejść. Albo zostać i przekonać się, co stanie się z tymi, którzy odmawiają powrotu. W powietrzu unosiły się zmęczenie, niepewność i lęk przed kolejną niewiadomą.

Nagle gdzieś w głębi korytarza rozległ się cichy szum. Wszyscy odwrócili głowy. Z jednego z bocznych przejść wyjechało niewielkie urządzenie. Poruszało się na szerokich kołach, bezgłośnie. Jego obudowa była śnieżnobiała, pozbawiona oznaczeń i ostrych krawędzi. Przypominało jednocześnie nosze i kapsułę ratunkową, choć żadne z nich nie widziało wcześniej podobnej konstrukcji.

— Co to jest? — szepnęła Ada.

Maszyna zatrzymała się obok Diany. Przez kilka sekund nic się nie działo. Potem boczna ściana kapsuły rozsunęła się bezszelestnie.

— Moduł medyczny gotowy do transportu pacjentki — oznajmił komputerowy głos.

Michał instynktownie uklęknął przy Dianie. Nie chciał jej oddawać nieznanej maszynie. Po wszystkim, przez co przeszli, zaufanie czemukolwiek przychodziło z trudem.

Po chwili ostrożnie podniósł ją z podłogi i ułożył we wnętrzu kapsuły. Przezroczysta osłona zamknęła się nad nią z miękkim sykiem. Przez szybę widzieli jej nieruchomą twarz. Delikatna smuga światła przesunęła się wzdłuż okaleczonej dłoni, zatrzymując się na ranie. Na powierzchni kapsuły rozbłysły drobne symbole. Sławek nachylił się odruchowo, jakby próbował je odczytać.

— Rozpoznajesz coś? — zapytała Marta.

— Nie — odpowiedział. — Lecz to coś analizuje jej stan.

Moduł zawrócił i powoli ruszył korytarzem. Nikt go nie prowadził. Poruszał się samodzielnie, jakby od początku znał cel. Przez długą chwilę obserwowali oddalającą się sylwetkę kobiety za przezroczystą osłoną. Aż w końcu kapsuła zatrzymała się przy drzwiach. Rozległ się krótki sygnał. Wejście rozsunęło się bezszelestnie. Moduł medyczny wjechał do środka. Drzwi zamknęły się za nim. Diana zniknęła im z oczu.

Marta ciężko wypuściła powietrze. Przetarła twarz dłońmi, próbując uporządkować myśli. Patrzyła na zamknięte drzwi, za którymi zniknęła Diana. Świetlna linia nad wejściem pulsowała spokojnie jak oddech śpiącego człowieka.

— Posłuchajcie — odezwała się w końcu.

Pozostali spojrzeli na nią.

— Włożyliśmy Dianę do tego modułu razem. Nikt nas do tego nie zmusił. Mogliśmy protestować. Mogliśmy zatrzymać ją w tym miejscu. Ale uznaliśmy, że potrzebuje pomocy bardziej, niż my potrzebujemy poczucia kontroli.

Przesunęła po nich wzrokiem.

— To była wspólna decyzja.

Nikt nie zaprzeczył. Michał stał nieruchomo, z rękami wzdłuż ciała. Wyraźnie nadal miał wątpliwości, lecz nie próbował zatrzymać kapsuły.

— Nasz następny krok jest podobny — ciągnęła. — Te drzwi nie prowadzą gdzieś indziej niż tamte. Są częścią tego samego miejsca.

Wiktor zmarszczył brwi.

— A jeśli to błąd?

— Oczywiście, że może nim być — odpowiedziała od razu. — Problem polega na tym, że nie mamy żadnych danych, które pozwoliłyby nam podjąć lepszą decyzję.

Odwróciła się i wskazała pusty korytarz.

— Możemy zostać tutaj. Siedzieć na podłodze, pilnować siebie nawzajem i udawać, że kontrolujemy sytuację.

Zawiesiła głos.

— I co dalej?

Mówiła coraz spokojniej.

— Wiemy przynajmniej jedno. Ktoś albo coś czekało na nasz powrót. Przygotowano dla nas miejsce i pomoc medyczną dla Diany.

Przesunęła wzrokiem po każdym z nich.

— Czy zdecydowaliście się tam wejść?

Nikt nie odpowiedział od razu. Każde z nich mierzyło się z własnym lękiem — obrazami pustki, krzykiem Diany oraz zegarem, który nagle zaczął odmierzać czas. W końcu Ada skinęła głową. Potem Wiktor. Michał długo patrzył na drzwi, które zamknęły się za Dianą. Wreszcie wypuścił powietrze i również przytaknął. Sławek podszedł do pierwszych drzwi, gotowy do działania. Marta uśmiechnęła się blado.

— Dobrze.

Po raz pierwszy od wielu godzin poczuła nie tylko strach, lecz także swoje ciało: głód, zmęczenie, brud i pieczenie oczu. Potrzebowała zwykłego, ludzkiego odpoczynku.

Ruszyła w stronę drzwi.

— Nie wiem, co znajdę po drugiej stronie — powiedziała półgłosem. — Może odpowiedzi. Może kolejne pytania.

Położyła dłoń na gładkiej powierzchni.

— Wchodzę.

— Poczekaj, zróbmy to razem! — zawołał Sławek.

Uśmiechnęła się do niego, po czym jeszcze raz obróciła się do pozostałych.

— Mam nadzieję, że jutro, kiedy te drzwi się otworzą, spotkamy się wszyscy.

Spojrzała na drzwi, w których zniknęła Diana.

— Razem.

Rozległ się cichy sygnał. Drzwi rozsunęły się bezszelestnie, a z wnętrza wypłynęło ciepłe światło. Zaczerpnęła głęboko powietrza i przekroczyła próg. Kątem oka zauważyła, że drzwi Sławka też stały już otworem. Wtedy usłyszała dźwięk, którego nie spodziewała się usłyszeć: szum powietrza.VII

Budziła się powoli. Najpierw poczuła ciepło i miękkość pościeli. Dopiero potem wróciła pamięć. Otworzyła szerzej oczy.

_Ciekawe, czy pozostali też mieli dobre sny?_

_Chcę w to wierzyć!_

_A Diana?_

Złudzenie domowego bezpieczeństwa rozsypało się jak szkło. Usiadła na łóżku.

— No dobrze — powiedziała do siebie. — Muszę działać, żeby nie myśleć. Wystarczy odpoczynku.

Skoro miała spędzić w kabinie jeszcze trochę czasu, zamierzała wykorzystać go lepiej niż na bezczynne rozmyślanie. Ktoś kiedyś mieszkał w tym pomieszczeniu. Nosił ubrania wiszące w szafie. Pracował przy biurku. A może tym kimś była ona — tylko z czasu, którego nie pamiętała. Ta myśl nie dawała jej spokoju.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij